Sam na peronie
Franciszek obudził się o jedenastej rano i miał wyrzuty sumienia. Czuł,
że się spóźnił i Warszawa już mu odjechała. Został sam na peronie, na
dodatek w łóżku. Bierze środek nasenny, wtedy bywa, że śpi za długo.
Pierwsze przebudzenie jest o świcie, kiedy łapie go skurcz w łydce.
Częściej w lewej niż w prawej. Jęczy z bólu i w półśnie masuje nogę. Od
wielu lat nie dzieli łóżka z żoną, wyrzucił go stamtąd ich synek, kiedy
był maluchem i sypiał z matką. I tak już zostało: śpią teraz oddzielnie.
Marzena nie wybaczyłaby mu hałasów o świcie. Potem szybko na powrót
zasypia. Kiedy budzi się ostatecznie, zwykle około dziesiątej, czuje
ulgę. Od lat prześladują go sny, jest w nich zawsze jakaś niemożność
zanurzona po uszy w grozie. Nie da się opisać, jak karkołomne i udręczające są te sny. Czas w nich płynie odmiennie niż na jawie,
dlatego kiedy Franciszek otworzy oczy, sen rozpływa się w pamięci jak
kolorowy dymek. Ten sen żył jednak uparcie, może dlatego, że snuł się
bez komplikacji, które we śnie mają inną logikę i są nie do pojęcia po
przebudzeniu. Sytuacja zdawała się bez wyjścia, uciekał po drabinie nie
wiadomo przed kim, w samej tylko koszuli, goły od pasa w dół, na pewno
szło o życie, wiedział, że goniący widzi jego bezbronną nagość, i nagle
drabinie skończyły się szczeble. Wtedy się obudził. Za oknem słońce,
niebo bez chmur. Sikorka z żółtym brzuszkiem i czarną czapeczką na
głowie siedziała na cienkiej gałęzi i wcale nie bała się jej
rozkołysania.
- Franek, no wstawaj - powiedział.
Żal mu było żegnać się z poduszką, która przytulała się do głowy.
Ostatnio coraz częściej mówi na głos do siebie.
W drodze do łazienki dopadły go rozpaczliwe myśli: moja sytuacja jest
tragiczna, kredyt na mieszkanie niespłacony, wszystko, co namalowałem do
tej pory, jest niewystarczające, łysieję, mam poważne problemy z kręgosłupem, z żoną stosunki zachmurzone, cierpię na nadciśnienie,
dlatego grozi mi udar, wkrótce będzie ze mnie wrak człowieka, nowotwory
rosną wokół jak grzyby po deszczu, a Polskę łupią barbarzyńcy. I jak to
możliwe, że mam już tyle lat? Czy to jest sprawiedliwe, że tak szybko,
coraz szybciej biegnie mi czas? Pomyślał: lata lecą, a my fruniemy za
nimi, chociaż bez skrzydeł, zasysani przez wieczny pęd. Ma pięćdziesiąt
sześć lat, za chwilę sześćdziesiąt, co brzmi czerstwo i beznadziejnie,
do osiemdziesięciu rzut kamieniem. Czemu z wiekiem czas płynie szybciej?
Franciszek odkrył, na czym polega to złudzenie. Tak samo jest z drogą:
kiedy idzie się nią po raz pierwszy, okropnie się dłuży, im częściej nią
chodzimy, tym wydaje się krótsza. Dlatego czas dzieciństwa bywa taki
obszerny, kolorowy i pachnący: wszystko jest nowe i jeszcze niepoznane.
- Kurwa, kurwa, kurwa! - krzyczy nagle, nie w jakiejś konkretnej
sprawie, tak ogólnie do życia i świata.
Zawsze rano jest zaplątany w sobie, ale prysznic go rozplątuje. Zanim
Franciszek wejdzie do kabiny, spogląda w lustro. Worki pod oczami, no,
powiedzmy woreczki, zmarszczki nad brwiami, te brwi mają ochotę zacząć
siwieć, wysokie czoło z zarysem pierwszych zmarszczek, włosy już rzadkie
z białymi pasmami i dwie głębokie bruzdy na policzkach, jakby przeszedł
nimi stary oracz z pługiem. Kąciki ust, które kiedyś biegły do góry,
teraz poszły w dół. Jego twarz będzie wkrótce luźnym workiem na czaszkę,
jak u wszystkich starych ludzi. Wyjmuje siusiaka, kiedyś był z niego
dumny, teraz zdaje mu się żałosny, jak wyrostek robaczkowy. Kiedy
siusia, próbuje zaczerpnąć z tego aktu choć odrobinkę przyjemności.
Siusia długo i jakby z trudem, pewnie powiększona prostata, czyli
gruczoł krokowy, obrzydliwa nazwa, za często siusia, ale boi się pójść
do urologa, raz się zapisał, okazało się, że to kobieta, więc
zrezygnował, strumień jest ledwie-ledwie, ostatnie krople sprawiają mu
niemal rozkosz, pojękuje, potrząsa, ściąga spodnie od piżamy i koszulę,
ma za duży brzuch, obrzydliwość. Wchodzi do kabiny prysznicowej. Puszcza
wodę. Jej pierwsze uderzenia bolą. Ale po chwili jest już dobrze, coraz
lepiej. Jego sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. Odpływ
przytkany, wszystko się psuje w tym mieszkaniu, woda układa się w lejek
i znika leniwie, ale pewna swego. W dzieciństwie bał się, że taki lejek
w wannie wessie go do rury kanalizacyjnej. Teraz ma inne lęki. Gorąca
woda je rozpuszcza, szkoda, że nie na zawsze. Czy nie podobnie jest z naszą przeszłością? Rozpada się na kawałki, potem topnieje, aż zupełnie
znika.
Nie znosi golenia, jest wtedy skazany, by długo patrzeć w swoją twarz.
Jeśli patrzymy na siebie krótko, dawne oblicza nakładają się na to
ostatnie i tworzą życzliwy filtr.
- Miałem twarz, teraz mam gębę - mówi do lustra, jakby czuł do niego
żal.
Zerka bez sympatii na wagę. Staje na niej zwykle rano zupełnie goły,
rano jest nieco lżejszy niż wieczorem, co z tego, skoro i tak waży za
dużo. Podobnie jest z ciśnieniem. Mierzy sobie często, kiedyś mierzył
codziennie. Bierze już środki na nadciśnienie. Dożywocie. A brzuch jest
jak obce ciało. Garb z przodu. Chociaż inni mają większe. Coraz mniej
pocieszają go cudze nieszczęścia. Gdyby tak można było zdjąć brzuch i zakopać jak zdechłego szczura. Codziennie rano postanawia, że będzie się
odchudzał, wieczorem jednak ponosi klęskę. Podjada dlatego, że jest mu
źle lub średnio na duszy, a jak wiadomo, istnieje tajne połączenie
między żołądkiem a duszą. Kiedyś bez trudu robił siedemdziesiąt pompek,
trenował dżudo. Ale to było dawno. Teraz ledwie zrobi pięć, co za
upadek!
W kuchni szykuje sobie kawę instant, paskudna, za to łatwa i szybka, jak
kobieta lekkich obyczajów. Tak mawia. Po przebudzeniu wszystko musi być
łatwe. Nie ma siły na komplikacje. Do kawy spożywa rogalik z miodem. Od
kilkudziesięciu lat je to samo. Bez wyjątków. Dziwne, że mu się nie
nudzi. Bierze pilota do ręki i ogląda TVN 24. Pilnie śledzi wydarzenia w Polsce i na świecie. Ciekawe, co dzisiaj złego zdarzyło się w ojczyźnie...
Oprócz zimnej wojny domowej, która gorzeje na całego, pies pogryzł
dziecko, nie wiadomo, czy przeżyje, biedne dziecko i biedny pies. Co
zwierzak jest winien? Jest stworzony do gryzienia, jak on do cierpienia.
We wsi Maciejów czarne audi wpadło na drzewo, dwie osoby nie żyją. W innej wsi mąż zabił żonę lub na odwrót. Tak bywa. Za to żaden terrorysta
nie wysadził się w powietrze w nocnym klubie, nie wjechał ciężarówką w tłum, nie spadł porwany samolot, nie było trzęsienia ziemi. Wyjątkowy
dzień. Napisy na pasku przypominają, że Rosja znowu nam grozi, ten Putin
ma lisią twarz, Państwo Islamskie rozbite, ale terroryści wszędzie
czyhają. Prezydentem Stanów Zjednoczonych jest błazen. I ujawnia się
całe zło, które zdawało się, że odleciało z Europy na zawsze. Franciszek
odkrył, że odkąd świat stał się globalnym miasteczkiem, mord jednego
człowieka dotyczy wszystkich. Punkt dla terrorystów. A każda wojna
domowa jest teraz wojną światową. W Polsce dom wariatów, obudziły się
wszystkie nasze demony. Na razie ta wojna jest zimna, ale czy nie zmieni
się w gorącą? Wojna domowa Franciszka też jest światowa, skoro wszędzie
pięćdziesiąt procent małżeństw się rozchodzi, a drugie pięćdziesiąt nie,
zapewne dlatego, że nie mają już na to siły.
- Znowu śniadanie przy telewizorze - mówi z wyrzutem żona, jakby był
dzieckiem, które trzeba upominać.
Wydaje się jednak, że Marzena jest w dobrotliwym nastroju. Uwielbia
sobotę, nie przepada za swoją pracą. W zwykły dzień wstaje o siódmej
rano i nie może mu wybaczyć, że śpi, jak długo chce. Odkrył, że żona
zazdrości mu różnych rzeczy, także tego, że jest artystą. On zazdrości
jej tylko orgazmów. Ma wielokrotne i monstrualne. Jego rozkosz przy nich
to tyle co kot napłakał. Franciszek rzadko maluje w domu, częściej w pracowni, więc nie ma dla niego dni wolnych, ale też czuje ulgę, kiedy
jest sobota. W weekend spada napięcie, które jak prąd przenika miasto.
Marzena robi sobie kawę. Lubi dobrą, ma swój ekspres, do którego nie
dopuszcza męża. Franciszek nie ma ręki do techniki, czegokolwiek
dotknie, to psuje. Tak ona uważa. I może nawet jest w tym trochę prawdy.
- Słyszałam twoje krzyki?
- Uderzyłem się w głowę - kłamie. - Mówiłem, że szafka powinna być w innym miejscu.
- Jak nie masz o co się czepiać, to czepiasz się o szafkę.
- Ja się nie czepiam.
- To co robisz?!
Kiedy Marzena zaczyna mówić gniewnym głosem, jakby nie swoim, on ma od
razu żołądek w gardle. I czuje, że rośnie mu ciśnienie. Po co nakłamał z tą szafką?
- No dobrze, nie o szafkę, o muszlę sedesową - odpowiada ze złością.
- Jak mogłeś głową o muszlę?
- Rzygałem.
- Dlaczego? - W jej głosie pobrzmiewa nieufność.
- Bo jestem w ciąży.
I siekiera zawisła w powietrzu.
Wyłącza telewizor i żeby nie martwić się o siebie, martwi się o los
swoich wnuków. Jaki będzie świat, kiedy dorosną? Nigdy nie czuł takiej
trwogi. Globalne zagrożenie wystarczy, przynajmniej w domu pragnie
świętego spokoju. Pyta więc pojednawczo:
- Wypijesz ze mną swoją superkawę, a ja z tobą swoją niezdrową
niby-kawę?
Mówi tak życzliwie, jak tylko potrafi, niemal pokornie, przyjmując jej
punkt widzenia. Czasami kłócą się o jego kawę. Zawsze pierwszy wyciąga
dłoń w geście pojednania. Nie jest w stanie żyć w trującej atmosferze
niezgody. Ona nigdy nie inicjuje pokoju. Tak ma. Gdyby obcięła mu palec
przez nieuwagę, nie powiedziałaby "przepraszam", tylko "a gdzie ty się
pchałeś z paluchami?".
Siadają oboje do stołu. Ona elegancko ubrana, umalowana, chociaż nigdzie
nie wychodzi. Jak zawsze gra pozorami, w środku marmolada. Przed laty
dał się na to nabrać. Wygląda młodo, ładnie, więcej niż ładnie, ale nie
potrafi oszukać czasu. Wkrótce będzie miała klimakterium, nie do wiary,
przecież jeszcze wczoraj była młoda, czy ja to wytrzymam, skoro już
teraz jest taka nerwowa? Kochają się coraz rzadziej, to jej wina, i tylko na jeźdźca, ona tak lubi, a on ulega. Najwyraźniej chce dominować.
Feministka. Przyznajmy, że nie jest to dla niego wielkie poświęcenie,
podnieca go jej rozkosz. Dlatego tak dziwnie patrzy na kobiety jadące
konno, trochę podniecony, nieco rozbawiony. Jakiś czas temu, kiedy żona,
tańcząc na nim, zdawała się zrywać do lotu jak świetlisty ptak, w jej
napiętej szyi i zmienionej twarzy ujrzał nagle zarys starej kobiety. Od
tej chwili minęło trochę lat i ten zarys stał się wyraźnym rysunkiem.
Marzena jest o dziesięć lat od niego młodsza. Prędzej czy później
upodobni się do swojej matki, która zmarła niedawno. Na raka piersi.
Tego raka Marzena śmiertelnie się boi, to przecież dziedziczne. Dwa razy
dziennie bada sobie piersi. U Franciszka w rodzinie na szczęście nikt
nie umarł na raka. Co z tego, skoro tysiące innych chorób tylko czyha,
by się do niego dobrać? Ojciec odszedł na udar po kilku miesiącach
leżenia, był sparaliżowany. Franciszek miał wtedy dwanaście lat. A jego
ojciec, taki silny i wszechwładny, zmienił się w niemowlę i trzeba było
zmieniać mu pampersy. Franciszek jest pewien, że umrze przed żoną. Byle
nie tak jak ojciec. Tego boi się najbardziej. Ani ręką, ani nogą, ani
głową. Nawet skończyć ze sobą nie ma jak. Koszmar. Czasami wyobraża
sobie swój pogrzeb. Marzena, dzieci, wnuki, garstka znajomych, kruki
kraczą i ksiądz kracze. Powinien zażyczyć sobie świeckiego pogrzebu, ale
taki jest jeszcze smutniejszy. Najlepiej byłoby rozpłynąć się w powietrzu. Więc każe się spalić. Co jest bardziej obrzydliwe niż
rozkładające się zwłoki? Spalić i rozsypać. Czy to drugie jest w Polsce
dozwolone? Nawet tego nie wie. Gdy pochłonie go nieistnienie, obrazy,
które kiedyś namalował, z upływem czasu bezimienne, będą krążyć,
przysiadając na długo w mieszkaniach jakichś obcych ludzi, by patrzeć na
ich zasrane życie, jak się starzeją, potwornieją i umierają. To
przekleństwo malarza, że oddaje swoje obrazy w obce ręce. Czy nie
podobnie jest z dziećmi? Kiedy sprzedaje obraz, zawsze czuje rozpacz.
Nabywcy, chociaż na ogół bez pojęcia o malarstwie, wybiorą zawsze
najlepszy, z którym nie chce się rozstać.
Przy kawie okazało się, że nie mają sobie za wiele do powiedzenia. W końcu są małżeństwem od lat, to jego druga żona, więc już się wygadali,
czasami wykrzyczeli, do dna. A na dnie bywa bardzo nieprzyjemnie.
Chociaż zgadza się z poetką, która napisała, że jak się jest na dnie,
trzeba tam szukać skarbu. Milczeli przy tej kawie. Są różne milczenia,
to było przyjazne. Franciszek poczuł, że nawet lubi swoją żonę,
najbardziej, kiedy nic nie mówi. A potem rozmawiali o wnuczku, to
bezpieczny temat. Potem znowu pomilczeli.
- Idziesz malować? - zapytała.
- Nie wiem, fatalnie mi się maluje.
- Od dawna tak mówisz. Pewnie masz męskie klimakterium.
Po co ona to mówi, to nieprzyjemne. Żona od jakiegoś czasu wmawia mu
męskie klimakterium, co go irytuje. Sama zaraz będzie miała własne i nie
chce być gorsza. Kiedyś nie była feministką. Teraz się stała. Wzięła
udział w czarnym proteście przeciwko restrykcyjnej ustawie
antyaborcyjnej. I dobrze. Paranoicy chcą, by kobiety rodziły dzieci bez
rąk, nóg, z mózgiem na wierzchu. Tu całym sobą jest po stronie kobiet.
Żona jednak czasami łapie go na męskim szowinizmie, który czai się w potocznym języku. On mówi: "Zrobimy to po męsku" - ona już go ma. A czemu nie po żeńsku? Kobiety bywają bardziej zdecydowane i twarde od
facetów. Franciszek czasami myśli, że ona ma trochę racji, byle nie
przesadzać. Skrajne feministki przesadzają, co kompromituje dobrą
sprawę. A przecież lista niegodziwości, jakich dopuszczali się mężczyźni
wobec kobiet, jest ogromna. I Franciszek nie jest tu bez winy.
I to prawda, że od dłuższego czasu narzeka na niemoc twórczą, czasami
woła do siebie na głos: "Kurwa, nie mogę, nie mogę!". Pytany niedawno
przez znajomych, jak mu się maluje, odparł, cytując jakiegoś pisarza:
"Jakbym łańcuch kotwiczny wysrywał". Coraz mniej w nim wiary w siebie i w sztukę. A kiedyś miał tyle zapału! Strumień malowania płynął wartko,
teraz ledwie kapie. Tak samo jak mocz. Czy to starość? Franciszek jest
cenionym malarzem, tak mu się przynajmniej wydawało, ale od jakiegoś
czasu nie pisze się o nim ani nie mówi. Pewnie za dobrze mu się wiodło,
dlatego chcą go zniszczyć. Zazdrość w środowisku artystycznym łatwo
zmienia się w zawiść i jest toksyczna. Zresztą gdzie pisać, gdzie mówić?
Sztuka skurczyła się, jakby ją polano wrzątkiem. Komercja wszystko
zjada. W mediach tylko sensacja lub polityka, dawne miesięczniki, które
zajmowały się malarstwem, zdechły na progu wolności. Znikły kawiarnie,
gdzie spotykali się artyści, zjadła je telewizja i internet. Nie dość,
że media przejęła komercja, to teraz jeszcze opanowali je narodowi
barbarzyńcy. A ludzie nie kupują jego obrazów. Te, które tworzy, płyną
pod prąd obecnej mody. W czasach gdy królują instalacje, Franciszek
maluje realistycznie. To realizm magiczny, czasami na granicy
surrealizmu. Ale tak naprawdę jest to malarstwo światła i cienia, a to
najtrudniejsze w tej sztuce. Krytycy tego nie rozumieją. Czy jest
jeszcze krytyka sztuki? Franciszek uważa, że się skończyła. Może lepiej,
że o nim nie piszą, gorzej gdyby ktoś go zjechał. Rynek sztuki jest
chory, chociaż namnożyło się bogatych, którzy inwestują w obrazy. Nadal
jednak niski jest poziom estetyki i poczucia piękna. Brzydki kraj,
oszpecony przez komunizm. W tym kraju jedyna tradycja, która trwała
nieprzerwanie, to tradycja niechlujstwa. Jest jednak poprawa. Franciszka
to cieszy. Nie ma demokracji bez poczucia estetyki. To nie tylko coraz
mniejsza skala ugębienia ludzi. Nowa architektura bywa ładna, prawie
ładna, jest postęp - nie lubi słowa "postęp", skompromitowało się - i to
cudowne rozmnożenie gustownie, ze smakiem urządzonych klubów, pubów,
kawiarni i restauracji. Szkoda, że nie jest już młody i nie może
korzystać z tych wszystkich atrakcji. Franciszek lubi fragment wierszyka
Boya: "Kiedyś taki rozumny, właźże do trumny". Nawet z jedzeniem musi
uważać, a dopiero teraz stał się smakoszem. Czasami bywa z żoną w restauracji. Rzadko. Lepiej by się czuł, gdyby płacił przed obiadem, a nie po nim.
Mieszkają w nowym budynku. To już inny, wyższy standard. W tym domu
najbardziej luksusowa jest winda. Od dziecka ma słabość do wind. Dom
liczy pięć lat i pięć pięter. Mają trzy pokoje na trzecim piętrze, z jednego zrobił zastępczą pracownię, tu tylko czasami coś szkicuje.
Drzewa, które rosną jakby mu na złość, zabierają światło. Prawdziwa
pracownia jest na strychu przedwojennego budynku, dwadzieścia pięć minut
na piechotę od mieszkania. To źródło wielu utrapień. Przecieka dach,
plamy wilgoci tworzą fantastyczne kompozycje. Gdyby je wyciął z fragmentami muru i przedstawił jako swoje prace, zawisłyby na pewno w Zachęcie, a on byłby chwalony przez krytyków jako wybitny artysta. Takie
czasy. Włazi czasami na dach, żeby go łatać. Ryzykuje życie. Coraz
trudniej tam się gramolić. Towarzyszą mu gołębie, spłoszone łopocą
skrzydłami, jakby chciały go przegnać ze swojego królestwa. Każda śmierć
jest idiotyczna, ale wolę spaść z dachu niż dogorywać w szpitalu, mówi
sam do siebie. Administracja nie reaguje na jego skargi. Poza tym
podobno zgłosili się spadkobiercy właścicieli domu. Ta wiadomość go
ogłuszyła. To ma być sprawiedliwość! Reprywatyzacja to wielka
niesprawiedliwość w imię sprawiedliwości. Komuniści zabrali wszystkim
mieszkania i stały się one własnością państwa. Ale po tylu latach nie ma
naprawy krzywd, wyrządza się nowe. Ile pieniędzy, sił i nerwów
zainwestował w ten strych! Jeśli go wyrzucą z pracowni, to będzie
prawdziwa katastrofa. Dlaczego właśnie jego musiało to spotkać? Ciągle
ma nadzieję, że to nieprawda.
Z domu do pracowni chadza na piechotę, dla zdrowia. Poza tym nie da się
już w centrum Warszawy zaparkować samochodu. Nie ma mowy, chociaż są
parkometry. Autobusów nie znosi. W tym starym domu, w którym jest
pracownia, winda z innej epoki śmierdzi moczem, łuszczy jej się skóra,
lustro roztrzaskane, nawet go bawi, że widzi swoją twarz we fragmentach.
Musi to kiedyś namalować. W domu mieszka dawny warszawski proletariat,
może raczej dzieci tych ludzi, zarażeni przez rodziców alkoholizmem i bezrobociem. Efekt powojennych przesiedleń. Alkoholicy koczują przed
domem, wywlekają na zewnątrz flaki duszy, toczą filozoficzne dyskusje
ochrypłymi głosami. Ale zdają się o wiele bardziej zadowoleni z życia
niż on i zawsze chcą wyłudzić kilka złotych, żeby się jeszcze bardziej
rozweselić. To deprymujące.