Wystarczy, że jesteś - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Reflow text when sidebars are open.
Tylko głupcy nie dziwią się sobie.
Piotr, SPP
Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby Weronika nie przeczytała Zmierzchu?
Ale jak miała nie przeczytać, skoro wszystkie dziewczyny w klasie czytały, wszystkie się zachwycały, wszystkie wzdychały, a potem chodziły tygodniami jak zaczadziałe z głowami w chmurach i naiwnym poczuciem, że są kochane za nic, tak po prostu kochane tylko za to, że istnieją. A im która była brzydsza, tym intensywniej to sobie wyobrażała.
Bo ładne - wiadomo - zawsze się wokół nich ktoś pałęta. One nie muszą sobie niczego wyobrażać, nawet pewnie nie mają na to czasu. Stoją przed lustrami i krzywią te swoje lekko zadarte noski, które tak kręcą facetów, oblizują wargi wydęte jakby od użądlenia pszczoły, mrużą błękitne oczęta, okrągłe w stałym zadziwieniu światem, robią słodkie minki, żeby je sobie utrwalić na zapas, wypinają cycki w staniku 70D. Śliczne idiotki, dla których faceci tracą rozum. Przez które nie zauważają tych, które tracą rozum dla nich.
One też przeczytały Zmierzch.
Po co?!
Właściwie to niesprawiedliwe. Powinny być jakieś reguły gry, powinna być jakaś elementarna sprawiedliwość. Powinno być po równo. Ale nie - jedne mają wszystko, inne nic. Jak z tym żyć? Jak unieść ciężar tej wiedzy, jak patrzeć na nie dzień po dniu, kiedy niefrasobliwie świergocą, plotą coś bez sensu, kiedy im się zawsze wszystko udaje, choćby na fizyce. Wystarczy, że zrobią tę swoją uroczą minkę.
- Ojej, to było coś zadane? Naprawdę? Ale, sorze, słowo honoru, nie wiedziałam, odrobię na piątek, przysięgam!
A ten idiota to łyka, bo gapi się im w dekolt i nawet zapomni wpisać "NP"!
Po co więc im marzenia, skoro mają to wszystko bez walki? Są adorowane na każdym kroku. Facetom nie przyjdzie do głowy, żeby się z nimi przyjaźnić. Robią zapisy na dwa lata naprzód, stoją grzecznie w kolejce, żeby tylko pójść z taką do kina czy klubu.
Przyjeżdżają pod szkołę furami dzianych tatusiów albo nawet własnymi, udając kompletny luz, bo to przecież oczywiste, że ma się samochód w tym wieku, a te głupie panny, chichocząc jak debilki, wsiadają i jadą gdzieś, nie wiadomo dokąd, reszta zaś, potulnie podrzucając plecaki na skrzywionych ramionach, wędruje na przystanek albo do metra, mając w planach tylko i wyłącznie rozrywkowe wyjście na spacer z psem, połączone ze sprzątaniem kupy.
Właśnie one, te dodopodobne, ciągną do siebie facetów niczym magnes cholerne opiłki metalu, a wokół robi się pustka. Kompletna próżnia.
To jak nie czytać Zmierzchu?
Tylko potem trzeba bardzo uważać. Bo toniesz w nim jak w bagnie, chcesz więcej i więcej, wreszcie znasz go już niemal na pamięć, na twarzy zostaje ci ta dziwna błogość, stan nieważkości wchodzi w ciało, robisz się miękka, uśmiechasz się do siebie, rozmawiasz z nieobecnym. I wszyscy biorą cię za idiotkę, którą oczywiście jesteś. Bo co innego mieć wymyślonego przyjaciela w przedszkolu, a całkiem co innego hodować sobie wirtualnego chłopaka w liceum.
Ale dobry choćby i wirtualny, skoro żadnego innego nie widać na horyzoncie.
I poza nim też.
Weronika siedziała nad otwartym na dziesiątej stronie pierwszym tomem Lalki Prusa i nijak nie mogła zmusić się do lektury. Tępym wzrokiem wodziła po fasadach okolicznych bloków i myślała, że książka jest beznadziejna, ona sama jest beznadziejna i świat jest beznadziejny. Dopiero co skończyły się ferie, marzec ciągnął się w nieskończoność, wiosny nie było widać. W szkole wszyscy mówili tylko o przyszłorocznej maturze, narastająca atmosfera strachu udzieliła się już chyba nawet uczniom, choć do tej pory z uporem stali na stanowisku: "Co mnie to obchodzi, jeszcze tyle czasu!".
Nieliczni, którzy zdołali się jakoś obronić przed psychozą, byli kandydatami do powtarzania trzeciej klasy. Ona w tych zawodach nie startowała. Była przerażona jak większość i starała się, choć to niełatwe, karnie wypełniać wszystkie żądania nauczycieli - wkuwać na blachę definicje, do znudzenia rozwiązywać testy z poprzednich lat i bać się więcej niż potrzeba.
Zresztą dość łatwo wpadała w popłoch, nikt jej nie musiał w tym specjalnie pomagać. Ale przecież straszenie to jedyne, co profesorowie mają opanowane do perfekcji. Snują swoje czarne scenariusze, jakby brali udział w jakimś hollywoodzkim konkursie na horror. Wymyślają miejsca, gdzie leniwy maturzysta może trafić (kierowca w MPO i sprzątacz w metrze to najciekawsze perspektywy), a zyskują jedynie tyle, że w końcu człowiek przestaje ich słuchać.
Widać jednak Weronika nie była człowiekiem w wystarczającym stopniu. (Jej brat przypuszczał, że w ogóle nie jest, miał teorię, że podrzucili ją jacyś niedorozwinięci kosmici, bo była jeszcze bardziej niedorozwinięta niż oni).
Właściwie to chyba ona jedna naprawdę przejmowała się maturą, co znaczyło, że trochę próbowała się uczyć, ale znacznie więcej czasu zajmowało jej samo panikowanie.
Ponieważ panikować można, robiąc dosłownie wszystko: jedząc kolację, myjąc rano zęby, jadąc metrem, Weronika panikowała przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, bo nawet gdy spała, w nocy nawiedzały ją koszmary. Nagły skurcz w żołądku pojawiał się z pierwszym wspomnieniem o maturze i zanim rozpłynął się wśród innych, nieco, choć niewiele przyjemniejszych myśli, traciła humor na długie godziny. Następną myślą było oczywiście: "Ale jestem beznadziejna!" (jej ulubiona sentencja), kolejną zaś: "Życie jest do dupy!".
I tak ta trójca: "matura - ona sama - życie" splatały się w jej głowie jakieś trzysta razy dziennie, w tonie nieodmiennie minorowym.
W tym jednym Weronika była niekwestionowaną mistrzynią. Wszystko, o czymkolwiek pomyślała, napawało ją niechęcią. Nie było choćby jednej rzeczy, która rozpromieniłaby jej twarz w uśmiechu. No, może Pędzel, który siadając u jej stóp z jakimś butem w pysku, niezwykle kulturalnie, bez natrętnego szczekania, samą błagalną miną i cichutkim popiskiwaniem dawał bardzo dyskretnie do zrozumienia, że wyszedłby na spacer.
Pies miał tyle uroku, że zawsze potrafił sobie załatwić to, co chciał, podobnie jak brat Weroniki, Krzysiek. To też ją wkurzało. Byli w tym do siebie podobni: nie mieli obowiązków, jedynie przywileje. Ona zaś miała tylko obowiązki. Dlaczego nigdy nie potrafiła się postawić? Dlaczego, kiedy matka wracała z pracy, wszystko już dawno musiało być zrobione?
Raz tylko, kiedy po raz pierwszy Weronika czytała Zmierzch, tak w nim utonęła, że nie usłyszała szczekania Pędzla, nie zauważyła nawet, kiedy drzwi do jej pokoju się otworzyły i stanęła w nich matka, mierząc córkę zdziwionym wzrokiem.
Dopiero usłyszawszy: "A co ty tu tak...?", Weronika oprzytomniała.
- Czytam... To lektura... - ledwie wysapała, z trudem wytrzymując karcące spojrzenie. - Na jutro.
- Na jutro? - matka zainteresowała się przelotnie. - I co? Zdążysz?
Pytanie było z rodzaju retorycznych, bo ocenami Weroniki nikt się nigdy nie martwił. Oczywiście sama była sobie winna: gdyby miała choć raz z czegokolwiek zagrożenie, na pewno rodzice bardzo by się przejęli. A tak? To ona ich nauczyła, że z tej strony nic im absolutnie nie grozi, więc sobie ją odpuścili.
Tego jednego nie potrafiła im wybaczyć. Z takim poświęceniem walczyła o każdą piątkę, że mogliby od czasu do czasu docenić jej starania. Ale chyba się już przyzwyczaili.
Była, jaka była.
Była dla nich powietrzem, meblem, o który człowiek się nawet nie potknie, idąc w nocy do łazienki.
Była, a jakby jej w ogóle nie było.
Czasami chciała się spóźnić kilka godzin albo zrobić coś jeszcze bardziej spektakularnego, ale co by to dało? Ktoś by to w ogóle zauważył? Może pies, niewyprowadzony w porę, nasikałby przy drzwiach jak wtedy, kiedy Krzysiek obiecał, że wróci wcześniej i wyjdzie z nim na spacer, ale - oczywiście - wypadło mu coś niezwykle pilnego i nie dotrzymał słowa. A więc to jest bardzo niesprawiedliwe, że to ona, nie Krzysiek, wdepnęła potem w tę kałużę! I że to ona musiała sprzątać, a Krzysiek, spóźniony trzy godziny, tylko wzruszył ramionami:
- No i co się stało?
Nic.
Nic.
Nic się nie stało.
Właśnie to jest najgorsze.
Z Krzyśkiem nie ma o czym pogadać. Jest zakutym umysłem ścisłym, facetem w dodatku, studentem i gościem w domu. Młodszą siostrę olewa w sposób radykalny, zresztą jego troska o nią kończyła się zawsze na sprawiedliwym podziale batoników. To znaczy ona musiała mu oddać przynajmniej pół swojego. Taka to była sprawiedliwość.
Oczywiście dawno skończył się już etap batoników. Teraz naciąga ją na wiecznie nieoddawane pożyczki, zawsze obiecując, że przyprowadzi do domu jakiegoś superfaceta, w którym ona mogłaby się bezprzytomnie zakochać. Tak sobie żartuje, a ona nie wierzy, bo jego koledzy to sami popaprańcy. Siedzą parę godzin przed ekranem komputera, a potem wychodzą i nawet nie rzucą "Cześć!". Istnieją dla nich tylko gry i programy, których nazw Weronika nie stara się nawet zapamiętać.
Starszy brat! Chyba tylko ci, którzy go nie mają, potrafią się nabrać na tę instytucję. Starszy brat to podwójna samotność, bo niby jest, ale nigdy wtedy, gdy naprawdę go potrzeba. Zresztą kto zwierzałby się starszemu bratu? Chyba żeby się narazić na wyśmianie. Jeszcze nigdy nie było tak, żeby, kiedy z czymś do niego poszła, oderwał się od ekranu komputera. Jakby to stanowiło potworny wysiłek - wstać, objąć siostrę i powiedzieć:
- Nie martw się, mała! Wszystko będzie dobrze! Nie dam cię skrzywdzić!
Albo coś w tym rodzaju.
Czy to naprawdę aż takie trudne? Ale Krzysiek nigdy tego nie zrobił. Generalnie mogła dla niego nie istnieć.
Tyle w kwestii brata.
Właściwie była już prawie dorosła i powinna się wreszcie przyzwyczaić do tego, że życie jest okrutne, a najbliższa rodzina zawsze najbardziej daje człowiekowi w kość, ale jakoś nie mogła. Wciąż gdzieś głęboko tkwiła w niej mała dziewczynka, która marzyła, aby tata pogłaskał ją po główce i żeby ktoś ją wreszcie zrozumiał.
Jej koleżanki powoli zaczynały organizować osiemnastki i na swój czasem dziwny sposób manifestowały dojrzałość, jacyś faceci podjeżdżali po nie pod szkołę - pewnie nie po to, by odwożąc je do domu, wstąpić jeszcze na ciastka.
Ona zaś, młodsza od nich zaledwie o rok, wciąż mentalnie tkwiła w gimnazjum. Nie chodziła na imprezy do klubów, bo nie miała zgody rodziców, co gorsza, nawet Krzysiek przyznawał im rację.
Zresztą, czy tak bardzo chciała? Jeśli ktoś nie pije, nie pali, a na dodatek nie ma ani chłopaka, ani przyjaciółek, czego ma tam szukać? Siedzenie pod ścianą i gapienie się na tańczących jest średnio przyjemne. Niby można tańczyć solo, ale nie gdy ktoś jest nieśmiały.
Nieśmiałość.
Skąd się właściwie bierze?
Gdyby Weronika nie była tak podobna do ojca, pomyślałaby może, że rodzice ją adoptowali. Albo że naprawdę jest kosmitką. Ale nie, co do więzów rodzinnych nie było żadnych wątpliwości. To ruletka z genami, zakręcona nieudolnie, zatrzymała się w dniu jej urodzin przy:
uroda: marnie
przebojowość: poniżej normy
odwaga: do dupy
asertywność: zerowa.
Dlaczego więc jako bonus Weronika dostała:
pracowitość: ekstremum
poczucie obowiązku: najwyższe?
Chyba tylko po to, żeby w każdej sytuacji czuć wyrzuty sumienia i żeby wszyscy wszystko mogli na nią zwalać, wiedząc, że ona ma problem z odmawianiem.
Jakby tego było mało, cechował ją straszny, chroniczny, nieuleczalny romantyzm. Łatwo się wzruszała, każde ostrzejsze słowo mogło ją zranić. Miała naturę delikatną i samotniczą. Zawsze z trudem adaptowała się w nowym środowisku. Stała z boku, czekając, aż ktoś ją zauważy.
Jej światem były marzenia, również te na jawie. W świat marzeń, gdzie wszyscy są dobrzy, łagodni i czuli, uciekała przed chamstwem, cynizmem, głupotą.
A czasem przed samą sobą.
I nawet jeśli w tym, co o sobie myślała, przesadzała odrobinę - nikt bowiem nie jest ani tak zły, ani tak dobry, jak mu się wydaje - sytuacja była dość alarmująca.
To znaczy byłaby, jeśli ktoś by ją dostrzegł.
Ale nikt taki się nie pojawiał.
Weronika już się bowiem przyzwyczaiła do swej roli wiecznego popychadła w klasie i w domu. Nie miała wielkiej nadziei, że coś się szybko zmieni. Nie wiedziała nawet, co musiałoby się stać, aby ona znów w swym życiu poczuła się dobrze, czyli tak, jak się czuła mniej więcej do końca podstawówki, bo potem wszystko zaczęło się zmieniać.
W gimnazjum było już tak sobie.
W liceum...?
Szkoda gadać. Jeden koszmar.
Ciąg dalszy w wersji pełnej