Lipiec 2015
I
Znów pakowanie. Sięgnęłam po kolejną rzecz i westchnęłam głęboko, wkładając starannie zwiniętą koszulkę do walizki (to ważne, żeby zwijać, nie składać, więcej się zmieści, a mniej pogniecie). Pakowanie do podróży miałam opanowane do perfekcji, więc mogłam działać na autopilocie i jednocześnie snuć luźne rozważania.
Lipiec jest chłodny, Olsztyn cały rozkopany przez "rewitalizację transportu tramwajowego", zakorkowany, z ciągle zmieniającymi się trasami przejazdu, co potrafi wkurzyć, bo jesteśmy już tym zmęczeni. Ciągnie się to od zeszłego września, a uśmiech na widok tablic z tekstem "Kierowco, uśmiechnij się, budujemy to dla Ciebie", jest coraz bardziej krzywy. Co mądrzejsi (ze mną włącznie) biorą tego rodzaju niedogodność na spokojnie i dostosowują się do aktualnego układu. Bo tak w ogóle Olsztyn jest super miastem do mieszkania: nie za duży, nie za mały, coraz ładniejszy z każdym rokiem, nowa plaża miejska z przyległościami na europejskim poziomie, piękne stare obiekty sukcesywnie remontowane, pięknie wyeksponowana Łyna przez otoczenie jej parkiem, Galeria Warmińska to chyba nawet jakąś nagrodę architektoniczną zdobyła, no i w ogóle starówka, zamek, katedra i tak dalej. Długo by wymieniać. Mnie jako kierowcę interesują nowe rozwiązania komunikacyjne. Na razie widzę, że idzie to w dobrym kierunku. Poza tym wiadomo, że forsa na to wszystko głównie z Unii Europejskiej płynie. Tak samo zresztą jak na drogę do Warszawy (co mnie bardzo dotyczy z powodu dojazdów do pracy). Odpowiada mi też, że mam w otoczeniu osoby o różnym pochodzeniu i zwyczajach kulturowych. Od dziecka miałam koleżanki i kolegów, którzy pochodzili z różnych stron Polski przed- i powojennej (wygnańcy z Wileńszczyzny i zachodniej Ukrainy, warszawiacy, żołnierze AK, weterani powstania warszawskiego), a także którzy byli różnej narodowości (przede wszystkim Niemcy, Ukraińcy z akcji "Wisła"). Wychowywałam się w małym mieście na Mazurach, w którym i dzieci, i rodzice żyli zgodnie - bez zwracania większej uwagi na to, jakie kto ma pochodzenie. Co prawda większość Niemców (wcześniej ocalałych przed wypędzeniem w styczniu 1945 roku) wyjechała, ale była to emigracja z przyczyn ekonomicznych. Przyjeżdżali czasami odwiedzić stare kąty, spotkać dawnych przyjaciół, znajomych. Oni też mieli sentyment do małej ojczyzny z młodości. Wydaje mi się, że dzięki tym różnicom stworzyliśmy jedyne i niepowtarzalne społeczeństwo, odporne na propagandę różnych oszołomów i nacjonalistów.
Wracając do rzeczywistości - w mieście na razie kaszana. Zamiast więc lecieć do ciepłego kraju jak na skrzydłach, ja tu będę narzekać, ale mam powód. Właśnie teraz interesująca, pachnąca gorącym romansem okazja przechodzi mi obok nosa. Nie da się ukryć, że trochę za dużo wczoraj wypiłam, wino było pyszne, a towarzystwo - jeszcze lepsze. Bawiłam się bowiem szampańsko z Carlosem, jednym z trzech wakacyjnych lektorów hiszpańskiego, zatrudnionych w mojej szkole językowej na okres wakacji. Szefowa zapoznawała ich wczoraj ze szkołą i personelem, a potem wszyscy ruszyliśmy w miasto na okoliczność integracji. Od pierwszego wejrzenia wiedziałam, że jestem zainteresowana, i to bardzo, integracją z Carlosem, wysokim przybyszem z Barcelony. Generalnie nie przepadam za brunetami. Moim ideałem jest rosły blondyn, a jeszcze lepiej rudy wiking, jednak bruneci zyskiwali u mnie szansę, gdy czas w naturalny sposób rozjaśniał ich włosy. Tak więc mocno szpakowaty Hiszpan mieścił się w moim "targecie". Ruszyliśmy grupowo do pobliskiej greckiej restauracji, w której (dzięki umiejętnościom zdobytym przez lata bycia singielką, nieustająco i bez wielkich sukcesów próbującą stworzyć z kimś związek) zręcznymi manewrami udało mi się zająć miejsce obok obiektu zainteresowania. Okazał się równie sympatyczny, co przystojny, wspaniale nam się rozmawiało, a po dwóch butelkach wina gotowi byliśmy (już w mniejszej grupie chętnych) na nocne szaleństwo w pobliskim klubie. Nawiasem mówiąc, w Olsztynie jest mnóstwo różnych fajnych lokali - i na każdą kieszeń, i na każdy gust. Tańczył świetnie, ja też nie najgorzej, więc świt (wczesny, jak to na początku lipca) zastał nas na parkiecie. Wieczór nadzwyczaj udany, ale z powodu mojego wyjazdu nie będzie dalszego ciągu. Nie ma obawy, już się nim któraś z koleżanek zaopiekuje.
Zazwyczaj lubię ten dreszczyk, który czuję, gdy wyruszam w świat. Podoba mi się, że dzięki pracy w różnych dziedzinach uciekam od monotonii, która by mi groziła, gdybym tylko uczyła bez kontaktu z żywym językiem. Wyjazdy pomagają mi utrzymać wysoki poziom znajomości aktualnego hiszpańskiego, co zwiększa moje kompetencje jako lektorki i tłumaczki (a pracuję w jednej z najlepszych szkół językowych w mieście). Za każdym razem z radością wracam do szkoły i do tłumaczenia, zmęczona życiem w drodze, w ciągłej gotowości. Za każdym razem mówię: "Bój to był mój ostatni" i że kończę definitywnie z pilotowaniem. Jednak już po kilku tygodniach pomalutku zaczyna kiełkować w moim mózgu pomysł na jakiś wyjazd. I gdy już tak naprawdę urośnie, że nie mieści mi się w głowie, nie ma rady - wyprowadzam go z głowy i zamieniam w konkretne działanie. Znowu sprawia mi przyjemność perspektywa mojej drugiej pracy, czyli pilotowanie wycieczek, i nie pamiętam już oczywiście, co mnie tak zniechęciło poprzednim razem. Jestem zresetowana, wypoczęta i gotowa na nowe wyzwania. I tak cykl od lat się powtarza. Mam to szczęście, że moja szefowa ze szkoły jest wyrozumiała i tak układa kursy, żebym po powrocie z wojaży mogła już po kilku dniach rozpocząć kolejny. Jeżdżę głównie do krajów hiszpańskojęzycznych, byłam wielokrotnie we wszystkich, kocham je, ich język i obyczaje, a moją ambicją jest, żeby te swoje ciepłe uczucia przekazać uczniom w szkole i uczestnikom wycieczek. [...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.