Wystarczy kochać - Kinga Kalinowska

Kup ebooka

27.99 zł
22.39 zł (20,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Jak zwy­kle obu­dzi­łam się póź­niej, niż chcia­łam. Pra­wie co­dzien­nie to samo: wie­czo­rem nie mogę za­snąć, czy­tam, plą­czę się z więk­szym lub mniej­szym sen­sem po in­ter­ne­cie albo oglą­dam co­kol­wiek w te­le­wi­zji, za­sy­piam póź­no i obie­cu­ję so­bie, że rano wsta­nę wcze­śniej i po­tem wie­czo­rem też wcze­śniej za­snę. Obie­can­ki ca­can­ki, a głu­pie­mu ro­wer, jak to się kie­dyś mó­wi­ło (oczy­wi­ście nie obec­nie - ro­we­rzy­ści wszech­obec­ni mo­gli­by się ob­ra­zić).

Wpraw­dzie je­śli cho­dzi o wczo­raj­szy wie­czór, to był za­ję­ty bar­dzo przy­jem­ną czyn­no­ścią, jaką nie­zmien­nie po­zo­sta­je na­mięt­ny seks z moim mę­żem. Na myśl o tym zro­bi­ło mi się go­rą­co, a cia­ło prze­biegł dreszcz po­żą­da­nia... To mi się ni­g­dy nie znu­dzi, im je­stem star­sza, tym seks jest lep­szy. No ale te­raz pro­za ży­cia, bo na po­ran­ne wy­gła­ska­nie cze­ka­ją dwa fu­trza­ki: kot Lo­lek (do­ro­sły, sta­tecz­ny, trze­ba go mi­ziać de­li­kat­nie) i pies Gu­cio (mło­dy i sza­lo­ny kun­de­lek ze schro­ni­ska wy­ma­ga piesz­czot in­ten­syw­nych, jest z nami od nie­daw­na i wciąż nie może uwie­rzyć w swo­je szczę­ście, że ma wła­snych lu­dzi). Sa­nah śpie­wa wiersz Szym­bor­skiej Nic dwa razy, też to kie­dyś śpie­wa­li­śmy przy ogni­skach, choć na inną me­lo­dię.

No do­brze, czas na kawę i prze­gląd wia­do­mo­ści. Zbli­ża­ją się wy­bo­ry, wszy­scy się en­tu­zja­zmu­ją. Ro­da­cy idą na noże. Ale pro­szę, na stro­nie po­stę­po­wej ga­ze­ty wia­do­mo­ścią naj­waż­niej­szą nie jest wca­le coś o sta­nie świa­ta i kra­ju, tyl­ko o tym, jak z pa­pie­ru to­a­le­to­we­go zro­bić od­świe­żacz po­wie­trza. Tak w ogó­le to nie mam cier­pli­wo­ści do tak zwa­nych new­sów in­ter­ne­to­wych, razi mnie ję­zyk, dmu­cha­nie afer, lan­so­wa­nie pod­rzęd­nych ce­le­bry­tów, wie­lo­mie­sięcz­ne prze­py­chan­ki w mało waż­nych spra­wach. No bo jak od­bie­rać wy­nu­rze­nia pew­nej pani, że ja­kim pra­wem nowa part­ner­ka jej (już od lat) by­łe­go męża śmie spać w ich daw­nym wspól­nym domu, na ich kie­dyś wspól­nym łóż­ku? To co ja mam po­wie­dzieć, gdy nie dane mi było za­koń­czyć na jed­nym part­ne­rze? Za każ­dym ra­zem wy­mie­niać łóż­ko? Lu­dzie, żyj­cie i daj­cie żyć in­nym, dla każ­de­go jest miej­sce na tym pięk­nym świe­cie. A gdy zwią­zek się koń­czy, idź­cie do przo­du, na was też może cze­kać szczę­ście, ale nie na tych za­tru­tych ja­dem (z ta­ki­mi nikt nie chce ob­co­wać, i słusz­nie!). No, to so­bie ulży­łam. Nie mam wy­gó­ro­wa­nych wy­ma­gań, lu­dzie są róż­ni, i tacy po­win­ni być. Chcesz się upięk­szyć albo wy­róż­nić z tłu­mu? Pro­szę bar­dzo, lu­dzie od za­ra­nia dzie­jów mie­li taką po­trze­bę, nic w tym złe­go. Szko­da mi tyl­ko osób, któ­re pod wpły­wem sze­ro­ko po­ję­tych me­diów idą w tym za da­le­ko i prze­sta­ją być in­dy­wi­du­al­ny­mi isto­ta­mi. Szko­da mi też lu­dzi, któ­rzy pod wpły­wem nie­re­al­nych, wy­śru­bo­wa­nych "wzor­ców" z me­diów wpa­da­ją w kom­plek­sy, że ich ży­cie nie jest dość do­sko­na­łe. Nie każ­da ko­bie­ta musi być gwiaz­dą, od­no­sić suk­ce­sy za­wo­do­we, wy­cho­wać trój­kę dzie­ci, ćwi­czyć, prze­strze­gać ja­kiejś cu­dow­nej die­ty, być chu­da jak wie­szak i do tego za­wsze świet­nie wy­glą­dać. Ja je­stem sta­ro­świec­ka, uwa­żam, że wy­star­czy ko­chać, aby być szczę­śli­wym.

Przed­wczo­raj przy­je­cha­li­śmy do Olsz­ty­na z Rzy­mu. Cóż za pięk­ne mia­sto, róż­no­rod­ność lu­dzi - mie­sza­ją­cych się ze sobą miej­sco­wych i przy­by­szów - ogrom­na. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach mi­ło­ści i życz­li­wo­ści. Roma, amo­re mio! Olsz­tyn całe szczę­ście po­wi­tał nas pięk­ną po­go­dą. Do nie­go też je­stem przy­wią­za­na, spę­dzi­łam tu wie­le lat ży­cia, każ­dy za­ką­tek to wspo­mnie­nia, jest co­raz pięk­niej­szy, tyl­ko znów roz­ko­pa­ny. Bu­do­wa­ne są ko­lej­ne li­nie tram­wa­jo­we, a przy oka­zji w pra­wie ca­łym mie­ście - re­mon­ty, prze­bu­do­wy i zmia­ny w ukła­dzie ulic. Pa­trzę przez okno. W od­da­li wi­dać plac bu­do­wy i przy­po­mi­nam so­bie, jak to było, gdy przed kil­ku laty w Olsz­ty­nie po raz pierw­szy "re­wi­ta­li­zo­wa­no" trans­port tram­wa­jo­wy...

Lipiec 2015

I

Znów pa­ko­wa­nie. Się­gnę­łam po ko­lej­ną rzecz i wes­tchnę­łam głę­bo­ko, wkła­da­jąc sta­ran­nie zwi­nię­tą ko­szul­kę do wa­liz­ki (to waż­ne, żeby zwi­jać, nie skła­dać, wię­cej się zmie­ści, a mniej po­gnie­cie). Pa­ko­wa­nie do po­dró­ży mia­łam opa­no­wa­ne do per­fek­cji, więc mo­głam dzia­łać na au­to­pi­lo­cie i jed­no­cze­śnie snuć luź­ne roz­wa­ża­nia.

Li­piec jest chłod­ny, Olsz­tyn cały roz­ko­pa­ny przez "re­wi­ta­li­za­cję trans­por­tu tram­wa­jo­we­go", za­kor­ko­wa­ny, z cią­gle zmie­nia­ją­cy­mi się tra­sa­mi prze­jaz­du, co po­tra­fi wku­rzyć, bo je­ste­śmy już tym zmę­cze­ni. Cią­gnie się to od ze­szłe­go wrze­śnia, a uśmiech na wi­dok ta­blic z tek­stem "Kie­row­co, uśmiech­nij się, bu­du­je­my to dla Cie­bie", jest co­raz bar­dziej krzy­wy. Co mą­drzej­si (ze mną włącz­nie) bio­rą tego ro­dza­ju nie­do­god­ność na spo­koj­nie i do­sto­so­wu­ją się do ak­tu­al­ne­go ukła­du. Bo tak w ogó­le Olsz­tyn jest su­per mia­stem do miesz­ka­nia: nie za duży, nie za mały, co­raz ład­niej­szy z każ­dym ro­kiem, nowa pla­ża miej­ska z przy­le­gło­ścia­mi na eu­ro­pej­skim po­zio­mie, pięk­ne sta­re obiek­ty suk­ce­syw­nie re­mon­to­wa­ne, pięk­nie wy­eks­po­no­wa­na Łyna przez oto­cze­nie jej par­kiem, Ga­le­ria War­miń­ska to chy­ba na­wet ja­kąś na­gro­dę ar­chi­tek­to­nicz­ną zdo­by­ła, no i w ogó­le sta­rów­ka, za­mek, ka­te­dra i tak da­lej. Dłu­go by wy­mie­niać. Mnie jako kie­row­cę in­te­re­su­ją nowe roz­wią­za­nia ko­mu­ni­ka­cyj­ne. Na ra­zie wi­dzę, że idzie to w do­brym kie­run­ku. Poza tym wia­do­mo, że for­sa na to wszyst­ko głów­nie z Unii Eu­ro­pej­skiej pły­nie. Tak samo zresz­tą jak na dro­gę do War­sza­wy (co mnie bar­dzo do­ty­czy z po­wo­du do­jaz­dów do pra­cy). Od­po­wia­da mi też, że mam w oto­cze­niu oso­by o róż­nym po­cho­dze­niu i zwy­cza­jach kul­tu­ro­wych. Od dziec­ka mia­łam ko­le­żan­ki i ko­le­gów, któ­rzy po­cho­dzi­li z róż­nych stron Pol­ski przed- i po­wo­jen­nej (wy­gnań­cy z Wi­leńsz­czy­zny i za­chod­niej Ukra­iny, war­sza­wia­cy, żoł­nie­rze AK, we­te­ra­ni po­wsta­nia war­szaw­skie­go), a tak­że któ­rzy byli róż­nej na­ro­do­wo­ści (przede wszyst­kim Niem­cy, Ukra­iń­cy z ak­cji "Wi­sła"). Wy­cho­wy­wa­łam się w ma­łym mie­ście na Ma­zu­rach, w któ­rym i dzie­ci, i ro­dzi­ce żyli zgod­nie - bez zwra­ca­nia więk­szej uwa­gi na to, ja­kie kto ma po­cho­dze­nie. Co praw­da więk­szość Niem­ców (wcze­śniej oca­la­łych przed wy­pę­dze­niem w stycz­niu 1945 roku) wy­je­cha­ła, ale była to emi­gra­cja z przy­czyn eko­no­micz­nych. Przy­jeż­dża­li cza­sa­mi od­wie­dzić sta­re kąty, spo­tkać daw­nych przy­ja­ciół, zna­jo­mych. Oni też mie­li sen­ty­ment do ma­łej oj­czy­zny z mło­do­ści. Wy­da­je mi się, że dzię­ki tym róż­ni­com stwo­rzy­li­śmy je­dy­ne i nie­po­wta­rzal­ne spo­łe­czeń­stwo, od­por­ne na pro­pa­gan­dę róż­nych oszo­ło­mów i na­cjo­na­li­stów.

Wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści - w mie­ście na ra­zie ka­sza­na. Za­miast więc le­cieć do cie­płe­go kra­ju jak na skrzy­dłach, ja tu będę na­rze­kać, ale mam po­wód. Wła­śnie te­raz in­te­re­su­ją­ca, pach­ną­ca go­rą­cym ro­man­sem oka­zja prze­cho­dzi mi obok nosa. Nie da się ukryć, że tro­chę za dużo wczo­raj wy­pi­łam, wino było pysz­ne, a to­wa­rzy­stwo - jesz­cze lep­sze. Ba­wi­łam się bo­wiem szam­pań­sko z Car­lo­sem, jed­nym z trzech wa­ka­cyj­nych lek­to­rów hisz­pań­skie­go, za­trud­nio­nych w mo­jej szko­le ję­zy­ko­wej na okres wa­ka­cji. Sze­fo­wa za­po­zna­wa­ła ich wczo­raj ze szko­łą i per­so­ne­lem, a po­tem wszy­scy ru­szy­li­śmy w mia­sto na oko­licz­ność in­te­gra­cji. Od pierw­sze­go wej­rze­nia wie­dzia­łam, że je­stem za­in­te­re­so­wa­na, i to bar­dzo, in­te­gra­cją z Car­lo­sem, wy­so­kim przy­by­szem z Bar­ce­lo­ny. Ge­ne­ral­nie nie prze­pa­dam za bru­ne­ta­mi. Moim ide­ałem jest ro­sły blon­dyn, a jesz­cze le­piej rudy wi­king, jed­nak bru­ne­ci zy­ski­wa­li u mnie szan­sę, gdy czas w na­tu­ral­ny spo­sób roz­ja­śniał ich wło­sy. Tak więc moc­no szpa­ko­wa­ty Hisz­pan mie­ścił się w moim "tar­ge­cie". Ru­szy­li­śmy gru­po­wo do po­bli­skiej grec­kiej re­stau­ra­cji, w któ­rej (dzię­ki umie­jęt­no­ściom zdo­by­tym przez lata by­cia sin­giel­ką, nie­usta­ją­co i bez wiel­kich suk­ce­sów pró­bu­ją­cą stwo­rzyć z kimś zwią­zek) zręcz­ny­mi ma­new­ra­mi uda­ło mi się za­jąć miej­sce obok obiek­tu za­in­te­re­so­wa­nia. Oka­zał się rów­nie sym­pa­tycz­ny, co przy­stoj­ny, wspa­nia­le nam się roz­ma­wia­ło, a po dwóch bu­tel­kach wina go­to­wi by­li­śmy (już w mniej­szej gru­pie chęt­nych) na noc­ne sza­leń­stwo w po­bli­skim klu­bie. Na­wia­sem mó­wiąc, w Olsz­ty­nie jest mnó­stwo róż­nych faj­nych lo­ka­li - i na każ­dą kie­szeń, i na każ­dy gust. Tań­czył świet­nie, ja też nie naj­go­rzej, więc świt (wcze­sny, jak to na po­cząt­ku lip­ca) za­stał nas na par­kie­cie. Wie­czór nad­zwy­czaj uda­ny, ale z po­wo­du mo­je­go wy­jaz­du nie bę­dzie dal­sze­go cią­gu. Nie ma oba­wy, już się nim któ­raś z ko­le­ża­nek za­opie­ku­je.

Za­zwy­czaj lu­bię ten dresz­czyk, któ­ry czu­ję, gdy wy­ru­szam w świat. Po­do­ba mi się, że dzię­ki pra­cy w róż­nych dzie­dzi­nach ucie­kam od mo­no­to­nii, któ­ra by mi gro­zi­ła, gdy­bym tyl­ko uczy­ła bez kon­tak­tu z ży­wym ję­zy­kiem. Wy­jaz­dy po­ma­ga­ją mi utrzy­mać wy­so­ki po­ziom zna­jo­mo­ści ak­tu­al­ne­go hisz­pań­skie­go, co zwięk­sza moje kom­pe­ten­cje jako lek­tor­ki i tłu­macz­ki (a pra­cu­ję w jed­nej z naj­lep­szych szkół ję­zy­ko­wych w mie­ście). Za każ­dym ra­zem z ra­do­ścią wra­cam do szko­ły i do tłu­ma­cze­nia, zmę­czo­na ży­ciem w dro­dze, w cią­głej go­to­wo­ści. Za każ­dym ra­zem mó­wię: "Bój to był mój ostat­ni" i że koń­czę de­fi­ni­tyw­nie z pi­lo­to­wa­niem. Jed­nak już po kil­ku ty­go­dniach po­ma­lut­ku za­czy­na kieł­ko­wać w moim mó­zgu po­mysł na ja­kiś wy­jazd. I gdy już tak na­praw­dę uro­śnie, że nie mie­ści mi się w gło­wie, nie ma rady - wy­pro­wa­dzam go z gło­wy i za­mie­niam w kon­kret­ne dzia­ła­nie. Zno­wu spra­wia mi przy­jem­ność per­spek­ty­wa mo­jej dru­giej pra­cy, czy­li pi­lo­to­wa­nie wy­cie­czek, i nie pa­mię­tam już oczy­wi­ście, co mnie tak znie­chę­ci­ło po­przed­nim ra­zem. Je­stem zre­se­to­wa­na, wy­po­czę­ta i go­to­wa na nowe wy­zwa­nia. I tak cykl od lat się po­wta­rza. Mam to szczę­ście, że moja sze­fo­wa ze szko­ły jest wy­ro­zu­mia­ła i tak ukła­da kur­sy, że­bym po po­wro­cie z wo­ja­ży mo­gła już po kil­ku dniach roz­po­cząć ko­lej­ny. Jeż­dżę głów­nie do kra­jów hisz­pań­sko­ję­zycz­nych, by­łam wie­lo­krot­nie we wszyst­kich, ko­cham je, ich ję­zyk i oby­cza­je, a moją am­bi­cją jest, żeby te swo­je cie­płe uczu­cia prze­ka­zać uczniom w szko­le i uczest­ni­kom wy­cie­czek. [...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.