Lotnisko w Toronto przypominało statek kosmiczny. Jan długo szedł okrągłym, lśniącym nowością korytarzem, zanim trafił na właściwe miejsce w hali przylotów. Teraz siedział nieruchomo na twardej ławce. Napisy na tablicy zmieniały się powoli, litery przeskakiwały mechanicznie, z charakterystycznym szelestem. Zerkał co chwila, chociaż wiedział, że samolot z Warszawy powinien planowo wylądować dopiero za dwie godziny. Nie mógł się doczekać jej przyjazdu, a jednocześnie pragnął, żeby to napięcie, te dwa tygodnie oczekiwania wreszcie się zakończyły. Przeżywał teraz katusze, bo przecież nie mógł być pewien, czy udało się jej wsiąść do samolotu.
Trząsł się ze strachu, napięcia i emocji. Tydzień temu śniło mu się, że już są w domu, ona stoi przy kuchni i gotuje owsiankę dla synka, a Tomasz domaga się naleśników. To było takie zwyczajne i takie prawdziwe. Kiedy się zbudził, w pierwszej chwili poczuł rozczarowanie, a potem pomyślał, że to dobry znak. Jeszcze kilka dni i będą siadali razem do kolacji. Już nigdy się nie rozstaną. Wczoraj jednak przyszedł inny sen, w którym Stanisław ją zatrzymał. W jakiś sposób dowiedział się o nich i nie pozwolił jej wyjechać. Zbudził się zlany potem, z bólem głowy i strachem w sercu. Czy to był zły znak? Sen mara, Bóg wiara, jak mawiała ich babcia. "Nie trzeba się poddawać czarnym myślom" - powtarzał sobie, szykując skromne mieszkanie na przyjazd Adeli i jej syna. Dałby wszystko, by móc utwierdzić się w przekonaniu, że wszystko jest dobrze, że oboje są na pokładzie i zaraz będą na miejscu. Dałby wszystko za pewność, że się udało. Minuty mijały bardzo wolno. Zacisnął zęby. Mógł tylko czekać.
Wreszcie ogłosili, że samolot z Warszawy wylądował. Jan odczuł ulgę. Wyprostował się na ławce i z trudem stłumił chęć, żeby pobiec do drzwi. "Czekaj - nakazał sobie w duchu. - Jeszcze są w samolocie, jeszcze muszą odebrać bagaże". Zamknął oczy. Odczekał kolejne dwadzieścia minut i wstał z miejsca.
Ludzie wychodzili pojedynczo, parami, z dziećmi na rękach, taszcząc wielkie walizki. Każde rozsunięcie się drzwi przy bramce przylotów sprawiało, że serce podchodziło mu do gardła. Jakąś kobietę w jasnym płaszczu wziął przez ułamek sekundy za nią, ale potem stwierdził, że nawet nie była podobna. "Może dłużej czekają na bagaż, może mały Tomek marudzi z powodu długiego lotu i zmiany czasu" - myślał, zaciskając pięści tak mocno, że bielały mu knykcie. Wciąż jej nie było.
Decyzja o ucieczce z kraju przyszła nagle. Wybrano go, aby był ambasadorem Polski na Światowej Wystawie Mebli w Toronto. Chociaż nie był członkiem partii, dobrze służył socjalistycznej ojczyźnie jako główny projektant w największej wzorcowni mebli, mieli go zatem za "pewny element". Wręczono mu paszport wraz z wiązanką goździków. Polecono godnie reprezentować Polską Rzeczpospolitą Ludową na tej ważnej imprezie.
Już wtedy kochał tę kobietę. Już wtedy marzył o tym, żeby byli razem. Przedstawił jej szalony z pozoru plan. Najpierw się przeraziła, potem zaczęła słuchać, wreszcie się zgodziła, porzuciwszy pomysł, aby przyznać się mężowi, że zdradza go z jego własnym bratem. Wierzyli, że się uda, że los im sprzyja. Wspominała, że zna kogoś w biurze paszportowym. On wiedział, komu dać w łapę, żeby załatwić dla nich bilety na samolot. Mieli lecieć razem, ale Tomasz nagle zachorował. Zmienili więc plan. On wyjedzie zgodnie z ustaleniami, a po wystawie wymelduje się z hotelu, ale nie stawi się na lotnisku. Zostanie w Toronto. Ona przyleci z synem, zanim wybuchnie skandal. Przedstawi ją jako swoją żonę. Przecież i tak nosiła jego nazwisko. Ułożą sobie życie w Kanadzie.
Wstrzymał oddech. Ostatni pasażerowie wysypywali się do hali przylotów, witani przez szczęśliwe rodziny. On wciąż czekał, coraz bardziej niespokojny. "Jeśli jej nie będzie, to nie wszystko stracone" - powtarzał sobie. To nie musiało oznaczać najgorszego. Przecież umówili się, że gdyby piekło z powodu jego ucieczki rozpętało się wcześniej, gdyby Stanisław coś podejrzewał i zaczął jej pilnować, wtedy ona przyjedzie, jak tylko to będzie możliwe. On będzie na nią czekał. Miał zostawić informację ze swoim adresem w polskim kościele. Tak się umówili, bo przecież nie mógł do niej zadzwonić.
A jeśli się rozmyśliła? Tak się bała, że pozostawią za sobą zgliszcza, że mąż nigdy jej nie wybaczy. Płakała, że nie może wziąć na sumienie takiego ciężaru. Wszyscy ich potępią. Argumentowała, że Stanisław ją kochał, zatem przeżyje zdradę podwójnie. Przecież Jan był jego bratem. Nagle zostanie sam, bez żony i syna, których kochał nad życie. "Czy to jedyny sposób, abyśmy byli razem?" - pytała go w nieskończoność. Czy będą umieli z tym żyć?
Drzwi otworzyły się ponownie. Jan znów popatrzył z nadzieją, ale z korytarza wyszedł niski mężczyzna i nie rozglądając się na boki, szybkim krokiem niemal pobiegł w stronę wyjścia. Strumień pasażerów w końcu ustał. Adela nie przyleciała.
Jan wstał i zrobił kilka kroków, a potem musiał się podtrzymać chropowatej ściany, bo pociemniało mu w oczach. To nic. Przecież to przewidzieli. Na pewno nie zrezygnowała z ich miłości. Nie ona. Nie po tym wszystkim, co przeżyli. A jeśli się zawahała? Jeśli nie wytrzymała i przyznała się Stanisławowi, a ten uprosił ją, żeby została? Albo zatrzymał siłą, pilnując dzień i noc? "Co byłabyś w stanie dla mnie poświęcić? - zapytał kiedyś, nieprzytomny z miłości do niej. - Bo ja dla ciebie zrobię absolutnie wszystko". Nie wahała się, widocznie miała przygotowaną odpowiedź. "Mogłabym zostawić Staszkowi Tomka, żeby mniej cierpiał" - powiedziała wtedy i z jej oczu popłynęły łzy.
"Przyjedź, a sprawię, że nigdy nie będziesz tego nie żałowała" - zapewnił ją żarliwie, a ona kiwała głową. Boże, co mogło się stać? Powinien już iść, ale coś go powstrzymywało. "Jeszcze chwilę" - myślał, zaciskając pięści z bezsilności. Jeszcze kilka minut.
Stał i patrzył, zaklinając nieruchome drzwi i błagając, aby jeszcze raz się otworzyły, aż wreszcie Bóg wysłuchał jego modlitw. Drzwi rozsunęły się i stanęła w nich jedna, ostatnia pasażerka.