Wprowadzenie
WPROWADZENIE
W bieżącym roku obchodzimy 80. rocznicę batalii lotniczej, którą
brytyjski premier Winston Churchill nazwał Battle of Britain, a co po
polsku przyjęło się określać mianem Bitwy o Wielką Brytanię albo
Bitwy o Anglię1. Niestety, wiedza potoczna na ten temat wśród
Polaków rzadko wykracza poza zasób informacji z książki Dywizjon 303
Arkadego Fiedlera, a często jest daleko skromniejsza.
Po pierwsze - w tyleż popularnym, ile błędnym rozumieniu każdy Polak,
który podczas II wojny światowej służył w lotnictwie na Zachodzie,
musiał być pilotem Dywizjonu 303 i bohaterem Bitwy o Anglię. A przecież
Polskie Siły Powietrzne w Wielkiej Brytanii liczyły 15 dywizjonów
bojowych, kilka szkół lotniczych i cały szereg specjalistycznych
formacji pomocniczych - ogółem kilkanaście tysięcy ludzi. Bitwa o Anglię, która stała się dla Polaków synonimem wszelkich działań
lotniczych na Zachodzie, to w rzeczywistości tylko kilka miesięcy latem
i jesienią 1940 r. Od zakończenia tej bitwy do rozwiązania Dywizjonu 303
(i kilkunastu pozostałych) minęło sześć długich lat. W latach 1940-1945
RAF i Polskie Siły Powietrzne w Wielkiej Brytanii toczyły ciężkie
zmagania lotnicze, które w znacznej większości nie mieszczą się w pojęciu Bitwy o Anglię.
Po drugie - w równie rozpowszechnionym u nas przekonaniu zwycięstwo w Bitwie o Anglię zostało odniesione praktycznie wyłącznie siłami Polaków.
Popularny obraz tej batalii przypisuje Brytyjczykom rolę biernych
statystów bądź nieudolnych pomocników polskich lotników.
Po trzecie wreszcie - i bodaj najistotniejsze - z reguły nie zdajemy
sobie sprawy z przełomowego znaczenia tej bitwy w dziejach II wojny
światowej. Jest to nie tylko problem przeciętnych zjadaczy chleba, ale
również utytułowanych historyków i decydentów polityki historycznej
(niezależnie od ich barw politycznych). A to właśnie latem i jesienią
1940 r. nad Wyspami Brytyjskimi nazistowskie Niemcy poniosły pierwszą
strategiczną porażkę w II wojnie światowej. Gdyby wtedy udało im się
podbić Wielką Brytanię albo nawet tylko zmusić ją do zawarcia
upokarzającego pokoju, jak to się wcześniej stało we Francji, dalszy
konflikt w Europie toczyłby się już wyłącznie między Hitlerem a Stalinem. Wynik takich zmagań jest trudny do przewidzenia, ale Polska
raczej nie odzyskałaby niepodległości ani w 1945 r., ani pół wieku
później.
Historia tak się potoczyła, że żadna inna z wielkich bitew polskiego
oręża nie miała już wpływu na to, kto zwycięży w II wojnie światowej, a najwyżej na to, kiedy to nastąpi i na jakich warunkach. To Bitwa o Anglię była jedyną przełomową batalią tamtej wojny, w której udział
Polaków miał istotny wpływ na jej zwycięskie zakończenie. A co równie
istotne, nie była to krwawa bitwa toczona archaicznym sposobem przez
tysiące prostych żołnierzy, ginących jako mięso armatnie. Bitwa o Anglię została stoczona - i wygrana - przy znaczącym udziale Polaków, w sposób godny XXI wieku: przez stosunkowo nieliczne grono świetnie
wykształconych fachowców posługujących się najnowocześniejszymi
dostępnymi wtedy narzędziami walki.
Kwestię nazewnictwa tych zmagań w języku polskim omawiamy w załączniku na końcu książki. [wróć]
Rozdział 1. Sytuacja w Europie wiosną-latem 1940 r.
ROZDZIAŁ 1
SYTUACJA W EUROPIE WIOSNĄ-LATEM 1940 R.
31 maja 1940 r. o szóstej rano w całej Wielkiej Brytanii dało się
usłyszeć w komunikacie radiowym BBC: Ludzie z niepokonanych brytyjskich
sił ekspedycyjnych wracają z Francji do domu... Ich morale jest wysokie
jak nigdy. Zależy im na tym, aby wkrótce powrócić i dać łupnia szkopom.
Jeśli brytyjska armia była niepokonana, dlaczego wracała do domu?
Dlaczego szkopy nie dostali łupnia, a ich armia wciąż parła do
przodu? A przede wszystkim: dlaczego nikt się nie zająknął o dobiegającej końca ewakuacji? Trzy czwarte żołnierzy brytyjskich z Dunkierki zostało już przetransportowanych koleją do obozów i szpitali w różnych rejonach Wysp Brytyjskich bez publicznej informacji na ich
temat. I nagle ten komunikat z beztroską obwieścił kolosalną katastrofę
wojskową, jakby to był sukces.
Dla większości mieszkańców Wielkiej Brytanii wojna tak naprawdę zaczęła
się dopiero tego dnia. Do tego momentu była czymś, co działo się gdzieś
tam: w odległej Polsce, Norwegii, we Francji czy w Belgii. Teraz linia
frontu nagle przysunęła się niebezpiecznie blisko Wysp Brytyjskich.
Tego lata cały czas świeciło słońce i w wiele rzeczy trudno było
Brytyjczykom uwierzyć. Wspaniała bezchmurna, wiosenna pogoda
towarzyszyła Brytyjskiemu Korpusowi Ekspedycyjnemu podczas ucieczki na
francuskie plaże, a potem przez spokojne morze. I nagle zaczęto
oczekiwać inwazji, która mogła nadejść lada godzina.
To, co generał Weygand nazwał Bitwą o Francję, dobiegło końca.
Spodziewam się, że wkrótce rozpocznie się Bitwa o Anglię. Od tej bitwy
zależy przetrwanie cywilizacji chrześcijańskiej... Cała wściekłość i siła
wroga musi się bardzo szybko zwrócić przeciw nam. Hitler wie, że będzie
musiał złamać nas na tej wyspie lub wojnę przegrać. Jeśli zdołamy go
powstrzymać, cała Europa może być wolna, a życie świata może potoczyć
się naprzód na szerokie słoneczne wyżyny. Ale jeśli nam się nie uda, to
cały świat, w tym i Stany Zjednoczone, wszystko, co znamy i co jest nam
drogie, pogrąży się w otchłani nowej ponurej ery, być może jeszcze
bardziej złowrogiej i długotrwałej, bo rozjaśnianej światłem wypaczonej
nauki. Przygotujmy się więc do naszych obowiązków i postępujmy tak, że
jeśli imperium brytyjskie i jego Wspólnota Narodów ostanie się na tysiąc
lat, ludzie wciąż będą mówić: "To była ich najwspanialsza
godzina"1.
To historyczne przemówienie Winston Churchill wygłosił w Izbie Gmin
brytyjskiego Parlamentu 18 czerwca 1940 r. Co dla Brytyjczyków nie bez
znaczenia, był to dzień 125. rocznicy ich zwycięskiej bitwy pod
Waterloo. Ironią losu w tamtej bitwie wrogami Brytyjczyków byli Francuzi
i Polacy, a Niemcy - ich sojusznikiem.
Już następnej nocy Luftwaffe przeprowadziła swój pierwszy nocny nalot
bombowy na Wielką Brytanię, atakując lotniska we wschodniej Anglii.
Po kapitulacji Francji i po wejściu w życie zawieszenia broni między nią
a Niemcami 25 czerwca 1940 r. Wielka Brytania pozostała jedynym
nieokupowanym państwem nadal walczącym z niemiecką III Rzeszą.
Zwycięskie kampanie 1939 i 1940 r. wzmocniły autorytet Hitlera i wiarę
Niemców w swoją wyższość. Armia niemiecka podbiła większość państw
europejskich, mając przy tym przez niemal cały czas parasol ochronny
swojego lotnictwa. Zwłaszcza zwycięstwo nad Francją, niepokonanym
przeciwnikiem z I wojny światowej, wyzwoliło entuzjazm i przekonanie o niezwyciężoności niemieckich wojsk. Co prawda doświadczenia kampanii
norweskiej przekonały dowództwo Niemieckiej Marynarki Wojennej o zdecydowanym prymacie Royal Navy, ale nie zapobiegło to okupacji tego
skandynawskiego kraju przez Wehrmacht.
Według raportu z 30 czerwca 1940 r., który sporządził General der
Artillerie Alfred Jodl z Oberkommando der Wehrmacht (Naczelnego
Dowództwa Sił Zbrojnych), III Rzesza miała sześć opcji dalszego
postępowania wobec Wielkiej Brytanii. W kolejności od najbardziej do
najmniej aktywnych były to:
1. Lądowanie wojsk niemieckich na Wyspach Brytyjskich i pokonanie
Wielkiej Brytanii w wojnie na jej terytorium;
2. Zajęcie kluczowych brytyjskich baz w obszarze śródziemnomorskim i zmuszenie Wielkiej Brytanii do kapitulacji przez odcięcie jej od
posiadłości zamorskich w Afryce oraz na Bliskim i Dalekim Wschodzie;
3. Bombardowania lotnicze miast na Wyspach Brytyjskich, a przez to
doprowadzenie sterroryzowanej ludności do wymuszenia kapitulacji na
władzach Wielkiej Brytanii;
4. Blokada morska Wysp Brytyjskich, odcinająca dostawy żywności oraz
surowców i prowadząca do kapitulacji Wielkiej Brytanii;
5. Wynegocjowanie zawieszenia broni z Wielką Brytanią na warunkach
korzystnych dla III Rzeszy pod groźbą działań z pkt. 1-4;
6. Rezygnacja z jakichkolwiek dalszych działań i umocnienie wybrzeży
Europy Zachodniej dla zabezpieczenia przez atakami z Wysp Brytyjskich.
Wariant szósty dla Hitlera nie wchodził w rachubę. Triumfujący wódz III
Rzeszy nie miał zamiaru zatrzymać się w swoich podbojach i zrezygnować z podporządkowania sobie w taki lub inny sposób ostatniego opierającego mu
się kraju.
Wariant piąty stał się nierealny kilka tygodni wcześniej. Pod koniec
maja 1940 r. w najwyższych kręgach władz brytyjskich poważnie rozważano
podjęcie rozmów pokojowych za pośrednictwem Włoch (wtedy jeszcze
neutralnych). Ostatecznie jednak zwyciężyła opcja kontynuacji wojny
nawet w razie upadku Francji - stronnictwo bojowe pod kierownictwem
Winstona Churchilla zneutralizowało i odsunęło od podejmowania
kluczowych decyzji stronnictwo kapitulacyjne lorda Halifaksa. Wyrazem
tej decyzji brytyjskiego rządu było przemówienie Churchilla wygłoszone w Izbie Gmin 4 czerwca, po zakończeniu ewakuacji wojsk z Dunkierki.
Powiedział wtedy m.in.:
Wytrwamy do samego końca, będziemy walczyć we Francji, będziemy walczyć
na morzach i oceanach, będziemy walczyć z coraz większą ufnością i coraz
większą siłą w powietrzu, będziemy bronić naszej Wyspy bez względu na
cenę, będziemy walczyć na plażach, będziemy walczyć na lądowiskach,
będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach;
nigdy się nie poddamy2.
Churchill liczył, że jeśli uda się zapobiec niemieckiej inwazji w 1940
r. lub ją odeprzeć, to w kolejnym roku uniemożliwi ją pogarszanie się
sytuacji gospodarczej w Niemczech. Liczył także na pełne poparcie
gospodarcze i finansowe Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, a może
nawet na wciągnięcie ich do wojny.
Hitler jeszcze 19 lipca wygłosił przemówienie, znane historykom jako
ostatni apel do zdrowego rozsądku Brytyjczyków. W przemówieniu tym,
jak to było w zwyczaju Führera, więcej było pogróżek i krzyku niż
zdrowego rozsądku mogącego Brytyjczyków do czegoś przekonać, trudno więc
było oczekiwać, że skłoni Churchilla do rokowań.
Wariant drugi - okupacja Gibraltaru i Malty - był skomplikowany
organizacyjnie, jako że w tym czasie III Rzesza nie dysponowała
bezpośrednim dostępem do akwenów śródziemnomorskich. Było to przecież
jeszcze przed niemieckimi kampaniami na Bałkanach, a całe południowe
wybrzeże Francji pozostawiono w nieokupowanej części tego kraju pod
kontrolą rządu w Vichy. Plany zajęcia Gibraltaru były uzależnione od
uzyskania wsparcia Hiszpanii generała Franco, a ewentualne lądowanie na
Malcie - Włoch Mussoliniego. Chociaż w teorii oba państwa były w tym
czasie sprzymierzeńcami III Rzeszy, a generał Franco miał dług
wdzięczności za pomoc w zwycięstwie podczas hiszpańskiej wojny domowej,
praktyczne uzgodnienia takiej współpracy okazały się trudne. Jak
pokazały kolejne lata, nawet już po silnym zaangażowaniu wojsk
niemieckich na obszarze śródziemnomorskim i ich lądowaniu w Afryce
Północnej ostatecznie nigdy nie podjęto prób inwazji na Gibraltarze ani
Malcie.
W praktyce latem 1940 r. pozostawały Niemcom do wyboru trzy opcje
działań przeciwko Wielkiej Brytanii: pełna inwazja wojskowa, blokada
morska albo kampania wyłącznie lotnicza.
Großadmiral Erich Raeder, dowódca Kriegsmarine, preferował blokadę,
jednak w tym czasie nie dysponował dostatecznymi siłami do jej
faktycznego wprowadzenia w życie. Pokonanie Francji nastąpiło w tempie,
które zaskoczyło nie tylko aliantów, ale również samych Niemców. W efekcie tego faktu dysponowali oni nagle licznymi bazami morskimi na
Atlantyku, pozwalającymi prowadzić nieskrępowane działania przeciwko
Royal Navy i statkom handlowym, ale nie mieli do tego odpowiedniej
liczby okrętów. Latem 1940 r. średnio tylko kilkanaście U-Bootów
prowadziło patrole atlantyckie przeciwko konwojom zaopatrzeniowym. Dla
skutecznego prowadzenia blokady morskiej konieczne więc było
zaangażowanie w nią lotnictwa. Możliwe to było przez zmasowane
bombardowanie głównych portów morskich, a także atakowanie konwojów
zbliżających się do Wielkiej Brytanii.
Te propozycje spotkały się z opozycją ze strony Luftwaffe. Po części
wynikała ona z animozji między lotnictwem a marynarką - a przede
wszystkim osobiście między Raederem a Göringiem - a po części z przekonania tego ostatniego, że Wielka Brytania jest na skraju załamania
i zamiast wielomiesięcznej blokady wystarczy kilka zdecydowanych uderzeń
militarnych, aby zmusić ją do uległości. Dlatego zadeklarował gotowość
podjęcia nieograniczonej ofensywy bombowej przeciwko Wielkiej Brytanii.
Ewentualna inwazja wymagała koordynacji działań armii, marynarki i lotnictwa. Historycy do dziś spierają się, na ile taka inwazja była
wtedy realna siłami, jakimi dysponowała III Rzesza.
Z punktu widzenia Kriegsmarine inwazja była przedsięwzięciem morskim, a priorytetem były zapewnienie transportu wojska na brzeg brytyjski i osłona okrętów desantowych przed nieuniknionym kontratakiem Royal Navy i RAF. Z tej perspektywy liczba przerzucanego wojska i konkretne miejsce
lądowania były kwestiami wtórnymi względem wymagań operacji morskiej.
Dlatego wstępne plany przygotowane przez dowództwo niemieckiej marynarki
zakładały lądowanie na możliwie wąskim odcinku wybrzeża południowej
Anglii.
Z punktu widzenia armii niemieckiej sednem inwazji było przerzucenie
żołnierzy i sprzętu w wybrane przez dowództwo rejony optymalne do walki
z Brytyjczykami i w liczbie potrzebnej do prowadzenia tych walk. Z tego
względu dowództwo wojsk lądowych Wehrmachtu preferowało lądowanie
ćwierci miliona żołnierzy w ciągu dwóch-trzech dni na szerokim odcinku
wybrzeża (350--400 km). Armii nie interesowały problemy techniczne
związane z realizacją tego przedsięwzięcia - uważano, że obowiązkiem
Kriegsmarine jest dostosowanie się do podanych jej warunków.
Podstawą wydanej 16 lipca 1940 r. dyrektywy Hitlera nakazującej
przygotowanie inwazji pod kryptonimem Seelöwe (Lew Morski) stały się
właśnie założenia dowództwa armii, co spowodowało opór w dowództwie
marynarki. Raeder argumentował, że Kriegsmarine nie dysponuje
dostateczną liczbą jednostek transportowych do przewozu takiej liczby
wojska w tak krótkim czasie, a przewiezienie pierwszej fali wojsk
inwazyjnych zajmie przynajmniej dziesięć dni, trudno więc mówić o błyskawicznych działaniach na lądzie. Ponadto Kriegsmarine w ogóle nie
dysponowała specjalistycznym sprzętem umożliwiającym wyładunek wojska na
brzeg poza normalnymi portami.
Problemem był też wybór terminu inwazji. Armia zakładała, że lądowanie
musi nastąpić o świcie, co wymagało przepłynięcia przez kanał La Manche
w ciągu nocy. Z kolei dowództwo marynarki dopuszczało dużą operację
nocną jedynie pod warunkiem jasnego światła księżyca, co znacznie
ograniczało wybór dopuszczalnej daty takiego przedsięwzięcia. Wkrótce
okazało się, że warunku odpowiedniej fazy Księżyca nie da się pogodzić z odpowiednią fazą przypływu, mającą kluczowe znaczenie dla operacji
wyokrętowania wojsk na brzeg. Trzeba było też wziąć po uwagę, że pogoda,
jesienią pogarszająca się z dnia na dzień, również nie będzie
sprzymierzeńcem wojsk inwazyjnych, a desantu nie będzie można odsuwać w nieskończoność.
Dodatkowo kwestia lądowania, a potem zaopatrzenia wojsk niemieckich
stanowiła istną kwadraturę koła. Wykluczano przeprowadzenie pierwszego
lądowania w bezpośrednim pobliżu większych portów, aby uniknąć
natychmiastowej interwencji Royal Navy w miejscu inwazji. Podstawą
obrony rejonu lądowania przed Royal Navy miały być zagrody minowe, które
planowano postawić w ciągu dziesięciu dni przed rozpoczęciem inwazji.
Natomiast dla zaopatrywania zajętego przez Wehrmacht przyczółka
konieczne było zdobycie któregoś z takich portów, aby mogły tam
bezpiecznie zawijać kolejne transporty morskie. Jak wiadomo, podobny
problem alianci rozwiązali cztery lata później, budując na plażach
Normandii własny port z gotowych prefabrykowanych elementów, przez co
uniezależnili się od konieczności zdobycia nieuszkodzonego portu
morskiego. Niemcy w 1940 r. nie wpadli na takie rozwiązanie (zresztą i tak zapewne nie zdołaliby go wdrożyć odpowiednio szybko), więc ich plany
operacji po lądowaniu musiały uwzględnić szybkie zdobycie od strony lądu
odpowiedniego portu przez wojska inwazyjne. To założenie, ostatecznie
niezweryfikowane w praktyce przez nich samych latem 1940 r., odbiło się
na ich późniejszych działaniach w 1944 r. Po sojuszniczym lądowaniu w Normandii wojska niemieckie, wycofując się pod naporem aliantów,
uporczywie broniły wszystkich znaczących portów na wybrzeżu Francji i Belgii w celu wydłużenia linii zaopatrzenia przeciwnika i utrudnienia
postępów jego wojsk.
Dopiero 30 sierpnia 1940 r., po długich targach między armią a marynarką, niemieckie naczelne dowództwo uzgodniło szczegóły planu
inwazji, której pierwszy rzut miał objąć dziewięć dywizji piechoty
przewożonych drogą morską oraz jedną dywizję powietrznodesantową,
skierowanych w cztery rejony lądowania: Eastbourne, Brighton, na zachód
od Folkestone i na wschód od Hastings. Drugi rzut miał się składać z czterech dywizji pancernych i czterech zmotoryzowanych, a trzeci -
sześciu dywizji piechoty. Planowano, że przewiezienie wszystkich trzech
rzutów zajmie 2-3 tygodnie. Załadunek wojsk miał następować w Rotterdamie (Holandia), Antwerpii i Ostendzie (Belgia) oraz Dunkierce,
Calais, Boulogne i Hawrze (Francja). Ogólne zadanie dla lądujących wojsk
określono jako ...pokonanie Armii Brytyjskiej i zajęcie stolicy państwa,
a jeśli sytuacja będzie tego wymagać, to również dalszych rejonów
Anglii. Początek operacji Seelöwe wyznaczono na 15 września. Wkrótce
jednak ujawniło się kuriozalne nieporozumienie. Dla armii rozpoczęcie
operacji Seelöwe było tożsame z lądowaniem wojsk na angielskim
wybrzeżu, ale dla marynarki początkiem operacji było stawianie zapór
minowych po bokach zaplanowanych stref lądowania, a to musiało zająć
około tygodnia. Dlatego 3 września termin desantu wojsk wyznaczono na 21
września. Z czasem tę datę przesunięto jeszcze o pięć dni. Ostateczną
decyzję o przeprowadzeniu inwazji (albo nie) miał podjąć osobiście
Hitler z dziesięciodniowym wyprzedzeniem.
Kluczową kwestią planowanej inwazji była flota transportowa dla wojska.
Dla pierwszego rzutu przewidywano zmodyfikowane okręty i statki, z których wojsko na plaże przerzucano by niewielkimi łodziami motorowymi i pontonami. Kolejne rzuty wojska planowano przewozić na opanowany
wcześniej przyczółek przy użyciu floty ponad 2000 zmodyfikowanych barek
rzecznych zarekwirowanych w Niemczech, Holandii, Belgii i we Francji.
* * *
Parlamentarne przemówienie Churchilla z 18 czerwca, odczytane następnie
przez radio, z jednej strony mroziło krew w żyłach, z drugiej zaś
wywołało pobudzenie brytyjskiego społeczeństwa - ludzie masowo zgłaszali
się do oddziałów ochotniczej obrony lokalnej. Drut kolczasty oplótł
wszystkie najważniejsze budynki, na plażach i drogach wyrastały zapory z betonu, a nieskażoną od wieków zieleń brytyjskich ogrodów i pól
poprzecinały rowy przeciwczołgowe. Z dnia na dzień poznikały tablice
informacyjne i niektóre znaki drogowe, by zdezorientować piątą
kolumnę, której tak się panicznie obawiano, a także spodziewane lada
chwila spadochronowe wojska desantowe. Rekruci ćwiczyli z atrapami
karabinów z grubsza ociosanych z kawałków drewna, a w jednostkach
tyłowych zbrojono się w gazrurki i inne prymitywne narzędzia walki,
niektóre pasujące bardziej do wieków średnich. Rozpoczęło się
oczekiwanie na niemiecki atak.
Brytyjczycy, od upadku Francji spodziewający się inwazji w każdej
chwili, nie dysponowali żadną konkretną wiedzą o niemieckich planach.
Teoretycznie mieli dwa źródła takich informacji, ale oba okazały się
niedoskonałe.
Pierwszym była operacja pod kryptonimem Ultra, czyli informacje z niemieckiej łączności radiowej szyfrowanej z użyciem maszyny Enigma. Nie
miejsce tu na opis całej historii złamania szyfru Enigmy - najpierw
przed wojną przez polskich matematyków, a potem podczas wojny przez
brytyjskich specjalistów zmagających się z kolejnymi utrudnieniami
wynikającymi z wprowadzanych przez Niemców zmian. U progu bitwy
Brytyjczycy byli w stanie odczytywać część informacji kodowanych w ten
sposób. G/Cpt Frederick Winterbotham, zastępca szefa SIS (Tajnej Służby
Wywiadowczej) po latach napisał:
Na podstawie Ultry zdaliśmy sobie sprawę, że czeka nas Bitwa o Anglię,
bo Luftwaffe uaktywniła się w eterze. Wiedzieliśmy mniej więcej, jaka
jest siła Luftwaffe i znaliśmy [...] całe rozmieszczenie niemieckiego
lotnictwa [...]. Niektóre jednostki były nadal w Holandii, a inne
rozciągały się aż po Bretanię. Funkcje poszczególnych dywizjonów stały
się całkiem jasne, gdyż całe to przeorganizowanie podawano drogą
radiową [...]. Gdy tylko rozpoczęła się bitwa, przechwyciliśmy rozkaz
Göringa do podległych mu dywizjonów, że teraz podbiją Wielką Brytanię i że Hitler wydał pozwolenie na rozpoczęcie operacji "Lew Morski".
Zaczęliśmy śledzić wszystkie ruchy wojsk niemieckich ku wybrzeżu i wykryliśmy instalowanie w Holandii czegoś, co Niemcy nazywali "punktami
załadunku lotniczego", dokąd przylatywałby samolot i, podobnie jak na
peronie kolejowym, po obu stronach były rampy, dzięki którym można było
do niego załadować żołnierzy lub sprzęt w ciągu kilku minut, po czym
wysłać go ponownie. Inwazja musiała ewidentnie dokonać się właśnie w taki sposób: przez zrzucenie ogromnych ilości sprzętu z powietrza, a jednocześnie niemieckie lotnictwo miało prowadzić bombardowanie w głębi
kraju - to był cały plan inwazji. Potem przechwyciliśmy deklaracje
samego Göringa - był w tej sprawie w sporze z armią, bo powiedział
Hitlerowi, że armia będzie niepotrzebna, gdyż jest w stanie rzucić
Wielką Brytanię na kolana wyłącznie za pomocą Luftwaffe. To była bardzo
śmiała deklaracja. Mieliśmy telegram Göringa ustalający tę strategię z podległymi mu dowódcami. Polecił swoim dowódcom polecieć nad Wielką
Brytanię i zmusić do walki cały RAF, gdyż tylko w ten sposób można było
go zniszczyć w takim czasie, jakim dysponowali. To był klucz dla
Dowdinga, by toczyć tę bitwę niewielkimi oddziałami, kiedy oni nadlecą,
i stopniowo zmęczyć przeciwnika. Ale zawsze mieć samoloty, które można
by wysłać do walki. Jasne się stało, że Hitler i jego generałowie nie
podejmą inwazji, dopóki nie zdobędą absolutnej kontroli nad przestrzenią
powietrzną nad Kanałem. Dotarło to do nas, jak również zapewnienia
Göringa, że rzuci Wielką Brytanię na kolana siłą samej Luftwaffe. Te
było w komunikatach z Ultry i Churchill był zachwycony, bo to była cała
strategia3.
Wszystko to brzmi dziś bardzo optymistycznie, ale w gruncie rzeczy
niewiele z tych przechwyconych informacji miało znaczenie dla
konkretnych działań. Do końca 1940 r. nie udało się praktycznie złamać
kodów armii i marynarki niemieckiej, a jedynie ten stosowany przez
Luftwaffe (maszyna Enigma była tylko narzędziem, ale każdy rodzaj sił
zbrojnych używał jej z zastosowaniem własnych metod dodatkowego
kodowania). Tempo deszyfrażu przechwyconych wiadomości radiowych
niemieckiego lotnictwa było na tyle powolne, że o konkretnych
codziennych działaniach brytyjskie dowództwo najpierw dowiadywało się,
obserwując naloty Luftwaffe, a dopiero potem otrzymywało odczytane
depesze z rozkazami nakazującymi ich przeprowadzenie. Jeśli chodzi o niemieckie plany inwazji, to w świetle zdobytych informacji przeceniano
rolę desantów lotniczych, natomiast brak odczytanych meldunków i rozkazów armii oraz marynarki powodował całkowitą niewiedzę o konkretnych planach inwazji morskiej - stąd to błędne przeświadczenie,
że cały plan inwazji polegał na zrzuceniu ogromnych ilości sprzętu z powietrza. Ponieważ z odczytanych meldunków lotniczych znano wyjściowe
bazy wojsk powietrznodesantowych w Holandii, więc dowódcy brytyjscy
spodziewali się, że cała inwazja nastąpi we wschodniej Anglii, na północ
od ujścia Tamizy. Oba te nieporozumienia - co do kierunku lądowania i proporcji udziału wojsk powietrznodesantowych - prowadziły do dużego
rozproszenia wojsk rozmieszczonych w celach obronnych na znacznym
obszarze Wysp Brytyjskich. Zakładając inwazję niemiecką od strony Morza
Północnego, przewidywano także udział w niej jednostek Wehrmachtu
stacjonujących w okupowanej Norwegii. Miałyby one wylądować w Szkocji, w związku z czym jej wschodnie wybrzeże obsadzono jednostkami Polskich Sił
Zbrojnych ewakuowanymi z Francji (z czasem powstał z nich na terenie
Szkocji cały 1 Korpus Polski).
Drugim kluczowym źródłem wiedzy o niemieckich przygotowaniach było
rozpoznanie lotnicze. Wykorzystywano do niego nieliczne samoloty
Supermarine Spitfire zmodyfikowane do takich zadań, a także dwusilnikowe
amerykańskie bombowce Lockheed Hudson, będące wojskową przeróbką znanych
przed wojną samolotów pasażerskich Lockheed Super Electra (używanych
m.in. przez PLL Lot). Wszystkich tych samolotów była jednak garstka, a niedokładność informacji ogólnowywiadowczych zmuszała je do regularnego
kontrolowania wybrzeży europejskich od Norwegii aż po granicę
hiszpańską. Fotografowano porty kontrolowane przez Niemców, poszukując
znamion przygotowań do inwazji, które zaobserwowano po raz pierwszy
dopiero w drugim tygodniu sierpnia. 1 września 1940 r. na lotniczych
fotografiach pojawiły się już bardzo liczne barki przemieszczające się w nietypowo wielkiej liczbie w kierunku morza wzdłuż kanałów na pograniczu
Holandii i Belgii. W następnych dniach zaobserwowano rosnącą
koncentrację jednostek pływających w portach w Ostendzie i Vlissingen,
które były stale monitorowane i fotografowane; 31 sierpnia w porcie w Ostendzie znajdowało się 18 barek; 2 września zdjęcia ukazały ich już
70; 4 września - 115, a 6 września - 205. W tym samym tygodniu liczba
barek we Vlissingen wzrosła o 120. Praktycznie codziennie można było
dostrzec procesje barek i holowników płynących w towarzystwie statków
towarowych na zachód wzdłuż wybrzeża kanału La Manche. Między 4 a 6
września kolejne 34 barki pojawiły się w Dunkierce, a 53 w Calais. Pod
koniec 6 września nie było już żadnych wątpliwości: Niemcy nie
koncentrowaliby ich w portach narażonych na bombardowania, gdyby
szybkimi krokami nie zbliżała się godzina inwazji. Tego wieczoru władze
zarządziły alarm drugiego stopnia: prawdopodobny atak w ciągu
najbliższych trzech dni.
Prowadzono loty patrolowe, wypatrując nietypowego ruchu niemieckich
statków i okrętów poza wodami przybrzeżnymi, aby wykryć rozpoczęcie
operacji przerzutu wojsk do lądowania. Wskutek błędnego określenia
priorytetów zagrożeń nadal większą część wysiłku lotnictwa
rozpoznawczego skupiono na kierunku Morza Północnego (czyli inwazji na
wschodnie wybrzeże Anglii), a mniejszą na kanale La Manche (czy od
strony południowego wybrzeża, gdzie faktycznie Niemcy mieli zamiar
dokonać inwazji). W efekcie częstotliwość lotów w rejon poszczególnych
portów była tak mała, że w razie rzeczywistej inwazji nie jest pewne,
czy samoloty rozpoznawcze RAF w ogóle zdążyłyby zaobserwować wyjście
floty desantowej z portów w przeddzień lądowania.
Na szczęście dla Brytyjczyków operację Seelöwe musiało poprzedzić
wywalczenie przez Niemców przewagi powietrznej nad rejonem inwazji. Z punktu widzenia Kriegsmarine dominacja Luftwaffe nad południową Anglią
i kanałem La Manche, bez obawy przeciwdziałania ze strony myśliwców RAF,
była warunkiem niezbędnym do rozpoczęcia przerzutu wojsk. Bombowce
niemieckie miały mieć zapewnioną swobodę atakowania interweniujących
okrętów Royal Navy, zanim staną się one zagrożeniem dla floty
inwazyjnej, za to brytyjskie bombowce nie miały prawa przebić się nad
jednostki Kriegsmarine ani lądujące wojska. Jedno i drugie wymagało, aby
w powietrzu nad tym rejonem królowały niemieckie myśliwce, zapewniając
osłonę własnym bombowcom, a zestrzeliwując brytyjskie. To z kolei
oznaczało, że aby mogło dojść do inwazji, Luftwaffe musiała najpierw
wyeliminować myśliwce brytyjskie z nieba nad południową Anglią.
ACM Hugh Dowding, dowódca Fighter Command w tym okresie, podsumował w swoim raporcie z Bitwy o Anglię sporządzonym latem 1941 r., a opublikowanym jako dodatek do "London Gazette" (brytyjskiego dziennika
urzędowego) we wrześniu 1946 r.:
Istotą ich strategii było takie osłabienie naszej obrony myśliwskiej,
aby ich lotnictwo było w stanie udzielić odpowiedniego wsparcia przy
próbie inwazji na Wyspy Brytyjskie. Doświadczenia w Holandii i Belgii
pokazały, co mogą osiągnąć wojskami pancernymi działającymi we
współpracy z lotnictwem, które zasadniczo uzyskało panowanie w powietrzu.
Ta przewaga powietrzna była im podwójnie potrzebna w ataku na Anglię,
ponieważ większość ich oddziałów i zaopatrzenia wojennego musi być z konieczności przetransportowana drogą morską, więc aby osiągnąć sukces,
muszą być w stanie zapewnić osłonę lotniczą podczas przerzutu i lądowania wojsk i zaopatrzenia.
Zasadniczym warunkiem wstępnym inwazji na Wyspy było zatem zniszczenie
lub sparaliżowanie naszego lotnictwa myśliwskiego.
Ich bezpośrednim celem mogły być konwoje, stacje radiolokacyjne,
lotniska myśliwskie, porty morskie, fabryki samolotów lub sam Londyn.
Ale celem podstawowym zawsze było ciągłe zmuszanie lotnictwa
myśliwskiego do walki oraz osłabianie jego zasobów materialnych i zaplecza wywiadowczego [...].
Fundamentalna zasada, z której trzeba sobie zdać sprawę, mówi, że
potrzeby myśliwców, gdy się pojawią, nie są porównywalne z innymi
rodzajami lotnictwa, tylko bezwzględne. Adekwatne i skuteczne lotnictwo
myśliwskie zapewnia bezpieczeństwo bazy, bez którego niemożliwe jest
prowadzenie działań w sposób ciągły.
Gdyby jesienią 1940 r. zawiodła obrona myśliwska, nastąpiłaby inwazja
na Anglię. Ważnym czynnikiem załamania francuskiego oporu wiosną było
sparaliżowanie ich myśliwców. Później nieuniknione wycofanie myśliwców z Krety uniemożliwiło dalszy opór4.
Takie właśnie były główny motyw i istota nadchodzącej bitwy powietrznej.
Nie chodziło o to, czy Niemcom uda się zbombardować i zniszczyć takie
albo inne cele wojskowe, przemysłowe lub cywilne. Istotą batalii
lotniczej była jedna podstawowa kwestia: czy lotnictwo myśliwskie RAF
zachowa zdolność prowadzenia działań bojowych nad całym obszarem swojego
kraju, czy też będzie zmuszone oddać Niemcom panowanie bodaj nad częścią
terytorium Anglii, na której wskutek tego Wehrmacht byłby w stanie
dokonać inwazji. Cały dotychczasowy przebieg II wojny światowej
wskazywał na jednoznaczną prawidłowość: jeśli nad jakimś krajem lub jego
częścią Luftwaffe zdobyła panowanie w powietrzu, zajęcie tego terenu
przez żołnierzy Wehrmachtu było tylko kwestią czasu. Jak mówiła
popularna polska piosenka okupacyjna: ...A wtem lotnictwo się pojawiło ...
a naszych orłów widać nie było, to nas zmusiło cofnąć się. Latem 1940
r. i dla Niemców, i dla Brytyjczyków było jasne, że jeśli teraz z kolei
nad południową Anglią zabraknie na niebie brytyjskich orłów (a wraz z nimi i polskich), to armia dumnego Albionu nie zdoła utrzymać swoich
pozycji na ziemi.
The Battle of Britain/Kampania Brytyjska, praca zbior.; Warszawa 2015. O ile nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty z tekstów w języku angielskim w tłumaczeniu W. Matusiaka. [wróć]
The Battle of Britain/Kampania Brytyjska, praca zbior., Warszawa 2015. [wróć]
Joshua Levine, Forgotten Voices of the Blitz and the Battle For Britain: A New History in the Words of the Men and Women on Both Sides, Londyn 2006. [wróć]
Hugh Dowding, The Battle of Britain, Londyn 1946. [wróć]
Rozdział 2. Luftwaffe u progu ataku na Wielką Brytanię
ROZDZIAŁ 2
LUFTWAFFE U PROGU ATAKU NA WIELKĄ BRYTANIĘ
Doktryna
Po zakończeniu I wojny światowej zakazano Niemcom posiadania lotnictwa
wojskowego, jednak państwo to nie zrezygnowało z tajnych zbrojeń w tej
dziedzinie. Po dojściu do władzy narodowych socjalistów w 1935 r.
oficjalnie ujawniono istnienie Luftwaffe. Miała ona bardzo silną pozycję
w III Rzeszy, jako że jej naczelny dowódca Hermann Göring był zasłużonym
towarzyszem partyjnym Adolfa Hitlera. Dzięki temu Luftwaffe była
niezależnym rodzajem sił zbrojnych Wehrmachtu (wbrew potocznemu
mniemaniu niemiecki termin Wehrmacht nie oznacza wyłącznie wojsk
lądowych, ale całość sił zbrojnych: wojska lądowe, marynarkę wojenną i lotnictwo). W jej szeregach znajdowało się jednak wielu oficerów
wywodzących się wprost z armii, którzy dobrze rozumieli ogólne kwestie
wojskowości, ale nie specyfikę lotnictwa.
Dlatego doktryna Luftwaffe przyznawała pierwszeństwo wsparciu wojsk
lądowych. Lotnictwo bombowe miało niszczyć wojska przeciwnika (w tym
lotnictwo) jeszcze przed rozpoczęciem walk. Przewidywano rozbicie z powietrza infrastruktury lotnictwa i przemysłu lotniczego wroga. Głównym
zadaniem myśliwców było zapewnienie bezpieczeństwa własnym bombowcom i samolotom rozpoznawczym. Był tu wyraźny podział na myśliwce
jednosilnikowe i jednomiejscowe, o ograniczonym zasięgu, przeznaczone do
działań w bezpośrednim pobliżu rejonu walk, oraz ciężkie myśliwce
dwusilnikowe (tzw. niszczyciele), przeznaczone do zwalczania lotnictwa
nieprzyjaciela i do eskorty własnych bombowców w lotach
dalekodystansowych.
Pierwotnie planowano również dla Luftwaffe bombowce strategiczne, które
byłyby zdolne z III Rzeszy (w jej granicach sprzed II wojny światowej)
osiągać dowolne cele na terytorium Wysp Brytyjskich, a także na całym
europejskim terytorium ZSRR. To drugie wymaganie bardziej działało na
wyobraźnię, więc ten projekt uzyskał nieoficjalną nazwę Ural-Bomber.
Zwolennikiem tej koncepcji był Generalleutnant Walther Wever, pierwszy
szef sztabu ujawnionej Luftwaffe. Efektem programu Ural-Bomber były
czterosilnikowe bombowce Dornier 19 i Junkers 89, które jednak nie
wyszły poza stadium prototypów. Wever zginął w katastrofie lotniczej w czerwcu 1936 r., a jego następca - Generalleutnant Albert Kesselring -
doprowadził do zakończenia tego programu w kwietniu 1937 r. Wychodził
przy tym z założenia, że niemiecki przemysł lotniczy nie jest w stanie
równocześnie produkować potrzebnych ilości lekkich i ciężkich myśliwców
oraz lekkich, średnich i ciężkich bombowców. Rezygnacja z tej ostatniej
kategorii samolotów, pochłaniających największe środki finansowe,
materiałowe i robociznę, miała służyć zwiększeniu produkcji pozostałych.
Kesselring zakładał, że w warunkach wojny na terenie Europy Zachodniej i Środkowej ciężkie bombowce dalekiego zasięgu nie będą potrzebne. Chociaż
formalnie prac nad tą ostatnią kategorią samolotów nie zaprzestano, to
nigdy nie uzyskały one niezbędnego poparcia, i III Rzesza do końca swego
krótkiego istnienia nie doczekała się lotnictwa strategicznego z prawdziwego zdarzenia.
W praktyce więc lotnictwo bombowe Luftwaffe miało w całości charakter
taktyczny. Stawiane przez nim zadania koncentrowały się na bezpośrednim
wsparciu własnych wojsk naziemnych. Był to wynik doświadczeń wojny
domowej w Hiszpanii (1936-1939), kiedy taktyczne lotnictwo Legionu
Condor okazało się niezwykle skuteczne we wspieraniu własnych wojsk na
polu walki. Przebieg walk w Polsce w 1939 r. i w Europie Zachodniej
wiosną 1940 r. zdawał się potwierdzać słuszność takiego podejścia.
Latem 1940 r. Luftwaffe była z taktycznego punktu widzenia
najpotężniejszym lotnictwem wojskowym świata; natomiast zupełnie
nieprzystosowana do działań o charakterze strategicznym, nie mających
bezpośredniego powiązania z przebiegiem konkretnych działań wojennych na
ziemi.
Organizacja
Latem 1940 roku Luftwaffe dysponowała łącznie pięcioma flotami
powietrznymi (Luftflotte). Luftflotte 1 i Luftflotte 4 operowały
na terenie Niemiec i Austrii z zadaniem obrony ich przestrzeni
powietrznej.
Luftflotte 5 (której siłę uderzeniową stanowił X. Fliegerkorps, czyli
X Korpus Lotniczy), dowodzona przez Generalobersta Hansa-Jürgena
Stumpffa, stacjonowała w okupowanej Danii i Norwegii, skąd jej bombowce
i ciężkie myśliwce były w stanie prowadzić działania przeciwko północnej
części Wielkiej Brytanii.
Luftflotte 2 i Luftflotte 3 skupiały główne siły Luftwaffe i po
zakończeniu kampanii francuskiej skoncentrowano je nad kanałem La
Manche. Luftflotte 2 (I., II. i IX. Fliegerkorps) znajdowała się
na lotniskach w północno-wschodniej Francji, w Belgii i Holandii
bardziej na północ, oddzielona od południowo-wschodniej Anglii Cieśniną
Kaletańską i Morzem Północnym, a Luftflotte 3 (IV., V. i VIII.
Fliegerkorps) na południe od niej, głównie w Normandii, oddzielona
kanałem La Manche od południowej Anglii.
Dowódcą Luftflotte 2 był Generalfeldmarschall Albert Kesselring,
który podczas I wojny światowej był oficerem artylerii, a w Luftwaffe
zrobił karierę jako organizator i sztabowiec. To on, jako szef sztabu
Luftwaffe, zadecydował o rezygnacji z bombowców strategicznych. We
wrześniu 1939 r. dowodził Luftflotte 1 działającą nad Polską.
Luftflotte 3 dowodził Generalfeldmarschall Hugo Sperrle, który
podczas I wojny służył w lotnictwie. Podczas wojny domowej w Hiszpanii w latach 1936-1939 był dowódcą niemieckiego lotnictwa Legionu Condor,
walczącego po stronie wojsk generała Franco.
Organizacyjnie podstawową jednostką (a właściwie już związkiem
taktycznym) Luftwaffe był Geschwader, zwyczajowo tłumaczony na polski
jako pułk, chociaż jego odpowiednikiem w polskim lotnictwie
przedwojennym była brygada. W RAF ten szczebel dowodzenia nie miał
odpowiednika w chwili wybuchu wojny i dopiero w trakcie działań
Brytyjczycy utworzyli odpowiadający mu związek taktyczny nazwany Wing
(Skrzydło).
W terminologii niemickiej samolot bombowy nosił formalną nazwę
Kampfflugzeug, tzn. dosłownie samolot bojowy, dlatego jednostki
dwusilnikowych bombowców miały w nazwie przedrostek kampf. Bombowce
nurkujące znane były pod złożoną nazwą Sturzkampfflugzeug, tzn.
nurkujący samolot bojowy. Powszechnie zastępowano ją niemieckim
skrótowcem Stuka wymawianym sztuka, co dało początek potocznej
polskiej nazwie sztukas. Z czasem przyjęło się utożsamianie jej z jednym konkretnym typem samolotu, ale pierwotnie była to nazwa całej
kategorii maszyn bez względu na konkretny model.
Myśliwce jednosilnikowe nosiły w niemieckiej nomenklaturze nazwę
Jagdflugzeug, co dosłownie odpowiada polskiemu określeniu samolot
myśliwski, a ich jednostki miały przedrostek jagd. Ciężki myśliwiec
dwusilnikowy z dwuosobową (lub większą) załogą nosił w nomenklaturze
Luftwaffe nazwę Zerstörer, czyli niszczyciel.
Geschwader miał własny numer (cyframi arabskimi), a w nazwie określano
rodzaj lotnictwa, jaki reprezentował: Kampfgeschwader (w skrócie KG),
Jagdgeschwader (w skrócie JG), Stukageschwader (w skrócie StG),
Zerstörergeschwader (w skrócie ZG). W praktyce Geschwader rzadko
prowadził działania jako całość - samodzielnie działały w chodzące jego
skład jednostki o nazwie Gruppe (dosł. grupa), będące odpowiednikiem
polskich dywizjonów i RAF squadronów. Zwykle pułk miał trzy-cztery
dywizjony, oznaczone kolejnymi numerami rzymskimi w ramach pułku: np.
I. Gruppe Jagdgeschwader 26 była skrótowo oznaczana I./JG 26. Z kolei
dywizjon dzielił się na pododdziały nazwane Staffel, stanowiące
odpowiednik polskiej eskadry albo RAF Flightu. Oznaczano je kolejnymi
numerami arabskimi w ramach Geschwader, więc np. 3. Staffel z Kampfgeschwader 2 to w skrócie 3./KG 2.
Pułki bombowe (KG i StG) były podporządkowane poszczególnym korpusom
lotniczym, przy czym pułki sztukasów praktycznie w całości znalazły
się w VIII. Fliegerkorps. Pułki myśliwskie (JG i ZG) podlegały
bezpośrednio dowódcom myśliwskim na szczeblu sztabów flot (tzw.
Jagdfliegerführer, w skrócie Jafü).
Sprzęt i taktyka
Do działań ofensywnych Luftwaffe dysponowała w połowie 1940 r.
bombowcami jedno- i dwusilnikowymi.
Konstrukcja niemieckich bombowców była oparta na założeniach taktycznych
ich użycia. Przewidywano dwojaki sposób ich obrony przed myśliwcami
wroga: dużą prędkość przelotową i obronne uzbrojenie strzeleckie.
Podstawową zwartą formacją bojową stosowaną w nalotach dziennych był
klucz trzech samolotów bombowych (Kette). Ugrupowania dywizjonowe
(Gruppe) składające się najczęściej z trzech eskadr (Staffel) po
trzy takie klucze formowały szyk na różne sposoby zależnie od
uwarunkowań konkretnej operacji (wielkości celu, pogody itp.). Formacje
można było stosunkowo łatwo zmieniać na rozkaz prowadzącego. Na przykład
podczas nalotu na Yeovil 7 października 1940 r. tuż przed nim bombowce
uformowały szyk kolumny kluczy jeden za drugim (patrz schemat nr 4 na
str 291).
Gdy w jednym nalocie działała większa liczba dywizjonów, z reguły
ustawiały się jeden za drugim. Każde następne ugrupowanie znajdowało się
wtedy kilkaset metrów powyżej poprzedzającego, w odległości poziomej od
500 m do 5 km. Preferowana optymalna wysokość operacyjna bombowców
wynosiła 4000-5000 m. Jednostki tworzące duże ugrupowania latały blisko
siebie w celu zachowania spójności formacji podczas ataku. W razie
przechwycenia przez myśliwce bombowce nie stosowały uników, lecz
polegały na wzajemnym wsparciu ogniowym zapewnianym przez lot w ciasnym
szyku oraz na pomocy eskorty myśliwców. Dotyczyło to jednak tylko dużych
formacji, które mogły działać przy odpowiednio ładnej pogodzie. Mniejsze
formacje lub bombowce latające pojedynczo stosowały kilka taktyk
obronnych. W przypadku przewagi prędkości próbowano ucieczki. Było to
skuteczne w 1939 r., kiedy wszystkie niemieckie bombowce były szybsze od
polskich myśliwców, ale nad Wielką Brytanią w 1940 r. już tylko Junkersy
88 mogły liczyć na skuteczną ucieczkę. Inne typy stosowały więc
gwałtowne zejście tuż na ziemię lub poziom morza i dopiero tam ucieczkę
na pełnym gazie. Inną metodą było szukanie schronienia w najbliższych
chmurach. Skuteczne okazało się też wykorzystanie hamulców
aerodynamicznych w bombowcach nurkujących, umożliwiających gwałtowne
spowolnienie podczas stromego nurkowania, co powodowało, że atakujący
myśliwiec z dużą prędkością mijał swą potencjalną ofiarę.
Stosowano różne manewry taktyczne w celu zmylenia obrony co do celu
ataku. Niekiedy duże formacje stopniowo dzieliły się na mniejsze, które
następnie kierowały się do różnych wyznaczonych celów. Stosowano jednak
i odwrotne rozwiązanie, kiedy niezależne formacje samolotów zmierzały do
samego celu. W ten sposób obrońcy mieli trudności w przewidywaniu celu
operacji na jej wczesnym etapie, co zazwyczaj zwiększało problemy z udanym przechwyceniem bombowców. Oczywiście często stosowano mylące
kierunki przelotu, gdzie cała formacja leciała prosto na istotny dla
obrony obiekt, ale w ostatniej chwili wykonywała gwałtowny zwrot w kierunku rzeczywistego celu.
Wśród bombowców dwusilnikowych nie wprowadzono unifikacji typu -
jednostki bombowe były wyposażone w samoloty Heinkel 111, Dornier 17 lub
Junkers 88. Oficjalne oznaczenia typów samolotów Luftwaffe były nadawane
na szczeblu rządowym III Rzeszy według specjalnego systemu, dlatego
numery identyfikujące poszczególne typy były niepowtarzalne (np.
bombowiec Heinkel 111 był jedynym typem samolotu lotnictwa wojskowego
Niemiec mającym w nazwie numer 111). Zwyczajowo numery te poprzedzano
dwuliterowym skrótem nazwy producenta, również określanym urzędowo.
Przeważnie był to intuicyjnie oczywisty skrót nazwy firmy, więc
wspomniane bombowce nazywano odpowiednio: He 111, Do 17 i Ju 88.
Najstarszym typem spośród tej trójki był Dornier 17. Prototyp oblatano w 1934 r. w odpowiedzi na zamówienie linii lotniczych, poszukujących
szybkiego samolotu pocztowego. Ostatecznie wersja cywilna nigdy nie
trafiła do produkcji, ale samolot szybko znalazł zainteresowanie w tworzącej się Luftwaffe. Powstała wersja bombowa Do 17E i rozpoznawcza
Do 17F, a z czasem nowocześniejsze Do 17M (bombowy) i Do 17P
(rozpoznawczy). W latach trzydziestych Do 17 uznawany był za bardzo
szybki. Podczas wojny domowej w Hiszpanii i nad Polską w 1939 r. był
często w stanie uciec myśliwcom przeciwnika. W połowie 1940 r.
najliczniej używano wersji Do 17Z, uzbrojonej w cztery km MG 15 do
obrony. Napęd stanowiły silniki gwiazdowe Bramo 323 o mocy po 1000 KM.
Były one chłodzone powietrzem i dzięki temu mniej wrażliwe na ostrzał.
Bombowiec osiągał prędkość powyżej 400 km/h i zabierał 1000 kg bomb. W ówczesnych przeznaczonych dla RAF instrukcjach rozpoznawania typów
mianem Do 17 określano tylko wczesne wersje tego samolotu (od E do P),
natomiast znacznie zmodyfikowaną wersję Do 17Z błędnie nazywano Do 215,
i dlatego taka nieprawidłowa nazwa pojawia się w licznych meldunkach
pilotów alianckich z okresu Bitwy o Anglię. Istniał też samolot, który
faktycznie nosił niemiecką nazwę Do 215 (napędzany silnikami rzędowymi),
ale był w tym czasie używany w Luftwaffe jako samolot rozpoznawczy i pojawiał się nad Wyspami Brytyjskimi w niewielkiej liczbie.
Prototyp Heinkla 111 oblatano 24 lutego 1935 r. i był to drugi pod
względem wieku typ bombowca używanego przez Luftwaffe w 1940 r.
Konstrukcja powstawała od razu dwutorowo: jawnie jako samolot
transportowy, a w tajemnicy jako bombowiec. Co ciekawe, pierwsza wersja
transportowa, oznaczona He 111A, została odrzucona przez Luft-hansę ze
względu na zbyt słabe osiągi, w związku z czym dziesięć wyprodukowanych
samolotów sprzedano do Chin. Ostatecznie zadowoliła niemieckie linie
lotnicze wersja He 111C. Podobnie jak Do 17, uznawany był w połowie lat
trzydziestych za samolot bardzo szybki i wyposażany był w coraz
mocniejsze silniki i uzbrojenie. Choć konstrukcja He 111 była solidna,
to jego chłodzone cieczą silniki rzędowe szybko zawodziły w przypadku
uszkodzenia instalacji chłodzącej. Tak samo jak wczesne bombowe odmiany
samolotu: He 111B, E, F i J, miały konwencjonalnie rozwiązany przód, z wyodrębnioną kabiną pilotów w górnej części mającą oddzielny
wiatrochron. Począwszy od opracowanej w 1938 r. wersji He 111P, kolejne
odmiany miały już połączoną przeszkloną owiewkę całej części przedniej,
w charakterystycznie asymetrycznym kształcie, ze stanowiskiem przedniego
strzelca odsuniętym w prawo od osi kadłuba. Wersja He 111P używana w latach 1939-1940 była uzbrojona w pięć km MG 15 do obrony. Oznaczenia
odmian samolotu nie były nadawane w kolejności alfabetycznej i wariant
wprowadzony na wyposażenie w trakcie Bitwy o Anglię nosił oznaczenie He
111H. Zabierał 2000 kg bomb, a jego prędkość maksymalna wynosiła około
400 km/h.
Najnowocześniejszym bombowcem Luftwaffe był Junkers 88. Ujrzał on
światło dzienne jako pozornie zwyczajny bombowiec, przez co do dzisiaj
wielu nieświadomych miłośników historii lotnictwa szufladkuje go razem z Heinklem 111 i Dornierem 17. Okazał się jednak konstrukcją tak udaną i wszechstronną, że ostatecznie był podczas II wojny światowej używany nie
tylko jako bombowiec taktyczny i strategiczny, ale również myśliwiec
nocny i dzienny dalekiego zasięgu oraz samolot rozpoznawczy, a pod
koniec wojny również jako zdalnie sterowany samolot pocisk. Rozwój tej
zdumiewająco udanej konstrukcji trwał do końca wojny, obejmując również
znacznie zmodyfikowaną odmianę rozwojową pod nową nazwą Ju 188.
Produkcja tej ostatniej była kontynuowana we Francji nawet po
zakończeniu II wojny światowej! Chociaż prototyp Ju 88 oblatano 21
grudnia 1936 r., to na wyposażenie jednostek zaczęto te samoloty
wprowadzać dopiero w 1939 r. Napęd stanowiły dwa silniki Junkers Jumo
211B-1 o mocy startowej po 1175 KM. Uzbrojenie obronne stanowiły trzy km
MG 15. Miał prędkość maksymalną ponad 450 km/h, był więc znacznie
szybszy od pozostałych dwóch bombowców. Większy był również udźwig bomb,
dochodzący do 2400 kg. Podczas Bitwy o Anglię coraz większą liczbę
jednostek przezbrajano w Ju 88.
Jak już wspomniano, jednosilnikowe bombowce nurkujące Junkers 87 znane
były potocznie pod niemieckim skrótowcem Stuka, który Brytyjczycy
wymawiali zgodnie z pisownią (jak polski czasownik stuka), a Polacy
przekręcili go w słowo sztukas. Prototyp Junkersa 87 oblatano w 1935
r. Co ciekawe, był napędzany silnikiem Rolls-Royce Kestrel. W 1940 r.
był na wyposażeniu wariant Ju 87B. Cieszył się on już złowrogą sławą,
jako że podczas kampanii w Polsce i w Europie Zachodniej torował drogę
jednostkom Wehrmachtu. Prędkość maksymalna 390 km/h i udźwig 500 kg bomb
nie były imponujące, ale bombardowanie z lotu nurkowego zapewniało
większą celność, dzięki czemu nawet stosunkowo niewielki ładunek bomb
dawał poważny efekt. Szczególnie ważna była tu koordynacja działań wojsk
lądowych i lotnictwa, atakującego punktowe cele wskazywane przez armię.
Dodatkowo Ju 87 wzbudzały postrach dzięki temu, że na podwoziu montowano
syreny, których wycie działało na psychikę przeciwnika. Niemiecka
propaganda rozdęła sukcesy Ju 87 do niespotykanych granic. Wprowadzona w 1940 r. wersja Ju 87B była uzbrojona w dwa km MG 17 zamontowane
nieruchomo w skrzydłach i strzelające do przodu oraz jeden km strzelca
tylnego.
Zadania obrony powietrznej własnego terytorium oraz osłony wypraw
bombowych wykonywały myśliwce jedno- i dwusilnikowe. Podczas wojny
domowej w Hiszpanii Niemcy dokonali diametralnego przewartościowania
zasad nowoczesnej walki powietrznej. Ponieważ w połowie lat
trzydziestych odnotowano znaczący wzrost prędkości samolotów, manewrowe
walki powietrzne należało odesłać do lamusa. Samolot przeciwnika
należało zaatakować błyskawicznie z dużą przewagą prędkości, najlepiej
od góry, w locie nurkowym. Jeśli atak nie zakończył się zestrzeleniem,
to trzeba było ponownie nabrać wysokości i powtórzyć uderzenie. Ciasne
szyki przestały się sprawdzać, jako że uniemożliwiały manewrowanie przy
dużych prędkościach i odpowiednią obserwację przestrzeni dookoła.
Podstawową formacją taktyczną myśliwców Luftwaffe stała się para
samolotów (Rotte), złożona z prowadzącego (lidera) i prowadzonego
(skrzydłowego). Skrzydłowy leciał zawsze nieco z tyłu i powyżej.
Ciekawostką jest, że w potocznym slangu Luftwaffe skrzydłowego nazywano
Kaczmarek (Katschmarek). Przezwisko to miało swoje korzenie jeszcze
w czasach zaborów, kiedy Polacy w wojsku pruskim mogli zajmować jedynie
poślednie stanowiska, a Kaczmarek to jedno z najpopularniejszych nazwisk
w Wielkopolsce, będącej w tamtych czasach głównym źródłem polskich
rekrutów do armii pruskiej.
Dwie pary tworzyły klucz czterosamolotowy (Schwarm), przy czym ich
prowadzący lecieli w środku tej czwórki i też w układzie pary (tzn.
lider drugiej pary zajmował miejsce nieco powyżej i z tyłu względem
lidera pierwszej pary). W takim szyku, widzianym prosto od dołu albo od
góry, cztery samoloty tworzyły układ podobny do czterech paznokci jednej
dłoni (oprócz kciuka) i z tego względu Brytyjczycy nazwali go finger
four (dosł. czwórka palcowa). Kilka kluczy tworzyło eskadrę
(Staffel), latając w szerokim rozstawieniu, tak że poszczególne
czwórki ubezpieczały się nawzajem.
Zdecydowaną większość myśliwców jednomiejscowych stanowiły
Messerschmitty 109, choć w jednostkach tyłowych obrony powietrznej
używano również przestarzałych dwupłatów Arado 68, a także zdobycznych
czechosłowackich Avii 534.
Warto zwrócić uwagę, że myśliwce skonstruowane przez inż. Willy'ego
Messerschmitta nosiły oficjalne oznaczenie Bf 109 pochodzące od nazwy
produkującej je firmy: Bayerische Flugzeugwerke, a nie od nazwiska
konstruktora. Przy tym urzędowy system oznaczeń nakazywał, by druga
litera skrótowego oznaczenia była mała, nawet jeśli - jak w tym wypadku
- była skrótem słowa pisanego w oryginale wielką literą. Alianci nie
byli świadomi tego biurokratycznego systemu i we wszystkich oficjalnych
dokumentach RAF (i PSP) samoloty Messerschmitta określano skrótem Me.
albo M.
Messerschmitt 109 został oblatany we wrześniu 1935 r. Projektowano go z myślą o napędzie silnikiem Junkers Jumo 210A, ale z braku takiej
jednostki napędowej w prototypie zainstalowano silnik Rolls-Royce
Kestrel. Jest więc ironią historii, że wszystkie trzy podstawowe
myśliwce Bitwy o Anglię w prototypowej postaci miały napęd tej
renomowanej brytyjskiej firmy! W 1936 r. wszedł na wyposażenie jednostek
Luftwaffe. W celach propagandowych przypisano mu światowy rekord
prędkości, który w rzeczywistości pobił samolot Messerschmitt 209,
niemający konstrukcyjnie nic wspólnego z Bf 109. Pierwsze wersje
seryjne: Bf 109B i C były napędzane silnikami Jumo, natomiast poczynając
od wersji D, we wszystkich kolejnych odmianach tego samolotu stosowano
jednostki napędowe firmy Daimler-Benz. Jednostki myśliwców
jednomiejscowych Luftwaffe uczestniczące w Bitwie o Anglię w 1940 r.
wyposażone były bez wyjątku w wersję Bf 109E, napędzaną silnikiem
DB-601A o mocy 1175 KM. Bf 109E miał prędkość maksymalną około 550 km/h
i uzbrojony był w dwa km MG 17 kalibru 7,9 mm umieszczone w kadłubie nad
silnikiem i zsynchronizowane z obrotami śmigła (aby nie odstrzelić jego
łopat!) oraz w dwa działka MG FF kalibru 20 mm zamontowane w skrzydłach.
Wersja Bf 109E-3 miała jeszcze trzecie działko zamontowane na bloku
silnika i strzelające przez wydrążony wał śmigła. W trakcie Bitwy o Anglię wprowadzono kolejne odmiany Bf 109E, osiągające nieco większą
prędkość.
Bf 109 były generalnie oceniane przez Niemców jako lepsze od
Spitfire'ów. Warto podkreślić, że popularny w kulturze masowej obraz
niemieckich pilotów, którzy od Göringa żądają Spitfire'ów zamiast
Messerschmittów nie odpowiada ówczesnym realiom. W tym czasie niemieccy
piloci byli w większości przekonani o wyższości własnych samolotów
myśliwskich nad brytyjskimi. Bf 109 był lepiej uzbrojony - w działka
sporego kalibru, a nie tylko karabiny - a jego silnik miał gaźnik
wtryskowy, nieczuły na przeciążenia - co było szczególnie istotne w walce manewrowej. Znając możliwości układu wtryskowego i słabość
klasycznego pływakowego gaźnika silników brytyjskich, pilot niemieckiego
myśliwca mógł w wybranym przez siebie momencie przerwać walkę, nagle
wprowadzając swój samolot w nurkowanie, czego brytyjski myśliwiec nie
mógł powtórzyć, bo doprowadziłoby to do odcięcia dopływu paliwa do jego
silnika.
Co ciekawe, niemiecka propaganda rozpowszechniała fałszywe informacje
(dziś nazwalibyśmy je fakenewsami) o jeszcze jednym typie nowoczesnego
myśliwca, określanym nazwą Heinkel 113. W swoim raporcie z bitwy
sporządzonym w 1941 r. Dowding napisał: 100. Myśliwiec Heinkel 113
pojawił się w ograniczonej liczbie podczas bitwy. Był to samolot
jednomiejscowy, ogólnie przypominający Me. 109. Jego głównymi atrybutami
były wysokie osiągi i pułap, więc był ogólnie używany w najwyższej z kilku warstw, w które zwykle formowano atakujące
ugrupowania1.
Jest godne uwagi, że kiedy raport ten został opublikowany w 1946 r., nie
zostało to w żaden sposób skomentowane. Oczywiście z perspektywy czasu
wiemy, że taki samolot nigdy nie istniał. Niemcy wykorzystali zdjęcia
niewielkiej serii próbnej myśliwców Heinkel 100, które nigdy nie weszły
na wyposażenie jednostek Luftwaffe. Ich kampania propagandowa okazała
się na tyle skuteczna, że piloci alianccy praktycznie przez cały okres
wojny meldowali spotkania z tymi fikcyjnymi myśliwcami.
Ciężki myśliwiec dwusilnikowy z dwuosobową (lub większą) załogą nosił w nomenklaturze Luftwaffe nazwę Zerstörer, czyli niszczyciel. Ta
kategoria była reprezentowana wyłącznie przez Bf 110 konstrukcji
Messerschmitta.
Messerschmitt 110 został oblatany w 1936 r., a wprowadzony na
wyposażenie jednostek w 1939 r. Niszczyciele miały dużo większy zasięg
niż Bf 109 i silniejsze uzbrojenie: cztery km MG 17 i dwa działka MG FF.
Dzięki dwusilnikowemu układowi całe uzbrojenie strzeleckie, skupione w przodzie kadłuba, mogło strzelać bez ograniczeń związanych z synchronizacją z obrotami śmigieł. Oprócz tego samolot miał jeszcze
tylny ruchomy km MG 15 obsługiwany przez strzelca. Napęd stanowiły
silniki DB-601B o mocy po 1000 KM i samolot osiągał prędkość maksymalną
550 km/h, podobną do tej Bf 109. Był jednak mniej zwrotny i miał gorszą
prędkość wznoszenia niż jednosilnikowy Messerschmitt.
Oprócz wymienionych powyżej kategorii maszyn bojowych Luftwaffe
dysponowała także: samolotami rozpoznawczymi, transportowymi,
łącznikowymi, szkolnymi i treningowymi oraz morską służbą ratowniczą.
Lotnictwo rozpoznawcze od początku wojny odgrywało istotną rolę w działaniach wojennych. Nadchodzące zmagania nad Wielką Brytanią były
natomiast pierwszym poważnym wyzwaniem dla samolotów ratownictwa
morskiego, odnajdujących w wodach kanału La Manche i Morza Północnego
załogi zestrzelonych samolotów.
Do najważniejszych samolotów dalekiego zasięgu należał Focke Wulf Fw 200
Kondor, który został zaprojektowany jako pasażerski samolot
transatlantycki w 1936 r. W 1940 r. Kondory były wykorzystywane do
rozpoznania morskiego dalekiego zasięgu i zwalczania żeglugi oraz
sporadycznie do nocnych bombardowań Wielkiej Brytanii. W miarę postępu
wojny Kondory stały się zagrożeniem dla konwojów atlantyckich.
Podstawowym samolotem ratownictwa morskiego był Heinkel 59: dwusilnikowy
dwupłatowy wodnosamolot pływakowy, wprowadzony do służby w 1935 r.
Zdecydowanie nowocześniejszą konstrukcją niemieckiego lotnictwa
morskiego spotykaną nad kanałem La Manche był wodnosamolot Arado Ar
196A, których pierwsze egzemplarze dostarczono do jednostek w 1939 r.
Pomimo że samoloty przydzielono do głównych okrętów wojennych Niemiec
jako pokładowe maszyny zwiadowcze, ich ulepszony model Ar 196A-3 pojawił
się w 1940 r. i był używany do rozpoznania wybrzeża i patrolowania.
Chociaż miały niewielki potencjał bojowy, przenosząc dwie bomby
50-kilogramowe, podczas Bitwy o Anglię wykonywały zadania rozpoznawcze
nad konwojami.
Kolejny dwusilnikowy wodnosamolot pływakowy z trzyosobową załogą Heinkel
He 115B o zasięgu 2000 km był szeroko stosowany podczas Bitwy o Anglię,
w szczególności do minowania ujść rzek i wód przybrzeżnych. Został
oblatany w 1936 r. i do końca wojny był uważany za jeden z najbardziej
niezawodnych samolotów pływakowych. Był przystosowany do przenoszenia
zróżnicowanego uzbrojenia, np. jednej torpedy albo miny magnetycznej i dwóch bomb 250-kilogramowych, lub pięciu bomb 250-kilogramowych.
Wspomagały je jeszcze łodzie latające typu Dornier Do 18D, które weszły
do służby w Luftwaffe w 1938 r.
Na początku lipca 1940 r. Luftwaffe miała w pierwszej linii ponad 1350
bombowców dwusilnikowych, ponad 400 jednosilnikowych bombowców
nurkujących, ponad 1100 myśliwców jednosilnikowych i ponad 350 myśliwców
dwusilnikowych. W dniu rozpoczęcia ofensywy sprawnych i gotowych do
użycia przeciwko Wielkiej Brytanii było co najmniej 1000 bombowców
dwusilnikowych, 250 bombowców nurkujących i około 1000 myśliwców.
Hugh Dowding; "The Battle of Britain", Londyn 1946. [wróć]
Rozdział 3. Brytyjska obrona powietrzna
ROZDZIAŁ 3
BRYTYJSKA OBRONA POWIETRZNA
System obrony powietrznej
Spodziewam się, że wkrótce rozpocznie się Bitwa o Anglię... Przygotujmy
się więc... - grzmiał w swej przemowie 18 czerwca 1940 r. Winston
Churchill. W rzeczywistości Wielka Brytania już od lat przygotowywała
się do tego, co miało teraz nadejść.
Podczas I wojny światowej Wyspy Brytyjskie były bombardowane przez
niemieckie lotnictwo, które używało do tego celu sterowców, a następnie
ciężkich bombowców. Co prawda nie spowodowały one wielkich strat
(zwłaszcza w porównaniu z tym, co miało później miejsce w trakcie II
wojny światowej), ale uświadomiły Brytyjczykom, że po raz pierwszy w historii nieprzyjaciel może zagrozić ich życiu i mieniu bez konieczności
uprzedniej inwazji. Oznaczało to, że potężna flota wojenna nie jest już
dla nich gwarantem spokoju i bezpieczeństwa. Konieczne było stworzenie
systemu obronnego, przygotowanego na możliwą powtórkę takich ataków.
Efektem tego było powołanie w Wielkiej Brytanii, jako pierwszym państwie
na świecie, lotnictwa jako samodzielnego rodzaju sił zbrojnych. Dotąd
jednostki lotnicze stanowiły tylko broń pomocniczą dla armii i marynarki. Ale ani armia, zaangażowana na frontach I wojny światowej we
Francji i w Belgii, ani Royal Navy tocząca wojnę na morzach i oceanach,
nie miały kompetencji do walki z niemieckim lotnictwem nad Londynem i innymi miastami położonymi w głębi brytyjskiego lądu. Dlatego właśnie
ponad pół roku przed końcem I wojny, 1 kwietnia 1918 r., król Jerzy V
powołał do życia Royal Air Force - Królewskie Wojska Lotnicze (czy, jak
kto woli, Królewskie Siły Powietrzne).
Niezależnie od konkretnych praktycznych doświadczeń Brytyjczyków z I wojny okres międzywojenny zaowocował powszechnym przekonaniem wśród
teoretyków wojskowości w różnych krajach, że lotnictwo z czasem stanie
się kluczowym, a być może wręcz jedynym środkiem prowadzenia wojen.
Teoria ta została sformułowana po raz pierwszy przez włoskiego generała
Giulia Douheta, więc znana jest jako teoria Douheta. Zakładała, że
ciężkie bombardowania celów położonych daleko za linią frontu mogą
złamać ducha oporu całego narodu i uniemożliwić dalsze prowadzenie wojny
przez dane państwo.
W 1932 r. brytyjski premier Stanley Baldwin wypowiedział podczas debaty
parlamentarnej słowa, które przeszły do historii, i były odtąd często
cytowane jako wyraz bezsilności innych rodzajów wojsk, a przez to całej
machiny wojennej państwa wobec potęgi lotnictwa: Sądzę, że lepiej
będzie dla zwykłego człowieka z ulicy, jeśli zda sobie sprawę, że nie ma
na Ziemi takiej siły, która mogłaby go ochronić przez bombardowaniem,
bez względu na to, co ludzie mu będą mówić. Bombowiec zawsze się
przedrze.
Jedyną obroną jest atak, co oznacza, że musicie zabić więcej kobiet i dzieci, i zrobić to szybciej niż wróg, jeśli chcecie się
uratować1.
Oczywiście, jak zawsze w historii wojen, nowa broń ofensywna inspirowała
stworzenie nowego środka obrony. Nawet jeśli stwierdzenie Baldwina było
prawdziwe w sensie jednostkowym (ten czy inny bombowiec zawsze się
przedrze), to należało opracować metodę obrony, pozwalającej
zminimalizować liczbę takich bombowców.
W 1937 r. nowym premierem został Neville Chamberlain. Należał on do
polityków odrzucających wojnę jako sposób prowadzenia polityki i dążył
do ograniczenia roli wojska do ścisłej obrony. Dlatego m.in. podjął
decyzję o rozbudowie obrony powietrznej Wysp Brytyjskich kosztem
lotnictwa bombowego.
W efekcie ACM Hugh Dowding, dowódca Fighter Command (lotnictwa
myśliwskiego RAF), konsekwentnie tworzył i rozbudowywał system, który
latem 1940 r. miał zostać poddany ciężkiej próbie praktycznej. Co
ciekawe, już w 1939 r. formalnie zakończył on kadencję na tym
stanowisku, ale wydarzenia w Europie spowodowały, że opuścił je dopiero
w listopadzie 1940 r. Dzięki temu podczas Bitwy o Anglię brytyjskim
lotnictwem myśliwskim dowodził człowiek, który ten system obrony
stworzył i znał go najlepiej ze wszystkich oficerów RAF.
Ogólna koncepcja obrony lotniczej Wielkiej Brytanii była oparta na
trzech kluczowych elementach. Pierwszym była sieć radiolokacyjna wzdłuż
wybrzeża, pozwalająca z daleka wykrywać nadlatujące samoloty. Drugim -
dokładnie przemyślana i dobrze funkcjonująca sieć wymiany informacji i przekazywania rozkazów. Trzecim - dywizjony myśliwskie wyposażone w samoloty dorównujące parametrami bojowymi potencjalnym przeciwnikom.
Warunkiem skutecznego działania brytyjskiego systemu obrony był
nieprzerwany napływ bieżących informacji o sytuacji bojowej.
Brytyjczycy, jako pierwsi na świecie, jeszcze przed wojną posiadali
system radiolokacyjny, później znany powszechnie pod skrótową nazwą:
radar. Ten pionierski system wczesnego ostrzegania polegał na
interpretacji przez operatora wielu niezależnych impulsów. Nie tak, jak
w nowoczesnych systemach, gdzie wyświetlane są ruchome mapy, na których
każdy samolot oznaczony jest kursem, prędkością i numerem wywoławczym,
regularnie aktualizowaną przez sam sprzęt. Dla współczesnego człowieka
może być szokujące, jak prymitywne i zależne od ludzkiej interpretacji
były informacje otrzymywane z ówczesnych urządzeń radiolokacyjnych.
Najlepsi operatorzy wykonywali odczyt trzech parametrów jednego obiektu
w 15 sekund, dokonując interpretacji kursu, wysokości i odległości
samolotu przeciwnika. A wszystko to określało pozycję tylko jednego celu
na niebie, które podczas intensywnych działań mogło być bardzo
zatłoczone. Po dokonaniu tych odczytów informacja była przekazywana na
kolejny szczebel dowodzenia operacyjnego.
The Battle of Britain/Kampania Brytyjska, praca zbior., Warszawa 2015. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki