Wyspa zaginionych drzew - Elif Shafak

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dziew­czy­na o imie­niu Wy­spa

An­glia, ko­niec dru­giej de­ka­dy XXI wie­ku

Wła­śnie ko­ńca do­bie­ga­ła ostat­nia lek­cja w tym roku w szko­le śred­niej Bro­ok Hill w pó­łnoc­nej części Lon­dy­nu. Lek­cja hi­sto­rii. W je­de­na­stej kla­sie. Je­dy­ne pi­ęt­na­ście mi­nut zo­sta­ło do dzwon­ka, któ­re­go nie­cier­pli­wie wy­cze­ki­wa­li wszy­scy ucznio­wie spra­gnie­ni prze­rwy bo­żo­na­ro­dze­nio­wej. Z jed­nym wy­jąt­kiem.

Szes­na­sto­let­nia Ada Ka­zant­za­kis sie­dzia­ła w skry­tym na­pi­ęciu na swo­im miej­scu pod oknem w głębi sali. Lśni­ące wło­sy w ko­lo­rze ma­ho­niu mia­ła ze­bra­ne w ku­cyk przy sa­mym kar­ku; jej de­li­kat­ne rysy zna­czy­ło na­pi­ęcie, a duże, brązo­we, sar­nie oczy zda­wa­ły się zdra­dzać, że nie spa­ła do­brze mi­nio­nej nocy. Dziew­czy­na nie cie­szy­ła się na myśl o okre­sie świ­ątecz­nym ani nie czu­ła eks­cy­ta­cji z po­wo­du pro­gno­zo­wa­ne­go śnie­gu. Od cza­su do cza­su ukrad­ko­wo zer­ka­ła za okno, choć jej twarz nie zdra­dza­ła pra­wie żad­nych uczuć.

Oko­ło po­łud­nia za­ata­ko­wał grad. Mlecz­no­bia­łe, zmro­żo­ne grud­ki zry­wa­jące ostat­nie li­ście z drzew, ło­mo­czące o dach wia­ty na ro­we­ry i od­bi­ja­jące się od zie­mi w dzi­kim po­pi­sie ste­po­wa­nia. I cho­ciaż opa­dy usta­ły, ka­żdy wi­dział, że po­go­da zde­cy­do­wa­nie się po­gar­sza. Nad­ci­ągał or­kan. Tego dnia rano w ra­diu po­da­no do wia­do­mo­ści, że w ci­ągu mak­sy­mal­nie czter­dzie­stu ośmiu go­dzin Wiel­ka Bry­ta­nia znaj­dzie się pod wpły­wem wiru po­lar­ne­go, któ­ry spro­wa­dzi re­kor­do­wo ni­skie tem­pe­ra­tu­ry, mar­z­nący deszcz i za­mie­cie. Spo­dzie­wa­no się, że nie­do­bo­ry wody, prze­rwy w do­sta­wie prądu i pęka­nie in­sta­la­cji spa­ra­li­żu­ją spo­re po­ła­cie An­glii i Szko­cji, jak rów­nież część pó­łnoc­nej Eu­ro­py kon­ty­nen­tal­nej. Lu­dzie gro­ma­dzi­li za­pa­sy - kon­ser­wy ryb­ne, go­to­wa­ną fa­so­lę, ma­ka­ron, pa­pier to­a­le­to­wy - jak­by szy­ko­wa­li się na ob­lęże­nie.

Przez cały dzień ucznio­wie nie prze­sta­wa­li roz­pra­wiać o or­ka­nie, pe­łni obaw o swo­je ka­len­da­rze świ­ątecz­ne i pla­ny wy­jaz­do­we. Ale nie Ada. Na nią nie cze­ka­ły żad­ne spo­tka­nia ro­dzin­ne ani eg­zo­tycz­ne wy­pra­wy. Jej oj­ciec nie za­mie­rzał się ni­g­dzie ru­szać. Mu­siał pra­co­wać. Za­wsze mu­siał pra­co­wać. Był nie­ule­czal­nym pra­co­ho­li­kiem; za­świad­czy­łby o tym ka­żdy, kto go znał. Z tym że od śmier­ci żony ucie­kał w swo­je ba­da­nia ni­czym zwie­rzę ukry­wa­jące się w no­rze w po­szu­ki­wa­niu bez­pie­cze­ństwa i cie­pła.

Na ja­ki­mś eta­pie swo­je­go krót­kie­go ży­cia Ada zro­zu­mia­ła, że Ko­stas Ka­zant­za­kis ró­żnił się od in­nych oj­ców. Na­dal jed­nak nie po­tra­fi­ła oka­zać wy­ro­zu­mia­ło­ści jego ob­se­sji na punk­cie ro­ślin. Inni oj­co­wie pra­co­wa­li w biu­rach, skle­pach albo re­sor­tach rządo­wych, no­si­li do­brze skro­jo­ne gar­ni­tu­ry, bia­łe ko­szu­le i lśni­ące, czar­ne buty, pod­czas gdy jej oj­ciec zwy­kle przy­wdzie­wał kurt­kę prze­ciw­desz­czo­wą, oliw­ko­we albo brązo­we spodnie z mo­le­ski­nu i so­lid­ne bu­cio­ry. Za­miast tecz­ki miał tor­bę na ra­mię, w któ­rej prze­cho­wy­wał roz­ma­ite przed­mio­ty, ta­kie jak lupy, ze­staw pre­pa­ra­cyj­ny, pra­sa do su­sze­nia ro­ślin, kom­pas i no­tat­ni­ki. Inni oj­co­wie w nie­sko­ńczo­no­ść oma­wia­li in­te­re­sy i pla­ny eme­ry­tal­ne, ale jej ojca bar­dziej in­te­re­so­wał tok­sycz­ny wpływ pe­sty­cy­dów na kie­łko­wa­nie na­sion albo szko­dy eko­lo­gicz­ne spo­wo­do­wa­ne wy­ci­na­niem drzew. O efek­tach de­fo­re­sta­cji opo­wia­dał z pa­sją, któ­rą po­zo­sta­li człon­ko­wie gru­py ro­dzi­ciel­skiej re­zer­wo­wa­li dla płyn­no­ści swo­ich port­fe­li ak­cji. W do­dat­ku nie tyl­ko o tym opo­wia­dał, ale ta­kże pi­sał. Jako eko­log ewo­lu­cyj­ny i bo­ta­nik wy­dał dwa­na­ście ksi­ążek. Jed­na z nich no­si­ła ty­tuł Ta­jem­ni­cze kró­le­stwo. W jaki spo­sób grzy­by kszta­łto­wa­ły na­szą prze­szło­ść i zmie­nia­ją przy­szło­ść?. Ko­lej­na z jego mo­no­gra­fii trak­to­wa­ła o ro­gat­kach, przy­laszcz­kach i mchach. Okład­ka pre­zen­to­wa­ła ka­mien­ny mo­stek za­wie­szo­ny nad stru­mie­niem pie­ni­ącym się wo­kół gła­zów ob­le­czo­nych ak­sa­mit­ną zie­le­nią. Tuż nad tą oni­rycz­ną wi­zją znaj­do­wał się po­zła­ca­ny ty­tuł Atlas po­spo­li­tych msza­ków Eu­ro­py. Pod spodem wid­nia­ły jego imię i na­zwi­sko za­pi­sa­ne wiel­ki­mi li­te­ra­mi: KO­STAS KA­ZANT­ZA­KIS.

Ada nie mia­ła po­jęcia, jacy lu­dzie czy­ta­li ksi­ążki au­tor­stwa jej ojca, ale nie od­wa­ży­ła się wspo­mnieć o nich ni­ko­mu ze szko­ły. Nie za­mie­rza­ła da­wać swo­im ko­le­żan­kom i ko­le­gom z kla­sy jesz­cze jed­ne­go po­wo­du do uzna­nia jej oraz jej ro­dzi­ny za dzi­wa­ków.

Zda­wa­ło się, że jej oj­ciec wo­lał to­wa­rzy­stwo drzew niż lu­dzi, bez względu na porę. Za­wsze taki był, ale kie­dy jesz­cze żyła mat­ka Ady, po­tra­fi­ła tem­pe­ro­wać jego eks­cen­trycz­no­ść, praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że sama mia­ła swo­je dzi­wac­twa. Od jej śmier­ci dziew­czy­na czu­ła, że oj­ciec się od niej od­da­la. Albo może to ona od­da­la­ła się od nie­go. W domu pe­łnym mia­zma­tów ża­ło­by trud­no było jed­no­znacz­nie stwier­dzić, kto uni­kał kogo. I wła­śnie w tym domu mie­li prze­trwać nie tyl­ko or­kan, ale ta­kże cały okres świ­ątecz­ny. Tyl­ko we dwo­je.

Ada mia­ła na­dzie­ję, że oj­ciec pa­mi­ętał przy­naj­mniej o za­ku­pach. Spu­ści­ła wzrok na swój ze­szyt. U dołu otwar­tej stro­ny na­szki­co­wa­ła mo­ty­la. Wol­no po­wio­dła pal­cem po kon­tu­rze skrzy­deł, tak kru­chych, tak de­li­kat­nych.

- Hej, masz gumę?

Wy­rwa­na z za­my­śle­nia Ada się od­wró­ci­ła. Lu­bi­ła sie­dzieć na ko­ńcu sali. To jed­nak ozna­cza­ło to­wa­rzy­stwo Emmy-Rose, któ­ra mia­ła iry­tu­jące na­wy­ki: strze­la­nia sta­wa­mi oraz żu­cia jed­nej gumy za dru­gą, nie­zgod­nie z re­gu­la­mi­nem szko­ły, a ta­kże skłon­no­ść do roz­wo­dze­nia się na te­ma­ty, któ­re nie in­te­re­so­wa­ły ni­ko­go poza nią samą.

- Nie, przy­kro mi. - Ada po­kręci­ła gło­wą, zer­ka­jąc ner­wo­wo na na­uczy­ciel­kę.

- Hi­sto­ria to naj­bar­dziej fa­scy­nu­jący z przed­mio­tów - mó­wi­ła wła­śnie pani Wal­cott, moc­no wci­ska­jąc ob­ca­sy swo­ich pó­łbu­tów w podło­gę za biur­kiem, jak­by do na­uki swo­ich dwu­dzie­stu dzie­wi­ęciu uczniów po­trze­bo­wa­ła so­lid­ne­go za­ko­twi­cze­nia. - Jak mie­li­by­śmy kszta­łto­wać przy­szło­ść bez zna­jo­mo­ści prze­szło­ści?

- Jak ja jej nie zno­szę - mruk­nęła pod no­sem Emma-Rose.

Ada mil­cza­ła. Nie była pew­na, o kogo kon­kret­nie cho­dzi­ło jej ko­le­żan­ce. Je­śli o nią, nie mia­ła nic na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie. Je­śli o na­uczy­ciel­kę, nie za­mie­rza­ła przy­łączyć się do szka­lo­wa­nia. Lu­bi­ła pa­nią Wal­cott, któ­ra choć pe­łna do­brych in­ten­cji, zde­cy­do­wa­nie nie ra­dzi­ła so­bie z utrzy­my­wa­niem dys­cy­pli­ny w kla­sie. Po­dob­no kil­ka lat wcze­śniej stra­ci­ła męża. Ada nie­raz wy­obra­ża­ła so­bie, jak musi wy­glądać co­dzien­no­ść tej ko­bie­ty; jak ka­żde­go dnia rano zwle­ka z łó­żka swo­je pulch­ne cia­ło, pędzi wzi­ąć prysz­nic, za­nim sko­ńczy się cie­pła woda, bu­szu­je w sza­fie w po­szu­ki­wa­niu sto­sow­nej su­kien­ki, nie­wie­le ró­żni­ącej się od sto­sow­nej su­kien­ki z po­przed­nie­go dnia, pi­tra­si śnia­da­nie dla bli­źni­ąt, któ­re na­stęp­nie pod­rzu­ca do żłob­ka, z za­czer­wie­nio­ną twa­rzą i prze­pra­sza­jącym to­nem gło­su. Roz­my­śla­ła ta­kże o tym, jak jej na­uczy­ciel­ka do­ty­ka się nocą, o jej rękach za­ta­cza­jących koła pod ba­we­łnia­ną ko­szu­lą noc­ną, o mężczy­znach, któ­rych cza­sem za­pra­sza­ła do sie­bie, a któ­rzy zo­sta­wia­li tyl­ko mo­kre śla­dy stóp na dy­wa­nie i go­rycz w jej du­szy.

Ada nie mia­ła po­jęcia, czy jej fan­ta­zje znaj­do­wa­ły po­twier­dze­nie w rze­czy­wi­sto­ści, ale tak przy­pusz­cza­ła. Na tym po­le­gał jej ta­lent, być może je­dy­ny. Wy­czu­wa­ła smu­tek in­nych lu­dzi, tak jak zwie­rzę po­tra­fi zwie­trzyć człon­ków swo­je­go ga­tun­ku z od­le­gło­ści wie­lu ki­lo­me­trów.

- No do­brze, moi dro­dzy, jesz­cze jed­na in­for­ma­cja, za­nim wyj­dzie­cie! - oznaj­mi­ła pani Wal­cott, klasz­cząc w dło­nie. - W przy­szłym se­me­strze będzie­my uczy­li się o mi­gra­cji i zmia­nach po­ko­le­nio­wych. To przy­jem­ny pro­jek­cik, za­nim na po­wa­żnie za­bie­rze­my się do pra­cy i za­cznie­my po­wta­rzać ma­te­riał pod kątem eg­za­mi­nów ko­ńco­wych. Chcę, że­by­ście pod­czas prze­rwy świ­ątecz­nej, w ra­mach przy­go­to­wań do za­jęć, prze­pro­wa­dzi­li wy­wiad z krew­ny­mi ze star­sze­go po­ko­le­nia. Naj­le­piej z dziad­ka­mi, ale to mogą być ta­kże inni człon­ko­wie ro­dzi­ny. Do­wiedz­cie się, jak wy­gląda­ły cza­sy ich mło­do­ści, i na­pisz­cie na ten te­mat wy­pra­co­wa­nie na czte­ry albo pięć stron.

W sali za­brzmiał chór nie­szczęśli­wych okrzy­ków.

- Niech wa­sze pra­ce opie­ra­ją się na fak­tach hi­sto­rycz­nych - do­da­ła pani Wal­cott, igno­ru­jąc re­ak­cję uczniów. - Chcę otrzy­mać so­lid­ne ana­li­zy po­par­te do­wo­da­mi, a nie spe­ku­la­cje.

Roz­le­gło się jesz­cze wi­ęcej wes­tchnień i jęków.

- I nie za­po­mnij­cie po­szu­kać pa­mi­ątek ro­do­wych: sta­re­go pie­rścion­ka, suk­ni ślub­nej, ze­sta­wu za­byt­ko­wej por­ce­la­ny, ręcz­nie ro­bio­nej kapy, pu­de­łka pe­łne­go li­stów albo prze­pi­sów ro­dzin­nych, wszel­kich me­mo­ra­bi­liów prze­ka­zy­wa­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie.

Ada spu­ści­ła wzrok. Ni­g­dy nie po­zna­ła swo­ich krew­nych ze stro­ny ojca ani mat­ki. Wie­dzia­ła, że miesz­ka­li gdzieś na Cy­prze, ale na tym jej wie­dza się ko­ńczy­ła. Ja­ki­mi byli lu­dźmi? Jak spędza­li czas? Czy roz­po­zna­li­by ją, gdy­by mi­ja­li się na uli­cy albo wpa­dli na sie­bie w su­per­mar­ke­cie? Je­dy­ną człon­ki­nią ro­dzi­ny, o któ­rej sły­sza­ła, była pew­na ciot­ka, Me­ry­em. Przy­sy­ła­ła im do An­glii we­so­łe pocz­tów­ki przed­sta­wia­jące sło­necz­ne pla­że i pa­stwi­ska pe­łne dzi­kich kwia­tów, a przy tym sto­jące w sprzecz­no­ści z jej ca­łko­wi­tą nie­obec­no­ścią w ich ży­ciu.

Ale jesz­cze bar­dziej ta­jem­ni­czy od krew­nych wy­da­wał jej się sam Cypr. Choć ogląda­ła zdjęcia w in­ter­ne­cie, ni­g­dy nie od­wie­dzi­ła tego miej­sca, na któ­re­go cze­ść zo­sta­ła na­zwa­na.

W języ­ku jej mat­ki imię Ada zna­czy­ło "wy­spa". Jako dziec­ko sądzi­ła, że mia­ło od­no­sić się do Wiel­kiej Bry­ta­nii, je­dy­nej zna­nej jej wy­spy. Do­pie­ro pó­źniej zro­zu­mia­ła, że cho­dzi­ło o ca­łkiem inny za­kątek świa­ta, w do­dat­ku taki, gdzie zo­sta­ła po­częta. To od­kry­cie wpra­wi­ło ją w zdu­mie­nie, a na­wet w skrępo­wa­nie. Po pierw­sze zwró­ci­ło bo­wiem uwa­gę na fakt, że jej ro­dzi­ce upra­wia­li seks, a po dru­gie nie­odzow­nie łączy­ło się z miej­scem, któ­re do­tąd ist­nia­ło tyl­ko w jej wy­obra­źni. Po­tem włączy­ła swo­je wła­sne imię do ko­lek­cji słów nie­an­giel­skich, któ­re gro­ma­dzi­ła jak tro­fea, słów, któ­re choć cie­ka­we i barw­ne, wy­da­wa­ły się wy­star­cza­jąco od­le­głe i obce, aby po­zo­stać nie­zgłębio­ne, ni­czym ze­bra­ne na pla­ży ide­al­ne ka­my­ki, któ­re nie wia­do­mo po co przy­no­si się do domu. Uda­ło jej się ze­brać ich tro­chę. Oraz kil­ka idio­mów. I pio­se­nek, ra­do­snych dźwi­ęków. Ale nic po­nad­to. Ro­dzi­ce nie na­uczy­li jej swo­ich języ­ków oj­czy­stych, gdyż wo­le­li ko­mu­ni­ko­wać się w domu wy­łącz­nie po an­giel­sku. Ada nie mó­wi­ła po grec­ku, jak oj­ciec, ani po tu­rec­ku, jak mat­ka.

Kie­dy do­ra­sta­ła, za ka­żdym ra­zem, gdy pró­bo­wa­ła się do­wie­dzieć, dla­cze­go nie wy­bra­li się jesz­cze na Cypr, żeby spo­tkać się z ro­dzi­ną, albo cze­mu krew­ni nie od­wie­dzi­li ich w An­glii, za­rów­no oj­ciec, jak i mat­ka wy­naj­do­wa­li całą masę wy­mó­wek. Mo­ment był nie­od­po­wied­ni... Mie­li za dużo pra­cy albo wy­dat­ków... Po­wo­li za­częło kie­łko­wać w niej po­dej­rze­nie, że naj­praw­do­po­dob­niej ślub ro­dzi­ców nie spo­tkał się z apro­ba­tą ich ro­dzin. Za­ło­ży­ła, że w tej sy­tu­acji ta­kże i ona, owoc tego ma­łże­ństwa, nie mo­gła li­czyć na ich przy­chyl­no­ść. Mimo wszyst­ko, jak dłu­go Ada mo­gła, tak dłu­go kur­czo­wo trzy­ma­ła się na­dziei, że gdy­by tyl­ko któ­ryś z jej bli­skich spędził czas z nią i jej ro­dzi­ca­mi, wszyst­ko zo­sta­ło­by im wy­ba­czo­ne.

Jed­nak od śmier­ci mat­ki Ada prze­sta­ła drążyć te­mat krew­nych. Sko­ro nie po­ja­wi­li się na po­grze­bie jed­nej ze swo­ich, ra­czej nie wy­krze­sa­li­by z sie­bie ani odro­bi­ny mi­ło­ści do dziec­ka zma­rłej - dziew­czy­ny, któ­rej do­tąd nie wi­dzie­li na oczy.

- Pod­czas prze­pro­wa­dza­nia wy­wia­dów nie osądzaj­cie star­sze­go po­ko­le­nia - po­wie­dzia­ła pani Wal­cott. - Wy­słu­chaj­cie ich uwa­żnie i spró­buj­cie spoj­rzeć na świat ich ocza­mi. I nie za­po­mnij­cie na­grać ca­łej roz­mo­wy.

Ja­son z pierw­sze­go rzędu prze­rwał na­uczy­ciel­ce.

- To zna­czy, że mamy być mili dla na­zi­stow­skich zbrod­nia­rzy, je­śli będzie­my z nimi roz­ma­wiać?

Pani Wal­cott wes­tchnęła.

- No cóż, to dość eks­tre­mal­ny przy­kład. I nie, nie ocze­ku­ję, że będzie­cie mili dla ta­kich osób.

Ja­son wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu, jak­by wła­śnie zdo­był punkt.

- Pro­szę pani! - za­świer­go­ta­ła Emma-Rose. - Mamy w domu za­byt­ko­we skrzyp­ce. Czy to się li­czy jako pa­mi­ąt­ka ro­do­wa?

- Oczy­wi­ście, je­śli tyl­ko na­le­żą do two­jej ro­dzi­ny od po­ko­leń.

- O tak, mamy je od daw­na. - Emma-Rose się roz­pro­mie­ni­ła. - Moja mat­ka twier­dzi, że zo­sta­ły wy­ko­na­ne w Wied­niu w dzie­wi­ęt­na­stym wie­ku. Albo może w osiem­na­stym? Tak czy ina­czej, są bar­dzo cen­ne, ale ich nie sprze­da­je­my.

Za­fa­ar pod­nió­sł rękę.

- My mamy ku­fer po­sa­go­wy, któ­ry na­le­żał do mo­jej bab­ci. Przy­wio­zła go z Pen­dża­bu. To się nada?

Ser­ce Ady za­bi­ło moc­niej. Nie sły­sza­ła od­po­wie­dzi na­uczy­ciel­ki ani dal­szej części roz­mo­wy. Cała się spi­ęła, pró­bu­jąc nie pa­trzeć na Za­fa­ara ani nie zdra­dzać emo­cji.

Mie­si­ąc wcze­śniej obo­je zo­sta­li nie­spo­dzie­wa­nie po­łącze­ni w parę; w ra­mach pro­jek­tu na­uko­we­go mie­li wspól­nie skon­stru­ować urządze­nie do li­cze­nia ka­lo­rii w ró­żnych pro­duk­tach spo­żyw­czych. Po wie­lu dniach nie­uda­nych prób zor­ga­ni­zo­wa­nia spo­tka­nia pod­da­ła się i wi­ęk­szo­ść pra­cy wy­ko­na­ła sama - zna­la­zła ar­ty­ku­ły, ku­pi­ła ze­staw, zbu­do­wa­ła ka­lo­ry­metr. Na ko­niec obo­je do­sta­li szóst­ki. Z nie­wy­ra­źnym uśmie­chem błądzącym w kąci­ku ust Za­fa­ar po­dzi­ęko­wał jej z za­kło­po­ta­niem, któ­re mo­gło być efek­tem wy­rzu­tów su­mie­nia, ale rów­nie do­brze mo­gło ozna­czać obo­jęt­no­ść. Wte­dy roz­ma­wia­li po raz ostat­ni.

Ada ni­g­dy nie ca­ło­wa­ła się z chło­pa­kiem. Wszyst­kie jej ró­wie­śni­ce mia­ły na ten te­mat coś do po­wie­dze­nia - praw­dzi­we­go albo zmy­ślo­ne­go - kie­dy roz­ma­wia­ły w prze­bie­ral­ni przed wu­efem albo po nim. Ona jed­na nie­zmien­nie mil­cza­ła, co zo­sta­ło do­strze­żo­ne i wy­wo­ła­ło spo­ro do­ci­nek i kpin. Pew­ne­go razu zna­la­zła w swo­im ple­ca­ku cza­so­pi­smo por­no­gra­ficz­ne, umiesz­czo­ne tam przez czy­jeś nie­wi­dzial­ne ręce nie­wąt­pli­wie po to, aby wy­wo­łać w niej pa­ni­kę. Przez cały dzień dręczy­ły ją oba­wy, że ja­kiś na­uczy­ciel znaj­dzie tę spro­śną pu­bli­ka­cję i po­wia­do­mi jej ojca. Nie żeby bała się go tak, jak nie­któ­rzy ucznio­wie bali się swo­ich oj­ców. Nie cho­dzi­ło o strach. Ani o po­czu­cie winy po tym, jak po­sta­no­wi­ła za­trzy­mać ma­ga­zyn. Nie dla­te­go nie wspo­mnia­ła mu o tym in­cy­den­cie - po­dob­nie jak o wie­lu in­nych. Nie zwie­rza­ła mu się, od­kąd ja­kiś pier­wot­ny in­stynkt ka­zał jej sądzić, że musi chro­nić go przed jesz­cze wi­ęk­szym bó­lem.

Gdy­by żyła jej mat­ka, Ada po­ka­za­ła­by jej cza­so­pi­smo. Przej­rza­ły­by je ra­zem, chi­cho­cząc. Po­roz­ma­wia­ły­by, dzie­rżąc w dło­niach kub­ki z go­rącą cze­ko­la­dą i wdy­cha­jąc parę uno­szącą się pro­sto ku ich twa­rzom. Mat­ka ro­zu­mia­ła nie­sfor­ne my­śli, grzesz­ne my­śli, ciem­ną stro­nę ksi­ęży­ca. Po­wie­dzia­ła kie­dyś, pół żar­tem, pół se­rio, że jest zbyt zbun­to­wa­na, aby być do­brą mamą, i zbyt mat­czy­na, aby być do­brą bun­tow­nicz­ką. Do­pie­ro po­tem, kie­dy jej za­bra­kło, Ada zro­zu­mia­ła, że mimo wszyst­ko była rów­nie uda­ną mamą, jak i bun­tow­nicz­ką. Od jej śmier­ci mi­nęło do­kład­nie je­de­na­ście mie­si­ęcy i osiem dni. To mia­ły być pierw­sze świ­ęta Bo­że­go Na­ro­dze­nia bez niej.

- Co o tym sądzisz, Ado? - za­py­ta­ła na­gle pani Wal­cott. - Zga­dzasz się?

Po­nie­waż dziew­czy­na zdąży­ła na po­wrót za­jąć się swo­im ry­sun­kiem, po­trze­bo­wa­ła chwi­li, aby ode­rwać wzrok od mo­ty­la i zdać so­bie spra­wę, że na­uczy­ciel­ka pa­trzy pro­sto na nią. Za­czer­wie­ni­ła się po ko­niusz­ki uszu. Spi­ęła grzbiet, jak­by całe jej cia­ło wy­czu­ło nie­bez­pie­cze­ństwo, któ­re­go jesz­cze nie po­jęło. Kie­dy od­zy­ska­ła głos, wy­do­by­ła go z ta­kim tru­dem, że nie była pew­na, czy w ogó­le było ją sły­chać.

- Słu­cham?

- Py­ta­łam, czy two­im zda­niem Ja­son ma ra­cję.

- Prze­pra­szam, pro­szę pani... W ja­kiej spra­wie?

Roz­le­gł się zdu­szo­ny chi­chot.

- Roz­ma­wia­my o pa­mi­ąt­kach ro­do­wych - wy­ja­śni­ła pani Wal­cott ze zmęczo­nym uśmie­chem. - Za­fa­ar wspo­mniał o ku­frze po­sa­go­wym swo­jej bab­ci. Po­tem Ja­son za­py­tał, dla­cze­go to za­wsze ko­bie­ty kur­czo­wo trzy­ma­ją się tych su­we­ni­rów i bi­be­lo­tów z prze­szło­ści. A ja chcia­łam się do­wie­dzieć, czy zga­dzasz się z jego kon­sta­ta­cją.

Ada z tru­dem prze­łk­nęła śli­nę. Puls za­dud­nił jej w skro­niach. Sącząca się gęsta i lep­ka ci­sza wy­pe­łnia­ła prze­strzeń wo­kół niej. Dziew­czy­na wy­obra­zi­ła so­bie, jak ni­czym czar­ny atra­ment roz­le­wa się na szy­de­łko­wa­nych bia­łych ser­wet­kach - ta­kich sa­mych jak te, któ­re zna­la­zła kie­dyś w szu­fla­dzie to­a­let­ki mat­ki. Rów­no po­ci­ęte na ob­se­syj­nie małe ka­wa­łki zo­sta­ły po­wkła­da­ne mi­ędzy war­stwy bi­bu­ły, jak­by mat­ka nie po­tra­fi­ła za­cho­wać ich w nie­na­ru­szo­nym sta­nie ani wy­rzu­cić po tym, jak je znisz­czy­ła.

- Ja­kieś po­my­sły? - do­da­ła pani Wal­cott ła­god­nym, lecz nie­ustępli­wym to­nem.

Nie poj­mu­jąc dla­cze­go, Ada wsta­ła wol­no, gło­śno szu­ra­jąc krze­słem po ka­mien­nych pły­tach na podło­dze. Chrząk­nęła, mimo że nie mia­ła po­jęcia, co po­wie­dzieć. Mia­ła pust­kę w gło­wie. Wi­docz­ny na otwar­tej stro­nie nie­spo­koj­ny, go­to­wy do star­tu mo­tyl wzbił się w po­wie­trze, mimo że jego skrzy­dła, nie­do­ko­ńczo­ne i nie­wy­ra­źne na brze­gach, nie były wy­star­cza­jąco moc­ne.

- Ja... nie sądzę, żeby to za­wsze do­ty­czy­ło ko­biet. Mój oj­ciec też tak robi.

- Na­praw­dę? - za­py­ta­ła pani Wal­cott. - A kon­kret­nie?

Te­raz wszy­scy ko­le­dzy i ko­le­żan­ki z kla­sy wle­pia­li w nią spoj­rze­nia, cze­ka­jąc, aż po­wie coś sen­sow­ne­go. Oczy jed­nych wy­ra­ża­ły li­to­ść, a in­nych - zwy­kłą obo­jęt­no­ść, któ­rą zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła. Czu­ła się wy­trąco­na z rów­no­wa­gi ich ko­lek­tyw­nym wy­cze­ki­wa­niem, a na­pi­ęcie za­ty­ka­ło jej uszy, jak­by opa­da­ła pod wodę.

- Mo­żesz po­dać nam przy­kład? - kon­ty­nu­owa­ła pani Wal­cott. - Co gro­ma­dzi twój oj­ciec?

- Mmm, mój oj­ciec... - mruk­nęła Ada, po czym za­mil­kła.

Co mo­gła o nim po­wie­dzieć? Że za­po­mi­nał jeść, a cza­sem na­wet się od­zy­wać? Że ca­ły­mi dnia­mi nie odży­wiał się, jak na­le­ży, albo nie zdo­łał skle­cić cho­ćby jed­ne­go pe­łne­go zda­nia? Albo że gdy­by tyl­ko mógł, naj­pew­niej spędzi­łby resz­tę ży­cia w ogro­dzie za do­mem, bądź jesz­cze le­piej gdzieś w le­sie, z ręka­mi za­nu­rzo­ny­mi w gle­bie, oto­czo­ny bak­te­ria­mi, grzy­ba­mi i wszyst­ki­mi tymi ro­śli­na­mi, któ­re wzra­sta­ły i gni­ły z mi­nu­ty na mi­nu­tę? Co ta­kie­go mo­gła po­wie­dzieć o swo­im ojcu, co po­zwo­li­ło­by im go zro­zu­mieć, sko­ro jej sa­mej wy­da­wał się co­raz bar­dziej obcy?

Za­miast tego wy­po­wie­dzia­ła jed­no tyl­ko sło­wo:

- Ro­śli­ny.

- Ro­śli­ny - po­wtó­rzy­ła pani Wal­cott, wy­krzy­wia­jąc twarz w gry­ma­sie nie­zro­zu­mie­nia.

- Oj­ciec je uwiel­bia - do­da­ła Ada po­spiesz­nie i na­tych­miast po­ża­ło­wa­ła tych słów.

- Och, jak uro­czo... Ko­cha kwiat­ki! - sko­men­to­wał Ja­son słod­kim gło­si­kiem.

Po sali po­nió­sł się śmiech, któ­re­go już nikt nie ha­mo­wał. Ada za­uwa­ży­ła, że na­wet jej przy­ja­ciel Ed ucie­ka od niej wzro­kiem i uda­je, że czy­ta coś w swo­im pod­ręcz­ni­ku, przy­gar­bio­ny, z po­chy­lo­ną gło­wą. Sku­pi­ła się więc na Za­fa­arze i na­po­tka­ła spoj­rze­nie jego lśni­ących, czar­nych oczu, któ­re rzad­ko po­świ­ęca­ły jej uwa­gę; te­raz świ­dro­wa­ły ją z cie­ka­wo­ścią gra­ni­czącą z tro­ską.

- No cóż, to cu­dow­nie - stwier­dzi­ła pani Wal­cott. - Ale czy mo­gła­byś wska­zać przed­miot, na któ­rym mu za­le­ży? Coś, co ma dla nie­go war­to­ść emo­cjo­nal­ną.

W tam­tej chwi­li Ada ni­cze­go nie pra­gnęła bar­dziej, niż zna­le­źć wła­ści­we sło­wa. Dla­cze­go się przed nią ukry­wa­ły? Po­czu­ła bo­le­sny skurcz żo­łąd­ka, tak ostry, że przez kil­ka se­kund nie mo­gła od­dy­chać, a co do­pie­ro mó­wić. W ko­ńcu jed­nak usły­sza­ła swój głos:

- Spędza mnó­stwo cza­su ze swo­imi drze­wa­mi.

Pani Wal­cott ski­nęła nie­znacz­nie gło­wą, a uśmiech znik­nął z jej ust.

- Zwłasz­cza z tym fi­go­wym, któ­re wy­da­je się jego ulu­bie­ńcem.

- W po­rząd­ku, mo­żesz już usi­ąść - po­wie­dzia­ła pani Wal­cott.

Ale Ada nie usłu­cha­ła. Ból, któ­ry prze­szył jej mo­stek, wła­śnie szu­kał ujścia. Po­czu­ła ucisk w pier­si, jak­by ści­snęły ją nie­wi­dzial­ne ręce. Była zdez­o­rien­to­wa­na, podło­ga fa­lo­wa­ła jej pod sto­pa­mi.

- Boże, ale ona jest ża­ło­sna - szep­nął ktoś na tyle gło­śno, aby zo­stać usły­sza­nym.

Ada za­ci­snęła po­wie­ki, gdy ten ko­men­tarz zo­sta­wił pie­kący ślad na jej skó­rze. Nic z tego, co ro­bi­li albo mó­wi­li, nie było jed­nak gor­sze od do­skwie­ra­jącej jej nie­na­wi­ści do sa­mej sie­bie. Co się z nią dzia­ło? Dla­cze­go nie po­tra­fi­ła od­po­wie­dzieć na pro­ste py­ta­nie tak samo jak po­zo­sta­li?

W dzie­ci­ństwie uwiel­bia­ła wi­ro­wać na dy­wa­nie w tu­rec­kie wzo­ry tak dłu­go, aż za­czy­na­ło kręcić się jej w gło­wie, i opa­da­ła na zie­mię, skąd ob­ser­wo­wa­ła świat za­ta­cza­jący jed­no koło za dru­gim. Na­dal pa­mi­ęta­ła ręcz­nie wy­pla­ta­ne kszta­łty roz­sz­cze­pia­jące się w ty­si­ąc iskier, mie­sza­jące się ze sobą ko­lo­ry. Szka­rłat z zie­le­nią. Sza­fran z bie­lą. Te­raz jed­nak do­świad­cza­ła ca­łkiem in­ne­go wra­że­nia sko­ło­wa­nia. Czu­ła się tak, jak­by we­szła w pu­łap­kę i usły­sza­ła trzask za­my­ka­nych drzwi oraz zgrzyt zam­ka. Była spa­ra­li­żo­wa­na.

W prze­szło­ści nie­raz po­dej­rze­wa­ła, że dźwi­ga smu­tek na­le­żący nie tyl­ko do niej. Na lek­cjach przy­ro­dy do­wie­dzia­ła się, że ka­żdy dzie­dzi­czy je­den chro­mo­som po mat­ce i je­den po ojcu - dłu­gie ła­ńcu­chy DNA z ty­si­ąca­mi ge­nów two­rzących mi­liar­dy neu­ro­nów i try­lio­ny po­łączeń mi­ędzy nimi. Cała ta in­for­ma­cja ge­ne­tycz­na prze­cho­dzi­ła z ro­dzi­ców na dzie­ci: prze­ży­wal­no­ść, roz­wój, re­pro­duk­cja, ko­lor wło­sów, kszta­łt nosa, to, czy będzie się mia­ło pie­gi albo ki­cha­ło od sło­ńca. Było tam wszyst­ko. Ale nic z tego nie tłu­ma­czy­ło dręczących ją wąt­pli­wo­ści. Czy mo­żna otrzy­mać w spad­ku coś tak nie­uchwyt­ne­go i nie­mie­rzal­ne­go jak smu­tek?

- Mo­żesz usi­ąść - po­wtó­rzy­ła pani Wal­cott.

Dziew­czy­na trwa­ła bez ru­chu.

- Ado... nie sły­sza­łaś, co po­wie­dzia­łam?

Wci­ąż na sto­jąco na­sto­lat­ka pró­bo­wa­ła zdu­sić strach, któ­ry pod­cho­dził jej do gar­dła i za­ty­kał noz­drza. Sma­ko­wał jak mo­rze w pro­mie­niach ostre­go, bez­li­to­sne­go sło­ńca. Do­tknęła go czub­kiem języ­ka. Nie była to jed­nak sło­na bry­za, lecz cie­pła krew. Le­cia­ła z po­licz­ka, któ­ry przy­gry­za­ła od środ­ka.

Ada spoj­rza­ła w stro­nę za okna, za któ­rym nad­ci­ągał or­kan. Na nie­bie w ko­lo­rze sza­re­go łup­ka, wśród gęstych chmur, doj­rza­ła opi­łek kar­ma­zy­nu krwa­wi­ący na ho­ry­zon­cie ni­czym sta­ra rana, któ­ra ni­g­dy się nie za­bli­źni­ła.

- Usi­ądź, pro­szę - do­ta­rł do niej głos na­uczy­ciel­ki.

A ona ko­lej­ny raz nie usłu­cha­ła.

Pó­źniej, znacz­nie pó­źniej, kie­dy to, co naj­gor­sze, już się wy­da­rzy­ło, a ona le­ża­ła w swo­im łó­żku, wsłu­chu­jąc się w od­gło­sy kro­ków krążące­go po domu ojca, któ­ry tak jak ona cier­piał na bez­sen­no­ść, Ada Ka­zant­za­kis ko­lej­ny raz wspo­mi­na­ła ten mo­ment, tę szcze­li­nę w kon­ti­nu­um cza­so­prze­strze­ni, kie­dy mo­gła wy­ko­nać po­le­ce­nie, usi­ąść na krze­śle i po­zo­stać bar­dziej lub mniej nie­wi­dzial­na dla wszyst­kich w kla­sie, po­mi­ja­na, lecz ta­kże nie­kło­po­ta­na. Mo­gła­by utrzy­mać po­przed­ni stan, gdy­by tyl­ko po­wstrzy­ma­ła się przed tym, co zro­bi­ła.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

Wy­spa

Jak da­le­ko si­ęga­ją wspo­mnie­nia, na sa­mym kra­ńcu ba­se­nu Mo­rza Śró­dziem­ne­go, leży wy­spa tak pi­ęk­na i nie­bie­ska, że licz­ni pod­ró­żni­cy, piel­grzy­mi oraz kup­cy, któ­rzy się w niej za­ko­cha­li, po­sta­no­wi­li ni­g­dy jej nie opu­ścić bądź też pró­bo­wa­li ho­lo­wać ją na li­nach przez całą dro­gę wio­dącą do ich wła­snych kra­jów.

Być może to tyl­ko le­gen­dy.

Lecz le­gen­dy opo­wia­da­ją nam o tym, o czym za­po­mnia­ła hi­sto­ria.

Mi­nęło wie­le lat, od­kąd opu­ści­łam to miej­sce na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu, w wa­liz­ce wy­ko­na­nej z mi­ęk­kiej, czar­nej skó­ry, aby ni­g­dy nie po­wró­cić. I choć za­adop­to­wa­ła mnie inna zie­mia, An­glia, gdzie wzro­słam i roz­kwi­tłam, nie ma dnia, że­bym nie pra­gnęła wró­cić. Do domu. Do oj­czy­zny.

Na­dal musi być tam, gdzie ją zo­sta­wi­łam, wzno­sząc się i opa­da­jąc na spie­nio­nych fa­lach, któ­re roz­bi­ja­ją się o jej po­szar­pa­ne brze­gi. Tam, gdzie spo­ty­ka­ją się trzy kon­ty­nen­ty - Eu­ro­pa, Afry­ka i Azja - oraz Le­want, roz­le­gła, nie­zmie­rzo­na kra­ina, któ­ra na do­bre znik­nęła ze wspó­łcze­snych map.

Mapa to dwu­wy­mia­ro­we od­wzo­ro­wa­nie z umow­ny­mi sym­bo­la­mi i wy­żło­bio­ny­mi li­nia­mi, któ­re de­cy­du­ją, kto zo­sta­nie na­szym wro­giem, a kto przy­ja­cie­lem, kto za­słu­gu­je na na­szą mi­ło­ść, kto na nie­na­wi­ść, a kto na ca­łko­wi­tą obo­jęt­no­ść.

Kar­to­gra­fia to jesz­cze jed­na na­zwa na uży­tek hi­sto­rii opo­wia­da­nych przez zwy­ci­ęz­ców.

Na uży­tek hi­sto­rii opo­wia­da­nych przez prze­gra­nych ta­kie nie ist­nie­ją.

Ja za­pa­mi­ęta­łam ją tak: zło­te pla­że, tur­ku­so­wa woda i czy­ste nie­bo. Ka­żde­go roku żó­łwie mor­skie wy­cho­dzi­ły na brzeg, żeby zło­żyć jaja w drob­nym pia­sku. Pó­źno­po­po­łu­dnio­wy wiatr przy­no­sił za­pach gar­de­nii, cy­kla­me­nu, la­wen­dy i wi­cio­krze­wu. Roz­ga­łęzia­jące się sznu­ry gli­cy­nii pi­ęły się po bie­lo­nych wap­nem mu­rach, pró­bu­jąc si­ęgnąć chmur, prze­pe­łnio­ne na­dzie­ją wła­ści­wą je­dy­nie ma­rzy­cie­lom. Kie­dy noc skła­da­ła po­ca­łun­ki na two­jej skó­rze, tak jak to mia­ła w zwy­cza­ju, dało się wy­czuć ja­śmin w jej od­de­chu. Ksi­ężyc, tu­taj bli­ższy Zie­mi, uno­sił się nad da­cha­mi, ja­sny i ła­god­ny, kąpi­ąc w in­ten­syw­nym bla­sku wąskie alej­ki i bru­ko­wa­ne uli­ce. A cie­nie i tak znaj­do­wa­ły spo­sób, aby prze­my­kać obok świa­tła. Szep­ty, w któ­rych po­brzmie­wa­ły po­dejrz­li­wo­ść i kno­wa­nia, roz­cho­dzi­ły się w mro­ku. Wy­spa była bo­wiem po­dzie­lo­na na dwie części: pó­łnoc­ną i po­łu­dnio­wą. W ka­żdej z nich pa­no­wa­ły inne wspo­mnie­nia, inny sce­na­riusz, inny język, a pod­czas mo­dli­twy wy­spia­rze rzad­ko zwra­ca­li się do tego sa­me­go boga.

Prze­ci­na­jące sto­li­cę za­sie­ki tkwi­ły tam ni­czym rana w ser­cu. Li­nię de­mar­ka­cyj­ną - gra­ni­cę - zna­czy­ły: znisz­czo­ne domy no­szące śla­dy po ku­lach, pu­ste po­dwó­rza po­ora­ne bli­zna­mi po wy­bu­chach gra­na­tów, za­bi­te de­ska­mi skle­py, któ­re po­pa­dły w ru­inę, zdo­bio­ne bra­my wi­szące pod ró­żny­mi kąta­mi na ze­psu­tych za­wia­sach, luk­su­so­we auta z in­nej epo­ki rdze­wie­jące pod war­stwa­mi ku­rzu... Dro­gi zo­sta­ły za­blo­ko­wa­ne zwo­ja­mi dru­tu kol­cza­ste­go, sto­sa­mi wor­ków z pia­skiem, becz­ka­mi pe­łny­mi be­to­nu, ro­wa­mi prze­ciw­pan­cer­ny­mi i stra­żni­ca­mi. Uli­ce ko­ńczy­ły się gwa­łtow­nie, ni­czym urwa­ne my­śli albo nie­prze­pra­co­wa­ne uczu­cia.

Kie­dy żo­łnie­rze nie ro­bi­li ob­cho­dów, sta­li na stra­ży z ka­ra­bi­na­mi ma­szy­no­wy­mi; mło­dzi, znu­dze­ni, sa­mot­ni mężczy­źni z ró­żnych za­kąt­ków świa­ta, któ­rzy nie­wie­le wie­dzie­li o wy­spie i o jej skom­pli­ko­wa­nej hi­sto­rii, do­pó­ki nie tra­fi­li na po­ste­ru­nek w tym ob­cym śro­do­wi­sku. Mury po­kry­wa­ły za­miesz­czo­ne tam zgod­nie z pra­wem zna­ki w śmia­łych ko­lo­rach, gło­szące wiel­ki­mi li­te­ra­mi:

ZA­KAZ WSTĘPU

NIE ZBLI­ŻAĆ SIĘ, TE­REN STRZE­ŻO­NY!

ZA­KAZ FO­TO­GRA­FO­WA­NIA I FIL­MO­WA­NIA

Nie­co da­lej wzdłuż ba­ry­ka­dy ja­kiś prze­cho­dzień nie­le­gal­nie na­skro­bał na becz­ce:

WI­TAJ­CIE NA ZIE­MI NI­CZY­JEJ

Za­po­ra dzie­ląca Cypr od brze­gu do brze­gu, stre­fa bu­fo­ro­wa pa­tro­lo­wa­na przez od­dzia­ły Or­ga­ni­za­cji Na­ro­dów Zjed­no­czo­nych, mia­ła dłu­go­ść pra­wie stu osiem­dzie­si­ęciu ki­lo­me­trów i miej­sca­mi gru­bo­ść po­nad sze­ściu ki­lo­me­trów, a miej­sca­mi le­d­wie kil­ku me­trów. Ci­ągnęła się przez wszyst­kie mo­żli­we kra­jo­bra­zy: opusz­czo­ne wio­ski, nad­mor­skie pro­win­cje, mo­kra­dła, ugo­ry, lasy so­sno­we, ży­zne rów­ni­ny, ko­pal­nie mie­dzi i sta­no­wi­ska ar­che­olo­gicz­ne, wi­jąc się ni­czym wid­mo pra­daw­nej rze­ki. Ale to wła­śnie tu­taj, w sto­li­cy i wo­kół niej, sta­wa­ła się bar­dziej wi­docz­na, na­ma­cal­na, a przez to na­tręt­na.

Ni­ko­zja, je­dy­na po­dzie­lo­na sto­li­ca na świe­cie.

Ta­kie okre­śle­nie brzmia­ło nie­mal po­zy­tyw­nie, jak­by było w nim coś rzad­kie­go, a na­wet wy­jąt­ko­we­go, ni­czym prze­ciw­sta­wia­nie się gra­wi­ta­cji, cho­ćby ta­kie­go po­je­dyn­cze­go ziarn­ka pia­sku po­ru­sza­jące­go się w górę w do­pie­ro co od­wró­co­nej klep­sy­drze. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak Ni­ko­zja nie sta­no­wi­ła wy­jąt­ku; była jesz­cze jed­ną na­zwą na li­ście miejsc se­gre­ga­cji i po­dzie­lo­nych spo­łecz­no­ści, tych po­wie­rzo­nych hi­sto­rii i tych, któ­re do­pie­ro mia­ły po­wstać. Lecz w tam­tej chwi­li pre­zen­to­wa­ła się jako oso­bli­wo­ść. Ostat­nie po­dzie­lo­ne mia­sto w Eu­ro­pie.

Moje ro­dzin­ne mia­sto.

Ale gra­ni­ca, na­wet tak wy­ra­źna i do­brze strze­żo­na jak ta, nie po­wstrzy­ma wie­lu rze­czy. Na przy­kład mel­te­mi czy też mel­tem, ete­zyj­skie­go wia­tru o ła­god­nej na­zwie, choć zdu­mie­wa­jącej sile. Mo­ty­li, ko­ni­ków po­lnych i jasz­czu­rek. A ta­kże węży, w ca­łej swej mo­zol­nej po­wol­no­ści. I od cza­su do cza­su uro­dzi­no­we­go ba­lo­nu, któ­ry wy­rwie się z uści­sku dziec­ka i po­szy­bu­je ku nie­bu, gdzie zbłądzi pro­sto na te­ry­to­rium wro­ga.

Nie po­wstrzy­ma rów­nież pta­ków. Cza­pli mo­drych, trzna­dli czar­no­gło­wych, trzmie­lo­ja­dów, pli­szek żó­łtych, pie­cusz­ków, dzierzb bia­ło­czel­nych i mo­ich ulu­bio­nych wilg zwy­czaj­nych. Pod­czas pod­ró­ży z pó­łku­li pó­łnoc­nej, po zmro­ku - jako że mi­gru­ją głów­nie o tej po­rze - gdy ciem­no­ść gęst­nie­je wo­kół ko­niusz­ków ich skrzy­deł i wy­tła­cza czer­wo­ne ob­wód­ki wo­kół ich oczu, za­trzy­mu­ją się tu­taj, w po­ło­wie swo­jej dłu­giej prze­pra­wy, za­nim po­dej­mą lot do Afry­ki. Wy­spa to dla nich miej­sce od­po­czyn­ku, prze­ryw­nik w opo­wie­ści, do­ra­źno­ść.

Jest ta­kie wzgó­rze w Ni­ko­zji, gdzie pta­ki wszel­kie­go upie­rze­nia szu­ka­ją stra­wy i za­spo­ka­ja­ją głód. Po­kry­wa je gru­ba war­stwa prze­ro­śni­ętych je­żyn, pa­rzących po­krzyw i kęp wrzo­sów. W tej gęstwi­nie tkwi sta­ra stud­nia z krążkiem li­no­wym, skrzy­pi­ącym przy naj­lżej­szym cho­ćby szarp­ni­ęciu, i me­ta­lo­wym wia­drem przy­wi­ąza­nym do sznu­ra, po­szar­pa­ne­go i po­kry­te­go glo­na­mi, któ­re świad­czą o bez­ru­chu. Da­le­ko w dole za­wsze pa­nu­ją atra­men­to­wa ciem­no­ść i przej­mu­jący chłód, na­wet kie­dy w samo po­łud­nie z nie­ba leje się żar. Ta stud­nia to wy­głod­nia­łe usta cze­ka­jące na ko­lej­ny po­si­łek. Po­że­ra ka­żdy pro­mień sło­ńca, ka­żdą smu­gę cie­pła i za­trzy­mu­je naj­mniej­sze na­wet okru­chy w swo­im dłu­gim, ka­mien­nym gar­dle.

Je­śli kie­dy­kol­wiek tra­fisz w te stro­ny i pod wpły­wem cie­ka­wo­ści albo in­stynk­tu wy­chy­lisz się za kra­wędź i spoj­rzysz w dół, w ocze­ki­wa­niu, aż two­je oczy przy­wyk­ną do mro­ku, być może do­strze­żesz w dole błysk, ni­czym ulot­ne lśnie­nie ry­bich łu­sek tuż przed za­nu­rze­niem się w wo­dzie. Nie daj się jed­nak zwie­ść. Na dnie nie ma żad­nych ryb. Ani węży. Ani skor­pio­nów. Ani pa­jąków zwi­sa­jących na je­dwa­bi­stych sie­ciach. Źró­dłem świa­tła nie jest żad­na żywa isto­ta, lecz za­byt­ko­wy ze­ga­rek kie­szon­ko­wy z osiem­na­sto­ka­ra­to­we­go zło­ta po­kry­te­go ma­ci­cą per­ło­wą, na któ­rym wy­gra­we­ro­wa­no frag­ment wier­sza:

Do­trzeć tam kie­dyś - to twe za­mie­rze­nie.

Pod­ró­ży jed­nak wca­le nie przy­spie­szaj...[1]

A z tyłu wid­nie­ją dwie li­te­ry, czy też może ra­czej jed­na li­te­ra za­pi­sa­na dwu­krot­nie:

Y&Y

Stud­nia ma sze­ro­ko­ść bli­sko pó­łto­ra me­tra i głębo­ko­ść dzie­si­ęciu me­trów. Jest wy­ko­na­na z de­li­kat­nie za­okrąglo­nych cio­sów zstępu­jących w iden­tycz­nych po­zio­mych względem sie­bie ko­łach aż do sa­me­go dołu ku mil­czącej i stęchłej wo­dzie. Na dnie uwi­ęzie­ni są dwaj mężczy­źni. Wła­ści­cie­le po­pu­lar­nej ta­wer­ny. Obaj szczu­pli, śred­nie­go wzro­stu, z du­ży­mi od­sta­jący­mi usza­mi, z któ­rych daw­niej stro­ili so­bie żar­ty. Obaj uro­dze­ni i wy­cho­wa­ni na tej wy­spie, a w wie­ku czter­dzie­stu kil­ku lat po­rwa­ni, po­bi­ci i za­mor­do­wa­ni. Zo­sta­li wrzu­ce­ni do tego szy­bu po tym, jak spęta­no ich ra­zem ła­ńcu­cha­mi, a po­tem przy­wi­ąza­no jesz­cze do trzy­li­tro­wej pusz­ki po oli­wie z oli­wek wy­pe­łnio­nej be­to­nem, ma­jącej za­gwa­ran­to­wać, że ni­g­dy nie wy­pły­ną na po­wierzch­nię. Ze­ga­rek kie­szon­ko­wy, któ­ry je­den z nich miał przy so­bie w noc po­rwa­nia, sta­nął do­kład­nie osiem mi­nut przed pó­łno­cą.

Czas to taki ptak śpie­wa­jący. I po­dob­nie jak ka­żde­go in­ne­go pta­ka śpie­wa­jące­go mo­żna go poj­mać. Mo­żna go wi­ęzić w klat­ce, pew­nie na­wet dłu­żej, niż wy­da­je ci się to mo­żli­we. Ale cza­su nie da się kon­tro­lo­wać w nie­sko­ńczo­no­ść.

Żad­na nie­wo­la nie trwa wiecz­nie.

Pew­ne­go dnia woda po­kry­je me­tal rdzą, a ła­ńcu­chy pusz­czą i twar­de be­to­no­we ser­ce zmi­ęk­nie, jak to bywa z wi­ęk­szo­ścią naj­tward­szych serc w mia­rę upły­wu lat. Do­pie­ro wte­dy dwa cia­ła, w ko­ńcu wol­ne, unio­są się w stro­nę skraw­ka nie­ba, po­ły­sku­jąc w roz­pro­szo­nych pro­mie­niach sło­ńca; wznio­są się ku roz­kosz­ne­mu błęki­to­wi, naj­pierw wol­no, a po­tem szyb­ko i gwa­łtow­nie ni­czym po­ła­wia­cze pe­reł spie­szący za­czerp­nąć po­wie­trza.

Prędzej czy pó­źniej ta sta­ra stud­nia nisz­cze­jąca na sa­mot­nej, pi­ęk­nej wy­spie na sa­mym kra­ńcu ba­se­nu Mo­rza Śró­dziem­ne­go za­wa­li się, a jej se­kret uj­rzy świa­tło dzien­ne, bo wła­śnie taki jest los se­kre­tów.