Wyspa z mgły i kamienia - Magdalena Kawka

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

1.

Kwa­drat zna­jo­mych ulic, tych samych od lat, i kolory zmie­nia­jące się w zależ­no­ści od pory roku. Soczy­sta zie­leń, sza­ro­bure brązy, raz w roku brudna biel. Te same sklepy, latar­nie, dziu­rawy asfalt. Bułki, ziem­niaki, śmie­tana, mie­lony pieprz i pół kilo twa­rogu. Matka Boska Gotu­jąca, Matka Boska Pod­wo­żąca, Matka Boska Nie­speł­nio­nych Nadziei...

- Mamo, to jesz­cze nie koniec świata. Od dawna żyli­ście osobno... - rzu­ciła z roz­tar­gnie­niem młoda kobieta w błę­kit­nym szla­froku. - A w ogóle to nie był facet dla cie­bie. Jakiś taki... - Skrzy­wiła się. - I pomyśl, że odpad­nie ci cały ten bała­gan, pra­nie, goto­wa­nie i zasta­na­wia­nie się, czy jaśnie panu sma­kuje. Tak na to popatrz. Poza tym nawet ślubu nie mie­li­ście.

Matka Boska Porzu­cona...

Widać było, że młoda kobieta z całych sił sta­rała się oka­zać zain­te­re­so­wa­nie tema­tem, ale nie naj­le­piej jej to wycho­dziło. Jedną ręką przy­ci­skała do piersi małą, różową buźkę dziecka, a drugą usi­ło­wała powstrzy­mać czte­ro­let­nią dziew­czynkę, która za wszelką cenę pró­bo­wała wsa­dzić nie­mow­la­kowi palec do oka. - Stefka! - huk­nęła w końcu. Dziecko przy piersi wzdry­gnęło się ner­wowo, a po chwili zanio­sło gło­śnym pła­czem. - Widzisz, co zro­bi­łaś! - krzyk­nęła do dziew­czynki. - Do cho­lery! Gdzie ten pie­przony tatuś!

- Nie przy dzie­ciach - powie­działa odru­chowo Julia. I dodała: - Chodź, Stef­ciu, pój­dziemy zoba­czyć, czy woda w stawku zamar­zła.

- Dobrze, bab­ciu - zgo­dziła się dziew­czynka. - I kupimy łyżwy, i ja cię nauczę krę­cić - powie­działa ocho­czo. Zerwała się z miej­sca, zła­pała bab­cię za rękę i oby­dwie wyszły z pokoju. Z tyłu dole­ciał Julię głos córki:

- Mamo, nie gnie­waj się, sama widzisz...

Bab­cia z wnuczką wyszły do ogrodu. Lutowy dzień był bez­barwny i ponury. Wszyst­kie kolory zga­sły i zostały spro­wa­dzone do wspól­nego, sza­rego mia­now­nika. O ile sza­rość jako barwa sty­lo­wej sukienki albo mięk­kiego swe­tra była jak naj­bar­dziej pożą­dana, o tyle kra­jo­braz w tej tona­cji spra­wiał, że czło­wiek mimo­wol­nie zaczy­nał się roz­glą­dać za jakimś moc­nym sznu­rem i solidną gałę­zią.

Oło­wiane chmury zasnuły niebo i w naj­bliż­szym cza­sie nie zano­siło się na jaką­kol­wiek zmianę pogody. Śnieg w tym roku sto­pił się pod koniec stycz­nia, jakby natura doszła do wnio­sku, że speł­niła swój obo­wią­zek, zapew­nia­jąc ludziom białe święta. Były więc śnieżne gwiazdki sfru­wa­jące z nieba, były bał­wany lepione przez zachwy­cone dzieci, były sanki i prze­mar­z­nięte ręce, kiedy ręka­wiczki znowu gdzieś się zapo­działy.

Julia spę­dziła ze Stefką cały sty­czeń. Ewa z Micha­łem przy­wieźli ją tuż po Nowym Roku, pro­sząc o pomoc w opiece. Miała zostać kilka dni, a została pra­wie mie­siąc. Na szczę­ście od Julii było bar­dzo bli­sko do przed­szkola, więc codzienne spa­cery tam i z powro­tem nie sta­no­wiły pro­blemu, a wręcz stały się ulu­bio­nym punk­tem dnia babci i wnuczki.

Zresztą nawet gdyby sta­no­wiły, Julia i tak by się do tego nie przy­znała. Odkąd uro­dził się Mau­rycy, Ewa spra­wiała wra­że­nie zagu­bio­nej, wszystko ją draż­niło, żaliła się, że nie śpi po nocach, a Michał nie­zbyt chęt­nie anga­żuje się w opiekę nad nie­mow­la­kiem. Tak więc Julia, chcąc nie chcąc, zaan­ga­żo­wała się w opiekę nad wnuczką.

Aku­rat wtedy, przed samym Bożym Naro­dze­niem, Paweł poin­for­mo­wał ją łamią­cym się z bólu gło­sem, że ich dal­sze życie razem nie ma sensu. Taki pre­zent pod cho­inkę, z któ­rym nie wia­domo co zro­bić... Wziął dwie walizki i skó­rzaną torbę, którą poda­ro­wała mu na uro­dziny, i zamknął za sobą ostatni roz­dział jej życia.

Może i for­mal­nie nie był jej mężem, ale jakie to ma zna­cze­nie, skoro spę­dzili ze sobą kilka ład­nych lat? Dziew­czynki nie były do niego przy­wią­zane, bo kiedy Julia go poznała, były już wła­ści­wie doro­słe i miały swoje sprawy. Ani Ewa, ani tym bar­dziej Anka pra­wie nie zauwa­żały jego ist­nie­nia. Julia cza­sem myślała, że już wola­łaby, żeby go nie lubiły, nawet nie­na­wi­dziły, ale ta obo­jęt­ność była nie do znie­sie­nia. Kiedy cza­sem wpa­dały w odwie­dziny, trak­to­wały go jak inka­senta, który przy­szedł spi­sać licz­nik i tro­chę się zasie­dział.

- Bab­ciu, a łyżwy to męże czy żony? - dole­ciał Julię głos Stefki. Kiedy Julia przez dłuż­szą chwilę nie odpo­wia­dała, Stefka pocią­gnęła ją za rękaw. - No, bab­ciu, chłopcy czy dziew­czynki? - znie­cier­pli­wiła się.

- Nie wiem... chyba dziew­czynki - zary­zy­ko­wała Julia.

- Oby­dwa? - zdzi­wiła się mała. - Żona i żona?

Stefka była wła­śnie na eta­pie przy­pi­sy­wa­nia płci wszyst­kim przed­mio­tom dookoła. Ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów każda rzecz płci żeń­skiej była żoną, a męskiej - mężem.

- Ja jestem żona, Sab­cia jest żona i cho­inka jest żona - wyli­czała. - A bał­wan jest mąż! - krzyk­nęła i śmie­jąc się, pobie­gła w stronę smęt­nych resz­tek śnież­nej rzeźby z prze­krzy­wio­nym wia­drem na gło­wie i mar­chewką uda­jącą nos.

- Bał­wan jest mąż... - powtó­rzyła Julia pod nosem i znowu zro­biło jej się smutno.

Paweł pró­bo­wał się tłu­ma­czyć, mówił, że już od dłuż­szego czasu sta­rał się ją przy­go­to­wać na taką ewen­tu­al­ność, że szkoda mar­no­wać życia na zwią­zek, który nie satys­fak­cjo­nuje żad­nej ze stron. Wie­działa, że w taki oględny spo­sób wła­śnie infor­muje, że jej nie kocha.

Ona sama czuła się usa­tys­fak­cjo­no­wana w stop­niu zado­wa­la­ją­cym. Miała dla kogo goto­wać, miała do kogo wie­czo­rem się przy­tu­lić i nawet jeśli nie było to pło­mienne uczu­cie, to prze­cież, do cho­lery, kochała go na swój spo­sób. Może nie tak, jak potra­fiła kochać, kiedy miała dwa­dzie­ścia lat, ale prze­cież ta miłość była bar­dziej war­to­ściowa, spo­kojna. Życie ją nauczyło, że klu­czem do szczę­śli­wego spo­koju było wyeli­mi­no­wa­nie wszel­kich głu­pich prze­ja­wów roman­ty­zmu, które przy­no­szą jedy­nie fru­stra­cje i roz­cza­ro­wa­nia. Nie była pod­lot­kiem, żeby co pięć minut zmie­niać zda­nie albo zale­wać się łzami, bo uko­chany zapo­mniał o rocz­nicy pierw­szej randki.

Paweł zazwy­czaj pamię­tał. Przy­no­sił kwiaty, a w walen­tynki zabrał Julię do naj­mod­niej­szego lokalu w mie­ście. Wie­czo­rem się pokłó­cili, bo Julia nie dość entu­zja­stycz­nie oka­zała radość, że przy­szło jej spę­dzać wie­czór w zady­mio­nej, hała­śli­wej kawiarni peł­nej pod­eks­cy­to­wa­nych nasto­la­tek. Na każ­dym sto­liku stały obo­wiąz­kowe kwiaty, a z sufitu zwi­sało czer­wone serce. Im więk­szy był bukiet, tym bar­dziej dumna była jego posia­daczka.

Mię­dzy Julią a Paw­łem stała kom­po­zy­cja z gatunku tych impo­nu­ją­cych: wyso­kie, czer­wone róże otu­lone zie­loną mgiełką i prze­wią­zane ogromną srebrną kokardą. W pierw­szej chwili sko­ja­rzyły jej się z wią­zanką pogrze­bową, ale zacho­wała tę uwagę dla sie­bie. Paweł pro­mie­niał; był z sie­bie tak dumny, że o mało nie pękł, i zupeł­nie mu nie prze­szka­dzało, że zza wyso­kich kwia­tów nie było widać Julii.

2.

Mau­rycy wresz­cie zasnął. Naje­dzony i wyką­pany przy­tu­lił poli­czek do poduszki i odpły­nął w senną kra­inę, lito­ści­wie oszczę­dza­jąc rodzi­cielce codzien­nej por­cji pła­czu. W mądrych książ­kach napi­sali, że kolki mijają, kiedy dziecko skoń­czy trzy mie­siące, i Ewa nie mogła się już tego docze­kać. Stefka ni­gdy nie miała żad­nych kolek i dopiero przy Mau­rycym oka­zało się, że bycie matką może być cza­sami ponad jej siły. Córka rów­nież zasnęła, zmę­czona dłu­gim spa­ce­rem z bab­cią. Nawet kola­cji nie zdą­żyła zjeść, bo kiedy głowa nie­bez­piecz­nie zaczęła jej się kiwać nad parówką, Ewa wzięła ją na ręce i roz­grze­sza­jąc się w duchu, że dziecko idzie spać brudne - zanio­sła na górę.

Michał znowu sie­dział w pracy do późna i nie mogła się go spo­dzie­wać wcze­śniej niż przed pół­nocą. Za to Anka przy­po­mniała sobie o sio­strze­nicy i wpa­dła wie­czo­rem. Ewa na końcu języka miała uwagę, że odwie­dza­nie czte­ro­latki o dwu­dzie­stej dru­giej jest pozba­wione sensu, ale się powstrzy­mała. Tym bar­dziej że Anka wyglą­dała na wzbu­rzoną.

- Sły­sza­łaś?! - krzyk­nęła od progu. - To się w gło­wie nie mie­ści.

- Co takiego? - spy­tała Ewa bez więk­szego zain­te­re­so­wa­nia. Anka była bar­dzo żywio­łową osobą i kiedy wkra­czała z takim komu­ni­ka­tem, mogło cho­dzić o wszystko, nawet o to, że wła­śnie zaczął padać deszcz. Albo że na skrzy­żo­wa­niu zepsuły się świa­tła.

- Mama chce sprze­dać kamie­nice po babci!

- Jak to? - Ewa aż przy­sta­nęła. - Wszyst­kie? Prze­cież...

- Wła­śnie! - oświad­czyła z try­um­fem Anka, zado­wo­lona, że wia­do­mość przy­nio­sła efekt, jakiego ocze­ki­wała. - Mie­li­śmy wspól­nie pod­jąć decy­zję, prze­cież to nasze...

- No nie­zu­peł­nie - zre­flek­to­wała się Ewa. - To ona dostała je w spadku i jest ich jedyną wła­ści­cielką.

- I co z tego? - wydęła wargi Anka. - To naj­gor­szy z moż­li­wych momen­tów. Na rynku jest zastój, a ceny takie, że szkoda gadać. Trzeba pocze­kać jesz­cze kilka lat, chyba wiem, co mówię.

W isto­cie wie­działa. W rynku nie­ru­cho­mo­ści orien­to­wała się jak nikt inny, nawet w cza­sach posu­chy jej firma dewe­lo­per­ska cie­szyła się dużym uzna­niem wśród klien­tów. Anka oprócz wie­dzy miała też nosa do inte­re­sów i ogromną umie­jęt­ność zjed­ny­wa­nia sobie ludzi. Czę­sto zda­rzało się, że jeśli ktoś raz sko­rzy­stał z usług jej firmy, wra­cał do niej jak po sznurku.

- Teraz powinno się inwe­sto­wać w nie­ru­cho­mo­ści za gra­nicą, a nie tu. O, na przy­kład taka Gre­cja; kry­zys aż hula, podatki dowa­lili takie, że ceny spa­dły na łeb na szyję. To naj­głup­szy z moż­li­wych pomy­słów - wró­ciła do tematu. - Gro­sze dosta­niemy. Trzeba koniecz­nie wybić jej to z głowy - oświad­czyła z całą mocą. - Prze­cież stra­cimy kupę pie­nię­dzy. Ty wiesz, ile mogą być warte trzy kamie­nice w naj­lep­szym punk­cie mia­sta?

Ewa zalała wrząt­kiem her­batę w czaj­niczku i wycią­gnęła z pie­kar­nika bla­chę z resztką cia­sta.

- O! - zain­te­re­so­wała się nagle Anka, porzu­ca­jąc temat kamie­nic i z lubo­ścią pocią­ga­jąc nosem. - Pie­kłaś?

- Mama pie­kła. Naprawdę myślisz, że przy dwójce dzieci mam czas i ochotę na pie­cze­nie? - zdzi­wiła się Ewa. - Nawet nie wiesz...

- Wiem, wiem - prze­rwała jej bez­tro­sko sio­stra. - Wszy­scy wie­dzą, bo wszyst­kim zdą­ży­łaś już o tym powie­dzieć. Jesteś zaro­biona, zmę­czona i masz muchy w nosie. - Wznio­sła oczy do nieba, nie zwra­ca­jąc uwagi na minę Ewy. - Sama chcia­łaś, więc prze­stań się nad sobą uża­lać. Nie ty jedna masz cięż­kie życie...

- A co? - odpa­ro­wała Ewa. - Pazno­kieć ci się zła­mał?

- Nie bądź zło­śliwa. - Na Ance nie zro­biło to naj­mniej­szego wra­że­nia. - Lepiej pomyślmy, jak odwieść mamę od tego nie­do­rzecz­nego pomy­słu.

Ewa wes­tchnęła z rezy­gna­cją. Chęt­nie zafun­do­wa­łaby sobie małą sprzeczkę z sio­strą, bo to zawsze w jakiś spo­sób dzia­łało na nią oczysz­cza­jąco. Na dzieci nie chciała się wydzie­rać, na Michała nie mogła, bo całymi dniami go nie było, pies już od dawna na jej widok umy­kał pod schody, więc per­spek­tywa wyla­nia wszyst­kich pre­ten­sji do świata na sio­strę była kusząca. Zre­zy­gno­wała z niej z żalem.

- Masz rację. Ja też tego nie rozu­miem... Czemu tak nagle? Była u mnie dzi­siaj i nic nie mówiła.

- A coś w ogóle mówiła?

- Oj, nie wiem, mia­łam urwa­nie głowy z dziećmi - powie­działa Ewa z pre­ten­sją. - Chciała poga­dać. Chyba nie może się otrzą­snąć...

- No to trzeba było ją czymś zająć. Niech wnuki bawi, w końcu wszyst­kie bab­cie to robią. Zoba­czysz, od razu poczuje się lepiej.

- Nie sądzę. Stefka była u niej trzy tygo­dnie i jakoś nie pomo­gło. Mama cią­gle jest jakby tro­chę nie­przy­tomna...

- No to nie wiem - wzru­szyła ramio­nami Anka. - Kobiety w jej wieku powinny mieć jakieś zaję­cia poza pracą zawo­dową. Może działkę jej kupimy? - wpa­dła nagle na pomysł. - Pomyśl tylko, tru­skawki pro­sto z krzaka, świeży szczy­pio­rek - roz­ma­rzyła się. - Wio­sną i latem mia­łaby zaję­cie w ogródku, a jesie­nią robi­łaby prze­twory. Wszyst­kie bab­cie tak robią. Dżemy śliw­kowe, soki mali­nowe... Tak, to rewe­la­cyjny pomysł. - Poki­wała głową sama do sie­bie.

Ewa była bar­dziej scep­tyczna.

- Naprawdę widzisz naszą matkę, jak kisi ogórki? Prze­cież ona zna pięć języ­ków.

- A co to ma do rze­czy? - zdzi­wiła się Anka. - Ogór­kom zaszko­dzi? Może sobie przy robo­cie czy­tać Szek­spira w ory­gi­nale... Prze­cież wszyst­kie bab­cie tak robią.

- Co ty z tymi bab­ciami? - zde­ner­wo­wała się Ewa. - Czy­tają Szek­spira pod­czas kisze­nia ogór­ków?

Anka się wykrzy­wiła.

- Nie, zaj­mują się wnu­kami i robią prze­twory. Uwa­żam, że to dobry pomysł. Popra­cuje sobie na działce i zaraz prze­sta­nie być taka... nadak­tywna. Może wtedy głu­poty prze­staną przy­cho­dzić jej do głowy. Zaczy­nam żało­wać, że ten jej Paweł zwi­nął manatki...

- Mówiła, dla­czego chce je sprze­dać aku­rat teraz? - zain­te­re­so­wała się Ewa, wra­ca­jąc do tematu kamie­nic.

- Wła­śnie nie. W ogóle była jakaś tajem­ni­cza. Zadzwo­niła do mnie i popro­siła, żebym rozej­rzała się za kup­cem. Ja nie potrze­buję teraz takich pie­nię­dzy - oświad­czyła Anka na pozór bez związku. - Myśla­łam, że jak kie­dyś je sprze­damy, to zafun­duję sobie podróż dookoła świata, ale aku­rat teraz nie mogę wyje­chać. I co mam zro­bić z tą kasą? Na pro­cent się nie opłaca przy tych zło­dziej­skich ban­kach... W skar­petę włożę? Nie­ru­cho­mo­ści to naj­lep­sza inwe­sty­cja! No nic - wes­tchnęła po namy­śle. - Trudno, jak się nie uda jej prze­ko­nać, to naj­wy­żej zain­we­stuję w firmę. Mogła­bym kupić tę zie­mię pod lasem... A ty co zamie­rzasz zro­bić ze swoją czę­ścią?

- Nie mam poję­cia. Może kupimy dzie­cia­kom jakieś miesz­ka­nia? Ani się obej­rzę, jak będą doro­słe.

- Mamuśka! - roze­śmiała się Anka. - Ale to nie­zły pomysł. Na wszelki wypa­dek tro­chę się poroz­glą­dam. Daj mi znać, jaka loka­li­za­cja naj­bar­dziej was inte­re­suje.

Obie sio­stry zato­piły się w roz­wa­ża­niach na temat rynku nie­ru­cho­mo­ści. Pra­wie nie usły­szały, kiedy zadzwo­nił tele­fon. Ewa poszła ode­brać, a po chwili wró­ciła z zasko­czoną miną.

- Mama - oświad­czyła. - Powie­działa, że chcia­łaby się z nami spo­tkać jutro po dwu­dzie­stej. Była jakaś taka... ofi­cjalna.

3.

Julia sama przed sobą nie chciała przy­znać, jak bar­dzo boi się spo­tka­nia z cór­kami. Wczo­raj roz­ma­wiała przez chwilę z Anką i nie była spe­cjal­nie zasko­czona jej reak­cją. Sama nie czuła się jesz­cze gotowa na roz­mowę, więc szybko się poże­gnała, uprze­dza­jąc pyta­nia, które nie­wąt­pli­wie za chwilę by padły. Dzi­siaj miało być trud­niej. Wczo­raj nie powie­działa wszyst­kiego.

Całą noc nie mogła zmru­żyć oka. Roz­wa­żała wszyst­kie za i prze­ciw. Prze­wra­ca­jąc się z boku na bok tysiąc razy, zasta­na­wiała się, czy ma prawo tak postą­pić. To, co zamie­rzała zro­bić, było trudne. Tak naprawdę miała nastą­pić rewo­lu­cja, ale Julia nie widziała innego wyj­ścia. Od kilku tygo­dni świat pomału, ale nie­uchron­nie usu­wał jej się spod nóg. Czuła, że traci grunt, że jeśli cze­goś nie wymy­śli - utknie na zawsze w dziw­nym sta­nie, zawie­szona w próżni. Stra­ciła napęd, jaką­kol­wiek moty­wa­cję do życia. Począt­kowo myślała, że zawdzię­cza to Paw­łowi, ale po głęb­szym zasta­no­wie­niu doszła do wnio­sku, że to nie jego wina. Jego odej­ście pozwo­liło jej po pro­stu zoba­czyć rze­czy takimi, jakimi były.

Julia miała pięć­dzie­siąt trzy lata i nie wie­działa, co ma ze sobą zro­bić. Siła napę­dowa jej życia, jaką była opieka nad dziećmi, a potem zaj­mo­wa­nie się Paw­łem, prze­stała ist­nieć. Czuła się teraz jak sta­tek na środku oce­anu, który ma jesz­cze do prze­pły­nię­cia kawał drogi, ale wszy­scy pasa­że­ro­wie w jakiś nie­po­jęty spo­sób nagle znik­nęli z jego pokładu.

Musiała coś przed­się­wziąć. Jeśli nie spró­buje wresz­cie pomy­śleć o sobie, to rów­nie dobrze może już kupić sobie trumnę, a na to jesz­cze chyba tro­chę za wcze­śnie...

Spoj­rzała w lustro. Z dru­giej strony patrzyły na nią nie­bie­skie oczy w ciem­nej opra­wie rzęs. W kąci­kach ryso­wały się kurze łapki zmarsz­czek. Owal twa­rzy zaczy­nał tro­chę szwan­ko­wać, ale natura obda­rzyła Julię gęstymi, jasnymi wło­sami, które odpo­wied­nio ostrzy­żone sku­tecz­nie go ukry­wały. Kiedy scze­sy­wała jasne pasma na twarz, pra­wie nie było widać ciem­nych bruzd bie­gną­cych od nosa w kie­runku ust. Nawet nie wie­działa, czy już jest posia­daczką siwych wło­sów, ponie­waż od wielu lat regu­lar­nie je far­bo­wała, nie cze­ka­jąc na chwilę, gdy któ­re­goś dnia z prze­ra­że­niem odkryje pierw­szą srebrną nitkę. Figurę, dzięki Bogu, też miała nie naj­gor­szą. Mogłoby oczy­wi­ście być w jed­nym miej­scu nieco mniej, a w dru­gim tro­chę wię­cej, ale takimi dro­bia­zgami już dawno prze­stała się przej­mo­wać.

Uśmiech­nęła się z sym­pa­tią do kobiety w lustrze i dostrze­gła zna­jomy, choć dawno zapo­mniany błysk w jej oku. Uznała, że to dobra wróżba i z deter­mi­na­cją się­gnęła do szu­flady. Po chwili trzy­mała w ręku szminkę w cie­płym, czer­wo­nym odcie­niu, któ­rej od dawna nie ośmie­liła się użyć.

Anka i Ewa sie­działy przy stole. Michał krzą­tał się przy barku. Skoro teściowa posta­no­wiła zebrać całą rodzinę w jed­nym miej­scu i zro­biła to w spo­sób dość kate­go­ryczny, musiało wyda­rzyć się coś waż­nego. Rano Ewa powie­działa mu o zamia­rze sprze­daży kamie­nic, ale Michał pod­świa­do­mie wyczu­wał, że cho­dzi o coś wię­cej. Julia była nie­na­tu­ral­nie uro­czy­sta, choć miał wra­że­nie, że jest rów­nież nieco zde­ner­wo­wana. Sie­działa wypro­sto­wana naprze­ciwko córek i od kilku minut pastwiła się nad torebką her­baty, wyci­ska­jąc ją do ostat­niego listka.

Wyglą­dała jakoś ina­czej niż zwy­kle. Miała na sobie jasne, wąskie spodnie z zaszew­kami i miękki swe­ter w kolo­rze lazuru, odważ­nie wycięty na ple­cach. Było jej w nim wyjąt­kowo do twa­rzy. Ze zdzi­wie­niem dostrzegł, że poma­lo­wała usta. Patrząc na nią, pomy­ślał, że jego teściowa jest wyjąt­kowo atrak­cyjną kobietą i wcale nie wygląda na swoje lata. Drobna i szczu­pła, miała w sobie mnó­stwo dziew­czę­cego uroku. Była jedną z tych kobiet, które nawet par­ciany worek potra­fią nosić z gra­cją godną kró­lo­wej. Szkoda, że żadna z córek nie odzie­dzi­czyła po niej urody ani klasy...

Zapro­po­no­wał im drinka. Ewa i Anka odmó­wiły, nato­miast Julia z ulgą odło­żyła wymię­to­szoną torebkę, odsu­nęła kubek i pod­nio­sła rękę.

- Popro­szę whi­sky. Bez lodu i bez wody, jeśli można.

- Mamo! - zapro­te­sto­wała Ewa. - Twoje wrzody.

- Nic mi nie będzie - zbyła ją Julia. - I zapa­li­ła­bym...

- Jak to?! - Tym razem to Anka nie mogła się opa­no­wać. - Prze­cież rzu­ci­łaś.

- Nie rzu­ci­łam, tylko prze­sta­łam palić. Naj­pierw ze względu na was, potem na Pawła. Wy jeste­ście doro­słe, a Paweł... W każ­dym razie wszystko się zmie­niło.

Michał podał teścio­wej papie­rosa, uda­jąc, że nie widzi peł­nego potę­pie­nia wzroku żony. Julia przy­mknęła oczy i z lubo­ścią zacią­gnęła się aro­ma­tycz­nym dymem.

- Nie macie poję­cia, jak mi tego bra­ko­wało...

Anka znowu nie wytrzy­mała.

- Mamo, prze­ra­żasz mnie - wybą­kała. - Papie­rosy to naj­częst­sza przy­czyna...

- Och, daj spo­kój! - znie­cier­pli­wiła się Julia. - Nie zapo­mi­naj, że roz­ma­wiasz z leka­rzem.

- Tym bar­dziej powin­naś być mądrzej­sza. Poza tym nie masz już dwu­dzie­stu lat...

- Stu też nie mam. I w związku z tym chcia­łam wam o czymś powie­dzieć.

- Naresz­cie - mruk­nęła Ewa z ulgą.

Julia zga­siła papie­rosa. Upiła łyk whi­sky i lekko się skrzy­wiła. Nabrała powie­trza i na chwilę przy­mknęła oczy. Kiedy je ponow­nie otwo­rzyła, malo­wała się w nich deter­mi­na­cja.

- Posta­no­wi­łam sprze­dać kamie­nice po babci - zaczęła.

- To naj­głup­szy pomysł, jaki mógł ci przyjść do głowy - prze­rwała Anka, jakby tylko na to cze­kała. Ewa się nie ode­zwała. Michał spoj­rze­niem zgro­mił szwa­gierkę, ta jed­nak zupeł­nie się tym nie prze­jęła.

- Tak, głupi! - kon­ty­nu­owała, coraz bar­dziej zła. - Wszy­scy o tym wiemy. Nie gnie­waj się, ale kto ma ci to powie­dzieć? Sprze­da­wać kamie­nice, kiedy na rynku jest kicha, to sza­leń­stwo! Jeśli w ogóle uda się zna­leźć kupca, to dosta­niemy przy­naj­mniej trzy­dzie­ści pro­cent mniej, niż są warte...

- Tyle mi wystar­czy.

- To nie ma za grosz sensu, trzeba pocze­kać... Jak to: tyle ci wystar­czy? - Anka nagle zamil­kła. Zmarsz­czyła brwi i w sku­pie­niu wpa­try­wała się w matkę. Ewa na­dal sie­działa nie­ru­chomo, z miną bez wyrazu, a w kąci­kach ust Michała błą­kał się uśmie­szek, jakby męż­czy­zna prze­czu­wał, co za chwilę się sta­nie.

- Zamie­rzam je sprze­dać - powtó­rzyła Julia spo­koj­nie - a pie­nią­dze wpłacę na swoje konto. Oczy­wi­ście - dodała szybko - jeśli tylko będzie­cie w potrze­bie, zawsze może­cie się do mnie zwró­cić. Ale nie zamie­rzam, Aniu, finan­so­wać two­jej podróży dookoła świata ani nie kupię miesz­kań waszym dzie­ciom - zwró­ciła się do dru­giej córki. - Wczo­raj byłam u nota­riu­sza i prze­pi­sa­łam na Stefkę moje miesz­ka­nie. Bar­dzo mi przy­kro, jeśli was roz­cza­ro­wa­łam, ale posta­no­wi­łam pomy­śleć o sobie.

- Ale mamo... - zdo­łała wydu­sić z sie­bie Anka.

Julia uśmiech­nęła się cie­pło.

- Kocha­nie, nie wytrzesz­czaj tak oczu, bo wyglą­dasz jak lemur. Te pie­nią­dze nie są wam nie­zbędne, macie dość swo­ich. Ty zara­biasz tyle, że pew­nie nawet sama nie wiesz, ile co mie­siąc wyda­jesz. Obie macie piękne domy, samo­chody, jeź­dzi­cie na waka­cje kilka razy w roku, ubie­ra­cie się w naj­lep­szych skle­pach za gra­nicą...

- Mamo - ode­zwała się wresz­cie Ewa z pre­ten­sją - jeśli bra­ko­wało ci pie­nię­dzy, to trzeba było powie­dzieć...

Julia potrzą­snęła głową.

- Nie o to cho­dzi. Chcia­ła­bym wresz­cie zre­ali­zo­wać swoje marze­nia...

- Jakie marze­nia?!

- Mamo - zaczęła Ewa łagod­nie, jakby miała przed sobą osobę nie­spełna rozumu. - Wszy­scy wiemy, że prze­cho­dzisz trudny okres. Nie powin­naś teraz być sama, może prze­nie­siesz się na tro­chę do Anki. Albo do nas... Zoba­czysz, dobrze ci to zrobi. Pomo­żesz mi przy dzie­ciach i prze­sta­niesz wresz­cie o nim myśleć. A o kamie­ni­cach poroz­ma­wiamy, jak będziesz w lep­szej for­mie. Co ty na to? - Się­gnęła przez stół i wzięła matkę za rękę, uda­jąc, że nie widzi sygna­łów, które posy­łała Anka. Julia rów­nież je dostrze­gła. Deli­kat­nie wyswo­bo­dziła dłoń i uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco.

- Przy­kro mi, już posta­no­wi­łam.

Wszy­scy mil­czeli. Powie­trze zro­biło się tak gęste, że można by w nim było zawie­sić sie­kierę.

- Ale co to za marze­nia, na reali­za­cję któ­rych potrzeba tyle forsy?! - Ewa zaczęła tra­cić cier­pli­wość. - Nie uwa­żasz, że my też mamy coś do powie­dze­nia? Tak po pro­stu posta­no­wi­łaś pozba­wić nas majątku po babci i nawet nie chcesz wyja­śnić dla­czego? To nie fair! Myśla­łam, że to bez zna­cze­nia, że nie ma o nas mowy w testa­men­cie, bo... bo...

- Prze­cież dosta­wa­ły­ście pie­nią­dze z wynajmu - zauwa­żyła Julia spo­koj­nie.

- No tak, ale... - Ewie nagle zabra­kło argu­men­tów. Rzu­ciła pro­szące spoj­rze­nie w kie­runku męża. Ten jed­nak z nie­od­gad­nioną miną wpa­try­wał się w sufit.

Od zawsze było wia­domo, że po sprze­daży kamie­nic pie­nią­dze zostaną podzie­lone mię­dzy córki. Przez kilka ostat­nich lat na spe­cjal­nie w tym celu zało­żone konta ich oby­dwu co mie­siąc wpły­wały pokaźne kwoty z czyn­szów pła­co­nych przez loka­to­rów. Ewa uświa­do­miła sobie rap­tem, że ani ona, ani tym bar­dziej Anka ni­gdy nie widziały na oczy żad­nego miesz­kańca. To mama wszyst­kim się zaj­mo­wała, dba­jąc tylko o to, żeby regu­lar­nie dosta­wały pie­nią­dze. Ewa nawet dokład­nie nie wie­działa, gdzie znaj­dują się owe mityczne kamie­nice, poza tym, że stoją w Łodzi. Babci nie zdą­żyła poznać, umarła, kiedy żad­nej z nich nie było jesz­cze na świe­cie. Dzia­dek po jej śmierci sprze­dał miesz­ka­nie i prze­niósł się do Pozna­nia, a po kilku latach do niej dołą­czył. W Łodzi nie została już żadna rodzina, a tym samym nie było powodu, żeby tam jeź­dzić. Dojeż­dżała więc tylko mama, zała­twia­jąc tysiące spraw zwią­za­nych naj­pierw z odzy­ska­niem majątku po babci, a potem jego zarzą­dza­niem.

- Jestem już zmę­czona tym wszyst­kim - powie­działa Julia, jakby posia­dła umie­jęt­ność czy­ta­nia w myślach star­szej córki. - Chcę wyje­chać...

- Dokąd?!

- Jesz­cze nie wiem... Może do Afryki...

Atmos­fera sta­wała się coraz gęst­sza. Wyglą­dało na to, że żaden z uczest­ni­ków roz­mowy nie wie, jak się zacho­wać ani co powie­dzieć. Na dłuż­szą chwilę zapa­dła nie­przy­jemna cisza prze­ry­wana jedy­nie pochra­py­wa­niem Saby, która zasnęła pod scho­dami. Pies szybko zorien­to­wał się, że mimo napływu gości nie ma dziś szans na zabawę i pomru­ku­jąc z nie­za­do­wo­le­nia, opu­ścił towa­rzy­stwo.

Anka rów­nież mil­czała. Nagle poczuła, że musi prze­rwać tę farsę.

- Mamo, nie gnie­waj się - zaczęła cicho, tonem, który nie wró­żył nic dobrego - ale czyś ty kom­plet­nie osza­lała?! Naczy­ta­łaś się dur­nych ksią­żek dla bab? Precz stare życie, oto nowa ja? Chcesz powie­dzieć, że sprze­da­jesz kamie­nice, zabie­rasz pie­nią­dze i tak po pro­stu wyjeż­dżasz, cho­ciaż nawet nie wiesz dokąd? Do Afryki! - par­sk­nęła po chwili. - A może na Księ­życ?! Nie roz­śmie­szaj mnie!

- Anka!

Michał sta­nął za teściową, poło­żył jej dłoń na ramie­niu i posłał szwa­gierce wymowne spoj­rze­nie. Od początku posta­no­wił nie wtrą­cać się do roz­mowy. To była sprawa rodzinna, a choć i on był jej czę­ścią, nie zamie­rzał zabie­rać głosu w kwe­stii pie­nię­dzy, któ­rych, w prze­ci­wień­stwie do swo­jej żony i szwa­gierki, nie uwa­żał za wła­sne.

- Oby­dwie jeste­ście skoń­czo­nymi ego­ist­kami - wyce­dził. - I to by było na tyle. Mamo, jeśli będziesz chciała, żebym cię odwiózł, daj znać. Idę na górę. Mau­rycy się obu­dził.

Rozdział II

1.

Czwarta, ostat­nia tran­sza za sprze­dane kamie­nice wpły­nęła na konto Julii w poło­wie lipca. I tak miała nie­by­wałe szczę­ście, że zna­lazł się kupiec, który nabył wszyst­kie trzy od razu. Anka z krzywą miną stwier­dziła, że to raczej pewna nie­do­god­ność, gdyż przez to cena była skan­da­licz­nie niska, ale Julia się tym nie prze­jęła. Była wdzięczna, że pozbyła się kło­potu za jed­nym zama­chem i ku wiel­kiemu nie­za­do­wo­le­niu młod­szej córki pra­wie w ogóle się nie tar­go­wała. I tak z dnia na dzień stała się posia­daczką pokaź­nej sumy. Tylu pie­nię­dzy nie tylko ni­gdy nie miała, ale nawet nie widziała.

Napięta sytu­acja pomię­dzy nią a cór­kami po jakimś cza­sie popra­wiła się, choć Julia zda­wała sobie sprawę, że obie mają do niej żal. W pew­nym sen­sie nawet je rozu­miała. Z ich punktu widze­nia jej zacho­wa­nie było co naj­mniej zaska­ku­jące. Nie były przy­zwy­cza­jone, że matka ma jakieś potrzeby, które, co gor­sza, są waż­niej­sze niż one.

Julia roz­stała się z ich ojcem, kiedy obie były jesz­cze małe, i od tam­tej chwili ze wszyst­kich sił sta­rała się zre­kom­pen­so­wać im jego brak. Pra­co­wała na dwa etaty, a pie­nię­dzy i tak zwy­kle bra­ko­wało. Sama nie wie­działa, co ją pod­ku­siło, żeby wybrać tak mało docho­dową spe­cja­li­za­cję. Ane­ste­zjo­log był nie­wąt­pli­wie nie­zbędny pod­czas ope­ra­cji, jed­nak jego moż­li­wo­ści zarob­kowe zaczy­nały i koń­czyły się na szpi­talu. Kiedy zmie­nił się ustrój, więk­szość kole­gów pootwie­rała wła­sne gabi­nety, a ane­ste­zjo­lo­dzy zostali tam, gdzie byli, albo wyje­chali pra­co­wać za gra­nicę. Julia nie wyje­chała i po tylu latach pracy nie miała nawet szans na godziwą eme­ry­turę. Wła­ści­wie powinna pra­co­wać dalej, ale miała już dość. Dwa­dzie­ścia lat pod ogrom­nym naci­skiem i w olbrzy­mim napię­ciu, szyb­kie decy­zje, od któ­rych zale­żało życie cho­rego, zbyt czę­ste oglą­da­nie ludz­kiej śmierci... Wszystko to wymu­siło na niej umie­jęt­ność radze­nia sobie ze stre­sem i nie­po­wo­dze­niami, ale nie uchro­niło od gory­czy i wypa­le­nia. Coraz mniej­szą miała satys­fak­cję z wyko­ny­wa­nego zawodu, nato­miast każdy dzień w szpi­talu kosz­to­wał ją coraz wię­cej wysiłku i pochła­niał zbyt dużo emo­cji. Zda­rzały się dni, że czuła się jak począt­ku­jący lekarz, który stra­cił pierw­szego pacjenta. Każdą śmierć prze­ży­wała jak oso­bi­stą porażkę i pomimo upływu lat nie potra­fiła się dystan­so­wać.

Nie miała czasu, by uło­żyć sobie życie, nie miała kiedy czy­tać ksią­żek, nie podró­żo­wała, nie speł­niała marzeń. Ba, nawet ich nie nazy­wała. Każ­dego ranka myślała jedy­nie o tym, żeby nikt nie umarł na jej dyżu­rze. I jesz­cze żeby dziew­czynki były szczę­śliwe, żeby skoń­czyły dobre stu­dia i życie im się poukła­dało. Na szczę­ście wszyst­kie pra­gnie­nia doty­czące córek się speł­niły. Nie bra­ko­wało im niczego i Julia z dumą myślała, że dobrze się spi­sała, nawet jeśli gdzieś po dro­dze zgu­biła sie­bie.

Może Paweł miał rację, kiedy powie­dział, że jest nasta­wiona zada­niowo do życia i dla­tego nie mogło im się udać. Miło­ści nie wystar­czy oswoić, zamknąć w klatce i odha­czyć w note­sie jak kolejne zada­nie do wyko­na­nia. Zarzu­cał jej nie­ustan­nie, że jest za mało spon­ta­niczna, że nie miewa zwa­rio­wa­nych pomy­słów i jest prze­wi­dy­walna do bólu. Zro­bił zarzuty ze wszyst­kiego, co Julia latami w sobie wypra­co­wy­wała, w prze­ko­na­niu, że są to cechy odpo­wie­dzial­nej kobiety i matki.

Miała dwa wyj­ścia: albo popa­trzeć na swoje życie jak na porażkę, albo spró­bo­wać odna­leźć w sobie tamtą dziew­czynę, którą wypę­dziła, kiedy została sama z dwójką małych dzieci i dłu­gami do spła­ce­nia.

Wielki podróż­ni­czy atlas świata ważył dobre sześć kilo­gra­mów. Wła­ści­wie wystar­czyłby sam inter­net, ale kom­pu­ter nie nada­wał się do takiej cele­bra­cji, jaką zapla­no­wała sobie na dzi­siej­szy wie­czór. Chciała zakoń­czyć ten dzień ina­czej. Zupeł­nie wyjąt­kowo. Z pracy w szpi­talu zre­zy­gno­wała wła­ści­wie już pół roku temu, jeśli nie liczyć spo­ra­dycz­nych dyżu­rów, które jesz­cze cza­sem zda­rzało jej się brać. Jed­nak dopiero od dzi­siaj for­mal­nie była bez pracy.

Uśmiech­nęła się na wspo­mnie­nie min swo­ich nie­daw­nych współ­pra­cow­ni­ków, kiedy usły­szeli, że odcho­dzi na dobre i nie zamie­rza szu­kać zatrud­nie­nia gdzie indziej. Nikt nie powie­dział tego gło­śno, ale dobrze wie­działa, co myślą. Jesz­cze rok wcze­śniej też puka­łaby się w głowę, gdyby usły­szała, że ktoś rezy­gnuje z etatu na chwilę przed eme­ry­turą. Nie zamie­rzała się tłu­ma­czyć, więc tylko uści­snęła wszyst­kim ręce, udała, że nie widzi zatro­ska­nych spoj­rzeń i poże­gnaw­szy się, wyszła na ską­paną w słońcu ulicę. Była wolna.

Kiedy weszła do księ­garni, od razu jej uwagę przy­kuł sto­jący pra­wie przy samych drzwiach atlas. Nie mogła ode­rwać od niego wzroku. Poły­skliwa okładka aż biła po oczach głę­bo­kim lazu­rem, jakiego ni­gdy nie miewa niebo nad Pozna­niem. Julia się­gnęła po książkę i natych­miast z jękiem ugięła się pod jej cię­ża­rem. Otwo­rzyła na chy­bił tra­fił i zna­la­zła się na Bor­neo. Barwny dzio­bo­ro­żec się­gał po nie­wielki czer­wony owoc wiszący na gałęzi, a na drze­wie obok oran­gu­ta­nia matka ze znu­dzoną miną koły­sała w ramio­nach swoje nie­mowlę. Julia prze­wró­ciła kartkę. Przed oka­za­łym Wiel­kim Mecze­tem w Toubie zbie­rali się Muri­do­wie. Ubrani w barwne szaty spo­koj­nie ocze­ki­wali na nabo­żeń­stwo.

Od róż­no­ko­lo­ro­wych kra­jo­bra­zów aż zakrę­ciło jej się w gło­wie. Czy świat tylko na foto­gra­fiach jest zawsze tak nie­na­tu­ral­nie nasy­cony bar­wami, czy to ona ni­gdy nie potra­fiła patrzeć? Kolo­rem, który domi­no­wał w jej życiu, była biel. Nie zno­siła jej z całego serca. Biała sce­ne­ria szpi­tala, białe far­tu­chy leka­rzy i pie­lę­gnia­rek, biała pościel, białe pie­lu­chy, wiecz­nie brudne białe skar­pety dzieci, białe kaszki goto­wane po nocy i białe kartki, które musiała zapeł­nić liter­kami, kiedy dora­biała, pisu­jąc arty­kuły do facho­wych cza­so­pism. Nudna, ponura, przy­tła­cza­jąca biel... Smutny kolor obo­wiąz­ków. Uśmiech­nęła się z gory­czą na wspo­mnie­nie bia­łych róż, które Paweł przy­niósł na pierw­szą randkę. Zamknęła atlas i pode­szła do kasy. W dro­dze do domu wstą­piła do sklepu i kupiła naj­droż­sze wino, jakie mieli. Czer­wone.

2.

Nie pamię­tała, kiedy ostatni raz miała kaca. Gdy obu­dziła się rano z potwor­nym bólem głowy, była prze­ko­nana, że zła­pała grypę. Dopiero rzut oka na pustą butelkę sto­jącą na kuchen­nym stole uświa­do­mił jej, że to nie potworna cho­roba, tylko potworny kac. Uśmiech­nęła się i momen­tal­nie chwy­ciła za skro­nie. Każdy, nawet naj­mniej­szy gry­mas twa­rzy powo­do­wał, że wielki młot pneu­ma­tyczny, który poja­wił się w jej gło­wie, roz­po­czy­nał pracę. Sta­ra­jąc się pra­wie nie oddy­chać, się­gnęła do apteczki po aspi­rynę. Wypiła dusz­kiem szklankę wody i wła­śnie zamie­rzała wró­cić do łóżka, kiedy zadzwo­nił tele­fon.

- Prze­pra­szam, kochana, że się nie odzy­wa­łam, ale dopiero teraz wró­ci­li­śmy. Mówię ci, cud­nie było! Pół roku w raju! Oczy­wi­ście wola­ła­bym, żeby ten raj był nieco bar­dziej zalud­niony, ale wiesz, jaki jest Ste­fan. Odlu­dzie i odlu­dzie. No, ale znasz mnie, nawet na odlu­dziu znajdę sobie coś do roboty. Tym bar­dziej że sklepy mają wszę­dzie. I pomy­śleć, że mój mał­żo­nek wyobra­żał sobie naiw­nie, że nie będę miała gdzie wyda­wać pie­nię­dzy!

Słowa wyla­ty­wały ze słu­chawki z pręd­ko­ścią kara­binu maszy­no­wego i Julia poczuła, że jej głowa za chwilę eks­plo­duje. Tłu­miąc poczu­cie winy, bez słowa się roz­łą­czyła. Wyłą­czyła tele­fon i obie­cu­jąc sobie w duchu, że zadzwoni do przy­ja­ciółki, jak tylko pozbę­dzie się młota - nacią­gnęła koł­drę na głowę. W ostat­nim prze­bły­sku świa­do­mo­ści pomy­ślała, że nie ma co, ład­nie zaczyna się to jej nowe życie.

Z głę­bo­kiego snu wyrwał ją dzwo­nek do drzwi, a następ­nie potworne łomo­ta­nie, które roz­no­siło się gło­śnym echem po całej klatce scho­do­wej. Jesz­cze nie cał­kiem obu­dzona zwle­kła się z łóżka i poszła otwo­rzyć. Za drzwiami stała Lidka.

- Chry­ste Panie! Co ci jest?! - Bez cere­gieli rzu­ciła się na pół­przy­tomną Julię. - Co wzię­łaś?!

- Aspi­rynę...

Julia pró­bo­wała się opie­rać, kiedy ener­giczna przy­ja­ciółka cią­gnęła ją w kie­runku fotela. Przy oka­zji z zado­wo­le­niem zauwa­żyła, że młot znik­nął.

- Ile?! - W oczach Lidki odma­lo­wało się zdu­mie­nie.

- Jedną, a ile mia­łam wziąć?

- O Boże - Lidka prze­stała się pastwić nad Julią i sama klap­nęła na fotel. - Myśla­łam, że... no, że chcia­łaś się otruć.

- Osza­la­łaś?!

- Byłam w szpi­talu i powie­dzieli, że zre­zy­gno­wa­łaś z pracy. Dzwo­ni­łam, ale się nie ode­zwa­łaś, a sły­sza­łam, jak dyszysz... No to zadzwo­ni­łam do Anki... Podobno rozum stra­ci­łaś, bo facet cię rzu­cił.

- I pomy­śleć, że jesz­cze nie­dawno wyda­wało mi się, że przy­naj­mniej dzieci mi się w życiu udały - mruk­nęła Julia z gory­czą, cia­śniej otu­la­jąc się szla­fro­kiem.

- Wygłu­pi­łam się - przy­znała Lidka ze skru­chą po dłuż­szej chwili. - Paweł naprawdę odszedł - dodała, roz­glą­da­jąc się po pokoju.

Julia rów­nież się rozej­rzała. Na dużej sofie zawa­lo­nej stertą gazet leżał skłę­biony koc, któ­rego zwi­sa­jący koniec tonął w misce z brzo­skwi­niami. Pestki owo­ców malow­ni­czo roz­ło­żyły się na ławie pomię­dzy kie­lisz­kiem do wina a wiel­kim atla­sem zaj­mu­ją­cym połowę powierzchni. Na skrawku wol­nego blatu stała popiel­niczka, w któ­rej nie mie­ściły się już nie­do­pałki. Kilka walało się luzem...

W pokoju pano­wał pół­mrok. Żalu­zje w oknach na­dal były opusz­czone, choć dawno minęło połu­dnie. Nad wszyst­kim uno­siły się led­wie widzialne, jasne smugi tyto­nio­wego dymu. W pasmach świa­tła sączą­cego się spo­mię­dzy drew­nia­nych liste­wek tań­czyły dro­binki kurzu.

Paweł prę­dzej by umarł, niż dopu­ścił do takiego stanu. Nawet jeśli kie­dyś wyda­wało się Julii, że jest Panią Porząd­nicką, to przy pedan­tycz­nym do gra­nic absurdu Pawle była zwy­kłą fleją.

- Tak, Paweł odszedł - przy­tak­nęła. Ze zdu­mie­niem usły­szała ulgę w swoim wła­snym gło­sie.

- Prze­pra­szam, że mnie nie było - zaczęła Lidka, natych­miast wcho­dząc w rolę pocie­szy­cielki. - Mie­li­śmy wró­cić w marcu, ale jakoś tak wyszło.

Lidka z mężem coraz wię­cej czasu spę­dzali u córki na Hawa­jach i coraz mniej mieli powo­dów i chęci, by wra­cać do Pol­ski.

- I tak nic byś nie pomo­gła. - Julia wzru­szyła ramio­nami. - Widocz­nie tak miało być. Poza tym oka­zało się, że nie­długo zosta­nie ojcem...

- W tym wieku?!

- Prze­cież był młod­szy ode mnie o trzy lata. Co to za wiek dla faceta? Kobieta to co innego, nie­stety.

Lidka spoj­rzała na przy­ja­ciółkę z urazą.

- Już ty naj­mniej powin­naś narze­kać - stwier­dziła z nie­sma­kiem. - Kudły masz jak gwiazda fil­mowa, a figurę jak nasto­latka.

- Lat mi od tego nie ubywa. Poza tym prze­sa­dzasz.

- Nie prze­sa­dzam, myślisz, że nie wiem, że ten mój bez­na­dziejny mąż pod­ko­chuje się w tobie od nie­pa­mięt­nych cza­sów?

- Prze­stań wyga­dy­wać głu­poty, lepiej mów, co u cie­bie.

Lidce nie trzeba było dwa razy powta­rzać. O córce i jej raj­skim życiu na Hawa­jach mogła roz­pra­wiać godzi­nami. Bar­dzo moż­liwe, że głów­nie w tym celu odwie­dziła dawno nie­wi­dzianą przy­ja­ciółkę. W cza­sie, kiedy opo­wia­dała, Julia kil­koma spraw­nymi ruchami ogar­nęła nieco bała­gan, odsło­niła żalu­zje i na oścież otwo­rzyła okna. Rześ­kie, wil­gotne powie­trze, jesz­cze pach­nące desz­czem wypeł­niło pokój. Zapa­rzyła kawę i przy­nio­sła do sto­lika. Lidka, nie prze­sta­jąc mówić, prze­glą­dała Wielki podróż­ni­czy atlas świata.

- Wybie­rasz się w podróż dookoła świata? - zażar­to­wała, porzu­ca­jąc na moment fascy­nu­jący temat koloru nowego, zabój­czo dro­giego auta, które ame­ry­kań­ski zięć kupił jej córce z oka­zji dru­giej rocz­nicy ślubu.

- Sprze­da­łam kamie­nice po babci i... tak, chyba zamie­rzam wyje­chać - oświad­czyła Julia osłu­pia­łej przy­ja­ciółce. - Ni­gdy nie mia­łam ani pie­nię­dzy, ani czasu, żeby zoba­czyć kawa­łek świata - powie­działa zamy­ślona. - A może odwagi nie mia­łam... Znam hisz­pań­ski, a ni­gdy nawet nie byłam w Hisz­pa­nii. Nauczy­łam się angiel­skiego, bo był mi potrzebny, żeby czy­tać fachowe opra­co­wa­nia, ale dopiero nie­dawno wpa­dłam na to, że w angiel­skim ist­nieją jesz­cze inne słowa oprócz nar­kozy, znie­czu­le­nia czy medy­cyny oko­ło­po­ro­do­wej. Poza tym zawsze inte­re­so­wała mnie histo­ria sta­ro­żytna i marzy­łam, żeby zoba­czyć Knos­sos, Gor­tynę...

- Coś się stało? - prze­stra­szyła się Lidka, ponie­waż Julia nagle zamil­kła. Wbiła w Lidkę nie­wi­dzące spoj­rze­nie, zmru­żyła oczy i wyglą­dała, jakby inten­syw­nie nad czymś roz­my­ślała. Nagle zerwała się z sofy, wychla­pu­jąc resztki kawy i pod­bie­gła do kom­pu­tera, mam­ro­cząc coś pod nosem.

- Gdzieś tu musi być... Zaraz... Mam! - krzyk­nęła, ude­rza­jąc w kla­wi­sze. - Chodź, zobacz!

Lidka zaj­rzała jej przez ramię i zaczęła czy­tać:

- "Kreta, wyspa śród mor­skiej rzu­cona otchłani, / Żyzna, pełna uro­ków - a sie­dzą tam na niej / Roje luda, a liczy dzie­więć­dzie­siąt gro­dów. / Moc tam róż­nego szczepu i mowy naro­dów (...). / Na wyspie jest gród Knos­sos, wielki i sto­łeczny / Gdzie lat dzie­wią­tek włada Minos, druh ser­deczny / Zeu­sowy"1 - prze­czy­tała. - I co z tego? - dodała po chwili.

- Zobacz to! - Julia stuk­nęła pal­cem w ekran. - "Prak­tyczny prze­wod­nik po Kre­cie, czyli wszystko, co chciał­byś wie­dzieć, ale nie wiesz, gdzie szu­kać". Spę­dzi­łam wczo­raj pół nocy, jeż­dżąc pal­cem po mapie, a zupeł­nie zapo­mnia­łam, że pod nosem mam Gre­cję! Jesz­cze tro­chę, a pole­cia­ła­bym kupo­wać bilet na Bor­neo... Nie rozu­miesz? Zawsze chcia­łam tam poje­chać! A teraz mogę sobie nawet kupić tam dom - powie­działa Julia z roz­pędu.

- Na Kre­cie czy na Bor­neo, bo już nie nadą­żam? - Lidka zła­pała się za głowę.

- Mały domek z natu­ral­nego kamie­nia z pła­skim dachem, dużymi oknami i ogrom­nym, sło­necz­nym tara­sem. Nawet ole­an­drów nie musia­ła­bym cho­wać na zimę do piw­nicy! - cią­gnęła Julia nie­zra­żona. - Cho­dzi­ła­bym sobie boso po tym kamien­nym tara­sie i wącha­ła­bym roz­ma­ryny... Lidka, strasz­nie ci dzię­kuję! - krzyk­nęła pod­eks­cy­to­wana.

- Ale co ja zro­bi­łam? - Przy­ja­ciółka osłu­piała.

- Zosta­łaś moim natchnie­niem - roze­śmiała się Julia. - Zaczy­nam nowe życie, a ty będziesz jego matką chrzestną.

Lidka popu­kała się w głowę.

- Wiesz, może ta Anka to... tego. Zna­czy się, odbiło ci... - wes­tchnęła z uda­wa­nym żalem. - Myśla­łam, że będę cię pocie­szać po stra­cie faceta, a ty co? Nie ma spra­wie­dli­wo­ści na tym świe­cie...

3.

- Nie wiem, czy będę umiała pani pomóc. - Miły głos po dru­giej stro­nie tele­fonu był wyraź­nie zmar­twiony. - Zaj­mu­jemy się wynaj­mem waka­cyj­nych domów albo apar­ta­men­tów... Jeśli pani chce, to znaj­dziemy coś atrak­cyj­nego, pod­sta­wimy samo­chód... Może być nawet z kie­rowcą. Ale pośred­nic­two w kup­nie domu? Jesz­cze nie mie­li­śmy takiego przy­padku. Zazwy­czaj nasi klienci chcą tu tylko miło spę­dzić waka­cje...

- Zawsze musi być ten pierw­szy raz. - Julia się uśmiech­nęła, choć jej roz­mów­czyni nie mogła tego widzieć. - Prze­czy­ta­łam na waszej stro­nie inter­ne­to­wej, że miesz­ka­cie na Kre­cie już dzie­sięć lat. To kawał czasu! Z pew­no­ścią sły­szała pani o jakimś nie­du­żym domu, poło­żo­nym gdzieś wśród zie­leni...

- Pro­szę mi mówić po imie­niu - prze­rwała kobieta. - Anita - przed­sta­wiła się.

- Miło mi, Julia. W każ­dym razie była­bym ci bar­dzo wdzięczna, Anito. Oczy­wi­ście w grę wcho­dzi pro­wi­zja...

- Mam pomysł! - prze­rwała znowu Anita. - Za chwilę koń­czy się sezon, na wyspie będzie tro­chę spo­koj­niej i dla­tego naj­le­piej będzie, jak sama tu przy­je­dziesz. Rozej­rzysz się tro­chę, poznasz oko­licę. Mówi­łaś, że ni­gdy nie byłaś w Gre­cji...

Julia poczuła się rap­tem jak idiotka. Rze­czy­wi­ście, ni­gdy nie była nie tylko na Kre­cie, ale nawet w Gre­cji; nie zna oko­licy, nawet nie wie, gdzie miałby się znaj­do­wać jej nowy, wyma­rzony dom, nie mówiąc już o tym, że nie ma zie­lo­nego poję­cia o cenach. Gre­cja, o jakiej zwy­kle marzyła, była sta­ro­żytną kra­iną zalud­nioną przez bóstwa zstę­pu­jące z Olimpu i dziel­nych hero­sów uga­nia­ją­cych się po pastwi­skach za nim­fami o sar­nich oczach. Sama Kreta była ojczy­zną Minosa i jego nie­szczę­snego syna Mino­taura. Obraz raczej mało współ­cze­sny.

Nagle dotarło do niej, że kupno domu w obcym kraju to jed­nak zupeł­nie coś innego niż zamiana kawa­lerki na dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie w tym samym mie­ście. A już na pewno nie zała­twia się takich rze­czy przez tele­fon. Widocz­nie nad­miar pie­nię­dzy, któ­rego doświad­czała pierw­szy raz w życiu, zupeł­nie poprze­sta­wiał jej klepki.

Przez przy­pa­dek wpadł jej kie­dyś w ręce arty­kuł o pol­skim mał­żeń­stwie, które zachwy­cone uro­kami Krety osia­dło na wyspie na stałe i zawo­dowo zajęło się przy­bli­ża­niem tego waka­cyj­nego zakątka roda­kom. Zna­la­zła w inter­ne­cie ich stronę. Oka­zało się, że infor­ma­cje, któ­rymi służą swoim klien­tom, są bez­cenne. Po latach życia na wyspie dosko­nale znali miej­sca warte pole­ce­nia oraz takie, któ­rych należy uni­kać. Wie­dzieli, gdzie dobrze zjeść, gdzie należy szu­kać ciszy i spo­koju i gdzie się udać, jeśli przyj­dzie ochota na zabawę. Jako doradcy i prze­wod­nicy po wyspie wydali się Julii ide­alni. Nabrała irra­cjo­nal­nego prze­ko­na­nia, że jedy­nie oni mogą jej pomóc kupić dom.

Nie­wiele myśląc, pod­eks­cy­to­wana, zadzwo­niła pod podany numer i w ciągu dzie­się­ciu minut została bru­tal­nie spro­wa­dzona na zie­mię.

- Myślę, Julio, że to naj­roz­sąd­niej­sze roz­wią­za­nie - kon­ty­nu­owała Anita spo­koj­nie. - Żeby prze­nieść tu całe swoje życie, trzeba przy­naj­mniej zoba­czyć, na co się czło­wiek decy­duje... Może oko­lica ci się nie spodoba albo uznasz, że za mało tu drzew. Kreta nie należy do naj­bar­dziej zie­lo­nych miejsc na świe­cie. Lasów tu nie­wiele... Poza tym to poważne przed­się­wzię­cie. Inni ludzie, inna kul­tura...

- Tak, masz rację - weszła jej Julia w słowo. Wyczuła w tonie kobiety nieco pro­tek­cjo­nalny ton. - Tro­chę za bar­dzo się roz­pę­dzi­łam.

Po krót­kiej roz­mo­wie usta­liły szcze­góły: Anita miała wyna­jąć na kilka tygo­dni nie­duży domek, w któ­rym Julia mogłaby zamiesz­kać i w tym cza­sie rozej­rzeć się za jakimś doce­lo­wym miej­scem.

W takim razie naj­pierw waka­cje - ucie­szyła się Julia, odkła­da­jąc słu­chawkę. To miały być pierw­sze praw­dziwe waka­cje od wielu lat. Kiedy dziew­czynki były małe, naj­czę­ściej wyjeż­dżała z nimi Lidka, mająca córkę w podob­nym wieku i, co waż­niej­sze, rodzi­ców, któ­rzy miesz­kali w leśni­czówce na Mazu­rach nad małym, leśnym jezio­rem ukry­tym wśród wyso­kich sosen. Zarówno Anka, jak i Ewa uwiel­biały ojca Lidki - nazy­wały go dziad­kiem i długo nie wyobra­żały sobie waka­cji bez Mazur. Lidka była malarką i mogła pozwo­lić sobie na dwa mie­siące luzu; poza tym twier­dziła, że wła­śnie tam, w małej osa­dzie, spływa na nią naj­więk­sze natchnie­nie.

Leśni­czy z żoną, cie­płą panią w śred­nim wieku o wiecz­nie rumia­nych policz­kach, chęt­nie gościli u sie­bie zaprzy­jaź­nioną rodzinę, a dziew­czynki trak­to­wali jak wła­sne wnuczki. Julia przy­naj­mniej raz na dwa tygo­dnie sta­rała się odwie­dzać dzieci. Jej wyrzuty sumie­nia, że zosta­wia je same, za każ­dym razem nieco bla­kły, kiedy widziała, jak córki wspa­niale się tam czują i nie roz­pa­czają wcale z tego powodu, że mama przy­jeż­dża do nich tylko na week­endy.

Już same dojazdy były pie­kłem. W środku sezonu tury­stycz­nego zna­le­zie­nie wol­nego miej­sca w pociągu jadą­cym na Mazury gra­ni­czyło z cudem. Naj­czę­ściej spę­dzała kilka godzin podróży, sto­jąc w ści­sku na kory­ta­rzu i sta­ra­jąc się za bar­dzo nie oddy­chać, żeby nie zwy­mio­to­wać od nad­miaru nie­przy­jem­nych woni. Kwa­śny odór prze­po­co­nych ubrań mie­szał się z feto­rem wydo­by­wa­ją­cym się z brud­nej toa­lety. Z nie­zba­da­nych powo­dów więk­szość pasa­że­rów woziła ze sobą jajka na twardo i ich mdlący zapach sta­wał się dla Julii przy­sło­wio­wym gwoź­dziem do trumny. Kiedy miała szczę­ście, uda­wało jej się zna­leźć miej­sce przy uchy­lo­nym oknie. W Olsz­ty­nie prze­sia­dała się do auto­busu, a ostat­nie trzy kilo­me­try poko­ny­wała na pie­chotę i był to naj­bar­dziej przy­jemny frag­ment podróży. Piasz­czy­sta droga wio­dła przez roz­grzany, pach­nący sosnowy las, co już samo w sobie było miłą odmianą po zasmro­dzo­nym Pozna­niu. Julia naj­czę­ściej szła boso po cie­płym pia­chu, uwa­ża­jąc, żeby nie nastą­pić na szyszki ani nie wejść w placki, które zosta­wiały krowy w dro­dze na pobli­skie pastwi­ska.

Marzyła wtedy, żeby osiąść w takim miej­scu na zawsze. Rzu­cić w dia­bły szpi­tal, dok­to­rat, Poznań, zabrać dziew­czynki i prze­nieść się na wieś. Hodo­wać kury, zbie­rać tru­skawki w ogro­dzie, cho­dzić boso i mieć na wszystko czas. Wie­czo­rami liczyć bąble po koma­rach, czy­tać książki i grać z dziew­czy­nami w Mono­pol. Wariant mini­ma­li­styczny nie prze­ra­żał jej wcale. Zaraz jed­nak przy­cho­dziło otrzeź­wie­nie, że nie może myśleć tylko o sobie. Poznań to lep­sze per­spek­tywy dla dzieci, zaję­cia poza­lek­cyjne, basen, dobre stu­dia. Teatry, kina i moż­li­wość roz­woju.

Dziś już wie­działa, że to nie miej­sce się liczy, tylko jakość życia, ale wtedy, zaśle­piona prze­ra­że­niem, że nie unie­sie samot­nego rodzi­ciel­stwa, mio­tała się jak ptak w klatce. Chciała, żeby dziew­czynki miały wszystko, co naj­lep­sze, a życie na wsi w jej ówcze­snym poję­ciu nie mie­ściło się w tych kate­go­riach. Było jej oso­bi­stą fana­be­rią, luk­su­sem, na który nie mogła sobie pozwo­lić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki