Rozdział I
1.
Kwadrat znajomych ulic, tych samych od lat, i kolory zmieniające się w zależności od pory roku. Soczysta zieleń, szarobure brązy, raz w roku
brudna biel. Te same sklepy, latarnie, dziurawy asfalt. Bułki,
ziemniaki, śmietana, mielony pieprz i pół kilo twarogu. Matka Boska
Gotująca, Matka Boska Podwożąca, Matka Boska Niespełnionych Nadziei...
- Mamo, to jeszcze nie koniec świata. Od dawna żyliście osobno... -
rzuciła z roztargnieniem młoda kobieta w błękitnym szlafroku. - A w ogóle to nie był facet dla ciebie. Jakiś taki... - Skrzywiła się. - I pomyśl, że odpadnie ci cały ten bałagan, pranie, gotowanie i zastanawianie się, czy jaśnie panu smakuje. Tak na to popatrz. Poza tym
nawet ślubu nie mieliście.
Matka Boska Porzucona...
Widać było, że młoda kobieta z całych sił starała się okazać
zainteresowanie tematem, ale nie najlepiej jej to wychodziło. Jedną ręką
przyciskała do piersi małą, różową buźkę dziecka, a drugą usiłowała
powstrzymać czteroletnią dziewczynkę, która za wszelką cenę próbowała
wsadzić niemowlakowi palec do oka. - Stefka! - huknęła w końcu. Dziecko
przy piersi wzdrygnęło się nerwowo, a po chwili zaniosło głośnym
płaczem. - Widzisz, co zrobiłaś! - krzyknęła do dziewczynki. - Do
cholery! Gdzie ten pieprzony tatuś!
- Nie przy dzieciach - powiedziała odruchowo Julia. I dodała: - Chodź,
Stefciu, pójdziemy zobaczyć, czy woda w stawku zamarzła.
- Dobrze, babciu - zgodziła się dziewczynka. - I kupimy łyżwy, i ja cię
nauczę kręcić - powiedziała ochoczo. Zerwała się z miejsca, złapała
babcię za rękę i obydwie wyszły z pokoju. Z tyłu doleciał Julię głos
córki:
- Mamo, nie gniewaj się, sama widzisz...
Babcia z wnuczką wyszły do ogrodu. Lutowy dzień był bezbarwny i ponury.
Wszystkie kolory zgasły i zostały sprowadzone do wspólnego, szarego
mianownika. O ile szarość jako barwa stylowej sukienki albo miękkiego
swetra była jak najbardziej pożądana, o tyle krajobraz w tej tonacji
sprawiał, że człowiek mimowolnie zaczynał się rozglądać za jakimś mocnym
sznurem i solidną gałęzią.
Ołowiane chmury zasnuły niebo i w najbliższym czasie nie zanosiło się na
jakąkolwiek zmianę pogody. Śnieg w tym roku stopił się pod koniec
stycznia, jakby natura doszła do wniosku, że spełniła swój obowiązek,
zapewniając ludziom białe święta. Były więc śnieżne gwiazdki sfruwające
z nieba, były bałwany lepione przez zachwycone dzieci, były sanki i przemarznięte ręce, kiedy rękawiczki znowu gdzieś się zapodziały.
Julia spędziła ze Stefką cały styczeń. Ewa z Michałem przywieźli ją tuż
po Nowym Roku, prosząc o pomoc w opiece. Miała zostać kilka dni, a została prawie miesiąc. Na szczęście od Julii było bardzo blisko do
przedszkola, więc codzienne spacery tam i z powrotem nie stanowiły
problemu, a wręcz stały się ulubionym punktem dnia babci i wnuczki.
Zresztą nawet gdyby stanowiły, Julia i tak by się do tego nie przyznała.
Odkąd urodził się Maurycy, Ewa sprawiała wrażenie zagubionej, wszystko
ją drażniło, żaliła się, że nie śpi po nocach, a Michał niezbyt chętnie
angażuje się w opiekę nad niemowlakiem. Tak więc Julia, chcąc nie chcąc,
zaangażowała się w opiekę nad wnuczką.
Akurat wtedy, przed samym Bożym Narodzeniem, Paweł poinformował ją
łamiącym się z bólu głosem, że ich dalsze życie razem nie ma sensu. Taki
prezent pod choinkę, z którym nie wiadomo co zrobić... Wziął dwie walizki
i skórzaną torbę, którą podarowała mu na urodziny, i zamknął za sobą
ostatni rozdział jej życia.
Może i formalnie nie był jej mężem, ale jakie to ma znaczenie, skoro
spędzili ze sobą kilka ładnych lat? Dziewczynki nie były do niego
przywiązane, bo kiedy Julia go poznała, były już właściwie dorosłe i miały swoje sprawy. Ani Ewa, ani tym bardziej Anka prawie nie zauważały
jego istnienia. Julia czasem myślała, że już wolałaby, żeby go nie
lubiły, nawet nienawidziły, ale ta obojętność była nie do zniesienia.
Kiedy czasem wpadały w odwiedziny, traktowały go jak inkasenta, który
przyszedł spisać licznik i trochę się zasiedział.
- Babciu, a łyżwy to męże czy żony? - doleciał Julię głos Stefki. Kiedy
Julia przez dłuższą chwilę nie odpowiadała, Stefka pociągnęła ją za
rękaw. - No, babciu, chłopcy czy dziewczynki? - zniecierpliwiła się.
- Nie wiem... chyba dziewczynki - zaryzykowała Julia.
- Obydwa? - zdziwiła się mała. - Żona i żona?
Stefka była właśnie na etapie przypisywania płci wszystkim przedmiotom
dookoła. Ze zrozumiałych względów każda rzecz płci żeńskiej była żoną, a męskiej - mężem.
- Ja jestem żona, Sabcia jest żona i choinka jest żona - wyliczała. - A bałwan jest mąż! - krzyknęła i śmiejąc się, pobiegła w stronę smętnych
resztek śnieżnej rzeźby z przekrzywionym wiadrem na głowie i marchewką
udającą nos.
- Bałwan jest mąż... - powtórzyła Julia pod nosem i znowu zrobiło jej się
smutno.
Paweł próbował się tłumaczyć, mówił, że już od dłuższego czasu starał
się ją przygotować na taką ewentualność, że szkoda marnować życia na
związek, który nie satysfakcjonuje żadnej ze stron. Wiedziała, że w taki
oględny sposób właśnie informuje, że jej nie kocha.
Ona sama czuła się usatysfakcjonowana w stopniu zadowalającym. Miała dla
kogo gotować, miała do kogo wieczorem się przytulić i nawet jeśli nie
było to płomienne uczucie, to przecież, do cholery, kochała go na swój
sposób. Może nie tak, jak potrafiła kochać, kiedy miała dwadzieścia lat,
ale przecież ta miłość była bardziej wartościowa, spokojna. Życie ją
nauczyło, że kluczem do szczęśliwego spokoju było wyeliminowanie
wszelkich głupich przejawów romantyzmu, które przynoszą jedynie
frustracje i rozczarowania. Nie była podlotkiem, żeby co pięć minut
zmieniać zdanie albo zalewać się łzami, bo ukochany zapomniał o rocznicy
pierwszej randki.
Paweł zazwyczaj pamiętał. Przynosił kwiaty, a w walentynki zabrał Julię
do najmodniejszego lokalu w mieście. Wieczorem się pokłócili, bo Julia
nie dość entuzjastycznie okazała radość, że przyszło jej spędzać wieczór
w zadymionej, hałaśliwej kawiarni pełnej podekscytowanych nastolatek. Na
każdym stoliku stały obowiązkowe kwiaty, a z sufitu zwisało czerwone
serce. Im większy był bukiet, tym bardziej dumna była jego posiadaczka.
Między Julią a Pawłem stała kompozycja z gatunku tych imponujących:
wysokie, czerwone róże otulone zieloną mgiełką i przewiązane ogromną
srebrną kokardą. W pierwszej chwili skojarzyły jej się z wiązanką
pogrzebową, ale zachowała tę uwagę dla siebie. Paweł promieniał; był z siebie tak dumny, że o mało nie pękł, i zupełnie mu nie przeszkadzało,
że zza wysokich kwiatów nie było widać Julii.
2.
Maurycy wreszcie zasnął. Najedzony i wykąpany przytulił policzek do
poduszki i odpłynął w senną krainę, litościwie oszczędzając rodzicielce
codziennej porcji płaczu. W mądrych książkach napisali, że kolki mijają,
kiedy dziecko skończy trzy miesiące, i Ewa nie mogła się już tego
doczekać. Stefka nigdy nie miała żadnych kolek i dopiero przy Maurycym
okazało się, że bycie matką może być czasami ponad jej siły. Córka
również zasnęła, zmęczona długim spacerem z babcią. Nawet kolacji nie
zdążyła zjeść, bo kiedy głowa niebezpiecznie zaczęła jej się kiwać nad
parówką, Ewa wzięła ją na ręce i rozgrzeszając się w duchu, że dziecko
idzie spać brudne - zaniosła na górę.
Michał znowu siedział w pracy do późna i nie mogła się go spodziewać
wcześniej niż przed północą. Za to Anka przypomniała sobie o siostrzenicy i wpadła wieczorem. Ewa na końcu języka miała uwagę, że
odwiedzanie czterolatki o dwudziestej drugiej jest pozbawione sensu, ale
się powstrzymała. Tym bardziej że Anka wyglądała na wzburzoną.
- Słyszałaś?! - krzyknęła od progu. - To się w głowie nie mieści.
- Co takiego? - spytała Ewa bez większego zainteresowania. Anka była
bardzo żywiołową osobą i kiedy wkraczała z takim komunikatem, mogło
chodzić o wszystko, nawet o to, że właśnie zaczął padać deszcz. Albo że
na skrzyżowaniu zepsuły się światła.
- Mama chce sprzedać kamienice po babci!
- Jak to? - Ewa aż przystanęła. - Wszystkie? Przecież...
- Właśnie! - oświadczyła z tryumfem Anka, zadowolona, że wiadomość
przyniosła efekt, jakiego oczekiwała. - Mieliśmy wspólnie podjąć
decyzję, przecież to nasze...
- No niezupełnie - zreflektowała się Ewa. - To ona dostała je w spadku i jest ich jedyną właścicielką.
- I co z tego? - wydęła wargi Anka. - To najgorszy z możliwych momentów.
Na rynku jest zastój, a ceny takie, że szkoda gadać. Trzeba poczekać
jeszcze kilka lat, chyba wiem, co mówię.
W istocie wiedziała. W rynku nieruchomości orientowała się jak nikt
inny, nawet w czasach posuchy jej firma deweloperska cieszyła się dużym
uznaniem wśród klientów. Anka oprócz wiedzy miała też nosa do interesów
i ogromną umiejętność zjednywania sobie ludzi. Często zdarzało się, że
jeśli ktoś raz skorzystał z usług jej firmy, wracał do niej jak po
sznurku.
- Teraz powinno się inwestować w nieruchomości za granicą, a nie tu. O,
na przykład taka Grecja; kryzys aż hula, podatki dowalili takie, że ceny
spadły na łeb na szyję. To najgłupszy z możliwych pomysłów - wróciła do
tematu. - Grosze dostaniemy. Trzeba koniecznie wybić jej to z głowy -
oświadczyła z całą mocą. - Przecież stracimy kupę pieniędzy. Ty wiesz,
ile mogą być warte trzy kamienice w najlepszym punkcie miasta?
Ewa zalała wrzątkiem herbatę w czajniczku i wyciągnęła z piekarnika
blachę z resztką ciasta.
- O! - zainteresowała się nagle Anka, porzucając temat kamienic i z lubością pociągając nosem. - Piekłaś?
- Mama piekła. Naprawdę myślisz, że przy dwójce dzieci mam czas i ochotę
na pieczenie? - zdziwiła się Ewa. - Nawet nie wiesz...
- Wiem, wiem - przerwała jej beztrosko siostra. - Wszyscy wiedzą, bo
wszystkim zdążyłaś już o tym powiedzieć. Jesteś zarobiona, zmęczona i masz muchy w nosie. - Wzniosła oczy do nieba, nie zwracając uwagi na
minę Ewy. - Sama chciałaś, więc przestań się nad sobą użalać. Nie ty
jedna masz ciężkie życie...
- A co? - odparowała Ewa. - Paznokieć ci się złamał?
- Nie bądź złośliwa. - Na Ance nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. -
Lepiej pomyślmy, jak odwieść mamę od tego niedorzecznego pomysłu.
Ewa westchnęła z rezygnacją. Chętnie zafundowałaby sobie małą sprzeczkę
z siostrą, bo to zawsze w jakiś sposób działało na nią oczyszczająco. Na
dzieci nie chciała się wydzierać, na Michała nie mogła, bo całymi dniami
go nie było, pies już od dawna na jej widok umykał pod schody, więc
perspektywa wylania wszystkich pretensji do świata na siostrę była
kusząca. Zrezygnowała z niej z żalem.
- Masz rację. Ja też tego nie rozumiem... Czemu tak nagle? Była u mnie
dzisiaj i nic nie mówiła.
- A coś w ogóle mówiła?
- Oj, nie wiem, miałam urwanie głowy z dziećmi - powiedziała Ewa z pretensją. - Chciała pogadać. Chyba nie może się otrząsnąć...
- No to trzeba było ją czymś zająć. Niech wnuki bawi, w końcu wszystkie
babcie to robią. Zobaczysz, od razu poczuje się lepiej.
- Nie sądzę. Stefka była u niej trzy tygodnie i jakoś nie pomogło. Mama
ciągle jest jakby trochę nieprzytomna...
- No to nie wiem - wzruszyła ramionami Anka. - Kobiety w jej wieku
powinny mieć jakieś zajęcia poza pracą zawodową. Może działkę jej
kupimy? - wpadła nagle na pomysł. - Pomyśl tylko, truskawki prosto z krzaka, świeży szczypiorek - rozmarzyła się. - Wiosną i latem miałaby
zajęcie w ogródku, a jesienią robiłaby przetwory. Wszystkie babcie tak
robią. Dżemy śliwkowe, soki malinowe... Tak, to rewelacyjny pomysł. -
Pokiwała głową sama do siebie.
Ewa była bardziej sceptyczna.
- Naprawdę widzisz naszą matkę, jak kisi ogórki? Przecież ona zna pięć
języków.
- A co to ma do rzeczy? - zdziwiła się Anka. - Ogórkom zaszkodzi? Może
sobie przy robocie czytać Szekspira w oryginale... Przecież wszystkie
babcie tak robią.
- Co ty z tymi babciami? - zdenerwowała się Ewa. - Czytają Szekspira
podczas kiszenia ogórków?
Anka się wykrzywiła.
- Nie, zajmują się wnukami i robią przetwory. Uważam, że to dobry
pomysł. Popracuje sobie na działce i zaraz przestanie być taka...
nadaktywna. Może wtedy głupoty przestaną przychodzić jej do głowy.
Zaczynam żałować, że ten jej Paweł zwinął manatki...
- Mówiła, dlaczego chce je sprzedać akurat teraz? - zainteresowała się
Ewa, wracając do tematu kamienic.
- Właśnie nie. W ogóle była jakaś tajemnicza. Zadzwoniła do mnie i poprosiła, żebym rozejrzała się za kupcem. Ja nie potrzebuję teraz
takich pieniędzy - oświadczyła Anka na pozór bez związku. - Myślałam, że
jak kiedyś je sprzedamy, to zafunduję sobie podróż dookoła świata, ale
akurat teraz nie mogę wyjechać. I co mam zrobić z tą kasą? Na procent
się nie opłaca przy tych złodziejskich bankach... W skarpetę włożę?
Nieruchomości to najlepsza inwestycja! No nic - westchnęła po namyśle. -
Trudno, jak się nie uda jej przekonać, to najwyżej zainwestuję w firmę.
Mogłabym kupić tę ziemię pod lasem... A ty co zamierzasz zrobić ze swoją
częścią?
- Nie mam pojęcia. Może kupimy dzieciakom jakieś mieszkania? Ani się
obejrzę, jak będą dorosłe.
- Mamuśka! - roześmiała się Anka. - Ale to niezły pomysł. Na wszelki
wypadek trochę się porozglądam. Daj mi znać, jaka lokalizacja
najbardziej was interesuje.
Obie siostry zatopiły się w rozważaniach na temat rynku nieruchomości.
Prawie nie usłyszały, kiedy zadzwonił telefon. Ewa poszła odebrać, a po
chwili wróciła z zaskoczoną miną.
- Mama - oświadczyła. - Powiedziała, że chciałaby się z nami spotkać
jutro po dwudziestej. Była jakaś taka... oficjalna.
3.
Julia sama przed sobą nie chciała przyznać, jak bardzo boi się spotkania
z córkami. Wczoraj rozmawiała przez chwilę z Anką i nie była specjalnie
zaskoczona jej reakcją. Sama nie czuła się jeszcze gotowa na rozmowę,
więc szybko się pożegnała, uprzedzając pytania, które niewątpliwie za
chwilę by padły. Dzisiaj miało być trudniej. Wczoraj nie powiedziała
wszystkiego.
Całą noc nie mogła zmrużyć oka. Rozważała wszystkie za i przeciw.
Przewracając się z boku na bok tysiąc razy, zastanawiała się, czy ma
prawo tak postąpić. To, co zamierzała zrobić, było trudne. Tak naprawdę
miała nastąpić rewolucja, ale Julia nie widziała innego wyjścia. Od
kilku tygodni świat pomału, ale nieuchronnie usuwał jej się spod nóg.
Czuła, że traci grunt, że jeśli czegoś nie wymyśli - utknie na zawsze w dziwnym stanie, zawieszona w próżni. Straciła napęd, jakąkolwiek
motywację do życia. Początkowo myślała, że zawdzięcza to Pawłowi, ale po
głębszym zastanowieniu doszła do wniosku, że to nie jego wina. Jego
odejście pozwoliło jej po prostu zobaczyć rzeczy takimi, jakimi były.
Julia miała pięćdziesiąt trzy lata i nie wiedziała, co ma ze sobą
zrobić. Siła napędowa jej życia, jaką była opieka nad dziećmi, a potem
zajmowanie się Pawłem, przestała istnieć. Czuła się teraz jak statek na
środku oceanu, który ma jeszcze do przepłynięcia kawał drogi, ale
wszyscy pasażerowie w jakiś niepojęty sposób nagle zniknęli z jego
pokładu.
Musiała coś przedsięwziąć. Jeśli nie spróbuje wreszcie pomyśleć o sobie,
to równie dobrze może już kupić sobie trumnę, a na to jeszcze chyba
trochę za wcześnie...
Spojrzała w lustro. Z drugiej strony patrzyły na nią niebieskie oczy w ciemnej oprawie rzęs. W kącikach rysowały się kurze łapki zmarszczek.
Owal twarzy zaczynał trochę szwankować, ale natura obdarzyła Julię
gęstymi, jasnymi włosami, które odpowiednio ostrzyżone skutecznie go
ukrywały. Kiedy sczesywała jasne pasma na twarz, prawie nie było widać
ciemnych bruzd biegnących od nosa w kierunku ust. Nawet nie wiedziała,
czy już jest posiadaczką siwych włosów, ponieważ od wielu lat regularnie
je farbowała, nie czekając na chwilę, gdy któregoś dnia z przerażeniem
odkryje pierwszą srebrną nitkę. Figurę, dzięki Bogu, też miała nie
najgorszą. Mogłoby oczywiście być w jednym miejscu nieco mniej, a w drugim trochę więcej, ale takimi drobiazgami już dawno przestała się
przejmować.
Uśmiechnęła się z sympatią do kobiety w lustrze i dostrzegła znajomy,
choć dawno zapomniany błysk w jej oku. Uznała, że to dobra wróżba i z determinacją sięgnęła do szuflady. Po chwili trzymała w ręku szminkę w ciepłym, czerwonym odcieniu, której od dawna nie ośmieliła się użyć.
Anka i Ewa siedziały przy stole. Michał krzątał się przy barku. Skoro
teściowa postanowiła zebrać całą rodzinę w jednym miejscu i zrobiła to w sposób dość kategoryczny, musiało wydarzyć się coś ważnego. Rano Ewa
powiedziała mu o zamiarze sprzedaży kamienic, ale Michał podświadomie
wyczuwał, że chodzi o coś więcej. Julia była nienaturalnie uroczysta,
choć miał wrażenie, że jest również nieco zdenerwowana. Siedziała
wyprostowana naprzeciwko córek i od kilku minut pastwiła się nad torebką
herbaty, wyciskając ją do ostatniego listka.
Wyglądała jakoś inaczej niż zwykle. Miała na sobie jasne, wąskie spodnie
z zaszewkami i miękki sweter w kolorze lazuru, odważnie wycięty na
plecach. Było jej w nim wyjątkowo do twarzy. Ze zdziwieniem dostrzegł,
że pomalowała usta. Patrząc na nią, pomyślał, że jego teściowa jest
wyjątkowo atrakcyjną kobietą i wcale nie wygląda na swoje lata. Drobna i szczupła, miała w sobie mnóstwo dziewczęcego uroku. Była jedną z tych
kobiet, które nawet parciany worek potrafią nosić z gracją godną
królowej. Szkoda, że żadna z córek nie odziedziczyła po niej urody ani
klasy...
Zaproponował im drinka. Ewa i Anka odmówiły, natomiast Julia z ulgą
odłożyła wymiętoszoną torebkę, odsunęła kubek i podniosła rękę.
- Poproszę whisky. Bez lodu i bez wody, jeśli można.
- Mamo! - zaprotestowała Ewa. - Twoje wrzody.
- Nic mi nie będzie - zbyła ją Julia. - I zapaliłabym...
- Jak to?! - Tym razem to Anka nie mogła się opanować. - Przecież
rzuciłaś.
- Nie rzuciłam, tylko przestałam palić. Najpierw ze względu na was,
potem na Pawła. Wy jesteście dorosłe, a Paweł... W każdym razie wszystko
się zmieniło.
Michał podał teściowej papierosa, udając, że nie widzi pełnego
potępienia wzroku żony. Julia przymknęła oczy i z lubością zaciągnęła
się aromatycznym dymem.
- Nie macie pojęcia, jak mi tego brakowało...
Anka znowu nie wytrzymała.
- Mamo, przerażasz mnie - wybąkała. - Papierosy to najczęstsza
przyczyna...
- Och, daj spokój! - zniecierpliwiła się Julia. - Nie zapominaj, że
rozmawiasz z lekarzem.
- Tym bardziej powinnaś być mądrzejsza. Poza tym nie masz już dwudziestu
lat...
- Stu też nie mam. I w związku z tym chciałam wam o czymś powiedzieć.
- Nareszcie - mruknęła Ewa z ulgą.
Julia zgasiła papierosa. Upiła łyk whisky i lekko się skrzywiła. Nabrała
powietrza i na chwilę przymknęła oczy. Kiedy je ponownie otworzyła,
malowała się w nich determinacja.
- Postanowiłam sprzedać kamienice po babci - zaczęła.
- To najgłupszy pomysł, jaki mógł ci przyjść do głowy - przerwała Anka,
jakby tylko na to czekała. Ewa się nie odezwała. Michał spojrzeniem
zgromił szwagierkę, ta jednak zupełnie się tym nie przejęła.
- Tak, głupi! - kontynuowała, coraz bardziej zła. - Wszyscy o tym wiemy.
Nie gniewaj się, ale kto ma ci to powiedzieć? Sprzedawać kamienice,
kiedy na rynku jest kicha, to szaleństwo! Jeśli w ogóle uda się znaleźć
kupca, to dostaniemy przynajmniej trzydzieści procent mniej, niż są
warte...
- Tyle mi wystarczy.
- To nie ma za grosz sensu, trzeba poczekać... Jak to: tyle ci wystarczy?
- Anka nagle zamilkła. Zmarszczyła brwi i w skupieniu wpatrywała się w matkę. Ewa nadal siedziała nieruchomo, z miną bez wyrazu, a w kącikach
ust Michała błąkał się uśmieszek, jakby mężczyzna przeczuwał, co za
chwilę się stanie.
- Zamierzam je sprzedać - powtórzyła Julia spokojnie - a pieniądze
wpłacę na swoje konto. Oczywiście - dodała szybko - jeśli tylko
będziecie w potrzebie, zawsze możecie się do mnie zwrócić. Ale nie
zamierzam, Aniu, finansować twojej podróży dookoła świata ani nie kupię
mieszkań waszym dzieciom - zwróciła się do drugiej córki. - Wczoraj
byłam u notariusza i przepisałam na Stefkę moje mieszkanie. Bardzo mi
przykro, jeśli was rozczarowałam, ale postanowiłam pomyśleć o sobie.
- Ale mamo... - zdołała wydusić z siebie Anka.
Julia uśmiechnęła się ciepło.
- Kochanie, nie wytrzeszczaj tak oczu, bo wyglądasz jak lemur. Te
pieniądze nie są wam niezbędne, macie dość swoich. Ty zarabiasz tyle, że
pewnie nawet sama nie wiesz, ile co miesiąc wydajesz. Obie macie piękne
domy, samochody, jeździcie na wakacje kilka razy w roku, ubieracie się w najlepszych sklepach za granicą...
- Mamo - odezwała się wreszcie Ewa z pretensją - jeśli brakowało ci
pieniędzy, to trzeba było powiedzieć...
Julia potrząsnęła głową.
- Nie o to chodzi. Chciałabym wreszcie zrealizować swoje marzenia...
- Jakie marzenia?!
- Mamo - zaczęła Ewa łagodnie, jakby miała przed sobą osobę niespełna
rozumu. - Wszyscy wiemy, że przechodzisz trudny okres. Nie powinnaś
teraz być sama, może przeniesiesz się na trochę do Anki. Albo do nas...
Zobaczysz, dobrze ci to zrobi. Pomożesz mi przy dzieciach i przestaniesz
wreszcie o nim myśleć. A o kamienicach porozmawiamy, jak będziesz w lepszej formie. Co ty na to? - Sięgnęła przez stół i wzięła matkę za
rękę, udając, że nie widzi sygnałów, które posyłała Anka. Julia również
je dostrzegła. Delikatnie wyswobodziła dłoń i uśmiechnęła się
przepraszająco.
- Przykro mi, już postanowiłam.
Wszyscy milczeli. Powietrze zrobiło się tak gęste, że można by w nim
było zawiesić siekierę.
- Ale co to za marzenia, na realizację których potrzeba tyle forsy?! -
Ewa zaczęła tracić cierpliwość. - Nie uważasz, że my też mamy coś do
powiedzenia? Tak po prostu postanowiłaś pozbawić nas majątku po babci i nawet nie chcesz wyjaśnić dlaczego? To nie fair! Myślałam, że to bez
znaczenia, że nie ma o nas mowy w testamencie, bo... bo...
- Przecież dostawałyście pieniądze z wynajmu - zauważyła Julia
spokojnie.
- No tak, ale... - Ewie nagle zabrakło argumentów. Rzuciła proszące
spojrzenie w kierunku męża. Ten jednak z nieodgadnioną miną wpatrywał
się w sufit.
Od zawsze było wiadomo, że po sprzedaży kamienic pieniądze zostaną
podzielone między córki. Przez kilka ostatnich lat na specjalnie w tym
celu założone konta ich obydwu co miesiąc wpływały pokaźne kwoty z czynszów płaconych przez lokatorów. Ewa uświadomiła sobie raptem, że ani
ona, ani tym bardziej Anka nigdy nie widziały na oczy żadnego
mieszkańca. To mama wszystkim się zajmowała, dbając tylko o to, żeby
regularnie dostawały pieniądze. Ewa nawet dokładnie nie wiedziała, gdzie
znajdują się owe mityczne kamienice, poza tym, że stoją w Łodzi. Babci
nie zdążyła poznać, umarła, kiedy żadnej z nich nie było jeszcze na
świecie. Dziadek po jej śmierci sprzedał mieszkanie i przeniósł się do
Poznania, a po kilku latach do niej dołączył. W Łodzi nie została już
żadna rodzina, a tym samym nie było powodu, żeby tam jeździć. Dojeżdżała
więc tylko mama, załatwiając tysiące spraw związanych najpierw z odzyskaniem majątku po babci, a potem jego zarządzaniem.
- Jestem już zmęczona tym wszystkim - powiedziała Julia, jakby posiadła
umiejętność czytania w myślach starszej córki. - Chcę wyjechać...
- Dokąd?!
- Jeszcze nie wiem... Może do Afryki...
Atmosfera stawała się coraz gęstsza. Wyglądało na to, że żaden z uczestników rozmowy nie wie, jak się zachować ani co powiedzieć. Na
dłuższą chwilę zapadła nieprzyjemna cisza przerywana jedynie
pochrapywaniem Saby, która zasnęła pod schodami. Pies szybko zorientował
się, że mimo napływu gości nie ma dziś szans na zabawę i pomrukując z niezadowolenia, opuścił towarzystwo.
Anka również milczała. Nagle poczuła, że musi przerwać tę farsę.
- Mamo, nie gniewaj się - zaczęła cicho, tonem, który nie wróżył nic
dobrego - ale czyś ty kompletnie oszalała?! Naczytałaś się durnych
książek dla bab? Precz stare życie, oto nowa ja? Chcesz powiedzieć, że
sprzedajesz kamienice, zabierasz pieniądze i tak po prostu wyjeżdżasz,
chociaż nawet nie wiesz dokąd? Do Afryki! - parsknęła po chwili. - A może na Księżyc?! Nie rozśmieszaj mnie!
- Anka!
Michał stanął za teściową, położył jej dłoń na ramieniu i posłał
szwagierce wymowne spojrzenie. Od początku postanowił nie wtrącać się do
rozmowy. To była sprawa rodzinna, a choć i on był jej częścią, nie
zamierzał zabierać głosu w kwestii pieniędzy, których, w przeciwieństwie
do swojej żony i szwagierki, nie uważał za własne.
- Obydwie jesteście skończonymi egoistkami - wycedził. - I to by było na
tyle. Mamo, jeśli będziesz chciała, żebym cię odwiózł, daj znać. Idę na
górę. Maurycy się obudził.
Rozdział II
1.
Czwarta, ostatnia transza za sprzedane kamienice wpłynęła na konto Julii
w połowie lipca. I tak miała niebywałe szczęście, że znalazł się kupiec,
który nabył wszystkie trzy od razu. Anka z krzywą miną stwierdziła, że
to raczej pewna niedogodność, gdyż przez to cena była skandalicznie
niska, ale Julia się tym nie przejęła. Była wdzięczna, że pozbyła się
kłopotu za jednym zamachem i ku wielkiemu niezadowoleniu młodszej córki
prawie w ogóle się nie targowała. I tak z dnia na dzień stała się
posiadaczką pokaźnej sumy. Tylu pieniędzy nie tylko nigdy nie miała, ale
nawet nie widziała.
Napięta sytuacja pomiędzy nią a córkami po jakimś czasie poprawiła się,
choć Julia zdawała sobie sprawę, że obie mają do niej żal. W pewnym
sensie nawet je rozumiała. Z ich punktu widzenia jej zachowanie było co
najmniej zaskakujące. Nie były przyzwyczajone, że matka ma jakieś
potrzeby, które, co gorsza, są ważniejsze niż one.
Julia rozstała się z ich ojcem, kiedy obie były jeszcze małe, i od
tamtej chwili ze wszystkich sił starała się zrekompensować im jego brak.
Pracowała na dwa etaty, a pieniędzy i tak zwykle brakowało. Sama nie
wiedziała, co ją podkusiło, żeby wybrać tak mało dochodową
specjalizację. Anestezjolog był niewątpliwie niezbędny podczas operacji,
jednak jego możliwości zarobkowe zaczynały i kończyły się na szpitalu.
Kiedy zmienił się ustrój, większość kolegów pootwierała własne gabinety,
a anestezjolodzy zostali tam, gdzie byli, albo wyjechali pracować za
granicę. Julia nie wyjechała i po tylu latach pracy nie miała nawet
szans na godziwą emeryturę. Właściwie powinna pracować dalej, ale miała
już dość. Dwadzieścia lat pod ogromnym naciskiem i w olbrzymim napięciu,
szybkie decyzje, od których zależało życie chorego, zbyt częste
oglądanie ludzkiej śmierci... Wszystko to wymusiło na niej umiejętność
radzenia sobie ze stresem i niepowodzeniami, ale nie uchroniło od
goryczy i wypalenia. Coraz mniejszą miała satysfakcję z wykonywanego
zawodu, natomiast każdy dzień w szpitalu kosztował ją coraz więcej
wysiłku i pochłaniał zbyt dużo emocji. Zdarzały się dni, że czuła się
jak początkujący lekarz, który stracił pierwszego pacjenta. Każdą śmierć
przeżywała jak osobistą porażkę i pomimo upływu lat nie potrafiła się
dystansować.
Nie miała czasu, by ułożyć sobie życie, nie miała kiedy czytać książek,
nie podróżowała, nie spełniała marzeń. Ba, nawet ich nie nazywała.
Każdego ranka myślała jedynie o tym, żeby nikt nie umarł na jej dyżurze.
I jeszcze żeby dziewczynki były szczęśliwe, żeby skończyły dobre studia
i życie im się poukładało. Na szczęście wszystkie pragnienia dotyczące
córek się spełniły. Nie brakowało im niczego i Julia z dumą myślała, że
dobrze się spisała, nawet jeśli gdzieś po drodze zgubiła siebie.
Może Paweł miał rację, kiedy powiedział, że jest nastawiona zadaniowo do
życia i dlatego nie mogło im się udać. Miłości nie wystarczy oswoić,
zamknąć w klatce i odhaczyć w notesie jak kolejne zadanie do wykonania.
Zarzucał jej nieustannie, że jest za mało spontaniczna, że nie miewa
zwariowanych pomysłów i jest przewidywalna do bólu. Zrobił zarzuty ze
wszystkiego, co Julia latami w sobie wypracowywała, w przekonaniu, że są
to cechy odpowiedzialnej kobiety i matki.
Miała dwa wyjścia: albo popatrzeć na swoje życie jak na porażkę, albo
spróbować odnaleźć w sobie tamtą dziewczynę, którą wypędziła, kiedy
została sama z dwójką małych dzieci i długami do spłacenia.
Wielki podróżniczy atlas świata ważył dobre sześć kilogramów.
Właściwie wystarczyłby sam internet, ale komputer nie nadawał się do
takiej celebracji, jaką zaplanowała sobie na dzisiejszy wieczór. Chciała
zakończyć ten dzień inaczej. Zupełnie wyjątkowo. Z pracy w szpitalu
zrezygnowała właściwie już pół roku temu, jeśli nie liczyć sporadycznych
dyżurów, które jeszcze czasem zdarzało jej się brać. Jednak dopiero od
dzisiaj formalnie była bez pracy.
Uśmiechnęła się na wspomnienie min swoich niedawnych współpracowników,
kiedy usłyszeli, że odchodzi na dobre i nie zamierza szukać zatrudnienia
gdzie indziej. Nikt nie powiedział tego głośno, ale dobrze wiedziała, co
myślą. Jeszcze rok wcześniej też pukałaby się w głowę, gdyby usłyszała,
że ktoś rezygnuje z etatu na chwilę przed emeryturą. Nie zamierzała się
tłumaczyć, więc tylko uścisnęła wszystkim ręce, udała, że nie widzi
zatroskanych spojrzeń i pożegnawszy się, wyszła na skąpaną w słońcu
ulicę. Była wolna.
Kiedy weszła do księgarni, od razu jej uwagę przykuł stojący prawie przy
samych drzwiach atlas. Nie mogła oderwać od niego wzroku. Połyskliwa
okładka aż biła po oczach głębokim lazurem, jakiego nigdy nie miewa
niebo nad Poznaniem. Julia sięgnęła po książkę i natychmiast z jękiem
ugięła się pod jej ciężarem. Otworzyła na chybił trafił i znalazła się
na Borneo. Barwny dzioborożec sięgał po niewielki czerwony owoc wiszący
na gałęzi, a na drzewie obok orangutania matka ze znudzoną miną kołysała
w ramionach swoje niemowlę. Julia przewróciła kartkę. Przed okazałym
Wielkim Meczetem w Toubie zbierali się Muridowie. Ubrani w barwne szaty
spokojnie oczekiwali na nabożeństwo.
Od różnokolorowych krajobrazów aż zakręciło jej się w głowie. Czy świat
tylko na fotografiach jest zawsze tak nienaturalnie nasycony barwami,
czy to ona nigdy nie potrafiła patrzeć? Kolorem, który dominował w jej
życiu, była biel. Nie znosiła jej z całego serca. Biała sceneria
szpitala, białe fartuchy lekarzy i pielęgniarek, biała pościel, białe
pieluchy, wiecznie brudne białe skarpety dzieci, białe kaszki gotowane
po nocy i białe kartki, które musiała zapełnić literkami, kiedy
dorabiała, pisując artykuły do fachowych czasopism. Nudna, ponura,
przytłaczająca biel... Smutny kolor obowiązków. Uśmiechnęła się z goryczą
na wspomnienie białych róż, które Paweł przyniósł na pierwszą randkę.
Zamknęła atlas i podeszła do kasy. W drodze do domu wstąpiła do sklepu i kupiła najdroższe wino, jakie mieli. Czerwone.
2.
Nie pamiętała, kiedy ostatni raz miała kaca. Gdy obudziła się rano z potwornym bólem głowy, była przekonana, że złapała grypę. Dopiero rzut
oka na pustą butelkę stojącą na kuchennym stole uświadomił jej, że to
nie potworna choroba, tylko potworny kac. Uśmiechnęła się i momentalnie
chwyciła za skronie. Każdy, nawet najmniejszy grymas twarzy powodował,
że wielki młot pneumatyczny, który pojawił się w jej głowie, rozpoczynał
pracę. Starając się prawie nie oddychać, sięgnęła do apteczki po
aspirynę. Wypiła duszkiem szklankę wody i właśnie zamierzała wrócić do
łóżka, kiedy zadzwonił telefon.
- Przepraszam, kochana, że się nie odzywałam, ale dopiero teraz
wróciliśmy. Mówię ci, cudnie było! Pół roku w raju! Oczywiście
wolałabym, żeby ten raj był nieco bardziej zaludniony, ale wiesz, jaki
jest Stefan. Odludzie i odludzie. No, ale znasz mnie, nawet na odludziu
znajdę sobie coś do roboty. Tym bardziej że sklepy mają wszędzie. I pomyśleć, że mój małżonek wyobrażał sobie naiwnie, że nie będę miała
gdzie wydawać pieniędzy!
Słowa wylatywały ze słuchawki z prędkością karabinu maszynowego i Julia
poczuła, że jej głowa za chwilę eksploduje. Tłumiąc poczucie winy, bez
słowa się rozłączyła. Wyłączyła telefon i obiecując sobie w duchu, że
zadzwoni do przyjaciółki, jak tylko pozbędzie się młota - naciągnęła
kołdrę na głowę. W ostatnim przebłysku świadomości pomyślała, że nie ma
co, ładnie zaczyna się to jej nowe życie.
Z głębokiego snu wyrwał ją dzwonek do drzwi, a następnie potworne
łomotanie, które roznosiło się głośnym echem po całej klatce schodowej.
Jeszcze nie całkiem obudzona zwlekła się z łóżka i poszła otworzyć. Za
drzwiami stała Lidka.
- Chryste Panie! Co ci jest?! - Bez ceregieli rzuciła się na
półprzytomną Julię. - Co wzięłaś?!
- Aspirynę...
Julia próbowała się opierać, kiedy energiczna przyjaciółka ciągnęła ją w kierunku fotela. Przy okazji z zadowoleniem zauważyła, że młot zniknął.
- Ile?! - W oczach Lidki odmalowało się zdumienie.
- Jedną, a ile miałam wziąć?
- O Boże - Lidka przestała się pastwić nad Julią i sama klapnęła na
fotel. - Myślałam, że... no, że chciałaś się otruć.
- Oszalałaś?!
- Byłam w szpitalu i powiedzieli, że zrezygnowałaś z pracy. Dzwoniłam,
ale się nie odezwałaś, a słyszałam, jak dyszysz... No to zadzwoniłam do
Anki... Podobno rozum straciłaś, bo facet cię rzucił.
- I pomyśleć, że jeszcze niedawno wydawało mi się, że przynajmniej
dzieci mi się w życiu udały - mruknęła Julia z goryczą, ciaśniej
otulając się szlafrokiem.
- Wygłupiłam się - przyznała Lidka ze skruchą po dłuższej chwili. -
Paweł naprawdę odszedł - dodała, rozglądając się po pokoju.
Julia również się rozejrzała. Na dużej sofie zawalonej stertą gazet
leżał skłębiony koc, którego zwisający koniec tonął w misce z brzoskwiniami. Pestki owoców malowniczo rozłożyły się na ławie pomiędzy
kieliszkiem do wina a wielkim atlasem zajmującym połowę powierzchni. Na
skrawku wolnego blatu stała popielniczka, w której nie mieściły się już
niedopałki. Kilka walało się luzem...
W pokoju panował półmrok. Żaluzje w oknach nadal były opuszczone, choć
dawno minęło południe. Nad wszystkim unosiły się ledwie widzialne, jasne
smugi tytoniowego dymu. W pasmach światła sączącego się spomiędzy
drewnianych listewek tańczyły drobinki kurzu.
Paweł prędzej by umarł, niż dopuścił do takiego stanu. Nawet jeśli
kiedyś wydawało się Julii, że jest Panią Porządnicką, to przy
pedantycznym do granic absurdu Pawle była zwykłą fleją.
- Tak, Paweł odszedł - przytaknęła. Ze zdumieniem usłyszała ulgę w swoim
własnym głosie.
- Przepraszam, że mnie nie było - zaczęła Lidka, natychmiast wchodząc w rolę pocieszycielki. - Mieliśmy wrócić w marcu, ale jakoś tak wyszło.
Lidka z mężem coraz więcej czasu spędzali u córki na Hawajach i coraz
mniej mieli powodów i chęci, by wracać do Polski.
- I tak nic byś nie pomogła. - Julia wzruszyła ramionami. - Widocznie
tak miało być. Poza tym okazało się, że niedługo zostanie ojcem...
- W tym wieku?!
- Przecież był młodszy ode mnie o trzy lata. Co to za wiek dla faceta?
Kobieta to co innego, niestety.
Lidka spojrzała na przyjaciółkę z urazą.
- Już ty najmniej powinnaś narzekać - stwierdziła z niesmakiem. - Kudły
masz jak gwiazda filmowa, a figurę jak nastolatka.
- Lat mi od tego nie ubywa. Poza tym przesadzasz.
- Nie przesadzam, myślisz, że nie wiem, że ten mój beznadziejny mąż
podkochuje się w tobie od niepamiętnych czasów?
- Przestań wygadywać głupoty, lepiej mów, co u ciebie.
Lidce nie trzeba było dwa razy powtarzać. O córce i jej rajskim życiu na
Hawajach mogła rozprawiać godzinami. Bardzo możliwe, że głównie w tym
celu odwiedziła dawno niewidzianą przyjaciółkę. W czasie, kiedy
opowiadała, Julia kilkoma sprawnymi ruchami ogarnęła nieco bałagan,
odsłoniła żaluzje i na oścież otworzyła okna. Rześkie, wilgotne
powietrze, jeszcze pachnące deszczem wypełniło pokój. Zaparzyła kawę i przyniosła do stolika. Lidka, nie przestając mówić, przeglądała Wielki
podróżniczy atlas świata.
- Wybierasz się w podróż dookoła świata? - zażartowała, porzucając na
moment fascynujący temat koloru nowego, zabójczo drogiego auta, które
amerykański zięć kupił jej córce z okazji drugiej rocznicy ślubu.
- Sprzedałam kamienice po babci i... tak, chyba zamierzam wyjechać -
oświadczyła Julia osłupiałej przyjaciółce. - Nigdy nie miałam ani
pieniędzy, ani czasu, żeby zobaczyć kawałek świata - powiedziała
zamyślona. - A może odwagi nie miałam... Znam hiszpański, a nigdy nawet
nie byłam w Hiszpanii. Nauczyłam się angielskiego, bo był mi potrzebny,
żeby czytać fachowe opracowania, ale dopiero niedawno wpadłam na to, że
w angielskim istnieją jeszcze inne słowa oprócz narkozy, znieczulenia
czy medycyny okołoporodowej. Poza tym zawsze interesowała mnie historia
starożytna i marzyłam, żeby zobaczyć Knossos, Gortynę...
- Coś się stało? - przestraszyła się Lidka, ponieważ Julia nagle
zamilkła. Wbiła w Lidkę niewidzące spojrzenie, zmrużyła oczy i wyglądała, jakby intensywnie nad czymś rozmyślała. Nagle zerwała się z sofy, wychlapując resztki kawy i podbiegła do komputera, mamrocząc coś
pod nosem.
- Gdzieś tu musi być... Zaraz... Mam! - krzyknęła, uderzając w klawisze. -
Chodź, zobacz!
Lidka zajrzała jej przez ramię i zaczęła czytać:
- "Kreta, wyspa śród morskiej rzucona otchłani, / Żyzna, pełna uroków -
a siedzą tam na niej / Roje luda, a liczy dziewięćdziesiąt grodów. / Moc
tam różnego szczepu i mowy narodów (...). / Na wyspie jest gród Knossos,
wielki i stołeczny / Gdzie lat dziewiątek włada Minos, druh serdeczny /
Zeusowy"1 - przeczytała. - I co z tego? - dodała po chwili.
- Zobacz to! - Julia stuknęła palcem w ekran. - "Praktyczny przewodnik
po Krecie, czyli wszystko, co chciałbyś wiedzieć, ale nie wiesz, gdzie
szukać". Spędziłam wczoraj pół nocy, jeżdżąc palcem po mapie, a zupełnie
zapomniałam, że pod nosem mam Grecję! Jeszcze trochę, a poleciałabym
kupować bilet na Borneo... Nie rozumiesz? Zawsze chciałam tam pojechać! A teraz mogę sobie nawet kupić tam dom - powiedziała Julia z rozpędu.
- Na Krecie czy na Borneo, bo już nie nadążam? - Lidka złapała się za
głowę.
- Mały domek z naturalnego kamienia z płaskim dachem, dużymi oknami i ogromnym, słonecznym tarasem. Nawet oleandrów nie musiałabym chować na
zimę do piwnicy! - ciągnęła Julia niezrażona. - Chodziłabym sobie boso
po tym kamiennym tarasie i wąchałabym rozmaryny... Lidka, strasznie ci
dziękuję! - krzyknęła podekscytowana.
- Ale co ja zrobiłam? - Przyjaciółka osłupiała.
- Zostałaś moim natchnieniem - roześmiała się Julia. - Zaczynam nowe
życie, a ty będziesz jego matką chrzestną.
Lidka popukała się w głowę.
- Wiesz, może ta Anka to... tego. Znaczy się, odbiło ci... - westchnęła z udawanym żalem. - Myślałam, że będę cię pocieszać po stracie faceta, a ty co? Nie ma sprawiedliwości na tym świecie...
3.
- Nie wiem, czy będę umiała pani pomóc. - Miły głos po drugiej stronie
telefonu był wyraźnie zmartwiony. - Zajmujemy się wynajmem wakacyjnych
domów albo apartamentów... Jeśli pani chce, to znajdziemy coś
atrakcyjnego, podstawimy samochód... Może być nawet z kierowcą. Ale
pośrednictwo w kupnie domu? Jeszcze nie mieliśmy takiego przypadku.
Zazwyczaj nasi klienci chcą tu tylko miło spędzić wakacje...
- Zawsze musi być ten pierwszy raz. - Julia się uśmiechnęła, choć jej
rozmówczyni nie mogła tego widzieć. - Przeczytałam na waszej stronie
internetowej, że mieszkacie na Krecie już dziesięć lat. To kawał czasu!
Z pewnością słyszała pani o jakimś niedużym domu, położonym gdzieś wśród
zieleni...
- Proszę mi mówić po imieniu - przerwała kobieta. - Anita - przedstawiła
się.
- Miło mi, Julia. W każdym razie byłabym ci bardzo wdzięczna, Anito.
Oczywiście w grę wchodzi prowizja...
- Mam pomysł! - przerwała znowu Anita. - Za chwilę kończy się sezon, na
wyspie będzie trochę spokojniej i dlatego najlepiej będzie, jak sama tu
przyjedziesz. Rozejrzysz się trochę, poznasz okolicę. Mówiłaś, że nigdy
nie byłaś w Grecji...
Julia poczuła się raptem jak idiotka. Rzeczywiście, nigdy nie była nie
tylko na Krecie, ale nawet w Grecji; nie zna okolicy, nawet nie wie,
gdzie miałby się znajdować jej nowy, wymarzony dom, nie mówiąc już o tym, że nie ma zielonego pojęcia o cenach. Grecja, o jakiej zwykle
marzyła, była starożytną krainą zaludnioną przez bóstwa zstępujące z Olimpu i dzielnych herosów uganiających się po pastwiskach za nimfami o sarnich oczach. Sama Kreta była ojczyzną Minosa i jego nieszczęsnego
syna Minotaura. Obraz raczej mało współczesny.
Nagle dotarło do niej, że kupno domu w obcym kraju to jednak zupełnie
coś innego niż zamiana kawalerki na dwupokojowe mieszkanie w tym samym
mieście. A już na pewno nie załatwia się takich rzeczy przez telefon.
Widocznie nadmiar pieniędzy, którego doświadczała pierwszy raz w życiu,
zupełnie poprzestawiał jej klepki.
Przez przypadek wpadł jej kiedyś w ręce artykuł o polskim małżeństwie,
które zachwycone urokami Krety osiadło na wyspie na stałe i zawodowo
zajęło się przybliżaniem tego wakacyjnego zakątka rodakom. Znalazła w internecie ich stronę. Okazało się, że informacje, którymi służą swoim
klientom, są bezcenne. Po latach życia na wyspie doskonale znali miejsca
warte polecenia oraz takie, których należy unikać. Wiedzieli, gdzie
dobrze zjeść, gdzie należy szukać ciszy i spokoju i gdzie się udać,
jeśli przyjdzie ochota na zabawę. Jako doradcy i przewodnicy po wyspie
wydali się Julii idealni. Nabrała irracjonalnego przekonania, że jedynie
oni mogą jej pomóc kupić dom.
Niewiele myśląc, podekscytowana, zadzwoniła pod podany numer i w ciągu
dziesięciu minut została brutalnie sprowadzona na ziemię.
- Myślę, Julio, że to najrozsądniejsze rozwiązanie - kontynuowała Anita
spokojnie. - Żeby przenieść tu całe swoje życie, trzeba przynajmniej
zobaczyć, na co się człowiek decyduje... Może okolica ci się nie spodoba
albo uznasz, że za mało tu drzew. Kreta nie należy do najbardziej
zielonych miejsc na świecie. Lasów tu niewiele... Poza tym to poważne
przedsięwzięcie. Inni ludzie, inna kultura...
- Tak, masz rację - weszła jej Julia w słowo. Wyczuła w tonie kobiety
nieco protekcjonalny ton. - Trochę za bardzo się rozpędziłam.
Po krótkiej rozmowie ustaliły szczegóły: Anita miała wynająć na kilka
tygodni nieduży domek, w którym Julia mogłaby zamieszkać i w tym czasie
rozejrzeć się za jakimś docelowym miejscem.
W takim razie najpierw wakacje - ucieszyła się Julia, odkładając
słuchawkę. To miały być pierwsze prawdziwe wakacje od wielu lat. Kiedy
dziewczynki były małe, najczęściej wyjeżdżała z nimi Lidka, mająca córkę
w podobnym wieku i, co ważniejsze, rodziców, którzy mieszkali w leśniczówce na Mazurach nad małym, leśnym jeziorem ukrytym wśród
wysokich sosen. Zarówno Anka, jak i Ewa uwielbiały ojca Lidki - nazywały
go dziadkiem i długo nie wyobrażały sobie wakacji bez Mazur. Lidka była
malarką i mogła pozwolić sobie na dwa miesiące luzu; poza tym
twierdziła, że właśnie tam, w małej osadzie, spływa na nią największe
natchnienie.
Leśniczy z żoną, ciepłą panią w średnim wieku o wiecznie rumianych
policzkach, chętnie gościli u siebie zaprzyjaźnioną rodzinę, a dziewczynki traktowali jak własne wnuczki. Julia przynajmniej raz na dwa
tygodnie starała się odwiedzać dzieci. Jej wyrzuty sumienia, że zostawia
je same, za każdym razem nieco blakły, kiedy widziała, jak córki
wspaniale się tam czują i nie rozpaczają wcale z tego powodu, że mama
przyjeżdża do nich tylko na weekendy.
Już same dojazdy były piekłem. W środku sezonu turystycznego znalezienie
wolnego miejsca w pociągu jadącym na Mazury graniczyło z cudem.
Najczęściej spędzała kilka godzin podróży, stojąc w ścisku na korytarzu
i starając się za bardzo nie oddychać, żeby nie zwymiotować od nadmiaru
nieprzyjemnych woni. Kwaśny odór przepoconych ubrań mieszał się z fetorem wydobywającym się z brudnej toalety. Z niezbadanych powodów
większość pasażerów woziła ze sobą jajka na twardo i ich mdlący zapach
stawał się dla Julii przysłowiowym gwoździem do trumny. Kiedy miała
szczęście, udawało jej się znaleźć miejsce przy uchylonym oknie. W Olsztynie przesiadała się do autobusu, a ostatnie trzy kilometry
pokonywała na piechotę i był to najbardziej przyjemny fragment podróży.
Piaszczysta droga wiodła przez rozgrzany, pachnący sosnowy las, co już
samo w sobie było miłą odmianą po zasmrodzonym Poznaniu. Julia
najczęściej szła boso po ciepłym piachu, uważając, żeby nie nastąpić na
szyszki ani nie wejść w placki, które zostawiały krowy w drodze na
pobliskie pastwiska.
Marzyła wtedy, żeby osiąść w takim miejscu na zawsze. Rzucić w diabły
szpital, doktorat, Poznań, zabrać dziewczynki i przenieść się na wieś.
Hodować kury, zbierać truskawki w ogrodzie, chodzić boso i mieć na
wszystko czas. Wieczorami liczyć bąble po komarach, czytać książki i grać z dziewczynami w Monopol. Wariant minimalistyczny nie przerażał jej
wcale. Zaraz jednak przychodziło otrzeźwienie, że nie może myśleć tylko
o sobie. Poznań to lepsze perspektywy dla dzieci, zajęcia pozalekcyjne,
basen, dobre studia. Teatry, kina i możliwość rozwoju.
Dziś już wiedziała, że to nie miejsce się liczy, tylko jakość życia, ale
wtedy, zaślepiona przerażeniem, że nie uniesie samotnego rodzicielstwa,
miotała się jak ptak w klatce. Chciała, żeby dziewczynki miały wszystko,
co najlepsze, a życie na wsi w jej ówczesnym pojęciu nie mieściło się w tych kategoriach. Było jej osobistą fanaberią, luksusem, na który nie
mogła sobie pozwolić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki