Rozdział 4
Przed gośćmi siedzącymi na plastikowych krzesłach w ogródku restauracji Laxhallen rozpościerał się widok na port i ogromny, cholernie szpetny cementowy silos. Na pewno to z jego powodu w Ronehamnie wciąż można było kupić dom położony dwieście metrów od morza za mniej niż pół miliona.
Gdyby pominąć cementowy silos, co nie było łatwe, port składał się z kilku niskich magazynów w kolorze czerwieni faluńskiej i falochronu osłaniającego keję z pięcioma, sześcioma łódkami. Fredrik określiłby je jako średniej wielkości, ale byłby to ślepy strzał laika. Wyciągnięty z wody kuter obnażał swój okrągły brzuch na zardzewiałym wózku kołowym. Brązowe rdzawe plamy na spodzie wydawały się rozprzestrzeniać ku górnej części jak uporczywa wysypka. Łódź zalegała leniwie po jednej stronie kłonic, jakby w geście poddania.
Fredrik marzł, chociaż było ciepło, i pomyślał, że zamiast lodów lepsza byłaby filiżanka kawy. Nagle na moment ogarnął go strach; uczucie to szybko minęło, ale gdzieś w głębi pozostawiło po sobie ślad.
- Co to wszystko może oznaczać? Czy to jakiś rytuał satanistyczny, czy też jakiś żart? - odezwał się Gustav i skosztował porcji lodów.
Zamówił trzy gałki pistacjowych. Nigdy nie miał ich dość.
- Jeśli żart, to cholernie dziwny - stwierdził Fredrik, dobierając się do swoich lodów. Zamyślony, bez szczególnego entuzjazmu zamówił truskawkowe, waniliowe i czekoladowe.
- To mi nie wygląda na próbę zastraszenia - stwierdził Gustav. - Oczywiście nie wiemy tego na pewno, ale nie wydaje mi się, by sprawca miał jakiś powód.
- Zastanawiam się, czy rzeź jest nielegalna, jeśli dokonuje jej się w innym celu - powiedział Fredrik.
Grupka nastolatków beztrosko porzuciła rowery przy wejściu do lokalu. Wyglądali na jakieś dwanaście lat i prawdopodobnie przybyli tu, aby kupić lody. Paplali jeden przez drugiego i po sposobie wypowiadania się można było poznać, że są wśród nich zarówno letnicy, jak i miejscowi.
Gustav ugryzł wafelek.
- Można by się zastanowić, czy to sprawa dla policji, Urzędu Kontroli Żywności czy Organizacji do spraw Zwierząt.
- Na pewno mamy do czynienia z włamaniem i uszkodzeniem mienia w niewielkim stopniu, lecz najwyraźniej nie z kradzieżą.
- Prawdopodobnie jest to sprawka kilku pijanych nastolatków i w związku z tym konsekwencje ograniczą się zapewne do poważnej rozmowy w Urzędzie Opieki Społecznej w Visby - zauważył Gustav.
- Pijane nastolatki? Czy ja wiem... Mimo wszystko zaszlachtowana w ten sposób owca to dość poważna sprawa. Chyba trzeba być dość specyficznym człowiekiem, żeby zrobić coś takiego.
- Nie, jeśli obcowało się z ubojem od małego.
Fredrik wziął do ust pokaźną porcję lodów, licząc na to, że zimno powstrzyma rumieniec. Weź się w garść, przywołał się w duchu do porządku.
- W takim razie co robimy? - zapytał.
- Hmmm, a co możemy? Pukać od domu do domu i pytać o martwą owcę? - Gustav się uśmiechnął.
- Szkoda, że zdjęto jej obrączkę - zauważył Fredrik.
- Tak. Może to wskazywać na związek między właścicielem owcy a tym, kto to zrobił.
- Syn rolnika.
- Coś w tym rodzaju.
Fredrik zerknął przez ramię do tyłu, w kierunku Husvägen.
- Może jednak się ruszmy. Jeśli Bengt Gustavsson wparuje tu i zobaczy, jak siedzimy i prażymy się w słońcu, to wkrótce któryś z nas znajdzie w swojej sypialni rozprutego łosia.
- Na Gotlandii nie ma łosi - stwierdził Gustav i podniósł się z krzesła.
- Hmm, słyszałem coś innego.
- A, tak. Było coś takiego. Podobno zdechł z wycieńczenia, kiedy wyszedł na ląd. O ile to w ogóle prawda.
Znad morza dotarł do nich smród zgniłych wodorostów i sprawił, że Fredrik stracił apetyt. Na moment w wyobraźni przeniósł się do domku przy plaży. Wstał i wyrzucił na wpół zjedzone lody do kosza.
- Te gówniane wodorosty... - orzekł Gustav.
- Tak. Cholera, nieźle wali.
- Co będzie do jedzenia? - spytał Joakim, który z impetem wpadł do kuchni. Towarzyszył mu Fredrik.
- Zobaczysz - odparła Ninni.
- Ale co będzie?
Nie odpowiedziała. Popatrzyła na męża.
- Jakie to uczucie wracać do domu i widzieć stół zastawiony do lunchu przez żonę?
Fredrik się zaśmiał. Nie sprawdziły się ani obawy, jakie żywił przed przeprowadzką na Gotlandię, ani związane z nią oczekiwania. Objął wzrokiem talerze na matowym drewnianym blacie stołu, popatrzył na stojącą przy białych szafkach kuchennych Ninni i usłyszał dźwięk podskakującej na garnku pokrywki. W tej chwili czuł się szczęśliwy i bezpieczny, musiał to przyznać. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że jest niczym mały chłopiec w kuchni swojej mamy. Żona była nauczycielką i śledziła również debatę feministyczną. Otrzymał już niejedną lekcję.
Akurat był w pobliżu, a poza tym nadeszła pora lunchu, więc zdecydował się wpaść do domu, by się przekonać, co porabia rodzina. Spytał Gustava, czy nie zechciałby z nimi zjeść, ale ten uprzejmie podziękował i obiecał, że zgarnie go za pół godziny.
Ninni nie przypuszczała, że stanie się jedną z kobiet, które czekają z gotowym posiłkiem na wracającego z pracy męża, ale teraz nie miała nic przeciwko temu. Naturalnie dopóki to nie stawało się rutyną.
- Co zjemy? - spytał Fredrik i podniósł pokrywkę garnka.
- Teraz ty zaczynasz?
Kiedy pracowali oboje, to głównie Fredrik zajmował się gotowaniem. W przeciwieństwie do Ninni lubił kucharzyć i gdy przychodził do domu skonany, potrzebował się zająć czym innym. Działo się to samoczynnie.
Początkowo planował, że zostanie kucharzem. Po dwóch miesiącach krojenia i siekania, przygotowywania w kółko tych samych sosów aksamitnego i hiszpańskiego w wieżowcu na Kungsholmen zdał sobie sprawę, że nie chce w ten sposób zarabiać na chleb. To było przed dwudziestoma laty. Cztery lata później zaczął służbę w policji w budynku znajdującym się zaledwie rzut kamieniem od szkoły gastronomicznej. Nigdy nie żałował tej decyzji.
Kiedyś Ninni pokazała mu artykuł o pewnym bogatym właścicielu kilkugwiazdkowej knajpy, a on potrafił śmiać się z tego bez śladu żalu. To nie był jego świat. Po rzuceniu gastronomii zaczął studiować kryminologię, nie wiedząc do końca dlaczego. Po roku złożył podanie do Wyższej Szkoły Policyjnej. Teoria to nie była jego domena. Kryminologia nie okazała się szczególnie pomocna w jego pracy, choć mu nie przeszkadzała. Zwykle dzięki wykształceniu wzbudzał szacunek przełożonych, nawet jeśli wielu udawało, że jest odwrotnie. Na Kungsholmen jeden z dowodzących upierał się, by nazywać Fredrika profesorem. Wcale nie chciał mu tym schlebiać.
- Możesz sprawdzić, czy Simon jest na dworze? -zwróciła się Ninni do Joakima.
- Ja sprawdzę - zaproponował Fredrik, kiedy usłyszał głębokie westchnięcie syna.
Zdążył wyjść z kuchni, kiedy Ninni położyła na stole dwie podstawki i postawiła na nich garnki.
- Co będzie? - dopytywał się Joakim.
- To, co zwykle: kupa - odrzekła Ninni.
Joakim udał odruch wymiotny i usiadł na swoim miejscu, najbliżej okna.
- Czemu za każdym razem pytasz, co będziemy jedli, nawet wtedy, gdy wiesz, że potrawy znajdą się na talerzu za trzy sekundy? Boisz się, że doznasz ciężkiego szoku, czy co?
- No nie, ale... - zaczął Joakim, jednak umilkł zbity z pantałyku.
Ninni usłyszała, że drzwi się otwierają, i w korytarzu rozległ się charakterystyczny odgłos sportowych butów Simona. Nie zamierzała wykłócać się teraz o obuwie. Dopóki były wakacje, panował stan wyjątkowy.
- A co zrobiliście z tatą?
- Rozmawia z Karin - odparł Simon, który zdążył wpaść do kuchni.
Ninni wyjrzała przez okno i dostrzegła Fredrika na drodze. Wcześniej nie zauważyła, że Karin wróciła. Zielony ford stał zaparkowany w głębi działki. Powstrzymała się, by nie otworzyć okna i nie zawołać męża. Wydawało jej się to trochę namolne. Niech sam pamięta o lunchu. Zaczęła napełniać talerze dzieci.
- Ciągłe dojeżdżanie do pracy nie może być fajne - powiedział Fredrik, który pojawił się po chwili - a na dłuższą metę jest wycieńczające.
- Pewnie tak, natomiast chyba czasem przyjemnie się wyrwać do miasta - zauważyła Ninni.
- Owszem, ale tydzień w tydzień?
- Wydaje mi się, że Karin jest pracoholiczką.
- Nie sądzę, żebym ja musiał się o to martwić; mam na myśli nawał pracy. Przynajmniej na razie - odparł Fredrik i nałożył sobie jedzenie na talerz.
- Tu jest cebula! - pisnął Simon.
- Jezu, to przecież tylko kilka kawałków. Możesz je wygrzebać - rzekł z westchnieniem Joakim, zanim Ninni zdążyła coś powiedzieć.
Fredrik wstrzymał oddech, mając nadzieję, że lunch nie przerodzi się w kłótnię między rodzeństwem. Wyglądało jednak na to, że Simon dał za wygraną.
- Mówią, że latem jest najspokojniej, choć przebywa tu dwa razy więcej ludzi niż zwykle. Tubylcy zabijają czas, a turyści popijają pilsnera i kradną rowery. Później, gdy mija Tydzień Średniowieczny, wyspiarze zbierają się na odwagę i zaczynają się napierniczać.
- Kto się napiernicza?
- Ech, nikt. - Fredrik zamilkł, przeżuwając jedzenie.
- Mógłbyś bardziej uważać na to, co mówisz - zauważyła cicho Ninni.
- Okej, okej.
Odłożyła sztućce.
- Trochę trudno mi się przyzwyczaić do myśli, że nie będziemy mieli prawdziwych wspólnych wakacji - powiedziała.
- Będziemy, choć może dopiero za kilka lat. Jako świeżo zatrudniony muszę się liczyć z tym, że początek będzie trudny. Z drugiej strony takie są tutaj warunki życia, lato to najlepszy czas na pracę.
- I na zarobienie na zagraniczne wakacje jesienią - rzuciła Ninni.
Fredrik uśmiechnął się do żony.
- Myślę, że będzie nas na nie stać.
Odwzajemniła uśmiech.
- Byłoby miło.
Fredrik jadł szybko. Ninni przestała mu wypominać ten brzydki zwyczaj. Człowiek przyzwyczaja się do nawyków innych ludzi, również tych irytujących, pomyślał. W jakimś sensie było to pocieszające. Po chwili przypomniała mu się owca. Oczywiście przy dzieciach nie mógł opowiedzieć o tym ze szczegółami, ale czy miał w ogóle nie wspominać? To tylko owca, ale gdy rzucił okiem na wnętrze domku Gustavssona, zjeżyły mu się włosy na karku. Wokół powoli zapadał zmrok i stopniowo docierało do nich, na co patrzą, nie tylko na wypatroszoną padlinę, ale także na krew i wnętrzności. Zwierzę wyglądało, jakby zostało wysadzone od wewnątrz, a wnętrzności rozprysły się na ściany i sufit. Za tym makabrycznym zdarzeniem stał człowiek. Bez względu na to, czy była to groźba czy niesmaczny żart, ktoś rozrzucił trzewia i serce, ciskając nimi tak mocno, jak tylko potrafił. Być może jednocześnie ocierając pot z czoła zewnętrzną częścią dłoni, żeby nie pobrudzić się krwią.
Było w tym coś przerażającego. Coś... rytualnego, co sprawiło, że na chwilę Fredrika ogarnął strach.
Dopiero co minęła pierwsza, gdy Gunilla Borg wróciła z lunchu. Zjadła go w kawiarni na dworcu autobusowym w towarzystwie kolegi.
Kiedy rutynowo przeglądała notatki, dostrzegła numery rejestracyjne, które podał jej starszy mężczyzna w Ronehamnie. Miała poczucie, że sprawdzając je, niepotrzebnie traci czas. Z drugiej strony, tłumaczyła sobie w duchu, może jednak go zyska, jeśli będzie mogła przekazać mężczyźnie konkretną informację, gdy on ponownie zadzwoni. A na pewno to zrobi; sprawiał wrażenie uparciucha.
Uruchomiła komputer, po kilku kliknięciach otworzyła właściwe okno i wstukała zapytanie o numer rejestracyjny.
Samochód - niebieskie volvo, rocznik 1989 - był zarejestrowany na Jonasa Friberga w gminie Nacka. Miał ubezpieczenie i aktualny przegląd, więc nie był to żaden złom. Innymi słowy, nie ich działka. Skoro tak, mogła zapomnieć o sprawie.
Edvin Gardelin postanowił przespacerować się do kąpieliska głównie po to, by wyznaczyć sobie cel poobiedniej przechadzki. Minęło wiele lat, od kiedy po raz ostatni zanurzył się w morzu, i obecnie nie zamierzał zmieniać tego stanu rzeczy. Poza tym mogło go nieco rozweselić kilku malców oddających się psotom i rozchlapujących wodę oraz rzut okiem na jedną czy drugą mamę w bikini. Prawdopodobnie plaża świeciła pustkami ze względu na zgniłe wodorosty, ale kąpiel była możliwa, jeśli poszło się na betonowe molo prowadzące na głębszą wodę, choć niewystarczająco głęboką, by do niej wskoczyć, o czym informowała odpowiednia tablica.
Lewą ręką odrobinę podciągnął spodnie. Na lunch zjadł kanapki z chrupkiego pieczywa, zimne ziemniaki i surową kiełbasę. Popił to kawą. Smacznie, choć nieco ubogo. Gotowanie nigdy nie było jego domeną. A gotowanie dla samego siebie bez wątpienia było przygnębiające.
Po posiłku miał ochotę się trochę poruszać, inaczej by zasnął. Oczywiście i tak utnie sobie drzemkę po powrocie ze spaceru, ale będzie się czuł lepiej, gdy najpierw kawałek się przejdzie.
Domy letniskowe, które zimą stały opustoszałe, teraz ożyły. Trawniki były zastawione samochodami letników i ich gości, a pozostała wolna przestrzeń wkrótce zaroiła się od piłek, rowerów, motorowerów, zabawek i suszących się kąpielówek, jak również pozostałości po chaotycznych porządkach w ogródku. Za kilka tygodni rośliny miano zostawić bez opieki aż do uschnięcia. Wydawało się, że na czas krótkiego lata domy zakwitły i żyły w pełni, by zrekompensować sobie długą zimową ciszę.
Skręcił w Nya Strandvägen. Niebieskie volvo ciągle stało w tym samym miejscu. Nie do końca zrozumiał, co powiedziała mu policjantka. Czy to naprawdę możliwe, żeby tak po prostu ktoś pozostawił samochód i nie można było nic z tym zrobić? Przystanął za autem, podniósł laskę i postukał nią w biały bagażnik dachowy, jakby chciał coś sprawdzić. Coś go zastanowiło. Jednak nie odgłos stukania, ale coś, czego nie był w stanie uchwycić. Zupełnie jakby w głowie pojawiła mu się myśl, a następnie zniknęła tuż przed tym, nim zdążyła się sformułować i zanim udało mu się ją wypowiedzieć. Podszedł bliżej.
Fredrik siedział na kanapie z Ninni. Patrzyli tępo w ekran, oglądając film, który wydał im się interesujący, gdy czytali o nim w gazecie. Teraz jednak przestał ich zajmować. Niestety chłopcy wciąż byli na nogach, mimo że dochodziła jedenasta, bo przecież to wakacje. W przeciwnym razie przewróciłby Ninni na kanapę. Przy dzieciach, pomyślał, nie ma mowy o spontanicznym seksie na blacie kuchennym albo w innym nietypowym miejscu. Wieczorem w sypialni, kiedy wszystkie sprawy były załatwione, oni czuli się zmęczeni i pozbawieni inspiracji. Mimo to nie zamierzał narzekać. Miał dobre życie, a z pewnymi jego aspektami trzeba się było pogodzić i zaakceptować kolejne etapy. Wystarczyło tylko mieć nadzieję, że nie stanie się impotentem i nie dopadnie go artretyzm, kiedy obecny okres minie.
Wstał i podszedł do otwartego okna wychodzącego na letnią noc. Otworzyli je nie po to, by przewietrzyć czy schłodzić pomieszczenie, ale dlatego, że przyjemnie było tak siedzieć w środku nocy. Popatrzył na turkusowe niebo - przedziwny niebieskozielony odcień. Kontury dachów domów sąsiadów i gęste korony drzew wystawały ponad żywopłoty. Nie było ciemno. Tej nocy w ogóle się nie ściemni. Najjaśniejszy czas w roku, pomyślał Fredrik.
Popatrzył na Ninni. Wyglądała pięknie w bladej poświacie. Spokój, wokół nich cisza, miarowy oddech Ninni. Olśniło go. To jest to, pomyślał, to jest właśnie to. Tak zupełnie inaczej.
- O czym myślisz? - zapytała Ninni.
W tym momencie zadzwonił telefon. Chłopcy na wyścigi rzucili się do aparatu, konkurując, kto pierwszy odbierze. Simon zdążył złapać za słuchawkę przed bratem, ale Joakim był silniejszy.
- Halo?
Okazało się, że to telefon do Fredrika. Podszedł i wziął słuchawkę, którą Joakim położył na parapecie. Późnym wieczorem spodziewał się tylko telefonu od bliskiego przyjaciela albo kogoś z rodziny, ale głos mężczyzny, który przedstawił się drżącym głosem, nie brzmiał ani trochę znajomo.