Wyspa strachu - Håkan Östlundh

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Coś zmu­siło go do wcze­śniej­szego wyj­ścia z domu. Po raz drugi w tym ty­go­dniu. Czuł do­skwie­ra­jący ból. Nie­na­wi­dził swo­jego ciała, gdy prze­peł­niało go to nie­przy­jemne, doj­mu­jące uczu­cie. Mu­siał się z niego otrzą­snąć, za­nim cał­ko­wi­cie nim za­wład­nie i prze­mieni w po­jem­nik na brzę­czące my­śli. Dla­czego nie mógł spać? Czemu nie zdo­łał spać do je­de­na­stej, dwu­na­stej, jak za­zwy­czaj? Było wcze­śnie, ale słońce zdą­żyło już wzejść na tyle wy­soko, że świe­ciło mocno, choć i tak sła­biej niż w póź­niej­szych go­dzi­nach. O tej po­rze pa­no­wał jesz­cze cień i w pew­nym sen­sie ła­twiej było wyjść na dwór, kiedy my­śli za­kra­dały się do niego z każ­dego kąta tego szka­rad­nego domu. Je­chał ro­we­rem po żwi­ro­wej dro­dze; w po­bliżu nie wi­dział ni­kogo. Świat spał, na­wet owce, które o in­nej po­rze pa­słyby się na świeżo sko­szo­nych pa­stwi­skach i be­czały, były ci­cho. Wcze­śniej sły­szał bu­cze­nie pił me­cha­nicz­nych; te­raz ga­łę­zie so­sen i ja­łow­ców le­żały ze­brane w dra­piące stosy. Po­tra­fiły od­wie­dzić go we śnie te nie­przy­jemne pa­tyki i łu­sko­wate ga­łę­zie, i prze­sy­pu­jący się przez nie pia­sek, który za­czy­nał le­pić się jak piach na plaży do mo­krych stóp ni­czym gąb­cza­sta druga war­stwa skóry.

Jak zwy­kle był sam, ale na dwo­rze lu­bił być sam. Mógł jeź­dzić ro­we­rem ki­lo­metr za ki­lo­me­trem. To było wy­zwa­la­jące, bo nikt inny światu nie prze­szka­dzał. Ja­sność sta­wała się dzięki temu bar­dziej przy­ja­zna. Mimo to wo­lałby spać.

Zna­lazł się przy wznie­sie­niu na dro­dze. Dziś ni­kogo nie było. Zresztą jak zwy­kle. Wła­śnie tam do­strzegł srokę, do­kład­nie w punk­cie, w któ­rym droga się wzno­siła. Z od­dali wy­glą­dała jak ka­mień, póź­niej jak dwa ka­myki, a po chwili wy­raź­nie do­strzegł jej ciało. Za­ha­mo­wał metr przed nim, sta­nął z prze­chy­loną głową i pa­trzył na prze­cięte na pół tru­chło ptaka. Dwa cał­ko­wi­cie osku­bane ka­wałki mięsa na żwi­ro­wej dro­dze. Po­zba­wione wnętrz­no­ści, zje­dzone już przez owady albo inne ptaki. Dwa skrzy­dła i cien­kie ka­wałki szkie­letu cał­ko­wi­cie bez­wonne i nieco za­ku­rzone. Wo­kół ani jed­nej brzę­czą­cej mu­chy. To nie­po­jęte, że da się prze­po­ło­wić kor­pus na dwie per­fek­cyj­nie równe czę­ści. Jak to się stało? Czy to pio­run tra­fił w srokę i prze­ciął ją jak nóż? To Bóg albo los.

Za­śmiał się, po­nie­waż nie wie­rzył w ta­kie bzdury, ale jed­no­cze­śnie po­my­ślał, że mimo wszystko był to znak, któ­rego nie po­wi­nien zi­gno­ro­wać. Mu­siał coś z tym zro­bić w ten czy inny spo­sób. Stał długo; trudno było ode­rwać wzrok od szcząt­ków ptaka. Po­to­czył się wolno da­lej, od­wra­ca­jąc głowę i wciąż ga­piąc się na srokę, do­póki ro­wer nie na­brał roz­pędu. Tylko rzeź­nicy prze­ci­nali zwie­rzęta na pół, po­nie­waż naj­ła­twiej było za­jąć się dwoma ka­wał­kami mięsa, bę­dą­cymi lu­strza­nym od­bi­ciem. Szlach­to­wano w ten spo­sób owce, krowy i świ­nie, ale nie kur­czaki. Im od­rą­by­wano je­dy­nie głowę. Na­wet koty można było prze­po­ło­wić, ale sroki? Nikt prze­cież nie szlach­to­wał srok ani też nie roz­ci­nał ich na pół.

Rozdział 2

Za­po­wia­dał się piękny letni dzień. Obie­cu­jące nowe dwa­na­ście go­dzin na bał­tyc­kiej wy­spie. Silny wiatr od mo­rza ocie­pli wodę i za kilka go­dzin wo­kół będą roz­brzmie­wać roz­ocho­cone głosy dzieci, a wą­ski fa­lo­chron po­kryje się śla­dami mo­krych ma­łych stóp. Ten sam wiatr sprawi też, że ką­piel w mo­rzu nie okaże się aż tak przy­jemna. Do­póki dzieci nie za­czną gry­ma­sić, ro­dzice będą cier­pli­wie sie­dzieć na plaży, zma­gać się z po­wie­wa­ją­cymi na wie­trze stro­nami ga­zet i roz­grze­wać się kawą z ter­mosu.

Na par­kingu przy ką­pie­li­sku stał je­den sa­mo­chód - vo­lvo kombi z ba­gaż­ni­kiem da­cho­wym, za­par­ko­wane przy za­ka­zie wpro­wa­dza­nia psów na plażę. Sa­mo­chód był nie­bie­ski, a ba­gaż­nik w for­mie po­dłuż­nego pu­dła - biały i ozdo­biony czarną li­nią. Edvin Gar­de­lin przy­sta­nął, aby po­pa­trzeć na vo­lvo, które tkwiło tu od pew­nego czasu. Od dwóch czy na­wet trzech ty­go­dni. Tego nie był pe­wien, w każ­dym ra­zie dość długo.

Po­wi­nien był za­no­to­wać datę, cho­ciaż z dru­giej strony, wi­dząc auto po raz pierw­szy, nie mógł prze­wi­dzieć, że bę­dzie par­ko­wać tu tyle czasu.

Ru­szył z mo­zo­łem w kie­runku vo­lva i la­ską ostroż­nie do­tknął za­rdze­wia­łego miej­sca na pra­wym przed­nim błot­niku. Sa­mo­chód był w kiep­skim sta­nie, ale wła­ści­wie nie aż tak złym, zwa­żyw­szy na to, że praw­do­po­dob­nie ktoś nim tu przy­je­chał. Edvin zer­k­nął do środka przez boczną szybę od strony pa­sa­żera, osła­nia­jąc oczy dło­nią przed słoń­cem. Nie do­strzegł zbyt wiele. Mię­dzy de­ską roz­dziel­czą a szybą tkwiła karta par­kin­gowa. Po­kuś­ty­kał kilka kro­ków do przodu. Na dole ta­bliczki wid­niała górna część na­pisu, który po chwili udało mu się od­czy­tać: "Ha­ninge Cen­trum". Za­tem przy­bysz ze sta­łego lądu, uznał.

Wy­pro­sto­wał się i ro­zej­rzał wo­kół w po­szu­ki­wa­niu ko­goś, kto po­dzie­lał jego złość na wy­bryki let­ni­ków, któ­rzy z miej­sca przy ką­pie­li­sku zro­bili so­bie par­king, a sami od­da­wali się te­raz Bóg wie czemu. Jed­nak w po­bliżu nie było ni­kogo.

Nic dziw­nego. Było za wcze­śnie na spo­tka­nie ama­tora po­ran­nych ką­pieli mor­skich. Roz­le­gły, po­ro­śnięty trawą te­ren był cał­ko­wi­cie opu­sto­szały. Nie było chęt­nych do sko­rzy­sta­nia z ka­bin do prze­bie­ra­nia, sauny, płat­nego prysz­nica, gdzie za pięć ko­ron można za­żyć jed­no­mi­nu­to­wej cie­płej ką­pieli, oraz placu za­baw z ka­ru­zelą, po któ­rym malcy bie­gali nie­stru­dze­nie. Nowa droga przy plaży, która pro­wa­dziła od par­kingu, rów­nież była pu­sta.

Po­czuł do­bie­ga­jący od strony plaży nie­przy­jemny za­pach. Släke, czyli zgniłe wo­do­ro­sty. Za­pach był lekko du­szący, gdy ata­ko­wał bez ostrze­że­nia. Nie mi­nęło za dużo czasu, od kiedy po­sprzą­tano wy­brzeże przed se­zo­nem tu­ry­stycz­nym, ale na nie­wiele się to zdało. W ciągu jed­nego dnia przy po­myśl­nym, a ra­czej nie­po­myśl­nym i wy­star­cza­jąco sil­nym wie­trze zgniłe wo­do­ro­sty były w sta­nie okleić plaże. Sze­roki na metr śmier­dzący wał za­le­gał wtedy wzdłuż ca­łej li­nii brze­go­wej.

Edvin ru­szył w kie­runku domu. Tak czy siak vo­lvo nie po­winno tu par­ko­wać. Trzeba za­dzwo­nić na po­li­cję.

In­spek­tor po­li­cji Gu­nilla Borg po­ja­wiła się na po­ste­runku w Hemse i od razu za­uwa­żyła mi­go­ta­nie czer­wo­nego sy­gna­li­za­tora te­le­fonu. Gdy na po­ste­runku nie było ni­kogo, przy­cho­dzące zgło­sze­nie było au­to­ma­tycz­nie prze­kie­ro­wane na nu­mer ko­mi­sa­riatu po­li­cji w Visby albo na nu­mer alar­mowy 112.

Gu­nilla zja­wiła się jako pierw­sza, wci­snęła więc kla­wisz do od­słu­chi­wa­nia wia­do­mo­ści z se­kre­tarki i wyj­rzała przez okno. Za­trud­niony przez gminę ogrod­nik przy­ci­nał ży­wo­płot ota­cza­jący mały plac przed bu­dyn­kiem po­ste­runku. Na ta­śmie na­grano tylko jedną wia­do­mość prze­ka­zaną przez star­szego męż­czy­znę z Ro­ne­hamnu, który zży­mał się na zwy­czaje par­ko­wa­nia kie­row­ców ze sta­łego lądu.

Prze­szła do kuchni, by na­sta­wić kawę na po­ranne spo­tka­nie. Po­zo­stali po­li­cjanci mieli się po­ja­wić w ciągu pięt­na­stu mi­nut. Kiedy wkła­dała filtr do eks­presu, za­dzwo­nił te­le­fon. Po­de­szła do swo­jego biurka i wzięła do ręki słu­chawkę.

- Po­ste­ru­nek w Hemse - po­wie­działa.

- Dzień do­bry. Na­zy­wam się Edvin Gar­de­lin - roz­legł się głos star­szego męż­czy­zny.

Gu­nilla Borg nie za­pa­mię­tała na­zwi­ska, ale od razu roz­po­znała głos na­grany na se­kre­tarce. Męż­czy­zna mu­siał mieć pilną sprawę, skoro się do nich do­bi­jał.

- Czy do­stali pań­stwo moją wia­do­mość? - spy­tał.

- Tak. Cho­dzi o ja­kiś sa­mo­chód.

- Zga­dza się. Co za­mier­za­cie z tym zro­bić?

Męż­czy­zna nie po­dał nu­meru swo­jego te­le­fonu ani nu­meru re­je­stra­cyj­nego sa­mo­chodu. Czego się spo­dzie­wał?

- A o co do­kład­nie cho­dzi?

Edvin Gar­de­lin od­chrząk­nął i zro­bił pauzę, za­nim prze­mó­wił spo­koj­nie i wy­raź­nie:

- Sa­mo­chód stoi przy ką­pie­li­sku od prze­szło dwóch ty­go­dni. Ka­wał za­rdze­wia­łego złomu. Kie­rowcy ze sta­łego lądu przy­jeż­dżają tu i nie po­tra­fią się za­cho­wać. W ze­szłe lato je­den z nich wpadł do mo­rza przy por­cie. Le­onid mu­siał wsko­czyć za nim i go wy­ło­wić. Oka­zało się, że był pi­jany jak bela i jak nic by się uto­pił, gdyby Le­onid go nie ura­to­wał. Mimo to nie oka­zał mu spe­cjal­nej wdzięcz­no­ści, a...

- My­śli pan, że ktoś po­rzu­cił ten wóz? - prze­rwała mu Gu­nilla Borg, oba­wia­jąc się, że na­stąpi nie­koń­czący się wy­wód o na­gan­nych zwy­cza­jach let­ni­ków. - To zna­czy zo­sta­wił go tam ce­lowo? - spro­sto­wała, kiedy w słu­chawce za­pa­dła ci­sza.

Ci­sza trwała ko­lejną chwilę, pod­czas gdy Edvin Gar­de­lin pró­bo­wał się­gnąć pa­mię­cią wstecz.

- Nie wiem, co o tym są­dzić, ale to trzeba spraw­dzić.

- Z tego, co się orien­tuję, par­ko­wa­nie przy ką­pie­li­sku nie jest za­ka­zane. Wła­ści­wie nie mo­żemy pod­jąć żad­nych czyn­no­ści. De­cy­zja na­leży do wła­ści­ciela te­renu.

Edvin Gar­de­lin uznał, że to bar­dzo dziwne. Gu­nilla po­spiesz­nie obie­cała, że przej­rzy re­jestr po­jaz­dów, aby unik­nąć wda­wa­nia się w roz­trzą­sa­nie pa­ra­gra­fów prawa wła­sno­ści. Czy Edvin przy­pad­kiem za­pi­sał nu­mer re­je­stra­cyjny? - spy­tała. Można przy­pusz­czać, że sa­mo­chód jest kra­dziony. Edvin po­dał jej nu­mer. Gu­nilla na­ba­zgrała go w le­żą­cym przy te­le­fo­nie no­tat­niku i się roz­łą­czyła.

Le­dwo zdą­żyła zro­bić dwa kroki w kie­runku kuchni, gdy te­le­fon za­dzwo­nił po­now­nie. Ode­brała.

- Dzień do­bry. Z tej strony Bengt Gu­sta­vs­son. Chcę zgło­sić wła­ma­nie - ode­zwał się drżą­cym gło­sem, wy­raź­nie po­ru­szony.

- Okej. Gdzie to się wy­da­rzyło? - spy­tała Gu­nilla.

W słu­chawce za­pa­dło mil­cze­nie. Na­tych­miast zro­zu­miała, że Gu­sta­vs­son jest zbyt zde­ner­wo­wany, by zna­leźć wła­ściwe słowa. Nie było to znowu aż tak dziwne.

- Niech pan opo­wie wszystko po­woli, od po­czątku - po­wie­działa spo­koj­nie.

Usły­szała w słu­chawce ciężki od­dech.

- Cho­lera! - za­klął.

Fre­drik Bro­man skrę­cił z ulicy Ava­ga­tan na dzie­dzi­niec za ko­mi­sa­ria­tem i za­par­ko­wał obok ga­rażu. Dziś jeź­dził czer­wo­nym fia­tem. Wo­lał vo­lvo, ale nie było żad­nego ra­cjo­nal­nego uza­sad­nie­nia, dla któ­rego miałby wziąć więk­szy sa­mo­chód, aby się wy­brać do Visby.

Zdą­żył prze­biec sze­ścio­ki­lo­me­trową trasę, za­nim usiadł za kie­row­nicą. Po­zby­wa­jąc się paru ka­lo­rii i lek­kich wy­rzu­tów su­mie­nia miał ja­sny umysł i był z sie­bie za­do­wo­lony. Sporo czasu mi­nęło od ostat­niego jog­gingu. Wie­dział, że po­wi­nien za­cząć się ru­szać, a ra­czej że musi. Dwa, trzy razy w ty­go­dniu, w prze­ciw­nym ra­zie nie bę­dzie to sku­teczne. Ostat­nio czy­tał, że na­leży po­ko­nać co naj­mniej dwa­dzie­ścia sie­dem ki­lo­me­trów w ty­go­dniu, dzie­ląc tę trasę na pięć, sześć czę­ści, aby osią­gnąć wy­mierny zdro­wotny efekt. Okej. Cho­le­ste­rol mógł zbi­jać przy stole, ale kon­dy­cję pod­re­pe­ruje so­bie tylko po­przez ruch.

Wy­siadł z sa­mo­chodu nieco ze­sztyw­niały po czter­dzie­sto­pię­cio­mi­nu­to­wej prze­jażdżce. Da­ro­wał so­bie roz­cią­ga­nie po jog­gingu. Świetne uczu­cie. Czuł, że to działa.

Brama ga­ra­żowa pro­wa­dząca do wej­ścia była otwarta i wje­chał bez prze­szkód do środka. Ko­mi­sa­riat w Visby wy­bu­do­wano w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i obec­nie był re­mon­to­wany. Naj­wyż­szy czas, po­my­ślał. W środku bu­dy­nek był na­prawdę znisz­czony i dość szpetny, utrzy­many w ko­lo­ry­styce oso­bli­wej mie­sza­niny zie­leni, błę­kitu, czer­wieni i różu. Z ze­wnątrz wy­glą­dał jak po­ciem­niała bla­szana nie­bie­ska skrzy­nia. Stąd nie­ofi­cjalna na­zwa Bl?kulla. Bi­jący po oczach nie­bie­ski z cza­sem wy­blakł i bar­dziej przy­po­mi­nał szary błę­kit nieba w li­sto­pa­dzie. Tak czy owak dni bla­sza­nej fa­sady były po­li­czone. Za­mie­rzano się jej po­zbyć i za­stą­pić ja­sno­sza­rym tyn­kiem, który le­piej pa­so­wał do śre­dnio­wiecz­nego dzie­dzic­twa kul­tu­ro­wego.

Fre­dri­kowi po­do­bała się bla­do­nie­bie­ska bla­szana skrzy­nia. Wy­da­wała się lekka i przy­ja­zna w od­róż­nie­niu od cięż­kiego brą­zo­wego mo­lo­cha w sztok­holm­skim Kung­shol­men, gdzie prze­pra­co­wał dwa lata na po­czątku ka­riery w po­li­cji, która trwała już od lat pięt­na­stu.

Po­zdro­wił kilku ko­le­gów ze służb po­rząd­ko­wych i ko­ry­ta­rzami prze­szedł do pro­wi­zo­rycz­nych po­miesz­czeń Wy­działu Kry­mi­nal­nego. W trak­cie prze­bu­dowy nic nie było na swoim miej­scu. Tam, gdzie jesz­cze nie­dawno funk­cjo­no­wał urząd pocz­towy w Visby, obec­nie ulo­ko­wali się Fre­drik i dzie­się­ciu in­nych po­li­cjan­tów Wy­działu Kry­mi­nal­nego go­tlandz­kiej po­li­cji.

- Fre­drik, a więc wrzu­casz dziś na luz? - spy­tał Gu­stav Wal­lin, który zer­k­nął znad kra­wę­dzi swo­jego boksu.

Praca w otwar­tej prze­strzeni biu­ro­wej była jed­nym z wa­run­ków, z któ­rymi mu­sieli się po­go­dzić na czas re­montu.

Gu­stav był trzy lata młod­szy od Fre­drika i jako je­dyny w ich gro­nie przed czter­dziestką, nie li­cząc Evy Kar­lén z Wy­działu Tech­nicz­nego. Miesz­kał w Hemse, aglo­me­ra­cji miej­skiej le­żą­cej naj­bli­żej wio­ski, gdzie po prze­pro­wadzce osiadł Fre­drik wraz z żoną Ninni oraz dziećmi. Pa­ra­fia za­czy­nała się za­le­d­wie kilka ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od Hemse. Jo­akim, naj­star­szy syn Fre­drika, tra­fił do tej sa­mej klasy co Mar­tin, syn Gu­stava.

- To za te wie­czorne nad­go­dziny w ze­szłym ty­go­dniu.

- Tak, ja­sne. Za­spa­łeś. Nic nie mó­wię. - Gu­stav się uśmiech­nął.

Fre­drik nie zdą­żył przy­zwy­czaić się do wi­doku ko­legi z czar­nym mod­nym za­ro­stem. Gu­stav miał kru­czo­czarne włosy i obec­nie pie­czo­ło­wi­cie pod­go­loną pół­brodę, która prze­cho­dziła w dwa sze­ro­kie bo­ko­brody. Jako je­dyny w ich gro­nie cha­rak­te­ry­zo­wał się wła­snym sty­lem, Fre­drik mu­siał to przy­znać. Oprócz po­rząd­nie upra­so­wa­nych ko­szul Gu­stav zwy­kle wkła­dał dżinsy i bluzy.

- Gdy ty ja­dłeś śnia­da­nie, ja wbie­ga­łem na Östris i z po­wro­tem.

- To nie­zły ka­wa­łek - orzekł Gu­stav i uniósł brwi. - Mó­wisz po­waż­nie, że wy­ro­bi­łeś nad­go­dziny, by się póź­niej zmyć i po­bie­gać?

- Nieee, nie tylko dla­tego. Cza­sami mu­szę po­być z ro­dziną.

Gu­stav za­sta­no­wił się chwilę, póź­niej po­ki­wał głową i uśmiech­nął się od ucha do ucha.

Fre­drik też się uśmiech­nął, ale nic nie po­wie­dział.

- Fre­drik?

Göran Eide, szef Wy­działu Kry­mi­nal­nego, ze swo­jego miej­sca po­ma­chał trzy­maną w dłoni słu­chawką te­le­fonu.

- Prze­łą­czę do cie­bie.

- Okej.

Fre­drik wy­cią­gnął krze­sło i usiadł. Ode­brał po pierw­szym dzwonku.

- Cześć, tu Gu­nilla Borg z Hemse.

Wi­dział ją kilka razy w ży­ciu, ale je­dy­nym sło­wem, ja­kie za­mie­nili ze sobą do tej pory, było "cześć".

- Cześć - od­parł. - W czym mogę po­móc?

- Ta­aak... - po­wie­działa nieco prze­cią­gle. - Znasz może wio­skę ry­backą Hus, przy por­cie Ro­ne­hamn?

- Ja­sne.

- Do­sta­li­śmy zgło­sze­nie o wła­ma­niu do jed­nego z dom­ków. Wła­śnie tam by­li­śmy, żeby się ro­ze­znać w sy­tu­acji. To cho­ler­nie dziwne. Ktoś zo­sta­wił za­szlach­to­waną owcę.

Fre­drik par­sk­nął, wy­ra­ża­jąc tym za­ra­zem roz­ba­wie­nie i zdzi­wie­nie.

- To może być ro­dzaj groźby - mó­wiła da­lej Gu­nilla. - My­ślę, że po­win­ni­ście się tym za­in­te­re­so­wać.

- Mar­twą owcą?

- Tak.

- W ja­kim sen­sie mia­łaby to być groźba?

- Trudno to opi­sać, ale wy­glą­dało na­prawdę okrop­nie. Naj­le­piej bę­dzie, je­śli ktoś od was przy­je­dzie i sam to zo­ba­czy.

Fre­drik wes­tchnął, ma­jąc na­dzieję, że Gu­nilla nie wy­czuła braku en­tu­zja­zmu z jego strony. Ten przy­pa­dek nie wy­da­wał mu się wart an­ga­żo­wa­nia Wy­działu Kry­mi­nal­nego, ale po­nie­waż Göran prze­ka­zał mu tę sprawę, trudno było od­mó­wić. Poza tym nie miał zbyt wiele do ro­boty. Jak do tej pory był to spo­kojny ty­dzień.

Za­pi­sał in­for­ma­cje, któ­rych po­trze­bo­wał, i obie­cał, że skon­tak­tuje się z wła­ści­cie­lem domku.

Po odło­że­niu słu­chawki zer­k­nął w stronę Görana. Wy­da­wało mu się, że w ką­ciku ust ko­mi­sa­rza do­strzega ni­kły uśmiech. Nie mógł za­prze­czyć, że na po­czątku po­trak­to­wał te­le­fon od Gu­nilli jako żart pri­ma­apri­li­sowy. Tyle że był pierw­szy dzień lipca, a nie kwiet­nia.

Znad kra­wę­dzi boksu spoj­rzał na Gu­stava.

- Jak tam? Masz dużo pracy?

- Nie. Jest tak nudno, że to aż śmie­chu warte.

- Chcesz po­je­chać do Ro­ne­hamnu zo­ba­czyć mar­twą owcę?

Rozdział 3

Ninni Bro­man wy­co­fała vo­lvo na traw­nik i wy­łą­czyła sil­nik. Nie­mal na­tych­miast Si­mon z im­pe­tem wy­siadł z sa­mo­chodu i wrzu­cił lekko znisz­czo­nego żół­wia Ninja do ma­łego pla­sti­ko­wego ba­senu. Ninni ku­piła ba­sen, ma­jąc na­dzieję, że to ukróci cią­głe awan­tury do­ty­czące wy­jaz­dów na ką­pie­li­sko w Nis­se­vi­ken. Si­mon wsko­czył za pla­sti­kową fi­gurką, roz­pry­sku­jąc wo­kół wodę. Na ra­zie nie­źle się ba­wił, ale nie po­trwa to długo.

Otwo­rzyła ba­gaż­nik i wy­tasz­czyła worki z zie­mią i na­wo­zem. Jo­akim po­zo­stał na tyl­nym sie­dze­niu, za­czy­tany w ko­mik­sie. Wzięła dziś vo­lvo, po­nie­waż mo­gła dużo spraw­niej prze­wieźć nim cięż­kie ba­gaże.

- Wi­dzę, są­siadko, że nad­szedł czas sie­wów.

Wzdry­gnęła się, bo głos roz­legł się tuż za jej ple­cami.

Od­wró­ciła się. Eskil Hul­ting miał zwy­czaj czaić się za ludźmi, czego bar­dzo nie lu­biła.

- Nie do końca, za­mie­rzam po­rząd­ko­wać grządki - od­parła.

Czuła się głu­pio, ma­jąc przed sobą są­siada i od­po­wia­da­jąc na idio­tyczne py­ta­nie. Eskil przyj­rzał się wor­kom. Po­dra­pał się po klatce pier­sio­wej ukry­tej pod kom­bi­ne­zo­nem ze sztucz­nego włókna i bez że­nady utkwił wzrok w Ninni. Roz­cią­gnął wargi w ostroż­nym uśmie­chu, ob­na­ża­jąc prze­rze­dzone górne uzę­bie­nie.

Nieco przy­dłu­gie mil­cze­nie spra­wiło, że Ninni wska­zała dło­nią za­kupy i wy­krztu­siła:

- To nie naj­lep­szy czas, ale chcę prze­sa­dzić kilka róż.

- Aha, a nie jest im do­brze tam, gdzie se te­raz sie­dzą? - Eskil wy­szcze­rzył się i po­dra­pał po przed­ra­mie­niu.

Ninni bez prze­ko­na­nia wspo­mniała o ró­żach, ale uznała, że to i tak lep­sze niż sta­nie i wpa­try­wa­nie się w sie­bie bez słowa.

Eskil był ich są­sia­dem z pra­wej strony. Miesz­kał w wy­bu­do­wa­nym w la­tach trzy­dzie­stych ma­syw­nym domu ze stro­mym da­chem i stop­niowo po­więk­sza­ją­cym się ubyt­kiem w tynku. Za­nie­dbana fa­sada miała ra­czej zwią­zek ze sta­nem fi­nan­sów wła­ści­ciela niż z jego le­ni­stwem. O duży owo­cowy sad i grządki róż dbał nie­mal pe­dan­tycz­nie. Po­dob­nie zresztą jak wiele in­nych ogro­dów cią­gną­cych się wzdłuż wiej­skiej drogi.

Eskil i Britt też mieli dwoje dzieci. Były star­sze niż dzieci Ninni i Fre­drika; wkrótce po­winny wy­fru­nąć z gniazda. Eskil był miły, po­mocny i dość cie­kaw­ski. Gdy tylko do­strze­gał zbli­ża­jący się do pod­jazdu sa­mo­chód są­sia­dów, na­tych­miast spie­szył z ja­kąś mniej lub bar­dziej wy­my­śloną na po­cze­ka­niu sprawą. Je­śli nie udało mu się wpaść na nic wia­ry­god­nego, czę­sto­wał swo­jego psa kop­nia­kiem, by po chwili udać, że bie­gnie go przy­pro­wa­dzić. Na po­czątku Ninni uwa­żała, że za­in­te­re­so­wa­nie Eskila było dość ko­miczne, może na­wet sym­pa­tyczne. Do­piero póź­niej, gdy stra­cił pracę w warsz­ta­cie wul­ka­ni­za­cyj­nym, nie­za­po­wie­dziane wi­zyty wy­mknęły się spod kon­troli. Oczy­wi­ście, po­winno mu się współ­czuć z po­wodu utraty pracy, jak rów­nież nie na­le­żało się dzi­wić, że bra­ko­wało mu to­wa­rzy­stwa, ale mimo wszystko ist­niały ja­kieś gra­nice. Pew­nego dnia do­li­czyła się trzy­na­stu nie­chcia­nych od­wie­dzin. Gdyby nie fakt, że do­piero co za­miesz­kali na wy­spie, pew­nie po­wie­dzia­łaby mu, żeby spa­dał na drzewo. Miała jed­nak po­czu­cie, że jako nowa miesz­kanka po­winna się wy­ka­zać go­ścin­no­ścią. Nie zo­sta­wał długo i za­wsze dzię­ko­wał za kawę. Obec­nie nie przy­szłoby jej na myśl, żeby mu ją za­pro­po­no­wać, ale na po­czątku, gdy jego od­wie­dziny nie były prze­sad­nie czę­ste, pro­po­zy­cja wspól­nego wy­pi­cia kawy zło­żone za­równo przez nią, jak i przez Fre­drika nie­zmien­nie spo­ty­kała się z od­mową.

Trzeba mieć na­dzieję, po­my­ślała i za­jęła się wor­kami z zie­mią i na­wo­zem.

- Taaa, po­ży­jemy, zo­ba­czymy - stwier­dził Eskil i po­czła­pał w kie­runku swo­jego domu.

Co zo­ba­czymy? - za­sta­na­wiała się Ninni, tasz­cząc worki z ta­kim mo­zo­łem, że aż jej czoło lśniło od potu.

Ninni pra­co­wała jako na­uczy­cielka szwedz­kiego i an­giel­skiego w szkole pod­sta­wo­wej w Hemse, ale obec­nie, po­dob­nie jak jej dzieci, miała wa­ka­cje. Fre­drik jesz­cze nie wziął urlopu.

Może po­je­chać z chłop­cami na ką­pie­li­sko? Pa­no­wał upał, na nie­bie nie wi­dać było ani jed­nej chmury, ale to nie ozna­czało, że te wspa­niałe wa­runki po­trwają dłu­żej. Tu­taj, na wy­spie, po­goda czę­sto się zmie­niała. Je­śli jed­nak się utrzyma, to może we­zmą ze sobą je­dze­nie, urzą­dzą pik­nik i po­jadą za­żyć wie­czor­nej ką­pieli w Ny­bro.

- Mamo, mamo, po­patrz! - wrza­snął Si­mon i kop­nął czer­woną pla­sti­kową piłkę.

Nie­źle wy­ce­lo­wał. Miał zmysł do fut­bolu. Piłka po­szy­bo­wała nad ży­wo­pło­tem i tra­fiła w jedno z okien po­bli­skiego domu, na­le­żą­cego nie do Eskila i Britt, tylko do Jensa i Ka­rin. Roz­legł się brzęk szyby, która jed­nak wy­trzy­mała ude­rze­nie.

Jo­akim pod­niósł wzrok znad ko­miksu.

- Co ty, kurde, wy­pra­wiasz, de­bilu! - za­wo­łał prze­cho­dzą­cym mu­ta­cję gło­sem.

- Jo­akim - upo­mniała go Ninni, po czym zwró­ciła się do młod­szego syna: - Si­mon, co mó­wi­łam na te­mat okien?

Zaj­rzała do są­sia­dów przez sze­roki na metr otwór w ży­wo­pło­cie, wy­star­cza­jący, by przez niego przejść, gdy chciało się po­ży­czyć cu­kier albo klucz fran­cu­ski. Wła­ści­wie na tym koń­czył się jej kon­takt z Jen­sem i Ka­rin. W tym mo­men­cie żółty drew­niany dom stał ci­chy i opu­sto­szały. Nie wi­dać było żad­nego z sa­mo­cho­dów; ani bia­łego służ­bo­wego sa­mo­chodu z logo GEAB, ani no­wego forda, który Ka­rin par­ko­wała ty­łem w ga­rażu. Jak zwy­kle drzwi ga­rażu były sze­roko otwarte. Ka­rin pra­co­wała w domu i jeź­dziła do Sztok­holmu raz lub dwa razy w ty­go­dniu.

- O mało co. Nie­złe ma ude­rze­nie ten mały - stwier­dził Eskil wy­wa­biony z po­wro­tem przez brzęk szyby.

Ninni ciężko wes­tchnęła. Może jed­nak wy­biorą się na ką­pie­li­sko, po­my­ślała.

Wła­ści­wie była to ty­powa ro­bota dla jed­nej osoby, ale miło było mieć to­wa­rzy­stwo. Fre­drik i Gu­stav je­chali Ro­ne­hamn­svägen w kie­runku wy­brzeża. Wła­śnie mi­nęli Hemse. Za kie­row­nicą sie­dział Fre­drik.

Rów­nina jak okiem się­gnąć, a po­śród pól i łąk wio­ski oraz po­je­dyn­cze go­spo­dar­stwa. Wiel­kie i cięż­kie domy z ka­mie­nia, skry­wa­jące ta­jem­nice wielu po­ko­leń, a obok nich obiekty w stylu mo­der­ni­stycz­nym z lat pięć­dzie­sią­tych, a także el­do­rado z płyt eter­ni­to­wych. Fan­ta­styczny tani ma­te­riał nie do zdar­cia, który dziś przy wy­mia­nie wy­ma­gał wło­że­nia spe­cjal­nego kom­bi­ne­zonu za­bez­pie­cza­ją­cego przed ska­że­niem. Wy­so­kie, pnące się ku niebu wieże na ho­ry­zon­cie stały ni­czym ty­siąc­let­nie we­hi­kuły czasu i plot­ko­wały o tym, co mi­nione. To była ty­powo wiej­ska oko­lica, ale tego wła­śnie Fre­de­rik chciał. Naj­bliż­sza więk­sza miej­sco­wość, Hemse, nie przy­cią­gała szcze­gól­nymi wa­lo­rami, lecz było tam wła­ści­wie wszystko, czego po­trze­bo­wał. W do­datku od­da­lona na tyle, że można było do­je­chać ro­we­rem. Visby miało wię­cej do za­ofe­ro­wa­nia, choć nie na­zwałby tej tęt­nią­cej ży­ciem osady mia­stem. Dla Fre­drika nie był to ża­den pro­blem. Nie prze­pro­wa­dził się na Go­tlan­dię, by szla­jać się po licz­nych knaj­pach albo ku­po­wać mar­kowe ciu­chy na dep­ta­kach. Prze­ciw­nie, uciekł od zgiełku Sztok­holmu.

Oczy­wi­ście, cho­dziło rów­nież o pie­nią­dze. Sztok­holm zmie­nił się, od czasu gdy Fre­drik skoń­czył szkołę po­li­cyjną. Prze­stał być miej­scem od­po­wied­nim dla ro­dziny z dwoj­giem dzieci i śred­nim do­cho­dem, je­śli chciało się żyć na przy­zwo­itym po­zio­mie i jesz­cze coś za­osz­czę­dzić, gdy wszyst­kie pod­sta­wowe po­trzeby zo­stały za­spo­ko­jone. Nie wie­dział, dla kogo Sztok­holm mógł być od­po­wiedni, wy­łą­cza­jąc, rzecz ja­sna, lu­dzi o wy­so­kich do­cho­dach. Może dla za­twar­dzia­łych sin­gli, któ­rym nie prze­szka­dzało miesz­ka­nie na dwu­dzie­stu czte­rech me­trach aż do osią­gnię­cia wieku śred­niego.

O dwu­na­stej umó­wili się z wła­ści­cie­lem domku. Miał cze­kać na par­kingu. Przy por­cie Fre­drik skrę­cił w lewo, w Hu­svägen, wą­ską żwi­rową drogę pro­wa­dzącą do wio­ski ry­bac­kiej Hus, która zo­stała tak na­zwana, po­nie­waż rzędy dom­ków usy­tu­owane wzdłuż drogi znaj­do­wały się rzut ka­mie­niem od no­wo­cze­snego portu ry­bac­kiego w Ro­ne­ham­nie. Po­ło­żony ka­wa­łek da­lej, jakby w sto­sow­nej od­le­gło­ści, kwa­dra­towy par­king był per­fek­cyj­nie wy­as­fal­to­wany i oto­czony przy­rodą.

- Go­rąco - rzekł Gu­stav i wy­cią­gnął rękę, by opu­ścić szybę po stro­nie pa­sa­żera.

- Nie otwie­raj okna. Le­piej pod­kręć klimę. Je­śli opu­ścisz szybę, kli­ma­ty­za­cja zda się na nic.

- To twoje za­da­nie. Pro­wa­dzisz, więc to zrób.

- Okej, ale nie wy­daje mi się to ko­nieczne. Gdy uznasz, że jest za go­rąco, wtedy pod­kręcę.

- Okej. Czy mo­żesz pod­krę­cić klimę? - po­pro­sił Gu­stav.

Do­strze­gli, że na par­kingu czeka na nich po­tęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna w ja­skra­wo­żół­tym T-shir­cie.

- To ten fa­cet? - spy­tał Fre­drik, wska­zu­jąc ręką. - Bengt Gu­sta­vs­son - do­dał po tym, jak rzu­cił okiem na no­tat­nik, który wcze­śniej po­ło­żył na de­sce roz­dziel­czej.

Męż­czy­zna w T-shir­cie po­pa­trzył na nich py­ta­jąco, gdy za­par­ko­wali i wy­sie­dli z sa­mo­chodu.

- Bengt Gu­sta­vs­son? - spy­tał Gu­stav.

- Zga­dza się. Wi­tam - od­parł męż­czy­zna i wy­cią­gnął rękę.

Fre­drik i Gu­stav przed­sta­wili się. Gu­sta­vs­son był wy­soki, mocno opa­lony i wy­glą­dał na wy­spor­to­wa­nego, mimo że miał skłon­no­ści do ty­cia. Zmru­żył oczy przed świe­cą­cym mu pro­sto w twarz słoń­cem. Wy­da­wał się zde­ner­wo­wany, choć wła­ma­nie do domku nie było czymś nad­zwy­czaj­nym, po­dob­nie zresztą jak zna­le­zie­nie mar­twej owcy.

Fre­drik był przy­zwy­cza­jony do dłu­gich wy­wo­dów na te­mat nar­ko­ma­nów, któ­rych na­le­żało po­słać do gazu, albo imi­gran­tów, któ­rzy po­winni wró­cić tam, skąd przy­byli. Na szczę­ście w Ro­ne­ham­nie nie było zbyt wielu uza­leż­nio­nych od nar­ko­ty­ków czy cu­dzo­ziem­ców, więc oszczę­dzono mu ta­kich wy­rze­kań.

- Cóż - za­czął Bengt Gu­sta­vs­son, prze­cią­gnął dło­nią po brzu­chu i za­wa­hał się przez chwilę, za­nim za­czął mó­wić da­lej: - Po­każę pa­nom, gdzie to się zda­rzyło.

Ski­nął na nich, by za nim po­szli.

Wzrok Fre­drika po­wę­dro­wał ku sto­ją­cej obok par­kingu ta­blicy ogło­sze­nio­wej, so­lid­nej drew­nia­nej kon­struk­cji po­kry­tej brą­zową bejcą. Opar­łaby się pew­nie więk­szo­ści je­sien­nych sztor­mów. Ła­two było so­bie wy­obra­zić, że zo­stała po­sta­wiona przez grupę za­pa­leń­ców w ra­mach dzia­łal­no­ści związku zrze­sza­ją­cego wła­ści­cieli dom­ków. Była do niej przy­twier­dzona li­sta, chro­niona przed desz­czem i wia­trem przez pla­sti­kowy po­kro­wiec, na któ­rej wid­niało czter­dzie­ści na­zwisk. To za­pewne wła­ści­ciele, po­my­ślał.

- Cho­lera, że też nie można zo­sta­wić w spo­koju tych dom­ków - po­wie­dział Gu­sta­vs­son. - Co oni wy­pra­wiają?! To ja­kieś szcze­niac­kie wy­głupy? Miejmy na­dzieję, że wła­śnie coś ta­kiego. Cho­ler­nie przy­kra sprawa.

Na Go­tlan­dii nie można było tak po pro­stu sprze­dać dom­ków let­ni­sko­wych. Gmina miała prawo pier­wo­kupu, co po­winno za­gwa­ran­to­wać, że po­zo­staną one wła­sno­ścią miesz­kań­ców wy­spy. Nie chciano, aby za­koń­czyło się tak w Bo­hu­slän, gdy wy­spia­rze sprze­dali domy pod­czas go­rączki złota w Klon­dike, czego re­zul­ta­tem było na za­wsze utra­cone dzie­dzic­two kul­tu­rowe. Rzecz ja­sna re­stryk­cje nie po­wstrzy­mały nie­któ­rych lo­kal­nych wła­ści­cieli przed prze­kształ­ce­niem nie­ru­cho­mo­ści w domki let­ni­skowe, które wy­naj­mo­wano póź­niej sztok­holm­czy­kom za dwa ty­siące ko­ron ty­go­dniowo, ale naj­czę­ściej rze­czy­wi­ście miesz­kali w nich wła­ści­ciele.

Hus było dużą wio­ską ry­backą, któ­rej za­dbane domki za­słu­gi­wały na miano let­ni­sko­wych. Ich wi­dok sil­nie ko­ja­rzył się z kra­jo­bra­zem dział­ko­wym, choć nie było tu ogród­ków. W naj­star­szej czę­ści wio­ski domki były po­łą­czone ze sobą w po­dłużne bie­lone wap­nem sze­regi, ale tu stały od­dziel­nie je­den przy dru­gim i więk­szość z nich była drew­niana.

- Czy coś panu zgi­nęło, czy do­szło tylko do znisz­cze­nia mie­nia? - spy­tał Fre­drik.

Bengt Gu­sta­vs­son przy­sta­nął i po­pa­trzył po­waż­nie na Fre­drika.

- Tylko? Prze­cież to... - Urwał po­iry­to­wany, po czym za­py­tał: - Czy po­li­cjantka, która przy­jęła zgło­sze­nie, nic pa­nom nie po­wie­działa?

- Ależ tak, po­wie­działa. O mar­twej owcy, tak?

Bengt Gu­sta­vs­son wbił wzrok w zie­mię i po­trzą­snął głową.

- Niech pa­no­wie sami zo­ba­czą. Tak bę­dzie naj­pro­ściej.

- Oczy­wi­ście. Po to tu przy­je­cha­li­śmy - od­parł Gu­stav.

Bengt Gu­sta­vs­son pod­szedł jesz­cze dzie­sięć me­trów bli­żej i za­trzy­mał się przed dom­kiem z sze­ro­kich, ma­syw­nych czar­nych de­sek.

- Pro­szę.

Mu­sieli się schy­lić, żeby przejść przez ni­skie drzwi. Naj­pierw po­czuli za­pach, który, gdy we­szli głę­biej, zmie­nił się w ciężki i du­szący smród. Obaj od­ru­chowo się wy­pro­sto­wali, za­sła­nia­jąc usta i nos, co było bez­sen­sow­nym ge­stem. Gdy mi­nął czas po­trzebny do tego, by wzrok przy­zwy­czaił się do ciem­no­ści, na pod­ło­dze zo­ba­czyli tru­chło owcy. Brzuch był roz­pruty, a wnętrz­no­ści zo­stały pie­czo­ło­wi­cie po­roz­rzu­cane po ca­łej dwu­na­sto­me­tro­wej po­wierzchni domku Bengta Gu­sta­vs­sona.

Rozdział 4

Przed go­śćmi sie­dzą­cymi na pla­sti­ko­wych krze­słach w ogródku re­stau­ra­cji La­xhal­len roz­po­ście­rał się wi­dok na port i ogromny, cho­ler­nie szpetny ce­men­towy si­los. Na pewno to z jego po­wodu w Ro­ne­ham­nie wciąż można było ku­pić dom po­ło­żony dwie­ście me­trów od mo­rza za mniej niż pół mi­liona.

Gdyby po­mi­nąć ce­men­towy si­los, co nie było ła­twe, port skła­dał się z kilku ni­skich ma­ga­zy­nów w ko­lo­rze czer­wieni fa­luń­skiej i fa­lo­chronu osła­nia­ją­cego keję z pię­cioma, sze­ścioma łód­kami. Fre­drik okre­śliłby je jako śred­niej wiel­ko­ści, ale byłby to ślepy strzał la­ika. Wy­cią­gnięty z wody ku­ter ob­na­żał swój okrą­gły brzuch na za­rdze­wia­łym wózku ko­ło­wym. Brą­zowe rdzawe plamy na spo­dzie wy­da­wały się roz­prze­strze­niać ku gór­nej czę­ści jak upo­rczywa wy­sypka. Łódź za­le­gała le­ni­wie po jed­nej stro­nie kło­nic, jakby w ge­ście pod­da­nia.

Fre­drik marzł, cho­ciaż było cie­pło, i po­my­ślał, że za­miast lo­dów lep­sza by­łaby fi­li­żanka kawy. Na­gle na mo­ment ogar­nął go strach; uczu­cie to szybko mi­nęło, ale gdzieś w głębi po­zo­sta­wiło po so­bie ślad.

- Co to wszystko może ozna­czać? Czy to ja­kiś ry­tuał sa­ta­ni­styczny, czy też ja­kiś żart? - ode­zwał się Gu­stav i skosz­to­wał por­cji lo­dów.

Za­mó­wił trzy gałki pi­sta­cjo­wych. Ni­gdy nie miał ich dość.

- Je­śli żart, to cho­ler­nie dziwny - stwier­dził Fre­drik, do­bie­ra­jąc się do swo­ich lo­dów. Za­my­ślony, bez szcze­gól­nego en­tu­zja­zmu za­mó­wił tru­skaw­kowe, wa­ni­liowe i cze­ko­la­dowe.

- To mi nie wy­gląda na próbę za­stra­sze­nia - stwier­dził Gu­stav. - Oczy­wi­ście nie wiemy tego na pewno, ale nie wy­daje mi się, by sprawca miał ja­kiś po­wód.

- Za­sta­na­wiam się, czy rzeź jest nie­le­galna, je­śli do­ko­nuje jej się w in­nym celu - po­wie­dział Fre­drik.

Grupka na­sto­lat­ków bez­tro­sko po­rzu­ciła ro­wery przy wej­ściu do lo­kalu. Wy­glą­dali na ja­kieś dwa­na­ście lat i praw­do­po­dob­nie przy­byli tu, aby ku­pić lody. Pa­plali je­den przez dru­giego i po spo­so­bie wy­po­wia­da­nia się można było po­znać, że są wśród nich za­równo let­nicy, jak i miej­scowi.

Gu­stav ugryzł wa­fe­lek.

- Można by się za­sta­no­wić, czy to sprawa dla po­li­cji, Urzędu Kon­troli Żyw­no­ści czy Or­ga­ni­za­cji do spraw Zwie­rząt.

- Na pewno mamy do czy­nie­nia z wła­ma­niem i uszko­dze­niem mie­nia w nie­wiel­kim stop­niu, lecz naj­wy­raź­niej nie z kra­dzieżą.

- Praw­do­po­dob­nie jest to sprawka kilku pi­ja­nych na­sto­lat­ków i w związku z tym kon­se­kwen­cje ogra­ni­czą się za­pewne do po­waż­nej roz­mowy w Urzę­dzie Opieki Spo­łecz­nej w Visby - za­uwa­żył Gu­stav.

- Pi­jane na­sto­latki? Czy ja wiem... Mimo wszystko za­szlach­to­wana w ten spo­sób owca to dość po­ważna sprawa. Chyba trzeba być dość spe­cy­ficz­nym czło­wie­kiem, żeby zro­bić coś ta­kiego.

- Nie, je­śli ob­co­wało się z ubo­jem od ma­łego.

Fre­drik wziął do ust po­kaźną por­cję lo­dów, li­cząc na to, że zimno po­wstrzyma ru­mie­niec. Weź się w garść, przy­wo­łał się w du­chu do po­rządku.

- W ta­kim ra­zie co ro­bimy? - za­py­tał.

- Hmmm, a co mo­żemy? Pu­kać od domu do domu i py­tać o mar­twą owcę? - Gu­stav się uśmiech­nął.

- Szkoda, że zdjęto jej ob­rączkę - za­uwa­żył Fre­drik.

- Tak. Może to wska­zy­wać na zwią­zek mię­dzy wła­ści­cie­lem owcy a tym, kto to zro­bił.

- Syn rol­nika.

- Coś w tym ro­dzaju.

Fre­drik zer­k­nął przez ra­mię do tyłu, w kie­runku Hu­svägen.

- Może jed­nak się ruszmy. Je­śli Bengt Gu­sta­vs­son wpa­ruje tu i zo­ba­czy, jak sie­dzimy i pra­żymy się w słońcu, to wkrótce któ­ryś z nas znaj­dzie w swo­jej sy­pialni roz­pru­tego ło­sia.

- Na Go­tlan­dii nie ma łosi - stwier­dził Gu­stav i pod­niósł się z krze­sła.

- Hmm, sły­sza­łem coś in­nego.

- A, tak. Było coś ta­kiego. Po­dobno zdechł z wy­cień­cze­nia, kiedy wy­szedł na ląd. O ile to w ogóle prawda.

Znad mo­rza do­tarł do nich smród zgni­łych wo­do­ro­stów i spra­wił, że Fre­drik stra­cił ape­tyt. Na mo­ment w wy­obraźni prze­niósł się do domku przy plaży. Wstał i wy­rzu­cił na wpół zje­dzone lody do ko­sza.

- Te gów­niane wo­do­ro­sty... - orzekł Gu­stav.

- Tak. Cho­lera, nie­źle wali.

- Co bę­dzie do je­dze­nia? - spy­tał Jo­akim, który z im­pe­tem wpadł do kuchni. To­wa­rzy­szył mu Fre­drik.

- Zo­ba­czysz - od­parła Ninni.

- Ale co bę­dzie?

Nie od­po­wie­działa. Po­pa­trzyła na męża.

- Ja­kie to uczu­cie wra­cać do domu i wi­dzieć stół za­sta­wiony do lun­chu przez żonę?

Fre­drik się za­śmiał. Nie spraw­dziły się ani obawy, ja­kie ży­wił przed prze­pro­wadzką na Go­tlan­dię, ani zwią­zane z nią ocze­ki­wa­nia. Ob­jął wzro­kiem ta­le­rze na ma­to­wym drew­nia­nym bla­cie stołu, po­pa­trzył na sto­jącą przy bia­łych szaf­kach ku­chen­nych Ninni i usły­szał dźwięk pod­ska­ku­ją­cej na garnku po­krywki. W tej chwili czuł się szczę­śliwy i bez­pieczny, mu­siał to przy­znać. Jed­no­cze­śnie zda­wał so­bie sprawę, że jest ni­czym mały chło­piec w kuchni swo­jej mamy. Żona była na­uczy­cielką i śle­dziła rów­nież de­batę fe­mi­ni­styczną. Otrzy­mał już nie­jedną lek­cję.

Aku­rat był w po­bliżu, a poza tym na­de­szła pora lun­chu, więc zde­cy­do­wał się wpaść do domu, by się prze­ko­nać, co po­ra­bia ro­dzina. Spy­tał Gu­stava, czy nie ze­chciałby z nimi zjeść, ale ten uprzej­mie po­dzię­ko­wał i obie­cał, że zgar­nie go za pół go­dziny.

Ninni nie przy­pusz­czała, że sta­nie się jedną z ko­biet, które cze­kają z go­to­wym po­sił­kiem na wra­ca­ją­cego z pracy męża, ale te­raz nie miała nic prze­ciwko temu. Na­tu­ral­nie do­póki to nie sta­wało się ru­tyną.

- Co zjemy? - spy­tał Fre­drik i pod­niósł po­krywkę garnka.

- Te­raz ty za­czy­nasz?

Kiedy pra­co­wali oboje, to głów­nie Fre­drik zaj­mo­wał się go­to­wa­niem. W prze­ci­wień­stwie do Ninni lu­bił ku­cha­rzyć i gdy przy­cho­dził do domu sko­nany, po­trze­bo­wał się za­jąć czym in­nym. Działo się to sa­mo­czyn­nie.

Po­cząt­kowo pla­no­wał, że zo­sta­nie ku­cha­rzem. Po dwóch mie­sią­cach kro­je­nia i sie­ka­nia, przy­go­to­wy­wa­nia w kółko tych sa­mych so­sów ak­sa­mit­nego i hisz­pań­skiego w wie­żowcu na Kung­shol­men zdał so­bie sprawę, że nie chce w ten spo­sób za­ra­biać na chleb. To było przed dwu­dzie­stoma laty. Cztery lata póź­niej za­czął służbę w po­li­cji w bu­dynku znaj­du­ją­cym się za­le­d­wie rzut ka­mie­niem od szkoły ga­stro­no­micz­nej. Ni­gdy nie ża­ło­wał tej de­cy­zji.

Kie­dyś Ninni po­ka­zała mu ar­ty­kuł o pew­nym bo­ga­tym wła­ści­cielu kil­ku­gwiazd­ko­wej knajpy, a on po­tra­fił śmiać się z tego bez śladu żalu. To nie był jego świat. Po rzu­ce­niu ga­stro­no­mii za­czął stu­dio­wać kry­mi­no­lo­gię, nie wie­dząc do końca dla­czego. Po roku zło­żył po­da­nie do Wyż­szej Szkoły Po­li­cyj­nej. Teo­ria to nie była jego do­mena. Kry­mi­no­lo­gia nie oka­zała się szcze­gól­nie po­mocna w jego pracy, choć mu nie prze­szka­dzała. Zwy­kle dzięki wy­kształ­ce­niu wzbu­dzał sza­cu­nek prze­ło­żo­nych, na­wet je­śli wielu uda­wało, że jest od­wrot­nie. Na Kung­shol­men je­den z do­wo­dzą­cych upie­rał się, by na­zy­wać Fre­drika pro­fe­so­rem. Wcale nie chciał mu tym schle­biać.

- Mo­żesz spraw­dzić, czy Si­mon jest na dwo­rze? -zwró­ciła się Ninni do Jo­akima.

- Ja spraw­dzę - za­pro­po­no­wał Fre­drik, kiedy usły­szał głę­bo­kie wes­tchnię­cie syna.

Zdą­żył wyjść z kuchni, kiedy Ninni po­ło­żyła na stole dwie pod­stawki i po­sta­wiła na nich garnki.

- Co bę­dzie? - do­py­ty­wał się Jo­akim.

- To, co zwy­kle: kupa - od­rze­kła Ninni.

Jo­akim udał od­ruch wy­miotny i usiadł na swoim miej­scu, naj­bli­żej okna.

- Czemu za każ­dym ra­zem py­tasz, co bę­dziemy je­dli, na­wet wtedy, gdy wiesz, że po­trawy znajdą się na ta­le­rzu za trzy se­kundy? Bo­isz się, że do­znasz cięż­kiego szoku, czy co?

- No nie, ale... - za­czął Jo­akim, jed­nak umilkł zbity z pan­ta­łyku.

Ninni usły­szała, że drzwi się otwie­rają, i w ko­ry­ta­rzu roz­legł się cha­rak­te­ry­styczny od­głos spor­to­wych bu­tów Si­mona. Nie za­mie­rzała wy­kłó­cać się te­raz o obu­wie. Do­póki były wa­ka­cje, pa­no­wał stan wy­jąt­kowy.

- A co zro­bi­li­ście z tatą?

- Roz­ma­wia z Ka­rin - od­parł Si­mon, który zdą­żył wpaść do kuchni.

Ninni wyj­rzała przez okno i do­strze­gła Fre­drika na dro­dze. Wcze­śniej nie za­uwa­żyła, że Ka­rin wró­ciła. Zie­lony ford stał za­par­ko­wany w głębi działki. Po­wstrzy­mała się, by nie otwo­rzyć okna i nie za­wo­łać męża. Wy­da­wało jej się to tro­chę na­molne. Niech sam pa­mięta o lun­chu. Za­częła na­peł­niać ta­le­rze dzieci.

- Cią­głe do­jeż­dża­nie do pracy nie może być fajne - po­wie­dział Fre­drik, który po­ja­wił się po chwili - a na dłuż­szą metę jest wy­cień­cza­jące.

- Pew­nie tak, na­to­miast chyba cza­sem przy­jem­nie się wy­rwać do mia­sta - za­uwa­żyła Ninni.

- Ow­szem, ale ty­dzień w ty­dzień?

- Wy­daje mi się, że Ka­rin jest pra­co­ho­liczką.

- Nie są­dzę, że­bym ja mu­siał się o to mar­twić; mam na my­śli na­wał pracy. Przy­naj­mniej na ra­zie - od­parł Fre­drik i na­ło­żył so­bie je­dze­nie na ta­lerz.

- Tu jest ce­bula! - pi­snął Si­mon.

- Jezu, to prze­cież tylko kilka ka­wał­ków. Mo­żesz je wy­grze­bać - rzekł z wes­tchnie­niem Jo­akim, za­nim Ninni zdą­żyła coś po­wie­dzieć.

Fre­drik wstrzy­mał od­dech, ma­jąc na­dzieję, że lunch nie prze­ro­dzi się w kłót­nię mię­dzy ro­dzeń­stwem. Wy­glą­dało jed­nak na to, że Si­mon dał za wy­graną.

- Mó­wią, że la­tem jest naj­spo­koj­niej, choć prze­bywa tu dwa razy wię­cej lu­dzi niż zwy­kle. Tu­bylcy za­bi­jają czas, a tu­ry­ści po­pi­jają pil­snera i kradną ro­wery. Póź­niej, gdy mija Ty­dzień Śre­dnio­wieczny, wy­spia­rze zbie­rają się na od­wagę i za­czy­nają się na­pier­ni­czać.

- Kto się na­pier­ni­cza?

- Ech, nikt. - Fre­drik za­milkł, prze­żu­wa­jąc je­dze­nie.

- Mógł­byś bar­dziej uwa­żać na to, co mó­wisz - za­uwa­żyła ci­cho Ninni.

- Okej, okej.

Odło­żyła sztućce.

- Tro­chę trudno mi się przy­zwy­czaić do my­śli, że nie bę­dziemy mieli praw­dzi­wych wspól­nych wa­ka­cji - po­wie­działa.

- Bę­dziemy, choć może do­piero za kilka lat. Jako świeżo za­trud­niony mu­szę się li­czyć z tym, że po­czą­tek bę­dzie trudny. Z dru­giej strony ta­kie są tu­taj wa­runki ży­cia, lato to naj­lep­szy czas na pracę.

- I na za­ro­bie­nie na za­gra­niczne wa­ka­cje je­sie­nią - rzu­ciła Ninni.

Fre­drik uśmiech­nął się do żony.

- My­ślę, że bę­dzie nas na nie stać.

Od­wza­jem­niła uśmiech.

- By­łoby miło.

Fre­drik jadł szybko. Ninni prze­stała mu wy­po­mi­nać ten brzydki zwy­czaj. Czło­wiek przy­zwy­czaja się do na­wy­ków in­nych lu­dzi, rów­nież tych iry­tu­ją­cych, po­my­ślał. W ja­kimś sen­sie było to po­cie­sza­jące. Po chwili przy­po­mniała mu się owca. Oczy­wi­ście przy dzie­ciach nie mógł opo­wie­dzieć o tym ze szcze­gó­łami, ale czy miał w ogóle nie wspo­mi­nać? To tylko owca, ale gdy rzu­cił okiem na wnę­trze domku Gu­sta­vs­sona, zje­żyły mu się włosy na karku. Wo­kół po­woli za­pa­dał zmrok i stop­niowo do­cie­rało do nich, na co pa­trzą, nie tylko na wy­pa­tro­szoną pa­dlinę, ale także na krew i wnętrz­no­ści. Zwie­rzę wy­glą­dało, jakby zo­stało wy­sa­dzone od we­wnątrz, a wnętrz­no­ści roz­pry­sły się na ściany i su­fit. Za tym ma­ka­brycz­nym zda­rze­niem stał czło­wiek. Bez względu na to, czy była to groźba czy nie­smaczny żart, ktoś roz­rzu­cił trze­wia i serce, ci­ska­jąc nimi tak mocno, jak tylko po­tra­fił. Być może jed­no­cze­śnie ocie­ra­jąc pot z czoła ze­wnętrzną czę­ścią dłoni, żeby nie po­bru­dzić się krwią.

Było w tym coś prze­ra­ża­ją­cego. Coś... ry­tu­al­nego, co spra­wiło, że na chwilę Fre­drika ogar­nął strach.

Do­piero co mi­nęła pierw­sza, gdy Gu­nilla Borg wró­ciła z lun­chu. Zja­dła go w ka­wiarni na dworcu au­to­bu­so­wym w to­wa­rzy­stwie ko­legi.

Kiedy ru­ty­nowo prze­glą­dała no­tatki, do­strze­gła nu­mery re­je­stra­cyjne, które po­dał jej star­szy męż­czy­zna w Ro­ne­ham­nie. Miała po­czu­cie, że spraw­dza­jąc je, nie­po­trzeb­nie traci czas. Z dru­giej strony, tłu­ma­czyła so­bie w du­chu, może jed­nak go zy­ska, je­śli bę­dzie mo­gła prze­ka­zać męż­czyź­nie kon­kretną in­for­ma­cję, gdy on po­now­nie za­dzwoni. A na pewno to zrobi; spra­wiał wra­że­nie upar­ciu­cha.

Uru­cho­miła kom­pu­ter, po kilku klik­nię­ciach otwo­rzyła wła­ściwe okno i wstu­kała za­py­ta­nie o nu­mer re­je­stra­cyjny.

Sa­mo­chód - nie­bie­skie vo­lvo, rocz­nik 1989 - był za­re­je­stro­wany na Jo­nasa Fri­berga w gmi­nie Na­cka. Miał ubez­pie­cze­nie i ak­tu­alny prze­gląd, więc nie był to ża­den złom. In­nymi słowy, nie ich działka. Skoro tak, mo­gła za­po­mnieć o spra­wie.

Edvin Gar­de­lin po­sta­no­wił prze­spa­ce­ro­wać się do ką­pie­li­ska głów­nie po to, by wy­zna­czyć so­bie cel po­obied­niej prze­chadzki. Mi­nęło wiele lat, od kiedy po raz ostatni za­nu­rzył się w mo­rzu, i obec­nie nie za­mie­rzał zmie­niać tego stanu rze­czy. Poza tym mo­gło go nieco roz­we­se­lić kilku mal­ców od­da­ją­cych się pso­tom i roz­chla­pu­ją­cych wodę oraz rzut okiem na jedną czy drugą mamę w bi­kini. Praw­do­po­dob­nie plaża świe­ciła pust­kami ze względu na zgniłe wo­do­ro­sty, ale ką­piel była moż­liwa, je­śli po­szło się na be­to­nowe molo pro­wa­dzące na głęb­szą wodę, choć nie­wy­star­cza­jąco głę­boką, by do niej wsko­czyć, o czym in­for­mo­wała od­po­wied­nia ta­blica.

Lewą ręką odro­binę pod­cią­gnął spodnie. Na lunch zjadł ka­napki z chrup­kiego pie­czywa, zimne ziem­niaki i su­rową kieł­basę. Po­pił to kawą. Smacz­nie, choć nieco ubogo. Go­to­wa­nie ni­gdy nie było jego do­meną. A go­to­wa­nie dla sa­mego sie­bie bez wąt­pie­nia było przy­gnę­bia­jące.

Po po­siłku miał ochotę się tro­chę po­ru­szać, ina­czej by za­snął. Oczy­wi­ście i tak utnie so­bie drzemkę po po­wro­cie ze spa­ceru, ale bę­dzie się czuł le­piej, gdy naj­pierw ka­wa­łek się przej­dzie.

Domy let­ni­skowe, które zimą stały opu­sto­szałe, te­raz ożyły. Traw­niki były za­sta­wione sa­mo­cho­dami let­ni­ków i ich go­ści, a po­zo­stała wolna prze­strzeń wkrótce za­ro­iła się od pi­łek, ro­we­rów, mo­to­ro­we­rów, za­ba­wek i su­szą­cych się ką­pie­ló­wek, jak rów­nież po­zo­sta­ło­ści po cha­otycz­nych po­rząd­kach w ogródku. Za kilka ty­go­dni ro­śliny miano zo­sta­wić bez opieki aż do uschnię­cia. Wy­da­wało się, że na czas krót­kiego lata domy za­kwi­tły i żyły w pełni, by zre­kom­pen­so­wać so­bie długą zi­mową ci­szę.

Skrę­cił w Nya Stran­dvägen. Nie­bie­skie vo­lvo cią­gle stało w tym sa­mym miej­scu. Nie do końca zro­zu­miał, co po­wie­działa mu po­li­cjantka. Czy to na­prawdę moż­liwe, żeby tak po pro­stu ktoś po­zo­sta­wił sa­mo­chód i nie można było nic z tym zro­bić? Przy­sta­nął za au­tem, pod­niósł la­skę i po­stu­kał nią w biały ba­gaż­nik da­chowy, jakby chciał coś spraw­dzić. Coś go za­sta­no­wiło. Jed­nak nie od­głos stu­ka­nia, ale coś, czego nie był w sta­nie uchwy­cić. Zu­peł­nie jakby w gło­wie po­ja­wiła mu się myśl, a na­stęp­nie znik­nęła tuż przed tym, nim zdą­żyła się sfor­mu­ło­wać i za­nim udało mu się ją wy­po­wie­dzieć. Pod­szedł bli­żej.

Fre­drik sie­dział na ka­na­pie z Ninni. Pa­trzyli tępo w ekran, oglą­da­jąc film, który wy­dał im się in­te­re­su­jący, gdy czy­tali o nim w ga­ze­cie. Te­raz jed­nak prze­stał ich zaj­mo­wać. Nie­stety chłopcy wciąż byli na no­gach, mimo że do­cho­dziła je­de­na­sta, bo prze­cież to wa­ka­cje. W prze­ciw­nym ra­zie prze­wró­ciłby Ninni na ka­napę. Przy dzie­ciach, po­my­ślał, nie ma mowy o spon­ta­nicz­nym sek­sie na bla­cie ku­chen­nym albo w in­nym nie­ty­po­wym miej­scu. Wie­czo­rem w sy­pialni, kiedy wszyst­kie sprawy były za­ła­twione, oni czuli się zmę­czeni i po­zba­wieni in­spi­ra­cji. Mimo to nie za­mie­rzał na­rze­kać. Miał do­bre ży­cie, a z pew­nymi jego aspek­tami trzeba się było po­go­dzić i za­ak­cep­to­wać ko­lejne etapy. Wy­star­czyło tylko mieć na­dzieję, że nie sta­nie się im­po­ten­tem i nie do­pad­nie go ar­tre­tyzm, kiedy obecny okres mi­nie.

Wstał i pod­szedł do otwar­tego okna wy­cho­dzą­cego na let­nią noc. Otwo­rzyli je nie po to, by prze­wie­trzyć czy schło­dzić po­miesz­cze­nie, ale dla­tego, że przy­jem­nie było tak sie­dzieć w środku nocy. Po­pa­trzył na tur­ku­sowe niebo - prze­dziwny nie­bie­sko­zie­lony od­cień. Kon­tury da­chów do­mów są­sia­dów i gę­ste ko­rony drzew wy­sta­wały po­nad ży­wo­płoty. Nie było ciemno. Tej nocy w ogóle się nie ściemni. Naj­ja­śniej­szy czas w roku, po­my­ślał Fre­drik.

Po­pa­trzył na Ninni. Wy­glą­dała pięk­nie w bla­dej po­świa­cie. Spo­kój, wo­kół nich ci­sza, mia­rowy od­dech Ninni. Olśniło go. To jest to, po­my­ślał, to jest wła­śnie to. Tak zu­peł­nie ina­czej.

- O czym my­ślisz? - za­py­tała Ninni.

W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon. Chłopcy na wy­ścigi rzu­cili się do apa­ratu, kon­ku­ru­jąc, kto pierw­szy od­bie­rze. Si­mon zdą­żył zła­pać za słu­chawkę przed bra­tem, ale Jo­akim był sil­niej­szy.

- Halo?

Oka­zało się, że to te­le­fon do Fre­drika. Pod­szedł i wziął słu­chawkę, którą Jo­akim po­ło­żył na pa­ra­pe­cie. Póź­nym wie­czo­rem spo­dzie­wał się tylko te­le­fonu od bli­skiego przy­ja­ciela albo ko­goś z ro­dziny, ale głos męż­czy­zny, który przed­sta­wił się drżą­cym gło­sem, nie brzmiał ani tro­chę zna­jomo.

Rozdział 5

Po­je­chał krót­szą, ale bar­dziej krętą drogą, która łą­czyła Alvę bez­po­śred­nio z Ro­ne­ham­nem. Po kilku ki­lo­me­trach mu­siał zwol­nić. Mgła za­wi­sła ja­kiś metr nad zie­mią i spo­wi­jała auto nie­re­gu­lar­nymi ob­ło­kami. Dłu­gie świa­tła prze­mie­niły ją w mlecz­no­biały nie­prze­nik­niony mur. Kiedy go sfor­so­wał, dłu­gie pa­sma świa­teł z po­wro­tem oświe­tliły na wpół doj­rzałe pola ku­ku­ry­dzy i przez ułamki se­kund za­trzy­my­wały się na roz­rzu­co­nych gdzie­nie­gdzie gąsz­czach ja­łowca i kol­cza­stych pło­tach. Raz po raz zmie­niał świa­tła z dłu­gich na krót­kie i znowu na dłu­gie, nie mo­gąc się zde­cy­do­wać, dzięki któ­rym ma lep­szą wi­docz­ność. Pe­wien był je­dy­nie tego, że nie może je­chać zbyt szybko.

Wcze­śniej pró­bo­wał prze­kie­ro­wać Edvina Gar­de­lina do Visby. To było naj­prost­sze, co w tej sy­tu­acji mógł zro­bić, a na do­brą sprawę, co zro­bić po­wi­nien. Kiedy Fre­drik spy­tał Gar­de­lina, jak to się stało, że za­dzwo­nił do niego do domu, Edvin od­parł, że prze­cież zna Eskila, który jest jego są­sia­dem. Za jego po­śred­nic­twem Edvin otrzy­mał za­równo na­zwi­sko, jak i nu­mer te­le­fonu. Z tego, co mó­wił Eskil, Gar­de­lin zro­zu­miał, że Fre­drik stał nieco wy­żej w służ­bo­wej hie­rar­chii, więc li­czył na to, że uda mu się zro­bić coś wię­cej niż po­li­cjantce z Hemse.

Fre­drik za­milkł i w du­chu prze­klął wścib­skiego są­siada, któ­rego macki omia­tały, jak się zda­wało, całą wy­spę. Fakt, że Eskil był w to za­mie­szany, spra­wił, że naj­chęt­niej odło­żyłby słu­chawkę, ale Gar­de­lin był uparty.

Cho­dziło o sa­mo­chód, nie­bie­skie vo­lvo, które od kilku ty­go­dni stało za­par­ko­wane przy ką­pie­li­sku w Ro­ne­ham­nie. Edvin Gar­de­lin stwier­dził, że wy­do­bywa się z niego dziwny za­pach. Fre­drik wes­tchnął głę­boko i za­pro­po­no­wał, żeby Gar­de­lin uzbroił się do ju­tra w cier­pli­wość i za­dzwo­nił do Gu­nilli Borg na po­ste­ru­nek w Hemse. Tak bę­dzie chyba naj­le­piej, stwier­dził, skoro to z nią Gar­de­lin kon­tak­to­wał się po­przed­nim ra­zem. Kiedy rów­nież wtedy roz­mówca się nie pod­dał, Fre­drik za­sta­na­wiał się, czy po­czę­sto­wać go dłu­gim wy­wo­dem o ru­ty­no­wych dzia­ła­niach po­li­cji go­tlandz­kiej i o prze­pi­sach oraz do­dać, że nie pełni służby, a za­tem nie może zo­stać we­zwany przez Gar­de­lina w środku nocy. Do­piero rano może pod­jąć dzia­ła­nie na roz­kaz prze­ło­żo­nego w Visby. W tym mniej wię­cej miej­scu prze­rwał swoje roz­wa­ża­nia. Jak miałby wy­tłu­ma­czyć zmar­twio­nemu eme­ry­towi, że je­śli za­dzwoni na po­li­cję w Visby, wów­czas funk­cjo­na­riu­sze w Visby nie za­te­le­fo­nują do Fre­drika i nie po­pro­szą go, by po­je­chał do Ro­ne­hamnu. Gar­de­lin usły­szy ra­czej prze­śmiew­czą uwagę o za­wra­ca­niu głowy i biu­ro­kra­cji. Poza tym nie po­wia­do­mi­liby Fre­drika tylko dla­tego, że zwa­rio­wany sta­ru­szek wy­wę­szył coś obok sa­mo­chodu w Ro­ne­ham­nie. Je­śli w ogóle kiw­nę­liby pal­cem, to co naj­wy­żej po­pro­si­liby, aby ktoś z pa­trolu noc­nego, prze­jeż­dża­jąc obok, zer­k­nął na vo­lvo. Nie wy­ku­rzy­liby po­li­cjanta z ka­napy przed te­le­wi­zo­rem w środku nocy.

Po­my­ślał też, że może cho­dzi o coś in­nego. Mia­no­wi­cie dzwo­niono do niego z są­sied­niej wio­ski, po­nie­waż wie­dziano, że jest po­li­cjan­tem. Nie te­le­fo­no­wano na po­ste­ru­nek, który wy­słałby pierw­szego z brzegu funk­cjo­na­riu­sza. Może trzeba było za­ak­cep­to­wać te roz­myte gra­nice mię­dzy ży­ciem pry­wat­nym a za­wo­do­wym?

Nie wie­dział. Na­dal nie był pe­wien, czy po­stą­pił wła­ści­wie. Było jed­nak coś jesz­cze poza na­głą po­trzebą, by grać we­dług re­guł miej­sca, w któ­rym się miesz­kało, rze­czy­wi­stych czy też wy­obra­żo­nych. Cho­dziło o to, co po­wie­dział Gar­de­lin.

- Dziwny za­pach? To zna­czy jaki?

- Jak... - Gar­de­lin wstrzy­mał się, szu­kał słów. - Jak gni­jące wo­do­ro­sty.

Po­rów­na­nie to wbiło się w świa­do­mość Fre­drika, przy­wo­łu­jąc wspo­mnie­nie za­pa­chu. Chwilę po­tem przy­po­mniał so­bie, jak na pią­tym pię­trze wie­żowca Alta Cen­trum ku­cał przy szpa­rze do wrzu­ca­nia li­stów w drzwiach jed­nego z miesz­kań. Wy­grze­by­wał stam­tąd pocztę i uła­mek se­kundy póź­niej uprzy­tom­nił so­bie, co cze­kało na niego po dru­giej stro­nie drzwi.

Droga do Ro­ne­hamnu za­jęła mu pięt­na­ście mi­nut za­miast dzie­się­ciu, któ­rych po­trze­bo­wał zwy­kle, by tam do­trzeć. Kiedy skrę­cił na par­king przy ką­pie­li­sku, uznał, że Gar­de­lin na pewno po­czuł za­pach do­cho­dzący z plaży. Ten pry­watny wy­pad na ak­cję za­mie­rzał za­cho­wać dla sie­bie i nie mó­wić o nim na­wet Gu­sta­vowi. Szcze­gól­nie jemu.

Do­strzegł lekko przy­gar­bioną po­stać cze­ka­jącą w świe­tle la­tarni. Wje­chał na par­king i wy­siadł z sa­mo­chodu. Od­no­to­wał od razu, że było zu­peł­nie bez­wietrz­nie.

Edvin Gar­de­lin wy­glą­dał mło­dziej, niż Fre­drik się spo­dzie­wał, i mimo pod­pie­ra­nia się la­ską spra­wiał wra­że­nie star­szego pana w do­brej kon­dy­cji.

- Tak, to ten - po­wie­dział po tym, jak się przy­wi­tali, po­da­jąc so­bie dło­nie.

Nie­trudno było prze­oczyć sa­mo­chód. Nie­bie­skie vo­lvo było je­dy­nym wo­zem na par­kingu, nie li­cząc auta Fre­drika.

- Pew­nie uważa pan, że je­stem szur­nię­tym sta­rusz­kiem.

- Rze­czy­wi­ście tak my­ślę - stwier­dził z po­wagą Fre­drik - ale skoro już tu je­stem, to rów­nie do­brze mogę rzu­cić okiem na sa­mo­chód.

- To do­bry po­mysł.

Gar­de­lin nie mó­wił jak Go­tland­czyk. Ak­cent był go­tlandzki, ale nie ar­ty­ku­la­cja.

Fre­drik okrą­żył po­jazd i zaj­rzał do środka przez szybę z po­mocą la­tarki, którą za­brał, wy­ka­zu­jąc się prze­zor­no­ścią. Nie­wiele było wi­dać. Sa­mo­chód był pu­sty, nie li­cząc zgnie­cio­nego kubka z McDo­nalda po­zo­sta­wio­nego na pod­ło­dze przed przed­nim sie­dze­niem pa­sa­żera i zwy­cza­jo­wego wy­po­sa­że­nia w po­staci skro­baczki do szyb, mapy i trój­kąta ostrze­gaw­czego. Do­tknął drzwi. Oka­zały się za­mknięte. Ba­gaż­nik da­chowy rów­nież był za­mknięty.

W mo­men­cie, gdy pu­ścił klamkę, za­uwa­żył coś dziw­nego w bie­gną­cym wzdłuż bia­łego ba­gaż­nika czar­nym pa­sku de­ko­ra­cyj­nym. Wy­glą­dał, jakby od­sta­wał. Fre­drik prze­je­chał po nim pal­cem i prze­ko­nał się, że to wcale nie pa­sek de­ko­ra­cyjny, lecz czarna ta­śma, którą za­kle­jona była szcze­lina mię­dzy górną a dolną czę­ścią ba­gaż­nika. Fre­drik po­dłu­bał i ode­rwał ka­wa­łek, po czym ze­rwał resztę ta­śmy. Przy­kry­wała uby­tek, dziurę w pla­stiku w kształ­cie pół­kola, tuż pod zam­kiem ba­gaż­nika. Uła­mek se­kundy póź­niej wie­dział już, co się w nim znaj­do­wało. Ode­rwał szybko resztę ta­śmy i do­tknął ostroż­nie klamki. Ba­gaż­nik był otwarty. Za­pa­lił la­tarkę i pod­niósł wieko. Smród był nie­mi­ło­sierny.

Rozdział 6

W Visby te­le­fon Fre­drika ode­brała Ca­rina. Nie uwa­żał, by to, że ode­brała ko­bieta, miało duże zna­cze­nie, ale kiedy roz­ma­wiał te­le­fo­nicz­nie z Ca­riną, oczami wy­obraźni wi­dział jej mun­dur, a gdy z Anną, cy­wilną re­cep­cjo­nistką w cen­trali - spodnie w wę­żowy wzór. Trudno było uciec od my­śli, że wno­siły po­wiew świe­żo­ści do wszech­obec­nego błę­kitu i gra­natu.

- Je­stem w Ro­ne­ham­nie. Wła­śnie zna­la­złem mar­twego męż­czy­znę w ba­gaż­niku da­cho­wym sta­rego vo­lva - po­in­for­mo­wał Fre­drik, nie tłu­ma­cząc, dla­czego zna­lazł się w Ro­ne­ham­nie. Owca... to była jego pierw­sza myśl na wi­dok ofiary. Jesz­cze jedna owca. - Do­kład­niej rzecz bio­rąc, za­mor­do­wa­nego męż­czy­znę.

- Za­mor­do­wa­nego?

- Bio­rąc pod uwagę, że jest roz­pruty od gar­dła aż po kro­cze, moje po­dej­rze­nie można uznać za uza­sad­nione.

Za­pa­dło nieco dłuż­sze niż zwy­kle mil­cze­nie, za­nim Ca­rina się ode­zwała:

- W ba­gaż­niku da­cho­wym? Gdzie do­kład­nie?

- Na par­kingu przy ką­pie­li­sku.

- Za­dzwo­nię do Görana i wy­ślę lu­dzi.

- Do­bra. On tu leży od dwóch ty­go­dni albo na­wet dłu­żej. Pach­nie na­prawdę uro­czo.

- Okej.

Fre­drik po­dał nu­mer re­je­stra­cyjny vo­lva i wci­snął kla­wisz roz­łą­cza­nia.

Po­pa­trzył na Gar­de­lina, który, wsparty na la­sce, stał w kręgu bi­ją­cego od la­tarni świa­tła. Jego włosy przy­po­mi­nały świe­tli­sty hełm, a twarz - ma­skę du­cha.

- Może pan iść do domu - po­wie­dział. - Moż­liwe, że ode­zwiemy się do pana ju­tro albo w naj­bliż­szych dniach.

- Do­brze - od­parł Gar­de­lin.

- Któ­ryś z mo­ich ko­le­gów może pod­rzu­cić pana do domu, ale chwilę po­trwa, za­nim się zja­wią. Może pan za­cze­kać w sa­mo­cho­dzie.

Fre­drik zro­bił kilka kro­ków w stronę swo­jego wozu, ale Gar­de­lin go po­wstrzy­mał.

- Po­ra­dzę so­bie. To nie jest da­leko.

- Jak pan woli.

Gar­de­lin ski­nął głową i ru­szył w kie­runku domu.

- W ta­kim ra­zie do­brej nocy - po­wie­dział, pod­no­sząc dłoń w po­że­gnal­nym ge­ście.

- Do­bra­noc. - Fre­drik od­wza­jem­nił gest. - Do­brze, że pan za­dzwo­nił - do­dał.

- Tak, też tak my­ślę.

Fre­drik od­wró­cił się do vo­lva. Dziura po wy­ła­ma­nym zamku w bia­łym ba­gaż­niku ga­piła się na niego ni­czym wy­dłu­bane oko.

Kiedy świa­tło la­tarki pa­dło na dłu­gie na metr roz­cię­cie w na­brzmia­łym ciele ofiary, szok spra­wił, że Fre­drik pu­ścił wieko ba­gaż­nika. Po­czuł mdło­ści głę­boko w żo­łądku. Wi­dok był ma­ka­bryczny, a na­ra­ża­nie się na niego dłu­żej, niż to ko­nieczne, nie przy­nie­sie żad­nego po­żytku. Gdyby było ina­czej, pod­niósłby wieko po­now­nie i do­ko­nał ko­niecz­nych oglę­dzin, ale to nie na­le­żało do jego kom­pe­ten­cji.

Mdło­ści po­zo­stały gdzieś głę­boko w po­staci mgli­ście nie­swo­jego uczu­cia, ale już mu nie prze­szka­dzały. Co wię­cej, spra­wiły, że wziął się w garść.

Za­dzwo­niła ko­mórka. Ode­brał i do­biegł go za­spany głos Görana Eidego. W tle sły­szał upo­rczywy dźwięk sil­nika. Brzmiał tak, jakby Göran za­po­mniał wrzu­cić wyż­szy bieg.

- O co... - Głos od­mó­wił ko­mi­sa­rzowi po­słu­szeń­stwa. Od­chrząk­nął pro­sto do słu­chawki. - Kurde, tak to jest, jak czło­wiek pój­dzie wcze­śnie spać - po­wie­dział chra­pli­wym gło­sem. - Okej. Co tam mamy?

Fre­drik po­now­nie zdał re­la­cję.

- Do­sta­łem... - do­dał, gdy zdą­żył już prze­ka­zać naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje, ale urwał i kon­ty­nu­ował ina­czej: - To długa hi­sto­ria, ale skon­tak­to­wa­łem się mniej lub bar­dziej przy­pad­kowo z męż­czy­zną o na­zwi­sku Gar­de­lin. Za­uwa­żył, że od kilku ty­go­dni przy plaży stoi po­rzu­cone auto, więc po­my­śla­łem, że tu przy­jadę.

- Oj, wy­ka­za­łeś się wspa­nia­ło­myśl­no­ścią.

- Taaa. Zde­cy­do­wa­łem się rzu­cić okiem do­piero wtedy, gdy po­wie­dział mi, że sa­mo­chód dziw­nie pach­nie.

- Ro­zu­miem. A więc mamy mar­twego męż­czy­znę, który...

- Od dłuż­szego czasu leży w ba­gaż­niku - uzu­peł­nił Fre­drik.

- In­nymi słowy, mor­derca, o ile to mor­der­stwo, ale są­dzę, że po­win­ni­śmy wyjść z ta­kiego za­ło­że­nia, zy­skał zde­cy­do­waną prze­wagę.

Fre­dri­kowi wy­da­wało się, że sły­szy w słu­chawce głę­bo­kie wes­tchnię­cie.

- Niech Ca­rina do­wie się wszyst­kiego, co tylko moż­liwe o wła­ści­cielu. Udało jej się zna­leźć nu­mery re­je­stra­cyjne?

- Tak. Naj­wy­raź­niej Gar­de­lin roz­ma­wiał z Gu­nillą Borg w Hemse. Spraw­dzili sa­mo­chód w re­je­strze urzędu dro­go­wego.

- Ach, tak. I co?

- Nie zgło­szono kra­dzieży, jak po­in­for­mo­wał mnie Gar­de­lin.

- A nie po­szu­kali wła­ści­ciela w in­nym re­je­strze? - spy­tał Eide.

- Nic mi na ten te­mat nie wia­domo, ale, jak po­wie­dzia­łem, roz­ma­wia­łem tylko z Gar­de­li­nem.

- Ca­rina się tym zaj­mie.

- Okej.

- Do­bra, będę za kwa­drans.

- Jest coś jesz­cze.

- Co ta­kiego?

- Owca.

- Cho­lera, co ma do rze­czy owca? - spy­tał Eide.

- Znasz te domki przy plaży w Hus?

- Ja­sne, że tak.

- Je­den z wła­ści­cieli zna­lazł wczo­raj w swoim domku mar­twą owcę.

- Mar­twą owcę - po­wtó­rzył Eide, a w jego gło­sie po­brzmie­wała iry­ta­cja.

- Tak. To w tej spra­wie po­je­cha­li­śmy tam z Gu­sta­vem. Za­dzwo­niła Gu­nilla Borg...

- Ja­sne - wtrą­cił nie­cier­pli­wie ko­mi­sarz - ale jaki to ma, cho­lera, zwią­zek z...

Fre­drik mu prze­rwał:

- Była roz­pruta od gar­dła aż po kro­cze czy jak na­zwać to, co ma tam owca, a wnętrz­no­ści były roz­rzu­cone wo­kół po ścia­nach i su­fi­cie.

- O kurwa! - za­klął Eide.

- A bio­rąc pod uwagę za­pach, le­żała tam od pew­nego czasu.

Na chwilę za­pa­dło mil­cze­nie. Fre­drik sły­szał tylko wście­kłe za­wo­dze­nie sil­nika sa­mo­chodu Görana Eidego. Wy­da­wało się, że in­for­ma­cja o owcy wstrzą­snęła nim bar­dziej niż ta o mar­twym męż­czyź­nie.

- A wła­ści­ciel domku? Gdzie on te­raz jest?

- Mieszka w Etel­hem.

- Za­dzwoń do niego. Albo przyj­dzie z klu­czem, albo do­sta­niemy się tam in­nym spo­so­bem. Do­pil­nuj­cie, żeby za­bez­pie­czyli te­ren. - Eide się roz­łą­czył.

Fre­drik za­dzwo­nił do biura nu­me­rów, by za­py­tać o te­le­fon Bengta Gu­sta­vs­sona. Po­pro­sił ope­ra­tora, by prze­łą­czył go da­lej, i wy­słał nu­mer ese­me­sem. Po siód­mym sy­gnale ode­brała Britt Gu­sta­vs­son. Po­cząt­kowo skon­ster­no­wana, w końcu po­dała ospale nu­mer te­le­fonu męża. Fre­drik zła­pał Gu­sta­vs­sona w dro­dze z pracy do domu.

- Rzadko mie­wam czas wolny o tej po­rze roku. Knajpa w cen­trum mia­sta. Pełne ob­ło­że­nie, dzień i noc. Zuc­chini, może pan sły­szał.

- Tak, by­łem tam prze­jaz­dem - od­parł Fre­drik i do­dał w du­chu: Tylko na ze­wnątrz.

Nie za­mie­rzał wda­wać się w szcze­góły. Wy­tłu­ma­czył szybko, w ja­kiej spra­wie dzwoni, nie wspo­mi­na­jąc ani sło­wem o mar­twym męż­czyź­nie zna­le­zio­nym w ba­gaż­niku da­cho­wym.

- Po­wie­si­łem tam kłódkę. Ra­czej pro­wi­zorka, żadne za­bez­pie­cze­nie. Otwar­cie jej nie bę­dzie szcze­gól­nie trudne, po­dob­nie jak ostrożne prze­pi­ło­wa­nie.

- W ta­kim ra­zie je­ste­śmy umó­wieni.

- Ja­sne. Do­zór po­li­cyjny ma więk­szą moc niż ba­dziewna kłódka - od­parł ze śmie­chem Gu­sta­vs­son.

- Nie wiem, czy mogę obie­cać sku­tecz­ność - po­wie­dział Fre­drik - ale sta­ramy się zo­sta­wiać ja­kieś za­bez­pie­cze­nie.

- W po­rządku. Ju­tro i tak się tam wy­biorę. Roz­ma­wia­łem z ubez­pie­czy­cie­lem, a poza tym mają przy­słać ko­goś z firmy de­zyn­fek­cyj­nej.

- Oba­wiam się, że bę­dzie pan mu­siał od­wo­łać czysz­cze­nie - po­in­for­mo­wał go Fre­drik.

- Aha... a kiedy będą mo­gli przy­je­chać?

- Na ra­zie trudno mi od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Za­leży, co znaj­dziemy.

- Tak, ja­sne. - Głos Gu­sta­vs­sona za­brzmiał nieco mniej dziar­sko. - Pro­szę o wia­do­mość, jak tylko bę­dzie­cie coś wie­dzieli.

- Oczy­wi­ście - od­rzekł Fre­drik.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej Gu­stav był na miej­scu. Ca­rina wy­słała rów­nież lu­dzi z Visby, ale mieli do prze­by­cia zde­cy­do­wa­nie dłuż­szą drogę.

Po­mo­gli w za­bez­pie­cze­niu te­renu. Prze­cią­gnęli nie­bie­sko-białą ta­śmę wo­kół drogi przed par­kin­giem i ob­szer­nego te­renu w kie­runku plaży. Póź­niej zo­sta­wili Fre­drika sa­mego na par­kingu i po­je­chali za­bez­pie­czyć te­ren wo­kół domku Gu­sta­vs­sona.

Zro­biło się ciemno na tyle, na ile mo­gło się ściem­nić ty­dzień po nocy świę­to­jań­skiej.

Fre­drik zo­stał sam na sam z mar­twym męż­czy­zną.

Po­pa­trzył w kie­runku mo­rza. Na wscho­dzie było czarno. Roz­le­gał się de­li­katny plusk fal ude­rza­ją­cych o brzeg, skąd nie­mrawo do­pły­wał po­wiew cie­pła. My­śli Fre­drika la­wi­ro­wały mię­dzy mar­twym męż­czy­zną, po­zo­sta­wio­nym w ba­gaż­niku da­cho­wym, a owcą za­szlach­to­waną w domku. Co to ozna­czało? Czy ist­niał mię­dzy nimi ja­kiś zwią­zek, czy to tylko ma­ka­bryczny zbieg oko­licz­no­ści? Prze­biegł wzro­kiem za­bez­pie­czony te­ren. Za­rdze­wiałe vo­lvo z gminy Na­cka na par­kingu w za­pa­dłej go­tlandz­kiej dziu­rze oka­zało się ostat­nim albo też przed­ostat­nim miej­scem spo­czynku męż­czy­zny, który miał jesz­cze przed sobą wiele lat ży­cia. Bar­dzo się spóź­nili. Dwa ty­go­dnie? Wię­cej? Lu­dzie prze­cho­dzili tędy, wy­dep­tu­jąc i roz­grze­bu­jąc te­ren wo­kół. Plaże były sprzą­tane. Do­brze, że nie pa­dał deszcz. To je­dyna po­zy­tywna oko­licz­ność.

Pół go­dziny póź­niej zja­wił się Göran Eide z trzema pra­cu­ją­cymi na noc­nej zmia­nie ko­le­gami z Wy­działu Kry­mi­nal­nego. Tech­nik kry­mi­nalny Eva Kar­lén wy­cią­gnęła ze swo­jego sa­mo­chodu lekki me­ta­lowy sta­tyw, który miał jej po­móc w zro­bie­niu zdjęć. Ko­bieta stała sta­bil­nie na naj­wyż­szym stop­niu dra­biny, na tle nie­bie­skiego pla­stiku wy­róż­niały się białe spor­towe buty. Silne bły­ski fle­sza prze­ci­nały raz po raz ciem­ność. Göran Eide ostroż­nie prze­pa­trzył kie­sze­nie kurtki męż­czy­zny, szu­ka­jąc do­wodu toż­sa­mo­ści, ale ni­czego nie zna­lazł. Przy sto­pach le­żała czarna spor­towa torba, którą wy­cią­gnęli i przej­rzeli. Za­wie­rała tro­chę ubrań i kilka in­nych przed­mio­tów, ale nic, co mo­głoby wska­zy­wać na to, kim był za­mor­do­wany.

Fre­drik i Gu­stav sku­pili się wo­kół Görana ra­zem z Ove Gahn­strömem i Len­nar­tem Svens­so­nem. Ove spra­wiał wra­że­nie cier­pią­cego, jakby był go­tów od­dać wszystko w za­mian za moż­li­wość po­zo­sta­nia w łóżku. Ciemne włosy miał na­stro­szone, a pod­krą­żone oczy same mu się za­my­kały. Gu­stav wy­glą­dał na wy­po­czę­tego i nie­wzru­szo­nego. Naj­wy­raź­niej nie zdą­żył się jesz­cze po­ło­żyć, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon. Ove oparł swoje słusz­nej po­stury ciało o sa­mo­chód Fre­drika.

Był od niego star­szy, ale nie­dużo, miał może czter­dzie­ści pięć lat. Len­nart Svens­son był w wieku ko­mi­sa­rza, miał ja­kieś pięć­dzie­siąt pięć lat, choć można by mu dać i sześć­dzie­siąt. Bar­dziej siwy niż przy­pró­szony si­wi­zną, wy­soki, szczu­pły i ogo­rzały. Stali ra­zem w kurt­kach i ma­ry­nar­kach. Moda na no­sze­nie ze sobą broni służ­bo­wej stała się zwy­cza­jem, ale oni nie za­wsze ją brali.

- Wła­ści­ciel sa­mo­chodu na­zywa się Jo­nas Fri­berg i mieszka w Na­cka - za­czął Göran.

Ove Gahn­ström wy­pro­sto­wał się i po­tarł oczy kciu­kiem pra­wej dłoni oraz pal­cem wska­zu­ją­cym.

- Był żo­naty z Li­se­lott Fri­berg, która także mieszka w Na­cka ra­zem z dwójką ich wspól­nych dzieci - mó­wił da­lej Göran. - Pró­bo­wa­łem do­dzwo­nić się pod nu­mer do­mowy. Nikt nie od­biera. Za­te­le­fo­no­wa­łem rów­nież do jego by­łej żony i wy­stra­szy­łem ją na tyle, na ile może wy­stra­szyć mor­der­stwo. Nie znała pla­nów wa­ka­cyj­nych Jo­nasa poza tym, że obie­cał wziąć dzieci na dwa ty­go­dnie w sierp­niu. - Po­pra­wił pal­cem wska­zu­ją­cym oku­lary i przej­rzał no­tatki. - Fri­berg ma udziały w spółce pro­wa­dzą­cej han­del de­ta­liczny w branży spo­żyw­czej.

- Co to ozna­cza? Jest wła­ści­cie­lem ja­kie­goś su­per­mar­ketu? - spy­tał Len­nart.

Göran pod­niósł wzrok znad no­tat­nika.

- Praw­do­po­dob­nie coś w tym stylu, tak. Na­to­miast kim jest ten, który tam leży, to się okaże - po­wie­dział i ski­nął głową w kie­runku ba­gaż­nika vo­lvo. - Przy odro­bi­nie szczę­ścia bę­dzie miał port­fel w tyl­nej kie­szeni spodni, ale mu­simy wstrzy­mać się z za­bra­niem ciała. Boję się, że się roz­pad­nie, jak za­czniemy je ru­szać.

Göran za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem, któ­rego wy­że­brał wcze­śniej od jed­nego z ko­le­gów po­rząd­ko­wych. Cie­szył się złą sławą na­ło­gowca, który nie ku­puje pa­pie­ro­sów. Miało mu to po­móc w rzu­ce­niu pa­le­nia. Jak do tej pory nie przy­nio­sło efektu, ale nie prze­szko­dziło, jak twier­dzili ko­le­dzy, w tym, żeby ro­bić to la­tami.

- Ta owca - pod­szedł do Fre­drika - może być nie­ważna, ale rów­nie do­brze może być ja­koś po­wią­zana ze śmier­cią tego czło­wieka. Czy mo­żesz za­dzwo­nić do Gu­sta­vs­sona i po­wie­dzieć mu, że od­wie­dzę go jesz­cze dziś, by z nim po­roz­ma­wiać? Wpadnę do niego w dro­dze do domu, o ile nie zrobi się cho­ler­nie późno. Przy odro­bi­nie szczę­ścia może się oka­zać, że jesz­cze nie śpi.

- Tak chyba bę­dzie naj­le­piej. Spra­wia wra­że­nie sym­pa­tycz­nego go­ścia - od­parł Fre­drik.

- Świet­nie - stwier­dził Göran, przy­mie­rza­jąc się do po­działu ko­lej­nych za­dań.

Ko­mórka Fre­drika za­dzwo­niła w tej sa­mej chwili, w któ­rej wziął ją do ręki. "Dom" - wid­niało na wy­świe­tla­czu. Zu­peł­nie za­po­mniał za­dzwo­nić do Ninni. Jak długo go nie było? Co naj­mniej pół­to­rej go­dziny.

- Cześć, prze­pra­szam, że się nie ode­zwa­łem.

- Boże, gdzie ty je­steś? Czy coś się stało?

- Można tak po­wie­dzieć, ale nie mnie - do­dał po­spiesz­nie. - Oka­zało się jed­nak, że coś jest nie tak z tym sa­mo­cho­dem.

- Aha. A co? - spy­tała Ninni gło­sem peł­nym ulgi.

- Hmmm - zwle­kał z od­po­wie­dzią - nie mogę o tym te­raz opo­wia­dać.

- Ro­zu­miem. Do­brze się stało, że po­je­cha­łeś.

- Tak, chyba tak. Słu­chaj, mu­szę koń­czyć. To po­trwa jesz­cze pew­nie go­dzinę lub dwie.

- Czy przy­pad­kiem w le­cie nie miało być spo­koj­niej? Czy to może wy­ją­tek, który po­twier­dza re­gułę?

Fre­drik się ro­ze­śmiał.

- Ra­czej to dru­gie. Z pew­no­ścią tak można by to okre­ślić.

Zer­k­nął w kie­runku Görana Eidego.

- Mu­szę wy­ko­nać ko­lejny te­le­fon, ale za­dzwo­nię do cie­bie nieco póź­niej.

- Już jest późno - stwier­dziła Ninni.

- Okej. To gdy bę­dzie bar­dzo późno. Jak długo bę­dziesz jesz­cze na no­gach?

- Nie wiem. Pew­nie za­snę na ka­na­pie.

Rozdział 7

O wpół do ósmej rano roz­dzwo­nił się bu­dzik, wy­ry­wa­jąc Fre­drika ze snu. Męż­czy­zna mo­men­tal­nie pod­niósł się z łóżka i wkro­czył do kuchni, ema­nu­jąc ener­gią. Spał cztery i pół go­dziny.

Na­sta­wił eks­pres do kawy i rów­nie ener­gicz­nie udał się do ła­zienki. Le­d­wie zdą­żył za­krę­cić kran pod prysz­ni­cem i wró­cić do kuchni, a już ostat­nie kro­ple zdą­żyły spaść do dzbanka z kawą. Wlał kawę do du­żego kubka i do­dał tro­chę mleka. Od­wró­cił się od zlewu i w progu uj­rzał zie­wa­jącą Ninni. Z lekko zmierz­wio­nymi wło­sami, nie do końca obu­dzona i nieco oszo­ło­miona była za­bój­czo sek­sowna. Seks o po­ranku... Mi­nęły wieki od czasu, gdy ostat­nio mieli oka­zję so­bie na to po­zwo­lić, po­my­ślał. Z dru­giej strony nie tak trudno było stłu­mić po­żą­da­nie, je­śli za­le­d­wie kilka go­dzin wcze­śniej wpa­try­wało się w na wpół nad­gniłe ciało czło­wieka.

Ninni opa­dła na jedno z ja­sno­sza­rych so­sno­wych krze­seł.

- Masz siłę zro­bić mi kawę?

Miał. Po­dzię­ko­wała za nią, zie­wa­jąc. Fre­drik przy­go­to­wał so­bie ka­napkę - go­to­wana szynka na duń­skim żyt­nim pie­czy­wie - i zjadł ją na sto­jąco.

- Chcesz ka­napkę? - spy­tał żonę, jed­no­cze­śnie prze­żu­wa­jąc.

- Wy­da­jesz się szczę­śliwy z po­wodu tego mor­der­stwa - za­uwa­żyła Ninni.

Udał, że się naj­pierw kuli, po czym się wy­pro­sto­wał.

- Przy­znam, że to dość ma­ka­bryczna uwaga.

- Uhm, ale tak to wy­gląda - upie­rała się Ninni.

- Nie je­stem szczę­śliwy z po­wodu mor­der­stwa, do ja­snej cho­lery! - Fre­drik się wzdry­gnął.

- A co? Było aż tak straszne? - spy­tała Ninni nie bez bły­sku za­cie­ka­wie­nia w jesz­cze przed chwilą apa­tycz­nym wzroku.

- Ow­szem. Jak ci po­wiem wię­cej, po­ża­łu­jesz, że spy­ta­łaś.

- Na­prawdę?

- Tak.

Po­pa­trzył na Ninni w mil­cze­niu.

Był ra­czej był w peł­nej go­to­wo­ści niż szczę­śliwy. To, co się wczo­raj wy­da­rzyło, było wy­zwa­niem, za­równo dla niego, jak i dla in­nych po­li­cjan­tów. Oczy­wi­ście, że czuł się zmo­ty­wo­wany. Żoł­nierz się mo­bi­li­zo­wał, gdy wy­bu­chała wojna, stra­żak, kiedy za­czy­nało się pa­lić. Po­pa­trzył na ze­gar wi­szący na ścia­nie w kuchni.

- Mu­szę je­chać - po­wie­dział i wy­cho­dząc, po­ca­ło­wał Ninni w po­li­czek.

Ze wschodu wiał lekki wiatr, a nad li­nią brze­gową prze­su­wał się pas ob­ło­ków. Fre­drik wsiadł do sa­mo­chodu i miał wła­śnie za­trza­snąć drzwi, gdy usły­szał głos Eskila:

- Halo...

Na­stą­piła długa, nie­zno­śna pauza. Ten czło­wiek ma trudną do wy­tłu­ma­cze­nia umie­jęt­ność za­trzy­my­wa­nia in­nych, po­my­ślał Fre­drik. Nie uda­wało się prze­mknąć obok wścib­skiego są­siada, trzeba było po­świę­cić mu czas, któ­rego te­raz nie miał w nad­mia­rze.

- Dziś rów­nież za­po­wiada się ładny dzień.

Eskil, jak za­wsze w nie­bie­skim kom­bi­ne­zo­nie, stał na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach, lekko od­chy­lony do tyłu.

- Ow­szem - przy­tak­nął Fre­drik.

Eskil trzy­mał na smy­czy psa, który wę­szył przy sa­mo­cho­dzie. Stra­te­giczny chwyt ma­jący po­wstrzy­mać Fre­drika przed za­trza­śnię­ciem drzwi.

- Czy ja wiem - od­parł Eskil i prze­su­nął dło­nią po bro­dzie, jakby to, co mó­wił, wy­ma­gało jed­no­cze­śnie ma­so­wa­nia szczęki.

Fre­drik od­cze­kał i pró­bo­wał ukryć znie­cier­pli­wie­nie.

- Ostat­nio spo­tka­łem Edvina Gar­de­lina - pod­jął Eskil. - To zna­jomy z Ro­ne­hamnu. Stary przy­ja­ciel mo­jego ojca. Iry­to­wał go źle za­par­ko­wany wóz tu­ry­sty i sam nie wiem, czy źle zro­bi­łem, ale po­zwo­li­łem so­bie dać mu nu­mer do cie­bie.

- Tak, roz­ma­wia­łem z nim - rzu­cił szybko Fre­drik.

- Taaa? - Eskil wy­ba­łu­szył oczy, oka­zu­jąc zdzi­wie­nie.

W ta­kim ra­zie Eskil nie zdą­żył po­roz­ma­wiać z Gar­de­li­nem i jesz­cze ni­czego nie wie­dział, oce­nił w du­chu Fre­drik.

- Wy­daje mi się, że sprawa z sa­mo­cho­dem się wy­ja­śniła - po­wie­dział i po­ło­żył dłoń na klamce drzwi­czek.

Je­śli Eskil za­uwa­żył ten sy­gnał, to nie dał tego po so­bie po­znać.

- Taa? - po­wtó­rzył. - To bar­dzo do­brze. W ta­kim ra­zie do­brze żem zro­bił.

- Można tak po­wie­dzieć - przy­znał Fre­drik.

Eskil po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem, ro­biąc po­ważną minę.

- Mu­szę je­chać - pod­kre­ślił Fre­drik i przy­mknął drzwiczki.

Pies wy­da­wał się tym nie­po­ru­szony i wci­snął się głę­biej w szparę nie­do­mknię­tych drzwi­czek.

- Może trza za­dzwo­nić do Gar­de­lina.

- Tak. Mo­żesz to zro­bić.

- Taa.

Fre­drik uru­cho­mił sil­nik, a Eskil w końcu za­wo­łał psa i obaj usu­nęli się z drogi.

Naj­póź­niej za kilka mi­nut Eskil po­roz­ma­wia z Gar­de­li­nem, do­szedł do wnio­sku Fre­drik. Zresztą w wie­czor­nych wia­do­mo­ściach po­da­dzą in­for­ma­cje o mor­der­stwie, a wtedy Eskil przy­czepi się do niego jak rzep do psiego ogona. Ja­kimś cu­dem ta­kie wia­do­mo­ści za­wsze wy­pły­wały szyb­ciej, niż można by so­bie ży­czyć.

- Do zo­ba­cze­nia - rzu­cił i po­ma­chał.

- Tak, do ry­chłego.

"Do ry­chłego". Ja­sne, je­śli Fre­drik mógł być cze­goś pe­wien, to wła­śnie spo­tka­nia z są­sia­dem.

Cof­nął i za­wró­cił sa­mo­cho­dem. Eskil stał w miej­scu z psem szar­pią­cym się mię­dzy jego no­gami i po­dą­żał wzro­kiem za au­tem, jakby to, że Fre­drik od­je­chał ze swo­jej działki, było czymś naj­smut­niej­szym w ostat­nich la­tach w po­łu­dnio­wej Go­tlan­dii. O czym roz­my­ślał, gdy tak się ga­pił? Może: "Aha, przy­bysz ze sta­łego lądu wy­jeż­dża wła­śnie ze swo­jej działki". Nie­wy­klu­czone, że w ogóle nad ni­czym się nie za­sta­na­wiał. Trudny do zin­ter­pre­to­wa­nia wzrok rów­nie do­brze mógł od­zwier­cie­dlać pustkę my­ślową.

Fre­drik przy­spie­szył do setki, mi­nął pola, na któ­rych stały wieża ci­śnień i maszt te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej. Ten sam, który za­pew­niał ogra­ni­czony za­sięg w domu, mimo że wi­dzieli na­daj­niki z okna w kuchni. Do­je­chał do ob­szaru z ogra­ni­cze­niem pręd­ko­ści i zwol­nił. Przy zjeź­dzie, na po­bo­czu, stał za­par­ko­wany szary ja­guar. Zgadł, że na­leży do ja­kie­goś let­nika z Su­dret. Kie­rowca sa­mo­chodu pró­bo­wał upchnąć worki ze śmie­ciami w prze­peł­nio­nym po­jem­niku. Przed kil­koma laty gmina dra­stycz­nie pod­nio­sła opłaty za wy­wóz śmieci, po­nie­waż nowe za­sady spa­la­nia śmieci, wpro­wa­dzone przez Unię, zmu­siły Go­tlan­dię do trans­por­to­wa­nia wszyst­kich od­pa­dów na stały ląd. Ob­cią­że­nie śmie­ciami na­gle zwięk­szyło się pię­cio­krot­nie.

Fre­drik oce­nił, że fa­cet ku­pił droż­szy sa­mo­chód, niż było go stać, albo jest po­twor­nym ską­pi­ra­dłem. Kie­dyś za to za­płaci.

Skrę­cił na dzie­dzi­niec i za­par­ko­wał obok wozu Gu­stava. Wła­ści­wie po­winni jeź­dzić ra­zem. Ta myśl po­ja­wiała się w jego gło­wie za każ­dym ra­zem, gdy mi­jał sa­mo­chód Gu­stava na par­kingu i sły­szał pra­cu­jącą chłod­nicę sil­nika wła­snego auta. Na­wet o tym roz­ma­wiali. To był je­den z tych te­ma­tów, które co ja­kiś czas po­dej­mo­wali, ale jak do­tąd nic z tego nie wy­ni­kało.

- Chyba po raz pierw­szy zda­rza się, że ktoś przy­syła do są­dówki owcę - po­wie­dział Eide. - Jak we­te­ry­narz z nią skoń­czy, spro­wa­dzą ją tu, by po­rów­nać roz­cię­cia. Na pewno znaj­dzie się nie­je­den, dla któ­rego bę­dzie to nie­zła za­bawa.

- Zo­ba­czymy. - Fre­drik wzru­szył ra­mio­nami.

Sku­pili się wo­kół stołu ze­brań. Stał w sa­mym środku po­miesz­cze­nia, z dala od okien, i świa­tło wo­kół było przy­ćmione.

- Prze­pro­wa­dzi­łem krót­kie prze­słu­cha­nie Gu­sta­vs­sona wczo­raj póź­nym wie­czo­rem - cią­gnął Eide. - Nie przy­nio­sło ni­czego kon­kret­nego. Nie zna Jo­nasa Fri­berga. Nie ma po­ję­cia, dla­czego ktoś miałby zma­sa­kro­wać owcę w domku let­ni­sko­wym. Oczy­wi­ście jesz­cze do niego wró­cimy, ale od­nio­słem wra­że­nie, że był szczery. Mamy roz­prutą owcę w domku let­ni­sko­wym, a pięć­set me­trów da­lej roz­pru­tego czło­wieka w ba­gaż­niku sa­mo­cho­do­wym. Moż­liwe, że nic tych fak­tów nic nie łą­czy, ale bar­dzo praw­do­po­dobne, że w tym sa­mym cza­sie owca wy­lą­do­wała w domku, a męż­czy­zna zna­lazł się w ba­gaż­niku sa­mo­cho­do­wym.

Za­milkł, ale nikt z ze­bra­nych się nie ode­zwał.

- Zo­ba­czymy, co wy­każe ba­da­nie - pod­jął Eide i po­pa­trzył na Evę Kar­lén. - Pew­nie za wcze­śnie, aby li­czyć na pierw­sze pod­su­mo­wa­nie?

- Tak - po­twier­dziła Eva. - Obec­nie nie je­stem w sta­nie po­wie­dzieć wię­cej, niż sami wie­cie.

- Daj znać, je­śli ta sprawa okaże się dla cie­bie zbyt trudna. Mo­żemy zor­ga­ni­zo­wać po­siłki ze Sztok­holmu - stwier­dził Göran.

- Do­brze - obie­cała Eva - ale na ra­zie nie ma po­trzeby.

Ko­mi­sarz ski­nął głową.

- Chcia­łem się tylko upew­nić.

- Okej - od­parła Eva.

- Chyba za bar­dzo wy­bie­gamy w przy­szłość - za­uwa­żył Ove Gahn­ström.

Mimo cie­płej po­gody no­sił zie­loną wia­trówkę z lekko wy­strzę­pio­nymi rę­ka­wami. Nikt ma­jący mniej niż pięć­dzie­siąt pięć lat nie chciałby, żeby zna­le­ziono go mar­twego w czymś ta­kim na grzbie­cie, po­my­ślał nie­ocze­ki­wa­nie Fre­drik. Gahn­strömowi po­zo­stało dzie­sięć lat do pięć­dzie­sią­tych pią­tych uro­dzin.

- Owca... po­tworne mor­der­stwo... - mó­wił da­lej Ove.

- O ile nie cho­dzi o praw­dziwe wy­na­tu­rze­nie - wtrą­cił Gu­stav.

Ove był wszech­stron­nym i spryt­nym po­li­cjan­tem o dość trzeź­wym umy­śle. Może wła­śnie dla­tego cza­sami trudno było od­gad­nąć, do czego zmie­rzał.

- Zo­stawmy to na ra­zie - wtrą­cił Göran. - Mar­twy męż­czy­zna w ba­gaż­niku da­cho­wym. - Urwał i skrzy­wił się, wy­raź­nie nie­za­do­wo­lony z okre­śle­nia, ja­kiego użył, choć na­zwał rzecz po imie­niu. - Mar­twy męż­czy­zna - pod­jął - miał w jed­nej z kie­szeni port­fel z do­wo­dem toż­sa­mo­ści. Za­kła­da­jąc, że na­le­żał on do za­mor­do­wa­nego, co nie jest ta­kie oczy­wi­ste, mu­simy przy­jąć, że nie był wła­ści­cie­lem sa­mo­chodu.

- W ta­kim ra­zie kim? - spy­tał Fre­drik.

- Ten do­wód to nie­miecki pasz­port wy­sta­wiony na Wal­tera Jun­gera z Syltu.

- Syltu? - po­wtó­rzył z krzy­wym uśmie­chem Len­nart. Spra­wiał wra­że­nie, jakby chciał wy­gło­sić ja­kąś uwagę.

- Nie­miecka wy­spa na Mo­rzu Pół­noc­nym - wy­tłu­ma­czyła Eva.

Len­nart się wy­pro­sto­wał, a jego usta roz­cią­gnęły się w uśmie­chu.

- Przy sa­mej gra­nicy z Da­nią - do­dał Eide. - We­dług in­for­ma­cji, które udało nam się zdo­być, wśród za­gi­nio­nych nie fi­gu­ruje ża­den Wal­ter Jun­ger. Dziś skon­tak­tu­jemy się z nie­miecką po­li­cją.

- Może był tu na wa­ka­cjach - za­uwa­żył Ove.

- To roz­sądne za­ło­że­nie. Mamy na­dzieję, że w ciągu dnia uda nam się zdo­być dane Niemca. Wła­ści­ciela sa­mo­chodu już na­mie­rzy­li­śmy. To je­dyna pewna in­for­ma­cja, którą dys­po­nu­jemy. Sa­mo­chód stał - Eide prze­biegł wzro­kiem no­tatki - przez mi­ni­mum ty­dzień, może dwa ty­go­dnie, we­dług ze­znań świadka. Nie zgło­szono jego kra­dzieży, a to musi coś ozna­czać. Mor­dercą jest wła­ści­ciel sa­mo­chodu albo wła­ści­ciel też zo­stał za­bity lub to on le­żał w ba­gaż­niku z we­tknię­tym w kie­szeń spodni pasz­por­tem ko­goś in­nego. Moż­liwe też, że vo­lvo ukra­dziono z ob­la­nej słoń­cem ulicy w Na­cka, pod­czas gdy wła­ści­ciel spę­dzał wa­ka­cje po dru­giej stro­nie kuli ziem­skiej.