Wyspa słońca - Ewa Salwin

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (26,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Mia­rowe skro­ba­nie ołówka o pa­pier od­mie­rzało upływ ko­lej­nych go­dzin. Noce w tym mie­ście mi­jały po­woli, za­wsze tak samo, bez unie­sień i w ci­szy, którą tak lu­bił. Mógłby na­wet po­lu­bić N-sk, gdyby nie to, że nie mógł w nim zna­leźć sta­łego za­ję­cia. Ba - w ca­łym kraju nie było za­ję­cia dla ta­kiego jak on.

Uśmiech­nął się do tej my­śli. Już na­wet go nie smu­ciła. Ot, przy­szła, niech sie­dzi...

- Mi­sza...

Ode­rwał wzrok od stosu po­kre­ślo­nych kar­tek. Żona, wró­ciw­szy wła­śnie z noc­nej zmiany w fa­bryce obu­wia, wie­szała palto na haku u drzwi.

- Znów pa­lisz świa­tło? - za­py­tała z wy­rzu­tem Nina. - Licz­nik aż hu­czy, Ko­rot­kina znowu się skar­żyła...

Zga­sił lampkę i wstał. Stali przed sobą w pół­mroku. Pod­szedł do żony i ob­jął ją. Szarp­nęła się z bo­le­snym sy­kiem. Jesz­cze przez chwilę szu­kał jej ust w sza­rym świe­tle przed­świtu, lecz nada­remno.

- Znowu wy­płatę za­trzy­mują - po­wie­działa.

Otarła łzy wierz­chem dłoni, po­de­szła do tap­czanu i za­częła się roz­bie­rać do snu.

Nie pa­trzył na nią. Chwi­lowy przy­pływ po­żą­da­nia od­pełzł za piec, w któ­rym od mie­sięcy nie było ani ka­wałka drewna. Na po­czątku zimy pa­lili ga­ze­tami i tym, co udało się zna­leźć na śmiet­ni­kach, te­raz, w marcu, grzała ich je­dy­nie ni­kła na­dzieja na ko­niec kosz­maru, w ja­kim przy­szło im żyć.

- Na­pi­sa­łeś coś?

Drgnął i zer­k­nął na żonę. Stała nad po­dra­paną umy­walką, naga od pasa w górę, i myła się pod pa­chami. Do­le­ciał go za­pach my­dlin oraz coś jakby echo la­wen­do­wych per­fum.

- Iwa­now od­rzu­cił rę­ko­pis Ma­łego czło­wieka - mruk­nął bez związku z py­ta­niem.

Nina wy­tarła się ręcz­ni­kiem i w sku­pie­niu wło­żyła ko­szulę nocną. Sły­szał, jak sza­moce się z rę­ka­wem. Biała, jędrna pierś przez kilka se­kund po­zo­sta­wała na wi­doku, lecz za­nim zdą­żył co­kol­wiek po­czuć, skryła się pod wy­tar­tym je­dwa­biem.

- Że Ma­łego czło­wieka nie pusz­czą, to ci mó­wi­łam. Ale czy dziś coś na­pi­sa­łeś?

Spoj­rzał na stos kar­tek.

- Nie... Tego też nie pusz­czą.

Prych­nęła z dez­apro­batą, wła­żąc pod koł­drę. Zmiął kartkę i rzu­cił pod stół.

- Ni­noczka...

Pod­nio­sła głowę sen­nym, po­wol­nym ru­chem. Czarny war­kocz zwi­nął się na po­duszce ni­czym wąż.

- Czego?

- A pa­mię­tasz, jak ci przed ZAGS-em[1] obie­cy­wa­łem, że ku­pię ci su­kienkę?

- Mhm.

- Ku­pię ci ją, jak Boga ko­cham!

- Mi­szeńka, prze­cież ty je­steś ate­ista.

Przy­gryzł wargę. Nie wia­domo skąd po­czuł w ustach gorzki smak ty­to­niu. Pod­szedł do umy­walki i splu­nął; w bą­bel­kach śliny do­strzegł ma­leńki ka­wa­łek ma­chorki z pa­pie­rosa, któ­rego wy­pa­lił przed pół­nocą.

- Wcale nie, Ni­noczka. Tylko na cóż mi wiara w Boga, skoro rzą­dzą sza­tani!

- Nie fi­lo­zo­fuj, daj spać - mruk­nęła sen­nie.

Po­mil­czał chwilę, na­słu­chu­jąc jej od­de­chu. Kiedy za­snęła, usiadł przy chy­bo­tli­wym biurku i wziął do ręki che­miczny ołó­wek. Ssał go przez chwilę; usta wy­peł­nił smak drewna oraz dziwna go­rycz. Wy­jął ołó­wek, prze­tarł man­kie­tem ko­szuli i na­pi­sał:

Anna Mi­cha­iłowna Wo­ro­nina szła sze­ro­kim go­ściń­cem.

Go­ściń­cem?! Szła? Hra­bina SZŁA go­ściń­cem? Nie, tak nie może być, nie przy­stoi... Prze­kre­ślił i na­pi­sał od nowa:

Anna Mi­cha­iłowna Wo­ro­nina je­chała go­ściń­cem.

Czym je­chała? Po co, do kogo? W gło­wie miał pustkę. Bo­lały go oczy, czuł, że jesz­cze chwila, a za­śnie. Na­gle oczyma wy­obraźni zo­ba­czył sam sie­bie, jak sie­dzi przy biurku, przy­sy­pia i w tej se­kun­dzie, gdy głowa opada na blat, tkwiący w dłoni na sztorc ołó­wek wbija się z im­pe­tem w oko. Wi­zja prze­ra­ziła go, krzyk­nął ci­cho.

Nina po­ru­szyła się przez sen.

"Tak - my­ślał. - Hra­bina, wy­zy­ski­waczka ludu pra­cu­ją­cego, je­dzie go­ściń­cem do dworu swego ko­chanka. Konno, sama, w nocy... Czort, nie pusz­czą tego!"

Zmiął kartkę i ci­snął pod stół. Roz­wią­zła Anna Mi­cha­iłowna przy­tu­liła się do nie­do­koń­czo­nego ary­sto­kraty we fraku, który wra­cał z rautu. Mi­chaił kop­nął zwi­tek i hra­bina przy­lgnęła do ściany.

- Tak le­piej - mruk­nął.

"A gdyby tak im coś za­re­kwi­ro­wać w imie­niu Re­wo­lu­cji? Gdyby ona wła­śnie szła do koł­chozu, aby od­dać tam sie­bie i swoje do­bra prze­wod­ni­czą­cemu? A po­tem wy­da­łaby rów­nież dwór tego bo­ga­cza we fraku?... Hm-hm!"

Schy­lił się i pod­niósł kartkę z Anną Mi­cha­iłowną. Ostroż­nie wy­gła­dził po­mięty pa­pier naj­do­kład­niej, jak tylko po­tra­fił. Już pi­sa­nie samo w so­bie na tak nie­rów­nej po­wierzchni było nie­zbyt wy­godne.

"Trzeba ją ubrać skrom­nie i ja­koś tak po­cią­ga­jąco. Ale bez prze­py­chu... A może wła­śnie z prze­py­chem? Jak się ten ma­te­riał na­zy­wał...? Nina by wie­działa".

Wstał i pod­szedł do żony. Spała na boku, pół­na­gim ra­mie­niem obej­mu­jąc róg koł­dry. Skóra, blada i gładka, zda­wała się świe­cić w sza­ro­ści świtu; do­tknął jej dwoma pal­cami. Po­kryta gę­sią skórką była zimna jak u nie­boszczki.

- Daj mi spo­kój.

Od­sko­czył. Lecz suk­nia hra­biny nie da­wała mu spo­koju.

- N-i-i-i-n...

- Czego?

- Jak się ten ma­te­riał na­zy­wał, z któ­rego ty su­kienkę chcia­łaś?

- Czort by cie­bie po­rwał! Daj spać.

- Ni­noczka, po­wiedz, du­szyczko. Po­tem śpij so­bie choć do ju­tra, ale po­wiedz. Chcę w po­łu­dnie pójść do Iwa­nowa z no­wym rę­ko­pi­sem. Opo­wia­da­nie pusz­czą.

- Me­teor.

- Me­teor - po­wtó­rzył. - Dzię­kuję, du­szyczko.

- Żeby cię pie­kło po­chło­nęło... - mruk­nęła.

Wró­cił do biurka i za­czął pi­sać. Po­sta­no­wił, że le­piej bę­dzie, je­śli hra­bina pój­dzie pie­szo do za­rządu koł­chozu, w dzień, ubrana w wy­de­kol­to­waną suk­nię z me­te­oru, szu­miąc je­dwa­biami i pach­nąc cy­ga­rem... Stop, ko­bieta i cy­garo? To ta­kie... Hm, może i nie­złe? Sym­bol ze­rwa­nia ze zgniłą ka­pi­ta­li­styczną oby­cza­jo­wo­ścią, pierw­szy znak prze­bły­sku no­wej, słusz­nej idei w za­ku­tym umy­śle wy­zy­ski­waczki pra­cu­ją­cego ludu? Gdyby trak­tor, to ja­sne, ale cy­garo... No i ten me­teor, je­dwa­bie... Ech! Kulka w łeb, jak nic.

Już nie pa­mię­tał, jak sma­kuje do­bry ty­toń. Nie pa­mię­tał też pra­wie nic z tego, co sta­no­wiło treść jego po­przed­niego ży­cia. Obec­nie od­dy­chał stra­chem i było mu co­raz to dusz­niej w tym no­wym, wy­ko­le­jo­nym świe­cie, gdzie daw­nych bo­gów strą­cono w prze­paść. Stary świat spły­nął krwią, on­giś za­mknięte w głę­bi­nach kró­le­stwa mroku cy­klopy ob­jęły wła­dzę i - ślepe, bez­duszne, po­słuszne naj­niż­szym in­stynk­tom - nisz­czyły wszystko, co przy­po­mi­nało im o daw­nym po­rządku.

N-sk stał się czer­wony nie do znie­sie­nia, lecz ucie­kać mał­żon­ko­wie nie mieli do­kąd. Kil­ku­krot­nie pro­po­no­wano im wy­jazd w pół­le­gal­nym trans­por­cie, Mi­chaił jed­nak od­ma­wiał, raz za ra­zem. Bał się, że Nina nie znie­sie po­dróży przez zimny, pu­sty kraj. Była wów­czas w dru­gim mie­siącu ciąży. Nie wy­je­chali, lecz nie­szczę­ście i tak ich do­pa­dło - pew­nego dnia Nina ze­mdlała przy swoim sta­no­wi­sku w fa­bryce.

Gdy prze­wie­ziono ją do szpi­tala, do­wie­dzieli się, że dziecko nie żyje. Było to nie­mal rok temu, w po­ło­wie marca. Od tam­tego czasu Fli­sow nie zbli­żał się do żony; ogra­ni­czał się do po­ca­łun­ków, któ­rych ni­gdy nie od­da­wała.

Pi­sał da­lej. Hra­bina prze­szła przez las, do­tarła do koł­chozu. W za­rzą­dzie ni­kogo nie było. Mi­chaił zmu­sił Annę Mi­cha­iłownę do oglą­da­nia wsi, za­pro­wa­dził ją do ja­kiejś szopy, gdzie po raz pierw­szy w ży­ciu ary­sto­kratka uj­rzała cie­lątko. Za­ko­chaw­szy się w nim bez pa­mięci i po­now­nie, tylko już pod nieco in­nym ką­tem, oglą­da­jąc wio­skę, wró­ciła do za­rządu. Prze­wod­ni­czący koł­chozu przy­jął ją życz­li­wie i po wszyst­kim na­wet za­pi­sał na li­stę do­ja­rek...

- Bez­sens! - wy­rwało się Mi­cha­iłowi.

Po­darł kartkę z opi­sami pól, zboża oraz śli­nią­cego się cie­laczka.

Na­pi­sał od nowa. Znów wy­szła hra­bina-do­jarka. Fli­sow się pod­dał. Prze­pi­sał na czy­sto.

Gdy skoń­czył, do­cho­dziła je­de­na­sta. Nina spała spo­koj­nie na ple­cach.

Prze­wod­ni­czący miej­sco­wego od­działu Go­siz­datu[2], Iwa­now, miesz­kał na dru­gim końcu N-ska, w du­żym, bia­łym domu. Fli­sow za­dzwo­nił do drzwi. Otwo­rzyła mu matka Iwa­nowa.

- Dzień do­bry, Ma­rio Je­go­rowna. Ja do pani syna, z tek­stem.

Sta­ruszka przyj­rzała mu się spode łba.

- Wejdź­cie, to­wa­rzy­szu... jak was tam...

- Fli­sow.

- No, wejdź­cie, mó­wię!

Iwa­now sie­dział na ka­na­pie w szla­froku, z fi­li­żanką w dłoni. Na bia­łej mi­śnień­skiej por­ce­la­nie pysz­niła się ró­żowa li­lia. Za­równo de­li­katne na­czy­nie, jak i kwiat na niej na­ma­lo­wany nie pa­so­wały do su­ro­wych ry­sów Iwa­nowa, do jego ogrom­nej, niedź­wie­dzio­wa­tej po­stury i pal­ców gru­bych jak po­wrozy. Mi­cha­iłow przy­po­mniał so­bie, że wi­dział ten sam wzór na ser­wi­sie w domu ro­dzin­nym. Nie zdzi­wiłby się, gdyby Iwa­now pił z tego wła­śnie kom­pletu, który przed­dzień prze­wrotu lo­kaj Sie­mion, wie­dziony ja­kimś prze­czu­ciem, za­niósł do piw­nicy.

- Sia­daj­cie.

Fli­sow klap­nął na fo­tel. Re­dak­tor czy­tał, po­mru­ku­jąc.

- Me­teor? Co to za czort?

- Ma­te­riał taki, to­wa­rzy­szu re­dak­to­rze.

- Uhm... U nas ta­kiego nie wy­dają.

- Nie, pa­nie... to­wa­rzy­szu prze­wod­ni­czący, nie wy­dają. To stara tech­no­lo­gia.

- Za­chod­nia?! - W gło­sie prze­wod­ni­czą­cego za­brzmiała naj­wyż­sza po­garda.

Fli­sow się sku­lił.

- Tak. Ale - do­dał po­spiesz­nie - niech to­wa­rzysz zo­ba­czy, jak ten ma­te­riał bę­dzie rwany. O, czwarty aka­pit...

Iwa­now prze­czy­tał. Jego twarz zła­god­niała; pi­sarz ode­tchnął z ulgą.

- Cał­kiem, wie­cie, pla­stycz­nie. Do­bre na­wró­ce­nie złej ko­biety. I tak ją roz­strze­lają, wie­cie?

- Wiem. Ale niech to się sta­nie w dru­giej czę­ści, za ty­dzień.

- Uhm... Za­re­ko­men­duję to do "Gudka". Przyjdź­cie ju­tro.

Fli­so­wowi za­dud­niło w skro­niach.

- Ju­tro?

- Nie mo­że­cie?

- Mogę, ale...

- Chce­cie za­liczkę te­raz?

Mi­chaił prze­łknął ślinę.

- Je­śli można.

Iwa­now wstał, pod­szedł do ogrom­nego kre­densu i przy­klęk­nął przy jed­nej z szu­flad. Po chwili Fli­sow trzy­mał w dło­niach plik błogo sze­lesz­czą­cych bank­no­tów.

"Ku­pię jajka - my­ślał, wy­cho­dząc. - Jajka i może ka­wa­łek sło­niny, je­śli się uda".

Sło­niny nie udało się zdo­być. Był za to ja­kiś chleb.

"Do­bre i to".

Gdy wró­cił z pa­kun­kami do domu, Nina spała na brzu­chu. Zaj­mo­wała całe po­sła­nie. Fli­sow nie bu­dził jej. Pod­ło­żyw­szy so­bie pod głowę zwi­nięty płaszcz, za­snął na pod­ło­dze. Śniła mu się Nina w tur­ku­so­wej sukni z me­te­oru. Na ręku trzy­mała uśmiech­niętą dziew­czynkę.

***

Obu­dził ich dźwięk har­moszki.

- Ko­rot­kin wró­cił - mruk­nęła sen­nie Nina, na­cią­ga­jąc koł­drę na uszy.

Fli­sow za­klął. Le­żał na ple­cach; pod prawą ło­patką uwie­rało go kilka twar­dych gru­dek. Nie pa­mię­tał, jak się tam zna­la­zły ani z czego po­cho­dziły. Mo­gło to być na­nie­sione przez Ninę na bu­tach mar­cowe błoto, mógł to być stary chleb...

Fał­szywe tony har­moszki ma­łego Żeni Ko­rot­kina za­bi­jały każdą myśl w za­rodku. Syn są­siadki już od dwóch ty­go­dni znę­cał się nad utwo­rami Ilji Alek­sie­je­wi­cza Sza­trowa, lecz mno­gość błę­dów i zu­peł­nie nie­po­trzeb­nych pauz czy­niła do­kład­niej­sze roz­po­zna­nie me­lo­dii nie­moż­li­wym.

Gdyby ma­jor Sza­trow prze­cho­dził wła­śnie przez po­dwórko domu nu­mer 4 nie­da­leko placu Błot­nego, byłby za­pewne padł tru­pem, ra­żony swo­bodą tej dzie­cię­cej in­ter­pre­ta­cji. Na szczę­ście jed­nak za­równo dla sie­bie, jak i dla miesz­kań­ców domu nu­mer 4, ma­jor Sza­trow prze­by­wał pod­ów­czas w N-sku rzadko, a w oko­lice placu nie za­pusz­czał się wcale. Nie w smak była mu cia­snota oko­licz­nych uli­czek oraz spe­cy­ficzne wy­ziewy po­bli­skiego tar­go­wi­ska.

Wa­ria­cja na te­mat wal­ców wiel­kiego so­wiec­kiego kom­po­zy­tora przy­ci­chła na chwilę, a Mi­cha­iłowi do głowy wpa­dła - i za­raz znik­nęła, spło­szona ko­cią mu­zyką zza ściany - myśl. Sza­leń­cza, do­brze zna­joma idea buntu prze­ciw swo­bo­dzie in­ter­pre­ta­cji.

Fli­sow wstał z pod­łogi, otrze­pał ma­ry­narkę. Tym, co uwie­rało go w plecy, oka­zał się spo­rych roz­mia­rów okruch su­chara ze zbrą­zo­wia­łym od her­baty koń­cem. Mi­chaił przy­po­mi­nał so­bie nie­ja­sno, że w nocy usi­ło­wał go zjeść, lecz pod­dał się i ci­snął su­cha­rek na dy­wan.

"Wi­docz­nie her­bata była za zimna na tego dra­nia" - po­my­ślał, bio­rąc okruch do ręki. Za­mie­rzał go wy­rzu­cić do ku­bła we wspól­nej kuchni, o ile aku­rat nie to­czyła tam boju z piel­mieni Pe­la­gia Afa­na­siewna Ko­rot­kina, matka ma­łego mu­zy­kanta.

Fli­sow ogra­ni­czał spo­tka­nia z są­siadką do nie­zbęd­nego mi­ni­mum. Nie lu­bił jej i byłby rad nią na­wet gar­dzić, gdyby w obec­nych cza­sach dano mu do tego prawo. W obec­nych cza­sach w N-sku po­garda za­re­zer­wo­wana była jed­nak tylko dla pro­le­ta­riatu. I skie­ro­wana w je­dyną słuszną stronę.

A su­char trzeba było ko­niecz­nie wy­rzu­cić. Tak mógł po­stą­pić tylko dawny wy­zy­ski­wacz pra­cu­ją­cego ludu - na myśl o tym Fli­sow uśmiech­nął się ze smut­kiem i wy­szedł z po­koju.

Na ko­ry­ta­rzu pa­no­wała nie­miła woń pie­ro­gów na­dzie­wa­nych stę­chłą ka­pu­stą, któ­rymi od­ży­wiała się oca­lona przez Los i Re­wo­lu­cję część rodu Ko­rot­ki­nów.

Pe­la­gia Afa­na­siewna była krzepką ko­bietą o przed­wcze­śnie po­si­wia­łych wło­sach i nie­gdyś ład­nej, te­raz zga­szo­nej, po­sza­rza­łej twa­rzy. Wsta­wała co­dzien­nie o pią­tej, aby - za­wsze niby przy­pad­kowo - na­tknąć się w pół­ciem­nym ko­ry­ta­rzu na wra­ca­jącą ze zmiany Ninę i po­wi­tać ją nie­mal nie­zmienną od lat skargą: "Nino Fio­do­rowno, pani mąż znów pali świa­tło".

Ko­bieta prze­pra­szała, obie­cu­jąc, że tym ra­zem na pewno roz­mówi się z mę­żem w spra­wie świa­tła. Do po­waż­niej­szej roz­mowy jed­nak ni­gdy nie do­cho­dziło.

Nina Fio­do­rowna nie miała od­wagi, by mó­wić z mał­żon­kiem jak równy z rów­nym. Na­wet pe­łen buntu ustrój, jaki na­ro­dził się po na­głej śmierci sta­rego świata, nie zdo­łał dać Ni­nie we­wnętrz­nego prawa do trak­to­wa­nia męża bez tej szcze­gól­nej re­zerwy, którą od­czu­wała wo­bec niego w tam­tym świe­cie. Dzie­ląca ich prze­paść nie da­wała o so­bie za­po­mnieć.

***

Zza uchy­lo­nych drzwi po­koju Ko­rot­ki­nów do­la­ty­wała nieco bar­dziej roz­po­zna­walna od reszty me­lo­dia walca Na wzgó­rzach Man­dżu­rii. Że­nia ćwi­czył ją od dwóch ty­go­dni i sły­chać już było pierw­sze efekty. Mi­chaił zer­k­nął przez szparę w drzwiach i kiedy się upew­nił, że Gien­na­dij Ko­rot­kin jest sam, za­pu­kał.

- Wejdź­cie - krzyk­nął młody har­mo­ni­sta, prze­sta­jąc mę­czyć in­stru­ment.

W po­koju Ko­rot­ki­nów pa­no­wał okropny za­duch i śmier­działo kwa­śnym po­tem. Umy­walka pod ścianą za­wa­lona była brud­nymi ubra­niami, kra­nik zaś za­rdze­wiał i aż po­sza­rzał od ku­rzu. O ile kuch­nię ma­dame Ko­rot­kina utrzy­my­wała w sta­nie nie­na­gan­nego po­rządku, o tyle ze sprzą­ta­niem po­koju wy­raź­nie so­bie nie ra­dziła, zaś czasy, w któ­rych mo­gła so­bie po­zwo­lić na po­moc do­mową, bez­pow­rot­nie mi­nęły. Fli­sow przy­sta­nął na progu.

- Co­raz ład­niej ci ten walc wy­cho­dzi - po­wie­dział.

Chło­piec po­de­rwał się z ta­bo­retu i spoj­rzał na są­siada du­żymi, błę­kit­nymi oczyma.

- Na­prawdę?

- Nie ina­czej. Tylko... uwa­żaj na le­gato, za bar­dzo się spie­szysz.

- Na le... co? - Chło­piec naj­wy­raź­niej nie zro­zu­miał ob­co­brz­mią­cego słowa.

Fli­sow wes­tchnął.

- Po­wolne czę­ści, Że­nieczka. Nie przy­spie­szaj na nich.

- Aha. Szu­ka­cie mamy?

- Nie. Chcia­łem z tobą po­roz­ma­wiać.

- To sia­daj­cie, wujku.

"Co za ohydny zwy­czaj na­zy­wać wszyst­kich wuj­kami i cio­ciami!" - ob­ru­szył się w du­chu Mi­chaił.

- Czego nie sia­da­cie? - za­py­tał po chwili ma­lec.

- Ja... Wi­dzisz, ja tego... Już się na­sie­dzia­łem.

- Aha. To o czym chcie­li­ście roz­ma­wiać? Bo je­śli chce­cie, aby roz­mowa była kon­fi­ten­cyjna, to mama za­raz wróci i już.

Fli­sow już miał się uśmiech­nąć, sły­sząc za­baw­nie znie­kształ­cony wy­raz, lecz za­raz po­tem przy­po­mniał so­bie, skąd Że­nia go zna. Uśmiech za­marł w po­ło­wie ust, zaś wzrok mi­mo­wol­nie prze­biegł po zdo­bią­cym ścianę nad umy­wal­nią pla­ka­cie z wi­ze­run­kiem to­wa­rzy­sza Le­nina.

- Chcia­łem, Że­nieczka, po­pro­sić cię o coś - za­czął po­woli, wa­żąc każde słowo. - Wiesz, że moja żona wraca bar­dzo późno. A ty, kiedy grasz... Że­nia, ja cię jak ro­dzo­nego pro­szę, po­cze­kaj do szó­stej wie­czo­rem z tą har­moszką!

Wraz z ostat­nimi sło­wami w du­szy Fli­sowa roz­brzmiał do­brze zna­jomy gło­sik su­mie­nia:

"I po coś krzy­czał, Mi­cha­ile Alek­san­dro­wi­czu? Nie­po­trzeb­nie się uno­sisz. Po­myśl tylko: ta nie­winna rączka może cię za jedno złe słowo za­pro­wa­dzić do miej­sca, z któ­rego się nie wraca. To­bie tego po­trzeba? Nie, ty tego nie chcesz. To­bie jest do­brze, że nikt cię nie pa­mięta. Siedź ci­cho, a jesz­cze le­piej: sam o so­bie za­po­mnij!"

Że­nia uśmiech­nął się i z ha­ła­sem od­sta­wił har­moszkę na pod­łogę.

- Mama mó­wiła, że cio­cia Nina Fio­do­rowna pra­cuje na nocną zmianę, ale... Ja ja­koś nie po­my­śla­łem, wie­cie, wujku Mi­sza?

"On coś knuje!" - prze­mknęło Fli­so­wowi przez myśl. Za ła­two smar­kacz zgo­dził się, zbyt mięk­kie tony brzmiały w jego gło­sie, by można było mu ot tak uwie­rzyć. - A może... Może on coś wie? Tylko skąd? Od kogo?"

Do­piero te­raz Mi­chaił za­uwa­żył, że Że­nia Ko­rot­kin przez cały czas roz­mowy stał przed nim, pa­trząc w oczy, gdy do niego mó­wiono. Fli­so­wowi wy­dało się, że do­strzegł w oczach dziecka szcze­gólny błysk - coś w jego wzroku zda­wało się mó­wić: "Pa­mię­tam cię!". Myśl o tym, że Że­nia miałby znać jego ta­jem­nicę, na­peł­niła Fli­sowa stra­chem.

Nikt w tym domu nie miał prawa wie­dzieć, że tych parę li­ter na urzę­do­wym druku jesz­cze nie­dawno na­le­żało do zu­peł­nie in­nego czło­wieka.

Nowy Fli­sow bez trudu prze­nik­nął do no­wego świata - ani w ZAGS-ie, ani w dom­ko­mie nikt się nie do­my­ślił. Nina zo­stała Fli­sową, miej­sce w miesz­ka­niu przy­znano. I tylko mdlące po­czu­cie winy wo­bec wier­nego sługi nie da­wało pa­ni­czowi spać spo­koj­nie. Strach, że ktoś wresz­cie od­kryje prawdę, to­wa­rzy­szył nie­mal każ­dej chwili. A te­raz jesz­cze ten dzie­ciak...

- Dzię­kuję, Że­nieczka - wy­krztu­sił wresz­cie Fli­sow. - Dzię­kuję.

- Nie ma za co, wujku - mruk­nął chło­piec.

Mi­chaił się uśmiech­nął i mi­mo­wol­nie po­gła­dził dziecko po gło­wie. Płowe, splą­tane włosy wy­dały się nie­zwy­kle mięk­kie, tak mięk­kie, że miał ochotę wtu­lić twarz w tę mięk­kość i za­pła­kać nad utra­coną na­dzieją na wła­sne dziecko.

Wra­ca­jąc do sie­bie, Fli­sow czuł, jak wszystko w nim drga, jak wzbiera w nim gniew na nie­spra­wie­dli­wość tego świata, na wła­sną bez­sil­ność wo­bec hu­ra­ganu wy­da­rzeń. Zro­biło mu się duszno, gdy wcho­dził do po­koju.

Nina stała przed wi­szą­cym nad umy­walką lu­strem i się cze­sała; jej włosy, dłu­gie do pasa, po­ły­ski­wały w mięk­kim, przy­ja­znym świe­tle po­po­łu­dnia. Nic nie ro­biła so­bie z naj­now­szej mody fry­zur "na pa­zia", któ­rej hoł­do­wało pół N-ska.

Mi­chaił my­ślał, że żona być może nie chce stać się jedną z tych miej­skich pań, któ­rym tylko ciuszki w gło­wie, i na­wet nie usi­ło­wał jej prze­ko­ny­wać do zmiany ucze­sa­nia. Je­dy­nie cza­sami, idąc ulicą, oglą­dał się za ja­kąś mod­nie ubraną pa­nienką, by pręd­kim, wsty­dli­wym spoj­rze­niem ob­rzu­cić jej łydki w fil­de­ko­so­wych poń­czo­chach oraz nagą, nie­osło­niętą cie­niem ni­skiego koczka szyję.

- Za­stę­puję dziś Ka­tię - po­wie­działa Nina, spla­ta­jąc war­kocz.

Bez słowa ski­nął głową, jakby wie­dział do­kład­nie, o jaką Ka­tię cho­dzi, i usiadł przy biurku, aby za­pa­lić pa­pie­rosa. Był zde­ner­wo­wany, choć sam nie wie­dział dla­czego. Wciąż czuł na dłoni przy­jemne cie­pło, coś jakby ślad po­zo­sta­wio­nej przez dzie­cięce włosy mięk­ko­ści. Do­piero po chwili woń ty­to­niu i do­tyk gilzy wy­parły to dziwne, nie­na­zwane wra­że­nie.

Z za­my­śle­nia wy­trą­cił go za­pach ja­jecz­nicy. Nina wnio­sła do po­koju pa­tel­nię, trzy­ma­jąc ją przez ścierkę. Aro­ma­tyczna, choć trą­cąca le­ciutko sta­rym ma­słem para buch­nęła w noz­drza.

- Za­raz po­dam ta­le­rze i chleb - po­wie­działa Nina Fio­do­rowna. - Ależ so­bie ucztę spra­wimy!

Fli­sow skrzy­wił się, wi­dząc opa­loną od spodu pa­tel­nię na biurku. Od kiedy za­miesz­kali w tym dziw­nym domu, Nina za­częła prze­ja­wiać zwy­czaje, które do­tych­czas Mi­chaił Alek­san­dro­wicz zwykł po­tę­piać, jak na przy­kład spo­ży­wa­nie po­sił­ków na ga­ze­cie za­miast ob­ru­sie lub dzie­le­nie ko­tleta bez po­mocy noża. Daw­niej Mi­chaił tę­pił ta­kie oznaki dzie­lą­cej ich prze­pa­ści, jed­nak te­raz, gdy sam na­le­żał do naj­niż­szej z kast sto­ją­cego na gło­wie spo­łe­czeń­stwa, nie miał od­wagi udzie­lić żo­nie choćby naj­mniej­szej re­pry­mendy; cza­sami tylko zdo­by­wał się na kilka słów skargi.

- Nin - mruk­nął.

Od­wró­ciła się na progu. Dło­nie, w któ­rych ści­skała ścierkę, splo­tła na brzu­chu, tak jak ro­biła to zwy­kle w sta­rym świe­cie.

- Po­daj w ja­dal­nym.

Uśmiech­nęła się, lekko ki­wa­jąc głową.

- Mi­szeńka, ty za­po­mnia­łeś, tak?

Spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Tam co? Ko­rot­kina?

- Nie, Mi­sza, tam nie Ko­rot­kina. Tam­ten mi­li­cjant od po­nie­działku.

- A dziś co mamy?

- Wto­rek, Mi­szeńka.

- Aha. Niech bę­dzie. Przy­nieś prę­dzej, sty­gnie prze­cież.

Wy­szła, de­li­kat­nie zgar­biona, z opusz­czoną głową. Przez chwilę Mi­szy wy­dało się, że wi­dzi ją nie w sza­ro­zie­lo­nej su­kience, lecz w czar­nym stroju po­ko­jówki, prze­pa­saną bia­łym, ob­szy­tym fal­ban­kami far­tusz­kiem

Mi­chaił Alek­san­dro­wicz za­mru­gał prędko. Ilu­zja znik­nęła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki