Rozdz. 1
Na Księżycu jest pewna Wyspa nieduża opodal wielkiego kontynentu, która to wysepka zda się trochę przypominać Anglię, a co nadzwyczaj szczególne - ludzie są do Anglików podobni nad wyraz, a mowa ich tak bliska jest angielskiej, iż rzekłbyś, że wśród ziomków przebywać ci przyszło. Na Wyspie mieszka trzech Filozofów: epikurejczyk Przyssawka, stoik Ktosiek i Chłapołyk, który jest pitagorejczykiem. Określam ich mianem tych sekt, chociaż o samych sektach nie wspomina się tam nigdy, bo nazwy ich uchodzą za zamierzchłe; poglądy wszelako utrzymują się, podobnie jak próżność nadmierna ich ambicji. Trzej Filozofowie siedzieli sobie razem, a umysłów ich nie zaprzątało zgoła nic. Aż tu wchodzi pan Kolumna Etruska - antykwarysta znamienity - i po długiej wymianie zdań, niesłużącej niczemu, rozsiada się i wywód zaczyna prowadzić, którego nikt nie słucha. Tym się też trudzili, kiedy nadeszła (lekko zawiana) p. Obrotna. Kąciki jej ust - nie wiem, czemu mam to przypisać, może temu, iż chciała, byśmy jak najlepsze o niej powzięli mniemanie - dziwnie w dół opuszczone, zdały się znakiem, że za marne nas miała kreatury! Usadowiła się wygodnie i zdawała się słuchać z wielką atencją, jak antykwarysta rozprawia o czymś, a był to chyba wywód na temat cnotliwości kotów. Ale pozór był to jeno, bo myślała tylko o swoich ustach i oczach, on zaś własną sławę wieczystą miał na myśli. Z trzech Filozofów zaś każdy z wielkim wysiłkiem starał się, by nie roześmiać się nie tyle z siebie samego, ile z własnych fantazji. Tak miały się sprawy w tym wzniosłym towarzystwie, kiedy wpadł w wielkim pośpiechu imć Gaz Łatwopalny, zwany też Wiatrów Łapaczem. Tedy zerwać się z miejsc chcieli, by cześć sobie oddać wzajemną. Kolumna Etruska i Gaz Łatwopalny, spojrzenia w sobie utkwiwszy, języki rozpuścili w zalewie pytań i odpowiedzi, ale myśli ich trudniły się czymś innym zupełnie.
- Nie podoba mi się jego spojrzenie - rzekł Kolumna Etruska.
- Głupi niedorostek - uśmiechnął się doń Gaz Łatwopalny.
Temu zaś wielce budującemu dyskursowi z rozdziawionymi gębami przysłuchiwali się trzej Filozofowie - przy czym Cynik uśmiechał się, Epikurejczyk zdawał się badać uważnie płomień świecy, Pitagorejczyk zaś zabawiał się z kotem.
- Słuchaj, waszmość - rzekł antykwarysta. - Widziałem te dzieła i przysiąc mogę, że nie ma wśród nich nic wartościowego. Zda się, że to najmarniejsze, najnędzniejsze i najbardziej pokraczne rzeczy, jakie w ogóle...
- Co też mówisz, panie? Co też mówisz? - odparł Gaz Łatwopalny. -
Doprawdy... Skąd też to przyszło ci do głowy, rad bym twe zdanie zobaczyć na piśmie.
- Ależ, panie - mówił dalej antykwarysta - utrzymuję, że autor tego to dureń patentowany, a rozum jego błądzi w ciemności.
- A jakież powody sądu takiego, powody jakie? - Gaz Łatwopalny na to. - Nieładnie to durniem mianować kogoś, o kim pojęcia nie ma się żadnego.
- O powód pan pytasz? - prawił antykwarysta. - Przykład tedy taki ci podam, byś wiedział. Gdym szedł sobie ulicą, zoczyłem wielkie mrowie jaskółek na płocie starego gotyckiego placu. Pewnie, jak z Pliniusza dowiedzieć się można, do innych krain przelatywały. I gdym się tak ptakom przyglądał, dziwny jakiś jegomość, za rękaw mnie pociągnąwszy, głośno mnie spytał: "Powiedz mi, panie, do kogóż one wszystkie należą?". Zwróciłem się tedy do niego z pogardą, mówiąc: "Idźże sobie, głupcze!". "Głupcze?" - on na to - "czemu zwiesz mnie głupcem? Grzecznie tylko cię o coś spytałem". Wielka mnie naszła ochota, by skórę mu mocno przetrzepać, tyle żem widział, że większy jest ode mnie.
W tym miejscu Kolumna Etruska rzecz urwał, Gaz Łatwopalny zaś, zebrawszy się w sobie, rzekł:
- Doprawdy, myślę, że jegomość ten nie był głupcem, pragnął wszak tylko zgłębić tajniki dzieła natury.
- Ha! Ha! Ha! - ozwał się Pitagorejczyk. Gaz Łatwopalny zaś powtórzył jego słowa, by zmienić na swą korzyść koleje sporu.
Kolumna Etruska zerwał się i pięści zacisnąwszy, już miał im dać odpór stosowny, gdy Anguł Rozwarty, wszedłszy do pokoju i grzecznie się wszystkim skłoniwszy, wyjął z kieszeni wielki kłąb papierów, usiadł, twarz chustką obtarł i oczy zamknąwszy, w czoło drapać się począł.
- Cóż to, panowie - ozwał się - o co ten spór zawzięty?
- Nic, tylko o Woltera tak się wadzą - objaśnił go Cynik.
- W rzeczy samej - dodał Epikurejczyk. - I mocno się z niego natrząsają.
- A duszom swym chcą nadać kształt materialny - rzekł Pitagorejczyk.
Anguł Rozwarty uśmiechnął się szyderczo i rzekł:
- Wolter w ogóle nie pojmował Matematyki, a kto nie pojmuje Matematyki, jest głupcem.
Gaz Łatwopalny obrócił się żywo na krześle i rzekł:
- Co tam Matematyka! On ważnych w Filozofii dociekał Pytań!
Anguł Rozwarty, oczy zamknąwszy, bowiem utrzymywał, że lepiej wszystko rozumiał, gdy oczy miał zamknięte, odparł:
- Zacznijmy od tego, że rzecz nie w tym, by zadawać pytania, lecz aby dawać odpowiedzi. Można bowiem być głupcem, zadając pytania, ale trzeba wykazać się rozsądkiem, by znać odpowiedzi. Pytanie i odpowiedź tak się różnią, jak linia prosta różni się od zawijasa. A dalej...
- A dalej, a dalej, a dalej, wynika z tego, że Wolter jest głupcem - rzekł Epikurejczyk.
- Phi - prychnął Matematyk, w głowę się drapiąc ze zdwojoną siłą - spierać się o to nie warto.
Antykwarysta powstał i odkaszlnąwszy dwa razy, by siłę swych płuc wykazać, tak się ozwał: - Ależ, drogi panie, Wolter w materii pogrążył się bez reszty i to jedynie pojmował, co ukazywało się jego oczom, niczym ten zwierzak, który na kolanach Pitagorejczyka z własnym igra ogonem.
- Ha! Ha! Ha! - Gaz Łatwopalny znów na to. - Wielką był chlubą Francji. A ja mam flakonik z powietrzem zdolnym szerzyć zarazę.
W tym momencie antykwarysta, wzruszywszy ramionami, zamilkł, Gaz Łatwopalny zaś perorował przez jakieś pół godziny.
Jurysta Stalownik, skradając się, wszedł chyłkiem, i dzierżąc w dłoni sejmowy edykt, rzekł, że trapi go wielce to, iż w wolnym kraju sejm edykty musi stanowić, a myśl ta tak dalece go pochłonęła, że z towarzystwem zgromadzonym przywitać się zapomniał.
Pani Obrotna skrzywiła się jeszcze bardziej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki