Rozdział 4
Piraci i perły
- Wolniej, trochę... odrobinę wolniej, proszę!
Lirr westchnęła i postanowiła w końcu się zatrzymać - widząc, jak Rosmerta trzyma się za serce, sapiąc i próbując złapać spokojniejszy oddech.
Białe kamienne stopnie wydawały się wić w nieskończoność wężowymi serpentynami. Zamek Ysborg połączony był z portem na kilka sposobów, służba jednak zwykle korzystała z tych właśnie krętych, wąskich schodów, zamykanych kilkoma potężnymi furtami, które prowadziły wprost do portowego targowiska, pełnego kupieckich stoisk.
- Ciągle gdzieś gnasz! - poskarżyła się Rosmerta, nadal lekko sapiąc. Jej wydatny biust falował miarowo pod szaroniebieskim gorsetem obszytym okrągłymi białymi muszelkami, które były niemal tak samo ważnym symbolem Ysborga jak srebrny gryf. - Gdzie ci się tak znowu spieszy?
Lirr tylko przewróciła oczami. Każda wizyta w porcie była dla niej ekscytująca, niezależnie od pogody, pory dnia i roku, nic dziwnego więc, że nie mogła się doczekać, kiedy znów się tam znajdzie. Zawsze mogła wtedy poczuć znajome zapachy morza, portu i cumujących statków, porozmawiać z żeglarzami, handlarzami, kupcami i piratami, być wreszcie, choćby przez krótki czas, sobą, być wreszcie... prawie w domu.
- Przepraszam, zamyśliłam się. - Uśmiechnęła się przepraszająco, puszczając oko. Wiedziała doskonale, że Rosmerta nigdy nie mogła się temu oprzeć. Pod całą tą maską nieznoszącego sprzeciwu i przypalonych garnków kuchennego autorytetu ostatecznie tkwiła troskliwa, serdeczna kobieta.
- Ty mała szelmo! - Ochmistrzyni odwzajemniła uśmiech, nadal trzymając się, trochę przesadnie rzecz jasna, za serce. Jeden krnąbrny srebrnoszary kosmyk włosów wydostał się jakimś cudem z jej misternego koka i opadł na zaczerwieniony od wysiłku policzek. - Co ja mam z tobą zrobić? - Westchnęła. - No dobrze. - Machnęła w końcu ze zrezygnowaniem ręką w jej kierunku. - Biegnij, gdzie tam uważasz, ja i tak muszę najpierw spotkać się z Olmertem.
Lirr musiała wykorzystać całą siłę woli, żeby nie ruszyć natychmiast pędem przed siebie.
- Potem pomogę ci z małżami i kałamarnicami. - Uśmiechnęła się przepraszająco do ochmistrzyni, przestępując z nogi na nogę i zerkając jednocześnie nerwowo w dół wibrujących w rozgrzanym słońcem powietrzu stopni.
- Idź już, idź. - Rosmerta znów machnęła z rezygnacją ręką. - Odszukam cię, jak będziesz mi potrzebna - dodała jeszcze, ale Lirr raczej domyśliła się treści jej ostatnich słów, niż je dosłyszała, bo pędziła już w dół, przesadzając susami po kilka stopni na raz.
Z każdym kolejnym spiralnym zakrętem szmer morza stawał się wyraźniejszy, a powietrze nasycało się zapachem soli i schnących w słońcu alg. Lirr szybko zostawiła Rosmertę daleko za sobą i dotarła do ostatniej furty. Gdy zamknęła za sobą ciężkie, skrzypiące wrota, znalazła się w zarośniętym dzikim winem zaułku, który upodobały sobie z jakiegoś powodu portowe koty. Jeden z nich, weteran miejscowych walk, bez ogona i części prawego ucha, wylegiwał się ze stoickim spokojem w topniejącej plamie cienia, tuż pod ścianą. Uśmiechnęła się do siebie i bez zastanowienia nachyliła się, żeby go pogłaskać, ale gdy ręka była tuż, tuż nad jego głową, kot nagle zmrużył jadowicie zielone oczy, wypiął grzbiet w imponujący pałąk i z dzikim sykiem skoczył gdzieś poza pole widzenia. Ten nagły ruch tak ją zaskoczył, że na sekundę straciła równowagę i wpadła zadkiem prosto w winorośl.
- Chędożony, zawszony...! - zaczęła przeklinać pod nosem.
- Krrrrr...! - Przerwał jej zadowolony skrzekliwy głos nad głową. Nie do wiary. Podniosła wzrok i poczuła, że tym razem sama ma ochotę złapać się za serce jak Rosmerta. Ogromny, atramentowoczarny kruk kołował właśnie niebezpiecznie nisko nad jej głową. Przenikliwe obsydianowe spojrzenie miało dziwną głębię, zupełnie jakby w tym ptaku było coś nadnaturalnego. Liście dzikiego wina poruszały się delikatnie pod wpływem olbrzymich skrzydeł. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że ma przed sobą to samo pechowe ptaszysko, które tak zdenerwowało Caela.
- Zgniłe kiszone śledzie... - szepnęła w rozpaczy i natychmiast sięgnęła ręką do wplecionego we włosy czarnego pióra. "Może to był jednak błąd...". Skrzywiła się w duchu na myśl, że Ros mogła jednak mieć rację ze swoim zrzędzeniem o kuszeniu losu.
- Krrr...!!! - Kruk nie spuszczał jej z oka ani najwyraźniej nie zamierzał się oddalać.
- Sio! - oburzyła się Lirr.
Ptaszysko tylko zamrugało jednym okiem. Mogłaby przysiąc, że w jego spojrzeniu pojawiło się coś wrednego. "Tak..." - przyznała sama przed sobą w zdumieniu. - "On sobie ze mnie kpi!". Zdenerwowała się już całkiem serio i schyliła się szybko, zbierając z bruku luźne kamienie. Kruk zatoczył jeszcze jeden krąg i gdy ruszył ponownie w jej kierunku, zaczęła ze wściekłym zapałem ciskać w niego odłamkami z zamkowych schodów.
- Arrrr...!!! - skomentował kruk, ewidentnie obrażony. Żaden z kamieni nie trafił. Lirr poczuła, jak czerwienieje ze wstydu i złości. Nie pozostało jej nic innego, jak zignorować ptaszysko. Przynajmniej chwilowo.
- Zostaw mnie w spokoju! - rzuciła w górę stłumionym głosem, obawiając się, że gdyby ktoś ją teraz zobaczył, doszedłby do wniosku, że jest obłąkana. Wygładziła nerwowo tunikę i poprawiła poplątane włosy, po czym wymknęła się z zaułka na kamienny deptak. Dopiero gdy znalazła się wśród portowego ruchu i gwaru, gdy otoczyli ją bezimienni podróżni, handlarze, gapie, przechodnie i zębata mątwa wie tylko kto jeszcze, poczuła ulgę. Wreszcie mogła odetchnąć, zapomnieć, że na co dzień żyje w pięknym, wytwornym więzieniu, gdzie setki oczu śledzą każdy jej krok, gdzie nawet słowa wypowiadane szeptem do Caela z całą pewnością dotrą następnego dnia do uszu księżnej, gdzie zamiast przyjaciół miała strażników, a zamiast przyszłości ciągłe czekanie na sporadyczne odwiedziny Hego.
Wzięła głęboki oddech i ruszyła swobodnym krokiem przed siebie. Dzień był bezchmurny i wyjątkowo upalny, wiatr delikatnie poruszał wantami stojących w porcie łodzi, a mewy unosiły się krzyczącymi chmarami, zataczając kręgi nad rybackimi barkami wyładowującymi towar na gwarnym nabrzeżu. Powietrze przesycały zapachy morza i aromaty przypraw: słodkie, gorzkie, palące, kwaśne, pobudzały zmysły i zamraczały umysł, przywodziły wspomnienia jej podróży na Harpii, setki portów, jakie widziała i kolejne, o których tylko słyszała. Mijane twarze, blade jak zimowy poranek, czarne jak najciemniejsza noc, złote jak miód, wytatuowane albo pokryte metalowymi ozdobami, pomalowane albo zasłonięte maskami patrzyły na nią z obojętnością albo z zainteresowaniem, nikt tu jednak nie wiedział, nie mógł wiedzieć, kim ona dokładnie jest, widzieli tylko ubraną w myśliwskie spodnie i prostą tunikę dziewczynę o czarnych posplatanych włosach i dziwnych oczach w kolorze morza; dziewczynę, która równie dobrze mogła być po prostu jedną z nich, podróżniczką odwiedzającą kolejny port, z tysiącem ojczyzn i bezdomną zarazem.
Lirr minęła szybko opasłe kupieckie koggi z ładunkiem miniaturowych czerwonych rybek używanych do produkcji wyjątkowo lubianego w Ysborgu ostrego sosu. Zarówno rybki, jak i sam sos odznaczały się niezwykle drażniącym aromatem, nic dziwnego zatem, że wokół ociekających słoną wodą skrzynek było niemal pusto. Nawet portowe dziewczyny reklamujące bezwstydnie swe nietanie usługi na całej długości portowego deptaka wyjątkowo od tej części nabrzeża trzymały się z daleka. Lirr wytrwale wstrzymywała oddech, mijając zacumowane statki, z których wyładowywano nieprzyjemnie woniejący towar. Przyspieszyła kroku i zwolniła, dopiero gdy znalazła się przy kwiatach i owocach. Tu również nie miała jednak potrzeby dłużej się zatrzymywać, mimo że wśród dziesiątek beczek wypchanych suszonymi płatkami niebieskich róż, skrzynkami konserwowanej cukrem delikatnej wodnej lilii i workami bulw krwistych górskich konwalii dostrzegła niezwykle rzadkie, żółte strzępiaste kwiaty, nazywane przez prostych zielarzy senną marą, które poza tym, że sprowadzały sen, były też cenionym środkiem na ataki wściekłości. Zawahała się przez chwilę, ale zaraz ruszyła dalej przed siebie. Rosmerta sama robiła zakupy, a na ziołach znała się jak nikt, jeżeli zatem potrzebuje tych kwiatów dla księżnej, to z pewnością kupi je na własny rachunek.
W dalszej części portu Lirr nie spotkała niczego wyjątkowego. Wąskie, znane z szybkości łodzie handlarzy-wojowników z wysp rozsianych wokół Lodowego Przylądka załadowane były po brzegi futrami białych i błękitnych niedźwiedzi, fok i wilków. Szerokie, płaskopokładowe galery z leżącego obok Daxos niespokojnego Nakkan przywiozły milczących, rozrośniętych w barach najemników o pustych spojrzeniach. Od Sabade wiedziała, że każde z nacięć na skórzanych opaskach na ich czołach oznaczało jednego zabitego w walce człowieka. Dalej cumowała cała kolekcja najróżniejszych prywatnych statków, którymi do Ysborga przypływali posłowie, znamienitsi kupcy z odleglejszych terytoriów, mniej znaczni możnowładcy zapomnianych ziem i najróżniejsi inni interesanci, którzy mieli w tutejszym porcie jakieś swoje sprawy do załatwienia. Żaden z nich nie wydawał się jej podejrzany; żaden nie budził strachu czy nawet większej ciekawości, jednak coś nie dawało jej spokoju. Nie mogła pozbyć się uczucia, że ktoś ją obserwuje, być może nawet podąża za nią niezauważony, śledząc każdy jej krok. Kilka razy zatrzymała się niespodziewanie, dwa razy zmieniła kierunek marszu, a nawet zawróciła, zataczając podwójny okrąg. Udawała, że ogląda wilcze skóry, a potem, że zachwyca się kolekcją bulw egzotycznych storczyków. Uczucie jednak jej nie opuszczało, mimo że wśród mijanych ludzi nie dostrzegła nikogo, kto by się nią zainteresował.
Lirr wyminęła w końcu kupców, interesantów i najemników, zataczając przy okazji szeroki łuk i oglądając się na wszelki wypadek kilka razy za siebie. Wróciła na nabrzeże dopiero na drugim końcu portu, gdzie w pewnym odosobnieniu tuż przy wyjściu na redę cumowały statki nie do końca mile widziane. To tutaj zatrzymywali się korsarze, piraci, banici i wszystkie inne podejrzane jednostki, które najłatwiej było w ten sposób kontrolować, a które zarazem miały w ten sposób możliwość szybkiego wyjścia na otwarte morze w razie nieprzewidzianych problemów na stałym lądzie.
Tłum rzedł stopniowo, aż w końcu zupełnie znikł. Lirr to jednak nie przeszkadzało. Sama poniekąd była kiedyś jednym z tych społecznych wyrzutków i gdyby nie upór Hego, zapewne nadal utrzymywałaby się z "bezkompromisowego spekulowania wartościowymi towarami w obrocie handlu morskiego" - jak czasami, po znacznej ilości rumu, przybrany ojciec nazywał swój fach.
- Perły, najpiękniejsze perły z głębin Złotego Morza! Białe jak twoje zęby w uśmiechu, różowe jak twoje lico, czarne jak twoje włosy, piękna, błękitne i zielone jak twoje spojrzenie - zaskoczył ją nagle melodyjny głos.
Obok wysłużonego dwumasztowego żaglowca stał wysoki, przystojny mężczyzna o smagłej cerze i śmiejących się, bursztynowych oczach. Jego błyszczące czarne włosy były zaplecione w warkocz, sięgający aż do łopatek.
- ... i złote jak twoja sakiewka? - odparła z kpiącym uśmiechem.
Sprzedawca natychmiast się rozpromienił, dostrzegając szansę na utarg.
- Moje perły świecą jak twoje oczy, a w dotyku są delikatne jak twoja skóra - wymruczał, zniżając zmysłowo głos. - Czy twoja szlachetna szyja, pani, nie zasługuje na sznur moich rzadkich, cudownych pereł? - Przechylił głowę i sugestywnie pogładził się po własnej opalonej szyi. Rozpięta biała koszula ukazywała gładką klatkę piersiową ozdobioną tatuażem dwugłowej syreny.
Lirr musiała przyznać sama przed sobą, że był przystojny. Nie tak jak Cael, rzecz jasna, ale w jego miodowozłotych oczach i w przewrotnym, fałszywym uśmiechu handlarza było coś magnetycznego. Być może przyciągało ją po prostu przeczucie niebezpieczeństwa.
- Nie chcę twoich pereł. Szukam pewnego statku. - Uśmiechnęła się do niego szeroko, starając się nie dać omamić kłamliwemu bursztynowemu spojrzeniu.
Nieznajomy zaczął bawić się okrągłymi perłami, które wyłożył na otwartej dłoni. Połyskiwały w popołudniowym słońcu bielą przełamaną przez złotą poświatę. Lirr przyglądała się przez chwilę, jak obraca je zwinnymi palcami, przesuwa kolistym ruchem i miesza.
- Statku? Znajdziesz tu tylko smród, pijanych żeglarzy i łotrów - zadrwił. - Porozmawiaj lepiej ze mną, szacownym kupcem. Jutro odpływam, więc być może nawet sprzedam ci moje perły taniej. - Ściszył głos, jakby powierzał jej wielką tajemnicę.
Lirr westchnęła w duchu, zniechęcona. Nie mogła znieść, gdy ktoś traktował ją jak idiotkę.
- Nie chcę niczego kupić - odparła nieco ostrzej, niż zamierzała.
Handlarz spojrzał badawczo w jej oczy i uśmiechnął się szelmowsko.
- A ja nie chcę sprzedać. Rozstanę się z moimi drogocennymi perłami z ogromnym bólem serca - dodał, głaszcząc się po delikatnej jedwabnej koszuli. - Na cóż mi jednak tak wyszukane klejnoty? Przystoją one bardziej twojej szlachetnej urodzie, pani.
Zanim się zorientowała, szybko chwycił jej dłoń i musnął ją delikatnie ustami. Tego było już za wiele. Lirr wzdrygnęła się i instynktownie napięła wszystkie mięśnie. Wydawało jej się, że słońce przesłonił przez chwilę jakiś ruchomy cień. Mewy podniosły się z masztu z krzykiem i, wściekle trzepocząc skrzydłami, przeniosły się na sąsiedni żaglowiec.
- Jak długo twój statek stoi w porcie? - zapytała, odsuwając się lekko od natarczywego handlarza.
- Trzynaście dni. Jutro wychodzi w morze - mruczał jak kot, nie spuszczając jej z oka.
- Skąd tu przypłynąłeś?
- Prosto z Ilandry nad Złotym Morzem, oczywiście. - Wyciągnął przed nią dłoń pełną pereł.
- Szukam Zielonej Harpii - oznajmiła wprost, patrząc mu badawczo w oczy, szukając oznak wahania albo kłamstwa.
- Doprawdy? - Uśmiechnął się, zaciskając lekko usta. - Szybki statek. Wyjątkowy.
- Widziałeś ją? - Starała się ukryć swoje podekscytowanie.
- A czy ty widziałaś już moje perły? - Był przebiegły jak każdy dobry handlarz w porcie Ysborg. Znów pokazał sugestywnie dłoń pełną opalizujących kulek.
- Dobrze, kupię jedną... - Poddała się. - No dobrze, kilka - dodała, widząc jak handlarz unosi brwi w wyczekiwaniu. - Ile za nie chcesz?
- Jak dla ciebie... - Błysnął białymi zębami jak wygłodniały drapieżnik, który właśnie usidlił swoją ofiarę. - Sprzedam pięć za cztery goldeny.
- Cztery goldeny? I to ma być dobra cena? - Nie mogła wprost uwierzyć w jego bezczelność.
- To najrzadszy gatunek pereł, moja piękna, szlachetna pani - wyjaśnił cierpliwie jak dziecku, kładąc przy tym na jej dłoni największą z pereł.
- Najrzadszy? - spytała z powątpiewaniem. Perła była niemal idealnie okrągła, o złotym połysku z ledwie dostrzegalną różaną poświatą. Wzięła ją ostrożnie w dwa palce i wystawiła pod światło. Przyjrzała się jej uważnie, zamykając jedno oko. - Ze Złotego Morza? - Upewniła się, nadal manipulując perłą. Kilka razy nacisnęła ją kciukiem i zbliżyła do ust.
Handlarz najpierw przyglądał się jej podejrzliwie, ale gdy zobaczył, że zamierza nadgryźć jego skarb, podskoczył jak oparzony.
- Ostrożnie, są bardzo delikatne! - krzyknął zabawnym, cienkim od paniki głosem.
Lirr schowała perły za siebie w zamkniętej dłoni i zmierzyła handlarza badawczym spojrzeniem.
- Delikatne? Masz mnie za idiotkę? - Wściekła się.
Handlarz uniósł brwi tak wysoko, że dosięgły linii jego błyszczących włosów.
- Przecież to pomalowane pestki lukuncji - krzyknęła mu prosto w twarz, potrząsając przy tym zamkniętymi w dłoni kulkami.
Tamten znieruchomiał na moment, po czym schował szybkim ruchem resztę fałszywych pereł do kieszeni i stanął w rozkroku, jakby szykował się do bójki. Lirr nie zdążyła w żaden sposób się przygotować, bo niemal natychmiast zza pleców oszusta wyłonił się wysoki, wytatuowany, jednooki dryblas, który musiał zapewne być jego osobistym siepaczem. Jednym zamaszystym ruchem muskularnego ramienia odsunął handlarza z warkoczem za siebie.
- W czym problem? - spytał krótko, pochylając się, żeby spojrzeć Lirrian w oczy.
- Ta mała dziwka zniszczyła moje perły! - pisnął handlarz z dziecięcym grymasem w głosie.
Lirr poczuła, że brakuje jej powietrza.
- Dziwka? A gdzie się podziała "szlachetna pani"? - wrzasnęła, nie zważając na jednookiego tuż przed sobą. Warkoczyk najwyraźniej także nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy, bo wyślizgnął się sprawnie zza towarzysza i złapał ją mocno za nadgarstek.
- Oddaj to! - nakazał, wbijając paznokcie w jej rękę. Lirr próbowała ją wyszarpnąć, bezskutecznie. W drugiej dłoni nadal zaciskała rzekome perły, które miała kupić.
- Żebyś mógł jeszcze kogoś oszukać? Ani myślę!
Handlarz rzucił nienawistne spojrzenie, podczas gdy jednooki bezradnie przyglądał się ich szarpaninie, zupełnie jakby nie mógł pojąć, co się właśnie rozgrywa przed jego oczami.
- Oddawaj! Już! - krzyczał coraz bardziej piskliwie Warkoczyk i coraz mocniej wbijał w żyły swoje ostre paznokcie.
Po chwili poczuła rozlewającą się falę ciepła i zanim jeszcze dotarł do niej ból, dostrzegła ze zdziwieniem własną krew na portowym bruku, a potem paskudny uśmiech na twarzy oszusta. Niewiele myśląc, zamachnęła się drugą ręką i z całej siły rzuciła fałszywe perły jak najdalej do śmierdzącej portowej wody.
- Och... ojej... - Uśmiechnęła się przepraszająco. Warkoczyk patrzył przez chwilę w oszołomieniu na rozchodzące się na wodzie drobniutkie zmarszczki.
- Pożałujesz! - wycedził w końcu przez zęby i wykręcił jej boleśnie rękę.
Czubki palców Lirr zaczęły powoli drętwieć. Handlarz skinął w milczeniu na jednookiego, a ten szybko złapał ją za włosy i objął ramieniem w talii. Zaczęła się szaleńczo szarpać i wierzgać, ale ból w zranionej i wykręconej ręce uniemożliwiał jakąkolwiek walkę. Raptem coś poruszyło się gwałtownie nad jej głową, poczuła uderzenie wiatru, nagły chłodny powiew. Usłyszała dziki krzyk, świst, furkot, wszystko na raz, a po ułamku sekundy jęk dryblasa, który z głuchym tąpnięciem upadł na zad, puszczając ją przy tym wolno.
- Co do... - pisnął handlarz z warkoczem, tracąc zupełnie koncentrację. Jednooki dryblas siedział zdezorientowany na bruku, a z paskudnie rozciętego łuku brwiowego tryskała krew, zalewając mu potokiem całą twarz.
- Krrr...!!! - wrzasnął triumfalnie kruk, rozkładając i składając skrzydła.
- Co to...? Co... jak...? - Warkoczyk zupełnie nie mógł się odnaleźć, a gdy ptaszysko przechyliło złośliwie głowę, łypiąc na niego błyszczącym okiem, całkiem go zatkało.
Lirr wykorzystała sytuację i z całym impetem wbiła kolano między rozszerzone nogi oszusta. Zamiast krzyku jęknął cicho, żałośnie, i łapiąc się za krocze osunął się majestatycznie na ziemię.
Gdy się odwróciła, kruka już nie było. Oszołomiony dryblas był chwilowo niemal zupełnie bezbronny, podeszła zatem do handlarza, który zwinął się na boku i bełkotał coś do siebie w nieznanym jej języku. Rozmasowała sobie delikatnie zakrwawiony nadgarstek i po krótkiej chwili wahania wyciągnęła resztę pereł z kieszeni oszusta.
- A teraz - zwróciła się do niego szeptem, choć w rzeczywistości drżała jeszcze z emocji - zeżresz te swoje drogocenne perły, jedną po drugiej - syknęła i wpakowała pierwszą między jego imponująco białe zęby. Niezdarnie próbował ją wypluć, ale zamknęła mu szybko ręką usta i nos, zmuszając do przełknięcia.
- Elirrianoi! - Podniesiony głos powstrzymał ją, właśnie gdy sięgała po drugą dorodną perłę. - Nie można nawet na chwilę spuścić cię z oka, żebyś nie wpakowała się w jakieś kłopoty!
- To nie tak, Ros, ja tylko... - Błyskawicznie podniosła się z ziemi i otrzepała poszarpane ubranie.
- Natychmiast zostaw tego biednego człowieka w spokoju! - Rosmerta była tak roztrzęsiona, że zaczęła wymachiwać w jej kierunku koszem wypełnionym jakimiś słoiczkami i butelkami.
Dwa kroki za nią stał niski, otyły mężczyzna z długimi włosami i fantazyjnie zaplecionym wąsem, odziany w połyskliwą, spływającą aż do ziemi szatę w kolorze burgunda. Po jego twarzy błąkał się ni to uśmiech, ni to grymas obrzydzenia. Poznała go od razu. Olmert, książęcy Wielki Celnik. Najważniejszy człowiek w porcie.
- To oszust! - wrzasnęła.
- A zatem zostaw tego biednego oszusta w spokoju! - Rosmerta była nieugięta. Zmierzyła ją piorunującym wzrokiem.
Lirr nie miała innego wyboru, jak tylko odsunąć się od kwiczącego coś do siebie handlarza.
- Mam dowody... - wybąkała już mniej pewnie.
- Zostaw go albo przysięgam, że Maeve się o wszystkim dowie!
Na Rosmertę nie było rady. W takich chwilach nie zawahała się uciekać do szantażu i zwykle mówiła poważnie. Olmert zaniósł się cichym śmiechem, pochrząkując przy tym raz po raz jak świnia. Lirr podeszła do nich posłusznie, ale na odchodne odwróciła się jeszcze do swoich ofiar.
- Pogadam sobie jeszcze z kapitanem portu. Oszustów i złodziei zwykle zakopuje aż po nos w piasku na płyciźnie za redą, tuż przed przypływem - rzuciła z jadowitym uśmiechem.
- Dość tego, Lirrian! Wracamy natychmiast! - Ros szarpnęła ją mocno za ramię.
Warkoczyk pozbierał się i zdołał usiąść na ziemi.
- Dopadnę cię jeszcze, zobaczysz, pożałujesz... - warknął, wbijając w nią morderczy wzrok.
- Szukaj mnie na zamku, łgarzu. Znajdź mnie, jeśli starczy ci odwagi - odpyskowała natychmiast i już miała się wyrwać w jego stronę, ale przewidująca Ros przytrzymała ją mocno za rękaw, blokując jej ruchy.
- Diabelskie nasienie... - Splunął krwią jednooki, który też zaczynał już wracać do przytomności.
Olmert odchrząknął głośno i postanowił w końcu zareagować.
- Koniec, koniec, koniec... koniec, tak? - zaintonował swoim łagodnym, melodyjnym głosem z zabawnym wyspiarskim akcentem. Jako Wielki Celnik był jednym z najbardziej wpływowych ludzi w porcie, a nawet w całym Ysborgu. Rzadko mieszał się w sprawy piratów i oszustów, o ile nie szkodziły one interesom. Wedle portowych plotek był przekupny i tolerował wiele, ale gdy ktoś nadepnął mu na odcisk, stawał się bardziej zajadły niż bagienna żmija.
- Córka Hego, tak? - zapytał uprzejmie, zatykając palce za szeroki, zdobiony kolorowymi szklanymi paciorkami pas. - Zdecydowanie widać tę pewnego rodzaju iskrę, tak, tak... - Ucieszył się, zaśmiał i chrząknął jak dzika leśna świnia. - Zdecydowanie. Pewien taki, jak by to można powiedzieć, błysk w oku, tak? - zwracał się do Rosmerty, ale nie spuszczał Lirrian z oka.
- To ma być ten twój przyjaciel, tak? - zapytała półgłosem ochmistrzynię, przedrzeźniając przy tym manierę Olmerta.
Rosmerta natychmiast zesztywniała ze zdenerwowania.
- Lirrian, zachowuj się jak należy. Co w ciebie dziś wstąpiło? - Zgromiła ją wzrokiem i szarpnęła mocno za rękaw.
- Wybacz... dziewczyna ma trudny charakter.
Olmert przewrócił oczami, które były niepokojąco podobne do błyszczących niebieskich paciorków wokół jego pasa.
- Wybaczone. Oszustwo w handlu w Ysborgu karane jest lochem, tak? - zwrócił się tym razem ni to do handlarzy, ni to do mew przyglądających się wszystkiemu z masztów cumującego obok statku.
- Nie jestem oszustem, to tylko... - zaczął jęczącym tonem Warkoczyk.
- Och, zamknij się! - Lirr nie wytrzymała, mimo że w odpowiedzi Rosmerta znów szarpnęła ją za tunikę.
- Koniec, koniec - poprosił dobrotliwie Olmert. Wydawał się co najmniej zażenowany całą tą sytuacją. - Doprawdy, czy muszę wzywać straż portową? - westchnął. - Myślę, że na was już pora, pogoda sprzyja wyjściu w morze - zwrócił się z udawanym smutkiem do oszustów.
- Tak jest... - rzucił przez zęby Warkoczyk i zaczął zbierać z ziemi swojego zakrwawionego towarzysza.
Gdy zniknęli na pokładzie swojej łajby, Olmert otworzył pulchne ramiona i uściskał serdecznie Lirr, całując ją przy tym z głośnym cmoknięciem w czoło. Wzdrygnęła się na ten dźwięk, ale musiała przed sobą przyznać, że mężczyzna być może nie jest tak bezużyteczny, za jakiego go miała. Było w nim coś wzbudzającego zarówno zaufanie, jak i respekt.
- A teraz, moja droga, powiedz mi, skąd u ciebie tyle energii? - zapytał dobrotliwie, gładząc przy tym swoje absurdalne wąsy. - Gdyby nie twój status, poprosiłbym Rossie, żeby przysłała cię do mojego kantoru, przydałaby mi się do pomocy taka bystra głowa - zaśmiał się, trzęsąc brzuchem i chrząkając coraz głośniej.
- Raczej uparta. - Rosmerta wyraźnie nadal była na nią wściekła. Lirr mogła mieć tylko nadzieję, że nie opowie o wszystkim Maeve.
- Upór bywa cnotą, zbyt często poddajemy się przed osiągnięciem celu - perorował melodyjnie celnik. - Nie rozumiem tylko, czemu zabrnęłaś do tej części portu, dziewczyno?
Lirr spuściła wzrok. Nie było już sensu kłamać. Olmert i tak zapewne wiedział więcej, niż to pokazywał po sobie.
- Szukałam Zielonej Harpii... - wyznała skruszona - a raczej wieści o niej...
- Hego, tak? Tak, tak... - Uśmiechnął się znacznie mniej wesoło niż wcześniej. - Dawno nie zawijał do Ysborga... Mówi się, że... - uciął wpół słowa i rozejrzał się wokół swoimi paciorkowatymi oczami.
- Co? Co "się mówi"? - ponagliła go Lirr, tknięta nagłym niepokojem. Coś było nie tak, coś wisiało w powietrzu. Poczuła mrowienie na karku. Olmert podrapał się w pulchny podwójny podbródek i wskazał jedną z wąskich uliczek, prowadzących do kupieckich kantorów.
- Chodźmy stąd, napijemy się miętowej herbaty z miodem, porozmawiamy. - Zabrzmiało to złowieszczo. Rosmerta, jak większość mieszkańców Ysborga, pijała miętową herbatę wyłącznie na uspokojenie. Lirr popatrzyła pytająco na książęcą ochmistrzynię, ale tamta odwróciła niechętnie głowę, jakby unikała jej milczącego wzroku.
Kantor Olmerta, mimo że z zewnątrz niczym szczególnym się nie wyróżniał, w środku zadziwiał bogatym, wygodnym wystrojem z domieszką wyspiarskiej egzotyki. Ściany pokrywały misternie wyszywane draperie, podłogę wzorzyste, miękkie dywany i wygodne aksamitne poduszki. Powietrze przesycone było zapachem palonego karmelu, cynamonu i mięty. Olmert sam przygotował i przyniósł herbatę. W milczeniu nalał swoim gościom gorącego naparu do niskich szklanych czarek i podsunął szklaną tacę z karmelizowanymi orzechami oraz miseczki z trzema rodzajami miodu.
- Hego... - zaczął, dopiero gdy pociągnął parę łyków swojej herbaty - podobno wiosną wyprawił się na zachód, najpierw do Ibelinu, a potem... jeszcze dalej... - Lirr poruszyła się nerwowo na swojej poduszce i rzuciła krótkie spojrzenie Rosmercie, szukając w niej oparcia. Ochmistrzyni słuchała słów Olmerta w skupieniu, popijając ze swojej czarki z zamkniętymi oczami.
- Mówią, że miał zamiar dopłynąć do Wyspy Westchnień - ciągnął celnik - ale znowuż inni zarzekają się, że widzieli Zieloną Harpię w drodze do Kortonis albo w pobliżu Milczącego Wybrzeża.
Lirr poczuła, jak strach coraz mocniej zaciska jej gardło. Coraz bardziej obawiała się tego, co za chwilę usłyszy.
- Nie rozumiem, po co miałby wybierać się do Kortonis. - Nie wytrzymała w końcu i przerwała Olmertowi. - Zwłaszcza tuż przed sezonem burz... To pustkowie, statki handlowe rzadko wybierają tamten port, nie może tam liczyć na dobry... utarg.
Olmert podniósł twarz znad parującej miętą czarki i zmierzył Lirr długim, badawczym spojrzeniem. Gdy zaczął znów mówić, końcówki zaplecionych wąsów drżały lekko.
- Moja droga, ludzie morza rzadko mówią prawdę, tak? - Położył uspokajająco ciepłą, pulchną dłoń na jej dłoni. - Być może Hego sam rozsiewa kłamstwa na swój temat, być może ma po prostu powody, żeby się ukrywać.
Olmert mógł mieć rację. Hego robił już w życiu dziwniejsze rzeczy i nigdy nie przestawał jej zaskakiwać. Chociaż tym razem wszystko wskazywało na to, że po prostu przepadł. Zniknął bez śladu. "A być może zwyczajnie mnie porzucił..." - szepnął w głowie jakiś złośliwy głos. Skrzywiła się boleśnie i odruchowo zacisnęła dłoń na swoim talizmanie. Rosmerta wydawała się czytać w jej myślach.
- Lirrian... Hego na pewno w końcu wróci do Ysborga, wszystko w swoim czasie. - Pogładziła delikatnie po plecach. Lirr pomyślała, że jak jeszcze dłużej będą ją tak pocieszać, w końcu coś w niej pęknie i wybuchnie płaczem, jakby nadal była tylko wyłowionym z morza dzieciakiem. Wzięła głęboki oddech, odsuwając od siebie wszystkie te zdradliwie ckliwe uczucia. Nie zamierzała robić z siebie widowiska. Przełknęła supeł strachu, zaciskający dotąd jej gardło. Musiała wziąć się w garść. Po raz setny obiecała sobie, że przyjdzie dzień, kiedy zdobędzie własny statek i ruszy w nieznane, zostawiając Ysborg za sobą. Nie mogła wiecznie czekać na powrót Hego... Tak jak nie mogła w nieskończoność czekać na Caela.
Olmert przegryzł kilka karmelizowanych orzechów i uśmiechnął się wesoło pod swoim zaplatanym wąsem.
- Skąd wiedziałaś, że perły są fałszywe? - zapytał melodyjnie.
Lirr doszła do wniosku, że nie ma sensu kłamać.
- Sama kiedyś robiłam podobne - odparła czując, że złe emocje zaczynają powoli opadać.
Celnik wybuchł głośnym świńskim śmiechem i chrząknął kilka razy wesoło.
- Myślę, że ty i ja szybko się zaprzyjaźnimy, tak?