DLA MOICH WIERNYCH PEŁNYCH PASJI CZYTELNICZEK I CZYTELNIKÓW
MARZEC 2021 - STYCZEŃ 2023
Zdarza się, że nagle usłyszymy piosenkę, która do złudzenia przypomina tajemniczy portal. Wystarczy jeden akord, a na nowo przeistaczamy się w nastolatków, którzy zmagają się ze złamanym sercem, zdradą i przeświadczeniem, że sprawy nigdy nie ulegną poprawie. Popełniamy kretyńskie błędy, gdyż nie dbamy o jutro. Takie pomyłki stanowią zaczątek najlepszych opowieści, które zawierają się w tej jednej szczególnej piosence.
Dobrze wiecie, o czym mówię. Chodzi o utwory, które przypominają nam o jakiejś dawno zaginionej bądź zmarłej osobie. Nagle w głowie wykwita jej uśmiech, który przysłania wszystko inne, przez co na nowo odczuwamy ból straty. Ta jedna toksyczna piosenka łamie nam serca, ale i tak słuchamy jej do upadłego, gdyż przypomina nam o drogich nieobecnych. Pozwala w pewien sposób spotkać ich ponownie. Nawet jeśli to tylko iluzja.
W moim przypadku wystarczy, że usłyszę piosenkę Under Pressure zespołu Queen.
Istnieją też piosenki, które zawierają w sobie całe pory roku.
Odkąd skończyłam szesnaście lat, każda letnia wyprawa do Chicago to swoista podróż w czasie. Chłopak, który był moją pierwszą miłością, zawsze całował mnie tak, jakby od naszego ostatniego spotkania nie upłynął kolejny rok. Można było odnieść wrażenie, że wszystkie jego sympatie to wyłącznie zapchajdziury, a tylko mnie darzy prawdziwym uczuciem. Pewnego razu zabrał mnie na nocną przejażdżkę swoją czerwoną hondą. Mknęliśmy autostradą I-290, zmierzając w kierunku miejskich świateł. Jechaliśmy z opuszczonymi szybami, przygrywał nam zespół Pretty Ricky, a ja byłam opatulona w jego błękitną bluzę z kapturem. Co rusz zauważałam spojrzenie jego brązowych oczu, w których widniało odbicie tablicy rozdzielczej. Nie potrafiliśmy na długo oderwać od siebie wzroku. Ręce też nas świerzbiły. Nigdy nie starczało nam czasu, choć raz po raz obiecywaliśmy sobie, że jakoś damy radę. Gdy tylko słyszę piosenkę Your Body, przypomina mi się jego czerwona honda zaparkowana pod domem mojej cioci w przeddzień mojego wyjazdu. Wypłakiwaliśmy się wówczas i ściskali, bo nie chcieliśmy się rozstawać. Piosenka ta za każdym razem uzmysławia mi, jak to jest darzyć szaloną miłością chłopaka, który mieszka druzgocące tysiąc sześćset kilometrów ode mnie. Przypomina mi też, że nasze uczucie nie przetrwało próby czasu.
Czasem wspominam też ostatnią klasę szkoły średniej, kiedy bez pamięci zakochałam się w chłopaku, który ostatecznie mnie złamał, gdyż nigdy nie odwzajemnił mojego uczucia. Podkręciliśmy wówczas Desperado, żeby nie usłyszeli nas jego rodzice, zamknęliśmy się bowiem w jego sypialni i leżeliśmy na pozbawionym prześcieradła materacu, obdarzając się pieszczotami. Kiedy z kolei woziłam go do szkoły moim sunfire'em (mimo że raz po raz łamał mi serce - idiotka ze mnie!), przygrywał nam utwór Burn autorstwa Ushera. Radio było rozkręcone na cały regulator, gdy nie starczało mi odwagi, aby powiedzieć mu, że mnie niszczy. Ilekroć słyszę tę piosenkę, przypominam sobie, jak to jest być wykorzystaną w momencie największej słabości.
Kiedy miałam dziewiętnaście lat, spędziłam lato z facetem, który miał mi powiedzieć: I'm going to marry you one day... Tak przynajmniej sobie mówiłam. Pewnego dnia wybraliśmy się na plażę. W jego pontiacu grand amie pobrzmiewały rytmy piosenki I Wanna Love You w wykonaniu Akona, piasek przyczepiał się do naszych opalonych ciał, włosy lepiły mi się do policzków, a lipcowy wiatr przypominał duszny gorący oddech. Spędziliśmy sporo czasu zagrzebani w piachu, z którego raz po raz wyswobadzali nas uczynni nieznajomi. Podczas każdego przymusowego postoju tańczyłam w czarnym bikini, a on całował mnie, kiedy nikt nie patrzył. Za każdym razem smakował solą i alkoholem, który przemyciliśmy na plażę. Nasze pocałunki okazały się zbyt niebezpieczne dla nadwrażliwej dziewczyny i zbyt namiętne dla chłopaka, który niczego nie wiedział o miłości. Cechowała nas radość życia przyprószona uzależnieniem, które nie pozwoliło nam chociaż na dzień rozłąki. Dopiero z perspektywy czasu widzę, że ani on, ani ja nie wierzyliśmy tak naprawdę, że nasz związek ma przyszłość. Wakacyjna przygoda sprawiła, że gdy tylko słyszę głos Akona, przypominam sobie, jak to jest zakochać się w najlepszym przyjacielu. Stało się to, zanim doczekaliśmy się potomstwa, doznaliśmy z rąk Śmierci strat i wspólnie stawiliśmy czoło rozlicznym trudnościom. Byliśmy beztroscy, nieodpowiedzialni i dzicy.
Wierzę, że chwile nacechowane głęboką emocją mogą odcisnąć trwały ślad na wszystkich elementach wszechświata; mogą się zespolić z piosenką, zapachem, a nawet z muśnięciem wiatru. Książki przypominają pod tym względem piosenki, gdyż stanowią swoistą kapsułę czasową, w której tkwią doświadczenia autora. Niektóre postaci stanowią odzwierciedlenie nas samych. Inne z kolei poddajemy nieświadomej projekcji, pozwalają nam bowiem na nowo dokonywać wyborów. Sprawia to, że targające nami gwałtowne emocje przeistaczają się w krew postaci, nasze strachy zakopują się w ich szpiku, a smutek przemienia się w ich łzy.
Szczerze mówiąc, obawiałam się dziewczyny, którą byłam, gdy pisałam tę książkę, i tego, co mi zrobiła. Włożyłam w moich bohaterów dużo serca, zmuszając ich do czynów, na które sama nie potrafiłam się zdobyć. Miałam nadzieję, że jeśli tylko dopiszę jeszcze jedno słowo, one more word, przegnam wszelkie smutki, żale i dręczącą mnie niepewność.
Rozpacz to szczególny rodzaj bólu, który przypomina widmową agonię. W moim przypadku przybrała postać ciągu słów na ekranie, a niniejsza opowieść wessała mnie, zmełła na proszek i wypluła. Niniejsza powieść, jak każda inna mojego autorstwa, stanowi kolejny nostalgiczny ślad, który pragnę po sobie pozostawić. Jest piosenką, która przypomina mi o bolesnym pragnieniu kogoś, kto nigdy nie będzie mój. Przynajmniej nie tym razem.
Jestem gotowa na ból, którego doświadczę za każdym razem, gdy ktoś wspomni o Wyspie Kości. Pisałam tę książkę tak długo chyba tylko z powodu strachu, który przed nią odczuwałam.
Ostatecznie udało mi się dobrnąć do końca, gdyż potrzebowała jej jedna konkretna osoba. Wielkiego wsparcia udzieliła mi też grupa NF Gang oraz niezłomni, pełni pasji i niezwykle wyrozumiali Czytelnicy. Czasem wyobrażam sobie, że otwierając książkę, biorą mnie za rękę i towarzyszą mi na każdej stronie. Wybieramy się tym sposobem na randkę, uciekając choć na krótką chwilę od rzeczywistości.
W końcu od zawsze podążamy tą samą ścieżką. Nawet jeśli mieszkamy na drugim końcu świata.
A teraz możemy wreszcie powiedzieć, że dotarliśmy na linię mety.
No dalej, strzelcie sobie kawkę, weźcie mnie za rękę i wybierzcie się ze mną na przygodę, którą dla nas przygotowałam. Niektóre fragmenty będą powolne niczym ciche opady śniegu. To celowy zabieg. Nie zabraknie też wściekłych fal, ostrego języka i stronic wypełnionych krwią. Kto wie, może w pewnym momencie stracicie wątek? Obiecuję jednak, że ostatecznie wszystko połączy się w klarowną całość... lecz być może dopiero za drugim razem. Mam też nadzieję, że podczas wyprawy na Wyspę Kości i do Weeping Hollow uda mi się was rozbawić, gdyż nie ma miłości bez śmiechu.
Dotarliśmy do końca, więc pozostało tylko jedno pytanie:
To jak, wybierzemy się na randkę?
Całusy, Nicole
RODZINY ZAŁOŻYCIELSKIE
KOWEN NORDYCKICH LASÓW NAJWYŻSZY KAPŁAN: CLARENCE GOODY
DANVERSOWIE
Żywioł ziemi - pochodzenie: Jör?
Obecny przywódca: Stone Danvers
Syn Fostera (nieżyjącego) i Clarice Woolf Danvers (nieżyjącej)
BLACKWELLOWIE
Żywioł ducha - pochodzenie: V?ttir
Obecny przywódca: Julian Jai Blackwell
Brat Jolie Blackwell; syn Javina Blackwella (nieżyjącego) oraz Agathy Blackwell; przodkowie: Horace Blackwell oraz Bellamy Blackwell
WILDESOWIE
Żywioł ognia - pochodzenie: Loki
Obecny przywódca: Phoenix Loki Wildes
Brat Wrena Wildesa; syn Haydena Wildesa (nieżyjącego) oraz Amelii Ander Wildes; przodek: Kyden Wildes
GOODY
Żywioł powietrza - pochodzenie: Nj?rd
Obecny przywódca: Zephyr Blue Goody
Brat Winnifred Goody; syn Clarence'a Goody'ego oraz Beatrix Ricci Goody (nieżyjącej)
PARISHOWIE
Żywioł wody - pochodzenie: ?gir
Obecny przywódca: Beckham Brooks Parish
Syn "Pijanego" Earla Parisha oraz nieznanej kobiety z płaszczaków (nieżyjącej)
KOWEN ŚWIĘTEGO MORZA NAJWYŻSZY KAPŁAN: AUGUSTINE PRUITT
PRUITTOWIE
Obecny przywódca: Kane Kos Pruitt
Brat Koraline Pruitt; syn Augustine'a Pruitta oraz Ginevry DeLuca Pruitt (nieżyjącej)
CANTINI
Obecny przywódca: Cyrus Olen Cantini
Brat Camory, Kasera oraz Cilliana Cantinich; syn Darnella Cantiniego oraz Violi Conti Cantini; przodek: Matteo Cantini
SULLIVANOWIE
Obecna przywódczyni: Ivy Amaya Sullivan
Adora Oria Sullivan; członkostwo niepewne; oczekuje na zaproszenie
Fable Hazel Sullivan; członkostwo niepewne; oczekuje na zaproszenie
Córki Ronana Sullivana oraz Marcelline O'Connor Sullivan
ZAKON WEEPING HOLLOW
PRZEDSTAWICIELSTWO ŚWIĘTEGO MORZA: Augustine Pruitt, Viola Cantini
PRZEDSTAWICIELSTWO NORDYCKICH LASÓW: Clarence Goody, Agatha Blackwell
PRZEDSTAWICIELSTWO PŁASZCZAKÓW: Mina Mae Lavenza
NO TAK. PRZECIEŻ NIE MOŻECIE WYJECHAĆ, PRAWDA? Pamiętam, jak kręciliście się w centrum miasteczka, przypatrując się mieszkańcom. Śledziliście moich sąsiadów. Bez reszty pochłaniała was obserwacja bliźnich, przez co ani razu nie pomyśleliście, że was także ktoś może śledzić.
Dostrzegałem was jednak od samego początku.
Pojawiliście się mniej więcej wtedy, kiedy Fallon wróciła do Weeping Hollow.
Nieźle wówczas namieszała, czyż nie?
No dalej, nie wstydźcie się. Nie kryjcie się już w cieniu.
Niechże was uścisnę. Dawno się nie widzieliśmy.
Tylko uważajcie pod nogi. Gus Hobb miał załatać tę dziurę w chodniku, ale pokpił sprawę. Kilka tygodni temu zlecił mu to Augustine Pruitt, najwyższy kapłan Świętego Morza i obecny burmistrz, który uczynił z tego wrednego dupka swoje osobiste popychadło. Parę miesięcy temu mieliśmy tu burzę. Złamała się wtedy gałąź drzewa i rozwaliła Gusowi witrynę, przez co biedaczysko popadł w długi. Tylko praca dla Augustine'a miała mu pozwolić na odzyskanie warzywniaka, toteż przemienił się w lokalne przynieś, podaj, pozamiataj. Na pewno widywaliście go tu i ówdzie. To ten kulejący marudny stary piernik, który jest święcie przekonany, że świat sprzysiągł się przeciwko niemu.
Taka bywa naturalna konsekwencja pesymizmu. Jak poddacie się fatalizmowi, będziecie wszędzie dostrzegać tylko wrogów. Musicie wiedzieć, że Gus zawsze chadzał na skróty i domagał się jałmużny. Jeśli wzorem Hobba będziecie robić wszystko po łebkach, wasza nieudolność prędzej czy później się zemści. Czy wspominałem, że Gus nie uczy się na własnych błędach? Wierzcie mi na słowo: szybka kasa to ulotna kasa.
Ale gdzie się podziały moje maniery? Wejdźcie, zapraszam!
Od razu przyjemniej, czyż nie? Już prawie grudzień, a wiecie, co to oznacza? Niedługo obchodzimy Dzień Założycieli. Na centralnym placu odbędzie się uroczyste rozpalenie pochodni, a rodzina Cantinich zorganizuje coroczny bal. Zgadza się. Dzień Założycieli już za kilka tygodni, a ja nie mogę się doczekać waszej reakcji na to, co tym razem przygotowaliśmy!
Straszny dzisiaj ziąb. Lepiej zamknę drzwi, zanim znowu zacznie sypać śnieg.
Jeszcze nie odwiedziliście mojego sklepiku, prawda?
Witajcie w księgarni Cuda-Niewidy.
Nie pozwólcie, żeby odstraszyła was nazwa mojego skromnego przybytku. Cuda-niewidy to u nas norma, a my naprawdę chcemy, żebyście poczuli się jak w domu. Przynajmniej tak długo, jak długo pozwoli na to miasteczko. Rozpalę w kominku i zaparzę kawusi. Bez krępacji, rozgośćcie się! Kanapa przed kominkiem jest szczególnie wygodna. Wasze ciuchy zdecydowanie nie przystają do tej pory roku. Lepiej weźcie dodatkowy koc. Tak, właśnie ten.
Na waszym miejscu czym prędzej udałbym się do butiku Astralna Moda, kiedy tylko przestanie sypać. Potrzebujecie czegoś cieplejszego, a Adora Sullivan zna się na rzeczy. Może wam uszyć ciuchy, których nie znajdziecie nigdzie indziej. Można by powiedzieć, że dziewczyna jest najlepiej strzeżoną tajemnicą miasteczka. Z drugiej strony wszystko tutaj jest utajnione, gdyż Weeping Hollow to sekret sam w sobie.
Właściwie jak udało się wam nas odnaleźć? Jak udało się wam przekroczyć barierę?
Nasz mały świat rządzi się innymi prawami. Już prawie grudzień, ale nie powinno to robić różnicy. Płaszczaki pewnie szwendają się po miasteczku, jakby nadal trwała jesień, lecz Weeping Hollow to miejscowość widmo zagubiona w ostrej zimie. Zupełnie jakbyśmy byli uwięzieni w śnieżnej kuli.
Byłbym zapomniał. Pijecie kawkę z cukrem?
Głupie pytanie. Dobrze wam z oczu patrzy. Tacy jak wy uwielbiają cukier.
Kojarzycie Minę Mae, która prowadzi jadłodajnię? Mówi z akcentem stanu Maine i zawsze potrafi mnie rozbawić, kiedy pyta, czy życzę sobie kawy z cukrem. Powiem wprost: po mojemu jej naleśniki to jedyne, co w tym miasteczku nie zeszło na psy. Zawsze wychodzą wprost idealnie: puszyste, nasycone masłem i z chrupkimi krawędziami. Można by pomyśleć, że sama jest wiedźmą, ale Mina Mae to zwyczajny płaszczak. Na kulinarnej arenie nie ma jednak sobie równych.
No dobra, może zmieniła stosowany syrop. Nawet ja nie wiem, czy wyszło to jej rarytasom na dobre. Widzicie te ubrane w grube płaszcze i starowiny, które w puszystych nausznikach akurat rozsiadły się na ławce przed altanką? Upierają się, że weszła w jakiś układ ze Zgasłym. Nasza lokalna dobra wróżka przestała używać syropu klonowego Pruitta, przez co przerzuciliśmy się na wyroby z farmy Goody'ego. Ciągle o tym plotkują, rzucając jej oskarżycielskie spojrzenia, ale Mina wszystkiego się wypiera. Co poniektórzy zaczęli nawet bojkotować jej knajpę, choć i tak ukradkiem zajadają jej przysmaki, bo nikt nie potrafi się im oprzeć.
Tak... Mina Mae to porządna kobieta.
Spodobał się wam ten bibelot? Ta pozytywka jest starsza niż wasze dusze. Na przestrzeni lat uzbierałem całkiem zacną kolekcję, lecz z tego cacka jestem szczególnie dumny. Niegdyś należało do wiedźmy imieniem Circe. Nakręćcie pozytywkę i przyłóżcie do ucha. Wsłuchajcie się w melodyjkę.
Jest równie tajemnicza, jak hipnotyzująca.
Zalecam jednak ostrożność. Jeśli będziecie jej słuchać zbyt długo, zatracicie kontakt z rzeczywistością. Wiecie co? Lepiej odłożę ten klamot na miejsce. I tak nie jest na sprzedaż.
Ta książka też nie.
Ciekawscy jesteście, co? No dobra, podejdźcie, to uchylę rąbka tajemnicy.
Troszkę bliżej.
Bliżej...
Ta księga zawiera tajemnicę przełamania klątwy Zakazanej Dziewczyny.
Dlaczego przewracacie oczami? Przecież nie ściemniam.
W końcu przeczytałem ją wielokrotnie.
Jej stronice zawierają zakodowane wskazówki, ale nigdy nie udało mi się ich rozgryźć.
Lepiej wyjrzyjcie przez okno. Widzicie centralny plac?
Funkcjonariusz Stoker zawsze od dziewiątej rano do południa przesiaduje na schodach ratusza. Lokalny posterunek jest zbyt mały, żeby poradzić sobie ze wszystkimi petentami, a jest ich coraz więcej. Na odległość można odnieść wrażenie, że Stoker to inteligentny człowiek o nienagannej reputacji, ale to tylko pozory. Jest równie bezużyteczny jak hiena cmentarna w spopielarni.
Nie, Carrie Driscoll już tu nie mieszka, coś mi jednak mówi, że doskonale wiecie, co przytrafiło się blond piękności, która urabiała sobie kowen Świętego Morza. W sumie szkoda. Była w końcu piękną młodą kobietą, która zniknęła w równie tajemniczy sposób jak River Harrison.
No dobrze, zdradzę wam małą tajemnicę.
Obie zginęły z ręki jednego ze Zgasłych. Ich ciała spłonęły, a prochy rozniosły się po miasteczku. Jeśli cechuje was sceptyczne usposobienie, możecie sami przeprowadzić małe śledztwo. Problem w tym, że musielibyście cofnąć się w czasie, aby na własnej skórze doświadczyć innej opowieści, a czas podąża tu splątanymi ścieżkami.
Skoro o czasie mowa: mało kto wie, że graffiti widniejące na ścianach niektórych budynków wymalowała Kioni Ali. Mówię o tej młodej artystce, która podczas festynów sprzedaje swoje malowidła w namiocie babci. Kiedyś namalowała na ścianie sklepu z narzędziami podobiznę białej ćmy, ale prowadzący interes Jeremy Clayton zamalował jej dzieło. Jeszcze nie miał świadomości, że we wrześniu straci uwielbianą przez wszystkich córkę imieniem Beth. Wszyscy przecież wiedzą, że ćmy to omeny śmierci. Aż mnie korci, by uwierzyć, że Kioni próbowała go przestrzec.
Wróciła tam jakiś czas później, aby namalować bukiet czarnych balonów. Opatrzyła go jakimś cytatem, którego już nie pamiętam. Tym razem Jeremy nie zamalował obrazu, bo było mu już wszystko jedno.
Malowidło do dziś zdobi tamtą ścianę. Jeśli będziecie mieli okazję, przejdźcie się pod sklep z narzędziami. Swoją drogą jestem przekonany, że to Kioni. Nieraz widziałem ją przy pracy. Wiem o wszystkim, co dzieje się w okolicy.
No tak, pytaliście o najnowsze wydanie "Głosu Kotliny".
Sporo się zmieniło, czyż nie?
Gdy klątwa Zgasłych Dusz została przełamana, odwołano wszelkie nocne festyny. Jedyny wyjątek stanowi Dzień Założycieli. Bez znakomitej muzyki, dobrej zabawy i cydru Miny Mae z zatrutych jabłek pozostaje nam rozmowa o ofiarach wśród mieszkańców. Co prawda w ostatnich miesiącach mieliśmy więcej umrzyków niż zazwyczaj, ale to, co mam na myśli, to coś innego.
Nie chodzi też o nadmiarowe zgony wywołane surową zimą.
Zmagamy się bowiem z prawdziwym kryzysem.
Gdy słońce zachodzi około trzeciej po południu, wyludniają się ulice miasteczka i centralny plac. Mieszkańcy zamykają drzwi i okna na cztery spusty, ale niewiele to daje. Inna sprawa, że lepsze to niż samotna noc na zewnątrz. Każdy, kto przed zmrokiem nie schroni się w środku, jest zdany tylko na siebie, a na to nikt nie ma ochoty.
Dekady później obecny kryzys zostanie opisany w książkach historycznych na potrzeby przyszłych pokoleń.
Terror rozpoczął się tego dnia, gdy Zgasły imieniem Julian Blackwell przełamał klątwę Zgasłych Dusz. Od pokoleń dotknięci nią mężczyźni nosili maski, gdyż widok ich twarzy zmuszał ludzi do konfrontacji ze swoimi największymi strachami, przez co umierali na atak serca.
Julian o mało nie zabił Fallon i siebie. Niektórzy twierdzą, że zepchnął dziewczynę z urwiska. Inni się upierają, że pociągnęła go za sobą. Nie brakuje też takich, którzy są przekonani, że Julian skoczył za nią. My znamy jednak prawdę, nieprawdaż? Przecież wiemy, że Zgasły poszedłby w ogień za księżycową dziewczyną. W końcu byliśmy tego dnia na klifie. A przynajmniej tak mi się wydaje, bo wyglądacie jakoś inaczej. Byliście może u fryzjera?
Wiecie, co mawiają o teoriach spiskowych. Tylko wasza wiara czyni je prawdziwymi. Ale wróćmy do Juliana, który przełamał klątwę, przywracając Fallon do życia. W pewnym sensie pierwsze uderzenie jej wskrzeszonego serca dało miasteczku nowy początek.
No tak, przecież to was najbardziej interesowało. Chcecie się dowiedzieć, czy klątwa naprawdę została przełamana. Trzeba było pytać od razu!
Owszem, klątwa została przełamana, ale próżno szukać dawnych Zgasłych przechadzających się po ulicach bez masek. Tylko członkowie Zakonu ich widzieli. Tamtego pamiętnego dnia zwołali tajne zebranie, w którym udział brali tylko oni, czterej Zgaśli (z wyjątkiem zaginionego Zephyra), oraz sama Fallon.
Tak się składa, że i ja ukradkiem poszedłem na to spotkanie, choć nikt mnie nie dostrzegł. Być może nie powinienem wam tego mówić, lecz Julian Blackwell zachowywał się tak, jakby coś ukrywał. A ściślej biorąc, jakby kogoś chronił.
I tak dowiadujecie się stanowczo za dużo, kiedy czaicie się między budynkami, śledząc mieszkańców, jakby stanowili stronice jakiejś książki. Nawet gdybym wiedział wszystko, i tak bym wam nie powiedział. Sami powinniście trzymać buzie na kłódkę. Tajemnice to nasza najcenniejsza waluta. Im więcej wiecie, tym jesteście bogatsi. Jeśli będziecie rozdawać zawartość swoich portfeli, staniecie się bezużyteczni i nikt nie obdarzy was zaufaniem. Milczenie naprawdę jest złotem. Jeśli będziecie paplać, mogą was nawet wziąć za świrów, których nikt nie potraktuje poważnie. Przecież znacie los Zwariowanego Jaspera.
Niemniej coś tu muszę przyznać - w końcu mieszkacie tutaj już od kilku miesięcy.
Jesteście jednymi z nas, czy wam się to podoba, czy nie.
Niech będzie. Coś wam zdradzę. Augustine obiecał Julianowi Blackwellowi, że jeśli uda mu się przełamać klątwę, zostanie ułaskawiony. Wiedzcie, że był wówczas obrzydliwie pewny swego. Nikt nie wierzył, że Julian odniesie sukces. A tymczasem wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu tak się stało.
A to oznaczało, że chcąc nie chcąc, Augustine musiał wywiązać się z obietnicy.
Przecież Zakon nigdy nie łamie raz danego słowa.
Zgadza się. Przełamując klątwę, Julian uniknął okrutnej śmierci w Wiklinowym Panu. Dokonał wyczynu, który wydawał się niemożliwy. Nie przechwala się jednak swoim osiągnięciem, zwłaszcza zważywszy na to, co się wydarzyło od tamtego dnia.
Zgaśli się ukrywają.
Fallon Morgan to teraz Fallon Grimaldi, gdyż przyjęła nazwisko po Bennym. Nadal pracuje w Domu Pogrzebowym St. Christopherów.
Pewnego dnia młoda, a zajadła dziennikarka imieniem Geneva, która dopiero co ukończyła Akademię, przydybała Fallon na skrzyżowaniu Main Street i Bram Boulevard. Wypytała ją wówczas o wydarzenia na klifie sprzed kilku tygodni. Fallon jednak nabrała wody w usta. Jeśli wierzyć artykułowi, który ukazał się w "Głosie Kotliny", dziewczyna udziela bezwarunkowego poparcia Kowenowi Nordyckich Lasów, lecz sama nie przeszła oficjalnej inicjacji.
Jeśli Fallon wdała się w matkę, idę o zakład, że też będzie chodziła swoimi ścieżkami.
Od dnia przełamania klątwy dzielne ranne ptaszki, którym udało się przetrwać noc, ledwie wstaną, udają się do Fasolki i przed dziewiątą trzydzieści do głowy uderza im Posmak Śmierci. Zauważają wówczas karawan, za którego kierownicą siedzi Fallon. Pojazd kursuje wzdłuż Main Street, zbierając pozostałości po upiornej minionej nocy. Czyli mówiąc po ludzku - nieboszczyków.
Jeśli wydawało się wam, że można przełamać klątwę bez konsekwencji, to myliliście się grubo. Za wszystko jest do zapłacenia cena, która przywraca równowagę.
Cienie, które dotychczas zamieszkiwały oblicza Zgasłych, musiały gdzieś się podziać, a księżycowa dziewczyna od tygodni podąża ich morderczym śladem.
Czym są Cienie, zapytacie?
Pamiętacie, jak wspominałem o coraz krótszych dniach, coraz dłuższych nocach, zamykających się na noc mieszkańcach i śmierci terroryzującej miasteczko? Dzień trwa zaledwie sześć godzin, co skazuje nas na osiemnaście godzin przerażającej walki z Cieniami, czyli widmowymi sylwetkami, które opanowały ukryte przybrzeżne miasteczko, gdy opuściły oblicza Zgasłych. Co poniektórzy twierdzą, że to one są przyczyną czarnych jak smoła nocy i prześladujących nas ostatnio problemów z czasem.
Naprawdę myśleliśmy, że przełamanie klątwy pozwoli kowenom zakopać topór wojenny. Cóż to była za żenująca pomyłka! Miasteczko jest podzielone jak nigdy. Przełamanie klątwy Zgasłych Dusz stanowiło zaledwie pierwszy krok.
Macie szczęście, że nie natknęliście się jeszcze na Cienie. Nikt nie przeżył pierwszego spotkania z nimi, a zajadłość tych złowrogich istot rośnie z dnia na dzień, kalając miasteczko.
Czy wspominałem, że nie da się ich zabić?
Cienie nie są już uwięzione w niczyich twarzach.
Czają się w mroku, wyczekując na moment nieuwagi. Polują na swe ofiary niczym nieugięci nocni drapieżcy, podążając ich śladem, aż nieszczęśnikom oczy same się zamkną. Gdy tylko tak się stanie, zapominają o świecie. Pochłania ich mrok. Kiedy zamkną oczy, są zdani tylko na siebie. Wówczas, drodzy przyjaciele, Cienie uderzają, sprowadzając na nich sny bądź koszmary.
To wszystko, co na razie wiemy.
Nie bądźcie głupi i posłuchajcie mojej rady: lepiej nauczcie się spać z otwartymi oczami.
Jeśli wydawało się wam, że dawniej miasteczko żyło w strachu, czekają was niezapomniane wrażenia.
Popatrzcie tylko. Śnieg ustał w samą porę.
Lepiej się pospieszcie, zanim od nowa zacznie sypać, ale nie używajcie drzwi frontowych. Wyjdźcie na zaplecze przez czarne drzwi, przez te między dwoma regałami na książki. Obiecuję, że jeszcze się spotkamy. A na razie utrzymajmy naszą pogawędkę w tajemnicy, dobrze?
Moje imię? Przecież je znacie, kochani.
W końcu nieraz usłyszeliście mój głos.
To ja, Freddy o Poranku.
NOC PO PRZEŁAMANIU KLĄTWY
MIASTECZKO WEEPING HOLLOW
4 LISTOPADA 2020 ROKU
NORDYCKIE LASY
Noc nadeszła szybciej, niż powinna. Rosnące pod przepastnym szarym niebem wysokie smukłe drzewa uginały się pod naporem wiatru. Julian zbliżał się do serca kniei, wbijając srebrne spojrzenie w słońce, które tego dnia zachodziło niemożliwie szybko. Burza już przeminęła, pozostawiając po sobie księżycową mżawkę.
Stanął pod gasnącym niebem, napawając się deszczem.
Krople chlastały go po twarzy, spływając po policzkach. Każde kapnięcie przypominało mu o przeszłości, stanowiąc zarazem przebaczenie za grzechy. Nie mógł co prawda zmienić przeszłości, lecz darowanie winy najzupełniej mu wystarczyło.
Tego dnia dokonał niemożliwego.
Przełamał klątwę Zgasłych Dusz.
Podążająca u jego boku Fallon wzięła go za rękę.
Po raz pierwszy spędziła cały dzień, podziwiając oblicze Zgasłego, którego pokochała. Napawała się widokiem włosów koloru najczarniejszej nocy, wspaniałych srebrnych oczu, wyraźnie zarysowanych kości policzkowych, kształtnego nosa i bruzdy między brwiami. Nadciągająca noc sprawiła jednak, że uśmiechy, którymi go obdarzała, były przelotne.
- Coś się dzieje? - wyszeptała, wbijając wzrok w złowrogie niebo. Nie oczekiwała od Juliana odpowiedzi, lecz na jego czole pojawiły się zmarszczki, pogłębiając zmartwienie Fallon.
Dopiero tego poranka przełamali klątwę, która dręczyła miasteczko od stuleci. Wszystko wskazywało jednak, że nie będą mogli się nacieszyć wspaniałymi wieściami, gdyż nadciągało jakieś złowrogie zjawisko.
Nagle usłyszeli niosący się po kniei wrzask, który przykuł ich uwagę.
Julian obdarzył Fallon spanikowanym spojrzeniem, po czym pociągnął ją za rękę i popędzili przez leśną głuszę.
Listopadowy ziąb chlastał ich po twarzach pospołu z nocnym wiatrem.
Gdy dotarli na skraj lasu, stanęli jak wryci.
Zobaczyli bowiem leżącą na ziemi panią Edwin, na której obliczu widniało przerażenie, a obok wyraźnie przestraszonego Becka Parisha. Oczy pani Edwin, wyraźnie pobladłej, były okrągłe jak spodki, jakby dopiero co kopnął ją prąd. Panika tak ją obezwładniła, że nie mogła się podnieść i rzucić do ucieczki. Była całkowicie sparaliżowana. Otaczało ją pięć cienistych sylwetek, które nie wypuszczały jej ze swego kręgu. Ich kończyny przypominały ciemny płynny dym. Postacie były wysokie i zwinne, a ich zarysy podrygiwały w rytm lodowatych podmuchów wiatru.
Pani Edwin po raz kolejny wrzasnęła, wyrywając Juliana z zapatrzenia.
Pociągnął Fallon za siebie i oboje zawiesili przerażone spojrzenia na osobliwych postaciach zbliżających się do staruszki.
- Zrób coś, Julian! - krzyknął Beck, nie próbując nawet ukryć wzbierającej w nim paniki. Zerkał szklistym wzrokiem to na Juliana, to na istoty zagrażające jego strażniczce.
Julian pojął desperację Becka, która udzieliła się również jemu.
Wiedział, że jeśli prędko nie zareaguje, Fallon lub Beck mogą stać się kolejnymi ofiarami. Myśl ta sprawiła, że w jego żyłach popłynęła czysta adrenalina. Zacisnął pięść, wydał z siebie przeszywający ryk, opadł na kolano i uderzył pięścią w ściółkę leśną. Ziemia zadygotała, wrzask Juliana coraz bardziej potężniał.
Beck się zgarbił, zasłaniając uszy, i zacisnął powieki.
Ryk Juliana zdawał się zatapiać szpony w jego umyśle.
Zupełnie jak piła przecinająca kości.
Nagle zapadła cisza, a pięć cieni wyparowało niczym mgła, pozostawiając po sobie tylko mroczne wspomnienie.
Powiewy wiatru zdmuchnęły z kręgu liście, tak że martwe ciało pani Edwin spoczywało na nagiej glebie. Jej oblicze było blade jak prześcieradło.
Beck podbiegł do niej, niemal ślizgając się po ściółce, i wziął jej ciało na ręce.
Julian chwiejnie odsunął się trochę. Wyczyn, który pozwolił mu przegnać tajemnicze istoty, wycisnął z niego siódme poty.
Zaczęli się schodzić pozostali członkowie Kowenu Nordyckich Lasów. Byli wśród nich pan Edwin i jego córka Josephine.
Pan Edwin zupełnie stracił panowanie nad sobą; płakał niepowstrzymanie, kręcąc głową.
- Nie! - Fallon zamarła w bezruchu, zasłaniając usta obiema dłońmi. Łzy wypełniały jej oczy, nie spływały jednak po policzkach.
Zjawił się Phoenix Wildes i pochylił się nad zdezorientowanym Julianem, który nadal klęczał osłabiony wysiłkiem. Phoenix chwycił Juliana za brodę, aby zajrzeć mu w oczy, lecz zobaczył tylko jego ponure oblicze.
Wyraz twarzy Juliana zdruzgotał Phoenixa, który nie nawykł do widoku rysów pobratymcy. Wszyscy czterej musieli jednak w biegu uczyć się siebie nawzajem.
- Co się stało? - zapytał Phoenix. W jego głosie pobrzmiewała rozpacz.
Julian nie odpowiedział, próbując zrozumieć, czego właściwie był świadkiem.
- Julian! - krzyknął ponownie Phoenix, w którego oczach pojawiła się zgroza.
- Nie mam pojęcia - wystękał Julian, obrzucając knieję wzrokiem, jakby szukał w niej odpowiedzi. Podparł się dłonią, rozmyślając o mrocznych postaciach, które wypaliły dziurę w jego pamięci. - Próbowałem. Próbowałem, ale było za późno - powiedział drżącym głosem, po czym wbił w Phoenixa przerażone spojrzenie, gdyż pojął niepokojącą prawdę. - Wygląda na to, że kiedy przełamałem klątwę, przypadkiem uwolniłem zamieszkujące nas potwory.
Zgromadzili się członkowie Nordyckich Lasów. Była wśród nich Agatha Blackwell, której gruby warkocz sięgał aż do pasa. Położyła dłoń na ramieniu Juliana.
- Cokolwiek to było, na pewno wróci - powiedziała do syna, starając się nie okazywać emocji. - Coś mi mówi, że to dopiero początek.
Agatha odwróciła się do drugiego Zgasłego, choć dopiero po chwili rozpoznała w nim Phoenixa bez maski. Gdy jednak dostrzegła w jego złotych oczach znajomą agonię, zupełnie się rozkleiła.
Zbadała wzrokiem jego kanciaste rysy, wąską brodę, dwa pieprzyki pod oczami i bruzdę między brwiami. Dostrzegła w nim chłopca, którego zawsze traktowała niczym syna, odkąd jego matka odeszła.
Phoenix spojrzał gdzieś w bok.
- Musimy odnaleźć Zephyra. Nikt go nie widział, odkąd klątwa została przełamana - powiedział, rozglądając się po ludziach z Kowenu Nordyckich Lasów. Zbierało się coraz więcej osób, przez co panika rozprzestrzeniała się niczym pożar.
Zgaśli pojęli prawdę.
Na bogów, odczuli ją każdą cząstką swego jestestwa.
Wkradała się między nich widmowa niegodziwość, lecz Zgaśli po raz pierwszy odczuli pełnię własnego człowieczeństwa. Nie potrzebowali wiele czasu, aby pojąć, że złowrogie cienie do niedawna zamieszkiwały ich ciała.
Potwory najmroczniejsze ze wszystkich wdarły się do ich rodzinnego miasteczka, a noc stanowiła ich terytorium łowieckie.
Agatha ogarnęła wzrokiem zgromadzony w lesie kowen, który tracił panowanie nad sobą. Gałęzie smętnie zwisały, jakby i drzewa poddały się rozpaczy.
- Otrząśnij się, Julianie - nakazała Agatha natarczywym szeptem, choć jej głos wyraźnie drżał. Tej jednej emocji nie potrafiła ukryć. - Ty zresztą też, Phoeniksie. Jesteście podporami Nordyckich Lasów. Musicie świecić przykładem.
Julian zerknął na Phoenixa.
Wyprostowali się jak na komendę, stając twardo na ziemi.
Julian stanął na baczność, po czym wbił w matkę srebrne spojrzenie, zaciskając pięści. Żyły wyraźnie zaznaczyły się na jego przedramionach.
Agatha odchrząknęła.
- Julian nie dał rady tego powstrzymać. - Spojrzała na otoczonego przez rodzinę Edwinów Becka, który przyciskał do piersi zmarłą strażniczkę. - Jeśli te stwory powrócą, tylko wasza czwórka zdoła ocalić nasze miasteczko.
- Piątka - poprawił Julian, zaciskając zęby. Patrzył na matkę wzrokiem pełnym winy. Zazdrośnie strzegł tajemnicy zaginionego Zgasłego, którą zamierzał zdradzić tylko w przypadku przełamania klątwy. Wszystko wskazywało na to, że nadszedł stosowny moment. - Powinniście o czymś wiedzieć.
PROLOG
ADORA
WIEK: SZEŚĆ LAT
NOC WILCZEJ PEŁNI KSIĘŻYCA
DOM SULLIVANÓW
7 STYCZNIA 2004 ROKU
Przytłumione szepty wiły się niczym wstążki, ślizgając się po drewnianej podłodze.
- Odezwij się, na miłość boską! - błagał tata. Jeszcze nigdy nie usłyszałam w jego głosie tak ogromnej rozpaczy, lecz było oczywiste, że mówi cicho, abym go nie usłyszała. - Powiedz coś, Marcy. Nie zmuszaj mnie do tego.
Mama jednak uparcie milczała.
Nagle drzwi frontowe otworzyły się z przeraźliwym jękiem. Podłoga zaskrzypiała pod naciskiem stóp członków Kowenu Świętego Morza. Do domu musiała wkroczyć przynajmniej trójka. A może czwórka lub piątka? Nie miałam pojęcia.
- Co oni tu robią? - zapytała wyraźnie przestraszona Fable, przytulając swojego pluszowego jednorożca. Światło bijące od ustawionej między naszą trójką lampy naftowej oświetlało jej miękkie, pokryte piegami policzki. - Chyba nie zamierzają zabrać mamy? Nie chcę, żeby ją zabrali!
- Cśśśś... Nikt nie zabierze nam mamy. Przecież nie możemy opuścić Weeping Hollow, pamiętacie? Jesteśmy tu bezpieczne - wyszeptałam, obdarzając siostry dziarskim uśmiechem. - Chcą tylko jej pomóc, żeby poczuła się lepiej. A powiedzcie, pamiętacie jeszcze "czy boisz się ciemności"? To ta zabawa w chowanego, tylko...
Fable kiwnęła głową, w jej oczach zabłysła nadzieja.
- ...z latarkami!
- Ano. Mama będzie się dobrze bawiła, zobaczycie. A teraz ciszej, bo nie mogę ich dosłyszeć.
Ivy pochyliła się w moją stronę.
- Ty i twoje historyjki...
Zebrałyśmy się we trójkę po drugiej stronie drzwi mojej sypialni, toteż zrobiło się całkiem duszno, lecz powietrze było chłodne. I to bardzo. Miałam na sobie maminą czerwoną sukienkę. Była piękna; uroku dodawały jej wąskie ramiączka i jedwabisty materiał. W przypływie desperacji okryłam bose stopy jej rąbkiem. Musiałam zbliżyć się do źródła przytłumionych głosów, które słyszałam przez szparę między drzwiami a podłogą. Nadal jednak nie mogłam nic zrozumieć.
Wstałam z podłogi i sięgnęłam do mosiężnej gałki, która okazała się zimna jak lód. Zawiasy zaskrzypiały, gdy otworzyłam drzwi.
Ivy gwałtownie westchnęła.
- Nie rób tego, Adoro! Usłyszą cię! - wyszeptała nerwowo. - Tu jest bezpieczniej!
- Muszę się dowiedzieć, o co chodzi.
Nieco szerzej uchyliłam drzwi sypialni, aby się przecisnąć. Następnie ostrożnie zeszłam po schodach.
Ivy poczłapała za mną. Nigdy nie pozwoliła mi na samotną konfrontację z nieznanym.
Chwyciłam lodowate drewniane tralki i wcisnęłam między nie głowę.
Przez krótką chwilę słyszałam echo głosu mamy przestrzegającej mnie, że jeśli raz wsadzę głowę między tralki, utknę tam na amen. Jej głos był jednak tylko wspomnieniem.
Na parterze zauważyłam pana Pruitta, panią Cantini i tatę, którzy stali w kręgu, prowadząc obok drzwi jakąś szeptaną dysputę. Przybycie naszego najwyższego kapłana w pełni uzmysłowiło mi doniosłość tego, co miało wydarzyć się tej nocy. Ciarki przeszły mi po plecach. Zadrżałam, gdy tata się przesunął, odsłaniając stojącego między nimi chłopca, którego twarzy nie mogłam jednak dostrzec. Zapragnęłam ujrzeć jego oblicze i dowiedzieć się, kim jest.
Oczy taty były wyraźnie zaczerwienione i nabrzmiałe, jakby łzy sprały go na kwaśne jabłko.
- Nie powiedziała, dlaczego tak postąpiła - wyjęczał. - Nie mam pojęcia, co ją popchnęło do tak szalonego czynu.
- To zupełnie niepodobne do Marcy - wymamrotała pani Cantini. - Mam pełne rozeznanie we wszelkich tajemnicach Weeping Hollow, ale nic z tego nie rozumiem. Potrzebuję więcej czasu. - Położyła rękę na ramieniu taty. - Rozgryziemy to, Ronan. Przysięgam. A tymczasem zapewnimy twoim dziewczynkom bezpieczeństwo.
Rozmowa trwała jeszcze chwilę, lecz zasłonięty chłopiec nie odezwał się ani słowem.
Nagle tata pokręcił głową, po czym wszyscy zniknęli mi z pola widzenia.
Fable cicho jęknęła.
Ivy pociągnęła mnie za ramię.
- Fable się boi. Lepiej wracajmy.
- Kim był ten chłopiec?
- Nie mam pojęcia. Nie przyjrzałam się mu. Wracajmy do sypialni.
- Nie - zaparłam się, gdyż musiałam się dowiedzieć, kim jest i po co przybył.
- Adoro... - Ivy naparła na mnie, aby wyszeptać mi coś do ucha. - Cokolwiek zamierzają zrobić, mają dobre powody, żeby to przed nami ukrywać.
- Jak masz pietra, to wracaj do mojego pokoju. Ja zostaję.
Usłyszałam kroki Ivy. Zostawiła mnie, żeby pocieszyć Fable.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza, po czym na nowo usłyszałam głosy. Chwile, które spędziłam na szczycie schodów, zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Ponownie skryłam nogi w fałdach ślicznej czerwonej sukienki mamy.
Gdy usadowili się w salonie, ostrożnie zeszłam po schodach. Powoli i cicho, aby uniknąć wykrycia.
Schowałam się w chłodnym cieniu, pozostając na ostatnim stopniu, po czym wychyliłam głowę, aby mieć dobry widok na salon.
Kobiety ze Świętego Morza otoczyły mamę. Recytowały jakąś nieznaną mi inkantację, dzierżąc czarne świeczki.
Mama siedziała w bujanym fotelu, który stał pod oknem. Długie czarne włosy opadały jej na twarz. Sprawiała wrażenie niezwykle małej, jakby jej stopy ledwo sięgały podłogi. Bujała się w fotelu, zapatrzona w nocny ocean, ale jej ruchy cechowała zdradzająca skrytą zajadłość brutalna werwa. Przypominały dudnienie serca; fotel poruszał się tak gwałtownie, że co chwilę migała mi podłoga, na której stał.
Tata zakrył usta dłonią, po czym zasłonił sobie oczy.
Nie chce tego oglądać, pomyślałam. Jeśli tata nie chciał tego widzieć, mnie też przeszła ochota. Przerażający widok sprawił jednak, że nie mogłam ruszyć się z miejsca. Byłam równie uwięziona jak mój rodziciel, lecz w przeciwieństwie do niego nie potrafiłam unieść ręki, aby zasłonić sobie oczy.
Pan Pruitt zbliżył się do taty i ścisnął mu ramię, aby podnieść go na duchu.
Ivy się ewakuowała, przez co ja nie mogłam sobie na to pozwolić.
Tak mocno zacisnęłam piąstkę na drewnianej tralce, że straciłam czucie w palcach. Nadal wpatrywałam się w gwałtowne podrygiwanie maminego fotela, wsłuchując się w szeptane inkantacje, które niosły się po pokoju. Nagle okno gwałtownie się otworzyło i do domu wpadł wiatr, lecz przybyli nie przerywali. Mama zadrżała gwałtowniej, a wiedźmy poczęły zawodzić jeszcze głośniej. Wtórował im lodowaty powiew.
Sekundy upływały w żółwim tempie, jednocząc się z nocą.
Nagle kobiety ze Świętego Morza przerwały zaklęcie, jak na komendę robiąc krok do tyłu, po czym jakaś niewidzialna siła poderwała je do góry niczym marionetki.
Chłopiec, który stał przed mamą w środku kręgu, obrócił głowę i spojrzał mi w twarz. Jego piwne oczy lśniły tak, jakby pomieszkiwała w nich błyskawica, toteż nerwowo przełknęłam ślinę.
Kane Pruitt, podpowiedziała mi pamięć.
Słyszałam o nim niejedną plotkę. Ponoć był uwięziony w rezydencji Pruittów, którą po raz pierwszy opuścił dopiero tej nocy.
Zasłoniłam usta dłonią, aby uciszyć oddech i powstrzymać krzyk. Chciałam zażądać wyjaśnień, zapytać, co zrobił mojej mamie. Słowa zamarły jednak w moim umyśle, przeistaczając się w lodowate rzeźby ustawione na postumentach strachu.
Rzucił mi cyniczny uśmieszek.
Było w nim znacznie większe szaleństwo niż w maminym grymasie.
Kane odwrócił się do mnie tyłem, po czym opuścił domostwo tylnymi drzwiami. Nie powiedział ani słowa.
Gdy pan Pruitt i pani Cantini się pożegnali, tata przygotował sobie drinka i zatonął w miękkiej kanapie, która stała obok bujanego fotela. Przez chwilę wpatrywał się w mamę. Tym razem bujała się spokojnie, ustało łomotanie o drewnianą podłogę. Tata przyglądał się jej przekrwionymi oczami, nie odzywając się ani słowem. Patrzył na nią, aż zmogło go zmęczenie. Zdrzemnął się, chrapiąc niemiłosiernie.
Odczekałam trochę, a gdy uznałam, że już śpi, wyłoniłam się z cienia.
Wtedy bujany fotel znieruchomiał.
Głowa mamy obróciła się o dziewięćdziesiąt stopni, wbiło się we mnie spojrzenie niebieskich oczu, w których ziała pustka. Poczułam się przyszpilona do ściany, na której wisiały fotografie rodzinne pochodzące ze szczęśliwszych czasów. Uwiecznione na nich uśmiechy kołysały się nad moją głową. Ozdobione imitacjami liści pozłacane ramki sprawiały wrażenie, że lada chwila mogą spaść na podłogę.
Czarne włosy mamy, które zazwyczaj nosiła odrzucone do tyłu, opadały jej na blade policzki. Pokręciłam głową, gdyż siedząca w fotelu kobieta zupełnie nie przypominała mojej rodzicielki.
- Znowu włożyłaś moją sukienkę - powiedziała dziwnym głosem, który dotąd usłyszałam tylko raz. Pobrzmiewały w nim oskarżycielskie tony. Były to pierwsze słowa, jakie wygłosiła tamtej nocy. Palce, które spoczywały na podłokietnikach fotela, wyraźnie się napięły. - Chodź do mnie.
Nie odpowiedziałam. Trwałam w absolutnym bezruchu. Sukienka była tak długa, że opadała mi na zaciśnięte palce stóp, przez co czułam się uwięziona. Inna sprawa, że nie miałam ochoty się zbliżyć.
Zaczęłam nerwowo przebierać palcami.
Choć przecież to była moja matka. Nie miałam powodu się jej obawiać.
- Chodź, Adorciu - ponagliła mnie i teraz jej głos zabrzmiał bardziej znajomo. - Mamusia opowie ci historyjkę.
Zrobiłam niepewny krok naprzód.
A potem następny.
Minęłam tatę, który nadal warczał jak traktor, po czym stanęłam bezpośrednio przed mamą.
Patrzyła na mnie poważnie, niewzruszenie.
Wydawało mi się, że wpatruję się w łypiący na mnie portret.
Wyciągnęłam przed siebie niepewnie rękę, stanęłam na palcach i odgarnęłam jej włosy z twarzy. Nawet nie drgnęła, gdy to uczyniłam. Kiedy opadłam na pięty, spojrzałam na nią raz jeszcze. Tym razem bardziej przypominała kobietę, do której nawykłam. Wyglądała ślicznie, zupełnie jak mama, która każdego ranka śpiewała i pływała ze mną w morzu. Jak mama, która każdej nocy potrafiła ululać mnie troskliwie do snu i opowiadała mi historie o pięknych syrenach i przystojnych piratach.
Tamtej nocy sprawiała jednak inne wrażenie. Zniknął gdzieś blask w jej oczach.
Wspięłam się jej na kolana.
- Spójrz na mnie, słoneczko - wyszeptała, gładząc mnie po włosach.
W domu nadal unosił się zapach wypalonego kadzidła, w którym wyczułam nutkę suszonych kwiatów z domieszką świeżej ziemi. Gdy się odwróciłam do mamy, zdjęła naszyjnik i założyła mi go na szyję. Wisiała na nim pusty medalion w staromodnym stylu.
Mama zawsze miała na sobie ten naszyjnik.
Podarowała mi go teraz, choć była do niego przywiązana.
Następnie oplotła mnie ramionami, po czym spojrzałyśmy za okno, gdy rozpoczęła opowieść.
- W przeciwieństwie do wielu historii, które ci opowiedziałam, ta zaczyna się od chłopca. Zaginionego chłopca, którego imię przepadło w mroku dziejów. Mieszkał wśród drzew, choć knieja nie była jego domem...
ROZDZIAŁ PIERWSZY
STONE
WIEK: TRZYNAŚCIE LAT
LASY CHESAPEAKE, STAN MARYLAND
KWIECIEŃ 1853 ROKU
Sarna stała zaledwie metr, dwa metry od nas, choć nie wychodziliśmy z kryjówki nieopodal małej wioski. Tropiliśmy zwierza już jakiś czas, a Paco nadal nie opuścił swojej pozycji. W przeciwieństwie do mnie nie potrafił zdobyć się na zabicie zwierzęcia, choćby mięso miało utrzymać przy życiu jego rodzinę.
Nie chodziło o odwagę czy brawurę. Nie wystarczały też same umiejętności, choć oczywiście nie były one pozbawione znaczenia. Nigdy nie udało mi się zidentyfikować cechy, która pozwala na odebranie zwierzęciu życia. Podejrzewałem, że głód, którego nieraz doznaliśmy z matką, zrobił swoje. Dopiero po jakimś czasie nauczyliśmy się obywać bez jedzenia przez kilka dni.
Trwała akurat wiosna. Słońce wisiało nisko nad horyzontem, poranek był chłodny. Ciężko oddychałem po długim biegu, choć kwietniowe powietrze było tak boleśnie zimne, że moje płuca zdawały się skute lodem. Paco nie odzywał się ani słowem, gdy czailiśmy się za rozległą kępą krzaków. Za ubiór służyły nam skóry i niedźwiedzie futra. Wyczekiwaliśmy na dogodną okazję, otoczeni przez truciznę.
Las spowijała cisza.
Poranek był bezgłośny. Sarna też.
Zwierzę było wyczerpane pościgiem. O to właśnie nam chodziło. Trzy istoty zajmowały wąską przestrzeń, knieja zamarła w bezruchu.
Prawdopodobieństwo sukcesu Paca malało z sekundy na sekundę. Wiedziałem, że jeśli nie wróci ze zdobyczą, po raz kolejny rozczaruje swojego ojca.
Zupełnie nie rozumiałem rozterek przyjaciela.
W końcu sam zaledwie kilka lat wcześniej poznałem radość łowów.
Każdego ranka przed polowaniem modliłem się do bogów, aby zapewnili mi powodzenie. Składałem ofiary Matce Ziemi i Niebiańskiemu Ojcu, po czym prosiłem Ducha, aby zjednoczył mnie z upolowanym zwierzęciem. Za każdym razem, gdy odbierałem ofierze życie, czułem to w głębi duszy.
Z biegiem lat uprościłem ten rytuał. Pojąłem, że nie muszę uzewnętrzniać własnej duchowości, gdyż i tak doskonale rozumiem, co robię. Nieważne, czy chodziło o ryby, zające, przepiórki, czy jelenie o wspaniałym porożu; w ostatecznym rozrachunku stanowiliśmy jedność.
Twarz Paca wykrzywił grymas, jakby przeszył go ból albo dopadły mdłości. Znałem ten wyraz twarzy; dostrzegałem go za każdym razem, gdy Paco wbijał wzrok w zdobycz. Nerwowo zacisnął spocone palce na rękojeści noża, wpatrując się w sarnę, która mokrym czarnym nosem grzebała w lśniących liściach.
Górna warstwa śniegu powoli topniała; pod moimi rakietami śnieżnymi pozostał już tylko cieniutki biały całun. Nadal czekałem na ruch przyjaciela.
- No dalej, Paco - wyszeptałem w jego ojczystym języku. - Rób, co trzeba.
Większość chłopców potrafiła polować, a ja nie stanowiłem wyjątku. Inni trzynastolatkowie zadowalali się jednak królikami i wiewiórkami, lecz mnie interesowała zdobycz, która wyżywi nas przez więcej niż jeden dzień.
Podejmowałem się każdego wyzwania. Wiedziałem, że precyzja zapewni zwierzęciu szybką śmierć. Obawiałem się jednak, że Paco nie stanie na wysokości zadania. Rozumiałem, że zdobycz tylko niepotrzebnie się nacierpi, jeśli mój przyjaciel spapra robotę.
Wielokrotnie przerabialiśmy tę samą lekcję. Nieraz demonstrowałem mu poprawną technikę. Pojedyncze ukłucie w niewłaściwym miejscu mogło skazać łagodnego ssaka na nieopisane katusze.
Na brwiach Paca wykwitł pot, lecz chłopak zrobił krok naprzód. Śnieg zachrzęścił pod naciskiem jego stopy. Sarna poderwała głowę, Paco zamarł w bezruchu. Po chwili zwierz poszedł w jego ślady.
Upływały długie sekundy.
- Nie dam rady - wyszeptał wreszcie, jakby sama ta myśl sprawiła mu ból.
Spojrzałem ponownie na sarnę; było jasne, że lada chwila znów pomknie przez las. Nie mogłem ryzykować większego opóźnienia, toteż wyrwałem Pacowi ostrze.
Zacisnąłem palce na rzeźbionej drewnianej rękojeści. W mym umyśle natychmiast rozległo się echo miejsca, w którym niegdyś przebywało ostrze, moje gardło nabrzmiało. Pod powiekami rozlała mi się czarna plama, pozostawiając zaledwie jedno wspomnienie: przemarsz zdeterminowanego plemienia; osobliwe twarze wykrzywiały wilcze grymasy, w oczach widniał głód i zgroza. Otaczający mnie chłód zadrżał, zima wdarła się do mych uszu. Wreszcie wspomnienie zamigotało, po czym roztrzaskało się na kawałeczki.
Teraz. To jedno słowo pojawiło się w mym umyśle, przepędzając wszelkie inne myśli. Pognałem za sarną. Gałęzie choin uginały się z chrzęstem, aby zrobić mi przejście.
Gdy po raz pierwszy doświadczyłem przeszłości dotkniętego przedmiotu, od razu pojąłem, że moja maska to nie jedyne, co odróżnia mnie od bliźnich. Matka nakazała mi jednak, żebym o tym nie myślał. Poleciła mi też utrzymać to w tajemnicy. Moja moc nie była ani normalną cechą, ani darem - zupełnie jak przewodnictwo, którym darzyła mnie ziemia. Pod tym względem niczym nie różniła się od Ciemności kalającej me oblicze.
Przyspieszyłem kroku. Oddech i bicie serca pulsowały mi w uszach.
Rzuciłem się na sarnę, oplatając rękami jej ciało. Wykorzystałem własną siłę i impet natarcia, aby zwalić ją na ziemię. Następnie powtórzyłem dobrze wyćwiczoną procedurę: chwyciłem sarnę za nos, odchyliłem jej głowę i zatopiłem ostre jak brzytwa ostrze poniżej ucha. Pozwoliło mi to przeciąć aorty i rozpłatać jej gardło.
- Niech twoje ciało nakarmi nasze powłoki, a twoja pamięć nasze dusze - wyrecytowałem w lokalnym języku, po czym dobiłem zwierzę głębokim pchnięciem. Pozbawione życia brązowe oczy sarny wbijały puste spojrzenie w szare poranne niebo. - Nos omnes connexae - wyszeptałem, trzymając w ramionach zdobycz. Ciężko oddychałem wpatrzony w ponury nieboskłon. Krew sarny kalała mi skórę.
Zabijanie zwierząt zawsze odbijało się na mej duszy. W pewnym sensie poświęcałem kawałek własnego jestestwa. Dopiero po spożyciu zdobytego mięsa na nowo czułem się sobą.
Paco towarzyszył mi w drodze powrotnej do wioski. Wiedziałem, że ciało sarny zostanie potraktowane z należytym szacunkiem. Minęliśmy drzewo, na którym między gałęziami umieszczono głowę upolowanego dzień wcześniej samca, aby jego duch mógł podziwiać wschody i zachody słońca. Stanowiło to przekaz dla innych zwierząt oraz przypomnienie, co przeznaczyli mu bogowie.
Zbliżył się do nas ojciec Paca. Na jego twarzy pojawił się dumny uśmiech.
- Znakomita robota, Paco.
- To przecież... - zaczął Paco, ale przerwałem mu.
- ...żaden problem - dokończyłem.
Paco wbił we mnie zaskoczone spojrzenie, gdyż odezwałem się w obecności jego ojca.
- Paco świetnie się sprawił - ciągnąłem, kiwając głową. - Rodzina może być z niego dumna.
Wiedziałem, że nie powinienem go okłamywać, lecz nie mógłbym znieść widoku jego rozczarowanej miny.
Ciało sarny ześlizgnęło się z mych ramion na ziemię. Otrzepałem zakrwawione ręce i dopiero wówczas zauważyłem, że drżą niepowstrzymanie. Zupełnie jakby pragnęły się oczyścić z krwi i poczuć znajomy dotyk rękawic.
Pojawiła się moja matka, udaliśmy się więc na brzeg rzeki, aby zmyć krew z mego ciała, zanim nią przesiąknę.
- Nie brakuje ci odwagi, ale masz miękkie serce. Kiedyś cię to zgubi - przestrzegła po angielsku, kiedy znaleźliśmy się na osobności.
- Miękkie?
Zza ucha wymknął się jej kosmyk długich blond włosów, gdy zdjęła kaptur. Podbiegła nagle i z całej siły mnie popchnęła.
Zrobiłem krok wstecz, a na twarzy matki wykwitło niezadowolenie.
- Nie ulegaj tak łatwo, Stone. Ani kroku wstecz. Przecież jesteś ode mnie większy i silniejszy. Mogłeś z łatwością dać mi odpór. Wycofałeś się tylko dlatego, że jestem kobietą. - Zacisnęła szczęki, obrzucając mnie surowym spojrzeniem. - Twoje serce jest słabe. Jak papier.
Worek na ziarno nagle mi zaciążył.
- Jesteś kobietą i moją matką.
- I co z tego? Musisz przede wszystkim chronić siebie. Nie możesz nikomu ulegać. Nawet gdyby chodziło o kobietę czy matkę. - Odwróciła się, ruszając dalej. - Skoro o tym mowa, wyświadczasz Pacowi niedźwiedzią przysługę. Tylko umacniasz złe nawyki. Musi się tego nauczyć, więc następnym razem się nie odzywaj - moralizowała władczo. - Masz być niewidoczny i niezłomny, pamiętasz? Stań się skałą, nie papierem. Tylko w ten sposób przetrwasz w świecie zamieszkanym przez ludzi, na których nie można polegać.
Odwróciłem się od niej.
- Masz rację - przyznałem, unikając oskarżycielskiego wzroku, który nadal na sobie czułem. - To się nie powtórzy. Już nigdy z nimi nie porozmawiam.
Gdy dotarliśmy do strumyka, kucnąłem, nabrałem wody w dłonie i opłukałem sobie ramiona i kark. Następnie energicznie wyszorowałem ręce. Kiedy popatrzyłem na taflę wody, ujrzałem odbicie pokaźnego worka na ziarno, który sprawiał, że moja głowa zdawała się trzy razy większa. Obok zobaczyłem wykrzywioną twarz matki. Spuściłem głowę, gdyż pojąłem, co się święci. Wiedziałem, co zaraz powie.
- Jak długo tu jeszcze zostaniemy?
Dużo podróżowaliśmy, lecz nigdzie nie zagrzaliśmy miejsca. Prędzej czy później mieliśmy przenieść się do następnej wioski albo dołączyć do kolejnego plemienia. Woleliśmy małe nieustępliwe społeczności niż wielkie metropolie rojące się od potencjalnych ofiar. Moich ofiar.
Matka była uzdolnioną szwaczką, co pozwalało jej zapracować na schronienie. Ja z kolei zdobywałem akceptację dzięki umiejętnościom łowieckim. Mimo to prędzej czy później mieszkańcy zawsze zaczynali się zastanawiać, dlaczego noszę worek na głowie. Żądali wówczas wyjaśnień, dlaczego nie mogę pokazywać twarzy i dlaczego nawet w lecie noszę rękawice. Doskonale jednak wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na zdjęcie pancerza.
Wzmagająca się ciekawość miejscowych oznaczała, że musimy uciekać, zanim wymuszą na matce drastyczne środki. Nie mogli przecież stanąć twarzą w twarz z przerażającą mroczną otchłanią, która czaiła się w worku.
Matka im zdradziła, że moja twarz jest przeklęta i każdy, kto ujrzy ją na własne oczy, padnie ofiarą swych najgłębszych strachów. Oznaczało to, że nigdy nie widziałem w lustrze własnego odbicia, gdyż zawsze istniała szansa, że zgładzi mnie moje własne przekleństwo.
Śmierć stanowi ponoć część naturalnego cyklu życia. Ta, którą zadawała moja wygłodniała fizjonomia, była jednak okrutnym i bezprawnym wyjątkiem.
"To wina twojego dziadka" - zwykła mawiać matka, lecz uparcie odmawiała dalszych wyjaśnień, ucinając temat. Nigdy nie zdradziła imienia mojego ojca, kimkolwiek był. Rzecz jasna, nieraz go sobie wyobrażałem. Zastanawiałem się, jak mógł wyglądać. Rysowałem nawet jego wymyślone podobizny, bo byłem przekonany, że jeśli odnajdę jego twarz, poznam i własną.
Mimo to zawsze zostawiałem pusty owal.
Wiedziałem jednak, że moje serce nie jest ani chłodne, ani puste. Coś w nim tkwiło.
Pojmowałem, że stać mnie na więcej.
Ale nie miałem pewności, co właściwie reprezentuję.
Matka wyciągnęła z kieszeni sukienki rękawice, które mi wręczyła.
- Zaczynają zadawać niewygodne pytania. Zima dobiega końca, więc powinniśmy się zbierać. Łatwiej będzie nam podróżować.
Nałożyłem rękawice i kiwnąłem głową, choć moje serce przeszyła igła rozczarowania. Paco był moim jedynym przyjacielem. Tylko on nigdy nie kwestionował osobliwości, którą reprezentowała moja maska.
Prawda była jednak taka, że zasłużyłem sobie na rozczarowanie.
Wiedziałem przecież, że lepiej nie zawierać przyjaźni.
Matka nigdy nie popierała naszej zażyłości, gdyż leżało jej na sercu dobro wyższe. Chciała ochronić osoby postronne przede mną, a mnie przed światem. Pragnęła tylko mnie wyleczyć, nigdy bowiem w pełni nie pogodziła się z dziwną istotą, którą zrodziła.
Jak długo skrywałem twarz, tak długo byłem niegroźny.
Nie stwarzałem zagrożenia większego niż mężczyzna wyposażony w dwie pięści i wybuchowy temperament.
Inna sprawa, że mało kto pozwolił mi to kiedykolwiek udowodnić.
Zawsze samotnie stawialiśmy z matką czoło światu, ale w pewnym momencie zacząłem tęsknić za tym, co nigdy nie miało stać się moim udziałem. Czy dla trzynastolatka normalne było samolubne pragnienie czegoś więcej? Biorąc pod uwagę moje obecne położenie, nie potrafiłem sobie wmówić, że w wyższych aspiracjach jest coś zdrożnego.
Przed zaśnięciem zawsze czytałem swoją dwudziestą pierwszą książkę. Świat mych snów opanowały jednak pająki, które próbowały mi coś uświadomić, przez co budziłem się, powracając do ponurej rzeczywistości. Nie potrafiłem zasnąć ponownie, gdyż wiedziałem, że przypominają mi o tkwiącej we mnie wielkości. Byłem też święcie przekonany, że ktoś na mnie czeka.
ROZDZIAŁ DRUGI
ADORA
PORANEK NOWIU
DOM SULLIVANÓW
15 LISTOPADA 2020 ROKU
Morze miało tendencję do zbieractwa.
Moje najwcześniejsze wspomnienie pochodziło z wieku sześciu lat. Trzymałam się wówczas maminego biodra, choć moja rodzicielka sama nie sięgała dna oceanu. Zmagałyśmy się z jedną brutalną falą po drugiej, lecz utrzymywałyśmy się na powierzchni, choć z najwyższym trudem. Pamiętam jednak jej maniakalny płacz, nad którym nie potrafiła zapanować.
Nigdy jej nie powiedziałam, że gdy wpadła w histerię, ocean chwycił moje włosy w słony uścisk, wydzierając moją ulubioną spinkę w kształcie bzu. Nie wspominałam też, że wcisnął mi słone palce do gardła, kradnąc oddech.
Pamiętam też dwuczęściowy pastelowy strój kąpielowy, który miałam w wieku ośmiu lat, podobnie jak moje siostry i najlepsza przyjaciółka imieniem Adeline. Kojarzył mi się on z pewnym czerwcowym dniem. Mama nie potrafiła już mówić, a my bawiłyśmy się na płyciźnie. Tata zanurzył wówczas mamę w głębinach. Moja rodzicielka powróciła z nabrzmiałymi oczami, ale pozbawiona uśmiechu. Tata natomiast stracił swój pierścionek zaręczynowy. Twierdził później, że szczególnie zdradliwa fala zerwała mu go z palca. Nigdy nie odzyskał pierścionka, a mama uśmiechu.
Kiedy miałam z kolei dziesięć lat, Adeline umarła; spędziłam wtedy noc na wybrzeżu. Moja głowa spoczywała na rękach złożonych jak do modlitwy. Czułam się obolała na ciele i duszy. Przebudziła mnie fala, która przykryła mnie niczym koc, zmywając mi z twarzy łzy.
Pamiętam też pewną chłodną październikową noc. Miałam wówczas czternaście lat, a mama nie potrafiła już chodzić. Zbudowałam wtedy z siostrami namioty, wykorzystując jako surowiec wyrzucone przez ocean kawałki drewna oraz zużyty brezent z rybackiej szopy taty. Chciałyśmy przenocować na plaży, ale morze zmusiło nas do ewakuacji. Potężna fala zgasiła nasze ognisko, a wody oceanu zagarnęły moje lśniące purpurowe sandały.
Nie udało mi się ich odnaleźć.
Morze miało skłonność do chomikowania. Odbierało nam i to, co ceniliśmy, i to, co zapomniane. Mimo to zawsze ciągnęło mnie do oceanu; nie potrafiłam zignorować jego zewu. Zawsze musiałam wkroczyć na cmentarzysko rzeczy zaginionych, dzikich i ukochanych.
Zeszłam z ostatniego stopnia kamiennych schodów i położyłam dłonie na podniszczonej bramie, wyczuwając pod palcami wyraźną szorstkość. Wpatrzyłam się w przepastny mlecznobiały horyzont, po czym ogarnęłam wzrokiem moje ukochane czarne morze.
Nagle w palec wbiła mi się drzazga. Gwałtownie łyknęłam powietrze i odwróciłam dłoń, żeby przyjrzeć się zranieniu. Drzazga głęboko utknęła pod skórą. Brzydko to wyglądało. Nacisnęłam i mój palec przeszył całkiem satysfakcjonujący ból, który nieco przypominał ukłucie malutkim nożykiem.
Byłam osobą, która potrafiła czerpać z bólu swoistą przyjemność. Może wynikało to z tego, że przypominałam piękną muszlę, która skrywała jednak ocean wściekłości. Zacisnęłam pięść, chcąc jak najdłużej utrzymać drzazgę pod skórą. Kto wie, może zakorzeni się równie głęboko jak nieoczekiwana zima, która zawitała do nas pewnej nocy i już nigdy nas nie opuściła?
Sporo się zmieniło. Wszędzie leniwie opadały łagodne płatki śniegu, spowijając miasteczko ponurą ciszą, przez co przypominało plan filmu noir. Opuściłam rękę i wzięłam głęboki oddech, wypełniając płuca zimowym chłodem. Następnie odetchnęłam i otworzyłam bramę. Palec, w którym tkwiła drzazga, wyraźnie pulsował.
Plaża była czysta i lodowata. Rąbek mojej sukienki sunął po piasku, gdy zmierzałam na bosaka w stronę brzegu. Ponad falami niósł się chłodny poranny wietrzyk, który dął mi w uszach, obrzucając twarz i oczy ziarnkami piasku.
Gdy doszłam do linii wody, jedną ręką podgarnęłam rąbek sukienki, przyciskając go do biodra. W drugiej dzierżyłam szklaną butelkę, w której umieściłam wiadomość. Zamarłam w bezruchu, stojąc zaledwie kilka centymetrów od wody. Rzucałam oceanowi bezgłośnie wyzwanie, aby zagarnął i mnie.
Pragnęłam, żeby obdarzył mnie miłością. Poczułam dreszczyk ekscytacji, gdy moje łydki ogarnęły ciemnobłękitne fale, jakby morze chciało wystawić mnie na próbę. Przypływ sprawił, że moje zdrętwiałe stopy zaczęły powoli pogrążać się w piasku. Ocean jednak wycofał się beze mnie; upodobał sobie co prawda to wybrzeże, ale nie darzył mnie wystarczającym uczuciem, aby o mnie zawalczyć. Nie było to moje pierwsze spotkanie z nim, lecz i tak serce przeszyła mi igła rozczarowania. Jak zawsze.
Gdy spojrzałam w górę, wypuściłam z ręki sukienkę, która pogrążyła się w kolejnej fali. Księżyc w nowiu przypominał ducha: przezroczysty krąg przyszpilony do nieba koloru popiołu. Nadszedł czas, toteż odkorkowałam butelkę i wyciągnęłam ukrytą w niej wiadomość.
Powierzyłam kartce wszystkie niesforne myśli.
Śnieżnobiały świstek był pokryty wyznaniami napisanymi wymyślną kursywą. Ponownie wsunęłam list do butelki, zakorkowałam ją, po czym rzuciłam w mgłę.
Morze się cofnęło, zaciskając białe pieniste szpony na moim żałosnym liście.
Tajemnica odpłynęła, jakby ocean jednak się na nią cieszył. Można było pomyśleć, że morze pragnie tkwiącego we mnie przerażającego zła. List, który powierzyłam mu po ostatniej pełni księżyca, nie wystarczył. Ocean zawsze pragnął więcej, żądając daniny również w czasie każdego nowiu. Zupełnie jakby chciał sobie zawłaszczyć wszystkie początki i zakończenia.
Miłość, którą darzyłam morze, była równie niechciana, co toksyczna.
Ono domagało się coraz więcej, a ja posłusznie wypełniałam jego wolę, obdarzając je niezmiennym uczuciem. Nadal oczekiwałam na dzień, kiedy wyleczy się z zachłanności, względnie zabierze również mnie.
- Adoro - usłyszałam śpiewny głos Fable, który niósł się na przesyconym morską solą wietrze. Odruchowo zacisnęłam dłoń na naszyjniku. Swoboda, którą odczuwałam, znikła jak kamfora. - Wszystko w porządku? - Płowe włosy okalały twarz i ramiona mojej młodszej siostry, która stała na tarasie. Jej pokryte piegami policzki przypominały oświetlającą mnie konstelację, lecz w jej oczach widniało wyraźne przemęczenie. - Wracaj do środka. Tata przygotował śniadanie.
PŁATKI ŚNIEGU OPADAŁY NA ZDOBIĄCE tył domu portfenetry. Gdyby dobrze się przysłuchać, ledwie słyszalny dźwięk nieco przypominał cichy, lecz rytmiczny stukot. Melodia była tak piękna, że bardziej pasowała do piosenki niż do Weeping Hollow.
Tata sam przygotował naleśniki. Wyspa kuchenna uginała się pod ciężarem zawierających dżemy i galaretki słoików o kraciastych pokrywkach.
Ivy siedziała w kącie ławy otoczona ręcznie szytymi, bogato zdobionymi poduszkami. Wiązała akurat liny, żeby ułatwić zadanie rybakom, gdy będą mogli wrócić na pełne morze.
Moja starsza siostra przypominała burzliwą noc. Długie czarne proste włosy z przedziałkiem pośrodku opadały po obu stronach jej twarzy jak księżyc w pełni. Obrazu dopełniały bladoniebieskie oczy z domieszką błękitu. Tego poranka była wyraźnie otępiała, a palce splatające wytarte liny poruszały się machinalnie. Była to konsekwencja wielu nieprzespanych nocy.
Usiadłam na hokerze obok Fable, a tata popchnął w moją stronę jeden ze słoików.
- Udało mi się zdobyć twoje ulubione masło z orzechów laskowych.
Zatrzymałam dłonią słoik. W mym umyśle natychmiast pojawiła się twarz Adeline. "Niemożliwe", mamrotała z pełną buzią, przez co ledwo mogłam ją zrozumieć. Z ust wypadały jej okruszki. Na podłodze między nami stał talerz z krakersami posmarowanymi masłem orzechowym. Urządziłyśmy sobie małe zawody: naszym zadaniem było zjeść ich sześć w ciągu minuty. Nasz chichot zakłócał spokój późnej nocy. Pozostało zaledwie dziesięć sekund, toteż wciskałyśmy sobie do ust po dwa krakersy naraz. Odezwał się minutnik i padłyśmy na podłogę sparaliżowane śmiechem. Twarze i palce miałyśmy utytłane lepkim masłem, chichrałyśmy się jak wariatki, aż zabrakło nam tchu. Leżałyśmy z otwartymi buziami, z których wypadła na wpół przeżuta masa, lecz nie potrafiłyśmy złapać oddechu.
Poczułam na karku ciepło bijące od trzaskającego w kominku ognia. To przywołało mnie do teraźniejszości.
Gdy uniosłam głowę, zauważyłam, że tata się przygląda, jak zamieniam masło orzechowe na dżem.
- Myślałam, że pani Cantini zużyła już resztki - powiedziałam, rozsmarowując dżem na naleśniku.
- Nie inaczej - odparł szybko, krążąc po kuchni z upapranymi mąką rękami, w których trzymał naczynia. - Powiedzmy, że miałem szczęście w nieszczęściu. Musiałem dzisiaj wcześnie wstać, bo Cienie dorwały Tima, czyli złotą rączkę Violi. Odwiedziłem ją, żeby naprawić uszkodzoną balustradę. - Tata chwycił szmatkę, która leżała na skraju zlewu, i wytarł sobie czoło, nie patrząc na mnie. - A kiedy wchodziłem już na werandę, przydybała mnie pani Madder. Jak zwykle wybrała właściwy moment. Musiałem zabić jej okna deskami. - Westchnął. - Nie zrozum mnie źle, prywatnie uwielbiam panią Madder, ale czasem doprowadza mnie do szału.
Z naszej trójki najbardziej przypominałam ojca. Oboje mieliśmy blond włosy, choć on zaczął już siwieć, oraz zielone oczy. Kiedy się uśmiechał, wykwitała wokół nich siatka zmarszczek, choć nieczęsto dało się ją zobaczyć.
Jędrną skórę odziedziczyłam z kolei po mamie. Powiedziała mi niegdyś, że zawdzięczamy ją oceanowi, którego wody pozwolą nam na zawsze zachować urodę i młodość.
- Viola dobrze wie, że moje dziewczynki przepadają za dżemem na śniadanie. Zna też twoje zamiłowanie do masła orzechowego, Adoro - wyrecytował, jakby cytował Violę, przekazując nam jej słowa.
Gdyby jednak poświęcali mi więcej uwagi, wiedzieliby, że ostatnio raczyłam się masłem orzechowym ponad dwanaście lat temu.
Tata plótł bez ładu i składu, a Fable wbiła we mnie spokorniałe oczy. Jej policzki i nos pokryte były piegami, które poruszały się w taki sposób, jakby usiłowała zwalczyć niepewny uśmiech. Było jasne, że ona też zauważyła osobliwe zachowanie ojca.
Następnie zerknęła na siedzącą w kącie kuchni Ivy, a ja podążyłam wzrokiem tam gdzie ona. Wymieniłyśmy się ukradkowymi, lecz wymownymi spojrzeniami.
Zdarzało się, że wspominałyśmy dzieciństwo, czasy, zanim opuściła nas mama. Jadaliśmy wówczas wspólnie posiłki w tej właśnie kuchni. Działo się to w zamierzchłych czasach, kiedy nadal dręczyła nas Klątwa Zgasłych Dusz, a nie grasujące po ulicach miasteczka Cienie. Przed Terrorem naszym największym zmartwieniem była piętrząca się góra nieuregulowanych opłat. Wówczas Kane nie odebrał nam jeszcze matki, nikt nie podejrzewał też, że Adeline zginie z ręki jednego ze Zgasłych.
Tata pochylił się nad wyspą kuchenną, po czym wsunął do ust kopiasty widelec jedzenia.
- No co?
- Nic takiego - zaśpiewała Fable, przyciągając do siebie jedno z moich czasopism.
Było to oryginalne wydanie "Vogue'a" z grudnia roku tysiąc dziewięćset czterdziestego dziewiątego, egzemplarz z mojej prywatnej kolekcji. Leżało na wyspie kuchennej od poprzedniego wieczora, gdyż pracowałam akurat nad sukienką dla Violi, potrzebowałam zatem inspiracji.
Tata dziabnął widelcem kolejną pokrytą masłem warstwę.
- Kiedy zajmowałem się oknami pani Madder, skończyło mi się drewno. Zaraz wybieram się do miasta, żeby uzupełnić zapasy. Muszę jeszcze zająć się naszymi oknami. Mam tylko nadzieję, że nie wyprzedali wszystkiego.
Deski nie miały ochronić nas przed Cieniami, ponieważ złowrogie istoty znikąd nie przychodziły. Po prostu się pojawiały. Dodatkowe zabezpieczenia zakładaliśmy w obronie przed włóczęgami z zachodniej strony miasteczka, mogli bowiem mieć chrapkę na nasze pieniądze albo zapasy jedzenia. Albo na jedno i drugie. W zasadzie zabierali wszystko, na czym mogli położyć brudne łapska.
- Adoro - wskazał mnie widelcem - mogłabyś dzisiaj zamknąć sklep godzinę wcześniej? Musimy na pierwszą być u Pruitta i wrócić do domu przed zmrokiem.
- Godzinę wcześniej? - powtórzyłam. I tak zamykałam wcześnie, gdyż słońce zachodziło o trzeciej po południu. - Nie ma mowy. Nadal mam dużo do zrobienia, a kończy mi się czas. Nie mogę sobie pozwolić na przestój w pracy.
Już za sześć tygodni miał się odbyć bal z okazji Dnia Założycieli, lecz nie nadążałam z realizacją zamówień. Większość mieszkanek Weeping Hollow zapłaciła zaliczki rok wcześniej, zaraz po ostatnim balu, a ja do tej pory powinnam była się uporać ze wszystkimi zleceniami. Co prawda moje klientki zmagały się z pustymi spiżarniami, niezabitymi oknami i wyczerpanymi bateriami w latarkach, lecz i tak płaciły mi bez gadania. Bal stanowił w końcu najbardziej prestiżowe wydarzenie roku, a moja rodzina potrzebowała pieniędzy. Musiałam wywiązać się ze zobowiązań bez względu na Terror.
Inna sprawa, że mocno się martwiłam. Nie byłam pewna, jak długo przetrwamy z ograniczonymi przychodami. Tata nie mógł łowić ryb, port był zamknięty, a całe miasteczko dogorywało w powolnej, acz bolesnej agonii.
Na szczęście mogliśmy się podratować Dniem Założycieli, gdyż mieszkańcy nadal interesowali się balem. Podejrzewałam, że tak będzie zawsze, bez względu na zagrożenia, z którymi będziemy musieli się zmierzyć. Martwiła mnie jednak perspektywa odwołania balu.
Siedząca obok mnie Fable powoli wertowała czasopismo, tak że charakterystyczny szelest przewracanych kartek zakłócał niezręczną ciszę.
- Na to musisz znaleźć czas - upierał się tata. - Chodzi przecież o spotkanie w Komnacie Świętego Morza. Będą tam Augustine, Viola, Cyrus i Kane. Nasza obecność jest obowiązkowa.
Palce Fable zamarły w bezruchu. Obu moim siostrom wyraźnie zrzedły miny.
Imię Kane'a poruszyło czułą strunę, toteż kurczowo chwyciłam krawędź hokera. Drzazga w palcu otarła się o drewno i moją dłoń przeszył intensywny ból. Pomimo to docisnęłam palec, aby podtrzymać kłucie, które pozwoliło mi zignorować narastający gniew i skoncentrować się na tym, co mówił tata. Spotkanie. No tak, spotkanie.
Usłyszałyśmy o nim po raz pierwszy. Czyżby to był powód osobliwego zachowania ojca?
- Czy chodzi o Cienie? - zapytała Fable, przewracając kolejną kartkę w piśmie. - Znowu kogoś dorwały?
Nie patrzyła na tatę, gdy odpowiadał:
- Nie. Sama wiesz, że nie mogę o tym otwarcie rozmawiać.
Była to jego standardowa wymówka na takie okazje. Co do zasady unikał trudnych tematów, które mogły zakłócić względny spokój domostwa Sullivanów. Zamiatał śmieci pod dywan.
Pomyślałam o pani Edwin. Ostatnio rozmawiałyśmy, gdy oskarżyłam ją o kradzież z Astralnej Mody. Zaledwie kilka godzin przed jej śmiercią z ręki Cieni wdałyśmy się w brutalną pyskówkę, która nie skończyła się dobrze. Pani Edwin zarzuciła mi wówczas kłamstwo, a ja zagroziłam, że spalę nędzną budę, w której mieszkała z chorą córką. Jakiś płaszczak zadzwonił po funkcjonariusza Stokera, który pojawił się przed moim sklepem i odeskortował panią Edwin.
Nie chciałam aż tak jej dopiec. Nie miałam pojęcia, co we mnie wstąpiło. Chciałam ją przekonać, że normalnie tak nie postępuję. Okrucieństwo przeżarło mnie niczym choroba, zaszczepiając mi nienawiść do siebie. Nie mam pojęcia, kiedy to się zaczęło. Z biegiem lat tkwiące we mnie zło tylko potężniało. Gdybym dwa razy w miesiącu nie powierzała morzu swych wiadomości, to kto wie, może naprawdę spaliłabym dom Edwinów?
- Moim zdaniem zamierzają ogłosić, że tym razem Cienie dopadły Freddy'ego - powiedziała znudzonym głosem Ivy, lekko zaciskając kolejny węzeł. - Weeping Hollow nie poradzi sobie bez jego audycji. Odkąd go wcięło, nikt nie ma już pojęcia, co się właściwie wyprawia.
Nadal siedząca obok mnie Fable postukała paznokciem w artykuł pod tytułem Zmierzch i upadek blondynek, po czym rzuciła mi wymowne spojrzenie okraszone złośliwym uśmieszkiem, jakby chciała rozładować napiętą atmosferę. Zawsze miała do tego dryg.
Wyjęłam czasopismo z jej upapranych dżemem palców, lecz wiadomość o spotkaniu nie dawała mi spokoju.
Ivy na nowo zajęła się linami, a na jej twarzy pojawił się ten sam co zwykle chmurny wyraz.
KIEDY IVY UPORAŁA SIĘ Z OSTATNIM TALERZEM, wytarła ręce, odwróciła się od zlewu i spojrzała tacie w twarz. Trzymał tackę śniadaniową z naleśnikami, owocami i szklanką soku pomarańczowego.
Jego rysy złagodniały.
- Mogłabyś to zanieść mamie?
Przez krótką chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Ivy się odwróciła. Tata nigdy się nie poddawał, lecz ona uparcie odmawiała współpracy.
Wbił we mnie błagalne spojrzenie.
Sypialnia mamy mieściła się po prawej stronie na końcu korytarza, zaraz przed klatką schodową. Jedną ręką podtrzymywałam tacę, drugą ujęłam mosiężną gałkę. Następnie zacisnęłam powieki i wzięłam głęboki oddech.
Gdy weszłam do środka, zobaczyłam łóżko z baldachimem koloru kości słoniowej obszytym śnieżnobiałymi koronkami. Łóżko było zaścielone, leżała w nim mama. Nie otwierała oczu, a stojący obok aparat monitorował pracę jej serca. Tata odsunął zasłony, aby wpuścić do pokoju naturalne światło. Tego poranka niebo było jednak równie szare jak dusza mojej rodzicielki.
- Cześć, mamo - powiedziałam, stawiając talerz na stoliku nocnym, po czym rozłożyłam tackę śniadaniową, nucąc melodię You Are My Sunshine. Była to piosenka, którą mama śpiewała nam każdego poranka, gdy nas budziła.
Wspomnienie było tak intensywne, że głos zaczął mi drżeć.
Nie przestałam jednak śpiewać, bo miałam nadzieję, że mnie usłyszy, a znajoma piosenka złagodzi nieco koszmar, w którym utknęła.
Mama przestała się ruszać niemal dziewięć lat wcześniej. Nie chodziła ani nie mówiła. Leżała tylko w sypialni pogrążona we śnie. Nie otwierała niebieskich oczu, lecz spojrzenie Ivy stanowiło swoistą namiastkę tego nostalgicznego koloru.
Kiedy zaczął się Terror, nie odstępowałam jej na krok, aby w razie potrzeby obronić ją przed Cieniami, ale złowrogie istoty nigdy się nią nie zainteresowały. Szybko pojęłam dlaczego - mama już doznawała przecież znacznie wymyślniejszych katuszy.
Nie miałam za to pojęcia, dlaczego tata z uporem maniaka szykuje śniadania, które zanosimy jej do sypialni, choć nigdy się nie budzi, aby je zjeść. Początkowo twierdził, że rutyna, zapachy i regularne wizyty sprowadzą ją z powrotem. Tak się jednak nie stało.
Gdy miałam czternaście lat, pomimo wysiłków kowenu doktor Morley postawił diagnozę: skrajna katatonia. Powodem była depresja tak silna, że wprowadziła ją w obecny stan. Inna sprawa, że diagnoza była formalnością. Zdaniem lekarza mama sama ponosiła odpowiedzialność za przypadłość, która uniemożliwiła jej odgrywanie roli pełnej życia kochającej matki i troskliwej żony.
Wszyscy byli przekonani, że dawno się poddała.
Ivy złożyła broń wiele lat temu.
Za to ja uparcie w nią wierzyłam.
- Dzisiaj odbędzie się spotkanie Świętego Morza - powiedziałam, podtykając pod jej popękane usta łyżeczkę z marmoladą pomarańczową, aby poczuła zapach. Wiedziałam, że nie ruszy przysmaku, gdyż nie jadła już od lat. Mimo to coś trzymało ją przy życiu. Czyżby jakaś tajemnicza magia? - Nikt nie wie, o co właściwie chodzi, ale tata jest podenerwowany, a to udziela się nam wszystkim. - Zaśmiałam się cicho. - Zresztą sama wiesz, jaki on bywa.
Odstawiłam marmoladę, po czym wyciągnęłam z kieszeni sukienki waniliowy balsam do ust, żeby ulżyć jej spierzchniętym wargom.
- Może chodzić o Cienie. A może chcą po prostu ogłosić zaręczyny Ivy i Cyrusa - ciągnęłam i w mój głos wstąpiła nadzieja. - Wyobrażasz sobie mariaż Sullivanów i Cantinich? Kto wie, może za kilka tygodni przyjdzie mi zaprojektować dla siostry suknię ślubną? - Wzruszyłam ramionami. - Tak czy siak dam ci znać, o co chodziło.
Co prawda nie traciłam nadziei, lecz każdego ranka widok mamy sprawiał mi ból. Na twarzy nie miała ciepłego uśmiechu, nie było słychać zaraźliwego śmiechu ani delikatnego melodyjnego głosu, którym niegdyś do wszystkich się zwracała.
Doktor Morley powiedział, że mama słyszy, co do niej mówimy, bo jej słuch nadal funkcjonuje prawidłowo. Tylko od niej zależy, czy zwróci uwagę na nasze słowa. Sama musi też podjąć decyzję o powrocie. Pewnego dnia odwiedziła nas jednak Eleanor, która potwierdziła, że mama utknęła w koszmarze. Miota się na środku iluzorycznego oceanu, wzywając mnie na pomoc. Pojęłam wówczas, że mama nie ponosi odpowiedzialności za los, który stał się jej udziałem.
Zawsze stanowiła naszą podporę. Musiałam jednak zająć jej miejsce.
Pocałowałam czubek maminej głowy, gdy tata wkroczył do sypialni.
Położył dłoń na moim ramieniu, po czym spojrzał na miłość swego życia oczami, w których lśniły łzy.
- Tato?
Serce mi się krajało na jego widok.
- Bardzo za nią tęsknię. - Otarł grzbietem dłoni oko, aby powstrzymać łzę. - Niby nadal tu jest, a jednak jej nie ma.
- Wiem - odparłam, opierając głowę o jego bark. - Ale kiedyś wróci. Nie ma innej opcji.
ROZDZIAŁ TRZECI
STONE
WIEK: PIĘTNAŚCIE LAT
GÓRY ADIRONDACK, STAN NOWY JORK
LATO 1855 ROKU
Zewsząd otaczały mnie szwendające się kurczaki i owce, które gdakały i beczały niemiłosiernie. Wszędzie unosił się smród nawozu i potu, który spowijał kolejną wioskę, na którą się natknęliśmy.
Dla miejscowego plemienia był to zwyczajny dzień, lecz ja pozostawałem na uboczu, patrosząc ryby w rękawiczkach. Dla zabicia czasu przyglądałem się ćwiczeniom młodych wojowników, które odbywały się na odgrodzonym terenie. Nie skrywali twarzy pod workami na ziarno; łączyła ich jednolita tożsamość, która dawała im poczucie przynależności. Stanowili zgrane stado.
Nosili na głowach skórzane hełmy, niektóre o trzy numery za duże. Ćwiczyli walkę na pięści oraz drewnianymi pałkami, na których końcach osadzono ostre kamienie. Arenę spowijały tumany pyłu, który podnosił się podczas każdego pojedynku i manewru.
Matka, której kilka kosmyków blond włosów wymknęło się spod spinki, trąciła mnie ramieniem.
- Unikaj kontaktu wzrokowego.
Uciąłem łeb kolejnej rybie. Słońce było praktycznie w zenicie, a ja czułem każdą kroplę potu spływającą mi po skrytej pod workiem czuprynie.
- Jeszcze raz! - ryknął muskularny mężczyzna imieniem Bly, brutalnie odpychając syna.
Chayton upadł na klepisko i uderzył tyłem głowy o ziemię. Jego pies zawarczał, obnażając kły. Z pyska zwisała mu strużka śliny.
Otaczające go chłopaki wybuchły śmiechem. Był to dźwięk, do którego zdążyłem już nawyknąć. Chayton tak bardzo przypominał mojego drogiego przyjaciela Paco, że instynktownie o nim pomyślałem. Zastanawiałem się, czy Paco w ogóle zauważył moje zniknięcie. Zachodziłem też w głowę, czy zapanował nad strachem przed polowaniem. Spróbowałem sobie wyobrazić, jak wygląda w wieku piętnastu lat. Pewnie wyrósł i zmężniał. Drwiny wymierzone w Chaytona sprawiły jednak, że powróciłem do teraźniejszości. Na nowo skupiłem się na obecnej krainie i plemieniu.
Po raz kolejny uderzyłem ostrzem o drewniany blok, nie odrywając wzroku od rozgrywającej się przede mną sceny. Rybi ogon upadł na pokryte pyłem klepisko. Gdy sięgnąłem do wiadra po kolejną rybę, nadal spoglądałem na arenę.
Bly kopnął Chaytona w żebra i chłopak wbił twarz w ziemię, wydając z siebie rozpaczliwy jęk. Było oczywiste, że jest na skraju wytrzymałości.
- Wstawaj, tchórzu! - krzyknął Bly w ich ojczystym języku.
Napiąłem mięśnie, po czym zacisnąłem palce na drewnianej rękojeści noża. Matka błagała mnie natarczywym szeptem, żebym się nie mieszał. Jej wysiłki spełzły jednak na niczym - błyskawicznie przeskoczyłem na drugą stronę ogrodzenia, myśląc tylko o jednym.
Odziany w zwierzęcą skórę Bly odwrócił się do mnie.
- A ty czego, wendigo?
Nazwał mnie potworem. Plemię już zdążyło przypiąć mi łatkę.
Bardzo się od nich różniłem: posturą, zakrytą twarzą, okrytymi rękawicami dłońmi, które stanowiły wrota do przeszłości, oraz oczami, które zdaniem wielu odzwierciedlały zamieszkującą we mnie bezduszną kreaturę.
Co prawda Bly nie mógł dostrzec mojej miny ani usłyszeć wściekłego tętna, ale zachowywałem pozory stoickiego spokoju.
Zdjąłem rękawice i podniosłem z ziemi pałkę.
Podrzuciłem ją i chwyciłem lewą dłonią.
Była to ciężka, źle zbalansowana szkoleniowa broń, która miała wykształcić mięśnie ramion. Nagle uderzyło mnie wspomnienie. Strugałem drewno w promieniach prażącego słońca, garnek wypełniony stopionym żelazem wisiał nad ogniskiem, którego żar parzył mi stopy. Pojąłem, że twórca pałki celowo uczynił ją nieporęczną.
Chłopaki zgromadziły się wokół mnie, śmiejąc się do rozpuku z mojej bezczelności, pod której wpływem rzuciłem wyzwanie doświadczonemu wojownikowi. Próbowałem ich zignorować, gdy zrobiłem krok naprzód, lecz jeden klepnął mnie w lewą łopatkę.
- Czemu nie zdejmiesz tego wora? - zapytał.
Pytanie sprawiło, że zamarłem w bezruchu.
Kolejny strzelił mnie w prawą łopatkę.
- Co tam chowasz?
- A może pożresz nasze dusze, jak na potwornego kanibala przystało? - zapytał trzeci, ale zmusiłem się do kolejnego kroku naprzód.
Chayton tymczasem zdążył się podnieść na nogi, a ja stałem się nowym celem obelg. Może od początku o to właśnie mi chodziło. Może przesadziłem ogrodzenie, bo chciałem wziąć na siebie inwektywy, na które Chayton żadną miarą sobie nie zasłużył?
Zrobiłem jeszcze jeden krok naprzód, po czym wbiłem spojrzenie w jego dominującego ojca.
Bly zerknął na mnie z ukosa i na jego twarzy pojawił się prowokacyjny uśmieszek.
- Będziesz tak stał jak kołek?
Ogarnąłem wzrokiem bezpośrednie otoczenie. Chłopaki nadal złośliwie na mnie łypały. Przygarnięty przez plemię europejski osadnik imieniem William przyglądał się nam spod drzewa, obierając ostrym nożem jabłko. Nawet on zrobił sobie przerwę, żeby przyjrzeć się naszej próbie woli.
Bly stuknął moje ramię czubkiem pałki.
- Pokaż, na co się stać! - wrzasnął.
Wydałem z siebie zwierzęcy ryk i rzuciłem się na niego.
Zatrzymał moje natarcie, blokując moją pałkę. Wymierzyłem mu kopniaka w korpus, odwinąłem nogę i spróbowałem zadać kolejny cios. Bly zasłonił się jednak tarczą, cofnął się, naprężył klatę i wbił we mnie marsowe spojrzenie.
- Jeszcze raz! - krzyknął rozeźlony nie na żarty.
Krok w prawo, zamach, cios. Krok w lewo, zamach, cios. Zmagaliśmy się niczym burzowe chmury, lecz energia ziemi dodawała mi siły do dalszych zmagań, pulsując w mych kończynach. Pozostali chłopcy się rozstąpili, tworząc wokół nas szeroki krąg.
Bly cieszył się reputacją najbardziej zajadłego wojownika w plemieniu. Blokował każdy mój cios, lecz nie potrafił przejąć inicjatywy. Pozostawał w defensywie, z jego czoła spływały strugi potu. Stopniowo opadał z sił - zupełnie jak sarny, na które każdego ranka polowałem.
Wreszcie zwaliłem przeciwnika na ziemię, przyszpiliłem go do klepiska i przyłożyłem mu pałkę do gardła.
Czasami miałem wrażenie, że worek noszony na głowie uczynił ze mnie nieśmiałego chłopca, który nie lubi być w centrum uwagi. Zdarzało się jednak, że chęć zdławienia okrucieństwa budziła we mnie bestię.
- Poddaj się - powiedziałem w miejscowym narzeczu, dociskając mocniej pałkę.
Obaj byliśmy zaskoczeni, że tak władczy i przeszywający jest mój głos. Po raz pierwszy od przybycia odezwałem się do kogoś z plemienia.
W szeroko otwartych płonących wściekłością oczach Blya dostrzegłem odbicie własnego spojrzenia. Miałem czarne oczy, w których kryły się barwy każdej zimnej nocy rodem z mrocznej baśni.
Bly próbował zamaskować zaskakującą porażkę pogardliwym chichotem.
- Poddaj się! - krzyknąłem ponownie, tym razem po angielsku. Włożyłem w moje słowa tyle pogardy, na ile potrafiłem się zdobyć.
Bly spojrzał gdzieś w bok i na jego twarzy pojawił się fałszywy uśmieszek.
- Poddaję się - wyszeptał tak cicho, że tylko ja to usłyszałem.
Zerwałem się z niego i odrzuciłem pałkę. Widownia się rozstąpiła, pozwalając mi przejść. Worek dał z siebie wszystko, aby wyciszyć obelżywe szepty, które chciały pogwałcić moje uszy, lecz jego wysiłki spaliły na panewce.
- Coś ty zrobił? - syknęła matka, gdy mijałem ją szparkim krokiem.
OPIERAŁEM SIĘ O ZEWNĘTRZNĄ ŚCIANĘ NASZEGO HOGANU. Z wnętrza dochodziły przeszywające krzyki matki. Było oczywiste, że będzie się tam pieprzyć do rana.
Na niebie wisiał czerwony księżyc, przez co niebo zdawało się emanować rdzawą poświatą, która zapewniała słabe oświetlenie. Międliłem w palcach kopertę, która stanowiła jedyny dar, jaki kiedykolwiek otrzymałem. Nie mogłem jeszcze jej otworzyć, toteż wsunąłem ją ponownie za pasek i na nowo skupiłem się na spoczywającym na mym kolanie notatniku. Gdy opuściłem głowę, z rysunku spojrzała na mnie znajoma para oczu. Węgiel, który wyciągnąłem z wypalonego ogniska, nadal był ciepły. Wróciłem do pracy, wprawnie kreśląc rysunek na gładkim niczym szkło papierze.
Rutyna utrzymywała mnie przy zdrowych zmysłach. Ranki poświęcałem na polowanie, a w nocy oddawałem się lekturze książek, względnie rysowałem twarz, która zdawała się wypalona w mym umyśle. Co prawda nigdy nie spotkałem jej właścicielki, ale nie potrafiłem wyprzeć jej z pamięci, dotrzymywała mi bowiem towarzystwa w samotne noce.
Nagle usłyszałem urywany krzyk przestraszonego niemowlaka. Kiedy poderwałem wzrok, ujrzałem siedzącą nieopodal kobietę, która karmiła piersią w świetle księżyca w pełni.
Dzieciak zacisnął rączki na palcu matki. Zaufanie, które okazywał rodzicielce, było mi znajome. Zastanawiałem się jednak, kiedy dorastający brzdąc zapragnie czegoś więcej i zacznie kwestionować wszystko, co wie.
Wtem nocną ciszę zakłócił brutalny krzyk. Dobiegł z hoganu, w którym mieszkał Chayton.
Zamknąłem notatnik i wsunąłem go za pas, po czym wstałem z ziemi.
W świetle księżyca pojawił się rozzłoszczony Bly, który wpadł z powrotem do swojego hoganu. Obok wejścia siedział Chayton oparty o drewnianą ścianę budynku, przytulając do piersi swojego psa. Zamieszanie sprawiło, że reszta plemienia wycofała się do domostw, zewsząd dobiegały odgłosy zamykanych drzwi.
Zagwizdałem, aby zwrócić na siebie uwagę Chaytona.
Nawykłem już do kąśliwych szeptów pod moim adresem, lecz Chayton nigdy nie okazał mi wrogości. Może różnił się od innych. Od czasów Paca nie zawarłem żadnej przyjaźni, cały czas jednak głęboko pragnąłem nawiązać bliższe relacje z kimś poza moją rodzicielką.
Chayton uniósł głowę, wbijając we mnie smutne spojrzenie.
Gdy wstał z ziemi, jego twarz wykrzywił grymas gniewu, lecz mimo to zaryzykowałem kilka powolnych kroków w jego stronę. Dopiero wówczas zauważyłem, że pies, który bezwładnie spoczywał w jego ramionach, ma złamany kark.
Zrobiłem jeszcze jeden ostrożny krok naprzód.
- Twój... twój ojciec to uczynił?
Chayton spojrzał na mnie tak, jakbym nie był człowiekiem, a moje słowa pochodziły z nieznanego mu języka. Przeszło mi przez myśl, że może nie mówi po angielsku. Nie zdążyłem jednak powtórzyć pytania w plemiennym narzeczu, gdyż chłopak ostatni raz przytulił ukochanego zwierzaka, po czym wcisnął mi jego ciężkie martwe ciało.
- To twoja wina - stwierdził i przeszedł obok gwałtownym krokiem, trącając moje ramię.
Trzymałem psa na rękach, czując mętlik w głowie. Nie potrafiłem pojąć podłości, która popchnęłaby kogoś do takiego czynu.
Czy moje zwycięstwo tak rozsierdziło jego ojca, że musiał wyładować się na nieszczęsnym psie? Odwróciłem się, wbijając wzrok w Chaytona, którego sylwetka rozpływała się w mroku. Pojąłem, że w pewnym sensie zaślepiał mnie idealizm, który uniemożliwiał mi dostrzeżenie mrocznej strony ludzi. Chciałem zawołać do chłopaka, że pragnąłem mu tylko pomóc, ale wiedziałem, że to faktycznie moja wina. Jak zwykle matka miała rację, a inni płacili za moje czyny.
Położyłem dłoń na martwym ciele psa. Zginął już kilka godzin temu, gdyż był zimny jak lód. Zwierzę zasługiwało na godny pochówek, toteż wkroczyłem do lasu, aby znaleźć miejsce stosowne na grób.
Gdy dotarłem na małą polankę, ukląkłem i położyłem zwłoki na ziemi. Następnie zamknąłem oczy i zacząłem gładzić szorstkie czarne futro, rozważając wydarzenia dnia, które doprowadziły do tego momentu. Żałowałem, że pogorszyłem i tak opłakane położenie Chaytona. Powinienem był posłuchać rad matki i nie mieszać się.
Ale przecież nie mogłem postąpić wbrew swojej naturze. Nie potrafiłem przejść obojętnie obok okrucieństwa.
Dowodziło to dobitnie, że nie jestem jednym z nich. Co prawda zanosiliśmy modły do tych samych bogów i posilaliśmy się mięsem tych samych zwierząt, lecz to nie wystarczyło, aby nas zjednoczyć. Zastanawiałem się, co właściwie powinienem uczynić. Jak daleko musiałbym się posunąć, aby udowodnić swoją wartość?
Toczona po raz wtóry wewnętrzna batalia sprawiła, że coś przebudziło się w głębi mej duszy. Poczułem przypływ wściekłości i rozpaczy, za którymi podążyła struga łez spływających po mej przeklętej twarzy. Sprawiło to, że wewnątrz worka zrobiło się gorąco jak w piecu.
Nadal machinalnie głaskałem martwego psa, choć czułem się, jakbym tracił rozum.
Temperatura otaczającego mnie powietrza gwałtownie spadła. Poczułem się tak, jakby ktoś zmiął zamieszkujący mą pierś papierowy byt.
Wiatr dął między gałęziami drzew, a moim ciałem wstrząsały wibracje, które niosły się od stóp aż po czubki palców. Przeszywała mnie rozpalona do białości energia.
Nagle poczułem, że zwierzak bierze głęboki wdech.
Gwałtownie otworzyłem oczy.
Pies merdał ogonem, uderzając nim o ziemię.
Usiadłem z wrażenia, gdyż zaparło mi dech w piersiach.
Przypominający wilka pies uniósł głowę, po czym wstał o własnych siłach.
Spojrzeliśmy sobie w oczy.
- Przecież nie żyłeś - wyszeptałem w mroku. - Tego akurat jestem pewny.
Zwierzak się otrząsnął, nastawił uszy i pomknął w głąb kniei.
Zniknął, jakby nigdy nie posmakował śmierci.
ROZDZIAŁ CZWARTY
ADORA
WEEPING HOLLOW, STAN MAINE
15 LISTOPADA 2020 ROKU
Po prostu oprzyj się o ścianę - wyszeptał mi do ucha stojący za mną Kane.
Ustawił mi dłonie na ścianie, przesunął ręce wzdłuż mojego ciała, po czym podciągnął mi sukienkę.
- Dobrze wiesz, że nie znoszę, jak tak do mnie mówisz. - Odwróciłam się do niego, wbijając w opanowanego eleganckiego mężczyznę mordercze spojrzenie.
Kane'a Pruitta nacechowała dyskretna charyzma, która pozwalała mu z łatwością zdobywać popularność i uznanie. Jego rysy podkreślała ciemnobrązowa czupryna, którą z pewnością chciałaby zmierzwić niejedna dziewczyna z Weeping Hollow. Zależało mu jednak tylko na mnie, gdyż przyjaźniliśmy się już od piętnastu lat i tylko w mojej obecności zdejmował pancerz.
Odrzucił krawat na ramię, pochylił się nade mną i naparł na moje plecy, mocując się ze sprzączką od pasa. Chłodny metal co rusz muskał mi biodra.
- Robimy to od siedmiu lat, a mimo to ciągle wracasz. Przyznaj się, tak naprawdę świetnie się bawisz.
Grubo się mylił. Bezduszny seks nie pozostawiał we mnie śladu. Nie przeszywał serca i duszy - bez względu na głębokość penetracji. Oznaczało to, że w ciągu siedmiu lat uraczyłam go niezliczoną liczbą symulowanych orgazmów.
Autentyczne zawdzięczałam własnym rękom.
Ręka Kane'a wślizgnęła się między moje uda, palce wyszukały kobiecość, utrudniając mi myślenie.
- Siedem lat, a ty dalej jesteś sucha jak jakaś pieprzona pustynia - zażartował z kamiennym wyrazem twarzy, po czym demonstracyjnie westchnął.
Zamknęłam oczy, jednocześnie zaciskając pięści.
- Zaciągnąłeś mnie tu, choć za pięć minut zaczyna się zebranie. Słyszałeś o czymś takim jak gra wstępna? - Spuściłam głowę, patrząc na własne stopy. - Słowo daję, za grosz nie rozumiesz kobiecego ciała.
- Twoje znam akurat wystarczająco dobrze. W końcu dogłębnie je zwiedziłem - odparł. Poczułam na karku jego złośliwe spojrzenie. - Po prostu zachciało mi się ciebie, to wszystko. Nie mamy zresztą całego dnia, żeby wprawić cię w odpowiedni nastrój.
Przewróciłam oczami.
- Nie jestem aż tak wymagająca.
- Skoro tak uważasz... - Zaśmiał się, choć bez przekonania. - Inna rzecz, że nie musiałaś przychodzić do mnie w tej kiecce. To przez ciebie tu jesteśmy - powiedział, splunął w dłoń i nawilżył moją kobiecość.
Zamknęłam oczy i opuściłam głowę na jego ramię, gdy wcisnął we mnie dwa palce.
Cofnął się następnie nieco, chwycił mnie za biodra i przesunął nabrzmiałym przyrodzeniem po moim. Odetchnął z wyraźną ulgą i wdarł się we mnie.
Naparł z taką siłą, że zabrakło mi tchu, po czym przyłożył otwartą dłoń do ściany.
- Ja pierdolę... - jęknął, wbijając mi paznokcie w skórę. - Chyba naprawdę jestem masochistą.
- Masochistą? - powtórzyłam, czując w sobie mężczyznę, którego nienawidziłam jak morowej zarazy.
- Kręci mnie poczucie wygłodzenia - odpowiedział, wychodząc ze mnie. - Odmawiam sobie przyjemności, aż nie mogę już wytrzymać - ciągnął, ponownie we mnie wchodząc. - Wtedy przyjemność jest dziesięć razy większa. - Znów ze mnie wyszedł, po czym ponowił natarcie. - Nie rozumiem, dlaczego udręka sprawia mi zarówno ból, jak i rozkosz.
Ja z kolei nie rozumiałam, czemu musimy być tak odpychająco podobni.
Dlaczego mi się w ogóle zwierzał?
Zerwał mi przód sukienki i chwycił mnie za pierś. Z jego gardła wyrwał się kolejny chrapliwy jęk.
- Kurwa, mamy tylko pięć minut.
Wbiłam spojrzenie w zegar, który wisiał na lewo od małego pokoju. Wpatrywałam się w długą wskazówkę, ignorując resztę świata. Tykanie zegara pobrzmiewało w rytm ciężkich oddechów Kane'a, który wdzierał się we mnie raz po raz.
Od czasu do czasu przymykałam oczy, wyobrażając sobie kogoś innego. Osobę, której jedynym celem było danie mi rozkoszy, adorowanie mnie i zasypanie pocałunkami, gdy już we mnie wszedł. Nie chodziło mi nawet o łagodnego księcia z bajki, który oczaruje mnie w przeciągu jednej nocy. Co prawda sypiałam z tą samą osobą od siedmiu lat, ale nadal nie wiedziałam, co oznacza prawdziwa miłość. Nie miałam pojęcia, czy doświadczam seksu we właściwy sposób. Podskórnie podejrzewałam jednak, że nie, bo za każdym razem, gdy Kane we mnie wchodził, doznawałam bolesnej tęsknoty za nieznanym mi uczuciem. Opłakiwałam to, czego nigdy jeszcze nie było dane mi zaznać.
Zapewniający dyskrecję pokój w sąsiedztwie właściwej komnaty wypełnił się upajającą, podniecającą namiastką miłości. Ściany zdawały się zbliżać; w moich płucach zaczął wzbierać krzyk. Ale nie był to jęk ekstazy, tylko ryk wściekłości i rozpaczy.
Wrzask utknął mi jednak w gardle. Stałam jak kołek, wpatrując się w zegar szklistymi oczami.
Kane położył dłoń na moim ramieniu, wyrywając mnie z letargu, toteż odważyłam się zerknąć za siebie. Ze znużoną miną patrzył w dół, koncentrując się na stosunku. Zauważyłam wyblakły już siniak na jego prawym oku i szczęce oraz wyraźne skaleczenie na dolnej wardze. Najwyraźniej była to pozostałość po karze, którą wymierzył mu ojciec. Ale żaden siniec ani wyraźne przemęczenie wynikające z Terroru nie zmieniały faktu, że Kane był odpychająco przystojny.
Tyle że nie miało to znaczenia, ponieważ był źródłem mojego gniewu.
Odkąd skończyłam szesnaście lat, zniosłam wiele seksualnych eskapad, aby zdobyć jego zaufanie. Chodziło mi jednak tylko o to, żeby uwolnić nasz kowen i miasteczko od człowieka, który zamienił życie mojej rodziny w pożałowania godny koszmar.
W ciągu dwóch miesięcy zamierzałam zgładzić księcia Weeping Hollow. Kane Pruitt miał się pożegnać z padołem łez podczas Karmazynowego Zaćmienia.
Za każdym razem, gdy mnie pieprzył, nie marzyłam o czarującym księciu z bajki, tylko wyobrażałam sobie, jak podcinam mu gardło. Widziałam oczami ducha swoje odbicie tańczące w wykonanym z nierdzewnej stali nożu introligatorskim. A może lepiej skorzystać z mojego ukochanego sztyletu? W ostateczności mogłabym posłużyć się bronią Kane'a. Podejrzewam, że zdecydowanie nie chciałby paść ofiarą własnego noża. Wyobrażałam sobie wyraz jego twarzy, gdyby rozpoznał swoje inicjały przed ostatecznym ciosem... albo w jego trakcie. Tak czy siak, zamierzałam pozostać u jego boku, kiedy już wychędoży mnie po raz ostatni. Pragnęłam napawać się widokiem białego prześcieradła przesiąkającego jego ciepłą krwią. Chciałam obserwować życie uchodzące z jego piwnych oczu. Byłam przekonana, że jego śmierć pozwoli mamie przezwyciężyć katatonię, a zżerające mnie zło wreszcie pójdzie precz.
Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SIÓDMY
STONE
Posiadłość Goody'ego była na tyle duża, że mogła zapewnić kwatery dla całego kowenu. Nie stanowiłem wyjątku - rezydencja miała być moim domem, aż znajdę stałe lokum. Co prawda Eleanor była na tyle wspaniałomyślna, że przygarnęła Oceana i mnie, ale było to rozwiązanie tymczasowe. Inna sprawa, że nie potrafiłbym każdego dnia patrzeć Eleanor i Kioni w oczy, wiedząc, że jestem odpowiedzialny za śmierć Winty.
Pewnej nocy Clarence opił się whisky i opowiedział mi historię posiadłości, która była jego najcenniejszym skarbem. Rezydencja stanowiła połączenie dwóch stylów: renesansowego i włoskiego. Cechowała ją biała elewacja, czarne okiennice i żelazne ogrodzenia tego samego koloru, wielopoziomowe werandy biegnące dookoła budynku oraz ogromne kwadratowe białe kolumny, które otaczały domostwo o powierzchni ponad piętnastu tysięcy metrów kwadratowych. Choć tam mieszkałem, zwiedziłem zaledwie ułamek budynku, gdyż większość czasu spędzałem w bibliotece.
Wokół rezydencji rosły drzewa, rozciągały się trawniki i ogrody. Nie zabrakło też jeziorka z mostem. Domyślałem się, że jesienne kolory uczyniłyby z tego miejsca arcydzieło.
Julian, Beck i Phoenix zostawili mnie w westybulu i nakazali mi uważać, żebym nie upaprał krwią oryginalnej drewnianej boazerii. Stanąłem pod mosiężnym żyrandolem i napiąłem palce, wpatrując się w pokaleczone knykcie.
Pojawiła się Winnifred, siostra Zephyra, która przyniosła chusteczkę i rolkę gazy. Była nieznacznie wyższa od Adory. Julian przestrzegł mnie przed nią - ponoć była rozwiązłą a przebiegłą kreaturą o niezaspokojonej chuci. Inni z kolei zachęcali mnie, abym znalazł sobie odskocznię, lecz Adora wzięła moją wyobraźnię i żądzę w wyłączne władanie. Wyglądało na to, że obsesji znudziło się moje przyrodzenie, toteż przeniosła się do mojego mózgu.
Winnifred wzięła mnie za rękę i wskazała moje knykcie.
- Co się stało? - zapytała zmysłowym głosem.
- Dziewczyna.
- Jak zwykle. - Uśmiechnęła się do mnie.
- Tak przynajmniej mi mówiono.
Zabandażowała mi dłoń, po czym objęła mnie w pasie, położyła sobie moją dłoń na biodrze i przywarła do mnie piersiami. Drugą ręką sięgnęła do mojej męskości i otworzyła szeroko oczy, rozchylając usta.
- Ależ jest wielki - zamruczała, masując mi krocze. - Mój pokój jest zaraz obok twojego. Sprawię, że poczujesz się lepiej. Zaopiekuję się tobą. Dam ci wszystko, czego zapragniesz. Bez względu na porę dnia i nocy.
Przyciągnąłem ją bliżej.
- Daleko ci do kobiety, której pragnę. Nie potrafiłabyś zaspokoić moich potrzeb - wyszeptałem jej do ucha, zaciskając palce na jej nadgarstku. - Jeśli znowu mnie tkniesz, przyjmę twoją ofertę. Wykorzystam swoje przyrodzenie, żeby złamać ci szczękę i przefasonować wnętrzności. Później zostawię cię w kostnicy, żeby Fallon miała używanie. - Wypuściłem ją i wyprostowałem się. Zbaraniała Winnifred gapiła się na mnie, a ja uniosłem zranioną dłoń. - I bardzo dziękuję za opatrunek.
- Dupek z ciebie - powiedziała, gdy ruszyłem w swoją stronę.
Niemal wszystkie drzwi w rezydencji miały ponad trzy metry wysokości. Ciężkie skrzydła z dębowego drewna w głębi posiadłości nie stanowiły wyjątku. Tam właśnie czekali na mnie pozostali Zgaśli.
Kiedy weszliśmy do pomieszczenia, uderzył mnie przyjemny aromat tytoniu, starej skóry i cedru. Wszyscy zasiedli na iście gotyckich tronach, które stały wokół okrągłego stołu. Clarence już czekał. Był do nas zwrócony plecami i podziwiał kolekcję cedrowych pudełek na cygara, które powstawiano we wnęki wykute w ścianie. Nie marnował się tam nawet centymetr sześcienny muru.
- Twój ojciec był ostatnim, który zajmował to krzesło, młody Danversie - powiedział, zamykając pudełko i umieszczając je z powrotem we wnęce. - Zajmij należne ci miejsce, synu.
Zobaczyłem dwa puste, niemal identyczne mahoniowe krzesła. Oba wyglądały na żywcem wyjęte ze średniowiecza. Miały ręcznie wykonane bogate zdobienia, miękkie siedziska i oparcia wyścielone czarną niczym smoła skórą. Jedno z krzeseł było wyposażone w podłokietniki rzeźbione w pająki. Moją uwagę przyciągnął też symbol ziemi widniejący na szczycie oparcia - odwrócony szczytem do dołu trójkąt przecięty poziomą kreską. Drugie krzesło należało do najwyższego kapłana.
Zająłem miejsce, gładząc dłońmi chłodne drewno podłokietników. Czułem pulsującą we mnie energię. Uniosłem głowę i ogarnąłem wzrokiem zgromadzenie.
Wszyscy czterej patrzyli na mnie. W oczach Becka widniały łzy, Phoenix próbował zamaskować własne, na twarzy Juliana widniał uśmiech ulgi, a Zephyr kiwnął z aprobatą głową.
Byliśmy rozluźnieni. Skończyła się przecież długa wyczerpująca bitwa, którą każdy z nas toczył na swój sposób. Żaden z nas nie potrafił tego ukryć, zanegować ani wyprzeć.
- Całe życie wpatrywaliśmy się w puste krzesło - powiedział Beck łamiącym się głosem i otarł kąciki oczu. Julian pochylił się w jego stronę i chwycił go za ramię. - A teraz ty tu siedzisz... Ja pierdolę. - Przejechał dłonią po twarzy. - Nie wierzyliśmy, że ten dzień naprawdę nadejdzie, ale nie mogliśmy się przecież poddać. Nie mam pojęcia, co właściwie nakłaniało nas do dalszych zmagań. Nadzieja? A może poczucie pustki? Tak czy siak, parliśmy naprzód.
- Dzidzia Beck - zagruchał Zephyr. - Ależ z ciebie sentymentalny mięczak.
- Beck ma rację - wtrącił Julian. - To wiekopomna chwila, zwłaszcza zważywszy na sytuację. Dzięki tobie dopełniliśmy kręgu, co umożliwia nam korzystanie z magii, która dotychczas była dla nas niedostępna.
Clarence zajął swoje miejsce. Proste białe włosy okalały mu twarz.
- Mów dalej.
Julian wskazał głową Zephyra.
- Zeph, przedstaw swój pomysł.
Zephyr siedział z łydką na kolanie, jego łokcie spoczywały na podłokietnikach w kształcie skrzydeł ćmy, a czubki palców opierał obok widocznych spod maski ust.
- Wiemy, że Cienie to pięć kłębów dymu, które mordują ludzi we śnie. Mam teorię. Otóż moim zdaniem wdzierają się do ludzkich snów, bo to znacznie łatwiejsze niż atak na przytomną osobę. To z kolei oznacza, że są słabe. Nie możemy jednak ich zniszczyć, póki są niematerialne. Próbowaliśmy przecież. Ale przybycie Stone'a, czyli naszych obrotowych drzwi między światami, wszystko zmienia. Przypuszczam, że może zapewnić nam dostęp do wymiaru, który dotychczas był dla nas nieosiągalny.
- Zamierzasz wedrzeć się do ludzkich snów? Do umysłów? - Wyraźnie rozbawiony Clarence oparł się wygodniej. - Tak, to jest właśnie pomysł, którego bym się po tobie spodziewał.
- W poszukiwaniu Cieni możemy przeskakiwać z jednej krainy snów do drugiej. Możliwe, że przybierają tam inną postać. Fizyczną namacalną postać, którą mógłbym na przykład udusić - wyjaśnił Zephyr. - Wiem, że to możliwe. Odkryłem coś podobnego w jednej z książek, które przewertowałem. W Ateneum powinniśmy znaleźć wszystko, czego potrzebujemy.
Sto pięćdziesiąt siedem lat temu uznałbym ten pomysł za niedorzeczny. Jeśli istniał jednak sposób, żeby ochronić Adorę przed terroryzującymi miasteczko Cieniami, byłem gotowy na wszystko.
- Ludzie boją się spać, a to daje nam pewną przewagę - odezwałem się. - Im mniej umysłów do przebadania, tym lepiej.
- Stone dobrze mówi - poparł mnie Zephyr. - Tym sposobem szybciej je dopadniemy.
Clarence wstał z krzesła.
- Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać, czy to w ogóle możliwe.
Pozostali Zgaśli podeszli z nim do cygarowej ściany. Dołączyłem do nich. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
Clarence sięgnął do jednego z pudełek, wsunął czubek palca do wnęki i zaczął powoli wysuwać skrzyneczkę, aż rozległo się kliknięcie.
- Jak będziesz za bardzo szarpał, uruchomisz alarm.
Środek ściany samoczynnie się cofnął i przesunął w lewo, ujawniając tajemne przejście.
Ruszyliśmy gęsiego, Clarence prowadził, ja zamykałem pochód. Korytarzem dotarliśmy do spiralnej klatki schodowej. Phoenix odwrócił się do mnie i na jego twarzy powoli pojawił się niesforny uśmiech.
- Witaj w Ateneum Zgasłych.
Patrzyłem z podziwem na podziemne pomieszczenie o dwóch kondygnacjach. Phoenix wyczarował płomienie, które zapłonęły w ogromnym kamiennym kominku po drugiej stronie komnaty.
Moim oczom ukazały się pociemniałe stare ceglane ściany z drewnianymi zdobieniami, które biegły od jednego końca muru do drugiego. Nad kominkiem stały lampy i nadtopione świeczki.
Naprzeciwko wejścia widziałem dwa piętra wypełnionych książkami regałów, które ciągnęły się od podłogi po sufit. Drugie piętro było wyposażone w żelazną barierkę zdobioną w imitacje zwojów. Podobny motyw widniał na dwóch jednakowych spiralnych schodach zainstalowanych po obu stronach pokoju, prowadzących na wyższą kondygnację.
Na niższym piętrze pośrodku stały naprzeciwko siebie dwie wysiedziane skórzane kanapy. Otaczało je pięć mahoniowych biurek, na których walały się papiery i zwoje.
Kiedy dotarliśmy na niższą kondygnację, zauważyłem w ścianie na prawo apteczkę, w której lśniły tuziny buteleczek o wyblakłych, nadgryzionych zębem czasu etykietach. Na lewo wisiały portrety w zabytkowych ramach.
Zainteresowały mnie te obrazy - z wyjątkiem pięciu uwiecznionych na nich mężczyzn wszyscy pozostali mieli zakryte twarze. Jeden szczególnie zwracał uwagę. Model miał maskę, spod której wyzierały oczy koloru nocnego nieba. Portret opatrzono plakietką z imieniem i nazwiskiem - Foster Danvers - oraz z rokiem: tysiąc osiemset trzydziestym szóstym.
- To twój ojciec - powiedział Zephyr, który podążył za mną. - A ten facet bez maski to twój dziadek. Jeden z założycieli Weeping Hollow.
- Zawsze się zastanawiałem, jak wyglądał mój ojciec - przyznałem. - Zgadywałem, że jeśli się dowiem, to z grubsza wyobrażę sobie własną twarz. - Spuściłem głowę i wyprostowałem się, próbując nad sobą zapanować, po czym ponownie spojrzałem na mężczyznę, który dał mi życie. - Nie wiedziałem, że też był przeklęty. Chyba wyglądaliśmy tak samo. Wiesz może, co się z nim stało?
Zephyr położył dłonie na biodrach i wlepił we mnie wzrok.
- Jeśli wierzyć jednemu z przodków, twoja matka chciała za wszelką cenę przełamać klątwę. - Spojrzał na portret mojego ojca. - Kiedy się dowiedziała, że jest w ciąży, porzuciła Fostera. Chyba nie chciał już bez niej żyć. - Westchnął. - Z tego, co o nim wiem, był porządnym człowiekiem.
Nagle usłyszeliśmy podniesiony głos Juliana.
- Ukradłeś całą tę magiczną energię? - zapytał napastliwie.
Wymieniliśmy się z Zephyrem spojrzeniami, po czym wróciliśmy do Juliana, żeby ustalić, o co chodzi.
- Niczego nie kradłem - zapierał się Clarence, zamykając apteczkę i wrzucając kluczyk do kieszeni. - To magia, którą trzymałem na czarną godzinę. Zawsze miałeś do niej pełny dostęp. Nie kwestionuj moich intencji, Blackwell!
Julian wskazał pozostałych Zgasłych.
- Nie zapominaj, że stosowałeś tortury, żeby ją z nas wyciągnąć! I po co to wszystko!?
Clarence zmrużył oczy.
- Musisz mi zaufać. Jestem po twojej stronie.
- A ja jestem po ich stronie - powiedział Julian spokojniejszym głosem, próbując się uspokoić. - Kowen traktuje ich przedmiotowo, więc moim zadaniem jest przypominać Zgasłym o ich człowieczeństwie. Nie traktuj mnie jak idiotę. Nie wmówisz mi, że kat jest mi życzliwy. - Zmierzwił sobie włosy i pokręcił głową. - Owszem, na pierwszym miejscu stawiasz kowen zgodnie z życzeniem mojego ojca, ale moim priorytetem jest dobro Zgasłych.
Zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
Zdążyłem już poznać wewnętrzną dynamikę kowenu. Choć Clarence był jego najwyższym kapłanem i ostatecznym arbitrem, Julian przemawiał w imieniu Zgasłych. To on każdego dnia sprawdzał, czy jego bracia dobrze się mają. Wyciągał do nas pomocną dłoń, kiedy brakowało nam sił. Stanowił fundament i zarazem duszę grupy.
Beck przypominał z kolei serce. Co prawda Zgaśli sprawiali na mieszkańcach równie groźne wrażenie, często się też kłócili i prowadzili rozmaite dysputy, ale wszyscy mieli słabość do Becka, najmłodszego w ich gronie. Odkąd z nimi zamieszkałem, nie zauważyłem, żeby ktokolwiek podnosił na niego głos, obśmiewał go czy poniżał. Jakby wiedzieli, że Beck odbierze takie traktowanie zupełnie inaczej niż inni.
Zephyr był mózgiem grupy. Zachowywał zimną krew i trzeźwy umysł, kiedy wszystko ogarniał chaos. Co ciekawe, to w jego towarzystwie czułem się najlepiej. Niewykluczone, że noszona przezeń maska działała na mnie kojąco. Możliwe też, że znaczenie miało to, jak się wysławiał, i tematy, które omawialiśmy. Zdarzało się, że byliśmy jedynymi osobami w pokoju, które się nawzajem rozumiały.
Phoenix ucieleśniał werwę. Stanowił źródło energii, prawdy i motywacji.
Przyglądałem się im z niekłamaną ciekawością, gdyż żaden nie miał świadomości, jaką odgrywa rolę. Nie byłem jednak pewny, jaka przypadnie mnie.
Julian głęboko odetchnął.
- Mamy prawo poznać prawdę, Clarence. Co przed nami zataiłeś?
Clarence zerknął na Becka.
- No dalej, Parish. Chyba powinien się dowiedzieć.
Wyraźnie zaskoczony Julian zmarszczył brwi.
Tylko trzaskający kominek i zegar burzyły ciszę, która zapadła w Ateneum Zgasłych. Wszyscy czekali, aż Beck zabierze głos.
Wreszcie Parish z ociąganiem zwrócił się do Juliana:
- Już od kilku miesięcy mam przeczucie, że zdarzy się coś niedobrego.
Julian uniósł głowę.
- A co konkretnie?
- Będzie wojna - odparł Beck złowieszczo. - Nie wiem, kiedy wybuchnie ani co będzie jej zarzewiem, ale jest nieunikniona. Klątwa została przełamana, więc zgaduję, że pójdzie o władzę - ciągnął. Wszyscy staliśmy oniemiali. Beck podjął: - Julianie, jedna decyzja może wywołać efekt domina. Jeśli tak się stanie, będziemy bezradni. Obawiam się, że wszystko zacznie się od Cieni.
- Wiedzieliście o tym? - zwrócił się Julian do Phoenixa i Zephyra. Obaj pokręcili głowami. Energia buzująca w pokoju jakby się zmieniła, gdy Julian ponownie spojrzał na Becka. - Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? - zapytał z pretensją w głosie, lecz na jego twarzy powoli pojawiło się zrozumienie. Odchylił głowę i spojrzał w sufit. - Nie mogłeś mi powiedzieć, bo umiera droga mi osoba - wywnioskował i znowu wbił w Becka wzrok. - Mylę się? - Jego rysy wykrzywił grymas strachu, a w srebrnych oczach pojawiła się zapowiedź śmierci. - O kogo chodzi? O Fallon? Agathę? Jolie?
- Nie rób tego... - Beck pokręcił głową.
Julian napiął szczękę i uniósł brew.
- Czy to Fallon?
- Mieliśmy umowę.
- Czy chodzi o Fallon? - nie ustępował Julian, w którego głosie pojawiły się desperackie tony.
Beck uniósł dłonie w pojednawczym geście.
- Uspokój się, dobrze?
- Julianie! - krzyknął Clarence, wyczuwając zbierającą się w pokoju energię.
- Powiedz! - rozkazał Julian, ale Beck pokręcił głową.
- Wiesz, że nie mogę!
Julian chwycił Becka za gardło, naparł na niego i przyparł go do ściany obok kominka. W jego srebrzystych oczach zebrały się metaliczne łzy. Po raz pierwszy, odkąd go poznałem, pękł w mojej obecności.
Zephyr podszedł do Juliana, położył mu rękę na ramieniu i wyszeptał coś do ucha. Phoenix tkwił w miejscu, jakby głęboko wierzył, że Zephyr potrafi ugasić każdy pożar.
Kiedy tylko Zephyr odstąpił, Julian uwolnił Becka i przejechał dłonią po twarzy, po czym wziął się pod boki.
- Powiedz mi prawdę - wyszeptał błagalnie. - Pierdolę kodeks moralny. Proszę, bracie.
- Nie chodzi o Fallon - powiedział wreszcie Beck, choć słowa więzły mu w gardle. - Chodzi o ciebie.