III
— Niech pani siada. Teraz zaczniemy od początku.
Usiadła na niewygodnym krześle. Pokój był mały, umeblowany brzydko i banalnie. Biurko, trzy krzesła, szafa zaopatrzona w kłódkę, regał, przy oknie na małym stoliczku — maszyna do pisania. Szyby były zakurzone, ściekał po nich deszcz cienkimi strużkami. Oficer milicji w randze porucznika miał ociężałą postać, tęgą twarz i zmęczone spojrzenie. Wyglądał na pięćdziesiąt lat i chyba nie uprawiał porannej gimnastyki. W pokoju unosił się zapach dymu i niedopałków. Popielniczka na biurku była pełna. W szklance zostało trochę słabej, wystygłej herbaty.
— Więc pani nazywa się Zawadowska. Imię Ewa.
— Tak — odparła — Ewa Zawadowska.
— Rodzice?
— Nie żyją. Ojciec był nauczycielem historii i łaciny. Matka też pracowała w szkolnictwie.
— Zamordowany był pani stryjem?
— Tak jest. Po śmierci rodziców przez jakiś czas mieszkałam u stryja.
— Wychowywał panią?
— Nie. Kiedy matka umarła, miałam już osiemnaście lat. Ojciec zmarł dawno temu.
Skinął głową. Wydobył z szuflady paczkę papierosów marki sport.
— Pali pani?
— Dziękuję — odparła i wydobyła z torebki carmeny. Podsunęła mu paczkę.
— Nie. Wolę sporty. Kiedy zmieniam, od razu kaszlę.
Podał jej płonącą zapałkę, potem sam zapalił, zaciągnął się głęboko i natychmiast chwycił go kaszel.
— To pogoda — powiedział.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Ona była bardzo ładną, młodą kobietą. Miała skupioną, łagodną twarz o pięknych, ciemnych oczach w urzekającej oprawie. Te ciemne oczy, ciemne rzęsy i brwi harmonizowały z jasnozłotawym odcieniem włosów. Figurę miała smukłą, długie nogi, piękne ramiona. Wydawała się wiotka. Ubrana była spokojnie, elegancko.
On był tęgawy, jakby nieco opuchnięty, twarz miał szarą, oczy szare, włosy szare.
— Tak — powiedział — więc teraz jest pani całkiem sama...
— Mój Boże, panie poruczniku. Mam dwadzieścia pięć lat, zawód...
— Pani lubiła swego stryja?
— Tak. To jest właściwe słowo. Bardzo go lubiłam.
Znów milczeli chwilę.
— Pytanie, na które może pani oczywiście nie odpowiedzieć. Ma pani kogoś bliskiego?
Skinęła głową.
— Kto?
— Adam Morawski. Studiował razem ze mną na Akademii.
—.Narzeczony?
— Może pan to tak mazwać...
Uśmiechnął się kwaśno.
— Zgoda — rzekł. — Pani, oczywiście rozumie, że będę musiał poszperać także koło pani. Antoni Zawadowski żył samotnie. Żadnych przyjaciół, żadnych kontaktów. Tylko pani i garstka starych dziadków ze środowiska antykwariuszy. No, trzeba będzie szukać.
— Co pan podejrzewa?
Wzruszył ramionami.
— Ja, proszę pani, zbieram teraz szczegóły. Same drobiazgi. Nie jestem od podejrzeń, tylko od żmudnej roboty.
Otworzył szufladę, wydobył z wolna plik papierów, przerzucił je.
— Więc pani zeznała, że właściwie nic nie zginęło. Pieniądze, kosztowności?
Potrząsnęła głową.
— Stryj, jak większość starszych ludzi, odkładał na PKO. Gotówki w domu nie trzymał. Książeczkę PKO miałam u siebie na przechowaniu.
— Pani mieszka w Nowej Hucie, prawda?
— Tak jest.
— Często odwiedzała pani stryja?
— Ostatnio coraz częściej. Chorował trochę. Musiałam go doglądać. Ostatniej nocy spałam u niego, w pokoiku obok.
— Pani dobrze znała zbiory stryja?
— Bardzo dobrze. Nic godnego uwagi nie zginęło. Zresztą nie było tam rzeczy godnych uwagi.
— Zgoda. Niech pani dokładnie opisze tego faceta, który wychodził z bramy...
— Już to przecież zrobiłam. Do protokołu.
— Wiem. Ale jeszcze raz.
— Był wysoki, dobrze zbudowany. Około trzydziestu lat. Ubrany w popielaty garnitur i bardzo jasne buty. Chyba zamszowe. Bez krawata.
— Włosy, oczy, nos?
— Widziałam go przez chwilę, raczej w cieniu. Włosy? Chyba szatyn.
— Poznałaby go pani?
— Myślę, że tak...
Zastanowiła się przez chwilę.
— Wie pan co? To może jest bez znaczenia, ale zrobił na mnie jakieś dziwne wrażenie. Tacy ludzie nie pasują do takich ubrań.
— Dlaczego nie pasują?
— Tego się nie da wyrazić — powiedziała.
Skinął głową.
— Proszę pani, ja tu siedzę ładnych parę latek. U mnie można wszystko wyrazić. Ale pomogę pani. Więc jak powinien być ubrany ten gość? We frak?
Roześmiała się cicho.
— Raczej nie. Raczej wręcz odwrotnie.
— Na przykład fufajka, gumiaki, co?
— Pan przesadza. Idzie mi o to, że był w bardzo eleganckim garniturze. Wydaje mi się, że był to zagraniczny ciuch. Buty na pewno!
Zawahała się.
— Niech pani mówi. Pani ma inne spojrzenie, może trafne. Plastycy widzą takie rzeczy, których inni nie zauważają...
— Odnoszę wrażenie — powiedziała — że ktoś, kto jest przyzwyczajony do takich garniturów, nie nosi ich bez krawata. I nie wkłada takich półbucików.
— A jakie?
— Tego nie wiem. Ale chyba inne. Jednym słowem ten człowiek zrobił na mnie wrażenie, jakby się przebrał albo po raz pierwszy w życiu włożył ten garnitur. To był nowy, drogi, bardzo elegancki garnitur.
— Zgoda — powiedział porucznik. — A jakieś znaki szczególne?
— Nie zauważyłam.
— Szkoda. Niech mi pani teraz powie coś na temat interesów pani stryja...
— Żadnych interesów. Od pięciu lat żył z renty, a kiedy było mu szczególnie ciężko, sprzedawał jakiś sztych, albo starą mapę.
— To cienko u niego było?
— Moi rodzice zostawili oszczędności, ale on z tego nie korzystał. Łożył z tych pieniędzy na moją naukę, na moje utrzymanie. Sam żył więcej niż skromnie.
— Gdzie sprzedawał te swoje sztychy i mapy? W Desie?
— Nie. Stare pokolenie antykwariuszy ma sceptyczny stosunek do fachowości Desy. Na tym tle były kontrowersje między mną a stryjem. Ci panowie zawsze uważają, że młodzi historycy sztuki niewiele potrafią...
— Więc gdzie stryj sprzedawał?
— To się rzadko zdarzało. Miał dwóch czy trzech odbiorców. Trochę kolekcjonerzy, trochę handlarze. Pan Zykuń z Warszawy, ale głównie doktor Chlebowicz. Ginekolog i zbieracz. Często odwiedzał stryja, nakłaniał go do sprzedaży pewnych rzeczy, to i owo kupił.
Skinął głową.
— Zgoda — rzekł. — I to wszystko?
— Chyba wszystko.
— Tego gościa w jasnych butach nie widziała pani nigdy przedtem?
— Raczej nie. Na pewno nie!
— Dlaczego na pewno?
— Bo wyglądał bardzo charakterystycznie w tym ubraniu...
— Ale gdyby przedtem był w innym ubraniu?
— Na przykład, panie poruczniku?
— Tego nie wiem. Ale na przykład hydraulik? Albo kominiarz?
Zamyśliła się przez chwilę.
— Może. Nie wiem. Teraz poznałabym go na pewno.
— Zgoda. To już coś.
Zapalił drugiego papierosa, spojrzał w okno, za siebie.
— Co za pogoda... Bez przerwy leje. Niech mi pani powie, jak stryj spędzał czas?
— Zwyczajnie, panie poruczniku. Ostatnio mało wychodził. Trochę zdziwaczał. Czekał na coś...
— Na co czekał?
Uśmiechnęła się.
— Do tego nie należy przywiązywać wagi. Samej mi to przyszło na myśl zaraz po morderstwie, ale naprawdę...
— Zgoda — przerwał jej — niech pani powie, na co czekał.
— Tego nie wiem. Nie mam pojęcia. Od kilku miesięcy co pewien czas powtarzał, że trzeba cierpliwie czekać, bo wszystko się zmieni.
— Co mianowicie się zmieni?
Wzruszyła ramionami.
— Zdaje się, że stryj nie był nigdy zachwycony naszą rzeczywistością, panie poruczniku. Więc...
— Ale dlaczego czekał na jakieś zmiany od kilku miesięcy... Gdyby od czterdziestego piątego czekał — tobym wiedział, co należy sądzić. Czy to przyszło nagle?
— Nie umiem powiedzieć. W każdym razie czekał, że coś się zmieni.
— Ogólnie? Czy w jego życiu?
— Cóż mogłoby się zmienić w życiu stryja? Miał prawie siedemdziesiąt lat, był schorowany, żył samotnie wśród swoich sztychów, map, książek... Ja myślę, że to była skleroza, panie poruczniku. Nic więcej.
— Może skleroza. Pani go przecież dobrze znała. Jeszcze jedno. Czy on się bał?
— Czego miałby się bać?
— Tego nie wiem, proszę pani. Ale czy nie zauważyła pani zmiany? Czy był inny niż przedtem?
— Nie przypuszczam. Poza tym, że czekał na coś urojonego. Ale nie robił wcale wrażenia zalęknionego. Raczej przeciwnie. Ostatnio bywał w dobrym humorze. Nawet choroba nie wyprowadziła go z pogodnego nastroju.
— Zgoda. Teraz kilka słów o pani. Znajomi, przyjaciółki? Pani rozumie...
Skinęła głową, uśmiechnęła się lekko.
— Z tym najmniejszy kłopot, proszę pana. A więc Adam Morawski, jego siostra Wanda, kilkanaście osób ze środowiska plastycznego. Mieszkam sama. Zarabiam na życie najgłupiej w świecie.
— Na czym to polega?
— Wnętrza wystaw sklepowych, jakieś dekoracje w świetlicach. Wybrałam sobie ciężki kawałek chleba.
— Nie pani jedna — powiedział porucznik.