Wyspa czterech łotrów - Andrzej Maurycy Szczypiorski

Kup ebooka

7.99 zł
6.39 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III 

— Niech pani siada. Teraz zaczniemy od początku.

Usiadła na niewygodnym krześle. Pokój był mały, umeblowany brzydko i banalnie. Biurko, trzy krzesła, szafa zaopatrzona w kłódkę, regał, przy oknie na małym stoliczku — maszyna do pisania. Szyby były zakurzone, ściekał po nich deszcz cienkimi strużkami. Oficer milicji w randze porucznika miał ociężałą postać, tęgą twarz i zmęczone spojrzenie. Wyglądał na pięćdziesiąt lat i chyba nie uprawiał porannej gimnastyki. W pokoju unosił się zapach dymu i niedopałków. Popielniczka na biurku była pełna. W szklance zostało trochę słabej, wystygłej herbaty.

— Więc pani nazywa się Zawadowska. Imię Ewa.

— Tak — odparła — Ewa Zawadowska.

— Rodzice?

— Nie żyją. Ojciec był nauczycielem historii i łaciny. Matka też pracowała w szkolnictwie.

— Zamordowany był pani stryjem?

— Tak jest. Po śmierci rodziców przez jakiś czas mieszkałam u stryja.

— Wychowywał panią?

— Nie. Kiedy matka umarła, miałam już osiemnaście lat. Ojciec zmarł dawno temu.

Skinął głową. Wydobył z szuflady paczkę papierosów marki sport.

— Pali pani?

— Dziękuję — odparła i wydobyła z torebki carmeny. Podsunęła mu paczkę.

— Nie. Wolę sporty. Kiedy zmieniam, od razu kaszlę.

Podał jej płonącą zapałkę, potem sam zapalił, zaciągnął się głęboko i natychmiast chwycił go kaszel.

— To pogoda — powiedział.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Ona była bardzo ładną, młodą kobietą. Miała skupioną, łagodną twarz o pięknych, ciemnych oczach w urzekającej oprawie. Te ciemne oczy, ciemne rzęsy i brwi harmonizowały z jasnozłotawym odcieniem włosów. Figurę miała smukłą, długie nogi, piękne ramiona. Wydawała się wiotka. Ubrana była spokojnie, elegancko.

On był tęgawy, jakby nieco opuchnięty, twarz miał szarą, oczy szare, włosy szare.

— Tak — powiedział — więc teraz jest pani całkiem sama...

— Mój Boże, panie poruczniku. Mam dwadzieścia pięć lat, zawód...

— Pani lubiła swego stryja?

— Tak. To jest właściwe słowo. Bardzo go lubiłam.

Znów milczeli chwilę.

— Pytanie, na które może pani oczywiście nie odpowiedzieć. Ma pani kogoś bliskiego?

Skinęła głową.

— Kto?

— Adam Morawski. Studiował razem ze mną na Akademii.

—.Narzeczony?

— Może pan to tak mazwać...

Uśmiechnął się kwaśno.

— Zgoda — rzekł. — Pani, oczywiście rozumie, że będę musiał poszperać także koło pani. Antoni Zawadowski żył samotnie. Żadnych przyjaciół, żadnych kontaktów. Tylko pani i garstka starych dziadków ze środowiska antykwariuszy. No, trzeba będzie szukać.

— Co pan podejrzewa?

Wzruszył ramionami.

— Ja, proszę pani, zbieram teraz szczegóły. Same drobiazgi. Nie jestem od podejrzeń, tylko od żmudnej roboty.

Otworzył szufladę, wydobył z wolna plik papierów, przerzucił je.

— Więc pani zeznała, że właściwie nic nie zginęło. Pieniądze, kosztowności?

Potrząsnęła głową.

— Stryj, jak większość starszych ludzi, odkładał na PKO. Gotówki w domu nie trzymał. Książeczkę PKO miałam u siebie na przechowaniu.

— Pani mieszka w Nowej Hucie, prawda?

— Tak jest.

— Często odwiedzała pani stryja?

— Ostatnio coraz częściej. Chorował trochę. Musiałam go doglądać. Ostatniej nocy spałam u niego, w pokoiku obok.

— Pani dobrze znała zbiory stryja?

— Bardzo dobrze. Nic godnego uwagi nie zginęło. Zresztą nie było tam rzeczy godnych uwagi.

— Zgoda. Niech pani dokładnie opisze tego faceta, który wychodził z bramy...

— Już to przecież zrobiłam. Do protokołu.

— Wiem. Ale jeszcze raz.

— Był wysoki, dobrze zbudowany. Około trzydziestu lat. Ubrany w popielaty garnitur i bardzo jasne buty. Chyba zamszowe. Bez krawata.

— Włosy, oczy, nos?

— Widziałam go przez chwilę, raczej w cieniu. Włosy? Chyba szatyn.

— Poznałaby go pani?

— Myślę, że tak...

Zastanowiła się przez chwilę.

— Wie pan co? To może jest bez znaczenia, ale zrobił na mnie jakieś dziwne wrażenie. Tacy ludzie nie pasują do takich ubrań.

— Dlaczego nie pasują?

— Tego się nie da wyrazić — powiedziała.

Skinął głową.

— Proszę pani, ja tu siedzę ładnych parę latek. U mnie można wszystko wyrazić. Ale pomogę pani. Więc jak powinien być ubrany ten gość? We frak?

Roześmiała się cicho.

— Raczej nie. Raczej wręcz odwrotnie.

— Na przykład fufajka, gumiaki, co?

— Pan przesadza. Idzie mi o to, że był w bardzo eleganckim garniturze. Wydaje mi się, że był to zagraniczny ciuch. Buty na pewno!

Zawahała się.

— Niech pani mówi. Pani ma inne spojrzenie, może trafne. Plastycy widzą takie rzeczy, których inni nie zauważają...

— Odnoszę wrażenie — powiedziała — że ktoś, kto jest przyzwyczajony do takich garniturów, nie nosi ich bez krawata. I nie wkłada takich półbucików.

— A jakie?

— Tego nie wiem. Ale chyba inne. Jednym słowem ten człowiek zrobił na mnie wrażenie, jakby się przebrał albo po raz pierwszy w życiu włożył ten garnitur. To był nowy, drogi, bardzo elegancki garnitur.

— Zgoda — powiedział porucznik. — A jakieś znaki szczególne?

— Nie zauważyłam.

— Szkoda. Niech mi pani teraz powie coś na temat interesów pani stryja...

— Żadnych interesów. Od pięciu lat żył z renty, a kiedy było mu szczególnie ciężko, sprzedawał jakiś sztych, albo starą mapę.

— To cienko u niego było?

— Moi rodzice zostawili oszczędności, ale on z tego nie korzystał. Łożył z tych pieniędzy na moją naukę, na moje utrzymanie. Sam żył więcej niż skromnie.

— Gdzie sprzedawał te swoje sztychy i mapy? W Desie?

— Nie. Stare pokolenie antykwariuszy ma sceptyczny stosunek do fachowości Desy. Na tym tle były kontrowersje między mną a stryjem. Ci panowie zawsze uważają, że młodzi historycy sztuki niewiele potrafią...

— Więc gdzie stryj sprzedawał?

— To się rzadko zdarzało. Miał dwóch czy trzech odbiorców. Trochę kolekcjonerzy, trochę handlarze. Pan Zykuń z Warszawy, ale głównie doktor Chlebowicz. Ginekolog i zbieracz. Często odwiedzał stryja, nakłaniał go do sprzedaży pewnych rzeczy, to i owo kupił.

Skinął głową.

— Zgoda — rzekł. — I to wszystko?

— Chyba wszystko.

— Tego gościa w jasnych butach nie widziała pani nigdy przedtem?

— Raczej nie. Na pewno nie!

— Dlaczego na pewno?

— Bo wyglądał bardzo charakterystycznie w tym ubraniu...

— Ale gdyby przedtem był w innym ubraniu?

— Na przykład, panie poruczniku?

— Tego nie wiem. Ale na przykład hydraulik? Albo kominiarz?

Zamyśliła się przez chwilę.

— Może. Nie wiem. Teraz poznałabym go na pewno.

— Zgoda. To już coś.

Zapalił drugiego papierosa, spojrzał w okno, za siebie.

— Co za pogoda... Bez przerwy leje. Niech mi pani powie, jak stryj spędzał czas?

— Zwyczajnie, panie poruczniku. Ostatnio mało wychodził. Trochę zdziwaczał. Czekał na coś...

— Na co czekał?

Uśmiechnęła się.

— Do tego nie należy przywiązywać wagi. Samej mi to przyszło na myśl zaraz po morderstwie, ale naprawdę...

— Zgoda — przerwał jej — niech pani powie, na co czekał.

— Tego nie wiem. Nie mam pojęcia. Od kilku miesięcy co pewien czas powtarzał, że trzeba cierpliwie czekać, bo wszystko się zmieni.

— Co mianowicie się zmieni?

Wzruszyła ramionami.

— Zdaje się, że stryj nie był nigdy zachwycony naszą rzeczywistością, panie poruczniku. Więc...

— Ale dlaczego czekał na jakieś zmiany od kilku miesięcy... Gdyby od czterdziestego piątego czekał — tobym wiedział, co należy sądzić. Czy to przyszło nagle?

— Nie umiem powiedzieć. W każdym razie czekał, że coś się zmieni.

— Ogólnie? Czy w jego życiu?

— Cóż mogłoby się zmienić w życiu stryja? Miał prawie siedemdziesiąt lat, był schorowany, żył samotnie wśród swoich sztychów, map, książek... Ja myślę, że to była skleroza, panie poruczniku. Nic więcej.

— Może skleroza. Pani go przecież dobrze znała. Jeszcze jedno. Czy on się bał?

— Czego miałby się bać?

— Tego nie wiem, proszę pani. Ale czy nie zauważyła pani zmiany? Czy był inny niż przedtem?

— Nie przypuszczam. Poza tym, że czekał na coś urojonego. Ale nie robił wcale wrażenia zalęknionego. Raczej przeciwnie. Ostatnio bywał w dobrym humorze. Nawet choroba nie wyprowadziła go z pogodnego nastroju.

— Zgoda. Teraz kilka słów o pani. Znajomi, przyjaciółki? Pani rozumie...

Skinęła głową, uśmiechnęła się lekko.

— Z tym najmniejszy kłopot, proszę pana. A więc Adam Morawski, jego siostra Wanda, kilkanaście osób ze środowiska plastycznego. Mieszkam sama. Zarabiam na życie najgłupiej w świecie.

— Na czym to polega?

— Wnętrza wystaw sklepowych, jakieś dekoracje w świetlicach. Wybrałam sobie ciężki kawałek chleba.

— Nie pani jedna — powiedział porucznik.

IV 

— Nazywam się Engel — powiedział porucznik — telefonowałem do pana doktora.

— Tak jest. Proszę bardzo.

Weszli do gabinetu. Słońce połyskiwało na białym lakierze mebli.

— Jestem do dyspozycji — powiedział doktor Chlebowicz, siadając za swym biurkiem. Porucznik Engel spojrzał spode łba.

— To nie potrwa długo.

Usiadł ciężko na krześle.

— Nie chciałem pana trudzić do komendy, panie doktorze. Kilka drobnych wyjaśnień...

— W związku z czym?

— Ze sprawą morderstwa Zawadowskiego.

— Wiem. Czytałem — powiedział doktor. Wydobył z szuflady biurka fajkę i nabijał ją tytoniem. Zapachniało śliwkami.

— Pan go znał, prawda? — powiedział Engel.

Chlebowicz skinął głową.

— Nawet nieźle.... Miał interesujące zbiory. Kupowałem u niego. Żeby pan wiedział, z jakim trudem kupowałem...

— Z trudem?

— Czy pan zna środowisko antykwariuszy, panie poruczniku?

— Nie znam — powiedział Engel. — niby skąd miałbym znać?

— Właśnie. To bardzo osobliwi ludzie. Z pozoru żyją przecież z handlu. Ale nie każdemu sprzedają i nie wszystko sprzedają. Stare rzeczy budzą nie tylko namiętności. Przywiązanie również.

— Co pan u niego kupował?

— Mapy. Wyłącznie mapy. Ja, proszę pana, zbieram te rzeczy od dawna. Mam ładną kolekcję. U Zawadowskiego można było czasem znaleźć coś bardzo wyjątkowego.

— Po co panu taka kolekcja?

Chlebowicz roześmiał się.

— Jedni zbierają znaczki, inni pieniądze, jeszcze inni stare mapy albo na przykład — porcelanę, albo coś jeszcze...