II
Sierżant Long przybiegłszy do drzwi
frontonowych, zawołał: - Kto tam? Kto dobija się o tak spóźnionej porze?
Hej! - Otwierać! proszę otwierać! Idzie o życie
ludzkie! Prędzej! prędzej! Long otworzył bramę, ale zaledwie drzwi się
rozwarły upadł, rzucony gwałtownie na podłogę. Zdziwiony, porwał się z ziemi i spostrzegł sanie
zaprzężone w sześć psów, lecące z szalonym impetem przez podwórze.
Otworzył dalsze drzwi, dopuszczając do ostatnich, w których stali
podróżni, zaciekawieni tem niezwykłem dobijaniem się do fortecy. Tymczasem z sań wyszedł człowiek, od stóp do głów
przyodziany w futra, zakrywające mu nawet oczy. - Czy to składnica Zjednoczenia? - spytał. - Tak jest. - Odparł kapitan. - Czy mam przed sobą kapitana Craventy? - Tak. A z kim mam przyjemność? - Jestem kurjerem z Kompanji. - Czy pan sam przyjechał? - Nie, przywiozłem podróżnego. - Podróżnego? Jakiż on ma do nas interes? - Chce zobaczyć księżyc. - Co? księżyc? Kapitanowi przyszło do głowy, iż ma do czynienia z
obłąkanym, ale nie było czasu na rozważanie. Przybyły wyciągnął z sań jakąś nieruchomą bryłę
coś w rodzaju worka pokrytego śniegiem i zabrał się do wnoszenia
jej wewnątrz izby. - Cóżto za wór? - spytał go kapitan. - To mój podróżny, - odrzekł spokojnie zapytany. - Któż to taki? - Astronom Tomasz Black. - Ależ on zmarznięty! - To też niosę, żeby go odmrozić... Złożono nieszczęsnego astronoma w pokoju na
pierwszem piętrze, gdzie temperatura była jeszcze możliwa do
przetrzymania, z powodu rozpalonego do czerwoności pieca. Zdjęto
kalosze i futra ze zmarzniętego, który zdawał się być już martwy i
rozpoczęto przywracanie do życia. Tomasz Black mógł mieć lat pięćdziesiąt, tęgi,
nizki, o posiwiałych włosach, oczach i ustach zaciśniętych, jakby
były sklejone gumą, nie wydawał ani głosu, ani oddechu, leżąc przed
ratującym go, jak nieruchoma bryła. Kapral Zolif obracał nim ma wszystkie strony,
tarł, potrząsał i mówił: - Proszę pana, bardzo pana proszę! Cóżto? Nie
myśli pan powrócić do przytomności? Gdy nawoływania te nie pomogły, porucznik Hobson
kazał przynieść śniegu i wspólnemi siłami rozcierać pacjenta, na
którym ukazujące się białe piętna, świadczyły o ciężkiem
przemrożeniu i odbierały nadzieję uratowania astronoma. W pół godziny po zastosowaniu tych środków Tomasz
Black poruszył się nerwowo, co wywołało wybuchy radości u zebranych
przy łóżku podróżnych. - Żyje! żyje! - zawołał uradowany porucznik. Rozgrzewano go ponczem, wlewano szklankami,
potrząsając nim jednocześnie, aż rumieńce ukazały się na
policzkach, oczy rozwarły a usta poruszyły się powoli. Zdołał nawet unieść się zlekka i głosem bardzo
słabym, zapytać: - Czy to forteca Zjednoczenia? - Tak jest, - odrzekł kapitan. - A pan jest kapitanem Craventy? - Tak, panie. A czy mogę wiedzieć, w jakim celu
pan tu przyjechał? - Aby zobaczyć księżyc! - odpowiedział za niego
kurjer. Astronom nie zaprzeczył, ale pomijając zapytanie
kapitana, badał w dalszym ciągu: - Czy to porucznik Hobson? - We własnej osobie! - odpowiedział zapytany. - Jeszcze pan nie wyjechał? - Jak pan widzi. - A więc, - odrzekł Tomasz Black, - nie pozostaje
mi nic innego, jak podziękować panom za ratunek i przespać się do
jutra rano. Kapitan wraz z towarzyszącemi mu osobami odszedł
pośpiesznie, pozostawiając tę oryginalną osobę w spokoju. Nazajutrz, gdy Tomasz Black przyszedł zupełnie do
zdrowia, dowiedział się kapitan o nim wszystkiego. Był to słynny
astronom z Greenwich, z obserwatorjum najlepszego na całym świecie.
Studjował on przyrodę od lat 20-u, oddając wiedzy wielkie
przysługi. Nie potrafił o niczem rozmawiać, jak tylko o
gwiazdach i niebie, poza tem nie obchodziło go nic. Miało być zaćmienie słońca, a wiadomo, że w takich
razach księżyc otoczony jest substancją świetlaną w formie wieńca.
Z czego więc składa się owo światło, czy nie jest to tylko
złudzenie lub odbicie promieni sąsiednich świateł - to zbadać miał
Tomasz Black i poto przyjechał. Przebył Atlantyk, wylądował w Nowym Jorku,
przeprawił się przez jeziora rzeki Czerwonej, z fortu do fortu,
przewożony saniami pod opieką kurjera z Kompanji, pomimo zimy
groźnej, pomimo mrozów straszliwych i niebezpieczeństw, aż znalazł
się u kapitana Craventy w postaci zlodowaciałej bryły. Naturalnie przyjęto go już jako żywego
entuzjastycznie.