Wyspa błądząca - Juliusz Verne

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (9,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Sierżant Long przybiegłszy do drzwi frontonowych, zawołał: - Kto tam? Kto dobija się o tak spóźnionej porze? Hej! - Otwierać! proszę otwierać! Idzie o życie ludzkie! Prędzej! prędzej! Long otworzył bramę, ale zaledwie drzwi się rozwarły upadł, rzucony gwałtownie na podłogę. Zdziwiony, porwał się z ziemi i spostrzegł sanie zaprzężone w sześć psów, lecące z szalonym impetem przez podwórze. Otworzył dalsze drzwi, dopuszczając do ostatnich, w których stali podróżni, zaciekawieni tem niezwykłem dobijaniem się do fortecy. Tymczasem z sań wyszedł człowiek, od stóp do głów przyodziany w futra, zakrywające mu nawet oczy. - Czy to składnica Zjednoczenia? - spytał. - Tak jest. - Odparł kapitan. - Czy mam przed sobą kapitana Craventy? - Tak. A z kim mam przyjemność? - Jestem kurjerem z Kompanji. - Czy pan sam przyjechał? - Nie, przywiozłem podróżnego. - Podróżnego? Jakiż on ma do nas interes? - Chce zobaczyć księżyc. - Co? księżyc? Kapitanowi przyszło do głowy, iż ma do czynienia z obłąkanym, ale nie było czasu na rozważanie. Przybyły wyciągnął z sań jakąś nieruchomą bryłę coś w rodzaju worka pokrytego śniegiem i zabrał się do wnoszenia jej wewnątrz izby. - Cóżto za wór? - spytał go kapitan. - To mój podróżny, - odrzekł spokojnie zapytany. - Któż to taki? - Astronom Tomasz Black. - Ależ on zmarznięty! - To też niosę, żeby go odmrozić... Złożono nieszczęsnego astronoma w pokoju na pierwszem piętrze, gdzie temperatura była jeszcze możliwa do przetrzymania, z powodu rozpalonego do czerwoności pieca. Zdjęto kalosze i futra ze zmarzniętego, który zdawał się być już martwy i rozpoczęto przywracanie do życia. Tomasz Black mógł mieć lat pięćdziesiąt, tęgi, nizki, o posiwiałych włosach, oczach i ustach zaciśniętych, jakby były sklejone gumą, nie wydawał ani głosu, ani oddechu, leżąc przed ratującym go, jak nieruchoma bryła. Kapral Zolif obracał nim ma wszystkie strony, tarł, potrząsał i mówił: - Proszę pana, bardzo pana proszę! Cóżto? Nie myśli pan powrócić do przytomności? Gdy nawoływania te nie pomogły, porucznik Hobson kazał przynieść śniegu i wspólnemi siłami rozcierać pacjenta, na którym ukazujące się białe piętna, świadczyły o ciężkiem przemrożeniu i odbierały nadzieję uratowania astronoma. W pół godziny po zastosowaniu tych środków Tomasz Black poruszył się nerwowo, co wywołało wybuchy radości u zebranych przy łóżku podróżnych. - Żyje! żyje! - zawołał uradowany porucznik. Rozgrzewano go ponczem, wlewano szklankami, potrząsając nim jednocześnie, aż rumieńce ukazały się na policzkach, oczy rozwarły a usta poruszyły się powoli. Zdołał nawet unieść się zlekka i głosem bardzo słabym, zapytać: - Czy to forteca Zjednoczenia? - Tak jest, - odrzekł kapitan. - A pan jest kapitanem Craventy? - Tak, panie. A czy mogę wiedzieć, w jakim celu pan tu przyjechał? - Aby zobaczyć księżyc! - odpowiedział za niego kurjer. Astronom nie zaprzeczył, ale pomijając zapytanie kapitana, badał w dalszym ciągu: - Czy to porucznik Hobson? - We własnej osobie! - odpowiedział zapytany. - Jeszcze pan nie wyjechał? - Jak pan widzi. - A więc, - odrzekł Tomasz Black, - nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować panom za ratunek i przespać się do jutra rano. Kapitan wraz z towarzyszącemi mu osobami odszedł pośpiesznie, pozostawiając tę oryginalną osobę w spokoju. Nazajutrz, gdy Tomasz Black przyszedł zupełnie do zdrowia, dowiedział się kapitan o nim wszystkiego. Był to słynny astronom z Greenwich, z obserwatorjum najlepszego na całym świecie. Studjował on przyrodę od lat 20-u, oddając wiedzy wielkie przysługi. Nie potrafił o niczem rozmawiać, jak tylko o gwiazdach i niebie, poza tem nie obchodziło go nic. Miało być zaćmienie słońca, a wiadomo, że w takich razach księżyc otoczony jest substancją świetlaną w formie wieńca. Z czego więc składa się owo światło, czy nie jest to tylko złudzenie lub odbicie promieni sąsiednich świateł - to zbadać miał Tomasz Black i poto przyjechał. Przebył Atlantyk, wylądował w Nowym Jorku, przeprawił się przez jeziora rzeki Czerwonej, z fortu do fortu, przewożony saniami pod opieką kurjera z Kompanji, pomimo zimy groźnej, pomimo mrozów straszliwych i niebezpieczeństw, aż znalazł się u kapitana Craventy w postaci zlodowaciałej bryły. Naturalnie przyjęto go już jako żywego entuzjastycznie.

I

Dnia 17 marca 1859 roku, kapitan Craventy urządzał wspaniałe przyjęcie. Nie był to bal, lecz serdeczne, miłe zespolenie się blizkich mu i znajomych, tych, co darzyli sympatją wyruszającą po cenne futra i żądne przygód Towarzystwo handlowe z kapitanem Craventy na czele.

Pod nadzorem kaprala Zolifa i jego młodej żony forteca zmieniła się do niepoznania. Zamieciono izby, poustawiano ławy drewniane dla gości, ogromne stoły uginały się pod ciężarem naczyń z potrawami a poza jadalnią w sąsiednich pokojach porozwieszano wspaniałe futra. Były tam puszyste skóry szarych niedźwiedzi, białych, również przepyszne bobry, lisy srebrzyste i sobole. Bogactwo wiało z tych ścian obwieszonych skórami zwierząt północy i spoglądano z podziwem na dobór przeróżnych barw i odcieni. W środku salonu stał piec olbrzymi z żelazną rurą ogrzewającą corazto nowych przybyszy. A tymczasem na dworze rozpętały się żywioły: huczały przewlekle groźne wichry, szalała krew mrożąca w żyłach śnieżyca. Pod wpływem tej niepogody drżał dom, poruszały się sprzęty - nie przeszkadzało to jednak ludziom tutaj zebranym do zajadania ze smakiem i do prowadzenia wesołej, z wybuchami śmiechu rozmowy. Do burz i wichrów, do huraganów i zamieci przyzwyczajeni byli ci odważni, zżyci z naturą podróżnicy. Było ich tu dziewiętnastu, z porucznikiem Hobsonem na czele. Między stałymi mieszkańcami fortecy znajdowały się dwie kobiety przybyłe z Nowego Yorku w celu odbycia podróży. Jedna z nich, Paulina Barnett, była tu szczególniej szanowana i otaczana opieką. Sławna podróżniczka, nie raz jeden wyróżniana przez towarzystwa geograficzne, była kobietą lat średnich, wysokiego wzrostu, o oczach wyrazistych i twarzy nacechowanej niezwykłą energją. Wdowa od lat kilkunastu, lubowała się w podróżach i nadzwyczajnych przygodach. Przybyła tu ku wielkiemu zdziwieniu podróżnych z listem polecającym od dyrektora towarzystwa i zwróciła się do kapitana Craventy. Kapitan Craventy po przeczytaniu listu oznajmił przybyłej, że wyruszają aż do wybrzeży morza Północnego, nie wyobraża więc sobie, aby kobieta delikatna zdołała przetrzymać tamtejszy klimat i niewygody. Odpowiedziała mu, że w obecnej roli nie jest ona słabą i wątłą kobietą, lecz laureatką towarzystwa i żadne trudy nie zniechęcą jej do projektowanej podróży. W ten sposób weszła w skład personelu wyruszającego na północ. Towarzyszka jej Magdalena, zacna i całem sercem oddana powiernica, była na pół służącą na pół przyjaciółką. Starsza o lat kilka od swej pani przyjęła rolę opiekunki i otaczała ją troskliwością bez granic i opieką iście macierzyńską. Siedziały obok kapitana, wsłuchując się w wypowiadane przez niego projekty i cele podróży, zachwycone tą wymarzoną przez Paulinę Barnett daleką wycieczką i zatopione całkowicie w myślach o mającym się odbyć na drugi dzień wyjeździe, gdy naraz ciszę przerwał okrzyk groźny, przerażające wołanie o ratunek. Wskoczono od stołu, chcąc biedz na czyjś tak bardzo wymowny i rozpaczliwy krzyk, ale kapitan powstrzymał wszystkich w tym zamiarze, wysyłając jedynie sierżanta Longa aby wywiedział się, kto taki wzywa ich na ratunek.