Wyspa bijących serc - Laura Imai Messina

Kup ebooka

44.90 zł
32.49 zł (32,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Życie jest nie­koń­czą­cym się pasmem mor­skich kata­strof.

Wyspa, do któ­rej przy­bi­jamy, stan naszego statku, zaim­pro­wi­zo­wana tra­twa, nasze ramiona, jedyny przed­miot, który pozo­stał nam po prze­szłym życiu: wszystko nabiera zna­cze­nia. Ponie­waż w momen­cie, gdy docie­ramy na plażę, nasze poprzed­nie życie staje się jedy­nie wspo­mnie­niem.

Bez względu na to, ile bólu zdo­ła­li­śmy nagro­ma­dzić, roz­po­czy­namy na nowo.

-?Roz­bi­tek?

Okno wycho­dziło na węzeł kole­jowy linii Ch?o, a tuż obok po pasach dla pie­szych na pobli­skim skrzy­żo­wa­niu mknęły tabuny malut­kich głó­wek. Świa­tło zmie­niło się na czer­wone i wszyst­kie te łebki od szpi­lek zatrzy­mały się przy kra­węż­niku.

Sh?ichi ski­nął głową. -?Tak, roz­bi­tek -?mruk­nął, nie odry­wa­jąc wzroku od skrzy­żo­wa­nia.

-?Ale zakła­dam, że potem główny boha­ter kogoś spo­tyka...

-?Nie, po pro­stu morze wyrzuca go na brzeg.

Sh?ichi odwró­cił się do męż­czy­zny, który sie­dział przy biurku w głębi pokoju. Od razu poznał cha­rak­te­ry­styczny wyraz zakło­po­ta­nia na jego twa­rzy i to spo­wol­nione wypo­wia­da­nie każ­dego słowa, które redak­tor sto­so­wał za każ­dym razem, gdy zaczy­nali roz­ma­wiać o nowej książce. Jakby oba­wiał się, że nie zro­zu­mie.

-?Czyli to histo­ria o prze­trwa­niu?

-?Można tak powie­dzieć.

-?Rozu­miem...

Przed nim, jak okiem się­gnąć, Tokio. To był pogodny pora­nek, a u jego stóp tonęło całe mia­sto. Kto wie, jak wielu oca­la­łych na­dal wal­czyło, by utrzy­mać się na powierzchni. Tym­cza­sem błę­kit nieba utrzy­my­wał ilu­zję cał­ko­wi­tego spo­koju.

-?Ale co się dzieje na tej wyspie?

-?Nic -?odpo­wie­dział Sh?ichi, zbli­ża­jąc się do biurka. Odsu­nął krze­sło i usiadł, opie­ra­jąc łok­cie na sko­ro­szy­cie. Redak­tor odru­chowo odchy­lił się do tyłu, prze­no­sząc cały cię­żar ciała na opar­cie fotela.

-?Nic, zupeł­nie nic się nie dzieje?

-?Nic. Po pro­stu poznaje wyspę. Zwie­rzęta, rośliny. Powie­dział­bym, że zmaga się z samot­no­ścią, jeśli już musimy się doszu­ki­wać jakie­goś głęb­szego sensu.

-?Tak, zna­cze­nie...

-?Bo doro­śli odczu­wają potrzebę, żeby nada­wać wszyst­kiemu sens.

-?Tak przy­pusz­czam.

-?No wła­śnie, ale dzieci tego nie robią. One znaj­dują sens w dzia­ła­niu, nie przed czy po nim.

Męż­czy­zna wes­tchnął.

Sh?ichi wstał i pod­szedł z powro­tem do okna dokład­nie w momen­cie, gdy poma­rań­czowy pociąg linii Ch?o prze­jeż­dżał przez sta­cję Kanda i ruszał w kie­runku T?ky?-eki. Wyobra­ził sobie, że prze­cina on nie powie­trze, lecz wodę, a ogromne fale w kolo­rze oran­żady zale­wają mia­sto po pra­wej i lewej stro­nie torów. Zapach cytru­sów wypeł­nił noz­drza Sh?ichiego. Zamknął oczy.

-?Czyli histo­ria roz­bitka...

-?Tak, Ishii-san, roz­bitka.

Po wyj­ściu z biura wydaw­nic­twa Sh?ichi posta­no­wił, że zamiast korzy­stać z windy, zej­dzie po scho­dach. Przez okna mógł obser­wo­wać prze­jeż­dża­jące pociągi i prze­la­tu­jące wysoko wrony.

Poko­nu­jąc trzy­dzie­ści dwa pię­tra, myślał o chłopcu, który codzien­nie pod­kra­dał coś z jego domu. Zasta­na­wiał się, jaki przed­miot zabie­rze z garażu tego popo­łu­dnia. Patel­nię, książkę obraz­kową czy może jakieś narzę­dzia do pracy w ogro­dzie.

Uśmiech­nął się na myśl o tym, jaką minę zrobi chło­piec, gdy znaj­dzie przy­go­to­wany dla niego pre­zent.

2

Aby zło­wić rybę księ­ży­cową, potrzeba głę­bin ciem­nych jak atra­ment i gar­ści roz­gwiazd.

Aby zła­pać rybę-miecz, nie­zbędna jest gruba sieć i mocna linka.

Na rekinka psiego należy zaczaić się ze smy­czą i mieć w zana­drzu dużo piesz­czot.

Ale jak zło­wić wodne dziecko? Co zro­bić, aby porwać jego serce (a przy tym go nie zra­nić)?

Tydzień wcze­śniej Sh?ichi obu­dził się w środku nocy zdy­szany. Oddy­chał tak ciężko, jakby wła­śnie, zamiast iść powoli, poko­nał bie­giem drogę na górę. Śniło mu się, że ma znów sześć lat i musi wystą­pić raz jesz­cze w przed­sta­wie­niu na zakoń­cze­nie przed­szkola.

Wszyst­kie dzieci wokół niego były ubrane na czer­wono, miały na sobie stroje, które przy­go­to­wały wspól­nie z nauczy­ciel­kami. Salę zdo­biły okrą­głe wykle­janki, na któ­rych wypi­sano słowa podzię­ko­wa­nia. Na gło­wach cza­peczki wyko­nane z kawał­ków kolo­ro­wego papieru połą­czo­nych gumką. Na pod­ło­dze i pod sto­pami pełno bro­katu i skrawki taśmy kle­ją­cej.

Przez wiele dni ćwi­czyli kroki; muzyka zaczerp­nięta ze zna­nej pio­senki stała się spo­so­bem na wyśpie­wa­nie wdzięcz­no­ści, cele­bra­cję przy­jaźni, którą budo­wali przez te sześć wspól­nie spę­dzo­nych lat, rado­ści na myśl o nowych zna­jo­mo­ściach, które już wkrótce miały odmie­nić ich świat. I fak­tycz­nie ten dzień zapo­cząt­ko­wał roz­łam; dzie­ciaki, w zależ­no­ści od miej­sca zamiesz­ka­nia, były przy­pi­sy­wane do jed­nej z trzech szkół pod­sta­wo­wych roz­miesz­czo­nych w pro­mie­niu dzie­się­ciu kilo­me­trów od sta­cji Kama­kura. Wszystko to działo się w kwiet­niu, pośród kwit­ną­cych wiśni.

Sh?ichi cze­kał na matkę. Tym­cza­sem poja­wiali się kolejni rodzice jego kole­gów i kole­ża­nek, któ­rzy z onie­śmie­le­niem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla kogoś, kto wkra­cza do świata stwo­rzo­nego z myślą o dzie­ciach, sia­dali na pod­ło­dze i roz­ma­wiali ści­szo­nym gło­sem. Jego matka, która zawsze zja­wiała się przed cza­sem, tym razem się spóź­niała. Kiedy w końcu wypa­trzył ją, wyglą­da­jąc zza kotary, z torebką ści­skaną w dłoni, ubraną w kimono, które cia­sno opi­nało jej drobne ciało, z zaczer­wie­nio­nymi oczami, grubą war­stwą maki­jażu i nabrzmia­łymi ustami, Sh?ichi od razu wie­dział, że musiało wyda­rzyć się coś złego.

Przez całe przed­sta­wie­nie matka nie prze­sta­wała się uśmie­chać. Sie­działa na klęcz­kach, a Sh?ichi sta­rał się ze wszyst­kich sił nie myśleć o tym, co mogło się stać.

Jed­nak tym, co wstrzą­snęło nim do tego stop­nia, że w doro­słym życiu na­dal co jakiś czas nawie­dzało go w snach, nie było samo przed­sta­wie­nie, a droga powrotna do domu. Lekko chwiejny krok, któ­rym matka prze­mie­rzała pogrą­żone w mroku ulice Kama­kury, ale przede wszyst­kim noc, któ­rej to Sh?ichi udał, że idzie spać, a zamiast tego, sto­jąc nie­ru­chomo za drzwiami, przy­glą­dał się, jak zmywa maki­jaż przed lustrem. Ni­gdy nie zapo­mni powol­nych gestów, któ­rymi wsma­ro­wy­wała krem, i tego, jak -?jakby za sprawą cza­rów -?jej skóra, zamiast sta­wać się na powrót biała, zda­wała się bar­wić pod dotknię­ciem wacika. Gra­nat nocy z domieszką goź­dzi­ko­wej czer­wieni.

We śnie obraz się ury­wał, ale prze­ra­że­nie Sh?ichiego nara­stało lawi­nowo, przy­bie­ra­jąc formę ole­istego tsu­nami, które pochła­niało jej twarz, spły­wało po szyi, skrę­cało na ramiona, pod posta­cią ciem­nej mazi ście­kało na klatkę pier­siową, aż w końcu cał­ko­wi­cie roz­pusz­czało jego matkę.

Tak naprawdę Sh?ichi nie był pewien, czy ten dzień w ogóle miał miej­sce, czy może wymy­ślił go sobie po obej­rze­niu w tele­wi­zji jakie­goś filmu doku­men­tal­nego albo na pod­sta­wie plo­tek krą­żą­cych o Koda-san, kobie­cie z sąsiedz­twa, która po latach prze­mocy w końcu zło­żyła donos na swo­jego męża. Sh?ichi ni­gdy nie zapy­tał matki, czy to się naprawdę wyda­rzyło. Nie dla­tego, że bał się, że zaprze­czy, wręcz prze­ciw­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Teshima, jesień ????

-?Sły­szysz to? -?pyta dziecko, odwra­ca­jąc się w stronę doro­słego. W chwili, gdy pada to pyta­nie, męż­czy­zna ma czter­dzie­ści lat, a zastawki jego serca do tej pory otwo­rzyły się i zamknęły jakieś miliard czte­ry­sta sie­dem­dzie­siąt milio­nów razy. Trzy­sta trzy­dzie­ści trzy dni temu znów zaczął nazy­wać rze­czy po imie­niu, znów obcho­dzą go przy­szłe losy świata, kto wygra w Japo­nii wybory i ile czasu zaj­mie ludziom zapeł­nie­nie morza pla­sti­kiem. Znów boi się śmierci.

-?Sły­szysz? -?powta­rza dziecko. Te słowa są niczym modli­twa, bo jeśli coś sły­szy rów­nież doro­sły, musi być praw­dziwe.

-?Jesz­cze nie.

Mię­dzy małymi dom­kami z drewna i bla­chy, tam, gdzie scho­dzą ze ścieżki i gdzie kra­jo­braz Teshimy dzieli się na pół, a na prawo i lewo roz­cią­gają się zie­lone pola ryżowe, tam wła­śnie powie­trze zaczyna sil­niej drżeć.

Dziecko nie powta­rza pyta­nia, za to przy­gląda się uważ­nie doro­słemu.

Męż­czy­zna tym razem przy­ta­kuje. Teraz już sły­szy.

Chcąc zapa­no­wać nad wła­snymi emo­cjami, przy­kuca, żeby zna­leźć się na wyso­ko­ści maleń­kiego czło­wieka, któ­rego ma przed sobą, nie­wzru­szony niczym Moj­żesz przed roz­stę­pu­ją­cymi się mor­skimi wodami.

O ile wcze­śniej nie sły­szeli niczego, teraz dźwięk ten jest wszech­obecny. Pam-pam, bam-bam, doki doki, thump thump. Wzgó­rze zdaje się nie prze­sta­wać drżeć.

Dziecko przy­kłada dłoń do piersi, zamyka oczy.

Doef doef, boum boum, tu tump.

-?Jeste­śmy już bli­sko.

Ta wyspa jest ser­cem. Kur­czy się wraz z nie­re­gu­lar­nym ryt­mem fal. Przy­pływy i odpływy spo­wal­niają puls, cza­sem spra­wiają, że prze­ska­kuje o jedno lub dwa ude­rze­nia, ale potem zawsze podej­mują prze­rwany wcze­śniej cykl.

W mie­sią­cach poprze­dza­ją­cych ten dzień zarówno doro­sły, jak i dziecko nauczyli się, że rze­czy, które są nam naj­droż­sze, jak kon­kretna melo­dia, mon­taż danego filmu, jakiś okre­ślony dźwięk, współ­brz­mią z wewnętrz­nym ryt­mem naszych umy­słów. Zasada ta nazy­wana jest fluk­tu­acją 1/f i to wła­śnie ona odpo­wiada rów­nież za regu­la­cję bicia ludz­kiego serca. Coś pozor­nie jed­no­staj­nego, a w rze­czywistości nie­znacz­nie nie­sta­bil­nego.

Dziecko pochyla się, przy­ci­ska ucho do ścieżki bie­gną­cej mię­dzy ryżo­wymi polami.

Męż­czy­zna się nie sprze­ci­wia: nagle przy­po­mina sobie, że kiedy miał sześć lat, poło­żył się na ulicy, żeby zoba­czyć świat z punktu widze­nia mró­wek. To pozorne wra­że­nie nie­po­zo­sta­wia­nia śla­dów. Wszystko musiało zacząć się, pomy­ślał, od tego patrze­nia na rze­czy z dołu. Jego matka, która była wtedy przy nim, pozwo­liła mu na to. "Aby zro­zu­mieć sie­bie, trzeba naj­pierw poznać jak naj­wię­cej stwo­rzeń, nawet tych, które w niczym nas nie przy­po­minają" -?zwy­kła mówić, a on, pra­gnąc zakwe­stio­no­wać słusz­ność tego twier­dze­nia, uspra­wie­dli­wiał każde swoje dzi­waczne zacho­wa­nie tym, że chce zro­zu­mieć. Doro­sły przy­po­mina sobie teraz, jak tam, w samym środku mia­sta, poczuł po raz pierw­szy silne zawroty głowy, nie­malże dowód nie­prze­rwa­nego obra­ca­nia się Ziemi, która dotych­czas zda­wała mu się nie­ru­choma.

To samo odczuwa teraz chło­piec, z tym że w jego przy­padku to pul­sa­cja powie­trza.

Mały wstaje.

-?Jestem głodny. Mamy coś do jedze­nia?

-?Tak, jasne. -?Doro­sły wyciąga z ple­caka dwa oni­giri. Sia­dają na skraju pola ryżo­wego.

Po bli­żej nie­okre­ślo­nej licz­bie drżeń powie­trza rytm ustaje.

Na dłuż­szą chwilę zapada cisza, a wkrótce potem wszystko zaczyna się od nowa.

To szta­feta: jedno serce prze­ka­zuje pałeczkę następ­nemu.

Jest paź­dzier­nik. Pola wybrzmie­wają peł­nią lata, które -?jak można by sądzić po tych dwóch dniach nie­spo­dzie­wa­nych jesien­nych upa­łów - posta­no­wiło wró­cić na połu­dniowy zachód Japo­nii. Udało mu się nabrać ważki, które znów wznio­sły się do lotu; na wyspie Teshima, mamione wyso­kimi tem­pe­ra­tu­rami, wypeł­zły spod ziemi nawet cykady.

Chło­piec klęka co raz, żeby zba­dać opuszką palca pozo­sta­wione przez nie otwory.

-?Jeste­śmy już bli­sko. Według mapy mamy przed sobą jesz­cze tylko kil­ka­set metrów.

-?To tam? -?pyta dziecko, wska­zu­jąc pal­cem.

-?Tak, chodźmy.

Doro­sły nie wie jesz­cze, co tak naprawdę znaj­dzie za wzgó­rzem. Coś prze­czuwa, ale w rze­czy­wi­sto­ści nic jesz­cze nie wie. Podob­nie jak nie poj­muje się czasu, jed­no­cze­śnie w nim żyjąc. Rów­nież dziecko niczego nie wie, ale przy­wy­kło do tego, że nie rozu­mie. W kon­se­kwen­cji z łatwo­ścią zako­chuje się w tej nie­spo­dzie­wa­nej podróży, w uczu­ciu, jakim darzy go doro­sły, w myśli o tym, że dźwięk ludz­kich serc ma swoje wła­sne miej­sce na ziemi, i to mu wystar­cza do szczę­ścia.

Wdra­pują się po zbo­czu pro­wa­dzą­cym do świą­tyni Karato Hachi­man, po czym, zgod­nie ze wska­zów­kami na mapie, skrę­cają w prawo; rękami odgar­niają gałę­zie. Po lewej stro­nie widać morze.

Dźwięk biją­cych serc wzmaga się stop­niowo, w miarę jak zbli­żają się do Archi­wum.

Męż­czy­zna i dziecko sta­wiają kroki ostroż­nie, jakby prze­mie­rzali pole minowe: obu zdaje się, że stą­pają po tyka­ją­cej bom­bie.

-?Tam! -?woła męż­czy­zna, gdy tylko mię­dzy tur­ku­so­wym błę­ki­tem nieba a surową bielą pia­sku dostrzega niski, kwa­dra­towy budy­nek z czar­nego cedru. Wygląda jak zapo­mniany na plaży klo­cek Lego.

Wła­śnie wtedy rytm drże­nia powie­trza zmie­nia się ponow­nie, zaczyna wibro­wać w tem­pie, któ­rego męż­czy­zna nie roz­po­znaje.

Kiedy otwie­rają drzwi Archi­wum, doro­sły nie może oprzeć się wra­że­niu, że cała ta droga, którą prze­byli, cały ten czas, te trzy­sta trzy­dzie­ści trzy wspól­nie spę­dzone dni i wszyst­kie poprze­dza­jące je lata, które upły­nęły im na wza­jem­nym uni­ka­niu się, dopro­wa­dziły go wła­śnie tu.

Ni­gdy się o tym nie dowie, ale dokład­nie w chwili, gdy lekko kła­nia się wita­ją­cemu ich przy wej­ściu mło­demu męż­czyź­nie w bia­łym far­tu­chu, w powie­trzu roz­brzmiewa bicie serca, które kie­dyś znał dosko­nale.

1

Bez zna­cze­nia było to, że miał zale­d­wie pięć lat.

Sh?ichi zaci­skał dło­nie na kie­row­nicy pewien, że rusza wła­śnie ku wiel­kiej przy­go­dzie. Ucieczkę spod nad­zoru matki zapla­no­wał z pre­cy­zją, która -?jeśli tylko kobieta wie­dzia­łaby, jak to zro­bił -?byłaby nie­zbi­tym dowo­dem na jego ponad­prze­ciętną inte­li­gen­cję, a już na pewno mówi­łaby wiele o tym, jak uważ­nie ją obser­wo­wał.

Pięć lat Sh?ichiego naci­skało na sio­dełko czer­wo­nego rowerka bez peda­łów. A on miał tylko jeden cel: spra­wić, by jego serce pękło.

Miesz­kali w Kama­ku­rze, na szczy­cie wzgó­rza, gdzie nie­wia­do­mego pocho­dze­nia tunel łączył dziel­nice ?machi i Koma­chi. Przez nie­któ­rych nazy­wany był Tune­lem Kon­ku­biny, ponie­waż według jed­nej z legend pewien wła­ści­ciel ziem­ski kazał go wydrą­żyć, aby móc spo­ty­kać się po dru­giej stro­nie góry ze swoją nałoż­nicą; inne teo­rie suge­ro­wały, że był to schron prze­ciw­lot­ni­czy wyko­rzy­sty­wany przez japoń­ską armię do prze­cho­wy­wa­nia sprzętu komu­ni­ka­cyj­nego pod­czas II wojny świa­to­wej.

Zbo­cze pro­wa­dzące do tunelu było po obu stro­nach bar­dzo strome, nachy­le­nie było tak ostre, że jeśli ktoś zapu­ścił się tam przez przy­pa­dek, w poło­wie drogi mogło zabrak­nąć mu tchu. Doje­cha­nie na górę na rowe­rze innym niż elek­tryczny było nie­wy­ko­nalne, a dzie­ciaki z oko­licy czę­sto zakła­dały się o to, czyja man­da­rynka albo kulka doturla się na dół pierw­sza. Pewien lice­ali­sta, który bawił się tam w dzie­ciń­stwie, spró­bo­wał nawet obli­czyć ener­gię gra­wi­ta­cyjną, zasięg, waha­nia pręd­ko­ści w zależ­no­ści od gaba­ry­tów przed­miotu, tego, czy w momen­cie startu znaj­do­wał się on na ziemi, czy też był rzu­cany z ręki (w tym przy­padku docho­dziła wyso­kość zwol­nie­nia): osta­tecz­nie uznał, że naj­le­piej zapo­mnieć o tym wszyst­kim i po pro­stu grać.

Wyścigi orga­ni­zo­wane przez dzie­ciaki roz­gry­wały się jed­nak wyłącz­nie po jed­nej stro­nie tunelu; gra po dru­giej była zaka­zana, zarówno dla­tego, że ścieżka zakrę­cała tam od razu naj­pierw w lewo, a potem w prawo, ale także dla­tego, że już z samej góry widać było groby nie­wiel­kiego cmen­ta­rza wyku­tego w żło­bie­niach na zbo­czu wzgó­rza.

Mawiano, że w let­nie noce duchy zmar­łych prze­ista­czały się w pło­mie­nie, a w dzień przy­bie­rały postać kalej­do­sko­pów motyli.

Sh?ichi był już wystar­cza­jąco duży, by bać się duchów, nie odczu­wał jed­nak stra­chu. Był owład­nięty tylko jed­nym lękiem, tym o wła­sne serce i o to, że w każ­dej chwili może ono pęk­nąć.

Zaraz po uro­dze­niu stwier­dzono u niego szmery w sercu, łagodną aryt­mię. Draż­niła go ta muzyka, któ­rej matka słu­chała w sku­pie­niu każ­dego ranka i każ­dego wie­czoru, jakby z jego maleń­kiej klatki pier­sio­wej, przez meta­lowy krą­żek i dwie małe oliwki, pły­nęły nie wia­domo jakie pro­roc­twa.

Nie wolno było mu ści­gać się z pocią­gami ani jeź­dzić na karu­ze­lach w Joko­ha­mie. Nie uczest­ni­czył nawet w let­nich festy­nach, aby uni­kać atmos­fery ogól­nego pod­nie­ce­nia i huku wiel­kich bęb­nów.

-?Tak wygląda twoje serce -?tłu­ma­czyła mu dzie­siątki razy matka, rysu­jąc jego kształt ołów­kiem -?a tutaj jest ta dziurka, która -?gdy za dużo bie­gasz albo się męczysz -?roz­sze­rza się i roz­szar­puje tkanki.

Za każ­dym razem, gdy mu to wyja­śniała, kobieta się­gała do biurka po nowy arkusz papieru. To wspólne drą­że­nie genezy pro­blemu wyda­wało się nie­zbędne, aby wzbu­dzić w nim strach.

I wła­śnie tak Sh?ichi zna­lazł się na szczy­cie tego stro­mego zbo­cza z dłońmi zaci­śnię­tymi na kie­row­nicy.

Posta­no­wił zro­bić naj­nie­bez­piecz­niej­szą rzecz na świe­cie i zoba­czyć, co się sta­nie.

Wystar­czyło mu, że usły­szał odgłos mat­czy­nych kro­ków, głos, który go wołał.

Krzyk, który wyrwał się jej, gdy tylko dostrze­gła syl­wetkę syna na rowe­rze, zadzia­łał jak gwiz­dek star­towy.

-?Sh?ichi!!!

Chło­piec ode­pchnął się mocno nogami, po czym uniósł je w górę, roz­kła­da­jąc w literę V. Niebo zda­wało mu się na wycią­gnię­cie ręki.

Pędząc w dół z nie­znaną mu dotąd pręd­ko­ścią, wyobra­żał sobie, że zamie­nia się w strzałę, olbrzy­mią, jak ta, którą widział wiszącą pod dachem świą­tyni Tsu­ru­ga­oka Hachi­man-g? w Nowy Rok. Jej dłu­gość prze­kra­czała co naj­mniej pię­cio­krot­nie wzrost jego matki.

-?Sh?ichi, stój! Sh?ichiii!

Trzy­dzie­ści pięć lat póź­niej wspo­mnie­nie tego dnia było na­dal żywe. Naj­do­kład­niej zapi­sało mu się w pamięci ogłu­sza­jące dud­nie­nie jego serca.

I cho­ciaż dosko­nale pamię­tał, jak pędził w dół, mając wra­że­nie, że prze­cina powie­trze, swoje drobne dło­nie zaci­śnięte na kie­row­nicy, maskę bia­łego samo­chodu, który o mały włos go nie potrą­cił, przej­mu­jący ból barku i ramie­nia, które, ude­rza­jąc o niski murek, zła­mał niczym ptak, chcący nauczyć się latać zbyt szybko, skrzy­dło, a potem zakrwa­wione kolana i wybity ząb, któ­rego brak przez dwa lata oszpe­cał jego uśmiech, mimo że potra­fił odtwo­rzyć wyda­rze­nia tego dnia sekunda po sekun­dzie, jego matka upar­cie zaprze­czała, jakoby coś podob­nego miało kie­dy­kol­wiek miej­sce.

-?To naj­pew­niej wytwór two­jej wyobraźni.

Taką samą odpo­wiedź Sh?ichi usły­szał, gdy jego uko­chany blok rysun­kowy wpadł do rzeki Nameri, gdy ojciec w przy­pły­wie zło­ści poła­mał jego łuk, gdy w wyniku trzę­sie­nia ziemi jego kot zgi­nął przy­gnie­ciony stertą narzę­dzi, a nawet pod­czas tej feral­nej podróży do Kago­shimy, gdy zosta­wili w pociągu misia Loretta.

Sh?ichi opo­wia­dał matce o tych bole­snych wspo­mnie­niach, o wypad­kach, godzi­nach pła­czu, dzięki któ­rym pamię­tał o dzie­cię­cych tra­ge­diach, ale ona nie­zmien­nie im zaprze­czała. Prze­cież pod­czas tam­tej podróży miś został w domu i rze­czy­wi­ście, gdy wró­cili do domu, zna­leźli go na łóżku, gdzie cze­kał na nich spo­kojny i jakby tro­chę czyst­szy; blok rysun­kowy na pewno też znaj­dzie się gdzieś w jego pokoju, a łuk -?leży na weran­dzie, nie­tknięty.

-?Po pro­stu odku­pi­łaś te rze­czy kilka dni póź­niej -?oskar­żał ją Sh?ichi, i fak­tycz­nie, kota już ni­gdy wię­cej nie zoba­czył.

-?Musiał prze­stra­szyć się trzę­sie­nia ziemi. Wiesz, że uwiel­biał się włó­czyć. Na pewno zamiesz­kał u kogoś innego.

Sh?ichi mógł jed­nak przy­siąc, że widział pod stertą narzę­dzi w komórce zma­sa­kro­wane zwłoki, pamięta, jak zapła­kana matka wzięła go wtedy na ręce i zanio­sła do kuchni, włą­czyła tele­wi­zor, przy­tu­liła go, a póź­niej, po kry­jomu, wymknęła się, żeby posprzą­tać.

-?Prze­cież widzia­łem -?gorącz­ko­wał się -?widzia­łem, jak zako­pa­łaś go w ogro­dzie!

-?Sh?ichi, ty zawsze mia­łeś bujną wyobraź­nię, to wła­śnie dzięki niej sta­łeś się tym, kim dziś jesteś.

Zaprze­czała wszyst­kiemu z takim spo­ko­jem, że sam nie wie­dział, co o tym myśleć. Jak to moż­liwe, że Sh?ichi ni­gdy nie pła­kał, a jego miłość była zawsze odwza­jem­niana? Zda­wało się, że dzie­ciń­stwo spę­dził w świe­cie z bajki.

-?A co z tymi wszyst­kimi bli­znami na ramie­niu i kola­nach?

-?Już ci mówi­łam, że moim zda­niem doro­bi­łeś się ich w doro­słym życiu. Ale jak i kiedy, tego nie wiem. Nie miesz­ka­łeś już wtedy z nami.

-?Ale ja pamię­tam dosko­nale, jak pędzi­łem na rowe­rze i jak ude­rzy­łem w mur, pamię­tam ten samo­chód, który o mały włos...

-?Musiało ci się to przy­śnić. W dzie­ciń­stwie kocha­łeś rośliny, słone oni­giri i książki obraz­kowe. Godzi­nami ryso­wa­łeś, głów­nie pej­zaże i okna.

Przy trze­cim nie­uda­nym podej­ściu Sh?ichi zwy­kle ustę­po­wał. Jed­nak co jakiś czas podej­mo­wał kolejne próby, bo w głębi ducha nie potra­fił odpu­ścić. Ostatni raz zapy­tał matkę o wypa­dek na rowe­rze, gdy miał trzy­dzie­ści osiem lat, a ona sie­dem­dzie­siąt pięć. I tym razem nic z tego. Podob­nie jak w prze­szło­ści, obda­rzyła go cier­pli­wym uśmie­chem:

-?Daj sobie spo­kój, Sh?ichi, mia­łeś cudowne dzie­ciń­stwo. Nagro­ma­dzi­łeś tyle szczę­ścia, że wystar­czy ci na całe doro­słe życie.

Potem wyda­rzyło się to, co się wyda­rzyło, i dla wszyst­kich stało się jasne, że nie­prędko będzie można wró­cić do mówie­nia o szczę­ściu.

Chło­piec, który tam­tego dnia być może cudem unik­nął zde­rze­nia się z samo­cho­dem i który przy­pusz­czal­nie wylą­do­wał na murze nie­wiel­kiej willi, miał teraz czter­dzie­ści lat i poko­ny­wał tę drogę w prze­ciw­nym kie­runku.

Była jesień i wzdłuż Tunelu Kon­ku­biny usy­pały się stosy liści.

W opar­ciu o dowolną z dwóch teo­rii, któ­rych punk­tem wyj­ścia był jeden pew­nik, a mia­no­wi­cie fakt, że miał kie­dyś pięć lat i posia­dał serce oraz rower, wykształ­ciła się jego począt­kowo spo­kojna egzy­sten­cja, która po trzy­dzie­stce znacz­nie się skom­pli­ko­wała. Sh?ichi dopa­try­wał się przy­czyn zawi­ło­ści swo­jego doro­słego życia w ule­gło­ści. Osta­tecz­nie, to on dopu­ścił do sie­bie świat, zako­chał się w kobie­cie, wie­lo­krot­nie mówił "tak" i robił to z zaska­ku­jącą lek­ko­ścią.

W wieku czter­dzie­stu lat wciąż nie był pewien, czy powi­nien uznać tamte czasy za pomyłkę, czy też za praw­dziwe szczę­ście, takie, które zda­rza się tylko raz.

Dotarł do rodzin­nego domu zdy­szany, a jego serce biło mocno w piersi. Zauwa­żył, że furtka była nie­do­mknięta, i pomy­ślał, że może jakieś dzi­kie zwie­rzę zado­mo­wiło się w ogro­dzie w ciągu tych trzech tygo­dni, gdy nikogo tu nie było.

Poczuł ukłu­cie smutku, gdy przy­po­mniał sobie, jak matka zawsze wycho­dziła, aby go powi­tać, zanim jesz­cze zdą­żył dotrzeć do drzwi.

Dopiero gdy oka­zało się, że nie może wło­żyć klu­cza do zamka, porzu­cił teo­rię o dzi­kich zwie­rzę­tach. Ktoś ewi­dent­nie pró­bo­wał się wła­mać i zła­many frag­ment klu­cza pozo­stał wewnątrz.

Kwe­stię zamka udało się roz­wią­zać w ciągu jed­nego dnia. Sh?ichi zadzwo­nił na poli­cję i zgło­sił incy­dent.

Jed­nakże myśl o pró­bie wła­ma­nia nie dawała mu spo­koju. Kto mógł chcieć się wła­mać do tego domu? A przede wszyst­kim, kto miał klucz? Z tego, co wie­dział, ist­niały tylko dwie kopie -?ta, którą dał sąsia­dowi, i jego wła­sna.

Od pogrzebu matki minęły trzy tygo­dnie. Sh?ichi poświę­cił ten czas na szyb­kie prze­or­ga­ni­zo­wa­nie mapy swo­ich uczuć, przy­zwy­cza­jeń i obo­wiąz­ków zawo­do­wych, po czym, po dwu­na­stu latach spę­dzo­nych w Tokio, powró­cił do Kama­kury. Pla­no­wał wyre­mon­to­wać dom rodzinny, a następ­nie sprze­dać go lub wyna­jąć.

Wie­dział, że jedy­nym spo­so­bem na pozby­cie się rze­czy jest wczu­cie się w rolę kogoś, kto nie zna domu. Bez wspo­mnień jeste­śmy bar­dziej sku­teczni i zde­ter­mi­no­wani.

Zatrud­nił pomoc­nika, nie dla­tego, że sam nie dałby sobie rady, ale raczej ze względu na to, że obec­ność kogoś nie­zna­jo­mego poma­gała mu zacho­wać dystans pod­czas uprzą­ta­nia domu.

Było to wyczer­pu­jące zaję­cie. Wszyst­kie pomiesz­cze­nia były wypeł­nione tysią­cami, dzie­siąt­kami tysięcy naj­roz­ma­it­szych przed­mio­tów. Zadzi­wiało go, jak wielką czcią darzyła je jego matka. Miał wra­że­nie, że ślepo wie­rzyła, że dzięki nim ich życie będzie wyda­wać się lep­sze.

Sh?ichi zaczął od pozby­wa­nia się wszyst­kiego, co w jakiś spo­sób nawią­zy­wało do codzien­nego życia: zapa­sów jedze­nia, środ­ków czy­sto­ści, ręcz­ni­ków, leków. Wyzbył się nawet arty­ku­łów pierw­szej potrzeby, prze­ko­nany, że jeśli zacznie robić wyjątki, nie będzie już w sta­nie niczego wyrzu­cić. Zebrał rze­czy matki i zapa­ko­wał je w duże, ponu­me­ro­wane pudła. Usta­wił je w garażu; samo­chód, któ­rego od lat nikt nie uży­wał, sprze­dał.

W dwa dni, z pomocą pra­cow­nika, usu­nął tapety ze wszyst­kich pokoi: zapach doj­rza­łych jabłek, który był nie­od­łączną czę­ścią jego wspo­mnień z dzie­ciń­stwa, znik­nął. Następ­nie zajął się odna­wia­niem kuchni i łazienki. Usu­nął z pod­łogi maty tatami, zle­cił poło­że­nie par­kietu i zamon­to­wał nowe rolety.

Każ­dego dnia miał wra­że­nie, że to wła­śnie ten decy­du­jący moment, który odmieni dom, że w końcu pozbę­dzie się wszyst­kich nie­po­trzeb­nych rze­czy i wspo­mnień. Dni jed­nak mijały, jeden po dru­gim, a praca zda­wała się nie mieć końca.

Cza­sami wyda­wało mu się, że widzi matkę. Pew­nego popo­łu­dnia zastał ją w kuchni, była nieco po pięć­dzie­siątce, cho­wała do szafki gar­nek, w któ­rym co roku mary­no­wała ume­bo­shi; innego razu, wie­czo­rem, już jako sta­ruszka, trzy­mała się ściany kory­ta­rza, zmie­rza­jąc do łazienki; wresz­cie w ogro­dzie, bar­dzo młoda, jak tam­tego lata, gdy popy­chała go na huś­tawce, którą sama skon­stru­owała z lin i drew­nia­nej deski, a potem zawie­siła na gałęzi dębu.

Kiedy ogar­niała go nostal­gia, Sh?ichi się­gał po swój szki­cow­nik, sia­dał na weran­dzie i ryso­wał swoją matkę dokład­nie taką, jaką ją widział. Uśmiech­niętą, zawsze nie­wy­tłu­ma­czal­nie spo­kojną.

W sytu­acjach, w któ­rych inni zro­bi­liby zdję­cie, on od zawsze zda­wał się na ołó­wek, a przede wszyst­kim na swoją zdol­ność dostrze­ga­nia tego, co było kie­dyś, a czego już nie ma.

Codzien­nie, gdy prze­mie­rzał drogę do Tunelu Kon­ku­biny i z powro­tem, Sh?ichi miał wra­że­nie, że ktoś go obser­wuje. Kilka razy obej­rzał się, ale nikogo nie zoba­czył.

Pew­nej nie­dzieli, dwa tygo­dnie od jego przy­jazdu do Kama­kury, minął cmen­tarz i popa­trzył z daleka na swój dom. Przy­glą­dał się mu, jakby widział go po raz pierw­szy w życiu, i stwier­dził, że pre­zen­tuje się cał­kiem nie­źle, ale wciąż wzbu­dza zbyt wiele wspo­mnień. Uznał, że powi­nien prze­ma­lo­wać ele­wa­cję. Dopiero wów­czas zdał sobie sprawę z tego, co tak naprawdę pró­bo­wał zro­bić: odmie­nić go, odda­lić od sie­bie na tyle, by być w sta­nie się z nim roz­stać.

Wła­śnie wtedy zauwa­żył cień przy fron­to­wych drzwiach.

Zatrzy­mał się. Wzro­kiem śle­dził postać, która krą­żyła wokół domu. Zaglą­dała przez okna z nie­wła­ści­wej strony i zda­wała się szu­kać spo­sobu, aby dostać się do środka.

Sh?ichi nie reago­wał. Zbli­żył się jedy­nie na tyle, by zorien­to­wać się, że cień nale­żał do dziecka i że znało ono dosko­nale ten dom.

Dopiero gdy zoba­czył, jak wycho­dzi z garażu ze starą konewką jego matki i raź­nym kro­kiem prze­mie­rza tunel z torbą pełną ksią­żek i innych szpar­ga­łów, ruszył ponow­nie pod górę.

Męż­czy­zna zbli­żył się do tunelu i spoj­rzał w głąb, ale po chłopcu nie było już śladu.

Gdy był nasto­lat­kiem, Sh?ichi wyru­szał nad ocean o świ­cie, z deską sur­fin­gową przy­mo­co­waną do roweru, z cie­niem Fudżi wyła­nia­ją­cym się po pra­wej stro­nie zza przy­lądka Ina­mu­ra­ga­saki. Miał wra­że­nie, że morze każ­dego ranka rodzi tę górę na nowo. Uczu­cie, które towa­rzy­szyło mu, gdy wcho­dził z deską do wody, mając przed sobą ten olbrzymi masyw, potra­fił wyra­zić, jedy­nie przy­zna­jąc, że nie jest w sta­nie opi­sać go sło­wami.

Już w doro­słym życiu, po prze­pro­wadzce do Tokio, jeśli w week­end nie miał innych pla­nów, wra­cał do Kama­kury i spę­dzał całą sobotę i nie­dzielę, spa­ce­ru­jąc wokół świą­tyń, odpo­czy­wa­jąc na plaży i rysu­jąc. Cza­sami wsia­dał na rower i peda­ło­wał aż na wyspę Eno­shima, wspi­nał się na sam jej szczyt, gdzie zata­piał się w cha­otycz­nym zgiełku tury­stów, wpa­trzony w roz­cią­ga­jącą się przed nim pano­ramę.

Gdy wra­cał, matka cze­kała na niego w ogro­dzie, zatro­skana tak samo jak wtedy, gdy w dzie­ciń­stwie przy­słu­chi­wała się biciu jego serca.

-?Jak było dziś nad morzem? -?pytała, po czym badała mu puls i upew­niała się, czy nie ma zadyszki.

-?To tylko od jazdy pod górę -?odpo­wia­dał za każ­dym razem, a ona kon­se­kwent­nie zda­wała się nie do końca prze­ko­nana.

W wieku osiem­na­stu lat Sh?ichi pod­jął naukę na Tokij­skim Uni­wer­sy­te­cie Sztuki. Nie chcąc pła­cić za wyna­jem miesz­ka­nia, codzien­nie poko­ny­wał trasę z Kama­kury i z powro­tem, ale godzinna podróż pocią­giem wcale mu nie cią­żyła. Błę­kit gór, które uka­zy­wały mu się przed oczami za każ­dym razem, gdy wysia­dał na doce­lo­wej sta­cji, wyna­gra­dzał mu prze­bytą drogę.

Cho­ciaż na­dal miesz­kali pod jed­nym dachem, ich odmienny rytm dnia spra­wiał, że Sh?ichi i jego matka rzadko się widy­wali. Sta­rali się jed­nak, co jakiś czas, wra­cać do wspól­nych rytu­ałów: śnia­dań, które przy­po­mi­nały bar­dziej obiady, noc­nych poga­wę­dek przy kotatsu, popi­ja­nia her­baty z yuzu na wyima­gi­no­wany ból gar­dła. Uczu­cie, zasiane na samym początku z pie­czo­ło­witą tro­ską, uro­sło i z bie­giem lat obro­dziło taką obfi­to­ścią kwia­tów i owo­ców, że jego pod­trzy­ma­nie nie wyma­gało już więk­szego wysiłku.

Sh?ichi wiele jej zawdzię­czał. Przede wszyst­kim swój zawód -?pracę, która wypeł­niała jego dni kolo­rami, karierę ilu­stra­tora. Matka wie­działa, jak doce­nić prze­ni­kli­wość jego spoj­rze­nia, dzięki któ­remu Sh?ichi, już jako dziecko, zaczął zamie­niać koty w sekret­nych posłań­ców, okna w magiczne por­tale, a owady rado­śnie wycho­dzące na świat latem w przy­by­szów z innych pla­net. Wie­rzyła w niego, nawet wtedy, gdy nic nie wska­zy­wało, że na to zasłu­guje.

Odkąd ode­szła, jakaś cząstka jego też jakby zga­sła. Nie potra­fił opi­sać tego sło­wami, ale czuł, że nić, która wią­zała go ze świa­tem, kolejny raz się poluź­niła.

Jego matka była pogodną kobietą. Trudno mu było przy­po­mnieć sobie, by się zło­ściła. Jej gniew roz­my­wał się w nie­usta­ją­cej oba­wie, że Sh?ichiemu może się coś stać. Jed­nak gdy cier­piała, popa­dała w zobo­jęt­nie­nie. Kiedy pięt­na­ście lat wcze­śniej zmarł nagle jej mąż, przez tydzień cho­dziła w tym samym żałob­nym kimo­nie i nie wynio­sła nawet śmieci. Gdy Sh?ichi odwie­dził ją kilka dni póź­niej, smród czuć było już od progu. Banany i mleko: matka żywiła się tylko tym od dnia pogrzebu.

Ze wszyst­kich jej cech tą, która zapi­sała się naj­sil­niej w jego pamięci, była bez­tro­ska, z jaką obda­rzała wszyst­kich niczym nie­za­słu­żo­nym zaufa­niem. Jeśli nie znaj­do­wała w kimś zalet, sama je sobie wymy­ślała. Już od naj­młod­szych lat uczyła Sh?ichiego, że na swój spo­sób da się kochać każ­dego. Nie cho­dziło o to, że nie dostrze­gała w ludziach wad, po pro­stu nie obcią­żała ich dodat­kowo nega­tyw­nymi okre­śle­niami. "Pomyśl, jak musi być im źle z samymi sobą". Nawet komen­tu­jąc naj­bar­dziej maka­bryczne wyda­rze­nia, matka tłu­ma­czyła mu, że fakt koniecz­no­ści osa­dze­nia kogoś w wię­zie­niu, wcale nie ozna­cza, że trzeba do tej osoby żywić nie­chęć. Świa­do­mość, że sza­cu­nek należy się nawet tym, któ­rzy zbłą­dzili, przy­no­siła Sh?ichiemu poczu­cie ulgi.

Ta wła­śnie nauka, jak żadna inna, do głębi go zmie­niła.

Dla­tego też teraz, roz­my­śla­jąc o tym małym zło­dzie­jaszku, nie był zły, lecz raczej zacie­ka­wiony. Zasta­na­wiał się, na co mu, do dia­ska, ta stara konewka, popla­miony far­tuch matki czy wyszczer­biona szklanka.

Szybko zorien­to­wał się, że pro­ce­der ten powta­rzał się codzien­nie. Po połu­dniu, gdy tylko Sh?ichi wycho­dził, chło­piec, w dro­dze ze szkoły, regu­lar­nie zakra­dał się do domu.