Życie jest niekończącym się pasmem morskich katastrof.
Wyspa, do której przybijamy, stan naszego statku, zaimprowizowana
tratwa, nasze ramiona, jedyny przedmiot, który pozostał nam po przeszłym
życiu: wszystko nabiera znaczenia. Ponieważ w momencie, gdy docieramy na
plażę, nasze poprzednie życie staje się jedynie wspomnieniem.
Bez względu na to, ile bólu zdołaliśmy nagromadzić, rozpoczynamy na
nowo.
-?Rozbitek?
Okno wychodziło na węzeł kolejowy linii Ch?o, a tuż obok po pasach dla
pieszych na pobliskim skrzyżowaniu mknęły tabuny malutkich główek.
Światło zmieniło się na czerwone i wszystkie te łebki od szpilek
zatrzymały się przy krawężniku.
Sh?ichi skinął głową. -?Tak, rozbitek -?mruknął, nie odrywając wzroku od
skrzyżowania.
-?Ale zakładam, że potem główny bohater kogoś spotyka...
-?Nie, po prostu morze wyrzuca go na brzeg.
Sh?ichi odwrócił się do mężczyzny, który siedział przy biurku w głębi
pokoju. Od razu poznał charakterystyczny wyraz zakłopotania na jego
twarzy i to spowolnione wypowiadanie każdego słowa, które redaktor
stosował za każdym razem, gdy zaczynali rozmawiać o nowej książce. Jakby
obawiał się, że nie zrozumie.
-?Czyli to historia o przetrwaniu?
-?Można tak powiedzieć.
-?Rozumiem...
Przed nim, jak okiem sięgnąć, Tokio. To był pogodny poranek, a u jego
stóp tonęło całe miasto. Kto wie, jak wielu ocalałych nadal walczyło, by
utrzymać się na powierzchni. Tymczasem błękit nieba utrzymywał iluzję
całkowitego spokoju.
-?Ale co się dzieje na tej wyspie?
-?Nic -?odpowiedział Sh?ichi, zbliżając się do biurka. Odsunął krzesło i usiadł, opierając łokcie na skoroszycie. Redaktor odruchowo odchylił się
do tyłu, przenosząc cały ciężar ciała na oparcie fotela.
-?Nic, zupełnie nic się nie dzieje?
-?Nic. Po prostu poznaje wyspę. Zwierzęta, rośliny. Powiedziałbym, że
zmaga się z samotnością, jeśli już musimy się doszukiwać jakiegoś
głębszego sensu.
-?Tak, znaczenie...
-?Bo dorośli odczuwają potrzebę, żeby nadawać wszystkiemu sens.
-?Tak przypuszczam.
-?No właśnie, ale dzieci tego nie robią. One znajdują sens w działaniu,
nie przed czy po nim.
Mężczyzna westchnął.
Sh?ichi wstał i podszedł z powrotem do okna dokładnie w momencie, gdy
pomarańczowy pociąg linii Ch?o przejeżdżał przez stację Kanda i ruszał w kierunku T?ky?-eki. Wyobraził sobie, że przecina on nie powietrze, lecz
wodę, a ogromne fale w kolorze oranżady zalewają miasto po prawej i lewej stronie torów. Zapach cytrusów wypełnił nozdrza Sh?ichiego.
Zamknął oczy.
-?Czyli historia rozbitka...
-?Tak, Ishii-san, rozbitka.
Po wyjściu z biura wydawnictwa Sh?ichi postanowił, że zamiast korzystać
z windy, zejdzie po schodach. Przez okna mógł obserwować przejeżdżające
pociągi i przelatujące wysoko wrony.
Pokonując trzydzieści dwa piętra, myślał o chłopcu, który codziennie
podkradał coś z jego domu. Zastanawiał się, jaki przedmiot zabierze z garażu tego popołudnia. Patelnię, książkę obrazkową czy może jakieś
narzędzia do pracy w ogrodzie.
Uśmiechnął się na myśl o tym, jaką minę zrobi chłopiec, gdy znajdzie
przygotowany dla niego prezent.
2
Aby złowić rybę księżycową, potrzeba głębin ciemnych jak atrament i garści rozgwiazd.
Aby złapać rybę-miecz, niezbędna jest gruba sieć i mocna linka.
Na rekinka psiego należy zaczaić się ze smyczą i mieć w zanadrzu dużo
pieszczot.
Ale jak złowić wodne dziecko? Co zrobić, aby porwać jego serce (a przy
tym go nie zranić)?
Tydzień wcześniej Sh?ichi obudził się w środku nocy zdyszany. Oddychał
tak ciężko, jakby właśnie, zamiast iść powoli, pokonał biegiem drogę na
górę. Śniło mu się, że ma znów sześć lat i musi wystąpić raz jeszcze w przedstawieniu na zakończenie przedszkola.
Wszystkie dzieci wokół niego były ubrane na czerwono, miały na sobie
stroje, które przygotowały wspólnie z nauczycielkami. Salę zdobiły
okrągłe wyklejanki, na których wypisano słowa podziękowania. Na głowach
czapeczki wykonane z kawałków kolorowego papieru połączonych gumką. Na
podłodze i pod stopami pełno brokatu i skrawki taśmy klejącej.
Przez wiele dni ćwiczyli kroki; muzyka zaczerpnięta ze znanej piosenki
stała się sposobem na wyśpiewanie wdzięczności, celebrację przyjaźni,
którą budowali przez te sześć wspólnie spędzonych lat, radości na myśl o nowych znajomościach, które już wkrótce miały odmienić ich świat. I faktycznie ten dzień zapoczątkował rozłam; dzieciaki, w zależności od
miejsca zamieszkania, były przypisywane do jednej z trzech szkół
podstawowych rozmieszczonych w promieniu dziesięciu kilometrów od stacji
Kamakura. Wszystko to działo się w kwietniu, pośród kwitnących wiśni.
Sh?ichi czekał na matkę. Tymczasem pojawiali się kolejni rodzice jego
kolegów i koleżanek, którzy z onieśmieleniem charakterystycznym dla
kogoś, kto wkracza do świata stworzonego z myślą o dzieciach, siadali na
podłodze i rozmawiali ściszonym głosem. Jego matka, która zawsze
zjawiała się przed czasem, tym razem się spóźniała. Kiedy w końcu
wypatrzył ją, wyglądając zza kotary, z torebką ściskaną w dłoni, ubraną
w kimono, które ciasno opinało jej drobne ciało, z zaczerwienionymi
oczami, grubą warstwą makijażu i nabrzmiałymi ustami, Sh?ichi od razu
wiedział, że musiało wydarzyć się coś złego.
Przez całe przedstawienie matka nie przestawała się uśmiechać. Siedziała
na klęczkach, a Sh?ichi starał się ze wszystkich sił nie myśleć o tym,
co mogło się stać.
Jednak tym, co wstrząsnęło nim do tego stopnia, że w dorosłym życiu
nadal co jakiś czas nawiedzało go w snach, nie było samo przedstawienie,
a droga powrotna do domu. Lekko chwiejny krok, którym matka przemierzała
pogrążone w mroku ulice Kamakury, ale przede wszystkim noc, której to
Sh?ichi udał, że idzie spać, a zamiast tego, stojąc nieruchomo za
drzwiami, przyglądał się, jak zmywa makijaż przed lustrem. Nigdy nie
zapomni powolnych gestów, którymi wsmarowywała krem, i tego, jak -?jakby
za sprawą czarów -?jej skóra, zamiast stawać się na powrót biała,
zdawała się barwić pod dotknięciem wacika. Granat nocy z domieszką
goździkowej czerwieni.
We śnie obraz się urywał, ale przerażenie Sh?ichiego narastało lawinowo,
przybierając formę oleistego tsunami, które pochłaniało jej twarz,
spływało po szyi, skręcało na ramiona, pod postacią ciemnej mazi
ściekało na klatkę piersiową, aż w końcu całkowicie rozpuszczało jego
matkę.
Tak naprawdę Sh?ichi nie był pewien, czy ten dzień w ogóle miał miejsce,
czy może wymyślił go sobie po obejrzeniu w telewizji jakiegoś filmu
dokumentalnego albo na podstawie plotek krążących o Koda-san, kobiecie z sąsiedztwa, która po latach przemocy w końcu złożyła donos na swojego
męża. Sh?ichi nigdy nie zapytał matki, czy to się naprawdę wydarzyło.
Nie dlatego, że bał się, że zaprzeczy, wręcz przeciwnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Teshima, jesień ????
-?Słyszysz to? -?pyta dziecko, odwracając się w stronę dorosłego. W chwili, gdy pada to pytanie, mężczyzna ma czterdzieści lat, a zastawki
jego serca do tej pory otworzyły się i zamknęły jakieś miliard czterysta
siedemdziesiąt milionów razy. Trzysta trzydzieści trzy dni temu znów
zaczął nazywać rzeczy po imieniu, znów obchodzą go przyszłe losy świata,
kto wygra w Japonii wybory i ile czasu zajmie ludziom zapełnienie morza
plastikiem. Znów boi się śmierci.
-?Słyszysz? -?powtarza dziecko. Te słowa są niczym modlitwa, bo jeśli
coś słyszy również dorosły, musi być prawdziwe.
-?Jeszcze nie.
Między małymi domkami z drewna i blachy, tam, gdzie schodzą ze ścieżki i gdzie krajobraz Teshimy dzieli się na pół, a na prawo i lewo rozciągają
się zielone pola ryżowe, tam właśnie powietrze zaczyna silniej drżeć.
Dziecko nie powtarza pytania, za to przygląda się uważnie dorosłemu.
Mężczyzna tym razem przytakuje. Teraz już słyszy.
Chcąc zapanować nad własnymi emocjami, przykuca, żeby znaleźć się na
wysokości maleńkiego człowieka, którego ma przed sobą, niewzruszony
niczym Mojżesz przed rozstępującymi się morskimi wodami.
O ile wcześniej nie słyszeli niczego, teraz dźwięk ten jest
wszechobecny. Pam-pam, bam-bam, doki doki, thump thump. Wzgórze
zdaje się nie przestawać drżeć.
Dziecko przykłada dłoń do piersi, zamyka oczy.
Doef doef, boum boum, tu tump.
-?Jesteśmy już blisko.
Ta wyspa jest sercem. Kurczy się wraz z nieregularnym rytmem fal.
Przypływy i odpływy spowalniają puls, czasem sprawiają, że przeskakuje o jedno lub dwa uderzenia, ale potem zawsze podejmują przerwany wcześniej
cykl.
W miesiącach poprzedzających ten dzień zarówno dorosły, jak i dziecko
nauczyli się, że rzeczy, które są nam najdroższe, jak konkretna melodia,
montaż danego filmu, jakiś określony dźwięk, współbrzmią z wewnętrznym
rytmem naszych umysłów. Zasada ta nazywana jest fluktuacją 1/f i to
właśnie ona odpowiada również za regulację bicia ludzkiego serca. Coś
pozornie jednostajnego, a w rzeczywistości nieznacznie niestabilnego.
Dziecko pochyla się, przyciska ucho do ścieżki biegnącej między ryżowymi
polami.
Mężczyzna się nie sprzeciwia: nagle przypomina sobie, że kiedy miał
sześć lat, położył się na ulicy, żeby zobaczyć świat z punktu widzenia
mrówek. To pozorne wrażenie niepozostawiania śladów. Wszystko musiało
zacząć się, pomyślał, od tego patrzenia na rzeczy z dołu. Jego matka,
która była wtedy przy nim, pozwoliła mu na to. "Aby zrozumieć siebie,
trzeba najpierw poznać jak najwięcej stworzeń, nawet tych, które w niczym nas nie przypominają" -?zwykła mówić, a on, pragnąc
zakwestionować słuszność tego twierdzenia, usprawiedliwiał każde swoje
dziwaczne zachowanie tym, że chce zrozumieć. Dorosły przypomina sobie
teraz, jak tam, w samym środku miasta, poczuł po raz pierwszy silne
zawroty głowy, niemalże dowód nieprzerwanego obracania się Ziemi, która
dotychczas zdawała mu się nieruchoma.
To samo odczuwa teraz chłopiec, z tym że w jego przypadku to pulsacja
powietrza.
Mały wstaje.
-?Jestem głodny. Mamy coś do jedzenia?
-?Tak, jasne. -?Dorosły wyciąga z plecaka dwa onigiri. Siadają na skraju
pola ryżowego.
Po bliżej nieokreślonej liczbie drżeń powietrza rytm ustaje.
Na dłuższą chwilę zapada cisza, a wkrótce potem wszystko zaczyna się od
nowa.
To sztafeta: jedno serce przekazuje pałeczkę następnemu.
Jest październik. Pola wybrzmiewają pełnią lata, które -?jak można by
sądzić po tych dwóch dniach niespodziewanych jesiennych upałów -
postanowiło wrócić na południowy zachód Japonii. Udało mu się nabrać
ważki, które znów wzniosły się do lotu; na wyspie Teshima, mamione
wysokimi temperaturami, wypełzły spod ziemi nawet cykady.
Chłopiec klęka co raz, żeby zbadać opuszką palca pozostawione przez nie
otwory.
-?Jesteśmy już blisko. Według mapy mamy przed sobą jeszcze tylko
kilkaset metrów.
-?To tam? -?pyta dziecko, wskazując palcem.
-?Tak, chodźmy.
Dorosły nie wie jeszcze, co tak naprawdę znajdzie za wzgórzem. Coś
przeczuwa, ale w rzeczywistości nic jeszcze nie wie. Podobnie jak nie
pojmuje się czasu, jednocześnie w nim żyjąc. Również dziecko niczego nie
wie, ale przywykło do tego, że nie rozumie. W konsekwencji z łatwością
zakochuje się w tej niespodziewanej podróży, w uczuciu, jakim darzy go
dorosły, w myśli o tym, że dźwięk ludzkich serc ma swoje własne miejsce
na ziemi, i to mu wystarcza do szczęścia.
Wdrapują się po zboczu prowadzącym do świątyni Karato Hachiman, po czym,
zgodnie ze wskazówkami na mapie, skręcają w prawo; rękami odgarniają
gałęzie. Po lewej stronie widać morze.
Dźwięk bijących serc wzmaga się stopniowo, w miarę jak zbliżają się do
Archiwum.
Mężczyzna i dziecko stawiają kroki ostrożnie, jakby przemierzali pole
minowe: obu zdaje się, że stąpają po tykającej bombie.
-?Tam! -?woła mężczyzna, gdy tylko między turkusowym błękitem nieba a surową bielą piasku dostrzega niski, kwadratowy budynek z czarnego
cedru. Wygląda jak zapomniany na plaży klocek Lego.
Właśnie wtedy rytm drżenia powietrza zmienia się ponownie, zaczyna
wibrować w tempie, którego mężczyzna nie rozpoznaje.
Kiedy otwierają drzwi Archiwum, dorosły nie może oprzeć się wrażeniu, że
cała ta droga, którą przebyli, cały ten czas, te trzysta trzydzieści
trzy wspólnie spędzone dni i wszystkie poprzedzające je lata, które
upłynęły im na wzajemnym unikaniu się, doprowadziły go właśnie tu.
Nigdy się o tym nie dowie, ale dokładnie w chwili, gdy lekko kłania się
witającemu ich przy wejściu młodemu mężczyźnie w białym fartuchu, w powietrzu rozbrzmiewa bicie serca, które kiedyś znał doskonale.
1
Bez znaczenia było to, że miał zaledwie pięć lat.
Sh?ichi zaciskał dłonie na kierownicy pewien, że rusza właśnie ku
wielkiej przygodzie. Ucieczkę spod nadzoru matki zaplanował z precyzją,
która -?jeśli tylko kobieta wiedziałaby, jak to zrobił -?byłaby
niezbitym dowodem na jego ponadprzeciętną inteligencję, a już na pewno
mówiłaby wiele o tym, jak uważnie ją obserwował.
Pięć lat Sh?ichiego naciskało na siodełko czerwonego rowerka bez
pedałów. A on miał tylko jeden cel: sprawić, by jego serce pękło.
Mieszkali w Kamakurze, na szczycie wzgórza, gdzie niewiadomego
pochodzenia tunel łączył dzielnice ?machi i Komachi. Przez niektórych
nazywany był Tunelem Konkubiny, ponieważ według jednej z legend pewien
właściciel ziemski kazał go wydrążyć, aby móc spotykać się po drugiej
stronie góry ze swoją nałożnicą; inne teorie sugerowały, że był to
schron przeciwlotniczy wykorzystywany przez japońską armię do
przechowywania sprzętu komunikacyjnego podczas II wojny światowej.
Zbocze prowadzące do tunelu było po obu stronach bardzo strome,
nachylenie było tak ostre, że jeśli ktoś zapuścił się tam przez
przypadek, w połowie drogi mogło zabraknąć mu tchu. Dojechanie na górę
na rowerze innym niż elektryczny było niewykonalne, a dzieciaki z okolicy często zakładały się o to, czyja mandarynka albo kulka doturla
się na dół pierwsza. Pewien licealista, który bawił się tam w dzieciństwie, spróbował nawet obliczyć energię grawitacyjną, zasięg,
wahania prędkości w zależności od gabarytów przedmiotu, tego, czy w momencie startu znajdował się on na ziemi, czy też był rzucany z ręki (w tym przypadku dochodziła wysokość zwolnienia): ostatecznie uznał, że
najlepiej zapomnieć o tym wszystkim i po prostu grać.
Wyścigi organizowane przez dzieciaki rozgrywały się jednak wyłącznie po
jednej stronie tunelu; gra po drugiej była zakazana, zarówno dlatego, że
ścieżka zakręcała tam od razu najpierw w lewo, a potem w prawo, ale
także dlatego, że już z samej góry widać było groby niewielkiego
cmentarza wykutego w żłobieniach na zboczu wzgórza.
Mawiano, że w letnie noce duchy zmarłych przeistaczały się w płomienie,
a w dzień przybierały postać kalejdoskopów motyli.
Sh?ichi był już wystarczająco duży, by bać się duchów, nie odczuwał
jednak strachu. Był owładnięty tylko jednym lękiem, tym o własne serce i o to, że w każdej chwili może ono pęknąć.
Zaraz po urodzeniu stwierdzono u niego szmery w sercu, łagodną arytmię.
Drażniła go ta muzyka, której matka słuchała w skupieniu każdego ranka i każdego wieczoru, jakby z jego maleńkiej klatki piersiowej, przez
metalowy krążek i dwie małe oliwki, płynęły nie wiadomo jakie proroctwa.
Nie wolno było mu ścigać się z pociągami ani jeździć na karuzelach w Jokohamie. Nie uczestniczył nawet w letnich festynach, aby unikać
atmosfery ogólnego podniecenia i huku wielkich bębnów.
-?Tak wygląda twoje serce -?tłumaczyła mu dziesiątki razy matka, rysując
jego kształt ołówkiem -?a tutaj jest ta dziurka, która -?gdy za dużo
biegasz albo się męczysz -?rozszerza się i rozszarpuje tkanki.
Za każdym razem, gdy mu to wyjaśniała, kobieta sięgała do biurka po nowy
arkusz papieru. To wspólne drążenie genezy problemu wydawało się
niezbędne, aby wzbudzić w nim strach.
I właśnie tak Sh?ichi znalazł się na szczycie tego stromego zbocza z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy.
Postanowił zrobić najniebezpieczniejszą rzecz na świecie i zobaczyć, co
się stanie.
Wystarczyło mu, że usłyszał odgłos matczynych kroków, głos, który go
wołał.
Krzyk, który wyrwał się jej, gdy tylko dostrzegła sylwetkę syna na
rowerze, zadziałał jak gwizdek startowy.
-?Sh?ichi!!!
Chłopiec odepchnął się mocno nogami, po czym uniósł je w górę,
rozkładając w literę V. Niebo zdawało mu się na wyciągnięcie ręki.
Pędząc w dół z nieznaną mu dotąd prędkością, wyobrażał sobie, że
zamienia się w strzałę, olbrzymią, jak ta, którą widział wiszącą pod
dachem świątyni Tsurugaoka Hachiman-g? w Nowy Rok. Jej długość
przekraczała co najmniej pięciokrotnie wzrost jego matki.
-?Sh?ichi, stój! Sh?ichiii!
Trzydzieści pięć lat później wspomnienie tego dnia było nadal żywe.
Najdokładniej zapisało mu się w pamięci ogłuszające dudnienie jego
serca.
I chociaż doskonale pamiętał, jak pędził w dół, mając wrażenie, że
przecina powietrze, swoje drobne dłonie zaciśnięte na kierownicy, maskę
białego samochodu, który o mały włos go nie potrącił, przejmujący ból
barku i ramienia, które, uderzając o niski murek, złamał niczym ptak,
chcący nauczyć się latać zbyt szybko, skrzydło, a potem zakrwawione
kolana i wybity ząb, którego brak przez dwa lata oszpecał jego uśmiech,
mimo że potrafił odtworzyć wydarzenia tego dnia sekunda po sekundzie,
jego matka uparcie zaprzeczała, jakoby coś podobnego miało kiedykolwiek
miejsce.
-?To najpewniej wytwór twojej wyobraźni.
Taką samą odpowiedź Sh?ichi usłyszał, gdy jego ukochany blok rysunkowy
wpadł do rzeki Nameri, gdy ojciec w przypływie złości połamał jego łuk,
gdy w wyniku trzęsienia ziemi jego kot zginął przygnieciony stertą
narzędzi, a nawet podczas tej feralnej podróży do Kagoshimy, gdy
zostawili w pociągu misia Loretta.
Sh?ichi opowiadał matce o tych bolesnych wspomnieniach, o wypadkach,
godzinach płaczu, dzięki którym pamiętał o dziecięcych tragediach, ale
ona niezmiennie im zaprzeczała. Przecież podczas tamtej podróży miś
został w domu i rzeczywiście, gdy wrócili do domu, znaleźli go na łóżku,
gdzie czekał na nich spokojny i jakby trochę czystszy; blok rysunkowy na
pewno też znajdzie się gdzieś w jego pokoju, a łuk -?leży na werandzie,
nietknięty.
-?Po prostu odkupiłaś te rzeczy kilka dni później -?oskarżał ją Sh?ichi,
i faktycznie, kota już nigdy więcej nie zobaczył.
-?Musiał przestraszyć się trzęsienia ziemi. Wiesz, że uwielbiał się
włóczyć. Na pewno zamieszkał u kogoś innego.
Sh?ichi mógł jednak przysiąc, że widział pod stertą narzędzi w komórce
zmasakrowane zwłoki, pamięta, jak zapłakana matka wzięła go wtedy na
ręce i zaniosła do kuchni, włączyła telewizor, przytuliła go, a później,
po kryjomu, wymknęła się, żeby posprzątać.
-?Przecież widziałem -?gorączkował się -?widziałem, jak zakopałaś go w ogrodzie!
-?Sh?ichi, ty zawsze miałeś bujną wyobraźnię, to właśnie dzięki niej
stałeś się tym, kim dziś jesteś.
Zaprzeczała wszystkiemu z takim spokojem, że sam nie wiedział, co o tym
myśleć. Jak to możliwe, że Sh?ichi nigdy nie płakał, a jego miłość była
zawsze odwzajemniana? Zdawało się, że dzieciństwo spędził w świecie z bajki.
-?A co z tymi wszystkimi bliznami na ramieniu i kolanach?
-?Już ci mówiłam, że moim zdaniem dorobiłeś się ich w dorosłym życiu.
Ale jak i kiedy, tego nie wiem. Nie mieszkałeś już wtedy z nami.
-?Ale ja pamiętam doskonale, jak pędziłem na rowerze i jak uderzyłem w mur, pamiętam ten samochód, który o mały włos...
-?Musiało ci się to przyśnić. W dzieciństwie kochałeś rośliny, słone
onigiri i książki obrazkowe. Godzinami rysowałeś, głównie pejzaże i okna.
Przy trzecim nieudanym podejściu Sh?ichi zwykle ustępował. Jednak co
jakiś czas podejmował kolejne próby, bo w głębi ducha nie potrafił
odpuścić. Ostatni raz zapytał matkę o wypadek na rowerze, gdy miał
trzydzieści osiem lat, a ona siedemdziesiąt pięć. I tym razem nic z tego. Podobnie jak w przeszłości, obdarzyła go cierpliwym uśmiechem:
-?Daj sobie spokój, Sh?ichi, miałeś cudowne dzieciństwo. Nagromadziłeś
tyle szczęścia, że wystarczy ci na całe dorosłe życie.
Potem wydarzyło się to, co się wydarzyło, i dla wszystkich stało się
jasne, że nieprędko będzie można wrócić do mówienia o szczęściu.
Chłopiec, który tamtego dnia być może cudem uniknął zderzenia się z samochodem i który przypuszczalnie wylądował na murze niewielkiej willi,
miał teraz czterdzieści lat i pokonywał tę drogę w przeciwnym kierunku.
Była jesień i wzdłuż Tunelu Konkubiny usypały się stosy liści.
W oparciu o dowolną z dwóch teorii, których punktem wyjścia był jeden
pewnik, a mianowicie fakt, że miał kiedyś pięć lat i posiadał serce oraz
rower, wykształciła się jego początkowo spokojna egzystencja, która po
trzydziestce znacznie się skomplikowała. Sh?ichi dopatrywał się przyczyn
zawiłości swojego dorosłego życia w uległości. Ostatecznie, to on
dopuścił do siebie świat, zakochał się w kobiecie, wielokrotnie mówił
"tak" i robił to z zaskakującą lekkością.
W wieku czterdziestu lat wciąż nie był pewien, czy powinien uznać tamte
czasy za pomyłkę, czy też za prawdziwe szczęście, takie, które zdarza
się tylko raz.
Dotarł do rodzinnego domu zdyszany, a jego serce biło mocno w piersi.
Zauważył, że furtka była niedomknięta, i pomyślał, że może jakieś dzikie
zwierzę zadomowiło się w ogrodzie w ciągu tych trzech tygodni, gdy
nikogo tu nie było.
Poczuł ukłucie smutku, gdy przypomniał sobie, jak matka zawsze
wychodziła, aby go powitać, zanim jeszcze zdążył dotrzeć do drzwi.
Dopiero gdy okazało się, że nie może włożyć klucza do zamka, porzucił
teorię o dzikich zwierzętach. Ktoś ewidentnie próbował się włamać i złamany fragment klucza pozostał wewnątrz.
Kwestię zamka udało się rozwiązać w ciągu jednego dnia. Sh?ichi
zadzwonił na policję i zgłosił incydent.
Jednakże myśl o próbie włamania nie dawała mu spokoju. Kto mógł chcieć
się włamać do tego domu? A przede wszystkim, kto miał klucz? Z tego, co
wiedział, istniały tylko dwie kopie -?ta, którą dał sąsiadowi, i jego
własna.
Od pogrzebu matki minęły trzy tygodnie. Sh?ichi poświęcił ten czas na
szybkie przeorganizowanie mapy swoich uczuć, przyzwyczajeń i obowiązków
zawodowych, po czym, po dwunastu latach spędzonych w Tokio, powrócił do
Kamakury. Planował wyremontować dom rodzinny, a następnie sprzedać go
lub wynająć.
Wiedział, że jedynym sposobem na pozbycie się rzeczy jest wczucie się w rolę kogoś, kto nie zna domu. Bez wspomnień jesteśmy bardziej skuteczni
i zdeterminowani.
Zatrudnił pomocnika, nie dlatego, że sam nie dałby sobie rady, ale
raczej ze względu na to, że obecność kogoś nieznajomego pomagała mu
zachować dystans podczas uprzątania domu.
Było to wyczerpujące zajęcie. Wszystkie pomieszczenia były wypełnione
tysiącami, dziesiątkami tysięcy najrozmaitszych przedmiotów. Zadziwiało
go, jak wielką czcią darzyła je jego matka. Miał wrażenie, że ślepo
wierzyła, że dzięki nim ich życie będzie wydawać się lepsze.
Sh?ichi zaczął od pozbywania się wszystkiego, co w jakiś sposób
nawiązywało do codziennego życia: zapasów jedzenia, środków czystości,
ręczników, leków. Wyzbył się nawet artykułów pierwszej potrzeby,
przekonany, że jeśli zacznie robić wyjątki, nie będzie już w stanie
niczego wyrzucić. Zebrał rzeczy matki i zapakował je w duże,
ponumerowane pudła. Ustawił je w garażu; samochód, którego od lat nikt
nie używał, sprzedał.
W dwa dni, z pomocą pracownika, usunął tapety ze wszystkich pokoi:
zapach dojrzałych jabłek, który był nieodłączną częścią jego wspomnień z dzieciństwa, zniknął. Następnie zajął się odnawianiem kuchni i łazienki.
Usunął z podłogi maty tatami, zlecił położenie parkietu i zamontował
nowe rolety.
Każdego dnia miał wrażenie, że to właśnie ten decydujący moment, który
odmieni dom, że w końcu pozbędzie się wszystkich niepotrzebnych rzeczy i wspomnień. Dni jednak mijały, jeden po drugim, a praca zdawała się nie
mieć końca.
Czasami wydawało mu się, że widzi matkę. Pewnego popołudnia zastał ją w kuchni, była nieco po pięćdziesiątce, chowała do szafki garnek, w którym
co roku marynowała umeboshi; innego razu, wieczorem, już jako staruszka,
trzymała się ściany korytarza, zmierzając do łazienki; wreszcie w ogrodzie, bardzo młoda, jak tamtego lata, gdy popychała go na huśtawce,
którą sama skonstruowała z lin i drewnianej deski, a potem zawiesiła na
gałęzi dębu.
Kiedy ogarniała go nostalgia, Sh?ichi sięgał po swój szkicownik, siadał
na werandzie i rysował swoją matkę dokładnie taką, jaką ją widział.
Uśmiechniętą, zawsze niewytłumaczalnie spokojną.
W sytuacjach, w których inni zrobiliby zdjęcie, on od zawsze zdawał się
na ołówek, a przede wszystkim na swoją zdolność dostrzegania tego, co
było kiedyś, a czego już nie ma.
Codziennie, gdy przemierzał drogę do Tunelu Konkubiny i z powrotem,
Sh?ichi miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Kilka razy obejrzał się,
ale nikogo nie zobaczył.
Pewnej niedzieli, dwa tygodnie od jego przyjazdu do Kamakury, minął
cmentarz i popatrzył z daleka na swój dom. Przyglądał się mu, jakby
widział go po raz pierwszy w życiu, i stwierdził, że prezentuje się
całkiem nieźle, ale wciąż wzbudza zbyt wiele wspomnień. Uznał, że
powinien przemalować elewację. Dopiero wówczas zdał sobie sprawę z tego,
co tak naprawdę próbował zrobić: odmienić go, oddalić od siebie na tyle,
by być w stanie się z nim rozstać.
Właśnie wtedy zauważył cień przy frontowych drzwiach.
Zatrzymał się. Wzrokiem śledził postać, która krążyła wokół domu.
Zaglądała przez okna z niewłaściwej strony i zdawała się szukać sposobu,
aby dostać się do środka.
Sh?ichi nie reagował. Zbliżył się jedynie na tyle, by zorientować się,
że cień należał do dziecka i że znało ono doskonale ten dom.
Dopiero gdy zobaczył, jak wychodzi z garażu ze starą konewką jego matki
i raźnym krokiem przemierza tunel z torbą pełną książek i innych
szpargałów, ruszył ponownie pod górę.
Mężczyzna zbliżył się do tunelu i spojrzał w głąb, ale po chłopcu nie
było już śladu.
Gdy był nastolatkiem, Sh?ichi wyruszał nad ocean o świcie, z deską
surfingową przymocowaną do roweru, z cieniem Fudżi wyłaniającym się po
prawej stronie zza przylądka Inamuragasaki. Miał wrażenie, że morze
każdego ranka rodzi tę górę na nowo. Uczucie, które towarzyszyło mu, gdy
wchodził z deską do wody, mając przed sobą ten olbrzymi masyw, potrafił
wyrazić, jedynie przyznając, że nie jest w stanie opisać go słowami.
Już w dorosłym życiu, po przeprowadzce do Tokio, jeśli w weekend nie
miał innych planów, wracał do Kamakury i spędzał całą sobotę i niedzielę, spacerując wokół świątyń, odpoczywając na plaży i rysując.
Czasami wsiadał na rower i pedałował aż na wyspę Enoshima, wspinał się
na sam jej szczyt, gdzie zatapiał się w chaotycznym zgiełku turystów,
wpatrzony w rozciągającą się przed nim panoramę.
Gdy wracał, matka czekała na niego w ogrodzie, zatroskana tak samo jak
wtedy, gdy w dzieciństwie przysłuchiwała się biciu jego serca.
-?Jak było dziś nad morzem? -?pytała, po czym badała mu puls i upewniała
się, czy nie ma zadyszki.
-?To tylko od jazdy pod górę -?odpowiadał za każdym razem, a ona
konsekwentnie zdawała się nie do końca przekonana.
W wieku osiemnastu lat Sh?ichi podjął naukę na Tokijskim Uniwersytecie
Sztuki. Nie chcąc płacić za wynajem mieszkania, codziennie pokonywał
trasę z Kamakury i z powrotem, ale godzinna podróż pociągiem wcale mu
nie ciążyła. Błękit gór, które ukazywały mu się przed oczami za każdym
razem, gdy wysiadał na docelowej stacji, wynagradzał mu przebytą drogę.
Chociaż nadal mieszkali pod jednym dachem, ich odmienny rytm dnia
sprawiał, że Sh?ichi i jego matka rzadko się widywali. Starali się
jednak, co jakiś czas, wracać do wspólnych rytuałów: śniadań, które
przypominały bardziej obiady, nocnych pogawędek przy kotatsu, popijania
herbaty z yuzu na wyimaginowany ból gardła. Uczucie, zasiane na samym
początku z pieczołowitą troską, urosło i z biegiem lat obrodziło taką
obfitością kwiatów i owoców, że jego podtrzymanie nie wymagało już
większego wysiłku.
Sh?ichi wiele jej zawdzięczał. Przede wszystkim swój zawód -?pracę,
która wypełniała jego dni kolorami, karierę ilustratora. Matka
wiedziała, jak docenić przenikliwość jego spojrzenia, dzięki któremu
Sh?ichi, już jako dziecko, zaczął zamieniać koty w sekretnych posłańców,
okna w magiczne portale, a owady radośnie wychodzące na świat latem w przybyszów z innych planet. Wierzyła w niego, nawet wtedy, gdy nic nie
wskazywało, że na to zasługuje.
Odkąd odeszła, jakaś cząstka jego też jakby zgasła. Nie potrafił opisać
tego słowami, ale czuł, że nić, która wiązała go ze światem, kolejny raz
się poluźniła.
Jego matka była pogodną kobietą. Trudno mu było przypomnieć sobie, by
się złościła. Jej gniew rozmywał się w nieustającej obawie, że
Sh?ichiemu może się coś stać. Jednak gdy cierpiała, popadała w zobojętnienie. Kiedy piętnaście lat wcześniej zmarł nagle jej mąż, przez
tydzień chodziła w tym samym żałobnym kimonie i nie wyniosła nawet
śmieci. Gdy Sh?ichi odwiedził ją kilka dni później, smród czuć było już
od progu. Banany i mleko: matka żywiła się tylko tym od dnia pogrzebu.
Ze wszystkich jej cech tą, która zapisała się najsilniej w jego pamięci,
była beztroska, z jaką obdarzała wszystkich niczym niezasłużonym
zaufaniem. Jeśli nie znajdowała w kimś zalet, sama je sobie wymyślała.
Już od najmłodszych lat uczyła Sh?ichiego, że na swój sposób da się
kochać każdego. Nie chodziło o to, że nie dostrzegała w ludziach wad, po
prostu nie obciążała ich dodatkowo negatywnymi określeniami. "Pomyśl,
jak musi być im źle z samymi sobą". Nawet komentując najbardziej
makabryczne wydarzenia, matka tłumaczyła mu, że fakt konieczności
osadzenia kogoś w więzieniu, wcale nie oznacza, że trzeba do tej osoby
żywić niechęć. Świadomość, że szacunek należy się nawet tym, którzy
zbłądzili, przynosiła Sh?ichiemu poczucie ulgi.
Ta właśnie nauka, jak żadna inna, do głębi go zmieniła.
Dlatego też teraz, rozmyślając o tym małym złodziejaszku, nie był zły,
lecz raczej zaciekawiony. Zastanawiał się, na co mu, do diaska, ta stara
konewka, poplamiony fartuch matki czy wyszczerbiona szklanka.
Szybko zorientował się, że proceder ten powtarzał się codziennie. Po
południu, gdy tylko Sh?ichi wychodził, chłopiec, w drodze ze szkoły,
regularnie zakradał się do domu.