Ksawery Runicki przygryzł
wargi i umilkł. Rozłożone łaskawym i bezradnym gestem ręce prezesa
Niesiołowskiego i jego twarz, niemal kwadratowa w obwisłych fałdach
policzków, wyrażały zawziętą kamienną stanowczość zaledwie
maskowaną konwencjonalnem ubolewaniem.
Runicki wstał. Jakże chętnie rzuciłby mu teraz wprost w oczy,
że niczego innego nie spodziewał się wogóle ani po Towarzystwie
Kredytowem Ziemskiem, które zamiast służyć interesom ziemiaństwa,
tylko je gnębi, ani po jego prezesie, nadętym synekurzyście, który
nie może współczuć z ziemianami, bo jest wnukiem zwykłego
karczmarza. Byłby to policzek mocny i celnie wymierzony. Nie
przydałby się jednak na nic. I tak Wysokie Progi za półtora
miesiąca pójdą na licytację. Jedynym ratunkiem byłoby wpłacenie
Towarzystwu zaległej raty z odsetkami w kwocie trzydziestu dwuch
tysięcy. Na pokrycie tej sumy Runicki miał w kieszeni zaledwie
osiem, a o zdobyciu skądkolwiek bodaj jeszcze kilku tysięcy nie
było co marzyć.
- Bardzo żałuję - mówił Niesiołowski, ściskając na
pożegnanie rękę Runickiego - ale i tak zrobiliśmy maksimum
ustępstwa.
Chciał jeszcze dodać jakąś zdawkową radę czy pociechę, lecz
Runicki skłonił się i wyszedł. W ogromnym hallu było kilkadziesiąt
osób, oczekujących na podobne wyroki, lub mających nadzieję coś
wytargować. Zapewne spotkałby tu znajomych, narażając się na
wypytywania i wyrazy współczucia. Przecie każdy mógł zajrzeć do
zwisających tu na łańcuszkach książek powiatowych, gdzie wypisywano
z jakąś idjotyczną dokładnością terminy wszystkich licytacyj, jakby
Towarzystwu zależało na kompromitowaniu własnych członków. Że zaś
zaglądał każdy przez głupią ciekawość i chęć nacieszenia się
kłopotami innych, to było pewne. Sam Runicki za każdej swej
bytności w "Tekazecie" robił to zawsze.
Nie chcąc witać się z nikim, wysoko podniósł głowę i
przeszedł szybko do wyjścia z miną niemal wesołą. Zbiegł po
szerokich marmurowych schodach i portjerowi, który podał mu palto,
demonstracyjnie rzucił srebrną dwuzłotówkę.
Pomimo pierwszych dni kwietnia na dworze padał śnieg,
zmieszany z deszczem. Asfalt ulicy Kredytowej pokryty był gęstą
maźliwą kaszą. Z za nagich gałęzi drzew sterczała kopuła
ewangelickiego kościoła. Jak na złość nie było ani jednej taksówki,
a nie cierpiał przychodzenia do Bristolu piechotą i chociaż było
stąd do hotelu kilka tylko minut drogi, zawrócił w przeciwną stronę
i wsiadł do samochodu na rogu Jasnej.
W hotelu służba, jak zawsze, powitała go entuzjastycznie.
Portjer raportował, że neseser przywieziono z dworca przed godziną,
że numer na pierwszem piętrze jest przygotowany, w ciągu ostatnich
kilku dni dopytywał się o pana dziedzica pan hrabia Komorowski, że
przed tygodniem telefonował antykwarjusz z Wierzbowej z
zawiadomieniem, że wyszukał renesansowy ekran do kominka, że...
- Dobrze, dobrze... - przerwał Runicki. - Proszę mnie teraz
połączyć z Wysokiemi Progami. Będę u fryzjera.
- Słucham pana dziedzica.
Skinął głową i poszedł do fryzjera. Pan Ryszard, który
zawsze osobiście obsługiwał Runickiego, golił właśnie kogoś minorum
gentium, z kim widocznie w zakładzie nie liczono się zbytnio, gdyż
pan Ryszard kazał się zastąpić któremuś z pomocników, a sam już był
na usługi "szanpana dziedzica". Wiedział spryciarz, że pachnie to
grubym napiwkiem.
Po niemal dwutygodniowej niebytności w Warszawie włosy
Runickiego wymagały wielu zabiegów. W domu, w Wysokich Progach,
golił się sam, w Grójcu zaś fryzjerom nie dowierzał.
Mycie głowy, strzyżenie, golenie, podcięcie wąsików, by na
całej długości górnej wargi wyciągnęły się równiuteńką linją, lecz
ani o jeden milimetr nie wysunęły się poza kąciki ust, co psułoby
cały styl uśmiechu. Pozatem nikt nie umiał podczernić wąsów i brwi
z taką dyskrecją, jak Ryszard, ani tak zręcznie ostrzyc, by
podkreślić tę niewielką ilość siwizny na skroniach. Zresztą nie
tylko dlatego lubił go Runicki. Pan Ryszard w każdym zwrocie, w
każdym ruchu czy ukłonie miał ten doskonały ton czci, podziwu i
famulusowskiej poufałości, których przedewszystkiem należało
wymagać od służby. A że bynajmniej nie dla wszystkich był takim,
zasługiwało to na tem większe napiwki.
Włosy zostały uczesane z niezmiennym, chociaż na wsi z
trudem dającym się utrzymać na poziomie doskonałości rozdziałkiem,
sięgającym niemal do karku, wypomadowanym najlepszą brylantyną i
przyprasowanym rurkami. Podczas masażu twarzy, panna Nelly szybko i
sprawnie robiła manicure. Właśnie operacja była skończona, gdy
wpadł boy:
- Wysokie Progi, panie dziedzicu. Czy pan dziedzic rozkaże
przełączyć do kabiny?
- Nie, nie trzeba, pomówię z recepcji.
Nie spiesząc się zbytnio, by nie posądzono go o obawę
zapłacenia za kilka zmarnowanych minut połączenia telefonicznego,
uregulował należność, zostawił resztę na kontuarze kasy dla pana
Ryszarda i, żegnany "uszanowaniami" całego personelu, poszedł do
portjerni. Zawsze z domem stąd rozmawiał. Popierwsze, przy służbie
mówił po francusku (chociaż służba hotelowa wybornie znała ten
język), ale swego akcentu nie miał się co wstydzić. Mówił jak
rodowity Paryżanin. Powtóre, umiał w ten sposób pokierować rozmową,
by nikt obecny z jego odpowiedzi nie mógł się zorjentować w
temacie.
Tym razem wyjątkowo trudno było wytłómaczyć matce tak
spreparowanemi zdaniami, że niema żadnej nadziei, że Towarzystwo na
dalsze ustępstwa nie pójdzie i że licytacja jest nieunikniona. Jak
na złość matka była tego dnia wyjątkowo niepojętna. Gdy wreszcie
zrozumiała, krzyknęła na całe gardło:
- To znaczy, że pójdziemy z torbami!
I krzyknęła tak głośno, że Runicki musiał zakaszleć się, by
portjer tego horendum nie usłyszał. Potem zaczęła biadać i
rozczulać się nad synem.
- Jak ty, biedaku, musisz się tem denerwować! No, nie
przejmuj się, proszę. Zabaw się, rozerwij się, moje ty życie.
Próbował jeszcze wyłożyć matce, by pojechała do wuja Tomasza
i postarała się wycisnąć zeń potrzebne pieniądze, lecz pani Runicka
co kilka zdań powtarzała:
- A pocóż ja mam do tego gbura jeździć?...
- Zatelefonuję jeszcze raz wieczorem - wściekły, chociaż
wciąż uśmiechnięty zakończył Ksawery.
Położył słuchawkę i spojrzawszy na zegarek, wydał dyspozycję
portjerowi. Kazał przynieść do swego numeru te rzeczy, które stale
trzymał w Warszawie, to jest miejskie futro, frak, smoking, żakiet,
wizytowe ubranie, odpowiednią bieliznę, obuwie, słowem wszystkie
części garderoby, potrzebne w mieście podczas ciągłych przyjazdów i
nieraz kilkudniowych pobytów.
Apartamencik na pierwszem piętrze składał się z salonu,
alkowy i łazienki. Runicki przedewszystkiem rozebrał się i wziął
kąpiel. W Wysokich Progach już od dwuch dni wodociąg był zepsuty i
do kąpieli trzeba było grzać wodę w pralni.
Właściwie mówiąc, niepotrzebnie kazał przygotować swoje
rzeczy. Po wiadomości otrzymanej w Towarzystwie Kredytowem stracił
ochotę do wszystkiego. Zamierzał złożyć kilka wizyt w Warszawie i
zaprosić kogoś ze znajomych na obiad do Bristolu, ale teraz wolał
być sam.
Wyciągnął się w szlafroku na kanapie i zaczął rozmyślać.
Sytuacja była bez wyjścia. Na dwóch tysiącach morgów Wysokich
Progów wisiało więcej długów niż sam majątek przy dzisiejszych
skandalicznie niskich cenach ziemi był wart. Dotychczas, a ściślej
mówiąc, do ubiegłej jesieni spychało się najpilniejsze rzeczy
drobnemi pożyczkami, jakie jeszcze skądkolwiek, od znajomych,
krewnych, od żydów z Grójca dały się wyciągnąć.
Wszyscy oni w razie licytacji oczywiście grosza nie dostaną.
Po Towarzystwie i należnościach podatkowych, na hipotece figuruje
prawie miljon Banku Gospodarstwa Krajowego. Wszyscy drobni
wierzyciele, a tych będzie pewno na drugi miljon, odejdą z
kwitkiem.
Nie tylko własna ruina, ale i kompromitacja. Wprawdzie
wylatują z majątków nie jedni Runiccy, ale zarwanie niektórych osób
jest wprost nieznośnie upokarzające. Zwłaszcza tych znajomych, od
których on sam, Ksawery Runicki, brał gotówkę i ręczył słowem za
zwrot.
- Właściwie należałoby sobie palnąć w łeb - pomyślał, a po
chwili powiedział głośno: - palnąć w łeb.
Zirytowała go ta myśl. Przecie to nie sztuka uciec od życia.
Sztuką... sztuką jest... Sztuką, tak, nielada sztuką byłoby
znalezienie w przeciągu czterdziestu kilku dni panny z takim
posagiem, by można było - spłacić połowę długów. Chodzi przecie o
gotówkę. Kto dziś ma taką gotówkę!?
Zaczął w pamięci wyliczać znane i zasłyszane nazwiska. Nie
może przecież ożenić się tak, jak wuj Tomasz, z żydówką. Chociaż i
żydzi teraz nie mają pieniędzy. Jeżeliby jednak znalazła się
taka?... Kazio Laszkowski bywa w takich domach, zna ich wszystkich.
Przecież muszą jeszcze być bogaci ludzie.
Zerwał się i zaczął chodzić po pokoju. Oczywiście może
kiedyś ożenić się dobrze, ale na ratowanie Wysokich Progów będzie
już wówczas zapóźno.
- Sprzedadzą. Napewno rozparcelują...
Zresztą, i o partję będzie trudniej. Pan Ksawery Runicki z
Wysokich Progów, to zawsze więcej niż poprostu Ksawery Runicki...
Zupełnie inne kwalifikacje.
Rzucił okiem na paczkę pieniędzy, którą położył na stole.
Osiem tysięcy kilkaset złotych. Resztki. W domu zostało zaledwie
dwieście. Osiem tysięcy to nic. Wpłacenie ich do Towarzystwa byłoby
zwykłem głupstwem.
Zastanowił się: ładnym i prawdziwie pańskim gestem byłoby
urządzenie ogromnego pijaństwa, na cały Bristol, na całą Warszawę.
Sprosić wszystkich znajomych, pokazać im, jak się robi przyjęcia,
potem co do grosza uregulować rachunek i zastrzelić się przy stole.
To byłaby klasa! Jakiś grecki patrycjusz przecie przy uczcie
przeciął sobie żyły.
Runicki wzruszył ramionami:
- Tylko nie grajmy przed sobą komedji.
Przeliczył pieniądze i zabrał się do ubierania. Dochodziła
czwarta. Przedewszystkiem należało zjeść obiad.
O małżeństwie zresztą niepodobna było myśleć teraz,
chociażby przez wzgląd na Mirę. Wdał się w ten romans
najniepotrzebniej w świecie. Właściwie mówiąc, nigdy nie podobała
mu się zbytnio, a po dwuch latach stała się wręcz ciężarem, kulą u
nogi. Gdyby była bogata, gdyby wreszcie djabli wzięli tego jej
stryja, wszystkoby ułożyło się prosto i jasno. Niestety nie
zanosiło się na to wcale. Przeciwnie. Stryj Miry zamyślał sam o
małżeństwie, a dla bratanicy nie zrobi nic, zwłaszcza po tym jej
niedorzecznym rozwodzie z Pawłem.
Runicki przy każdej sposobności podkreślał w okolicy i wobec
wszystkich znajomych, że Mira rozwiodła się bynajmniej nie dla
niego. Poprostu niezgodność charakterów. Dla zaakcentowania tej
sytuacji wyrażał się nawet o Pawle, którego w gruncie nie cierpiał,
z najwyższem uznaniem. Ile razy spotkali się, umyślnie i
demonstracyjnie prowadził z nim długie rozmowy.
Pomimo to nie należało się łudzić. W powiecie nikt w to nie
wierzył, i nie wierzył przedewszystkiem sam Paweł.
Nie dalej, jak przed tygodniem Mira powiedziała głośno na
imieninach u Mańkiewiczów:
- Nie poto rozwiodłam się, by znowu wyjść zamąż. Niema na
świecie takiego mężczyzny, któremu mogłabym zaufać, a zresztą
najbardziej mi odpowiada samotność.
Formalnie zatem wszystko było w porządku. Widywali się
podawnemu z tą różnicą, że teraz nie trzeba było kryć się przed
Pawłem. Formalnie nikt nic nie mógł zarzucić. Jednak, żeniąc się z
kimś innym, Runicki naraziłby się na całkiem niedwuznaczny osąd
swego postępowania, i to osąd powszechny.
Przeklinał teraz w duchu ten swój najgłupszy krok w życiu,
kiedy przez chęć zaimponowania sąsiadom zaczął zabiegać o względy
Miry. Okrzyczano ją jako najładniejszą. Pozatem była jedyną kobietą
wykształconą naprawdę, jedyną w okolicy, posiadającą tytuł doktora
filozofji. Ambicje Ksawerego podniecał i fakt, że Paweł był
naprawdę pięknym mężczyzną. A że Wysokie Progi sąsiadowały o miedzę
z Borychówką, zabiegi o względy młodej mężatki poszły, psiakrew!
łatwiej, niż tegoby pragnął.
Pozory były nadal po jego stronie, ale czuł, rozumiał,
wiedział, że pozory tu nie wystarczyłyby.
Przez chwilę zaczął obliczać wartość Borychówki. Nie była
obdłużona zbyt wysoko. W ciągu trzyletniego gospodarowania na
majątku posażnym Paweł, naprawdę dzielny rolnik, zdołał zrobić
niejedno. W najlepszym wszakże wypadku wyciągnęłoby się przy
sprzedaży Borychówki śmieszną kwotę stupięćdziesięciu do dwustu
tysięcy.
- Absurd - wzruszył ramionami z najwyższą irytacją.
Zresztą ona sama musi to zrozumieć. Najlepiej byłoby pogadać
z nią otwarcie. Powiedzieć coś o ratowaniu ojcowizny, o obowiązku
spadkobiercy nazwiska, o tem, że Wysokie Progi już od trzystu lat
są w rodzinie Runickich. Musi zrozumieć!... Przecie nie przestaną
się kochać, przecie ożeni się tylko dla pieniędzy... Jest dość
inteligentna, by właściwie to ocenić. Kwestja prostej logiki!
A jednak - był pewien, że Mira nie potrafi pogodzić się
nawet z oczywistą słusznością.
- Więc niech się nie godzi! - wybuchnął.
Cóż mu może zrobić? Nic, absolutnie nic!... Ale nie o to mu
chodziło. Żadnych formalnych zobowiązań wobec Miry nie miał. Nigdy
nie przyrzekał jej małżeństwa, od rozwodu starał się ją odwieść.
Jest w zupełnym porządku... Do niczego przyczepić się nie może, nie
ma prawa i zresztą napewno się nie przyczepi. Jeżeli też bał się
podobnej rozmowy, to dlatego, że wiedział, jak nań wówczas spojrzy.
Owo "jak" już w samej wyobraźni było dotkliwsze od policzka.
- Niech to wszyscy djabli! - zaklął. - Nie mogę myśleć o
tych wszystkich rzeczach, nie mogę!..
Z wściekłością zaczął się ubierać i dopiero przy głębszem
zastanowieniu się nad wyborem odpowiedniego krawata poczuł jakąś
ulgę. Pomimo to postanowił samotnie zjeść obiad i wypić przy nim
dużo alkoholu.
Na dole w restauracji umyślnie usiadł w kącie, chociaż
dostrzegł przy dwuch stolikach znajomych: Płaszowskich z Pomiechowa
i Taraszkiewicza zajmującego w Warszawie jakieś intratne stanowisko
w linjach okrętowych, czy w czemś takiem. Ukłonił się zdaleka i
usiadł sam.
Dyrektor sali i dwaj kelnerzy podbiegli natychmiast. Od
innych stolików wszystkie oczy zwróciły się ku Runickiemu.
Wiedział, że ci i owi informują się u służby o nim. Każdy kelner z
szacunkiem wyjaśniał tonem podkreślającym pozycję nowego gościa:
- To pan Runicki z Wysokich Progów.
Ksawery, ile razy dobiegała jego uszu nazwa rodzinnego
majątku, cieszył się już samem brzmieniem tej nazwy. Pocieszki
liczyły aż cztery tysiące morgów, Michałówka jeszcze więcej, ale
nie zamieniłby się na nie przez wzgląd na ten wielkopański akcent,
jaki tkwił w Wysokich Progach.
I teraz wystawione na licytację! Była w tem oburzająca
niewspółmierność, i Runickiego dręczyła myśl, że wszyscy
spoglądający ku niemu, a już napewno Płaszowscy i Taraszkiewicz,
wiedzą o tem. Dlatego zamiast koniaku kazał podać czystą wódkę,
którą zresztą wolał zawsze, a także siedział z miną kamienną, by
nie zachęcić nikogo z nich do rozmowy.
Jednak po pewnym czasie Taraszkiewicz, który jadł obiad z
kilkoma panami i paniami, wstał i skierował się ku Runickiemu.
Lubili się wzajemnie, kolegowali kiedyś w gimnazjum. Ojciec
Taraszkiewicza miał kiedyś duże dobra pod Kozienicami. Od szeregu
lat spotykali się wyłącznie na terenie Warszawy i nieraz bawili się
razem, oczywiście, na koszt Runickiego. Sytuacja finansowa Tolka
Taraszkiewicza była niezła, pozwalała mu utrzymać się na
powierzchni życia towarzyskiego i życia wogóle, jednakże umiał za
każdym razem akurat o tyle zwlekać z sięgnięciem do kieszeni, by
Ksawery zdążył naprzód sięgnąć do swojej. Sięgał zaś z prawdziwą
przyjemnością. Bynajmniej nie przez rozrzutność, tylko poprostu
dlatego, że kosztem tych kilkuset złotych zapewniał sobie ów mały,
ale wyraźny dystansik między nimi, między tymi wszystkimi, za
których płacił, a sobą. On wyznaczał knajpę, na niego czekano, do
niego zwracała się służba o dyspozycje i z rachunkami. Chociażby
towarzystwo miało być największe, stolik zawsze rezerwowano na jego
nazwisko. Nawet jeżeli siadał przy cudzym - odrazu stawał się
gospodarzem. Nie pieniądze odgrywały w tem wyłączną rolę, lecz i
sposób bycia, ale na taki właśnie sposób bycia pozwala możność
wydawania pieniędzy.
Zaraz po pierwszych "jaksięmaszach" okazało się, że
Taraszkiewicz wie już o licytacji.
- Zresztą, komu dziś to nie grozi - machnął ręką - u ciebie,
stary, jeszcze chyba najlepiej. Familja czcigodna ruszy kabzą i
już. Prawda?
- Jakoś się to zrobi - skrzywił się Runicki.
- Zapewne. Mówiono mi, żeś był dziś w Tekazecie. Na długo
przyjechałeś?
- Jeszcze nie wiem. Psują mi humor te idjotyczne sprawy.
- A jakże tam stary?... Wciąż siedzi w rewolucji
francuskiej?... Szczęśliwy człowiek... Maman zdrowa?
- Dziękuję ci.
- Nie jesteś rzeczywiście w najlepszym humorze. Napijmy się.
Pozwolisz?... Jestem wprawdzie po obiedzie, ale... Kieliszek
czystej nigdy nie zawadzi.
Kelner uprzedził go i napełnił kieliszki.
- Sam przyjechałeś? - znacząco zapytał Taraszkiewicz.
- Przecie zawsze sam przyjeżdżam - z przymusem uśmiechnął
się Runicki.
- No tak, tak... Twoje zdrowie... Cóż porabia pani Mira?
- Nie wiem. Dawno jej nie widziałem - skłamał Runicki. -
Zresztą, tak mi już obrzydły stosunki na wsi...
- Hm... Więc posiedź w Warszawie....
- I Warszawa znudziła mi się ostatecznie. Ten klimat, ten
obrzydliwy klimat!
Taraszkiewicz strzelił palcami:
- Wiesz! Mam dla ciebie pomysł!
- No?
- Nie musisz teraz wracać do Wysokich Progów?
- No... niekoniecznie...
- Machnij się zatem na naszą wycieczkę morską. Będziesz miał
wszystko: inny klimat, zmianę wrażeń, miesiąc beztroskiego życia.
Jak Boga kocham. Szczerze cię namawiam. Sam pojechałbym z
przyjemnością, gdybym mógł. Prawie trzy tygodnie na morzu, tydzień
w Paryżu, pozatem Londyn, Sewilja, Paryżanki, Hiszpanki... Jak Boga
kocham warto!
Runicki zainteresował się i Taraszkiewicz obszernie musiał
poinformować go o szczegółach. Wycieczka pojutrze odjeżdża z Gdyni
wielkim okrętem "Sarmatia". Morzem do Londynu, trzy dni pobytu,
zwiedzanie albo w grupach, w ogólnym koszcie, albo na własną rękę.
Później do Marsylji, stamtąd koleją na tydzień do Paryża, przejazdy
i hotele opłacone, wycieczki, zwiedzanie, utrzymanie - wszystko.
Ale ma się rozumieć można zupełnie odseparować się od całej bandy
rodaków. W powrotnej drodze Hiszpanja, Sewilja, Kordoba,
ewentualnie Grenada, walki byków. I znowu wypoczynek na morzu aż do
Gdyni.
- W tem wszystkiem trzy przewagi nad indywidualną podróżą.
Popierwsze znacznie taniej, podrugie, żadnych kłopotów ani tu ani
na miejscu z paszportem i wizami, ani w drodze, bo wszystko jest
świetnie zorganizowane, a pozatem przymus oderwania się od
wszelkich trosk i boskie morze. Miesiąc błogiego far niente...
Runicki zapalił się do tego pomysłu. Perspektywa oderwania
się od rozpaczliwej rzeczywistości, od beznadziejnych i bezpłodnych
biadań nad sytuacją materjalną, od dręczącego stosunku z Mirą
Czerską - pociągała go silnie. Ostatecznie matka z rządcą dadzą
sobie radę w bieżących sprawach, co zaś dotyczy kwestji utrzymania
się przy Wysokich Progach - na to nikt nie poradzi. Pozatem Runicki
nigdy nie podróżował okrętem i to zachęcało go bodaj jeszcze
bardziej, niż możność poznania Hiszpanji i Anglji.
Rozmowa skończyła się tem, że Taraszkiewicz pożegnał się ze
swojem towarzystwem, i obaj z Runickim pojechali do biura linji
okrętowej. Tutaj, po obejrzeniu fotografij okrętu i kabin, po
wyłowieniu z listy pasażerów kilkunastu bardzo dobrych nazwisk i po
oświadczeniu Taraszkiewicza, że może staremu przyjacielowi służyć
znaczną zniżką ceny, - rzecz została załatwiana.
Runicki ani się opatrzył, gdy znalazł się przy kasie i
zapłacił za bilet. Zawartość portfelu poważnie zeszczuplała, zato
kieszeń wypełniła się prospektami, mapami, rozkładami jazdy i t. p.
Wszystkie formalności tegoż jeszcze dnia miał załatwić
Taraszkiewicz.
Dopiero znalazłszy się na ulicy Runicki zastanowił się nad
tem, że właściwie popełnił głupstwo. I to znowu przez tę swoją
manjerę przeprowadzania spraw od ręki, bez głębszego namysłu, bez
rozważenia wszystkich stron projektu.
Wyjazd na cały miesiąc, ba, na miesiąc i kilka dni w takim
okresie był conajmniej świadectwem lekkomyślności. Zapewne
niektórzy mogą to ocenić jako gest dobrej klasy. Ale większość
zrobi z tego nowy zarzut. Powiedzą jeszcze, że pojechał puścić
resztki...
A cóż u licha ma zrobić z temi resztkami?!
Zły na siebie poszedł na pocztę. Wolał stąd mówić z
Wysokiemi Progami. W hotelu zawsze zachodziła obawa, że panienka z
centrali może rozmowę usłyszeć, a teraz należało z matką i z rządcą
Pieczyngą pogadać wyczerpująco i otwarcie.
Pani Runicka zapłakana i piorunująca na wierzycieli przyjęła
szczegółową relację syna z pełnią wiary, że przecież wuj Tomasz, do
którego zaraz jutro pojedzie, nie pozwoli im zginąć. Natomiast
ucieszyła się z zamiaru Ksawerego:
- Jedź, synku, oczywiście, jedź!... Doskonale ci to zrobi -
odpowiadała na jego tłumaczenia.
Obiecała też najbliższym pociągiem wysłać walizkę z letnią
garderobą i z wszelkiemi niezbędnemi do dłuższej podróży rzeczami.
Pan Pieczynga natomiast przeraził się i zaczął odwodzić
Ksawerego od zamiaru. Argumentów mu nie brakowało - zatargi z
nieopłaconymi ludźmi, szereg terminów na licytację bydła, uprzęży,
koni, a nawet mebli.
- Ja tu chyba się powieszę, proszę pana!
- Cóż ja panu pomogę? - bronił się Ksawery.
- Nie będziemy mieli co, czem, ani kim siać! - ryczał w
telefon Pieczynga.
- O, Boże! Więc niech pan nie sieje, niech pan nic nie robi.
A co do licytacji ruchomości, to najlepiej przepędzić krowy do
Borychówki. Meble i maszyny może pan też gdzieś po sąsiadach
polokować. No, panie Stefanie, już jakoś pan to zrobi. Ja doprawdy
do tego wszystkiego nie mam już nerwów, ni zdrowia. No, dowidzenia.
A niech pan przypomni mojej matce, by zapakowano ze trzy pary
tenisowych spodni. Napiszę z podróży. Tylko dajcie mi wytchnąć.
Odłożył słuchawkę, rzeczywiście wyczerpany tą rozmową do
reszty.
Pieczynga miał prawdziwy talent w psuciu humoru Runickiemu.
Gdyby nie to, że rzeczywiście był doskonałym rolnikiem i że w
rodzinie Runickich pracował już od lat przeszło trzydziestu, a na
Wysokich Progach od dziesięciu, Ksawery rozstałby się z nim od
dawna. Właściwie mówiąc w całym domu jedyną osobą, z którą należało
się naprawdę liczyć, był właśnie ten rządca, czy raczej
administrator.
Ojciec, istotny winowajca fatalnej sytuacji całej rodziny,
nie liczył się wcale. Zresztą nie chciał mieć żadnego wpływu ani na
dom, ani na syna. Zagrzebany w starych szpargałach, obłożony
stertami książek, interesował się tylko tą swoją już anegdotyczną w
okolicy rewolucją francuską.
Matka, najlepsza w świecie kobieta, którą trzeba było znać
tak, jak znał ją Ksawery, by wybaczyć jej wszystkie ekstrawagancje
i ten sposób bycia, nie umiała jednak rzeczowo i systematycznie
zajmować się sprawami majątku, ani prowadzeniem gospodarstwa
kobiecego, chociaż przy niem się upierała.
W tych warunkach największe wysiłki Pieczyngi rozpełzały się
w niwecz. Wszyscy w domu czuli w nim jakby nieuprawnionego a
wiecznie niezadowolonego kontrolera. Zdawał się mścić na Runickich
za to, że sam nic nie posiadał. Wszystko, cokolwiek miało służyć
wygodzie, co stanowiło o lepszym poziomie egzystencji, o
zaspokojeniu zamiłowań Runickich, lub o reprezentacji Wysokich
Progów - uważał za zbytki, za luksus, za rozrzutność. O każdy grosz
trzeba było z nim walczyć, pilnować, by zainkasowanemi za sprzedaż
zboża pieniędzmi nie pokrywał jakichś zobowiązań, które mogły
czekać, by nie odwoływał wydanych zamówień i nie targował się tam,
gdzie nie wypadało.
Taki stan rzeczy zastał Ksawery już przed sześciu laty,
kiedy zrezygnowawszy z przeciągających się i w gruncie zbędnych
studjów w Wyższej Szkole Gospodarstwa Wiejskiego w Poznaniu, za
namową stryja Marka osiadł na wsi i przejął z rąk matki zarząd
Wysokich Progów.
W początkowym zapale przyznawał nawet rację panu Pieczyndze
i współpracowali zgodnie. Był to okres gwałtownej poprawy w
konjunkturze rolniczej. Ceny zboża zwyżkowały, kredyty były niemal
nieograniczone. Kto żyw napraszał się z lokatą kapitału w majątkach
ziemskich. I tu między rządcą a Ksawerym zaczęła się różnica
poglądów. Podczas studjów poznańskich Ksawery zapoznał się zbliska
z wielkopolskiem ziemiaństwem i z tamtejszemi sposobami prowadzenia
gospodarki. Były to sposoby nowoczesne polegające na wielkich
wkładach i wielkim zysku. Meljoracje, sztuczne nawozy, najwyższe
gatunki zbóż, kosztowna uprawa, maszyny, traktory, naukowa hodowla
bydła, nierogacizny, drobiu, ryb. Skuteczność tej metody widział na
własne przecie oczy. Właściciele obszarów o połowę, ba, trzykrotnie
mniejszych od Wysokich Progów mieszkali w pałacach, utrzymanych na
bardzo wysokim poziomie, otoczonych wspaniałemi parkami. W
majątkach posiadano wodociągi, kanalizację, elektryczność,
centralne ogrzewanie, trzymano samochody.
Dlatego po rozejrzeniu się w rodzinnych Wysokich Progach
Ksawery orzekł, że wszystko należy zmienić. Zaczął od gruntownego
wyremontowania pałacu z nadbudowaniem drugiego piętra, od
elektryfikacji, wodociągów, centralnego ogrzewania, przebudowy
stajni cugowej, obór i chlewów. Jednocześnie sprowadził najnowsze
maszyny rolnicze, przeplanował ogród i park według projektów
sprowadzonego z Anglji specjalisty, wyszlamował i wybetonował oba
stawy dawne i wykopał trzy nowe, gdzie rozpoczął racjonalną hodowlę
ryb i raków.
Olbrzymie te inwestycje pochłaniały równie olbrzymie kwoty.
Pieniędzy jednak nie brakowało. Ceny wciąż szły w górę, wartość
ziemi rosła.
Pan Pieczynga, rolnik starej daty, walczył z każdą inowacją.
Ostrzegał przed przesadnemi, jego zdaniem, inwestycjami, krakał, że
zbyt intensywna gospodarka w razie zmiany konjunktury musi
przynieść nieproporcjonalnie ciężkie deficyty.
Najlepszym dowodem, że nie miał racji, były trzy następne
lata. Dochodowość Wysokich Progów wprawdzie jeszcze nie mogła
wzrosnąć nadmiernie, ale sama ich wartość właśnie dzięki
poczynionym wkładom podniosła się bardzo. Widomym wyrazem tego była
wzrastająca łatwość w uzyskaniu pożyczek na dalsze numery hipoteki,
lub poprostu na weksle.
Pan Pieczynga musiał siedzieć cicho. Nie przyznawał, przez
upór nie przyznawał, że woli gospodarować w Wysokich Progach w
nowych warunkach, lecz wdrożył się w nie i wszystko szło o tyle
sprawnie, że sam Ksawery mógł więcej czasu poświęcić życiu
osobistemu i towarzyskiemu.
W owym czasie grał sporo i szczęśliwie na wyścigach, a to
zachęciło go do zafundowania sobie własnej stajni wyścigowej.
Wprawdzie zbytnio na koniach się nie znał, lecz jakoś szło, stajnia
zaś dawała w stolicy swego typu pozycję właścicielowi.
Zresztą i w okolicy wielki rozmach gospodarki Ksawerego
zapewnił mu stanowisko poważne. Został wiceprezesem powiatowego
związku ziemian, sąsiedzi nieraz zasięgali jego opinij w różnych
sprawach. Wprawdzie pocichu i za plecami pokpiwano też podobno z
wielkopańskich inowacyj w Wysokich Progach, ale na to nie zwracał
uwagi.
W każdym razie stopa życiowa domu podniesiona została
znacznie. Zamiast starej Klemensowej w kuchni zainstalował się
kucharz, doskonały kucharz, dawniejszy zastępca szefa kuchni w
Bristolu, dwaj lokaje, stangreci, szoferzy, wszystko w liberjach.
W duchu Ksawery przyznawał rację panu Pieczyndze, że może
istotnie zbyt wiele szło na wyjazdy do Warszawy, na urządzanie
polowań i przyjęć w Wysokich Progach. Ale wymagały tego stosunki,
trudno zaś było odmawiać sobie najzwyklejszych przyjemności, które
poprostu były potrzebą.
I gdyby nie kryzys... Gdyby nie kryzys... Tego nikt nie
umiał przecie przewidzieć. Taki stryj Marek, czy inni jemu podobni,
którzy jeszcze mocno trzymają się ziemi, a teraz chwalą się swoją
ostrożnością i oszczędnością, nie dlatego prowadzili i do śmierci
prowadzić będą gospodarkę ekstensywną, że umieją przewidywać, tylko
z powodu braku inicjatywy, braku aspiracyj, z powodu lenistwa, no,
i prymitywnych potrzeb.
Łatwo im teraz krytykować. Ale, jakby wyglądało, gdyby nie
popsuła się konjunktura?
- Teraz będą psy wieszać na mnie - gryzł się Ksawery. -
Niech ich wszyscy djabli!
Ponieważ poprostu bał się jakiejkolwiek rozmowy na temat
licytacji Wysokich Progów i głupich pytań na temat, co zamierza
zrobić, od kilku tygodni unikał już sąsiadów i znajomych,
naturalnie o tyle tylko, o ile to było możliwe.
I obecnie ta niechęć do spotkania kogokolwiek była powodem
zrezygnowania z odwiedzania znajomych. Umyślnie na kolację wstąpił
do niedużej restauracji, tuż przy bocznej ulicy, w przekonaniu, że
nie zastanie tu nikogo.
To też cofnąłby się od drzwi, gdyby już nie było zapóźno: w
sali, w samym środku, ucztowało towarzystwo, coś z siedmiu osób,
sami znajomi.
Wejście Runickiego powitali głośnemi wiwatami.
- Wery! Patrzcie, Wery!
- Witaj, złotko! - krzyczał pan Trelicki.
- Cóż za dobre bogi przyniosły cię do nas?
- Przyjechałeś?
- Niech pan tu siada!
- Służba! Nakrycie!
- Gdzieś się podziewał, kuzynku? - zataczał się pan Runicki,
jakiś podobno daleki krewny Ksawerego.
Zresztą wszyscy byli mocno pod gazem. Okazało się, że były
to imieniny Franka Lupowskiego, który w dodatku musiał oblać swój
awans, gdyż został adjutantem dowódcy brygady.
Na szczęście humory już były w tem stadjum, kiedy
zamiłowanie plotkarskie i wścibianie nosa w cudze sprawy nikogo nie
dręczy.
Po dłuższym pobycie w restauracji uchwalono przenieść się
"do innego żyda". Całe towarzystwo ulokowało się w dwuch
samochodach i pojechało do Wilanowa, stamtąd do nocnego dancingu,
potem do drugiego.
Gdy Ksawery nad ranem znalazł się w hotelu i przeliczył
pozostałą gotówkę, okazało się, że wydał coś ponad tysiąc złotych.
Próbował robić sobie z tej racji wyrzuty, lecz senność
przemogła. Spał do czwartej popołudniu i obudził się z nieznośnym
bólem głowy.
- Czy nadeszły moje rzeczy? - zapytał służącego, który
przyniósł mu tacę z wodą sodową i cytrynami.
- Tak jest, proszę pana dziedzica.
- Więc przynieście tu i będziecie pakować resztę. O której
jest pociąg do Gdyni?...
- O dziesiątej piętnaście.
- No, dobrze.
Dwa proszki od bólu głowy i coś dziesięć cytryn wraz z
morzem czarnej kawy zrobiły swoje.
Zdołał skupić tyle uwagi, by wydawać z łóżka dyspozycje
pakującemu walizy służącemu. Nie wychodząc z numeru, zjadł kolację,
wysłał na dworzec chłopca hotelowego celem zdobycia wolnego miejsca
w sleepingu (o czem zapomniał pomyśleć wcześniej), uregulował
należność i przed samym odjazdem pociągu był na dworcu.
Na szczęście w ostatniej chwili znalazł się wolny przedział
sypialny.
Runicki natychmiast położył się i spał znowu, jak zabity, aż
do rana.