Rozdział 1
1
Na liście niepożądanych rzeczy i zjawisk, jakich chciałabym uniknąć, na
pierwszym miejscu umieściłam w tym roku przyjęcia z okazji świąt Bożego
Narodzenia. Powinnam też trzymać się z daleka od wszelkich ozdób i choinek, a już na pewno od jemioły. No i żadnych świątecznych filmów o tematyce rodzinnej, i wspomnień. Zwłaszcza wspomnień... Rok temu
pierwszy dzień świąt spędziłam we własnym salonie w towarzystwie dwojga
osób, które kochałam najbardziej na świecie: mego męża, Thomasa, i mojej
jedynej siostry, Stacey.
Od tego czasu minęło dwanaście miesięcy i wiele się zmieniło.
Teraz jestem w kuchni i starannie pakuję zamrożone świąteczne ciastka do
specjalnych plastykowych pojemników. Każdą warstwę wypieków przedzielam
woskowanym papierem. Na maskującej taśmie wypisuję czarnymi literami
swoje imię i nazwisko: Joy Candellaro. Potem szykuję się do pracy.
Wkładam czarne dżinsy i jasnozielony sweterek bliźniak, a w ostatniej
chwili wpinam w uszy kolczyki w kształcie małych wianuszków. Liczę na
to, że gdy się tak świątecznie wystroję, znajomi przestaną mnie wreszcie
pytać, jak się czuję. Trzymając w ręce bladoróżowe pojemniki z ciastkami, zamykam drzwi domu na klucz i udaję się do garażu. Obchodzę
dookoła maskę samochodu i chyłkiem przemykam się obok segregatorów
stojących rzędem przy tylnej ścianie. To w nich przechowuję marzenia.
Jak przystało na kogoś, kto jest z zawodu bibliotekarką, utrzymuję w papierach idealny porządek. Zgromadziłam wszystkie informacje dotyczące
egzotycznych miejsc i odległych zakątków na świecie, jakie tylko wpadły
mi w ręce. Czytając teraz opisy i oglądając dołączone do nich ilustracje
ukazujące owe okolice, marzę o przeżyciu jakiejś wielkiej przygody.
Prawdę mówiąc, to marzenie towarzyszy mi już od dziesięciu lat.
Zważywszy na to, że prawie od trzech miesięcy znów jestem wolna, a od
ośmiu żyję w separacji z Thomem, mogę śmiało określić siebie jako
marzycielkę, a nie kobietę czynu. Prawdą jest też, że od czasu rozwodu
nie dołożyłam do tych zbiorów żadnych materiałów. Ba, ani razu nawet nie
otworzyłam szafki na akta. Teraz ostrożnie przesuwam się wzdłuż
segregatorów i minąwszy je, wsiadam do swojego samochodu marki Volvo, w brązowym kolorze o kasztanowym odcieniu. Z tyłu za mną otwierają się
drzwi garażu i na wstecznym biegu wyjeżdżam na podjazd.
Dzisiaj mamy ostatni piątek przed Bożym Narodzeniem; jest wcześnie rano
i jeszcze się świecą uliczne latarnie, a płynąca z nich jasność drżącymi
żółtymi strugami przebija się przez cienie przedświtu. Samochód wtacza
się na podjazd.
I zatrzymuje; jego przednie światła padają na dom, który w tym
nienaturalnym oświetleniu wydaje się spłowiały i zaniedbany. Patrzę na
ukochane róże i widzę, że są zbytnio wybujałe i ogołocone z liści, a donice z pelargoniami pełne zwiędłych kwiatów.
Przez głowę przemknęło mi pewne wspomnienie, które niby letnia burza
nagle się zjawiło, by po chwili zniknąć.
Tego dnia wcześniej niż zwykle wróciłam z pracy do domu... Na podjeździe
zauważyłam samochód męża. Róże były wtedy w pełnym rozkwicie, bujne jak
nigdy...
Pamiętam, że pomyślałam wtedy, iż muszę ściąć kilka kwiatów i udekorować
nimi pokój.
Weszłam do domu, płaszcz cisnęłam na klonową ławę w holu i ruszyłam na
górę, już na schodach wołając męża po imieniu. Byłam w połowie drogi,
kiedy dotarły do mnie łatwe do rozpoznania dźwięki. Wydaje mi się - i tak to sobie utrwaliłam w pamięci - że kopnięciem otworzyłam drzwi na
oścież. W każdym razie taką wersję wydarzeń przedstawiałam znajomym.
Prawda była jednak inna: ledwo się zdobyłam na wysiłek, by je pchnąć.
Zobaczyłam, że leżą tam oboje nadzy, mokrzy od potu i kotłują się na
moim łóżku.
Jak idiotka stałam i gapiłam się na nich. Myślałam, że może mąż wyczuje
moją bliskość - bo ja zawsze żywo reagowałam na jego obecność - i spojrzy w górę, a na mój widok... ach, nie wiem... dostanie ataku serca
albo wybuchnie płaczem i będzie mnie błagał o wybaczenie, czy też w odwrotnej kolejności: będzie mnie błagał o wybaczenie i wtedy dostanie
ataku serca.
Potem rzuciłam okiem na twarz tej kobiety i... to było potworne, aż
dziw, że nie oszalałam... rozpoznałam w niej moją siostrę!
Przed domem stoi teraz tablica z napisem "Do sprzedania". Jest tam już
od trzech miesięcy, ale... nie oszukujmy się - fakt, że nasze małżeństwo
się rozpadło, działa odstraszająco na klientów. To tak, jakby wrzucić
kamień do stawu: na powierzchni błękitnej wody zaraz utworzą się
zmarszczki i będą się rozchodziły coraz dalej i dalej. Na taki pechowy
dom nikt się nie skusi.
Zbyt mocno nacisnęłam gaz i tyłem wjechałam na ulicę, pozostawiając za
sobą wspomnienia. Gdybyż one chciały tam pozostać... Ale nie, natrętnie
się wokół mnie gromadzą, tak że nie mam czym oddychać.
Gdy spotkają mnie znajomi, nie wiedzą, o czym ze mną rozmawiać. Trudno
ich o to winić, skoro sama też nie wiem, co chciałabym usłyszeć. Pracuję
w szkolnej bibliotece i zewsząd dobiegają mnie jakieś szepty, które
ustają, gdy wchodzę; milczenie, jakie potem następuje, jest bardzo
przykre. Chcąc ułatwić sytuację moim przyjaciołom, udaję, że wszystko
jest okej. Ostatnio często stosuję tę metodę: uśmiecham się i udaję...
Cóż innego mi pozostaje? Ludzie są już mną zmęczeni; sprzykrzyło im się
czekanie, że wreszcie przeboleję rozwód. Chciałabym z powrotem trafić w stare koleiny i żyć jak dawniej, ale jakoś mi to nie wychodzi. Zacząć
nowego życia też nie mam odwagi, choć - prawdę mówiąc - tego właśnie
pragnę. Od dłuższego czasu jest to moje największe pragnienie.
Skręcam w lewo. Na ulicach Bakersfield o tak wczesnej porze nie ma
ruchu. Gdy dojeżdżam do celu, jest już prawie siódma. Zajmuję stałe
miejsce parkingowe, zabieram ciastka i wchodzę do gmachu liceum. Zza
biurka uśmiecha się do mnie nasza szkolna sekretarka Bertha Collins.
- Witaj, Joy! - mówi.
- Cześć, Bertie! - odpowiadam. - Przyniosłam wam ciastka na dzisiejsze
wieczorne przyjęcie.
Sekretarka patrzy na mnie ze smutkiem.
- A ty nie przyjdziesz? - pyta.
- Nie, Bertie! Na pewno nie. W tym roku nie jestem w odpowiednim
nastroju.
Koleżanka spogląda na mnie ze zrozumieniem. Sama dwukrotnie się
rozwodziła, sądzi więc, że mnie rozumie, w rzeczywistości jednak nie
jest w stanie pojąć, co czuję. Ma troje dzieci, oboje rodziców i aż
cztery siostry; moja sytuacja jest diametralnie różna.
- Uważaj na siebie, Joy! - radzi koleżanka. - Pierwsze Boże Narodzenie
po rozwodzie bywa nieraz...
- Tak, wiem... - zmuszam się do uśmiechu i idę dalej. Najważniejsze, to
nie stać w miejscu, tylko się poruszać... Ta metoda okazała się w zeszłym roku bardzo skuteczna. Przemierzam korytarz, skręcam w lewo,
mijam pustą o tej porze stołówkę i wchodzę do biblioteki.
Moja asystentka Rayla Goudge już jest. Ta pełna energii siwa pani ubiera
się jak Cyganka i stara się wszystkie swoje notatki pisać w stylu
haiku1. Podobnie jak ja ukończyła Uniwersytet Kalifornijski w Davis, otrzymała dyplom nauczycielki i niemal przez pięć lat pracowała
ze mną w bibliotece ku naszemu obopólnemu zadowoleniu. Mogę powiedzieć,
że obie cieszyłyśmy się każdą wspólnie spędzoną chwilą. Boję się jednak,
że kiedy w maju Rayla uzyska dyplom magistra bibliotekoznawstwa,
przeniesie się do innej szkoły. Będzie to jeszcze jedna zmiana w moim
życiu, o której wolę nie myśleć.
- Dzień dobry, Joy! - mówi Rayla i patrzy na mnie spoza stosu papierów.
- Cześć, Ray! Jak się czuje Paul? Mija mu zaziębienie? - pytam.
- Już mu lepiej. Dziękuję.
Chowam torebkę do biurka i zabieram się do roboty. Zaczynam od
komputerów: kolejno podchodzę do każdego urządzenia i uruchamiam je.
Potem usuwam wczorajsze gazety i wykładam nowe, dzisiejsze. Przez
następne sześć godzin pracujemy z Raylą ramię w ramię, wykonując
wszystko, co należy do naszych obowiązków, a więc sprawdzamy, jak działa
elektroniczny system katalogowy, wypisujemy upomnienia dla
przetrzymujących książki, znakujemy nowe tomy i umieszczamy je na
półkach. Czasem, jeśli się nam poszczęści, przychodzi któryś z uczniów i prosi nas o pomoc. Zawsze bardzo się z tego cieszymy, ale, niestety, w dobie Internetu rzadko się to zdarza, gdyż wiele osób ma w domu własne
urządzenia elektroniczne i sami mogą prowadzić zlecone im badania.
Oczywiście, w taki dzień jak dzisiaj, ostatni przed feriami, w bibliotece jest cicho jak w grobie.
Ferie to także temat, o jakim staram się nie myśleć, bo nie wiem, co
będę robić w wolne dni od pracy dwa i pół tygodnia.
W przeszłości z niecierpliwością czekałam na ferie i cieszyłam się na
nie. Między innymi z tego powodu wybrałam pracę w szkole. Piętnaście lat
temu, kiedy jeszcze studiowałam, wyobrażałam sobie, że wolny czas będę
spędzała na podróżach i zwiedzaniu egzotycznych miejscowości.
- Hej Joy! Nic ci nie jest?
Tak się zatopiłam we wspomnieniach, że dopiero po chwili sobie
uzmysłowiłam, iż Rayla coś do mnie mówi. Stoję pośrodku biblioteki i trzymam w ręce zniszczony, zaczytany tom Pani Bovary.
Rozlega się dzwonek i ściany aż wibrują od dźwięku wciąż otwieranych
drzwi, śmiejących się dzieci, biegających po holu stóp... Zaczęły się
ferie zimowe.
- Chcesz, żebym po ciebie przyjechała i zawiozła na przyjęcie? - pyta
Rayla.
- Przyjęcie? - powtarzam, jakbym właśnie o nim myślała. - Nie, dziękuję.
- Czy to znaczy, że nie przyjdziesz?
Rayla zawsze to robiła: przewiercała mnie spojrzeniem, co niweczyło moją
obronę.
- Nie przyjdę.
- Ale...
- Nie w tym roku, Ray. - Moja asystentka wzdycha.
- To co będziesz robiła dziś wieczorem?
Obie wiemy, że ten pierwszy wieczór ferii jest szczególny. W zeszłym
roku właśnie w taki piątek umówiłam się ze Stacey na kolację, a potem
poszłyśmy do centrum handlowego i ja wychodziłam z siebie, żeby znaleźć
jakiś wystrzałowy prezent dla męża.
No i cóż? Okazało się, że kobietą, którą zastałam z nim w łóżku, była
moja siostra...
Na próżno staram się unikać tego rodzaju wspomnień; one są jak azbest:
niewidoczne, ale zabójcze. Trzeba znaleźć jakiś specjalny sposób, żeby
się ich pozbyć.
- Masz już w domu drzewko? - pyta Rayla, chwytając mnie za ramię.
Potrząsam przecząco głową.
- Pomogę ci w ubieraniu choinki - proponuje.
- Nie, dziękuję. Muszę to zrobić sama.
- A zrobisz?
Patrzę w jej dobre, szare oczy i z zadziwiającą łatwością, uśmiechając
się, mówię:
- Tak, oczywiście.
Rayla bierze mnie pod ramię. Przechodzimy przez cichą dziś salę
biblioteczną, by po chwili znaleźć się na rojnym, kipiącym życiem
korytarzu liceum. Wszędzie pełno młodzieży: śmieją się, rozmawiają i podnosząc dłonie, przybijają piątki.
Na parkingu Rayla odprowadza mnie do samochodu, przystaje i patrząc mi w oczy, tłumaczy się:
- Strasznie mi przykro zostawiać cię samą na święta. Może powinniśmy z Paulem zrezygnować z wyjazdu do Minnesoty.
- Ani się waż! Jedź i baw się dobrze. O mnie się nie martw, nic mi nie
będzie.
- Ale ty i Stacey...
- Przestań! - przerywam ostro i dodaję szeptem: - Proszę...
- Zobaczysz, ona się w końcu opamięta i zerwie z Thomem.
Straciłam już rachubę, ile razy Rayla mnie o tym przekonywała i ile razy
sama to sobie wmawiałam.
- Dlaczego nie pojedziesz do któregoś ze swoich wymarzonych miejsc,
takich jak Machu Picchu czy Londyn?
- A wiesz, że może rzeczywiście się tam wybiorę - deklaruję jak zawsze,
gdy o tym mowa, ale obie dobrze wiemy, że po prostu boję się podróżować
samotnie.
Rayla poklepuje mnie po ręce i całuje w policzek.
- A więc do zobaczenia w styczniu, Joy!
- Wesołych świąt, Ray!
- Wzajemnie.
Patrzę, jak przyjaciółka podchodzi do samochodu, wsiada i odjeżdża. Po
chwili ja też zajmuję miejsce za kierownicą, ale jakiś czas siedzę bez
ruchu, spoglądając przez przednią szybę. Kiedy w końcu uruchamiam
silnik, włącza się radio; płynie z niego ulubiona piosenka mojej matki:
Upon a Midnight Clear, tym razem w wykonaniu instrumentalnym. Słucham
i od razu przypominają mi się dawne dobre czasy.
Rayla ma rację; pora, żebym się zabrała do świątecznych przygotowań. Nie
mogę z tym dłużej zwlekać. Na uśmiechaniu się i udawaniu nie da się
spędzić świąt. Już najwyższy czas, żebym rozpoczęła nowe życie w pojedynkę.
Opuszczam parking przy liceum. Na ulicy aż gęsto od samochodów; jedzie
się niemal zderzak w zderzak. Dzieciaki wychylają się z okien i wykrzykują coś do siebie. Ale od ulicy Migdałowej robi się całkiem
pusto. Z Piątej skręcam w lewo i wjeżdżam na teren przy stacji Chevron,
gdzie, jak co roku, skauci sprzedają choinki. Na pierwszy rzut oka
widać, że w to późne piątkowe popołudnie drzewka są mocno przebrane, na
ich gałązkach więcej jest brązu niż zieleni. W tej części Kalifornii
ścięte iglaki szybko więdną, a ja tak długo zwlekałam, że teraz mam
kłopot z wyborem.
Przechadzam się po tym sztucznym lesie na rogu ulic Piątej i Migdałowej,
odkłaniam się przyjaciołom, a także zupełnie obcym ludziom, i udaję, że
gorliwie szukam najładniejszego drzewka. W rzeczywistości nawet im się
zbytnio nie przyglądam. W końcu mam już dość tej zabawy, wybieram
pierwszą z brzegu choinkę po mojej lewej stronie, przywołuję jednego ze
skautów, żeby mi pomógł, i sięgam po portfel.
Sympatyczny chłopak, który bierze ode mnie pieniądze, daje mi
pokwitowanie razem z paczką chustek do nosa Kleenex. Bo ja płaczę...
Wspaniale... nie ma co!
Zanim przytroczą drzewko do dachu samochodu, coraz bardziej się
rozklejam: pociągam nosem, płaczę i cała się trzęsę. Jestem kłębkiem
nerwów.
Chociaż fatalnie się czuję, postanawiam mimo wszystko zatrzymać się
przed bankomatem. Na szczęście nikogo tu nie ma, nie będzie więc
świadków mojej słabości. Pod wpływem nagłego kaprysu pobieram dwieście
pięćdziesiąt dolarów. Tłumaczę sobie, że kiedy postawię choinkę w pokoju, będę musiała ją ubrać, a zatem kupić też nowe ozdoby, bo
przecież nie użyję tych, które gromadziłam przez całe lata małżeństwa.
Mam też zamiar sprawić sobie jakiś wspaniały prezent i otworzyć go w pierwszy dzień świąt rano. Sama myśl o tym, że mogę wydać na siebie
pieniądze, zdaje się mnie uszczęśliwiać, bo nam, szkolnym
bibliotekarkom, nieczęsto się zdarza taka okazja.
O tym wszystkim sobie myślę, dojeżdżając do domu.
Madrona Lane2 - to piękna nazwa pięknej uliczki na niezbyt pięknym
przedmieściu Bakersfield. Ale na ironię zakrawa fakt, że moja ulica
przyjęła nazwę od drzew, których na niej nie uświadczysz. Co więcej -
firmy deweloperskie wykosiły wszelką zieleń, jaka odważyła się wyrosnąć
na osiedlu. Kiedy z mężem po raz pierwszy zobaczyliśmy nasz przyszły
dom, odnieśliśmy wrażenie, że jest zniszczony i zaniedbany. Był też
jedynym budynkiem na tej ulicy z zapuszczonym, dawno niestrzyżonym
trawnikiem i parkanem, który pilnie wymagał odmalowania. Towarzysząca
nam pani z agencji nieruchomości zasugerowała, że dom w tym stanie daje
duże pole do popisu dla takiej młodej pary jak my.
- Poprzedni właściciele - szepnęła, kiedy stąpałam po przegniłej
podłodze w łazience - rozwiedli się w bardzo brzydki sposób. To była
prawdziwa "Wojna Róż"3.
Wówczas się z tego śmialiśmy, a tymczasem się okazało, że to wcale nie
jest takie śmieszne.
Byłam już prawie pod domem, kiedy nagle ujrzałam Stacey. Stała sama na
podjeździe. Wcisnęłam hamulec.
Patrzyłyśmy na siebie przez przednią szybę samochodu. Kiedy mnie
dostrzegła, zaczęła płakać, a ja robiłam wszystko, żeby nie pójść w jej
ślady.
Pomyślałam, że pewnie przyszła mi powiedzieć, że skończyła z Thomem.
Czekałam na ten moment, ale kiedy teraz nastąpił, nie wiedziałam, co
robić. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli jej nie wybaczę, nie będzie
żadnych widoków na przyszłość dla nas obu. Ale jak wybaczyć siostrze,
która spała z moim mężem?
Zmniejszyłam gaz, wjechałam na podjazd i wysiadłam z samochodu. Stacey
stała w miejscu i spoglądała na mnie, obciągając narciarską kurtkę. Na
policzkach siostry błyszczały łzy. Po raz pierwszy tak na siebie
patrzymy od czasu, kiedy zaczął się ten koszmar, ale zamiast gniewu
nieoczekiwanie odczuwam coś na kształt tęsknoty. Przychodzą mi na myśl
dziesiątki różnych zdarzeń z naszej przeszłości. Na przykład wycieczka,
jaką sobie urządziła nasza wspaniała rodzinka, wybierając się w podróż
przez pustynne stany Ameryki. Jechałyśmy volkswagenem, a mama śpiewała
piosenki Helen Reddy, wydzierając się na całe gardło, i paliła jednego
papierosa za drugim. To było istne piekło...
Powoli zbliżam się do Stacey i jak zawsze, gdy spoglądam na siostrę, mam
wrażenie, jakbym patrzyła w lustro. Irlandzkie bliźniaczki - tak nas
nazywała mama. Jeśli chodzi o wiek, dzieli nas tylko niecałe dwanaście
miesięcy. Mamy takie same kręcone miedzianoczerwone włosy, bladą,
piegowatą cerę i niebieskie oczy. Nic dziwnego, że się Thom w mojej
siostrze zakochał, skoro jest ona młodszą i uśmiechniętą wersją mnie
samej.
Stacey robi krok w moim kierunku i zaczyna mówić:
- Rzuciłam go. - Zdawało mi się, że te właśnie słowa usłyszałam, ale po
chwili zdałam sobie sprawę, że wcale tego nie powiedziała.
- Co takiego? - pytam, cofając się o krok, i marszczę brwi z dezaprobatą.
- Nie możemy tego dłużej przeciągać - mówi. - Nie teraz... Nie w okresie
Bożego Narodzenia.
Czuję się pokonana i speszona.
- Mam ci wybaczyć, bo jest Boże Narodzenie?
- Wiem, że mi nie przebaczysz, ale przecież między tobą i Thomem już i tak się wszystko skończyło...
- To prawda, mieliśmy pewne problemy, jednak... - Nawet nie wiem, jak to
zdanie dokończyć, co powiedzieć. Żadne słowa nie wydają mi się właściwe.
Stacey przygryza dolną wargę - znak, że jest zdenerwowana. Dobrze
pamiętam ten jej odruch sprzed lat... Nieoczekiwanie wręcza mi biały
elegancki karnet, a ja się domyślam, że to zaproszenie na ślub; ta
cholerna impreza ma się odbyć szóstego czerwca.
To cios. Nogi ugięły się pode mną.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz - mówię. - Powinnaś z nim zerwać, a nie
za niego wychodzić.
Siostra rozchyla żakiet bardzo powoli. Ubrała się jak na wakacje:
włożyła czerwone aksamitne spodnie i białą, robioną na drutach bluzę, na
której z przodu widnieje ułożony z cekinów napis: RUDOLPH.
- Jestem w ciąży - oświadcza, po czym wymownym ruchem dotyka brzucha,
który jednak wydaje się bardziej płaski niż mój.
I stało się. Po miesiącach udawania, że ze mną wszystko w porządku,
nastąpiło coś, z czym nie potrafię sobie poradzić. Przecież ja przez
pięć lat marzyłam o dziecku. Błagałam Thoma, żebyśmy założyli prawdziwą
rodzinę, ale on nigdy nie był na to gotowy. Teraz wiem dlaczego: przeze
mnie. Nie chciał mieć dziecka ze mną.
Stacey płacze coraz żałośniej.
- Tak mi przykro, Joy - duka. - Wiem, jak bardzo pragnęłaś dziecka...
Mam ochotę wrzeszczeć na nią, wykrzyczeć swój ból, może nawet ją
uderzyć. Tymczasem z trudem oddycham, łzy zasłaniają mi oczy i nie są to
zwykłe łzy: one naprawdę bolą. Nie mogę uwierzyć, że siostra mogła to
zrobić, że była zdolna wyrządzić nam taką krzywdę. Jak dziewczyny,
podobne do siebie niczym dwie krople wody, mogły do czegoś takiego
doprowadzić!
- Nie chciałam cię zranić, naprawdę... - zapewnia Stacey.
Nie mogę jej dłużej słuchać. Boję się, że jeśli zada mi jeszcze jeden
cios, to nogi się pode mną ugną i padnę na kolana tu, na podjeździe. A przecież przez cały ostatni rok każdego dnia walczyłam, by się nie
załamać, by wytrwać, stojąc. Odwracam się od siostry i biegnę w stronę
mego samochodu. Słyszę, że Stacey mnie woła i coś wykrzykuje, ale nie
dbam o to. Jej słowa wydłużają się i rozciągają w jakieś nic nieznaczące
dźwięki. Nie ma w tym wszystkim sensu.
Wsiadam do samochodu, włączam silnik i ruszam przed siebie. Nie mam
pojęcia, dokąd jadę, i nie zastanawiam się nad tym. Chodzi mi tylko o jedno: chcę uciec jak najdalej od zaproszenia na ślub siostry i od
dziecka, które rośnie w jej łonie.
Widzę tablicę wskazującą drogę na lotnisko i bez wahania, bezwiednie
skręcam w tym kierunku. Być może zadziałała tu też jakaś tajemna siła
przeznaczenia. Parkuję przed terminalem i wchodzę do niewielkiej hali, w której panuje ożywiony ruch. Widocznie dużo ludzi pragnie tak jak ja
wyjechać w ten świąteczny czas i pokonać szmat drogi, byle tylko
oddzielić życie tu od życia tam.
Spoglądam na tablicę odlotów i mój wzrok przykuwa miejscowość o nazwie
Hope, czyli nadzieja. Przechodzą mnie dreszcze. To słowo wydaje mi się
nie na miejscu pośród nazw takich zwyczajnych miast, jak Spokane czy
Portland. Przecieram oczy i na wszelki wypadek jeszcze raz patrzę z uwagą na tablicę, bo może już lekko bzikuję i to wszystko mi się tylko
przywidziało. Ale nie... Okazuje się, że Hope naprawdę istnieje i znajduje się na terenie Brytyjskiej Kolumbii w Kanadzie.
Nie ma kolejki po bilety, idę więc w kierunku punktu informacyjnego -
bardzo powoli, jakbym czekała, aż się do końca rozbudzę.
- W czym mogę pani pomóc? - zwraca się do mnie kobieta w okienku.
- Chodzi mi o lot do Hope... Czy są jeszcze wolne miejsca?
Moja rozmówczyni marszczy brwi.
- To jest lot czarterowy, ale zaraz sprawdzę. - Patrzy na ekran
komputera i stuka paznokciami w klawisze. - Są jeszcze miejsca - mówi -
ale bilet był zbiorowy. - Rozgląda się dokoła i jej wzrok pada na mocno
zbudowanego mężczyznę w myśliwskim stroju; wskazując go, proponuje: -
Może pani podejdzie do tego pana i jego zapyta.
Zrobię to, oczywiście, choć nie należę do kobiet, które z łatwością
podchodzą do obcych mężczyzn, zwłaszcza gdy wyglądają jak Burl
Ives4 w czasie polowania na grubego zwierza. Teraz jednak nie pora
na certowanie się. Jestem zdesperowana. Czuję, że jeśli jeszcze sekundę
dłużej pozostanę w tym mieście, to zacznę krzyczeć na cały głos. Nie mam
też złudzeń, że Stacey wciąż stoi na moim podjeździe i czeka, że wrócę
na dalszą rozmowę. Wkładam torebkę pod pachę i ruszam w stronę mężczyzny
w stroju myśliwskim.
- Przepraszam - bąkam, na próżno usiłując się uśmiechnąć. - Chciałabym
się wybrać do Hope.
- Nie sądzę, by taka wielkomiejska dziewczyna jak pani znalazła tam
wiele atrakcji - odzywa się ze śmiechem.
- Może ma pan rację, ale czasem chodzi tylko o to, żeby wyjechać, i o nic więcej...
- Nie trzeba mi tego dwa razy powtarzać, proszę pani - mówi. -
Znajdziemy dodatkowe miejsce, skoro decyduje się pani na wyjazd, i będzie to kosztowało... no, powiedzmy, sto dolarów. Niestety, nie mogę
pani zapewnić możliwości powrotu, bo my działamy na zasadzie
improwizacji.
- To tak jak ja - wyrywa mi się. To stwierdzenie jest tak dalekie od
prawdy, że w normalnych okolicznościach zasługiwałoby tylko na śmiech,
ale teraz bardzo mi odpowiada. Poza tym nie mam pewności, czy będzie mi
potrzebny bilet powrotny. Kto wie? Ta podróż jest jak tunel, który się
nagle znalazł na drodze mego życia, i pozostaje mi tylko przezeń
przejść. O pieniądze nie muszę się martwić, bo mam przy sobie sumę,
którą podjęłam na święta. - Czy potrzebny mi będzie paszport? - pytam.
- Nie, wystarczy prawo jazdy.
Dowiaduję się, że w drodze na krótko zatrzymamy się w Seattle, gdzie się
przesiądziemy; po okazaniu dowodu tożsamości przejdę przez odprawę celną
i około północy powinniśmy wylądować w Hope. I tak oto decyzję
opuszczenia kraju podjęłam w krótszym czasie, niż zajmuje mi zwykle
wybranie odpowiedniej porcji mięsa w lokalnym sklepie Vona.
Wyciągam portfel, wyjmuję gotówkę i jadę...
Rozdział 2
2
Godzinę później stałam w hali odlotów z biletem do Hope w ręce. Otaczali
mnie sami mężczyźni; rozmawiali, śmiali się i co chwila przybijali sobie
piątki. Zdziwiłam się, bo nigdy przedtem nie widziałam, żeby tak wielu
ludzi to robiło. Wkrótce się okazało, że moimi współtowarzyszami podróży
są myśliwi: łowcy trofeów, faceci, którzy zamiast medalami dekorują się
racicami ustrzelonych zwierząt. Wybierali się właśnie na wielkie
polowanie. Oczywiście jechali sami, bez dzieci i żon, i widać było jak
na dłoni, że rozpoczęli imprezę jeszcze przed startem samolotu. Jedynej
wśród nich kobiecie, która wyglądała na zmęczoną, nie okazywali żadnego
zainteresowania.
Po zajęciu któregoś z wolnych miejsc zauważyłam, że na siedzeniu obok
leży czasopismo "Wiadomości Łowieckie i Wędkarskie". Jako bibliotekarka
chętna do czytania wszystkiego, co popadnie, sięgnęłam po nie i zaczęłam
wertować. Nie zaciekawił mnie artykuł o czatowniach, z jakich korzystają
myśliwi polujący na kaczki. Nie zrobiły też na mnie wrażenia fotografie
pokazujące, jak się preparuje zabite zwierzęta. Kiedy jednak odwróciłam
kartkę, mój wzrok padł na ładne zdjęcie pewnej niemodnej już
miejscowości letniskowej, reklamowanej jako Komfortowy Ośrodek
Wędkarski. Zachęcano, żeby tam pojechać i zatrzymać się choćby na
krótko.
Zatrzymać się na krótko? To piękna myśl. Złożyłam czasopismo na pół i schowałam do torebki. Pomyślałam, że kiedy przyjadę do domu, włożę je do
segregatora i umieszczę w porządku alfabetycznym obok innych wymarzonych
miejsc na urlop. Może któregoś dnia zechcę ten ośrodek odwiedzić.
Wciskając pismo do zapchanej drobiazgami torebki, wyczułam pod ręką
granulowaną skórę futerału do aparatu fotograficznego. Zacisnęłam palce
i wyjęłam go z torebki. Skoro się decyduję na wycieczkę w nieznane,
powinnam koniecznie mieć zdjęcia, którymi mogłabym udokumentować to
doniosłe wydarzenie.
Zaczynam od nastawienia ostrości, a potem fotografuję wyjście na pas
startowy, pasażerów, a nawet przez brudne szyby usiłuję uwiecznić widok
na pas startowy. Próbuję także sama sobie pstryknąć zdjęcie. Przez
moment te czynności mnie absorbują, ale po chwili rzeczywistość znów się
wkrada do moich myśli: rozpamiętuję słowa Stacey, że wkrótce poślubi
Thoma i że nosi jego dziecko. To boli tak bardzo, że nie jestem w stanie
tego znieść. W oczach ponownie pojawiają się piekące łzy, które
niecierpliwie ścieram. Czuję się zmęczona płaczem. Nęka mnie też
świadomość, że ubyło mi połowy osobowości i nie potrafię tego stanu
rzeczy zmienić. Wiem jedno: przez ponad trzy dekady moja siostra była
dla mnie opoką, na której budowałam swoje życie, a teraz straciłam grunt
pod nogami. Nigdy dotąd nie czułam się tak zagubiona i samotna. Gdybym
mogła przymknąć oczy i wymówić zaklęcie, które sprawiłoby, że zniknę z tego świata, zrobiłabym to.
Przez głośnik zapowiadają nasz lot. Mężczyźni natychmiast rzucają się do
wyjścia. Wyglądają jak odziana we flanelowe spodnie stonoga, której
wszystkie odnóża poruszają się jednocześnie. Wstaję i spokojnie idę za
nimi.
W samolocie zajmuję miejsce na samym końcu, w ostatnim rzędzie foteli,
tak że oparcie nieomal dotyka drzwi toalety. Staram się nie przypisywać
temu sąsiedztwu żadnego metaforycznego znaczenia. Siadam, zapinam pasy i przez owalne okno obserwuję zapadającą noc. Panowie udający się na
polowanie siedzą z przodu; humory im dopisują: śmieją się i wesoło
rozmawiają. Wkrótce dostajemy zgodę na start i samolot wznosi się w górę, wzbijając się wysoko w ciemne już teraz niebo.
Znów sięgam po pismo poświęcone polowaniu i wędkowaniu. Zaciekawił mnie
artykuł o majestatycznym lesie deszczowym znajdującym się w Olympii w stanie Waszyngton, między ciągnącym się setkami kilometrów wybrzeżem a urwistym łańcuchem gór. Rosną w nim gigantyczne drzewa, a bujna
pierwotna zieleń działa niezwykle kojąco. W takim miejscu kobieta łatwo
mogłaby się zgubić; miałabym okazję zrobić tam setki wspaniałych zdjęć,
a może nawet...
- Dobrze się pani tu czuje, całkiem sama na końcu samolotu?
Podnoszę wzrok; przede mną stoi Burl Ives i uśmiecha się: jego sterczące
jak szczotka wąsy uniesione w uśmiechu odsłaniają duże sztuczne zęby.
Dotknęły mnie nieco jego słowa o mojej samotności.
- Czuję się dobrze - bąkam, choć to dalekie od prawdy.
- Pani pozwoli, że się przy okazji przedstawię: jestem Riegert. Riegert
Milosovich - dodaje.
- Miło mi pana poznać. Jestem Joy.
- A więc ciesz się, Joy. Przed tobą wspaniałe wakacje. A nam życz
powodzenia na polowaniu.
- Życzę panom, żeby nic złego was nie spotkało - mówię. Nie potrafię
wyrazić nadziei, że uda im się polowanie. Noszę legitymację klubu, który
zwalcza zabijanie żywych istot, i od lat jestem czynnym członkiem tej
organizacji. A fakt, że ci myśliwi piją alkohol i zaraz potem ładują
broń, świadczy o ich zupełnym braku odpowiedzialności. Ale to nie moja
sprawa... - A tobie, Riegercie, raz jeszcze dziękuję za miejsce w samolocie. Hope to nadzieja, a ja bardzo jej potrzebuję.
- Chyba wszyscy jej potrzebujemy - rzuca i pochyliwszy głowę, wchodzi do
łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi. Po kilku chwilach jest z powrotem
i kieruje się przejściem na swoje miejsce z przodu. Dochodzi już do
pierwszych rzędów foteli, gdy nagle słyszę straszny hałas i czuję, że
samolot cały się trzęsie. Riegert się potyka i poleciawszy do przodu,
pada na kolana. Samolot lotem nurkującym pikuje w dół.
W dół... to niedobrze - myślę; samolot powinien wznosić się w górę. By
utrzymać równowagę, chwytam się poręczy fotela. Wiem, że to głupi pomysł
i na nic się nie zda, bo i tak się nie utrzymam, ale dzięki temu czuję
się trochę pewniej i odnoszę wrażenie, że panuję nad sytuacją.
Samolot wyrównuje lot. Zdążyłam jeszcze szepnąć: "Bogu dzięki!" i uśmiechnąć się, gdy następuje wybuch.
Obniżamy się z ogromną szybkością. Moje ciało przechyla się do przodu,
ale pas przymocowany do siedzenia szarpie mnie do tyłu. Opadam na
poduszki jak szmaciana lalka, boleśnie uderzając się w kark. Mój aparat
fotograficzny zwalił mi się na żebra. Widzę, jak spod sufitu spadają
żółte maski tlenowe. Nagle gdzieś przede mną rozlega się straszny krzyk.
Ten dźwięk brzmi gard-łowo i nienaturalnie. Potrząsam przecząco głową w niemym proteście. NIE! - myślę i stać mnie tylko na to jedno słowo.
Serce bije mi tak szybko, że nie mogę oddychać. Stewardesa, która
znajduje się w przedniej części kabiny, każe się nam pochylić i wcisnąć
głowę w miękkie siedzenia przed nami. Wskazuje na przejścia, którymi
można się wydostać. Nagle pojawia się kapitan: przerywa jej w pół słowa
i mówi:
- Proszę państwa, musicie się przygotować... Panią stewardesę proszę,
żeby wróciła na swoje miejsce.
Okazuje się, że to, co przeżywamy, to nie turbulencja, ale katastrofa
lotnicza. Nasz samolot za chwilę się roztrzaska. Można by przypuszczać,
że gdy maszyna spada z wysokości, wszystko rozgrywa się w jednej
sekundzie, w okamgnieniu. Tymczasem prawda jest inna; w takiej chwili
każda sekunda wydaje się godziną, a przed oczami przewija się całe nasze
życie.
Z trudem łapię powietrze i skręcając się z bólu, głośno i po imieniu
wzywam moją siostrę. Powinnam z nią porozmawiać i pozwolić jej się
wytłumaczyć. Ściskam poręcze fotela, wbijając w nie palce. Oddycham
nierówno i chrapliwie.
Kapitan powtarza:
- Proszę się przygotować do lądowania.
Do lądowania? Domyślam się, iż mówi tak, abyśmy sądzili, że to lądowanie
było planowane...
Samolot runął na ziemię dziobem do dołu.
Tym razem mój krzyk ginie w zgrzycie, pisku i przeraźliwym jęku
rozrywającego się metalu.
Koło mnie przelatują najróżniejsze przedmioty: krzesła, walizki, tace...
Mam wrażenie, że znalazłam się w aerodynamicznym tunelu. Tuż obok
koziołkuje stewardesa; wciąż jest przytroczona pasami do swego fotela.
Nie mogę jej pomóc, tylko z przerażeniem patrzę, jak mnie mija. Na
mgnienie oka nasze spojrzenia się krzyżują, ale po chwili w kabinie
gaśnie światło. Nie potrafię się powstrzymać, by nie wrzeszczeć, choć
mój krzyk jest prawie niesłyszalny. W hałasie, który tu panuje, jest jak
łagodna bryza w porównaniu z monsunem.
Choć widzę wszystko w zwolnionym tempie, wiem, że samolot pędzi z ogromną szybkością przed siebie, rozwalając po drodze drzewa, skały i ziemię. Po chwili natrafia na przeszkodę nie do pokonania i się
przewraca. W tym momencie aparat fotograficzny uderza mnie w oko.
Samolot cały się trzęsie i jęczy, ale w końcu staje w miejscu.
Straszliwie boli mnie głowa. Wystarcza sekunda, żebym zdała sobie
sprawę, iż "dachujemy". Wiszę na pasie przymocowanym do fotela, cała
obolała. Mam wrażenie, jakby ktoś młotkiem wbijał mi w czoło, tuż obok
lewego oka, rozpalony żelazny klin. W ustach pojawia się krew.
Kiedy maszyna w końcu się zatrzymuje, ustają przeraźliwe dźwięki
rozrywanego metalu. Zapada cisza. Upiorna cisza.
W kabinie unoszą się kłęby dymu; dym osiada też na fotelach i przejściach. Nic nie widzę. Krztuszę się kaszlem, który przechodzi w szloch.
Odpinam pasy i osunąwszy się na podłogę, uderzam o coś głową tak mocno,
że na chwilę tracę przytomność. Ocknąwszy się, zupełnie nie wiem, co się
dzieje. Ale czując smak własnej krwi, uświadamiam sobie, że muszę
natychmiast opuścić samolot. Wszędzie jest pełno dymu. Płomienie liżące
ściany sięgają już do krytych tkaniną foteli. Gdzie spojrzeć - widać
pomarańczowe języki ognia. Kaszląc, rozglądam się za czymś, czym
mogłabym osłonić nos i usta. Niczego takiego nie znajduję. Kabina
pogrąża się w ciemności, dymie i płomieniach. Ludzie spadają z foteli,
lądując na tym, co teraz jest podłogą. Zdejmuję żakiet i przykrywam nim
twarz, czołgając się w stronę wyjścia, a raczej tego, co - mam nadzieję
- może okazać się wyjściem. Wśród odgłosów, które do mnie dochodzą,
rozróżniam kroki przechodzących pasażerów, ich kaszel i szepty. Sufit
pełen jest szczelin i wybojów kaleczących moje kolana. Uderzam głową o jakieś pojemniki, które spadły z góry i się otworzyły. Intuicyjnie
odnajduję drogę, idąc przed siebie w gęstym dymie. Przedzieram się przez
rumowisko i staram się omijać ziejące głębią dziury. Kieruję się w stronę, w której moim zdaniem powinien znajdować się bok samolotu.
Przechodząc obok szeregu foteli, szukam ludzi. Może pozostali w nich i są nieprzytomni. Nikogo jednak nie widzę.
Wreszcie po wędrówce, która wydawała mi się bardzo długa, dostrzegam
otwarte drzwi. Stoi w nich mężczyzna - wyciąga do mnie rękę i pomaga mi
wyjść. Odnoszę wrażenie, że ten człowiek nie wie, iż jego włosy i koszula lepią się od krwi, a w górnej części ramienia tkwi ostry
odłamek.
- Tędy, proszę - informuje zmęczonym, łamiącym się głosem.
- Panu potrzebny jest lekarz - mówię, dziwiąc się, że słowa te wyciskają
mi łzy z oczu. Ale coś one we mnie wyzwoliły, coś tak wielkiego, że się
boję, iż się w tym pogrążę, że to mnie porwie i zmiecie. W końcu,
zataczając się, staję w miejscu.
Mężczyzna dotyka mojej głowy palcami, a gdy je cofa, są czerwone od
krwi.
- Pani też potrzebuje lekarza - zauważa. - Czy pani jest już ostatnim
pasażerem?
- Myślę, że tak; siedziałam w ostatnim rzędzie. - Odwracam się, aby
spojrzeć w tym kierunku, ale widzę jedynie otwartą gardziel buchającą
czernią i czerwienią. To wszystko, co pozostało z miejsc w ogonie
samolotu. Zastanawiam się, jak to się stało, że tego wcześniej nie
zauważyłam.
Roztrzęsiona, z bolącą i mocno krwawiącą głową, przyjmuję pomocną dłoń
mężczyzny. Jest zgrabiała i spocona, ale daje mi poczucie
bezpieczeństwa.
Na zewnątrz panuje absolutna ciemność jak czarny aksamit,
nieprzypominająca mglistej szarości w płonącej kabinie.
Ziemia ugina się pod stopami i ucieka spod nóg, gdy stawiam kroki, tak
jakbym chodziła po ruchomych piaskach. Z trudnością się po niej
poruszam. Przyglądam się swoim stopom, bo mam dziwne wrażenie, że albo
ziemia straciła moc przyciągania, albo zmieniło się jej ciążenie. Szukam
kogoś, kto by mi powiedział, gdzie jesteśmy. Nie jest to świat, jaki
znałam. Powietrze jest tu ostre i całkiem inne. Ziemia taka miękka...
Nagle przychodzi mi na myśl, że to może krew, nasza krew, tak ją
rozmiękczyła, ale niewykluczone, iż to była benzyna...
Pozostali pasażerowie są oszołomieni tak jak ja. Gromadzą się przy
najbliższym drzewie. Widzę tam już sporą grupkę. Ale czy uda mi się
pokonać tę odległość i do nich dotrzeć? I dlaczego jestem sama?
Z dali dochodzi wycie syren. Potykam się o coś i padam na kolana. Wraca
dotkliwy ból głowy.
Słyszę jakiś dźwięk i spoglądam w górę. Początkowo wydaje mi się, że to
odgłos zbliżających się ambulansów i radiowozów policyjnych, a potem -
że to krzyk. Ale to wszystko dzieje się gdzieś za nami. My ocaleliśmy.
Nie wiem, jak długo leżałam, ale raz jeszcze się przemogłam: dźwignęłam
się na nogi. Stoję wyprostowana i nasłuchuję. W głowie mi huczy.
- Zaraz wybuchnie... Uciekaj! - ktoś wrzeszczy. Otaczają mnie kłęby
dymu, który wydostaje się od strony ogona samolotu.
- Uciekaj! Zaraz nastąpi wybuch! - krzyczy Riegert i biegnąc w moją
stronę, wymachuje rękami.
Zanim jego słowa do mnie dotarły, minęła cenna sekunda. Próbuję uciec,
pędząc po gąbczastej czarnej ziemi w stronę lasu, lecz zdaję sobie
sprawę, że jest już za późno. Po chwili następuje niesamowita eksplozja.
Nic, co dotąd przeżyłam, nie da się z nią porównać. W jednej sekundzie w ucieczce szukam schronienia, a już w następnej unoszę się w powietrzu w stanie nieważkości. Spadam na ziemię: najpierw czuję straszny ból, a potem ogarnia mnie ciemność.
Otwieram oczy i wpatruję się w zimowe niebo całe w czerni i szarości. Tu
i ówdzie miga jakieś upiorne pomarańczowe światło. Wysoko nad sobą widzę
wierzchołki drzew, które układają się w przedziwny krąg. To nie są
zwykłe drzewa, ale drzewa olbrzymy. Wyglądają jak wielkoludy, które
otaczając miejsce katastrofy, szepczą coś do siebie. Mży drobny
kapuśniaczek, bardziej przypominający mgłę niż deszcz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki