Rozdział 1
Propozycja nie do odrzucenia
Poznański grudzień nie rozpieszczał, śniegu ani śladu i nic nie zapowiadało, że spadnie do świąt. Panował przejmujący chłód, ale nie było mi wcale zimno, kiedy paliłam tego papierosa. Zwykle nie palę za dnia, raczej od czasu do czasu i do tego wieczorem, do wina. Ale dziś byłam wewnętrznie rozdygotana od momentu, gdy zadzwonił bezwzględny budzik.
Ten cudowny sen, który wcześniej śniłam, kompletnie wyrwał mnie z rutyny i powierzchni życia, na której ostatnio próbowałam jako tako balansować, zapominając, że gdzieś tam istnieje jakaś głębia, jakieś pragnienia, tęsknoty i skrywane emocje. A więc nie całkiem umarły. Nie zabiłam ich ani ja przypadkiem, ani proza życia z premedytacją. Nie miałam pojęcia dlaczego śniło mi się to w środku zimy? Gorące lato sprzyjało romansom, nawet tym we śnie, więc zupełnie nie rozumiałam, czemu akurat teraz wróciły dawne obrazy. I dlaczego wywarły tak silne wrażenie, przecież to tylko sen... Dlaczego nie mogłam przestać o tym myśleć, a na samo wspomnienie wpadałam w błogi i beztroski stan, niekoniecznie korespondujący z kolejnym nudnym dniem pracy.
Paląc, przymknęłam oczy, żeby choć w wyobraźni przenieść się na to wąskie łóżko, razem z Gustawem, który delektował się każdym fragmentem mojego ciała. Nigdzie się nie spieszył, a moje napięcie rosło. Tak silne podniecenie może wywołać tylko ktoś bliski.
Wzięłam ostatniego macha, uśmiechając się do obrazu w mojej głowie i towarzyszącego mu uczucia.
- Przepraszam, pani magister. - Ktoś brutalnie wyrwał mnie z tego cudownego stanu. Chcąc nie chcąc musiałam otworzyć oczy.
Przede mną stał młody chłopak z lichym wąsem.
- Tak?
W myślach przywołałam się do porządku. Nie mogłam się tak zapominać, nie w tym miejscu i nie w tych czasach, kiedy jakiś pokrzywdzony student mógł mi zrobić zdjęcie z ukrycia i zrobić z niego mema. Na terenie uczelni musiałam zachować fason.
- Chciałem się dowiedzieć, czy czytała pani moją analizę scenariusza Krausa?
- Chyba nie, a gdzie ją umieściłeś? - Niegdy nie czytałam tych wszystkich bzdurnych uczelnianych portali i pisemek zbierających punkty.
- Nigdzie jeszcze, wysłałem pani do recenzji, właśnie po to, żeby się dowiedzieć, czy to się nadaje do publikacji.
Przypomniałam sobie, że faktycznie otrzymałam od niego maila, ale nie przeczytałam, zostawiłam oznaczonego jako "nieprzeczytane" i oczywiście zupełnie o nim zapomniałam.
- Tak, oczywiście, czytałam. Bardzo interesująca analiza.
- Naprawdę? - Ucieszył się.
Nie. Jakim cudem jakakolwiek analiza literacka może być interesująca? Od zawsze uważałam, że dzieła sztuki i efekty wszelkiej twórczości należy zostawić w spokoju. Delektujmy się nimi, cieszmy, czerpmy garściami, po co zaraz analizować, rozbijać na fragmenty, dekonstruować, korzystając z okazji, żeby się wymądrzać? To tak, jakby interpretować wodę w jeziorze. Jaka jest, wie każdy, kto się w nim zanurzy. Czytanie analiz to był jeden z bardziej znienawidzonych momentów mojej pracy, niezależnie czy to były analizy studentów, czy profesorów. Wszystkie śmiertelnie nudne i niemające nic wspólnego ze sztuką, czyli tym, czym chciałam się zajmować całe życie. A utknęłam na uniwersytecie, miejscu, które woli sztukę zawstydzać, obnażając ją, niż się nią delektować. Co za ironia!
- Oczywiście. Napiszę panu recenzję. - Na to słowo robiło mi się niedobrze. Jeszcze większe mdłości wywoływało we mnie hasło "dyskurs". Ble!
- Dziękuję, pani magister, to dla mnie bardzo ważne, dziękuję! - I odszedł śmiesznym krokiem w sobie tylko znanym kierunku.
Wrzuciłam niedopałek do popielniczki, przegoniłam resztki dymu i kosmatych myśli. Przywróciłam się do porządku i ruszyłam w kierunki wejścia.
- Cześć, dziewczyny! - Przywitałam się z koleżankami z pokoju, ale obydwie były czymś zajęte, bo tylko odmruknęły.
Powiesiłam płaszcz w szafie i wstawiłam wodę na kawę, rozcierając zziębnięte ręce. Patrzyłam to na czajnik, to na plecy koleżanek, zastanawiając się, czy zapytać, co się stało, czy lepiej nie wiedzieć. Ostatecznie zdecydowałam się na tę drugą opcję; jeśli będę się miała czegoś dowiedzieć, to na pewno ta informacja nie zostanie mi oszczędzona.
Nie myliłam się. Edyta wzdychała głęboko, licząc chyba na to, że zapytam, czemu jej tak ciężko.
Dorota odwróciła się od komputera
- Bolek wściekły od rana. Szukał cię. Był już tu dwa razy, wymownie patrząc na zegarek.
- A co go w dupę ugryzło? - Oburzyłam się. - Przecież zebranie zakładu jest dopiero w południe. Zajęcia mam za pół godziny. Chwila spóźnienia, a ten już się sadzi. Przecież nie ma nic pilnego.
- I tu się mylisz - obwieściła Dorota triumfalnie. - Nagła sytuacja, ale nic ci nie powiem. Nie chcę ci psuć niespodzianki.
- Nie denerwuj mnie! Mów natychmiast.
- Nie, lepiej żebyś się tego od niego dowiedziała, jeszcze coś przekręcę i będzie na mnie.
- Żebym ja ciebie nie przekręciła - mruknęłam.
- Lepiej idź do niego od razu - wtrąciła się nieśmiało Edyta.
Edyta zawsze wtrącała się nieśmiało, co było irytujące. Te jej wstawki "nie chcę być złym prorokiem, ale...", "nie chciałabym niczego przesądzać...", "ja tak, co prawda, nie uważam, ale niektórzy...", "jak doświadczenie niejednokrotnie pokazało...".
Ble!
Ten poranek zaczął się fatalnie i było coraz gorzej. Myślałam, że jak już uda mi się opuścić kipiący miłością i wzajemnym wsparciem dom, odhaczę psychicznie męczącą wizytę u ciotki Haliny, to odetchnę w pracy. Nic bardziej mylnego. Ktoś tam na górze rzucał mi kłodę za kłodą, a ja skakałam przez nie jak kozica górska, mimo nadwagi. Wiedziałam też, że w pewnym momencie się zmęczę i kolejnej nie przeskoczę, potknę się i padnę jak długa, wybijając sobie jedynki.
- Po co? Jak będzie coś chciał, to przyjdzie - stwierdziłam.
- Na twoim miejscu jednak bym poszła. - Edyta dalej wierciła mi dziurę w brzuchu.
- To idź! - odburknęłam.
- No co ty? Przecież powiedziała "na twoim miejscu". - Dorota jak zwykle była w formie. Mistrzyni oczywistości.
- Słyszałam, ale nie widzę powodu. Będzie coś chciał, to mnie wezwie do siebie.
- Jak sobie chcesz. - Dorota zrobiła obrażony dziubek i wróciła do przeglądania dokumentów. - Tylko nie mów potem, że nie ostrzegałam.
- Dobrze już, pójdę do niego. - Jednak udało im się wzbudzić mój niepokój. - Tylko kawę wypiję.
Zalałam fusy wrzątkiem i zdążyłam zaciągnąć się oparami, ale nie dane mi było wziąć nawet łyka. Drzwi się otworzyły i stanął w nich Bolek.
- O! Jest pani wreszcie - ni to stwierdził, ni to się zdziwił. - Może pani do mnie zajrzeć?
- Jasne, czy to pilne? - Marzyłam o tej kawie.
- Dość - stwierdził i wyszedł.
Edyta patrzyła na mnie z miną coś pomiędzy "a nie mówiłam" a "biedactwo!". Machnęłam ze zniecierpliwieniem ręką.
- No dobrze, już idę. Ciekawe jaki pożar trzeba tym razem ugasić. - Próbowałam żartować, ale dziewczyny zachowały swoją służbową ponurość.
Po chwili siedziałam w gabinecie Bolka, dla odmiany, w oparach dymu papierosowego. Podczas gdy zakaz palenia w miejscach publicznych obchodził niedawno swoje dziesiąte urodziny, uczelnia rządziła się swoimi prawami. W gabinetach profesorów panował taki sam wystrój i zapach, jak za czasów PRL-u. To mogło nawet mieć swój urok, który już mi się jednak dawno znudził. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą paczki moich cieniasków, którą kupiłam dziś rano, będzie mnie chciał poczęstować grubasem. Nie ma mowy, nie będę się katować.
- Pani nie pali, prawda?
- Palę, tylko...
- O, to niech się pani poczęstuje. Przyda się, żeby nerwy uspokoić.
Nerwy? Do tego momentu byłam całkiem spokojna, ale jego słowa wywołały we mnie niepokój. Poczęstowałam się i zapaliłam, krztusząc się i kaszląc.
- Na zdrowie - powiedział Bolek, mistrz faux pas.
- Dziękuję. - Też nie byłam lepsza, ale coś musiałam powiedzieć. Chrząknęłam. - Chciał pan profesor ze mną rozmawiać. Coś się stało?
- Stało się, kochana pani Wandziu, stało się.
W środku mnie coś zgrzytnęło, za każdym razem gdy nazywano mnie "panią Wandzią", czułam się, jakbym prowadziła punkt repasacji pończoch albo sklep z kiszonkami. Bądź co bądź byłam pracownicą naukową. Nie żeby mi specjalnie zależało na tytułach, ale ja się do niego nie zwracałam per "panie Maurycku", tylko "panie profesorze".
This is a man's world - zaśpiewał w mojej głowie James Brown.
- No to słucham. - Czas uciekał, a moja kawa stygła.
- Pani Wandziu, przyszła pani troszeczkę później, więc nie mam czasu na długie wstępy - nie mógł sobie podarować uszczypliwości - dlatego proszę pozwolić, że przejdę do meritum. Otóż sprawa dotyczy naszego divadilnego projektu.
- Jakiego?!
- Teatralnego, teatralnego oczywiście. A rzecz dotyczy teatru czeskiego, stąd językowy lapsus.
- Czeski błąd. - Wysiliłam się na dowcip.
- Otóż nie. Czeski błąd dotyczy liczb.
Może i dowcip nie należał do najmądrzejszych, ale Bolek też nie.
- No tak. Ale wróćmy do meritum. Projekt jak dotąd idzie gładko i można powiedzieć, że finiszujemy!
- Gratuluję!
- Ale jak to zwykle w życiu bywa, zostaliśmy zaskoczeni przez nieoczekiwane okoliczności. Pani Basia wylądowała w szpitalu.
- Jejku! Co się stało?! - Udawałam przejętą, jednocześnie rozpaczliwie próbując sobie przypomnieć, kim jest pani Basia. Na osiemdziesiąt siedem procent byłam przekonana, że chodzi o starszą panią z fioletowym barankiem na głowie. Co się stało tej biednej kobiecinie? Udar? Zawał? Cukrzyca? Niedoczynność albo nadczynność któregoś z organów?
- Będzie rodzić. - Ta informacja najpierw mnie zmroziła, ale zaraz uświadomiłam sobie, że pewnie nie o tę panią Basię chodzi. - Przed terminem.
- A na kiedy miała termin?
- Na sylwestra, a może nawet przesunęłoby to się na Nowy Rok. I takie założenia przyjęliśmy w naszym projekcie. Niestety nie da się tego przewidzieć. - Rozłożył ręce.
Profesor Bolkowicz odkrywał świat.
- No tak... ale o co chodzi? Mam zorganizować zbiórkę na prezent dla niej?
- O, to świetnie, że pani o tym pomyślała, pani Wandziu, ale to pieśń przyszłości. No, może nie tak odległej, może lada dzień, ale my tu mamy poważniejszy problem.
- Poważniejszy niż urodzenie dziecka? - Wzdrygnęłam się na samo wspomnienie moich porodów. Na szczęście miałam to za sobą.
- Może się niezbyt fortunnie wyraziłem. Pilniejszy dla Instytutu i dla projektu. Właściwie niecierpiący zwłoki. Osiemnastego grudnia wyjeżdża od nas de legacja do Pragi. Chcemy komisyjnie dobrać się do tych niedawno odkrytych rękopisów sztuk wielkiego czeskiego dramatopisarza.
- Którego? Havla?
- Nie. Niny Švec.
- Ale to kobieta...
- No tak.
- To nie powinno się powiedzieć "wielkiej czeskiej dramaturżki".
- Pani Wandziu, niech mi pani nawet nie mówi, że pani też jest zwolenniczką tych feministycznych udziwnień.
Oczywiście, że jestem. I nie uważam, że walka o zauważenie kobiet w języku polskim jest jakimś udziwnieniem. Ale nie było sensu mu tego tłumaczyć. W tamtym momencie starałam się zrozumieć, co on chce mi powiedzieć.
- Nina Švec? A to nie przypadkiem ta pisarka, która nigdy nie istniała? Którą wymyśliła grupa czeskich artystów? Zdaje się, że czytałam u Szczygła...
- Tak! To ta sama! - Bolek aż z uciechy zatarł ręce.
Nie bardzo rozumiałam jego szczęście. Skoro babka nigdy nie istniała, to kto jest autorem tych rękopisów? I dlaczego mielibyśmy się cieszyć z tego odkrycia? Przecież to klasyczna czeska ściema, zwana mistyfikacją. Ale nie zamierzałam w to wnikać, bo znając jego zachwyt tematem, gotów mi opowiedzieć całą historię, dokładnie, ze szczegółami, łącznie z biografią fikcyjnej artystki, a nie miałam na to całego dnia.
Spojrzałam dyskretnie na zegar wiszący na ścianie za jego fotelem. Nieubłaganie zbliżała się godzina, w której zaczynałam zajęcia. Muszę jeszcze zdążyć łyknąć moją czarną kawę, niechże on się streszcza.
- To cudownie... bardzo się cieszę, życzę powodzenia, jeśli mogę w czymś pomóc, to ja chętnie, bo zaraz...
- Dziękuję, pani Wandziu, serdecznie pani dziękuję! Zaraz panią dopiszemy i wszystko będzie się zgadzać.
- Co się będzie zgadzać? Do czego mnie dopiszecie? Nie rozumiem.
- No, delegacja. Osoby się będą zgadzać.
- Z czym? Z kim?
- Z projektem. Pani Basia nie może w tym stanie jechać, to oczywiste, a pani jest idealną kandydatką. Gratuluję!
W tamtym momencie przypomniałam sobie, o którą panią Basię chodzi. To ta cichutka, drobna blondyneczka z buzią dziecka. To ten typ osoby, której się nigdy nie zauważa i nigdy się o niej nie pamięta. Wydawało mi się, że mijałam ją niedawno na korytarzu, ale nie zauważyłam, że była w ciąży. Zawsze nosiła wielkie, workowate sukienki, jakby chciała się w nich jeszcze bardziej ukryć.
Otrząsnęłam się z rozmyślania o pani Basi, ponieważ właśnie wyszło na to, że zostałam wmanewrowana w zastąpienie jej na jakiejś delegacji. Trzeba było jak najszybciej się z tego wykręcić.
Zanim zdążyłam coś powiedzieć, Bolkowicz wstał i podał mi rękę jak zawsze w taki dziwny sposób, jakby chciał, żebym go w nią pocałowała.
Uścisnęłam i wyszłam w stanie szoku, nie do końca rozumiejąc, co się właśnie wydarzyło.
- I czego chciał? - zapytała Dorota, siorbiąc moją kawę.
- A ty co? - Podeszłam do niej i wyjęłam jej kubek z ręki, wylewając część na jej żółty sweterek.
- Oszalałaś?! - Wściekła się.
- Czemu ty pijesz moją kawę?
- Twoją? W moim kubku?!
- Ale przecież ja ją sobie zrobiłam!
- I zostawiłaś!
- Ale chciałam się napić przed zajęciami!
- Ale przez twoje szałapuctwo napije się mój blezer.
- Nie ma takiego słowa!
- Jak blezer?
- Jak szałapuctwo!
- Dziewczyny! Nie kłóćcie się! - jęknęła Edyta.
Spojrzałyśmy na siebie z Dorotą. W tym samym momencie zdałyśmy sobie sprawę z idiotyczności sytuacji i roześmiałyśmy się.
- Ciszej! Bo pomyślą, że u nas za wesoło i dowalą nam roboty - wyszeptała Edyta, czym rozśmieszyła nas jeszcze bardziej.
- Dobra, lecę na zajęcia. Przepraszam za sweterek, czy tam jak wolisz - blezer, mogę ci go wyprać.
- Daj spokój, mam pralkę przecież. Przepraszam za tę kawę, chwyciłam ją odruchowo.
- Luz.
- Leć, bo się spóźnisz i studenci ci uciekną. Tylko jeszcze powiedz, czego stary chciał od ciebie.
- No właśnie zaskoczył mnie i chyba zgodziłam się jechać na praską delegację...
- Super! Jedziemy razem! - zapiszczała Edyta.
Spojrzałam na nie i połączyłam fakty. To była ta delegacja, na którą one od dawna się szykowały, a ja cieszyłam się, że będę wtedy miała pokój dla siebie i dokończę pisać mój scenariusz teatralny, niepodglądana przez jedną i bez rozpaczliwych westchnień drugiej. To miał być mój czas.
Nagle sobie uświadomiłam, na co się nieopatrznie zgodziłam! Wyjazd za granicę przed samymi świętami, zimą, kiedy pociągi jeżdżą, jak chcą! A co z dziewczynkami, matką, Fafikiem i ciotką Haliną? Przecież Ignacy tego sam nie ogarnie! A kto kupi wszystko na święta, kto nagotuje i napiecze?
Nie ma mowy, nie mogę jechać! Muszę to jak najszybciej odkręcić!
Postanowiłam, że zrobię to zaraz po zajęciach.
Idąc po schodach, wymyślałam ważne powody, które przedstawię Bolkowiczowi. Nie może mnie przecież zmusić do wyjazdu. Co mi zrobi? Wyrzuci z pracy? Proszę bardzo. I tak to się pewnie tak skończy, bo coraz mniej wierzyłam, że mój doktorat kiedykolwiek powstanie. Nie miałam czasu, weny, pomysłu, ambicji i chęci.
Zamyślona weszłam na zajęcia.