Wysłuchajcie mnie. Autobiografia - Liza Minnelli, Michael Feinstein

-
Proszę czekać

Panie i panowie: Liza Minnelli

Michael Feinstein

Czasami trudno pojąć, jak wiele Liza znaczy dla ludzi. Wpłynęła na życie milionów - głęboko, prawdziwie, bardzo osobiście. Już sama wzmianka o niej potrafi wzruszyć, jakby chodziło o postać niemal mityczną. Rozmach jej kariery stawia ją wśród gwiazd, które nigdy nie zgasną, i nikt nie ma co do tego wątpliwości. Może poza nią samą.

Ta książka rodziła się w bólach. Nie chodzi o zbieranie materiałów, lecz niebywałą skrytość Lizy, która nie ujawnia wiele na swój temat - mimo otwartości na scenie i ekscentrycznego stylu, mimo że wszystkim się zdaje, że ją znają i mówią o niej po imieniu jak o przyjaciółce. Gdy ktoś rodzi się w blasku fleszy, tak jak ona - córka Judy Garland i Vincente'a Minnellego - wścibskie oczy towarzyszą mu na każdym kroku. Tak wygląda codzienność gwiazdy.

Ironia polega na tym, że choć na scenie daje z siebie wszystko i wszystkim się dzieli (a Bóg jeden wie, że naprawdę tak jest), druga twarz Lizy pozostaje starannie ukryta. To z pewnością zrozumiałe, bo uczyła się od najlepszych, jak zachować równowagę między życiem prywatnym a show-biznesem. Dlatego zawsze była ostrożna wobec dziennikarzy, a przy tym intuicyjnie wiedziała, jak dawać im to, czego chcą - sprawiać wrażenie otwartej, bez odsłaniania tego, co nie powinno ich obchodzić. Liza jest geniuszem manipulacji, co być może stanowi cechę wspólną wielkich artystów. Powiedziała kiedyś: "Gdy zamiast o twojej twórczości zaczynają pisać o twoim życiu prywatnym, przekraczasz granicę, zza której nie ma już powrotu". Ale właściwie kiedy nie pisali o jej życiu prywatnym?

Liza na trwałe zakorzeniła się w świadomości społecznej, podczas gdy inni mogą jedynie marzyć o takiej pozycji. Wciąż pozostaje na fali, nawet jeśli od lat nie wystąpiła w filmie, nie nagrała nowej płyty ani nie koncertowała. Czasem ma się wrażenie, że wszyscy chcą uszczknąć z niej coś dla siebie. Towarzyszyłem jej, gdy niechcący przyćmiła premierę pewnej sztuki teatralnej - przechodziliśmy akurat Czterdziestą Drugą Ulicą, gdy paparazzi ją zauważyli i puścili się za nią w pogoń, ignorując liczne gwiazdy na czerwonym dywanie. Uznali ją widać za bardziej łakomy kąsek.

Innym razem zaproponowałem kino, do którego mogłaby pójść incognito. "Żartujesz? - odpowiedziała. - To tak, jakbyś poszedł ze Statuą Wolności".

Zatem wie, a zarazem nie wie. W parze z niedorzecznym poziomem sławy idzie prosta, spokojniejsza codzienność, kiedy Liza zastanawia się, co osiągnęła, i często ma poczucie, że nie ma tego zbyt wiele. Może to naturalne i zdrowe. Jest w niej rozbrajająca normalność, która nie współgra z aurą supergwiazdy. Chyba że ją zdenerwujesz - wtedy uważaj! Liza jest Włoszką i lepiej o tym pamiętaj. A potem ugotuje jedną ze swoich ulubionych potraw i wszystko zostanie wybaczone.

Jako fenomen kulturowy jest wszechobecna niczym Zelig - jej ścieżki przeplatają się ze ścieżkami innych kultowych postaci, niekiedy w kluczowych momentach historii współczesnej. Wzmianki o niej znajdują się we wszystkich możliwych środkach przekazu: artykułach, książkach, pracach dyplomowych, na forach internetowych, długo by wymieniać... i każdy ma swoje zdanie. Ludzie, którzy wiedzą o naszej zażyłości, pytają mnie często ściszonym, niemal konspiracyjnym tonem: "Jak tam Liza?". Nie wiem, co spodziewają się usłyszeć, ale liczą na poufne informacje. Fascynacja jej osobą - i stawiane jej oczekiwania - to część zawodu. Przeważnie jest zadowolona ze swojego życia i bierze je na luzie. Zawsze tworzy, zawsze wychodzi poza ramy oszałamiającymi pomysłami, które od początku stanowią źródło jej geniuszu. Tak jest nieustannie. Pomysły są różne, czasem szalone, lecz bez względu na rozmach planu Liza niezawodnie nadaje mu realne kształty. Dzieciństwo w wytwórni MGM popłaca.

Jej wizerunek w popkulturze jest fascynujący i często zróżnicowany, w zależności od perspektywy tego, kto składa jej hołdy. "Liza gasi lampę" (Liza Turns Off a Lamp), skecz Kristen Wiig dla Saturday Night Live, bawi wielu do łez, i w porządku... ale dla mnie nie ma w nim nic zabawnego, gdyż nie widzę w nim prawdziwej Lizy, którą znam, a jedynie karykaturę jej postaci. Liza musi akceptować takie rzeczy i się z nimi godzić, i na ogół to czyni. W końcu widziała to na przykładzie matki, nim zaczęło dotykać ją samą, lecz niełatwo oglądać siebie graną przez kogoś innego i nie mieć nad tym żadnej kontroli. I nie dostawać za to ani centa. Kochała Petera Allena, ale trzymała się z dala od The Boy from Oz, broadwayowskiego musicalu o jego życiu. Kiedyś zapytałem Lizę o zdanie na temat aktorki, która grała ją w czymś innym. "Ma za duży tyłek", stwierdziła tylko. Priorytety. Jej liczne naśladowczynie piszą list miłosny, ilekroć przyklejają sobie rzęsy Sally Bowles, nie licząc garstki tych, które robią to złośliwie, co rani jej uczucia. Wiedziałem, że będzie miała problem z serialem Halston, przedstawiono ją bowiem w krzywym zwierciadle pod istotnymi dla niej względami. Ewan McGregor wlał w tę rolę serce i duszę, i Liza chętnie się z nim spotkała na rozmowę o Halstonie, więc nie o to chodziło. Poszło o scenariusz. Dla przykładu: w pierwszym odcinku widzimy Lizę występującą w tercecie w małym klubie, w komicznie niekorzystnym kostiumie, jakby nie miała żadnego wyczucia stylu. Halston siedzi na widowni, poznają się i zostaje jej modowym guru - radykalnie zmieniając jej image i stając się częścią ekipy, która stworzyła jej firmowy wizerunek. Wcale tak nie było. Prawda wygląda tak, że kiedy się spotkali, Liza miała już za sobą występ w telewizji oraz w Persian Room w hotelu Plaza i grała w nocnych klubach w całym kraju, a nawet w Paryżu. Wiedziałem, że wkurzy ją tak prześmiewczy obraz własnej osoby, ponieważ od początku kariery nosiła piękne ubrania, nawet gdy nie wypracowała sobie jeszcze indywidualnego stylu. W istocie przedstawiła ich Kay Thompson, gdy Lizę urzekła suknia na manekinie w Bloomingdale's i wspomniała o tym Kay, która znała projektanta. Po kilku dniach zabrała Lizę na spotkanie z człowiekiem, którego Minnelli nazywała później "H".

I tak to wyglądało, raz za razem, portret za portretem, bez związku z rzeczywistością i szansy na sprostowanie. Latami proszono Lizę o napisanie książki. Pieniądze nie miały znaczenia (nawet kiedy miały). Chodziło o prywatność i zachowanie pewnych spraw tylko dla siebie. Zrozumiała jednak, że jeśli nie przedstawi własnej wersji, pozostanie tylko cudza wersja. Stworzenie autobiografii wymagało niesłychanej odwagi i zaufania, i jestem pod wrażeniem zarówno jej osiągnięć, jak i drogi, którą w tym celu pokonała.

Poznaliśmy się ponad czterdzieści lat temu. To była szaleńcza jazda, gdyż zmieniła moje życie nie do poznania i brak mi słów, aby jej za to podziękować. Zawsze była promotorką talentów. Pomogła w karierze wielu osobom. Przekonała ojca, aby obsadził w swym kolejnym filmie George'a Hamiltona, torując mu tym samym drogę do gwiazdorstwa. Wystąpiła tam również wspaniała piosenkarka Leslie Uggams, ponieważ Liza uwielbiała jej śpiew i namówiła ojca, aby uwzględnił ją w scenie w nocnym klubie w Dwóch tygodniach w innym mieście. Randy Newman został odkryty przez Lizę na początku kariery, lansowała go, gdzie tylko mogła. Długo by wymieniać. Zawsze używała swoich wpływów, aby pomagać innym. Mnie też pomogła.

Jeszcze zanim się poznaliśmy, miałem poczucie, że jest moją daleką kuzynką, gdyż przyjaźniłem się już z jej ojcem, bliskim przyjacielem Iry i Lee Gershwinów, dla których pracowałem. Często spotykałem Vincente'a, który dużo o niej mówił. Kiedy wreszcie nawiązaliśmy bliższą znajomość na imprezie bożonarodzeniowej u jej ojca (gdzie grałem na fortepianie), oznajmiła mi, że od teraz jesteśmy jak bliźnięta syjamskie. Nie wierzyłem jej, ale mówiła prawdę. Moje życie zmieniło się nie do poznania i nie wyobrażam go sobie bez niej. Od początku dawała wyraz swojej przyjaźni: zorganizowała wielkie przyjęcie, aby rozkręcić moją karierę, i przedstawiała mnie ludziom na prawo i lewo, opowiadając im, jaki to jestem świetny. Kiedy podczas nagrywania wczesnego albumu poprosiłem ją o duet, przyleciała na jeden dzień z Rzymu, żeby nagrać wokal, i zaraz odleciała z powrotem! Jej prezenty świąteczne nigdy nie są banalne, lecz zawsze przemyślane i wyjątkowe.

Liza ma wielkie serce i wszystkim okazuje szacunek, zna się na ludziach i rozumie ludzką naturę we wszystkich jej niedoskonałych przejawach. Patrzy człowiekowi w oczy i potrafi go przejrzeć na wylot, kierując się wyostrzoną intuicją. Zawsze znajduje odpowiednie słowo i wie, kiedy mi źle, po samym dźwięku mojego głosu. Jest psychoterapeutką - naprawia ludzi, serio - i umie rozładować atmosferę swoim pragmatyzmem, pokazując, że takt i zrozumienie to niezawodny sposób rozwiązywania problemów. Nie zliczę, ile razy pytałem ją o zdanie na jakiś temat, bo nie owija w bawełnę i od razu przechodzi do sedna. Nigdy nie ujęła tego wprost, ale jej podejście do innych świadczy o przekonaniu, że wszyscy jesteśmy tacy sami, bez względu na to, jak się ubieramy i wyglądamy. Ma silne poczucie wspólnoty i zawsze wie, co powiedzieć, aby ludzie się lepiej poczuli. W takich chwilach jest mi najbliższa. Dzięki niej robię rzeczy, na które sam nigdy bym się nie zdobył; pokazała mi, że strach można rozproszyć czynem i wiarą we własne siły - bo strach to jej nieodłączny towarzysz i mierzy się z nim całe życie, być może po to, aby świecić przykładem.

Mimo upływu lat jej bliskość nadal przyprawia mnie o dreszczyk emocji, bo wciąż zaskakuje swoim spojrzeniem na życie i nigdy nie wiem, czego się spodziewać. Kieruje się mądrością i pragmatyzmem i nie może przeboleć, że za sprawą jej charyzmy scenicznej oraz medialnego wizerunku nieco szurniętej niektórzy (pochopnie) uważają ją za powierzchowną. "Powiedz ludziom, jaka byłam zabawna", mówi, gdy śmieję się z jej żartu, a kiedy chwalę jej mądrość, okazuje szczere zdziwienie. Ale w chwilach największego opanowania bywa niczym mistrz zen. Wiem, co mówię, bo zna się na tym jak nikt. Czy byłaby tak szczera na scenie bez dogłębnej autorefleksji? Nerwy skrywają opokę pewności siebie, i może te dwie strony czasem ze sobą wojują, lecz koniec końców prawdziwsza zawsze bierze górę. Publiczny wizerunek Lizy nie uwzględnia jej zniuansowanej wizji życia i miłości, ale prywatność zawsze była prywatnością. To dla niej wielki krok, opowiedzieć tyle o sobie i uchylić rąbka tajemnicy, lecz w miarę upływu lat ukształtowała swój pogląd na to, co chciałaby ujawnić.

W muzyce posiada niebywałą zdolność wychwytywania dźwięków, które umykają innym. Podczas jednej z prób swojego zespołu usłyszała niewłaściwą nutę w utworze granym po raz pierwszy. Aranżer i dyrygent przekonywali, że wszystko jest w porządku, ale Liza się uparła. Okazało się, że miała rację. Co za ucho! Słyszy w głowie całe aranżacje, spontanicznie wpada na genialne pomysły, po czym realizuje je ze swoją oddaną ekipą. Dzięki niej poznałem wiele sztuczek. Nauczyła mnie tajników kompozycji, tworzenia elementu zaskoczenia w finale utworu, wzbudzania uczuć, nadawania tekstowi świeżości, swobodnego poruszania się na scenie (po dziesięciu latach mojej kariery muzycznej!) i traktowania słuchaczy jak swoich bliskich, dzielenia się z nimi muzyką zamiast samego im śpiewania. Jest niezrównaną nauczycielką, gdyż uwielbia dzielić się swoją sztuką i dodawać innym otuchy. Bóg jeden wie, ile razy podniosła mnie na duchu i nadal podnosi. Najbardziej lubi siedzieć przy fortepianie i śpiewać bądź uczyć się nowej piosenki, którą minnellizuje. Wciąż nie brak jej inwencji i uwielbia wymyślać kolejne niespodzianki dla wielbicieli.

Życie Lizy jest pełne przyjaźni, śmiechu i emocji, bo ona właśnie tak postrzega świat. Poczucie humoru z pewnością pozwoliło jej przetrwać trudne chwile, co uważa za zasługę swoich rodziców. Nauczyła mnie nie traktować wszystkiego zbyt poważnie, niestrudzenie brnąć naprzód i nigdy nie wątpić w siebie. Zaraziła mnie tą filozofią, dzięki niej odnalazłem lekkość i spełnienie. Jak mogę się za to odwdzięczyć? Mam nadzieję, że przekazując jej pozytywną energię i czyniąc dobro za sprawą sztuki, ale również na mniejsze, ludzkie sposoby, tak jak ona. Liza żyje każdą chwilą, bo każda chwila ma dla niej znaczenie, czym dzieli się z wami w niniejszej książce. Obyście doświadczyli jej niezwykłej aury, ponieważ można się wiele nauczyć z tego, jak czerpie z życia i pokonuje kolejne przeszkody, których los jej nie szczędził. Nadal tu jest i niejednym nas jeszcze zaskoczy.

Wypijmy za radosny kabaret życia widziany oczami mojej przyjaciółki Lizy!

Prolog

Wysokie i niskie tony

Wyobraźcie sobie następującą scenę: mam dziewiętnaście lat i siedzę w sali balowej nowojorskiego hotelu Astor w najważniejszy wieczór dla Broadwayu. Ogłaszają laureatów Nagrody Tony i nie mogę uwierzyć w to, co się właśnie stało. Bert Lahr, Tchórzliwy Lew mamy z Czarnoksiężnika z Oz, wyczytał moje nazwisko. Zdobyłam Nagrodę Tony dla najlepszej aktorki w musicalu. Jestem córką Doroty, najmłodszą osobą, która dostąpiła tego zaszczytu.

Niesamowite, co chodzi człowiekowi po głowie w takiej chwili. Nie wiecie, ile to dla mnie znaczy, bo dokonałam tego własnymi siłami. Zawsze będę córką Judy Garland i Vincente'a Minnellego, i jestem z tego cholernie dumna. Mama jest jedną z najbardziej cenionych, kochanych i kultowych artystek na świecie. Papa to nowatorski reżyser, który zmienił oblicze kina. (Zwykle nazywam go "tatusiem", ale w tej książce będzie papą). Może i pracował za kamerą, ale on też mnie ukształtował. Jak to mawiają młodzi, byłam "OG nepo baby". Dziś przynajmniej mam własną tożsamość.

Brawa się wzmagają, gdy z mętlikiem w głowie wybiegam na scenę. Słyszę w myślach słowa A Quiet Thing, pięknego utworu, który śpiewam co wieczór jako odtwórczyni głównej roli w spektaklu Flora the Red Menace. Do dziś to moja ulubiona piosenka.

Kiedy nadchodzi dzień,

Gdy spełnia się twój sen,

Wszystko spowija cisza,

Cisza jak makiem zasiał.

Szczęście przychodzi nad ranem,

Nie czeka na wezwanie.

Szczęście nie krzyczy z afisza,

Ono jest tam, gdzie jest cisza.

Pokrótce dziękuję osobom, które mi to umożliwiły - kompozytorowi Johnowi Kanderowi, autorowi tekstu Fredowi Ebbowi, producentowi Halowi Prince'owi, reżyserowi George'owi Abbottowi i Bobowi Dishy'emu, odtwórcy głównej roli męskiej. Ślę zarazem wiadomość tym, którzy mówili, że nigdy nie dorównam mamie. A kto mógłby jej, do cholery, dorównać? W ten niesamowity wieczór moja przyszłość maluje się w radosnych barwach. I mimo lęku, że wszystko może zostać mi odebrane w jednej chwili, naprawdę chcę w nią wierzyć.

Nie mogę się doczekać, kiedy zadzwonię do papy do LA, bo wywodzi się z magicznego świata teatru. W tamtych czasach nie mieliśmy komórek, więc wrzucam monety do automatu w holu i dzwonię z urządzenia, którego wielu z was nie widziało na oczy. Nazywaliśmy je budką telefoniczną. Dzieci, jeśli nie wiecie, co to jest budka telefoniczna, sprawdźcie w internecie.

Myślę również o mamie, do niej też zadzwonię. Wiem, że będzie zachwycona, choć nie dawała mi szans na wygraną. Zanim ją osądzicie - ja to rozumiem. To nie był dla niej łatwy wieczór. Życie mamy nie zawsze było beczką śmiechu, mimo jej niezrównanego poczucia humoru. Spędza ten wieczór w kalifornijskim szpitalu z powodu "reakcji alergicznej" na koktajl przepisywanych jej leków. (Rano miałam do niej lecieć, ale mama wypisze się ze szpitala i poleci do Las Vegas na występ w Thunderbird Hotel). Zapewnia, że czuje się sto razy lepiej.

Szpitale to jej codzienność. Jest jak nasza ukochana przyjaciółka rodziny, Elizabeth Taylor. Szpitale są dla nich drugim domem.

Prawda jest taka, że mama zawsze chciała zagrać główną rolę w przedstawieniu na Broadwayu, ale nigdy nie miała okazji. Dlatego moją radość mąci jej rozczarowanie, jej niespełnione ambicje. Ja, nastolatka, dokonałam tego, co jej się nie udało. Gdy wreszcie podnosi słuchawkę, jest czuła i serdeczna.

Mawiam, że motywację mam po mamie, a marzenia po papie. Ich talenty połączyły się tego wspaniałego wieczoru. Zawsze rozpiera mnie duma, że jestem ich córką, a dziś nareszcie duma rozpiera mnie także z tego powodu, że jestem mną. Za sprawą Nagrody Tony zyskałam coś, czego nikt mi nie odbierze. Nad moją głową rozpościera się błękitne niebo.

No bo cóż mogłoby pójść nie tak?

Hm, człowiek dorasta i nabiera rozumu, więc lepiej nie zadawać tego pytania! Przecież nie mogę wiedzieć, że wraz z nagrodą otrzymuję cały bagaż dorosłości. Owszem, kolejne lata będą magiczne. Dostanę jeszcze trzy nagrody Tony i dwie nominacje do Oscara, którego mi wręczą za główną rolę w Kabarecie. Zdobędę Emmy za Liza with a Z i Nagrodę Grammy Legend, dzięki czemu w 1990 roku zostanę najmłodszą laureatką EGOT (Emmy, Grammy, Oscar i Tony) w historii. Odniosę ogromny sukces, robiąc to, co kocham. I poznam fascynujących ludzi.

Ale to jedynie część mojej opowieści.

Tamtego wieczoru w Nowym Jorku, ponad sześćdziesiąt lat temu, nie mogłam wiedzieć, że zaledwie czterdzieści osiem miesięcy później moja matka umrze w wyniku nieumyślnego przedawkowania leków... że będę kilkadziesiąt lat wypruwać sobie żyły, aby utrzymać zarówno rodzinę, jak też oszustów i naciągaczy, gotowych oskubać mnie z pieniędzy do ostatniego centa... że któregoś dnia, pijana i naćpana, stracę przytomność na ulicy w drodze do mojego pięknego mieszkania przy Upper East Side.

To się naprawdę wydarzyło. Ludzie, którzy tamtego październikowego dnia w 2003 roku przechodzili nade mną i pędzili dalej Lexington Avenue, mieli w nosie, kto leży na chodniku. Chciałabym móc wam powiedzieć, że to był jedyny raz, kiedy urwał mi się film. Bardzo bym chciała. Wiem tylko, że ilekroć upadałam, zawsze się podnosiłam. I dlatego nadal tu jestem.

Któż mógł wiedzieć, że po latach wykryją u mnie zapalenie mózgu? Jego powodem może być ugryzienie komara. A także nadużywanie leków, jak w moim przypadku. Można zapaść w śpiączkę, no i oczywiście umrzeć. Lekarze mówili, że nie będę chodzić ani śpiewać. Dziennikarze pisali mi nekrolog. Nie znali jednak mojej motywacji i nie żyli moimi marzeniami.

W końcu wyszłam z tego koszmaru. I teraz, kiedy to piszę, od jedenastu lat żyję w trzeźwości. To moje największe osobiste zwycięstwo. Ale uprzedzam: nie mówię o wielkim zwycięstwie nad uzależnieniem. Osoba uzależniona zawsze jest na odwyku albo umiera. Możesz zerwać z nałogiem, lecz on zostaje z tobą na zawsze, czyha na twoje potknięcie. Nigdy nie pozbywasz się go całkowicie.

Dla mnie i milionów innych ludzi nałóg jest chorobą. Czymś, co masz we krwi i nad czym nie panujesz, katastrofą odciśniętą w twoim DNA. Nie dotyczy to wszystkich uzależnionych, ale tak było ze mną. Po latach wreszcie to rozumiem. Przez całe dorosłe życie wojowałam z czymś, co dzisiaj nazywamy SUD, zaburzeniami związanymi z używaniem substancji psychoaktywnych. To choroba, stan spowodowany fizycznymi i psychicznymi predyspozycjami, które mogą prowadzić do nadużywania narkotyków i alkoholu. Odziedziczyłam go po mamie, podobnie jak moja siostra Lorna i mój brat Joey, a ona po swoich rodzicach. To nasze dziedzictwo, podobnie jak jej poczucie humoru.

Jak miliony osób dzień w dzień toczę walkę z tą chorobą. Nie wierzcie nikomu, kto twierdzi, że ją pokonał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bo nie pokonał. Nie może. Osoba uzależniona stale musi mieć się na baczności. W przeciwnym razie grozi jej nawrót.

To nieodłączna część mojego życia, tak jak bycie artystką. I nie jestem w tym odosobniona. Doniesienia Światowej Organizacji Zdrowia są przerażające: blisko trzysta milionów ludzi między piętnastym a sześćdziesiątym rokiem życia stosuje substancje psychoaktywne, co prowadzi do prawie sześciuset tysięcy zgonów rocznie. Alkoholizm, również należący do tego rodzaju zaburzeń, niszczy prawie czterysta milionów osób rocznie. I ta liczba stale rośnie. Od początku pandemii COVID-19 ludzie coraz częściej sięgają po szkodliwe substancje - od opioidów po metamfetaminę.

Jeśli dotyczy to ciebie i nie poszukasz pomocy, zginiesz. To jeden z najważniejszych powodów, dla których dzielę się z wami moją historią. Mam osiemdziesiąt lat i wielkie szczęście, że żyję. Większość osób z SUD nie dożywa tego wieku. Ale dzięki opiece i leczeniu mamy szansę na przeżycie. Modlę się, aby moja historia ci pomogła, jeśli ty albo ktoś z twoich bliskich zmagacie się z tym podstępnym problemem1.

Tamtego pamiętnego wieczoru w 1965 roku nie było nikogo, kto by mi powiedział, że moje życie przez kolejne sześć dekad będzie niczym napisane dla mnie piękne piosenki: zlepkiem oszałamiających wzlotów i zatrważających upadków.

Mama i ja wybrałyśmy inne ścieżki w swojej twórczości. Ona w dużej mierze polegała na współczuciu. Dzięki niemu utrzymywała się na powierzchni, choć nie była postacią tragiczną, jak się powszechnie pisze. Mama była fantastyczna. Od słuchaczy domagała się miłości i wsparcia, niczym anioł o złamanych skrzydłach. I wszyscy ją za to kochali. Ale ja nigdy tego nie chciałam. Przychodzę do ludzi z całkiem innego miejsca. Jestem wesoła z natury i chcę zarażać radością i nadzieją. Chcę podnosić na duchu.

Nigdy nie śpiewam dla publiczności. Śpiewam dla was. I zwracając się do was, pytam - czy kiedykolwiek przeżyliście coś podobnego? To chwila głębokiego porozumienia. Chcę, żebyście pod koniec występu wiedzieli, że razem idziemy przez życie. Oto, jak nawiązuję kontakt.

Niniejsza książka to prawdziwa historia mojego dotychczasowego życia. Ale spokojnie - ma szczęśliwe zakończenie! Dziś jestem bezpieczna, mieszkam sobie beztrosko w Los Angeles. Po raz pierwszy nic mnie nie uwiera. Latami nie byłam zainteresowana powrotem do przeszłości. Mimo towarzyskiej natury strzegę swojej prywatności i mówiłam znajomym, że mogą o mnie napisać, jak umrę. Nie chciałam nawet, aby dużo osób przemawiało na moim pogrzebie, jeśli do niego dojdzie. Wystarczy, jeśli wspaniali muzycy i wokaliści zaśpiewają moje piosenki, które pokochaliście.

Teraz, na tych stronach, podzielę się z wami tym, co latami ukrywałam. Nie dla zarobku. W końcu osiągnęłam stabilność finansową, bardzo dziękuję! Nie, żeby wyrównać rachunki. Uznałam, że macie prawo usłyszeć prawdę. I macie prawo usłyszeć ją ode mnie, a pomoże mi ją opowiedzieć mój najlepszy przyjaciel.

Michael Feinstein to prawdziwa miłość mojego życia. Dzięki niemu osiągnęłam spokój, poczucie bezpieczeństwa i szczęście, jestem wolna od trosk, które niegdyś mnie nękały. Przyjaźnimy się od czterdziestu lat. Często się widujemy i prawie codziennie razem śpiewamy. Żartujemy, gawędzimy i odbywamy próby, ilekroć mamy ku temu okazję. Gadamy przez telefon, nawet kiedy jest w trasie koncertowej. Poprawka: nie tylko gadamy. Śmiejemy się do rozpuku.

Przerzucamy się żarcikami. Jedno kończy zdanie drugiego. Przy Michaelu zawsze jestem szczera i uśmiechnięta. Cholera, gdyby nie był gejem i nie miał męża, Terrence'a Flannery'ego, dobrego człowieka i biznesmena, jeszcze dziś bym za niego wyszła. (Kiedyś mnie to nie powstrzymywało). Michael pomógł mi stopniowo odbudować moje życie. Jeśli słuchacie audiobooka, usłyszycie nagrania naszych rozmów. Niektóre mogą nie nadawać się dla dziecięcych uszu. W Casa Minnelli bywa grubo. Cóż, tak wygląda życie w show-biznesie - przynajmniej moje. Życzę dobrej zabawy.

Michael był przy mnie w 2022 roku, gdy ktoś, komu niegdyś ufałam, kogo dopingowałam i uważałam za przyjaciela, pozbawił mnie godności i zaszkodził mi podczas ceremonii wręczania Oscarów. W dniu, gdy poproszono mnie o współwręczenie nagrody dla najlepszego filmu, dla upamiętnienia pięćdziesiątej rocznicy mojego ukochanego Kabaretu, na oczach milionów widzów. Opowiem wam, co naprawdę się wtedy wydarzyło.

Usłyszycie też z najlepszego źródła o moich czterech małżeństwach, które nie wytrzymały próby czasu - w tym z mężczyznami, o których homoseksualnej orientacji nie miałam pojęcia. Społeczność LGBTQ+ zawsze okazywała mi wielką życzliwość, dlatego na początku tych związków nie przywiązywałam do tego szczególnej wagi, liczyła się tylko miłość. Mamę i papę otaczało liczne grono gejów, mnie również. Ostatni mężczyzna, za którego wyszłam, okazał się zdrajcą i złodziejem. Nie wiem, gdzie ja miałam głowę. Cóż to była za horrendalna pomyłka.

Poznacie też moją prawdę o relacjach z rodzicami. Owszem, mama była niesłychanie zabawną, czułą i kochającą matką, duszą każdej imprezy. Bywało jednak, że po imprezie wieziono ją do szpitala, bo próbowała się zabić. Zmagałam się z bólem i traumą jej hospitalizacji - i wydzielałam jej leki - w wieku, gdy większość dzieci jeździ na trójkołowych rowerkach.

Opowiem wam o tym wszystkim przy ogromnym wsparciu Michaela. Przekazałam mu dokumenty z kilku dekad i nagraliśmy ponad sto godzin rozmów. Ufam mu bezgranicznie.

Miałam szczęście trafić pod skrzydła zdolnych ludzi, którzy wsparli mój rozwój artystyczny. To samo dotyczy pisania niniejszych wspomnień. Michael i ja mieliśmy szczęście korzystać z pomocy Josha Getlina, wieloletniego korespondenta "Los Angeles Times" i szefa filii nowojorskiej, oraz Heidi Evans, laureatki Nagrody Pulitzera i dawnej współpracowniczki "New York Daily News" i "Wall Street Journal". Przez ostatnie dwanaście lat służyli nieocenionym wsparciem podczas spisywania historii mojego życia.

A było to życie pełne wysokich i niskich lotów. I mając już z górki, mogę śmiało powiedzieć, że przeżyłam je, jak należy. Niczego nie żałuję. Wcale. Przykro mi jedynie, jeśli kogoś zraniłam, przypadkowo albo bezmyślnie. Przyjmijcie moje szczere przeprosiny.

Takie oto myśli i uczucia towarzyszą mi na początku tego memuaru. A więc zapnijcie pasy i trzymajcie się foteli, bo czeka was ostra jazda. Dziś, ilekroć powracam myślą do tamtego wieczoru, gdy w wieku dziewiętnastu lat zdobyłam Nagrodę Tony, kołacze mi się w głowie to samo pytanie: Jak się tu, na Boga, znalazłam?

1 Jeśli potrzebujesz pomocy i szukasz wsparcia dla siebie lub bliskiej ci osoby, zadzwoń pod numer: 800 199 990 - Ogólnopolski Telefon Zaufania "Uzależnienia" (infolinia czynna codziennie od 16.00 do 21.00); 22 823 65 31 - Telefon Zaufania Uzależnień Stowarzyszenia MONAR (infolinia czynna w dni powszednie od 9.00 do 21.00); 800 702 222 - Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym (infolinia czynna codziennie całą dobę). Informacje o dostępnym wsparciu znajdziesz także na stronie: https://kcpu.gov.pl.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dorastanie w paszczy lwa MGM

12 marca 1946 roku, Los Angeles

Wdniu, kiedy urodziłam się w szpitalu Cedars of Lebanon, robiono mi zdjęcia. Dużo zdjęć. Rodzice świętują w ten sposób narodziny dzieci. I te zdjęcia lądują zwykle na ścianach w dużym pokoju i na regałach z książkami.

Moje również wylądowały. Ale też pofrunęły w świat.

Wszyscy żyli i żyją w przekonaniu, że wiedzą o mnie wszystko, chociaż nie wiedzą. Bo skąd mieliby wiedzieć? Nie bez powodu przez całe życie strzegłam swojej prywatności. Ta książka odsłoni tajemnice, którymi nie miałam zamiaru się dzielić. Stopniowo dowiecie się, dlaczego.

Jestem córką Vincente'a Minnellego, jednego z najważniejszych reżyserów wszech czasów, i Judy Garland, legendy dwudziestego wieku, która wciąż inspiruje wielu twórców. Podobnie jak wielu rodziców, godzinami snuli rozważania nad moim imieniem. Sposób, w jaki podjęli tę decyzję, mówi wiele o środowisku, w którym przyszłam na świat.

Pewnej nocy, już w zaawansowanej ciąży, mama usiadła na łóżku, zbudziła papę i oznajmiła:

- Vincent, Liza, jak w piosence Gershwina. Liza Minnelli! Liza Minnelli! To będzie świetnie wyglądać na afiszu!

- To może May na drugie, po mojej mamie? - zaproponował papa.

Mama się zgodziła i po chwili znowu spali.

I już! Liza May Minnelli. Kości zostały rzucone. Od początku przewidywali dla mnie życie w blasku reflektorów, artykuły, filmy i rozgłos. W dniu narodzin 12 marca 1946 roku nie miałam pojęcia o wiązanych ze mną oczekiwaniach. Dowiedziawszy się o tradycjach rodzinnych, postanowiłam im sprostać. Oboje rodzice byli związani z wodewilem od pokoleń. Mama urodziła się na walizkach jako najmłodsza z trzech sióstr Gumm koncertujących w całym kraju. Papa urodził się w namiocie, jako dziecko trupy teatralnej Minnelli Brothers' Tent. Jego włoskie korzenie sięgają setek lat wstecz.

Nie trzeba być geniuszem, aby zgadnąć, że pójdę w ich ślady.

Papa żartował, że moja kariera w show-biznesie jest przesądzona. Mama początkowo była sceptyczna. Wprawdzie widziała moje imię na afiszu, próbowała jednak uchronić mnie przed błyskiem fleszy. W końcu niechętnie dała za wygraną i wypuściła mnie na scenę w młodym wieku. Zawsze wyczuwałam w niej to rozdarcie. Nadal czasem się zastanawiam, co naprawdę myślała o moim talencie. Papą się nie martwiłam, bo jego zdaniem zawsze wypadałam znakomicie. Tak to już jest, kiedy człowiek ma sławnych rodziców. Pytanie tylko, czy dziecko ma talent. Trzeba to sprawdzić! Jak człowiek za dużo się nad tym zastanawia, nabawi się kompleksów. (Z biegiem lat i tak nie byłoby to dla mnie wielkim problemem). A jednak po każdym występie wciąż się zastanawiałam, czy jestem wystarczająco dobra. I co powiedziałaby mama?

W dniu, gdy rodzice przywieźli mnie do domu ze szpitala, Hollywood było jeszcze przyjazną okolicą. Bardziej społecznością lokalną niż globalnym hubem medialnym. Nasz dom przy Evanview Drive, tuż nad Sunset Boulevard, Bulwarem Zachodzącego Słońca, był dwupiętrową perełką z boskim widokiem na wzgórza. Cedars of Lebanon był tylko miejscowym szpitalem. Dopiero później stał się uznanym Cedars-Sinai Medical Center.

Na przestrzeni lat moja rodzina zajmowała kilka domów na Hollywood Hills, a w sąsiedztwie mieszkało wielu rodziców dorównujących sławą moim. Bawiłam się z dziećmi gwiazd, producentów i reżyserów. Mieszkaliśmy obok takich sław jak Humphrey Bogart, Lauren Bacall, Lana Turner, Fred Astaire, Bing Crosby, Art Linkletter oraz autor tekstów Ira Gershwin, brat George'a. Wujek Ira, jak go nazywałam, był moim ojcem chrzestnym. Od kołyski uczyłam się od najlepszych. Mama wybrała mi imię, ale to wujek Ira napisał utwór, na którego cześć zostałam nazwana:

Lizo, Lizo, dzień dziś ponury,

Ale twój uśmiech rozprasza chmury.

Dla osób postronnych był to świat z bajki. Ale my, dzieci, nie mieliśmy pojęcia, że nasze życie jest wyjątkowe. Nie mieliśmy go z czym porównać. Przypominało to dzieciństwo w dzielnicy fabrycznej, tyle że nasi rodzice wstawali rano, dzwonili do swoich agentów, całowali nas na pożegnanie i jechali do pracy w wytwórni MGM.

Ile pamiętacie z najwcześniejszego dzieciństwa? Ja mam garść wspomnień, które przenoszą mnie w odległe czasy i miejsca. Do spokojniejszego świata. Pamiętam popołudnia w Beverly Gardens Park i przebieranki z przyjaciółkami - Mią Farrow i Candy (Candice) Bergen. Podsłuchiwałyśmy nasze piastunki - owszem, miałyśmy piastunki - plotkujące o kontraktach filmowych i Oscarach. Podobne rozmowy słyszałyśmy w domu, w restauracjach oraz lokalnych sklepach, a także gdy nasi rodzice wpadali na znajomych na ulicy.

Mia i ja znamy się od kołyski, to jedna z moich najdawniejszych i najserdeczniejszych przyjaciółek. Jej tata John Farrow był szanowanym reżyserem, a mama Maureen O'Sullivan nagradzaną aktorką. Nigdy nie zapomnę, jak Mia zachorowała na polio i niektórzy nie pozwalali swoim dzieciom się z nią bawić. Z moimi rodzicami było inaczej. Staliśmy za nią murem i się nie baliśmy. Byliśmy dla Mii jak druga rodzina. Nie miała lekko. Kiedy była bardzo młodą dziewczyną, jej brat zginął w katastrofie samolotowej. Po śmierci jej ojca zostali bez pieniędzy - z nami wkrótce miało być podobnie.

Ale to żadna nowość w tej branży.

Najbliższym krewnym Candy oprócz rodziców był Charlie McCarthy, drewniana kukła, z którą występował jej ojciec, Edgar Berger, brzuchomówca. Możliwe, że był do niego bardziej przywiązany niż do Candy. Ale nie mnie o tym opowiadać.

Była też Cheryl, córka olśniewającej Lany Turner, która dorastała wraz z moją mamą w MGM i pracowała z papą przy filmie Piękny i zły. Dzieciństwo Cheryl rozpadło się trzy tygodnie po moich dwunastych urodzinach, gdy zadała śmiertelny cios nożem przemocowemu kochankowi matki. Z ich domu dobiegały krzyki mrożące krew w żyłach. Byłam wtedy u papy, który mieszkał niedaleko.

Cheryl wydawało się, że Johnny Stompanato, członek przestępczej organizacji Mickeya Cohena, chce zabić jej matkę. Po tym wydarzeniu, które wstrząsnęło Hollywood i światem, w wieku czternastu lat trafiła do poprawczaka. Ostatecznie oczyszczono ją z zarzutów, chwała Bogu, i mogła zamieszkać z babcią. Możecie sobie wyobrazić jej przerażenie, te nagłówki i burzę medialną. Początkowo ona, Mia i ja byłyśmy jak trzej muszkieterowie. Potem nasz piękny świat stanął na głowie. Sielanka dobiegła końca. Nikomu nie życzę takiej zawieruchy.

Nasze osiedle mogło być dla dzieci rajem albo koszmarem - zwłaszcza jeśli twój brat był drewnianą kukłą, a twoja najlepsza przyjaciółka zabiła faceta swojej matki.

Przy naszej ulicy mieszkał Bing Crosby; pamiętam, że był bardzo surowym ojcem. Jego chora na raka żona zapiła się na śmierć, a dwóch synów popełniło samobójstwo. Obok nas mieszkali Humphrey Bogart (Bogie) i Lauren Bacall, którzy naprawdę kochali moich rodziców. Lauren wystąpiła u mojego ojca w Żonie modnej. Kiedy w 1957 roku Bogie zmarł na nowotwór, wszyscy byliśmy zdruzgotani. Doświadczyliśmy wiele tragicznych zgonów, przypadków alkoholizmu, narkomanii, niewierności, rozpadów związków, samobójstw, a także innych nieszczęść. Naprawdę dużo się działo.

Mimo tych ciemnych stron życia moje wspomnienia są olśniewające i pełne koloru. Pamiętam, jak jeździłam z papą luksusowymi ulicami Beverly Hills naszym cadillakiem z czarno-białym dachem. Odwiedzaliśmy wujka Irę, który podchodził do samochodu i witał mnie łagodnym: "Cześć, Lizo!". Mieszkał w wielkim pięknym domu na Roxbury Drive. Jak na ironię był to ten sam dom, w którym Michael Feinstein rozpocznie kiedyś karierę jako protegowany i archiwista wujka Iry. Nazwijcie to, jak chcecie - Bogiem, siłą wyższą, opatrznością - moim zdaniem nasza przyjaźń od początku była zapisana w gwiazdach.

Kiedy byłam mała, większość urodzin wyprawiałam właśnie u wujka Iry, bo nasz dom nie pomieściłby tylu gości. Wielu spośród nich nie znałam. Kiedy przychodziliśmy w odwiedziny, Ira siadał z imponującym cygarem na krześle ogrodowym obok papy. "Co tam słychać w MGM, Vincente?" - pytał. Gawędzili o wszystkim, lecz rozmowa zawsze sprowadzała się do Broadwayu i muzyki: przedstawień, które odniosły sukces i które okazały się niewypałem, oraz tych, które poległy, zanim dotarły na Broadway. Broadway budził podziw nawet w branży filmowej. Może dlatego już w młodym wieku wbiłam sobie do głowy, że moim przeznaczeniem są występy w świetle nowojorskich reflektorów - prawie pięć tysięcy kilometrów od domu.

Byłam zafascynowana rozmowami dorosłych. A nikt nie fascynował mnie bardziej niż mama. Była megagwiazdą, prasa ciągle się o niej rozpisywała. Niektóre opowieści były świetne. Inne okrutne. Pisano, że jest złą matką, że za dużo pije, łyka za dużo tabletek i zaniedbuje rodzinę. Latami mówiłam to wielokrotnie i powtórzę raz jeszcze: mama kochała mnie nad życie i po dziś dzień kocham ją tak samo. Kochała papę, kiedy wychodziła za niego za mąż, ale w końcu się znielubili. Mama była niesamowita. Kiedy przymykam oczy, jej śmiech nadal dźwięczy mi w uszach. Rodzice sprawiali, że czułam się wyjątkowo, lecz każde na swój sposób.

Papa był czuły i stały, skała polana miodem. Dopingował mnie na każdym kroku. Mama udzielała mi "wsparcia". Lecz kiedy podrosłam, poszłam w ich ślady i nie stawałam na wysokości zadania, boleśnie mi to uświadamiała. Doświadczałam z jej strony ogromu miłości, a także bezlitosnej krytyki, przed którą drżałam. Czułam się do niczego. Nie wiem, czy do końca wyzbyłam się tego poczucia.

Czy życie z moimi rodzicami było usłane różami? Z papą, owszem. Z mamą? Czasami.

Hollywood przypominało wówczas wioskę, gdzie ludzie znali się i wspierali nawzajem. Rodzice urządzali wiele przyjęć i bywały u nas największe sławy: Frank Sinatra, Sammy Davis Jr. (który później kupił nasz dom na Evanview), Henry Mancini, Humphrey Bogart, Lauren Bacall, David Niven, Marilyn Monroe i aktorka Ann Sothern. Nasz dom był ciepłym, gościnnym miejscem. Koleżanki przychodziły się do mnie bawić, a mama miała kufer z kostiumami, które mogłam nosić, kiedy chciałam. Niekiedy nasz spokój zakłócały tylko autokary wycieczkowe toczące się cichymi alejami. Żyliśmy własnym Spotkamy się w St. Louis, klasykiem z 1944 roku, który zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Mama grała tam główną rolę, a tata reżyserował. Poznali się na planie i pobrali. Papa nie mógł pozostać obojętny na powab dziewczyny z sąsiedniej przyczepy - i dzięki temu pojawiłam się ja!

Z dzieciństwa zapamiętałam poczucie bezpieczeństwa. Jeździłam na rowerze, rodzice codziennie wracali z pracy, obiad czekał na stole. Trwało to jakiś czas, lecz nie zawsze było tak kolorowo.

Motywacja po mamie, marzenia po papie

Niechybnie w tamtym czasie uznalibyście mnie za nieśmiałą dziewczynkę, introwertyczkę chowającą się po kątach. Bylibyście jednak w błędzie. Obserwowałam rodziców oraz osoby, wśród których się obracali, i naśladowałam ich. Chłonęłam wszystko jak gąbka. Prawdę powiedziawszy, dziś jestem chyba bardziej nieśmiała i zdystansowana niż w dzieciństwie. Bardziej ostrożna wobec ludzi. Gdy zostaniemy zdradzeni, mamy się na baczności albo gorzkniejemy. Postanowiłam chronić się za wszelką cenę i tak już zostało.

W naszym domu na okrągło grała muzyka. Mama uwielbiała wesołe piosenki, papa wolał romantyczne. Śpiewali i żartowali, a ja wszystko słyszałam. Znaczy, słyszałam to, co chcieli, żebym usłyszała. Mieszkaliśmy w dwupoziomowym domu, mój pokój znajdował się na dole. Jeśli rodzice kłócili się w swoim pokoju, nade mną, nie docierał do mnie żaden dźwięk. Opowiadali, jak przyłaziłam do nich na czworakach, jeszcze zanim nauczyłam się chodzić. Jedliśmy razem kolację przy świecach, a gdy zbliżała się pora spania, moja opiekunka, pani MacFarlane, zanosiła mnie do sypialni. Mama otulała mnie kołdrą i śpiewała, póki nie zasnęłam.

Pamiętam jak dziś, że papa woził mnie wszędzie autem i robił niezliczone zdjęcia... że tańczyłam na swoich urodzinach... śmiałam się z koleżankami... chowałam pod fortepianem na przyjęciach rodziców, póki Sammy Davis Jr. nie wziął mnie na kolana i nie nazwał księżniczką.

Wydawało się oczywiste, że pójdę w ślady rodziców. Papa uczył mnie legendarnych kawałków z The Great American Songbook. Pewnego wieczoru weszłam do naszego pełnego gości salonu w kreacji, którą mi uszył. Poprosił, żebym zaśpiewała Love for sale Cole'a Portera, klasyk o damach lekkich obyczajów. Tańczyłam po pokoju, kręcąc boa. Zdaje się, że był to pierwszy i jedyny raz, gdy ta piosenka wybrzmiała w wykonaniu czterolatki. Publiczność szalała! Niektórzy mogliby się zastanawiać, czy papa postąpił właściwie. Może zbytnio się pospieszył? Nie miałam bladego pojęcia, co śpiewam. Koniec końców przecież wyszłam na ludzi.

Nigdy nie interesowałam się światem poza moim własnym, bo i po co? Życie stanowiło niekończący się korowód planów filmowych i wyszukanych imprez urodzinowych, moich i koleżanek. Nieprzypadkowo użyłam słowa "wyszukane". Pamiętam, jak policja zamknęła ulicę z powodu miniaturowej ciuchci. Była jazda na kucykach, improwizacje muzyczne w wykonaniu dzieci i pijany klown. Wszystko zachowało się na amatorskich nagraniach. Fascynuje mnie krótkie ujęcie, na którym wiruję na rurze w ogrodzie wujka Iry podczas jednego z moich przyjęć urodzinowych. Kamera podąża za mną i robi stopklatkę mojej twarzy. Widzę niewinną dziewczynkę, nieświadomą, co ją czeka. Jest dopiero na początku swojej burzliwej drogi.

Kłopoty

Kiedy bujasz w obłokach, łatwo przeoczyć zmianę pogody. Któregoś dnia trauma zaczęła mi się dawać we znaki. To chyba było tuż przed moimi piątymi urodzinami, gdy odbyłam przyspieszony kurs wzlotów i upadków mamy. Zważywszy na obecny stan wiedzy o SUD, trzeba jej oddać, że przetrwała ciążę i kilka pięknych lat ze mną, zanim choroba spadła na nią i na nas jak grom z jasnego nieba. Jeszcze o tym nie wiedziałam, ale nasze życie miało zmienić się nieodwołalnie. Smucę się i wściekam na myśl, że nie wiedziała o uzależnieniu tego, co wiemy dziś, i bardzo przez to cierpiała. Tabletki i alkohol ją zniszczyły. Żałuję, że nie mogłam jej uratować.

Ludzie zawsze mówią: "Co za tragedia!". Życie mamy nie zawsze było tragedią. Owszem, przewijało się przezeń za dużo lekarzy, za dużo tabletek i wizyt w sanatorium. Ale osiągnęła prawie wszystko, co chciała. Ci, którzy nigdy nie widzieli jej na scenie, niech zobaczą jej filmy. Posłuchają jej muzyki. Od dziecka pracowała godzinami, dzień w dzień, na każde skinienie wytwórni, a mimo to niektórzy zarzucali jej brak dyscypliny. Niech się wypchają. Walczyła ze swoimi demonami w latach, gdy jej kariera na przemian szybowała i pikowała. Miała odwagę, której większość ludzi jest pozbawiona. Była przezabawna, mądra i wspaniała. Wiele bym oddała, aby ją uszczęśliwić, więc gdy jej smutek eksplodował bez ostrzeżenia, przeraziłam się nie na żarty.

W przeddzień moich piątych urodzin mama, papa i ja oglądaliśmy w telewizji wujka Miltiego ("The Milton Berle Show") i jedliśmy placek dyniowy. Leżałam na kanapie w stroju kowbojki i wysokich butach. Tak uwielbiałam to przebranie, że w nim spałam. Mama chodziła tam i z powrotem, odgrywając śmieszne sceny z telewizji, jak tylko ona umiała. Tata i ja pękaliśmy ze śmiechu. Oczywiście chciałam dorzucić swoje trzy grosze i próbowałam zrobić salto w tył. Byłam niezdarna, jak to dziecko, więc gdy rzuciłam się w tył, kopnęłam mamę w głowę. Ależ się na mnie wydarła! Zdawało się, że krzyczy godzinami. Nie były to wrzaski z domu Lany Turner, ale prawie. Przecież nie chciałam! Czy ona tego nie rozumiała?

Papa zaprowadził ją na górę i wreszcie uspokoił. Po kilku minutach zeszła z powrotem. Przeprosiła i wybaczyła mi, zapewniając, że nic się nie stało, że to nie moja wina. Po czym wybuchnęła płaczem. Nic z tego nie rozumiałam. Kto tu miał się kim opiekować? Wytłumaczyła, że miała tego dnia nerwową sytuację w pracy. Przytuliła mnie i pocałowała na pocieszenie.

Od tamtej chwili żyłam w ciągłym strachu. Uraziłam moją najdroższą mamę i nie mogłam tego przeboleć. Nie odstępowała mnie myśl, że muszę ją chronić. Każde dorosłe dziecko osoby uzależnionej powie wam, że to nauczka, którą człowiek dostaje na całe życie. Mierzysz się z nieustannym lękiem, leżącym u podstaw wszystkich późniejszych relacji.

Burza ucichła, ale odcisnęła na mnie niezatarte piętno. W wieku pięciu lat dowiedziałam się, że mama w złości jest najbardziej przerażającą osobą. Do dziś wyzwalaczem traumy są dla mnie krzyki.

Bywały dni, kiedy dorośli w naszym domu taktownie zabraniali mi wchodzić do pokoju mamy, i słusznie, bo czasem lepiej było jej unikać. Leżała wtedy odurzona lekami i pogrążona w depresji. Prawie nikogo do niej nie dopuszczano, a gdy kilkakrotnie zdarzyło mi się tam zabłąkać, wyganiano mnie groźnym "Ciii!". Denerwowałam się, widząc ją tak nieszczęśliwą i odizolowaną. Po kilku dniach wstawała jak gdyby nigdy nic. Oddychałam wtedy z ulgą, lecz ciągła niepewność dawała mi się we znaki. Nigdy nie było wiadomo, która mama wyłoni się z tej sypialni.

Tak wyglądała nasza "normalność".

Dlatego gdy zaczęła mi się zwierzać, na pozór nie było w tym nic dziwnego. Miałam pięć lat, a ona w mojej obecności dawała upust emocjom. Słuchałam w milczeniu i potakiwałam, choć niewiele z tego rozumiałam. Zrobiła ze mnie psychoterapeutkę, nie widząc w tym nic złego.

- Nie będę rozmawiać z tobą jak z dzieckiem - oznajmiła. - Po co zaczynać od niedomówień? Dosyć się nasłuchasz bełkotu, kiedy doroś­niesz, więc ja będę z tobą rozmawiać bez owijania w bawełnę.

I tak też uczyniła.

Kiedy podrosłam, mama pokazała mi, ile można się nauczyć dzięki samej obserwacji. Zaczynałam już sama to rozumieć, ale najdobitniej to sobie uświadamiałam, patrząc na nią na scenie. Nie tylko śpiewała dla publiczności. Nawiązywała kontakt z ludźmi na głębszej płaszczyźnie. Wychwytywała emocje i szukała porozumienia. Wiele lat później spróbuję zrobić to samo.

A to nie wszystko, co od niej przejęłam. Pokazała mi, że nie można brać wszystkiego zbyt poważnie. Życie potrafi wywrócić twój świat do góry nogami i to zrobi. Siła, aby wyjść z tego bez szwanku, mawiała, płynie z poczucia humoru i poczucia celu. Nigdy nie odpuszczaj. Nigdy się nie poddawaj. I śmiej się na całe gardło.

Wzięłam sobie do serca tę lekcję. Dziś na wspomnienie niektórych moich przeżyć nie umiem powstrzymać śmiechu. Jakoś trwam. Czy nie na tym polega posuwanie się do przodu - czy nie o to chodzi w życiu kobiety? Pozostań niezłomna, pozostań twarda. Właśnie tego nauczyła mnie mama.

W dzieciństwie mogłam tylko próbować wyobrazić sobie presję, jaką musiała odczuwać. Szefowie wytwórni stawiali jej nadludzkie wymagania - musiała robić dziesięć ujęć jednej sceny, choć słaniała się ze zmęczenia. Zdradzali ją przyjaciele, doradcy, nawet niektórzy krewni, a ona mimo tego wszystkiego dokładała wszelkich starań, aby jak najlepiej zatroszczyć się o naszą rodzinę. Pamiętam czułość, jaką obdarzali mnie rodzice. Czasem kładli mnie między sobą w nocy i tak zasypialiśmy. Trzymali się za ręce na moim brzuchu lub nad moją głową, a ja nie śmiałam nawet drgnąć. Było mi ciepło i bezpiecznie. Mogłam tak leżeć całą wieczność.

List miłosny do Vincente'a

Pragnęłam opiekować się mamą, z kolei papa zapewniał mi poczucie bezpieczeństwa. Nie szczędził czułości, może nawet rozpieszczał, ale miał serce na właściwym miejscu. W niepewnej sytuacji z mamą zawsze mogłam mu powiedzieć, że czegoś nie rozumiem, a on mi to wytłumaczył.

Był moją liną ratunkową. Moją kotwicą.

Pamiętam, jak jeździłam z nim do wytwórni MGM i obserwowałam go w trakcie pracy. Były to najszczęśliwsze chwile mojego dzieciństwa. Towarzyszyłam mu na planie i patrzyłam, jak z musicali teatralnych powstają filmy. Miał dla mnie wiele cierpliwości, ale aktorów rozstawiał po kątach, krzyczał, gdy mieli coś poprawić. Wymagał perfekcji. Uwielbiałam cały ten proces, zwłaszcza gdy pozwalał mi brać w nim udział. Raz za jego zgodą podczas kręcenia sceny balowej w Amerykaninie w Paryżu obrzuciłam aktorów konfetti.

Pobyt w studiu filmowym był dla mnie drugą szkołą. Z naszych wypraw do MGM wzięła się moja pasja do tańca. Najwięksi spośród światowych artystów harowali tam w pocie czoła: Gene Kelly, Fred Astaire i Cyd Charisse. Obserwowałam ich i się uczyłam. Uwielbiałam próby i zapamiętywałam układy choreograficzne. Muszę przyznać, że dramaty reżyserowane przez papę nie urzekały mnie w tym samym stopniu co musicale. To one były przepustką do świata, który kochałam. Nie mogłam się nimi nasycić. Patrzyłam z zachwytem, jak balet łączy się z muzyką. Widać to na zdjęciu zrobionym w tamtym okresie. Siedzę papie na kolanach w studiu, a on spogląda z dumą na swoją córeczkę. Wyglądam jak zahipnotyzowana. Tkwię w tym bez reszty.

Robił wszystko, żeby mi sprawić przyjemność. Podczas kręcenia filmu zabierał mnie na dailies, przegląd materiałów z poprzedniego dnia zdjęciowego. W niewielkim pomieszczeniu zbierali się aktorzy i reszta ekipy, a papa na początku puszczał Toma i Jerry'ego, specjalnie dla mnie. Pamiętam, jak ludzie mamrotali "Jezu", gdy najpierw musieli odbębnić kreskówki.

Ojciec nigdy nie traktował mnie z góry, nawet gdy nie miałam pojęcia, o czym mówi. Któregoś ranka, gdy pałaszowaliśmy na śniadanie naleśniki w kawiarni na La Brea czy Sunset, opowiadał mi o scenie retrospekcji w swoim kolejnym filmie. Zapytałam, co to znaczy. Schlebiała mi jego uwaga. Wyjaśnił, co to jest retrospekcja, i zaczęłam kojarzyć. Rozmawiał ze mną jak z dorosłą, ale przede wszystkim mnie rozumiał. Uwielbiał pobudzać moją wyobraźnię pytaniami w rodzaju: "Kim chcesz zostać, Lizo May?". "Nie wiem - odpowiadałam. - Matadorem!". I presto! Robił mi pelerynkę z czerwonej krepy i wdzianko toreadora. Mogłam się przeobrazić, w kogo tylko chciałam, wystarczyła odrobina wiary.

Wyśmienicie się bawiliśmy. Dałam mu listę swoich ulubionych kostiumów z jego filmów, a on zrobił dla mnie ich miniaturowe wersje. Były magiczne. Mówił, że mogę być, kim tylko zapragnę. Właśnie to mam na myśli, gdy mówię, że zawdzięczam mu swoje marzenia. Nadal mam niektóre z tych kostiumów i pamiętam, że przydawały się w Halloween. Na pewno byłam jedynym dzieckiem w okolicy, które chodziło po domach przebrane za Margaret Hamilton.

Papa uszył dla mnie kopię czarnego kostiumu, który nosiła Zła Czarownica z Zachodu w Czarnoksiężniku z Oz. Początkowo byłam niezadowolona, myślałam, że nikogo nie przestraszę. Później się dowiedziałam, że zadzwonił do swojego kumpla Gene'a Kelly'ego, legendarnego aktora i tancerza, i zapowiedział moją wizytę. Kiedy zapukałam po cukierki, Kelly udał, że mdleje z przerażenia.

- Wiedźma! - krzyknął. - Straszliwa wiedźma! Ratunku!

Najlepsze Halloween w moim życiu.

Jeździłam z papą wszędzie, do cyrku i na Ice Capades2. Chociaż mówiłam, że chcę zostać łyżwiarką, zachęcał mnie do śpiewu. Mądre posunięcie. Opowiadał mi o Colette (serio), gdy moje koleżanki czytały książki o Heidi. Co najważniejsze, zabierał mnie na przyjęcia w domu Oscara Levanta - kolejna zadziwiająca nić łącząca mnie z Michaelem.

To Jude, żona Oscara, przed laty przedstawiła Michaela Irze Gershwinowi. Jako dwudziestolatek pragnący zostać pianistą i piosenkarzem Michael wygrzebał stare nagrania w sklepie płytowym w Los Angeles. Od razu zauważył, że to bezcenne albumy i dema Levanta, zmarłego przed kilku laty. Zaniósł je June i wkrótce, dzięki jej rekomendacji, podjął pracę u Iry. Nazwijcie to ręką Boga, opatrznością lub zbiegiem okoliczności. Michael i ja byliśmy częścią jednego świata i któregoś dnia mieliśmy stać się nierozłączni.

Papa z dumą patrzył, jak dorastam. Widział, jak tańczę przed lustrem, i namówił mnie, żebym brała lekcje. Udzielał mi wskazówek na temat aktorstwa. Śpiewanie było domeną kogoś innego. Gdy fałszowałam, mama bez ogródek mnie o tym informowała. Nie lubiłam śpiewać dla niej przy ludziach, żeby nie słyszeli, jak mnie krytykuje. Kiedy śpiewałam dla niej, to się uczyłam. Kiedy śpiewałam dla papy, promieniałam. Miał do mnie świętą cierpliwość. Oglądał wszystkie musicale, które odgrywałam z koleżankami, kiedy wracał z pracy. Zawsze znajdował dla mnie czas, choćby padał na nos. Zawsze byłam tego warta. Sprawiał, że czułam się częścią jego świata. Miałam pięć lat, skąd mogłam wiedzieć, że nie jestem gotowa? Marzenie miało się spełnić dopiero po wielu latach.

Któregoś razu po szkole jechaliśmy do studia i opowiadał mi o wyzwaniach, z którymi się mierzył podczas pracy nad Amerykaninem w Paryżu.

- Chcę, żebyś mnie reżyserował - weszłam mu w słowo.

- Oczywiście - odparł - wybierzemy scenę, nad którą popracujemy w domu.

- Nie - odpowiedziałam. - Chcę pracować dla ciebie.

Okej, poszukamy czegoś w studio, padła odpowiedź.

- Nie! - zawołałam ze złością. - Masz się na mnie wściekać i krzyczeć! Tak jak wściekasz się na innych!

Najchętniej nie odstępowałabym go na krok. Chciałam towarzyszyć mu w pracy na dobre i na złe.

Tworzyliśmy zgrany duet, ale dochodziło między nami do zgrzytów. Nie znosiłam konkurencji. Raz, podczas jednych z moich urodzin u wujka Iry, nieznana mi dziewczynka podeszła do niego i się uśmiechnęła. Wziął ją na ręce i cmoknął w policzek. Nie wiedział, że obserwuję go z drugiego końca ogrodu. Podeszłam i dałam mu w nos! Na chwilę go zamroczyło, ale się otrząsnął i mi wybaczył. Niesamowite, prawda? Zawsze wiedział, co mną kieruje. Ostrzegł mnie jednak, żebym nie ważyła się więcej tego robić.

Zapamiętałam to na całe życie.

Było oczywiste, że prędzej czy później dostanę rolę w filmie. Ta chwila nadeszła, już kiedy miałam trzy lata. W informacji prasowej określono to mianem cameo, lecz był to po prostu udział w scenie finałowej Dziewczyny z Chicago z 1949 roku. Mój debiut kinowy, chociaż nie wypowiedziałam żadnej kwestii.

Ubrali mnie w elegancką sukienkę z przełomu stuleci. W ostatniej scenie Van Johnson - wielki hollywoodzki gwiazdor, zmuszony przez MGM do przykrycia swojej orientacji lipnym małżeństwem - wziął mnie na ręce. Ale coś nie grało: było mi niewiarygodnie zimno w pupę. Kostiumolożka zapomniała o majtkach! Byłam za mała, aby zrozumieć, że właśnie dostałam starą jak świat hollywoodzką nauczkę: "Zawsze kryj własną dupę, bo nikt nie zrobi tego za ciebie, skarbie".

Mama wyraziła swój niezapomniany pogląd na moją pierwszą fuchę. Zapytana podczas wywiadu, czy dostałam gażę, odpowiedziała:

- Tak, Liza otrzymała minimalną dzienną stawkę Gildii Aktorów Ekranowych w wysokości czterdziestu siedmiu dolarów i pięćdziesięciu centów.

Była to równowartość dzisiejszych sześciuset trzydziestu trzech dolarów.

- Sporo jak na trzylatkę - dodała. - Nie mogłam sobie darować, że przez pierwsze dwa lata życia pozwoliłam jej bezczynnie obijać się po domu.

Kiedy dzieciństwo kończy się zbyt szybko

Do piątych urodzin nie miałam świadomości, jak źle dzieje się w związku rodziców. A potem prawda wyszła na jaw bez ostrzeżenia. Mama doświadczała huśtawki emocjonalnej. Depresja i wyczerpanie kładły się cieniem na jej sukcesach ekranowych. Jak się później dowiedziałam, podsycało je dziedziczne uzależnienie od alkoholu i leków.

Wcale nie ignorowała tego stanu. Podczas nowojorskiego miesiąca miodowego w 1945 roku wzięła papę za rękę i poszli na spacer po parku opodal mieszkania w Sutton Place, gdzie nocowali. Nagle wyjęła z torebki wszystkie leki - amfetaminę, środki uspokajające i nasenne, wszystko - i cisnęła je do East River ze słowami, że chce rozpocząć nowy rozdział bez tabletek. Papa opowiadał mi później, że dzięki temu uwierzył w powodzenie ich małżeństwa. Była to chwila niezwykłej szczerości (chyba że zachomikowała coś pod materacem). Tak czy inaczej, pragnęła uciec przed chorobą genetyczną szalejącą w jej żyłach. Wiedziała, czego chce. Próbowała wiele razy.

W 1951 roku ani ja, ani dorośli wokół mnie, nie rozumieliśmy, co tkwi u źródła tej przypadłości. Wszystko stało się jasne dopiero po latach. Mama miała problem, którego nie dało się pokonać siłą woli, w najlepszym razie nauczyła się go tłumić. Jej zmiany nastrojów przybrały na sile, a niezadowolenie z małżeństwa z papą coraz bardziej rzucało się w oczy. Potrzebowała wybawcy, który uchroniłby ją przed ciągłymi zjazdami. Moi rodzice się kochali, ale papa przestał sobie z nią radzić.

Patrzyłam, jak walczy ze swoimi demonami, i serce mi pękało. Szukała pomocy na odwykach i w szpitalach na obu wybrzeżach. Wydała miliony w nadziei, że ktoś jej pomoże. Bez rezultatu.

Nie jest żadną tajemnicą, kto zawinił. Producenci - i podobno moja babcia - truli ją stymulantami i środkami uspokajającymi, odkąd została dziecięcą gwiazdą. Faszerowali ją lekami, żeby wytrzymała długie dni zdjęciowe, i tabletkami nasennymi, aby wyspała się przed kolejnym dniem. Tabletki zrujnowały jej organizm. Leczyła się elektrowstrząsami i brała wolne, żeby podreperować zdrowie. W 1950 roku wytwórnia MGM przestała tolerować jej nieobecności i zerwała z nią kontrakt. Po raz pierwszy w dorosłym życiu straciła finansowe i artystyczne wsparcie, które zapewniało jej stabilizację. Była upokorzona i spłukana.

Pamiętam, jak wyjechała raz na leczenie do bostońskiego szpitala. Odwieźliśmy ją z papą na dworzec w Los Angeles. Kiedy nadeszła chwila pożegnania, mama się rozpłakała - i papa wskoczył do pociągu, żeby jej towarzyszyć. Zaczęłam płakać, nie wiedziałam, dlaczego mnie nie zabrali. Po skończonym odwyku w Bostonie przysłała po mnie i pojechałam z opiekunką na drugi koniec Stanów. Byliśmy pełni nadziei, aż do kolejnego zjazdu.

Przez cały ten czas papa był moją opoką. Powtarzał, że mama wyzdrowieje i znów będziemy rodziną. Desperacko walczył o to małżeństwo przez wzgląd na mnie. W końcu mama przeniosła się do innego domu, aby mieć więcej prywatności, i papa dał za wygraną. To była odważna decyzja. W dniu rozwodu oboje byli bez kasy. Nie należeli do ludzi, którzy odkładają na czarną godzinę, i dowiedziałam się później, że żyli ponad stan.

Dawniej wiedli wygodne życie, niczego sobie nie odmawiając. Ale teraz wszystko przepadło - leczenie psychiatryczne, przyjemności, służba, lekarze, wystawne wieczory na mieście, podróże i przyjęcia urodzinowe.

Nie do końca rozumiałam, co znaczy "rozwód", póki sami go nie doświadczyliśmy. Na szczęście papa załagodził mi ten wstrząs. Zasądzono wspólną opiekę nade mną, ale on wiedział, że potrzebuję stabilizacji, dlatego wspaniałomyślnie zrzekł się naszego domu przy Evanview. Choć codzienność z mamą bywała burzliwa, zdawał sobie sprawę, że muszę być przy niej.

Oswoiłam się z nowym życiem, nocując u rodziców na przemian. Mama wydawała się bardziej odprężona, a papa rozpuszczał mnie jak jeszcze nigdy. Część jego znajomych miała wątpliwości, mówili, że wyros­­nę na samolubnego bachora, ale nigdy tego tak nie postrzegałam. Jeżeli rodzic nadrabia w ten sposób brak zainteresowania, to jedno, lecz jeśli naprawdę kocha dziecko, to zmienia postać rzeczy. Papa nie skąpił mi uwagi, kiedy najbardziej tego potrzebowałam.

Raz odwoził mnie i koleżankę na obóz letni sto sześćdziesiąt kilometrów od Los Angeles, kiedy przypomniałam sobie w połowie drogi, że zapomniałam ulubionej lalki. Płakałam wniebogłosy, że nie chcę jechać bez niej. Większość rodziców nie bez racji zapewniłaby dziecko, że to nie koniec świata. Wysłano by lalkę w paczce. Ale nie papa. Zawrócił do domu i ponownie wyruszyliśmy w długą podróż.

Mimo ich rozstania wciąż byłam jedynym dzieckiem Vincente'a Minnelli i Judy Garland. Nie było mi łatwo przywyknąć, ale wiedziałam, że rodzice nie przestali mnie kochać. I nie traciłam nadziei, że mama wyzdrowieje. Byliśmy rodziną i to się nigdy nie zmieni, myślałam. A potem wszystko się zmieniło.

Sid Luft wkracza na scenę

Wprawdzie ich drogi już dawno się przecięły, lecz mama i Sid Luft pierwszy raz rozmawiali ze sobą w nocnym klubie w 1950 roku, gdy rodzice byli jeszcze małżeństwem. Od razu między nimi zaiskrzyło, choć znajoma ostrzegła ją, że Sid Luft jest podejrzanym typkiem, "niewiarygodnym sukinsynem", po którym niczego dobrego nie można się spodziewać. W porównaniu ze spokojnym papą nieobliczalny i porywczy rozwodnik Sid wydawał się mamie seksowny i pociągający. Był producentem filmów klasy B z Bronxville w stanie Nowy Jork, grywał na wyścigach i odstawiał twardziela, który wie, czego chce. A kiedy poznał mamę, zapragnął właśnie jej.

W porównaniu z moim układnym, łagodnym papą Sid pochodził z innej, mniej wyrafinowanej planety. Tworzyli osobliwą parę, lecz mama była nim oczarowana, zwłaszcza gdy obiecał, że pokieruje jej karierą i ponownie wyniesie ją na szczyt. Oboje kochali ryzyko i mieli wybuchowe temperamenty. Ona marzyła o rycerzu na białym koniu, a Sid wygrał casting.

Postanowili się pobrać, lecz najpierw mama poruszyła ten temat w domu, podczas nakładania makijażu.

- Co byś powiedziała, gdybym wyszła za Sida? - spytała.

- A nie mogłabyś znowu wyjść za papę? - odpowiedziałam.

Stwierdziła, że to niemożliwe, po czym zapytała, czy chciałabym mieć brata albo siostrę.

- Bardzo! - zawołałam.

- Cóż - odrzekła - Jeśli wyjdę za Sida, to się może wydarzyć.

Nadal byłam sceptyczna, więc mama porzuciła ten temat i więcej do niego nie wróciła.

Kilka tygodni później byłam w domu z papą, oglądaliśmy telewizję. W wieczornych wiadomościach pokazano zdjęcie mamy i Sida z informacją, że trzy dni wcześniej pobrali się w tajemnicy. Nie wierzyłam własnym oczom. Mama wyszła za mąż, nic mi o tym nie mówiąc. Mało tego, nie zaprosiła mnie na wesele! Byłam niepocieszona, bo na pewno wyprawili je w jakimś eleganckim hotelu. Potem się dowiedziałam, że wzięli ślub na ranczu, obok jarmarku San Benito. Ha! Pewnie dlatego musiałam wtedy nocować u papy w Los Angeles. Chcieli się hajtnąć w sekrecie, przynajmniej w miarę możliwości. Papa opowiadał mi po latach, że szybko się otrząsnęłam. Wyjęłam sobie lody z zamrażarki i próbowałam zapomnieć o tym, co właśnie zobaczyłam w telewizji.

Wkrótce po ich ślubie w 1952 roku mama, Sid i ja przenieśliśmy się do domu przy North Maple Drive w Beverly Hills, który wynajmowaliśmy od Josepha i Dorothy Fields, legendarnej autorki tekstów. Gdy pewnego wieczoru czekałyśmy na powrót Sida, mama uklękła przede mną i poprosiła:

- Czy mogłabyś go nazwać papą Sidem?

Aż się wzdrygnęłam.

Nazywałam tak mojego ojca, którego kochałam, i mama o tym wiedziała. Nie darzyłam Sida podobnymi uczuciami. Właściwie żadnymi, o czym również wiedziała. Smutna i przytłoczona spojrzałam jej w oczy, ale nie umiałam odmówić. Jak żadne dziecko osoby uzależnionej. Po chwili usłyszałyśmy, jak pod dom zajeżdża cadillac Sida, kupiony za pieniądze wygrane na wyścigach. Mimo młodego wieku wiedziałam, że nie można na nim polegać. Wszedł, a ja przełknęłam ślinę i szepnęłam posłusznie:

- Witaj, papo Sidzie.

Poczerwieniał, a mama się roześmiała. Stanęliśmy przytuleni. Rozpoczynało się nasze wspólne życie. Z naszej trójki tylko dwoje było szczęśliwych.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

2 Ice Capades - rewie na lodzie.