Wysłuchaj mnie proszę - Paweł Cwynar

Reflow text when sidebars are open.
Było chłodno, siąpił deszcz. Szymon, jak co dzień o tej samej porze, przemierzał trasę z domu do kościoła. Jego szczupła, niepozorna sylwetka przemykała niepostrzeżenie wśród przechodniów. Ci, którzy go znali, wiedzieli, gdzie i po co idzie, a obcy nie zwracali na niego uwagi, ponieważ w jego wyglądzie nie było nic szczególnego.
Ludzie wyglądają dwa razy. Raz zewnętrznie i raz wewnętrznie. W obu przypadkach można kłamać. Szymon jednak do kłamców nie należał. Ubierał się bardzo skromnie, a raczej babcia tak go ubierała. Wszystko, co miał na sobie, jak i w szafie, stanowiło kwintesencję przeciętności. Tak też chciał być postrzegany. Nigdy nie starał się wyróżniać. Był średniego wzrostu, raczej szczupłej budowy ciała, cerę miał lekko ziemistą, oczy piwne, włosy brązowe. Czyli wszystko ani do przodu, ani do tyłu. Wydawało się, że gdyby położył się na bruku, to ludzie przeszliby po nim, nawet się nie potykając.
Jedyne, co go nieco wyróżniało, to ruchy. Kiedy się spieszył, gesty miał dystyngowane, wyważone, można by rzec - flegmatyczne, tak jakby nawet nad najbardziej prostą czynnością zastanawiał się więcej, niż było trzeba. Dało się odczuć, że ten młody chłopak ma świadomość celu i że nigdy nie idzie donikąd.
Wszystko, co robił, traktował poważnie. Kiedy czytał, to tylko książki, które go ubogacały. Gdy się modlił, to żarliwie. Wypowiadał się krótko i rzeczowo. W działaniu mierzył siły na zamiary. Przyzwyczajony był do życia w cieniu, o który sam zabiegał. Nie wzbudzał niczyjego zainteresowania, prócz małej grupki chuliganów z podwórka.
W każdym mieście jest wiele takich podwórek - odrapanych, szarych, ponurych, gdzie są zgraje urwisów, którzy nie robią nic innego poza wyszukiwaniem ofiar, ciekawi reakcji na tę czy inną psotę.
Legnicka dzielnica Tarninów również mogła pochwalić się taką młodocianą szajką, w której Janek, Romek i Rysiek wiedli prym, a im podporządkowana była mało interesująca reszta.
Janek, Romek i Rysiek byli rodzeństwem, z którego to Janek był najstarszy i najsilniejszy, z racji tego miał najwięcej do powiedzenia. Romek był kopią Janka, różnił się jedynie tym, że posiadał procę, którą Janek oczywiście dysponował wedle swoich zachcianek. Rysiek zaś był kopią Romka i Janka, odróżniało go jedynie to, że zawsze samodzielnie obcinał sobie nożyczkami baki. Powodem takiego karkołomnego fryzjersko-stylizacyjnego zabiegu było to, że ich mama, wymierzając sprawiedliwość, upatrzyła sobie szczególnie baki i za nie chwytała.
Wisienką na torcie tego rodzeństwa była siostra Ola, stanowiąca ich przeciwieństwo - i z wyglądu, i z charakteru. Była bardzo skromną dziewczyną i w sumie podobną z zachowania do Szymona.
Szczupła, niebieskooka blondynka miała w sobie wiele empatii dla samotnie wychowującej ich mamy, która nie radziła sobie z braćmi. Pomagała jej w codziennych obowiązkach w domu, nierzadko też niosła pomoc sąsiadom, a dzięki swojej pracowitości i sumienności szybko pozyskiwała sobie ich sympatię.
Bardzo to kontrastowało z zachowaniem jej braci, którzy byli bohaterami jakby z innej bajki. Dlatego postępowanie Oli, niczym balsam na skołatane serce matki, uśmierzało cierpienie i wstyd związany z tym, że musiała wysłuchiwać coraz to nowych skarg i zażaleń na jej synów. Wygłaszali je niezliczeni poszkodowani, którzy wyłaniali się jak króliki z kapelusza magika cyrkowego.
Kiedy ktoś pukał do drzwi pani Wandy, to mógł to być albo jakiś poszkodowany, albo dzielnicowy. Oczywiście żaden z nich nie osiągał pożądanego rezultatu, choć śpiewali podobną melodię, różnorako argumentując zniewagę, jakiej doznali.
Sprawa stawała się jasna, kiedy drzwi otwierała kobieta średniego wzrostu, korpulentnej budowy ciała, na szeroko rozstawionych silnych nogach, z podwiniętym rękawami, w kuchennym fartuchu przepasanym szmatą u bioder. Wyglądała niczym wielki naprężony chrabąszcz, gotowy unieść każdy ciężar, a za nią stała trójka urwisów ze zmierzwionymi rudymi czuprynami. Od najwyższego do najniższego dzieliła ich taka różnica wzrostu, jakby kolejno zdzielić ich kułakiem, wbijając w ziemię na głębokość pięści. Stali tak za plecami spracowanej matki z wymalowanymi na piegowatych twarzach szyderczymi uśmiechami, które jasno dawały do zrozumienia, czyj to teren... Co poniektórzy desperaci, mimo takiego widoku, próbowali wnieść skargę lub choćby pretensję.
- Proszę pani, któryś z nich rzucił kamieniem w moje auto, wybił mi szybę w kuchni, bezczelnie wyzwał moją małżonkę, chamsko opluł mojego pieska. - I tak dalej. Nie skończyli jeszcze lamentacji, kiedy twarz pani Wandy pochmurniała. Zmarszczki stawały się wyraźniejsze, dym jakby buchał uszami, para szła nosem i wydobywał się ryk altem z gardzieli niczym z trąby jerychońskiej.
- A idź pan w cholerę!!! Co pan myślisz, że ja nie mam co robić, tylko za gnojkami się uganiać?! Mam robotę od rana do wieczora i nie bzdury mi w głowie. Trzeba było złapać jednego z drugim i do dupy nakopać, a nie się skarżyć jak jakiś laluś! Co ja mam teraz zrobić? Ojca nie mają, to się chowają jak chwasty przy drodze. Szwendają się wte i wewte, tylko kurz wzbijają, błoto nanoszą jak bezpańskie psy. I kto to ma potem sprzątać?! Siły do nich już nie mam, jak się wkurzę, jak zdenerwuję, to jak mi Bóg miły, pooddaję w cholerę i będę miała święty spokój raz na zawsze! Bo inaczej nie mam kiedy usiąść! Jakie skaranie boskie, czy co?!
Po chwili potrzebnej na wdech kontynuowała.
- Chcesz pan - to zabieraj tę szarańczę i wtedy ja do pana będę przychodziła z pretensjami. Cholera jasna, spokoju nie ma ze znajduchami!
Mówiąc to, pani Wanda błyskawicznie obróciła się na pięcie. W tym samym czasie wprawnym szybkim ruchem wyciągnęła ścierkę zza pasa i wykonywała klasyczne iaid?1, jakiego żaden samuraj by się nie powstydził. I chlast pierwszego lepszego przez łeb. Nim rudzielcy pojęli, co się święci, oberwało już dwóch, trzeci został pojmany silną matczyną prawicą za ucho i równomiernie, niczym wiadro ze studni, ciągnięty ku górze przy niemiłosiernym akompaniamencie donośnego zawodzenia, do momentu krytycznego, jakim był wierzchołek palców, na które delikwent zdołał się wspiąć. Zakończeniem tortury było uderzenie płaską dłonią w kark, po którym skazany, starając się złapać równowagę, wielkimi susami leciał do przodu. W kilka sekund nie było w pobliżu ani jednego z urwisów. Rozpierzchali się szybciej niż podwórkowe koty po piwnicach.
Wnoszący skargę z nieukrywaną satysfakcją musiał zadowolić się taką natychmiastową egzekucją. Kara winna mu wynagrodzić stłuczoną szybę czy rysę na honorze naburmuszonej małżonki. Temu wszystkiemu, stojąc z boku z wypiekami wstydu na policzkach, przyglądała się Ola.
Tak z większymi lub mniejszymi perturbacjami płynął czas u Pietruchów.
Na pani Wandzie stan wdowieński odcisnął się pewną oschłością, jednak erozja ta nie nadgryzła matczynego serca, którym potrafiła kochać jednakowo wszystkie swoje dzieci. Wyznawała prostą zasadę: "Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe". Uboga wdowa, żeby utrzymać czwórkę dzieci, starała się dorabiać, gdzie tylko się dało. Na stałe pracowała jako sprzątaczka w pobliskiej fabryce fortepianów i pianin. Za życia jako stolarz był tam zatrudniony również jej mąż Franciszek. Ledwo wiązała koniec z końcem, a jedyną pomoc, jaką otrzymywała przy prowadzeniu domu, mogła uzyskać od swojej córki Oli. Jednak nigdy nie narzekała. Przyjmowała z pokorą wszystko, co Bóg na nią zesłał. Pani Wanda, Wandzia dla znajomych, wśród sąsiadów była ogólnie lubianą osobą, ponieważ wynajmowała się do sprzątania mieszkań, gdzie słynęła z solidności i uczciwości. Jednak nie warto było z nią zadzierać, bo potrafiła w niewybrednych słowach szybko sprowadzić adwersarza na ziemię. Sąsiedzi patrzyli na nią z politowaniem ze względu na synów, z którymi z trudem sobie radziła. Lecz nie z powodu braku umiejętności, tylko czasu.
Pani Pietrucha, kiedy spotykała sąsiadkę mieszkającą piętro niżej, Janinę Czerską, często wzdychała, okazując uznanie dla tak przez nią wzorowo wychowanego wnuka, jakim był Szymon.
Mimo podeszłego wieku pani Janina była wysoką, postawną, wyprostowaną jak struna kobietą o proporcjonalnych rysach twarzy, z lekko semickim nosem, co dodawało jej powagi i sarmackiego sznytu. Emerytowana nauczycielka, wdowa po oficerze kawalerii Wojska Polskiego, bardzo zasadnicza i rzeczowa. Była patriotką, katoliczką wierną wartościom, które w jej rodzinie przekazywano wraz z tradycjami. Mniej dbano o dobra materialne, zaś tym duchowym nie pozwalano zaśniedzieć.
Po wojnie było jej ciężko, ponieważ męża więziono i wykończono w więzieniu przy Rakowieckiej, a ona przez wiele lat była szykanowana, mimo to nigdy nie wyparła się swojej tożsamości. Zdawała sobie sprawę, że jest skazana na pracę bez możliwości awansu i na wiele innych uciążliwości oraz represji, jednak przyjmowała to w duchu spokoju i ze zrozumieniem.
Miała wiele pasji i zainteresowań. Amatorsko pisała, zakochana w filozofii, historii, muzyce, malowała obrazy. Jej ulubionym motywem były góry, które - kiedy tylko mogła - odwiedzała. W mieszkaniu stało pianino, na którym często grywała. Otaczała się książkami upchanymi dosłownie wszędzie, dzięki czemu w domu panował artystyczny nieład. Pani Janina, dystyngowana staruszka z przedwojennymi dobrymi manierami, nie znosiła chamstwa i bezczelności tak rozpowszechnionych w okupowanej przez Sowietów Polsce. Kiedy w nieszczęśliwym wypadku zginęli rodzice Szymona, zabrała go z Legnicy do siebie do Wrocławia, gdzie mieszkała.
Wychowywała chłopca w duchu poszanowania dla tradycji i wiary. Znała Szymona dobrze, rozpoznała w nim wyższą wrażliwość i starała się ją pielęgnować i rozwijać, nakłaniając do czytania wartościowych książek, słuchania dobrej muzyki, próbując zainteresować malarstwem, sztuką.
Wiedziała też, że dokuczają mu urwisy z podwórka. Próbują go "ugryźć" z powodu tego, że jest odizolowany, że jakoś do nich nie przystaje. On nie odcinał się od nikogo celowo, ale miał inne priorytety. Czuła, że Szymon jest stworzony do wyższych celów, czego nie mogli zrozumieć jego rówieśnicy.
Czasami w życiu jest tak, że człowiek wie, że powinien dokonać czegoś wzniosłego, wielkiego, że jest to mu przeznaczone, jednak nie zna dnia ani godziny. Po prostu żyje w tym przeświadczeniu i stara się rozpoznać swój czas.
Pani Janina czuła, że w Szymonie tkwi wielki potencjał, widziała, po jakie książki sięga i że czyta je ze zrozumieniem. Nie chodziło tylko o wiedzę, którą można nabyć w szkole, ale o mądrość. Bywało, że się bał, jednak nie poddawał się temu lękowi i z wiarą w słuszność sprawy potrafił go przezwyciężać. To działanie nie było pozbawione rozsądku, dlatego Szymon nie wymagał szczególnego nadzoru. Był bardzo radosnym i spokojnym chłopcem. Kiedy pani Janina pytała go, czy rówieśnicy mocno mu się naprzykrzają, odpowiadał tylko z uśmiechem:
- Babciu, oni przecież nie rozumieją...
Nie do końca wiedziała, co to znaczy, jednak nigdy nie zapytała, co miał na myśli.
Bardzo dużo z sobą rozmawiali. Szymon często zadawał pytania, które nawet dla niej były kłopotliwe. Wiedziała, że Bóg ma dla niego specjalny plan, choćby po tym, że kilkakrotnie jako małe dziecko w sposób cudowny uszedł z życiem z zadziwiających wypadków.
Pewnego razu, kiedy była zajęta myciem naczyń, Szymon, mając wtedy sześć lat, wykorzystał chwilę nieuwagi, wdrapał się na okno i wypadł z pierwszego piętra. Pani Janina zbladła, kiedy usłyszała jego krzyk, bo zrozumiała, że stało się coś strasznego. Kiedy dobiegła do okna i spojrzała w dół, to, co zobaczyła, było niewiarygodne. Szymon wisiał metr nad ziemią na szelce od spodni, którą był zaczepiony o rurę od trzepaka stojącego niedaleko muru, krzycząc wniebogłosy. Gdy zbiegła na dół i upewniła się, że nic się nie stało, dotarło do niej, że to, co się wydarzyło, było niewiarygodne i uratowała go opatrzność Boża. Szymon po upadku z takiej wysokości nie miał żadnych obrażeń, prócz kilku otarć i zadrapań. Jak doszło do zaczepienia szelki przylegającej do ciała o rurę od trzepaka? Jak gumowa szelka na zatrzask utrzymała rozpędzone z takiej wysokości dziecko? To wiedział tylko Anioł Stróż.
Kiedy miał trzy latka, przebywając pod chwilową opieką sąsiadki, Szymon podczas kąpieli zjadł duży kawał mydła i bardzo poważnie się wtedy zatruł. Stan był krytyczny, chłopiec był reanimowany. Najgorsze było to, że nikt osłabnięcia dziecka nie powiązał z faktem zniknięcia połowy mydła. Lekarze nie wiedzieli, co się dzieje. Jednak środki, które przedsięwzięli, uratowały mu życie.
Zachorował na zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, z którego wyszedł bez szwanku i przy bardzo późnym rozpoznaniu choroby obyło się bez powikłań.
Pewnego razu, kiedy wracali ze szkoły z kolegą, potrącił ich samochód. Kolega Szymona, Robert, zginął na miejscu. On sam doznał złamania kości udowej.
Takich zdarzeń, które śmiało można nazwać małymi cudami, było kilka i one właśnie utwierdzały panią Janinę w przekonaniu, że chłopiec jest w szczególnej łasce u Stwórcy.
Starsi sąsiedzi nie zwracali na niego uwagi. Był miły, jednak jak dla nich mało interesujący. Nie wzbudzał sensacji ani nawet dreszczyku emocji. Cóż innego jak nie plotki nakręcały pomyślne więzi międzysąsiedzkie? Szymon jednak słabo do nich inspirował - brak mu było wyrazistości urwisa lub mdłego charakteru maminsynka. W odróżnieniu od nich dzieciaki upodobały go sobie jako obiekt do rozgryzienia. Dzielnicową enigmę próbowały rozruszać sposobem nacisków i zaczepek, z ciekawością szpaka przyglądając się reakcji.
Jedynym oparciem, jakie Szymon miał na podwórku, była Ola, najmłodsza córka pani Pietruchowej. Dziewczynka wychowywała się wśród braci chuliganów, którzy zdążyli się jej naprzykrzyć. W domu u Pietruchów było takie zamieszanie, jakby tam ktoś wpuścił rój os. Hierarchia dokuczania była jasno określona - Rysiek dokuczał Romkowi, Romek - Jankowi, a Janek z Romkiem i Ryśkiem - Oli. Gradacja tej naturalnej zależności znajdowała uzasadnienie w wieku, a co za tym idzie, w sile fizycznej. W poszukiwaniu chwili spokoju pani Pietruchowa uwalniała stado. Na wybiegu, czyli na podwórku, mieli pole do popisu i mnóstwo ofiar. Prócz jednej...
Wszyscy nazywali go mało oryginalnie Strażakiem, ponieważ pracował kiedyś właśnie jako strażak. Pewnego razu po jakiejś nieudanej akcji zwariował. Nikt nie wiedział, co dokładnie się stało. Plotka głosiła, że przełożony zabronił mu interweniować podczas gaszenia pożaru z powodu zbyt dużego ryzyka. W domu, w którym próbowali ugasić ogień, została kobieta. Nic jednak nie można było zrobić ze względu na zbyt wysoką temperaturę i uszkodzenie konstrukcji obiektu. W budynku było wcześniej słychać krzyki, które jednak szybko ustały. Płomienie rozprzestrzeniały się błyskawicznie. Któryś ze strażaków jeszcze na początku akcji wyniósł z jednego z przednich pomieszczeń psa - owczarka. Pies był mocno poparzony, sierść na nim była dosłownie stopiona i zmieszana z krwią. Jednak zwierzak, oblany zimną wodą, jakby odzyskał nieco sił i ku zdziwieniu wszystkich wstał i chwiejnym krokiem pobiegł z powrotem w kierunku drzwi wejściowych, wprost w płomienie. Zwierzę wiedziało, że w środku została jego pani. Po ugaszeniu pożaru w rozkopywanych zgliszczach oczom strażaków ukazał się niesamowity widok. Pies swoim ciałem nakrył kobietę, próbując ją chronić, i w takiej pozycji żywcem spłonął. Ponoć po tej właśnie akcji strażak postradał zmysły.
Kochał zwierzęta, jednak nie potrafił kochać ludzi. Został zwolniony z pracy i przeszedł na rentę, którą zresztą całą przepijał. Nikt dokładnie nie wiedział, jak Strażak ma na imię, dlatego nadano mu przydomek związany z pracą. A on z nikim nie rozmawiał, był bardzo tajemniczy. Mieszkał na parterze oficyny w podwórku. Miał ogromnego czarnego owczarka, którego kupił od jakiegoś ruskiego żołnierza, kiedy wojska radzieckie opuszczały naszą Legnicę, a było ich około sześćdziesięciu tysięcy. Bardzo go kochał - pod koniec miesiąca, kiedy kończyła się renta, kupował jedzenie już tylko psu, a sobie nie. Czad, bo tak wabił się pies, choć posłuszny, był bardzo agresywny. Mimo to wszyscy się go bali. Nikt nigdy nie był u Strażaka w domu, przez okna też nie dało się nic zobaczyć, ponieważ były cały czas zasłonięte kocami, a podchodzić blisko nikt nie miał odwagi. Z mieszkania często dochodziły krzyki i podniesiony głos. Każdy wiedział, że nieszczęśnik o coś się oskarża. Nocą wyprowadzał psa na łąki, żeby tam się wybiegał. Nikt dokładnie nie był pewien, kim był Strażak, skąd pochodził i jakie były koleje jego życia. W jednym zaś wszyscy byli zgodni - wzbudzał dziwne, bliżej nieokreślone uczucie lęku. On czy bardziej jego pies - trudno było jednoznacznie powiedzieć. Zasada jednak była prosta: Strażakowi zawsze schodzi się z drogi. Wiadomo było, kiedy wychodził z domu, ponieważ wszystkie podwórkowe koty błyskawicznie rozpierzchały się po swoich kryjówkach, następnie życie na chwilę zamierało, ptaki milkły. Nawet piłka, którą przed chwilą kopali chłopacy, jakby zatrzymywała się, dziwnie tracąc impet. Wszystko to działo się dopóki, dopóty postać dziwaka nie oddaliła się w nieznanym kierunku.
Ola w Szymonie widziała wszystko to, czego - nawet w cząstce - nie odnajdowała w swoich braciach. Rysiek był hersztem podwórkowej bandy, jego zaufanymi "kapitanami", jak nietrudno się domyślić - Romek i Janek. Zadaniem całej szajki było testowanie wytrzymałości wszystkiego i wszystkich. Rysiek, odpowiedzialny za dobór ofiar, inicjował wszystkie akcje oraz ustalał, kogo lub co w danym dniu testowali. Nie znosił porażek, dlatego prędzej czy później dopinał swego. Skazą na jego wizerunku podwórkowego herszta był jednak Szymon, którego nie mógł pokonać. Napadnięty przez nich, przeważnie się zacinał i milczał, a to ich nie śmieszyło, nie wiadomo było, co z tym zrobić. Rysiek łamał sobie nad tym głowę, aż znalazł rozwiązanie i tym samym zmył plamę na honorze. Przykleił mu etykietę wariata ku uciesze gawiedzi i obaj mieli spokój, ponieważ Szymon, jako niemy wariat, stał się mało atrakcyjny jako obiekt eksperymentów. Z kolei dla niego etykieta dziwaka nie miała żadnego znaczenia.
Czas płynął, lata mijały, zmieniały się rządy. Wszyscy czekali, kiedy będzie lepiej, i tak w tym oczekiwaniu zastygli, że nawet nadzieja jakby pobladła. Mury domów stawały się coraz bardziej odrapane, a klatki zniszczone, pijaczkowie trzymający w nich wartę też się przerzedzali i zmieniali jak uzębienie rekina. Jedyne, co pozostało wśród nich niezmienne, to rytualne wyłudzanie klepaków na wypitkę, zakamuflowane w formę pożyczki. Dzieciaki dorastały i broiły jak zawsze, ścigane przez czujnego dozorcę - Władka. Ludzie byli zawiedzeni tym, że powiew wolności powywracał słabych, a silni okrzepli jeszcze bardziej. Złodzieje zmienili hasła oraz plakietki i w nowych, modnych garniturach głosili wyćwiczone slogany.
Jakie? Nieważne jakie, ważne - za ile. Racja leżała po stronie uczciwych. Leżała, ponieważ siła kłamców ją obaliła. A użalania biednych nikt nie słyszał.
Nic szczególnego nie zapowiadało tego, co się wydarzyło. Pewnego dnia Roku Pańskiego 2000 stało się coś, co wiele zmieniło w życiu Szymona i jego znajomych.
Była wiosna, budziło się życie. Pędy roślin zdobywały każdy przyczółek niezagospodarowanego terenu. Ludzie byli zajęci swoimi sprawami, młodzież jak zwykle gdzieś biegła, dorośli uwijali się koło swoich codziennych obowiązków.
Wczesnym popołudniem Szymon siedział blisko okna zanurzony w lekturze Przedwiośnia. Nie zwracał uwagi na to, co się dookoła dzieje. Jednak dało się słyszeć na podwórku niezwyczajne zamieszanie. Wszystkie dzieciaki, nawołując, szybko biegły w stronę torów, a za nimi bezdomne psy, głośno szczekając. Spłoszone gołębie wzbiły się w powietrze i kołowały nad dachami. Szymon właśnie skończył czytać rozdział. Kiedy chciał się napić łyka herbaty z róży, robionej przez jego babcię, poczuł, że jest zimna. To uświadomiło mu, że musiało upłynąć sporo czasu. Przypomniał sobie, że miał iść do sklepu zrobić zakupy, o które poprosiła go babcia.
Sklep "Samosia" znajdował się za torami, którymi ku uciesze dzieciarni często przejeżdżały pociągi. Kiedy chłopak zszedł na dół, zauważył, że przy torach zrobiło się zbiegowisko. Słychać było krzyki, nerwowe nawoływania, atmosfera wyraźnie była napięta. Nie zwlekając, ruszył w kierunku zbiegowiska, czuł, że stało się coś złego. Wtedy niespodziewanie drogę zaszedł mu Strażak, który popatrzył mu prosto w oczy. Szymon poczuł, jak po plecach przebiegły mu ciarki. Pies wyczuł to zdenerwowanie od razu i zaczął złowrogo warczeć. Na szczęście Strażak szarpnął mocno za smycz, burknął coś na psa i zeszli chłopakowi z drogi. To dzięki babci, która pożyczała Strażakowi czasami pieniądze, Szymon miał u niego taryfę ulgową i nigdy nie był szczuty strasznym psem.
Szymon natychmiast ruszył w kierunku zbiegowiska. Na miejscu okazało się, że pani Wandzie, która wracała z zakupami ze sklepu, uwięzła noga między torami a kładką. Stopa spuchła i mocno bolała, co utrudniało akcję ratunkową podjętą przez jej synów. Pani Pietrucha przy każdym ruchu mocno krzyczała. Na jej czerwonej, niemal purpurowej twarzy rysowało się przerażenie. Jak na nieszczęście, nie było w pobliżu nikogo dorosłego. Stopa była zaklinowana razem z butem. W tej chwili dało się słyszeć gwizd nadjeżdżającego pociągu. Wszyscy wiedzieli, że czasu zostało niewiele, i to tylko pogorszyło i tak już nerwową atmosferę. Zaczęła się panika. Rysiek coraz bardziej niezrozumiale krzyczał do matki, ona na niego, reszta dzieci wpadła w histerię. Biegały dookoła i wypatrywały rozpaczliwie ratunku.
Nagle zza zakrętu wyjechał pociąg, wyglądał przerażająco, jak nigdy. Zdawał się o wiele większy niż zawsze. Wszyscy wiedzieli, że nie ma szans na wyhamowanie. Młodsze dzieci rozpierzchły się z wrzaskiem. Janek szarpnął mocno nogę matki, ta z bólu z całej siły uderzyła go siatką z zakupami, którą podświadomie wciąż trzymała w ręce. Janek zatoczył się i spadł z nasypu, rozpaczliwie krzycząc: "Maaaaammoooo!". Blisko dwudziestometrowa lokomotywa rosła w oczach, zbliżała się miarowo, jak żądny krwi rekin do swojej bezbronnej ofiary. W tym całym zamieszaniu nikt nie zauważył, w którym momencie Szymon szybko podbiegł do przerażonej pani Wandy i ukucnąwszy przy niej, zaczął rozpinać jej but. Wszyscy zamarli w bezruchu, większość się odwróciła, widząc, że lokomotywa jest coraz bliżej. Szymon, nie patrząc nawet w jej stronę, złapał za stopę zdezorientowanej kobiety, stanowczo szarpnął pasek buta i jakimś cudem go odpiął, chwycił stopę i przekręcił delikatnie, po czym umiejętnie uwolnił ją z potrzasku. Kiedy jednak spojrzał w kierunku lokomotywy, zdał sobie sprawę, że jest za późno. Mocno przylgnął do pani Wandy i z przerażenia zamknął oczy. Ta chwila trwała wieczność. Pierwsze, co poczuł, to przeszywający ból w łydce, a następnie jakby jakaś siła wyrwała go w powietrze, po czym upadł. Staczał się z nasypu, mocno się przy tym obijając. Nie wiedział, czy żyje, czy już nie. Bał się otworzyć oczy. Dziwiło go jedynie, że wciąż słyszy krzyki dzieci.
Lokomotywa z wielkim hukiem przejechała, wagony dudniły. Szymon z panią Wandą leżeli na ziemi u podnóża nasypu. Ona trzymała ręce na głowie, jakby chciała się w ten sposób schować, a Szymon ze zdziwieniem przypatrywał się swojej rozszarpanej nogawce i krwawiącej łydce. Większość dzieci, będąc jeszcze w szoku, krzyczała. Inne stały w milczeniu, patrząc na wszystko z zastygłym niedowierzaniem na twarzach. Nikt nie wie, ile tak leżeli, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Kiedy pociąg przejechał, nastała cisza, na miejscu zostało tylko kilkoro przerażonych dzieciaków, sparaliżowanych strachem, niepotrafiących uciec. Reszta uciekinierów ze zdziwieniem i niedowierzaniem w oczach powoli wracała. Nie wszyscy rozumieli, co tu się stało. Pierwsi zareagowali Romek i Janek, którzy rzucili się na matkę, mocno ją tuląc. Ta, zanosząc się płaczem, powtarzała jak w amoku:
- Dzieci, dzieci moje kochane, co wy byście beze mnie zrobiły... Jaka ja jestem głupia...
Potem wstał Rysiek, podbiegł do matki i wraz z braćmi ją podnieśli. Zrobiło się zbiegowisko, wszyscy, którzy wcześniej uciekli, wrócili, przyprowadzając ze sobą spóźnionych gapiów, zaaferowanych całą sytuacją. Pani Wanda, nadal płacząc, nieustannie powtarzała:
- Dzięki Bogu, dzięki Bogu, dzieci moje kochane, co by to było, co by to było... Gdzie są moje zakupy?
Mocno kulejąc na jedną nogę, wracała do domu podparta na synach. Za nimi szło całe zgromadzenie, dołączały coraz to nowe osoby. Pytaniom i wyjaśnieniom nie było końca. W tym całym zamieszaniu wszystkim umknęło jedno. Nikt nie wyjaśnił Szymonowi, co tak naprawdę się stało.
O tym, by pójść do sklepu, nie było już mowy. Nogawkę miał dosyć mocno rozerwaną, jednak łydka nie była poważnie skaleczona. Szymon, kuśtykając, poszedł prosto do katedry podziękować Bogu za to, że żyje. Kiedy klęknął przed Najświętszym Sakramentem, próbował się modlić, jednak nie było o tym mowy. Ręce i nogi wciąż mu się trzęsły, a myśli wirowały jak szalone.
Po chwili w kościele dało się słyszeć szybkie, dosyć głośne kroki, nieprzystające do miejsca. Kroki zbliżały się coraz bardziej, aż do jego uszu dobiegł stłumiony, podekscytowany głos Oli:
- Szymon! Szymon! - Z trudem łapała oddech. - Wiesz, co... co się stało?!
- Tak, słyszałem - odpowiedział spokojnie.
- Bardzo cię proszę, chodź ze mną do domu, bo słyszałam, że moja mama miała jakiś wypadek! Boję się sama iść, bo nie wiem, co się stało. No, chodź ze mną, słyszysz?! No, proszę cię! Chodź! - nalegała, ciągnąc nerwowo Szymona za rękaw.
Szymon przeżegnał się i ruszyli w kierunku domu.
- Co ci się stało, dlaczego kulejesz? - zapytała dziewczyna, zauważywszy, że mocno utyka.
- Wiesz, ja sam wszystkiego do końca nie rozumiem. Było zdarzenie... Myślałem, że już nie żyję. Ja i twoja mama, tam, na torach... Wyraźnie widziałem, że ten pociąg był tak blisko, nie mieliśmy szans. Straciłem nadzieję. Zamknąłem oczy, bo się bałem, tak bardzo się bałem... I wtedy nie wiem, co się stało. Jakaś siła nas stamtąd zabrała, po prostu przeniosła czy jakoś tak. Miałem nie żyć, a żyję. Nie rozumiem... Nic nie rozumiem, to mógł być tylko Anioł Stróż. Bo co innego?! Rozumiesz, Olka, coś z tego? Bo ja nic!
- Szymon, ale o czym ty gadasz?! To ty tam byłeś?! Ty i moja mama?! Co z nią?! Ona żyje?! No mów! - krzyczała Ola, uderzając go obiema rękami w klatkę piersiową.
- Olka, ja tam byłem i dlatego nie powinno być mnie tu teraz.
- Jak nie powinno?! To po co tu przyszedłeś? Mów jaśniej!
- Chodzi mi o to, że tam miałem zginąć, to znaczy jakbym miał, toby mnie tu nie było. Rozumiesz?
- Nie - odparła Ola, coraz bardziej zdziwiona.
- W sumie masz rację, bo ja sam nic z tego nie rozumiem. Dlatego tu właśnie przyszedłem, żeby ochłonąć. Ale czas iść do domu. Pozbierać myśli - mówił chaotycznie, ciężko łapiąc oddech.
Olka wpatrywała się w niego badawczo, starając się poskładać coś z tych strzępów informacji.
- No tak, ale powiesz mi wreszcie, co się stało?! Do cholery, nie musisz być taki męczący! Po prostu wyduś to!
- Posłuchaj, twojej mamie nic nie jest. Podprowadzę cię pod drzwi, ale nie będę z tobą wchodził do środka, dobrze?
- Dlaczego nie chcesz wejść? Bardzo cię proszę, zrób to dla mnie - nalegała roztrzęsiona dziewczyna. - Szymon, do cholery, ja nic z tego nie rozumiem! Gadasz coś od rzeczy. Czego ty oczekujesz?
On przystanął, złapał ją za ramiona, spojrzał w oczy i zapytał, jak już się nieco opanowała: - Olu, ufasz mi?
- Tak, ufam... ale...
- To proszę cię, uspokój się i idź do domu, gdzie będzie czekała na ciebie cała i zdrowa mama.
- Skąd ty to możesz wiedzieć, skoro cały czas siedzisz w kościele? - zapytała z pewnym wyrzutem.
- Kiedy się uspokoisz, to możemy się spotkać i jak będziesz chciała, to pójdziemy na spacer, jeśli mnie ta noga nie będzie za bardzo bolała. - Zbliżali się właśnie do ich klatki schodowej.
Szymon podprowadził Olę pod drzwi, przytulił ją do siebie, poczuł, jak dziewczyna się trzęsie, pogłaskał ją po głowie.
- No dobra, Olka, idź do domu. Zobaczymy się potem.
- Szymon, gdzie ty byłeś?! Ja tu przez ciebie od zmysłów odchodzę! - Już po wejściu dobiegło go wołanie, a w nozdrza uderzył zapach gotującej się pomidorówki.
Babcia wyrwana z codziennych obowiązków podbiegła do niego w fartuchu, z nożem kuchennym w ręce i mocno go przytuliła, tak aż brakło mu tchu.
- Słyszałeś, co się stało?! Pociąg przejechał panią Pietruchę! Boże, jaka tragedia... Co teraz będzie z tymi biednymi dziećmi? Gdzie one się podzieją?
- Jak przejechał? To jeszcze raz? Kiedy?
- No jak to jak?! To ty nic nie wiesz? Wszyscy o tym gadają. Dzisiaj przejechał, godzinę temu czy jakoś tak. Straszne rzeczy. Ciebie nie było i ja się zamartwiałam, że tobie też mogło się coś stać.
- Babciu, nie denerwuj się, nic się nie stało. Było niebezpiecznie, ale na szczęście skończyło się dobrze.
- O czym ty mówisz, dziecko?! To wielka tragedia, na podwórku tak gadają! - kontynuowała, jakby nie rozumiejąc wyjaśnień Szymona. - Zabraniam ci chodzić tymi torami! Słyszysz?! Zabraniam ci!!! - krzyczała, wygrażając przy tym palcem. - Przeczuwałam, że to się tak skończy prędzej czy później. Wszyscy łażą przez te tory, trzeba czy nie trzeba. Słyszałam, że już kiedyś ktoś tam zginął. A pamiętasz, że w tamtym roku przejechało Barego Sitkowej? Nawet kłak sierści po nim nie został, a przecież to był taki duży pies. Boże, jaka tragedia... jaka tragedia...
Staruszka stała na środku pokoju, potrząsając ręką, w której nadal trzymała nóż. Widać było, że nie panuje nad sobą. Widocznie wiadomość musiała ją zaskoczyć podczas zajęć kuchennych. Zaczęła przechodzić z pokoju do pokoju jak obłąkana, powtarzając w kółko to samo.
- Boże, dziecko, jaka tragedia. Dzięki Bogu, że tobie nic się nie stało... Boże, dziecko...
Szymonowi udało się do niej podejść. Przytulił się, a z jej zaciśniętej dłoni powoli wyjął nóż, który odłożył na blat stołu.
- Dziecko, jak ty możesz być taki spokojny? Nie rozumiesz, co się stało?! Przecież...
Przerwało jej donośne pukanie do drzwi. Szymon podszedł, żeby otworzyć. W drzwiach stał Rysiek, syn pani Pietruchowej. Wyraźnie było widać na jego twarzy zmieszanie.
Babcia Janina zamarła, w ciszy oczekując najgorszej wiadomości.
- Szymon, posłuchaj, możesz do nas podejść na górę, moja mama cię prosi, no i my... - Spojrzał na chłopaka spode łba i wykrztusił z zaciśniętym gardłem: - Ja, my... w sumie też.
- Babciu, zaraz wrócę - powiedział Szymon do struchlałej staruszki.
- Szymonku, ale o co tu chodzi? Posłuchaj, Ryśku, ja cię bardzo przepraszam, ale mój wnuk jest niewinny - mówiła, nie rozumiejąc niczego.
- Ależ pani Janino, jaki winny? Szymon uratował naszą matkę! To bohater... Naprawdę pani nic nie wie? Szymon poświęciłby za nią życie, ale uratował ich Strażak i ten jego pies.
- Matko Boska przenajświętsza, wnusiu, o co tu chodzi? Co to ma znaczyć? Nic nie rozumiem. Ja już nie wiem, czy mam się cieszyć, czy płakać...
- Babciu, zaraz wrócę, to porozmawiamy. Bo ja teraz sam za bardzo nie wiem, o co chodzi - powiedział, po czym poszedł za Ryśkiem, pozostawiając zdezorientowaną babcię.
Kiedy weszli do mieszkania, w środku było pełno ludzi - rodziny i sąsiadów. Na krześle siedziała pani Wanda, której pielęgniarka bandażowała stopę. Gdy zauważyli, że przyszedł Szymon, wszyscy się rozstąpili, przepuszczając go do niej. Ta z trudem wstała. Wyciągnęła ręce do przodu, a kiedy chłopak podszedł, mocno go przytuliła i natychmiast jej oczy napłynęły łzami.
W pokoju zapanowała całkowita cisza, dało się słyszeć jedynie pociąganie nosami osób, którym zebrało się na płacz. Po chwili podeszła Ola i również się do nich przytuliła, szepcząc:
- Przepraszam cię, Szymon, nie wiedziałam...
Rysiek, Janek i Romek stali obok, czerwoni ze wstydu. Pamiętali, jak dokuczali chłopakowi. Zdali sobie sprawę, że jest to moment przełomowy i od teraz wszystko się zmieni.
Nagle ktoś przerwał ciszę.
- Szymon, a co ty masz z tą nogą? Krwawi?
- Tak, tak, bo to go pies ugryzł - wyrwała się z wyjaśnieniami malutka Asia, córeczka jednej z sąsiadek z podwórka.
- Jaki pies? - spytała pani Wanda. - Bo, proszę pani, jak Szymon pani chciał pomóc, to jakoś tak nie dawał rady, a ten pociąg to był już bardzo blisko i Małgośka krzyczała: "Zamknij oczy, już!". A ja, proszę pani, to tak podglądałam i widziałam, jak podbiegł ten straszny Strażak, co to go się wszyscy boją, i on panią za kołnierz, i Szymona, pana... Szymona, no, Szymona... - Trochę się zakłopotała problemem doboru formy.
- No mów, dziecko, mów - ponagliła zniecierpliwiona pani Wanda.
- No to panią i Szymona za kołnierz złapał, a Czad jeszcze za nogawkę i tak szarpnęli, że was... państwa, no... - ponownie się zmieszała - no, zabrali z tych torów i ledwo, ledwo zdążyli, bo pociąg był już tuż-tuż, tak blisko, że i ja nawet wtedy oczy zamknęłam. Jak przejeżdżał, to był wielki huk i ja krzyczałam, i chyba nie ja sama, bo inni też, i bałam się oczy otworzyć, a Małgośka mówi: "Otwórz już, głupia, otwórz. Zobacz, żyją!". To ja otworzyłam i naprawdę żyli, no... żyliście, a Strażaka już nie było, poszedł sobie gdzieś, tak jak zawsze chodzi, nie wiadomo gdzie i po co, bo ten jego pies to...
- Dobrze, już dobrze... - przerwała pani Wanda. - Dziękujemy, Asiu. Jak wrócisz do domu, to powiedz mamusi, że ma dzielną córeczkę, że ja tak powiedziałam.
- A proszę pani, to ja teraz mogę powiedzieć?!
Ktoś się zaśmiał.
- Tak, możesz. Biegaj już, biegaj, bo mama będzie się martwiła.
Jakiś czas po tym zdarzeniu wszystko wróciło do normy. Nastała wiosna, zrobiono przejście dla pieszych przez torowisko. Ludzie pootwierali okna, zachęcając promyki słoneczne do odwiedzin. Na powrót zabrzmiały kanonady trzepanych dywanów, rytmicznie dudniące o ściany kamienic piłki, jakby chciały pobudzić jeszcze sennych mieszkańców. Skakanki łoskoczące o chodniki wzbijały zalegający kurz. Brygady cieci wyległy, czesząc grabiami trawniki, porządkując bramy i przejścia. Koty wygrzewające się na parapetach leniwym okiem mierzyły zawsze w ich mniemaniu głupsze psy. Pijaczkowie emigrowali z mrocznych bram, okupując ławki i pobliskie zakamarki, przyglądając się sobie ze zdziwieniem, jak im te brody urosły przez zimę. Wrony gdzieś znikły, zastąpiły je skowronki, jerzyki, jaskółki. Ostre słońce przeganiało precz mrok i zgniliznę.
Rysiek wraz z braćmi zmienili podejście do Szymona, traktowali go z pełnym szacunkiem, co w ich wykonaniu równało się obojętności. Sąsiedzi zaczęli chłopaka wreszcie zauważać, byli dla niego mili i uprzejmi. On sam więcej czasu spędzał z Olą. Częściej razem chodzili na łąki, do cukierni, kościoła, czasami do kina. Babcia Janina miała dużo pracy przy udzielaniu korepetycji, którymi sobie dorabiała. Nawet wspólnymi siłami wymalowano stojącą w podwórzu kapliczkę. Niby niewiele się zmieniło, było jednak tak jakoś inaczej, cieplej, raźniej. Witalność wstępowała zarówno w sąsiadów, jak i w mury domów.
Pewnego wieczoru Szymon wrócił zmęczony do domu i postanowił, że nie będzie czytał. Nazajutrz chciał wcześniej wstać, gdyż obiecał sąsiadowi, że pomoże mu nakopać rosówek na ryby. Pan Zygmunt był wiekowym człowiekiem i niedowidział, dlatego czasami prosił Szymona o pomoc.
Poczucie obowiązku nie pozwalało chłopakowi spokojnie spać, co chwilę budził się w obawie przed zaspaniem. Odliczał uderzenia starego, zaufanego zegara kominkowego marki Gustav Becker, który przeżył już dwie wojny i nigdy nie zawiódł. Z panem Zygmuntem był umówiony na czwartą trzydzieści. Darzył sympatią tego starszego, wesołego mężczyznę przede wszystkim za jego poczucie humoru. Mawiał, że nie jest z tych, co to jadą na ryby, by odpocząć od brzęczenia swojej niepokornej żony. On jeździ po ryby, które mimo mało optymistycznego losu, jaki je czeka, i tak z utęsknieniem go wypatrują, ponieważ zabija je z miłością, iście po franciszkańsku, i one wszystkie - te leszcze, płocie, karpie - wiedzą o tym, dlatego nie mają mu tego za złe. Mało tego, jeśliby tylko potrafiły, to z pewnością same by się uśmierciły, żeby go wyręczyć od tej nieprzyjemnej czynności, którą to czasami zlecał swojej żonie, uzasadniając tym, że ona nie ma sumienia. Pan Zygmunt podejrzewał ją nawet o upodobanie do jakiejś formy sadyzmu, ponieważ wszystkie psy na nią szczekały, a koty omijały szerokim łukiem, jakby coś przeczuwając. Kiedyś powiedział Szymonowi: "Pamiętaj - nim się ożenisz, daj swojej wybrance kota do pogłaskania. Jak nie dostanie parcha, to śmiało bierz ją za żonę! Oczywiście jak kot nie dostanie parcha, ha, ha!".
Kiedy antyczny zegar "Gustav Becker" wybił trzecią w nocy, nie wiedzieć czemu Szymon poczuł przejmujący chłód. Gdy oddychał, z ust wydobywała się para. Uświadomił sobie, że cykanie zegara też było donioślejsze, tak jak wyraźniejsze są wszystkie odgłosy zimą, kiedy mróz wyostrza i wzmaga dźwięki. Schował ręce pod kołdrę, ponieważ mu zmarzły. Coś się działo i na pewno nie było to nic dobrego, jednak nie potrafił zrozumieć co. Było coraz zimniej, to zimno przenikało go na wskroś, dreszcze przebiegały po plecach. W pewnym momencie poczuł na sobie czyjś wzrok, kogoś, kto był także w pokoju. Ten ktoś przypatrywał mu się dokładnie, to nie był wzrok obcego raczej starego znajomego, który spotkał go po dłuższym czasie, Szymon czuł, jak go wierci nienawistnym spojrzeniem. Chłopak nie potrafił zrozumieć, skąd to wie, ale wiedział, że tego kogoś nie zna, a zarazem zna. Że nie wie, kto to jest, ale ten ktoś wie, kim jest on. I był przekonany, całkowicie przekonany, że jest to ktoś zły. Po prostu to czuł. Po chwili, a może godzinie - tego nie wiedział, ponieważ uświadomił sobie, że nie słyszy cykania zegara - czas jakby się zatrzymał. Szymon usłyszał kroki nienaturalnie głośne, niczym olbrzyma stąpającego po parkiecie pustej auli. Szedł z bliska, a kroki dobiegały z daleka. Po chwili do łóżka zbliżyła się zakapturzona postać. Mimo że bardzo wytężał wzrok, nie widział jej twarzy, jedynie zwaliste zarysy sylwetki. Po chwili czy godzinie? Postać pochyliła się nad nim i w tym samym momencie poczuł, jak coś go uciska, niemal miażdży, tak jakby ktoś bardzo ciężki na nim usiadł. Próbował w panice wydostać rękę spod kołdry, jednak nie mógł ruszyć nawet palcem. Czuł się jak wciśnięty do beczki i zalany betonem. Całkowita niemoc i bezradność poraziły go. Wtedy ten ktoś przybliżył twarz i Szymon z przerażeniem zobaczył, że to nie była jedna twarz, tylko w tej jednej było wiele twarzy. Widział jedną i wiele zarazem, zdawał sobie sprawę, że nie jest to ludzkie. Patrzył bardziej oczami wyobraźni na tyle, na ile to coś pozwalało się widzieć. I bardziej poczuł, niż zobaczył, nienawiść. Taką nienawiść, jakiej opisać się nie da.
Nie wiedział, co ma robić. Czy zaraz umrze z przerażenia, czy zostanie zabity? Zamknął oczy i zaczął się modlić. A raczej w transie błagać o pomoc:
- Matko Chrystusowa, ratuj! Boże drogi, ratuj! Jezu Chryste, ratuj! - Kiedy wypowiadał te słowa, a może je wykrzykiwał, usłyszał tylko jedno zdanie wypowiedziane przez zjawę:
- Zamknij się, skurwysynu, jesteś sam!
Po jakimś czasie doszedł do siebie. Był bardzo zmęczony, tak jak podróżnik po odbyciu dalekiej wyczerpującej wyprawy. Nie odczuwał ucisku na klatkę piersiową. Natychmiast łapczywie złapał oddech jak po wynurzeniu się z głębiny, a serce dudniło niczym oszalałe. Ostrożnie rozejrzał się po pokoju. Rozjaśniło się i nie było czuć mrozu. Natychmiast wyskoczył z łóżka. Włączył światło. W pokoju faktycznie nikogo już nie było. Poczuł, jaki jest mokry od potu. Spojrzał na zegar - były dokładnie dwie po trzeciej! Jak to możliwe?! Poszedł do korytarza, sprawdził zamki w drzwiach - wszystko było w porządku. Udał się do kuchni, nastawił wodę na herbatę. Kiedy czekał, aż się zagotuje, naszły go wątpliwości, czy to, co się stało, stało się faktycznie, czy było tylko złym snem. Wrócił do pokoju, postawił na stole herbatę i kiedy sięgnął po cukiernicę, zobaczył ze zdziwieniem, że była przewrócona. A na rozsypanym po blacie stołu cukrze widniał napis: "Zdechniesz jak pies". Ponownie ciarki przeszyły całe jego ciało. Dłoń, w której trzymał łyżeczkę, zaczęła mu się trząść. W jednej chwili zrozumiał, że wszystko to działo się naprawdę, a nie w jego wyobraźni. Ponownie rozejrzał się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu, jednak dopiero teraz poczuł jakiś smród, z którym wcześniej nigdy się nie spotkał. Położył się do łóżka i już nie wyłączył światła. Coś bez pardonu wkroczyło w jego życie, coś bardzo silnego, w konfrontacji z czym czuł się bezradny jak dziecko.
Zrozumiał, że Bóg pozwolił na to upokarzające doświadczenie, by przypomnieć mu, kim jest. Inaczej być nie mogło. Przecież żyje, a mógł być martwy w sekundzie. Bóg jednak nie dopuścił do jego śmierci. Co to miało oznaczać na przyszłość? Z tym i innymi dylematami kłębiącymi się w głowie leżał do momentu, aż "Gustav", wybijając czwartą, przypomniał, że czas wstawać. Kiedy uklęknął do porannej modlitwy, był już człowiekiem, dla którego pojęcie pokory nabrało innego, głębszego znaczenia.
Panie, do Ciebie wołam o wschodzie słońca,
Pomóż mi modlić się i zebrać myśli;
Sam nie jestem w stanie.
Wewnątrz mnie jest ciemność, ale u Ciebie jest światło,
Jestem samotny, ale Ty mnie nie opuszczasz,
Jestem małoduszny, ale u Ciebie znajdę pomoc,
Jestem niespokojny, ale w Tobie jest pokój,
Jestem pełen goryczy, ale Ty jesteś cierpliwy,
Nie rozumiem dróg Twoich, ale Ty wiesz,
która droga jest właściwa dla mnie. Ojcze w Niebie...
Doktor Lucjan Gliński siedział jak co dzień rano w swoim gabinecie, który znajdował się w końcu korytarza oddziału onkologicznego wrocławskiego szpitala. Wygodnie rozparty w fotelu dotykał stopami bez butów chłodnej posadzki. Z wymalowanym na twarzy zadowoleniem przypatrywał się porcelanowej filiżance z jego ulubionym cortado doprawionym kardamonem i cynamonem, zagryzając pączkiem z pobliskiej cukierni "Ptyś", gdzie codziennie rano wstępował w drodze do pracy. Sprzedawczyni zawsze miała dla niego odłożone trzy sztuki, każdy z innym nadzieniem - adwokatem, budyniem i czekoladą. Przed konsumpcją robił mały kwiz, na jakie nadzienie trafi. I kiedy tak z przymrużonymi oczami raczył się solidnym kęsem budyniowego, w myślach jak najdalej odsuwając obowiązki wypisów i zlecenia leków, o zgrozo - usłyszał narastający odgłos kroków.
"Nie, tylko nie to. Może nie do mnie?" - pomyślał, choć dobrze wiedział, że to do niego.
Po intensywności i natężeniu kroków domyślił się, że nadchodzi energiczna lub podenerwowana kobieta. Obie możliwości były prawdopodobne i stąd wiedział, że dzisiejszy miły poranek dobiegł końca.
Łyknął większy haust kawy, oblizał palce z lukru, schował do szuflady resztki pączka i przyjął gardę.
Drzwi otworzyły się z impetem, stanęła w nich kobieta około czterdziestu kilku lat. Ładna blondynka o regularnych rysach twarzy, z przesadzonym jak na tę porę dnia makijażem. Ubranie, które miała na sobie, było napięte do granic możliwości, a nawet dalece przekraczało te granice. Szwy mini na wysokości bioder zdawały się błagać o litość, a guziki żakietu na piersiach wyglądały jak naboje w magnum 45. Wysokość szpilek stanowiłaby poważne wyzwanie dla niejednej modelki, ale nie dla Anny Wolter, którą to w tej osobie rozpoznał doktor. I to tylko utwierdziło go w przekonaniu, że to koniec przyjemnego poranka.
Po chwili w nozdrza uderzył go nieprawdopodobnie skondensowany zapach perfum. Nim wrócił do świadomości, drzwi trzasnęły, olbrzym zrobił dwa kroki, pierścienie na rozczapierzonych palcach, którymi kobieta oparła się o blat, uderzyły o biurko. Wielkie kolczyki zadzwoniły niczym dzwon topielców w klasztorze Panien Zwierzynieckich. I już nad nim wisiała jak sęp nad ofiarą. Zanim rozmowa się rozpoczęła, granice intymności i prywatności zostały przekroczone. Strefa buforowa została zdemolowana bez piśnięcia. Doktor Lucjan, Lucjan - lew, Lucjan - król swojego gabinetu, co tam gabinetu - oddziału, szpitala, świata - leżał teraz bezbronnie niczym żółw na karapaksie. Z tym że akurat czego jak czego, ale szczęścia to by tu szukać ze świecą, albo raczej z gromnicą...
- Panie doktorze, czy coś pan zrobił w sprawie, o którą pana prosiłam? Czy tylko pan tak siedzi bezczynnie?!
Pytanie retoryczne, zarzut prowokujący... Jak on to dobrze znał... Po chwili padło na dobitkę:
- Przepraszam, pan coś mieli w buzi czy mówi bezdźwięcznie?
Doktor nieśmiało uniósł wzrok, spoglądając na panią Annę. Miała uniesioną pretensjonalnie jedną brew jak cięciwa naprężonego łuku z gotową do wystrzelenia w jego kierunku zatrutą jadem z kurary strzałą, usta zaciśnięte, a oczy zamiast źrenic miały celowniki.
Doktor patrzył z niewzruszonym wyrazem twarzy zaspanego buldoga francuskiego, mało wyrazistymi, głęboko osadzonymi oczami. Nawet kiedy ogłaszał rodzinom pacjentów czy im samym złą nowinę o postępującej chorobie, jego pozbawione mimiki oblicze było niewzruszone, przez co kojarzone z bezdusznością.
Nie inaczej było i teraz, kiedy pani Anna zadała pytanie. Doktor Lucjan nie był za bardzo tym poruszony, odpowiadał spokojnie i bez emocji, co ludzi nerwowych wyprowadzało z równowagi.
- Przepraszam panią, a może mi pani przypomnieć, o co znowu prosiła?
Kobieta poczuła, jak natychmiast skacze jej ciśnienie. Wycedziła przez zaciśnięte zęby:
- Prosiłam pana, żeby moją córką zajmowała się pielęgniarka Gossssia...
- Aha, no tak, no tak... Ja panią rozumiem, ale proszę mi wierzyć, że robimy wszystko, co w naszej mocy. Zapewniliśmy pani córce najlepszą opiekę, na jaką nas stać.
- Bardzo pana proszę, niech zajmuje się nią tylko Małgorzata... - Pani Anna nie ustępowała. - Bo skoro to, co dzieje się teraz, a nie dzieje się nic, to jest wszystko, na co was stać, to jestem pełna obaw, co będzie potem. - Mówiąc to, prostowała się i uginała na rękach, jakby robiła pompki na blacie biurka.
- Niech pani zrozumie także i mnie. Pani Małgorzata jest pielęgniarką, która ma takie same kwalifikacje i umiejętności, jak inne pielęgniarki, a podejście to sprawa indywidualna.
- Może i takie same, ale Żaneta na nią inaczej reaguje. Niech pan po prostu to załatwi. Skoro wszystkie są takie same, to chyba nie będzie problem, żeby moją córką zajmowała się jak najczęściej ta Gosia?
- Dobrze, będę o tym pamiętał, choć nie uważam takiego wyróżniania za zasadne.
- Ale to ona sama wyróżnia się spośród personelu swoim podejściem do Żanetki. Nie wie pan, jak to jest, kiedy ma się jedyne dziecko i do tego takie nieszczęście...
- Wiem, nie jest pani tu pierwsza - powiedział doktor, unosząc oczy znad długopisu, którym się do tej pory bawił.
- Zaczynam mieć wątpliwości co do pana kompetencji. Konsultowałam się z innymi specjalistami i oni bardzo chętnie podjęliby się leczenia mojej córki. Tylko z panem jakoś nie potrafię się dogadać.
- Na jakiej płaszczyźnie nie potrafi się pani ze mną porozumieć?
- Niech pan nie będzie bezczelny. Ja dla swojej córki kupuję najlepsze lekarstwa, jakie tylko są, a pan mi mówi, że mało robię? Jak pan śmie?!
Pani Anna odbiła się od biurka i żwawo ruszyła ku drzwiom. Jej makijaż w różnych odcieniach teraz miał barwę czerwieni i wyglądała jak Rosjanka na mrozie.
Kiedy doktor poczuł radość, będąc pewnym, że napastniczka opuszcza jego gabinet, ta w jednym momencie, tuż przed samymi drzwiami, wykonała piruet w pozycji wagi. Na powrót zrobiła dwa kroki olbrzyma i klasycznym telemarkiem wylądowała na jego biurku. I zasyczała jak kobra.
- Ja nie po to sobie flaki wypruwam, żeby mi taki ktoś jak pan mówił, czy ja jestem dobrą matką, czy złą! To jest podłe!
- Ależ ja nic takiego nie powiedziałem - odpowiedział cichszym tonem doktor, czując, że traci grunt pod nogami.
- Cały czas pan mi zarzuca, że pana pouczam. - Pani Anna wykonała wibrujący ruch dłonią, imitujący wkręcanie żarówki, szukając odpowiedniego słowa, i wydobyło się z jej ust: - Jakbym ja jakąś... pouczaczką była! - Powiedziawszy to, zrobiła minę jak gdyby sama się tym zdziwiła...
- Bo tak jest... - odparł zdecydowanie jeszcze ciszej doktor.
- Ale to są tylko rady - powiedziała kobieta, pochylając się nad doktorem tak, jakby chciała go ugryźć w szyję.
Doktor w akcie rozpaczy ripostował:
- Proszę pani, ja panią doskonale rozumiem, ale niech i pani postara się mnie zrozumieć. Pracuję na tym oddziale dwadzieścia lat i wiem, co mam robić, a pani mi mówi, co jest dobre, a co złe. Na szczęście przywykłem do takich rozmów, dlatego nie podchodzę do tego emocjonalnie, ale przyznaję pani, że na początku mojej kariery miałem z tym problem. Po prostu postaram się uczynić zadość pani prośbie. To wszystko, co mogę dla pani zrobić.
- Tak? To niech pan uważa, bo ze swoją karierą problem to pan może dopiero mieć. Pan mnie jeszcze nie zna, są inni specjaliści w tym kraju, nie jest pan jeden i ma pan nad sobą zwierzchnika. Tylko u pana na oddziale, gdy się idzie, to słychać same jęki i narzekania jak w jakimś horrorze.
- Słychać narzekania? - Spojrzał na nią oburzonym wzrokiem. - Ludzie się skarżą tylko wtedy, kiedy wiedzą, że ktoś ich wysłucha. I tutaj tak właśnie jest. Zresztą uważam naszą rozmowę za zakończoną. Do widzenia pani - zakończył wyraźnie podenerwowany doktor.
- Nie będę tu z panem marnowała czasu. Co miałam powiedzieć, to powiedziałam. - Trzasnęły drzwi i pani Wolter szybkim rozkołysanym krokiem oddaliła się w stronę wyjścia, gdzie czekał na nią partner Adam.
Adam był kochasiem pani Anny, metroseksualnym pawikiem. W standardzie - opalenizna, jaskrawe ubrania, wulgarny łańcuszek zdobiący karczek, który unosił pustą główkę z wyżelowaną fryzurką. Jedyny jego wysiłek to siłownia w granicach rozsądku. Traktował to raczej jako element zawodu, a nie upodobanie czy choćby zainteresowanie. Rolę, jaką odgrywał w tym związki, był brak sprzeciwu i notoryczna usłużność.
- Adaś, nie uwierzysz, jaki z tego lekarza gbur! - mówiła Anna, szukając w torebce kluczyków od auta.
- Czego szukasz, kochanie? - zagadnął Adaś.
- Kluczyków, a czego mogę szukać, pistoletu!? - burknęła, przyzwyczajona do głupich pytań Adasia.
- Nie szukaj, ja je mam, przecież prowadziłem w tę stronę - odpowiedział bezemocjonalnie, ze zrozumieniem roli chłopca do bicia.
- Aha, faktycznie. To czego się nie odzywasz, tylko tak idziesz? Tak mnie wyprowadził z równowagi ten konował, że już nie wiem, co robię. Obawiam się, że te wszystkie pieniądze, które płacę za leczenie Żanety, są jak rzucone w błoto.
Spojrzała na Adasia, który właśnie przeglądał się w szybie mijanego auta.
- Widzę, że ty mnie nie słuchasz! Czego się mogłam spodziewać, skoro to nie twoje dziecko!
- Słucham cię, rybko, tylko zastanawiam się, gdzie pojedziemy zjeść, bo o tej godzinie nie będzie gdzie zaparkować blisko "Piwnicy Świdnickiej".
- To ja ci mówię o swojej córce, śmiertelnie chorej, a ty mi o pustym bebzunie pieprzysz!? Dobrze mnie ostrzegano, żebym się nie pakowała w to bagno. A ja głupia, że nieee, że będzie dobrzeee. I teraz mam dobrze! - Spojrzała na Adasia z wyrzutem. - Przecież ty mnie wcale nie rozumiesz! Jakbyś był choć trochę inteligentny, tobyś udał, zamarkował, że cię to interesuje! Coś zrobił, cokolwiek! Moja córka leży w szpitalu z podejrzeniem nowotworu, jej ojciec ma to gdzieś, bo siedzi nad jakąś debilną pracą naukową! Nie zauważył nawet, kiedy wzięłam z nim rozwód, a jak ja się tobie zwierzam, to ty mi mówisz o obiedzie?! W co ja się wpieprzyłam?! Wzięłam sobie takiego chłopaczka z plakatu i teraz mam. Przecież z tobą, człowieku, nawet nie można na żaden poważny temat porozmawiać. Co za melepeta!
- Ja nie jestem od rozmowy, tylko od kochania i to jest dla mnie najważniejsze, że cię kocham - odpowiedział lekko obruszony Adaś.
- Człowieku, jakie ty masz pojęcie o miłości? Tyle wiesz, co się naczytałeś gazetowych poradników. Nawet nie rozumiesz, co to słowo znaczy. Miłość to przede wszystkim poświęcenie, zrozumienie, a nie łóżko i ładne gadanie pustych bzdur i składanie obiecanek, bo jak na razie to wychodzi ci najlepiej. Chociaż nie zapominaj - nikt nie jest niezastąpiony, tym bardziej kiedy ma się osobowość sznurka na bieliznę.
- Dlaczego sznurka na bieliznę?
- Nic ci nie przychodzi do głowy?!
- Nic... - rzucił, jakby się jeszcze zastanawiając.
- No właśnie dlatego... - W tym momencie zapiszczał sygnał odblokowywanego alarmu.
- Daj kluczyki - powiedziała i nerwowo wyciągnęła rękę.
- Dlaczego?
- No daj, nie dyskutuj! - rzuciła niecierpliwie, potrząsając dłonią.
Adaś dopiero podczas jazdy, siedząc na miejscu pasażera, zrozumiał, że miała to być forma skarcenia i przypomnienia mu o jego miejscu w szeregu.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
1 z jap. - sztuka dobywania miecza - katany