Wyścig tajemnic - Daniel Coyle, Tyler Hamilton

-
Proszę czekać

Historia kryjąca się za tą książką

W 2004 roku przeniosłem się wraz z rodziną do Hiszpanii, by napisać książkę o Lansie Armstrongu, który przygotowywał się do szóstego z kolei zwycięstwa w Tour de France. Wiele sprawiło, że był to jeden z najbardziej fascynujących projektów w moim życiu. Przede wszystkim - największa tajemnica tkwiła w samym sercu moich badań. Należało odpowiedzieć na pytania: kim tak naprawdę jest Lance Armstrong? Czy - tak jak wielu wierzyło - wielkim, prawdziwym mistrzem, czy jednak stosującym doping oszustem? A może kimś żyjącym w mrocznej przestrzeni pomiędzy tymi opiniami?

Wynajęliśmy apartament w Gironie, gdzie mieścił się ośrodek treningowy Armstronga. Zaledwie dziesięć minut spacerem od przypominającego fortecę domu kolarza, który dzielił z ówczesną partnerką, Sheryl Crow. Przez piętnaście miesięcy żyłem w jego świecie, który nazwałem "planetą Lance'a". Spędzałem czas z jego przyjaciółmi, kolegami z drużyny, lekarzami, trenerami, prawnikami, agentami, mechanikami, masażystami, rywalami, krytykami... i, oczywiście, samym Armstrongiem.

Lubiłem jego sposób bycia - pozytywną energię, którą emanował, bystrość i złośliwe poczucie humoru. Ceniłem także jego zdolności przywódcze. Nie odpowiadało mi natomiast jego dość swawolne usposobienie, a także skrytość i dokuczliwy sposób, w jaki traktował najbliższe otoczenie. Miałem jednak świadomość, że to nie była gra w pchełki. Kolarstwo to sport, który pod względem fizycznym i mentalnym jest najbardziej wymagający na świecie.

Opisałem wszystko tak dokładnie, jak tylko mogłem, po czym wydałem Wojnę Lance'a Armstronga. Koledzy z drużyny Amerykanina ocenili ją jako "obiektywną i sprawiedliwą". Sam Armstrong powiedział, że "była w porządku".

Kilka lat po jej opublikowaniu ludzie zaczęli zadawać mi pytania, czy wierzę w to, że Armstrong stosował doping. Prawdopodobieństwo takich wydarzeń oceniałem jako "pół na pół", ale rosło ono w miarę upływu czasu. Z jednej strony są dowody: badania wskazują, że doping podnosi wydajność sportowca o 10-15 procent, a mówimy o dyscyplinie, w której o tym, kto wygra dany wyścig, decyduje zaledwie ułamek punktu procentowego. Faktem jest również to, że prawie każdy kolarz, który stanął obok Armstronga na podium klasyfikacji generalnej Tour de France, również był zamieszany w doping. Podobnie jak pięciu zawodników U.S. Postal Service, czyli jego teamu. Dodatkowo należało brać pod uwagę długoletnią współpracę Amerykanina z doktorem Michelem Ferrarim, znanym jako "Dr Zło" - tajemniczym Włochem, którego dziś uznaje się za jedną z najbardziej zhańbionych postaci świata sportu.

Z drugiej jednak strony Armstrong przeszedł masę testów antydopingowych, bronił się niezwykle energicznie, wygrywając kilka publicznie znanych spraw sądowych. Ponadto, gdzieś z tyłu mojej głowy tliła się odwrotna argumentacja: jeżeli okazałoby się, że Lance faktycznie zażywał niedozwolone środki, to czy nie wyrównywał sobie szans względem innych?

Niezależnie jednak od prawdy byłem pewien, że nigdy nie napiszę o dopingu i/lub Armstrongu. Mówiąc najprościej - doping to paskudna sprawa. Oczywiście, byłem zafascynowany swego rodzaju szpiegowskim podejściem do śledztwa, ale im bardziej zagłębiałem się w temat, tym bardziej stawał się on ponury i odrażający. Te historie o niewykwalifikowanych lekarzach, makiawelicznych manipulatorach z dyrekcji zespołu, nadmiernie ambitnych kolarzach, którzy głęboko cierpieli fizycznie i psychicznie... To wszystko było mroczne, a stało się jeszcze mroczniejsze, gdy przebywałem w Gironie. Tam dowiedziałem się o śmierci dwóch wielkich gwiazd: Marco Pantaniego (depresja, przedawkowanie kokainy w wieku trzydziestu czterech lat) i José Maríi Jiméneza (też depresja; zmarł na atak serca, gdy miał trzydzieści dwa lata) oraz próbie samobójczej kolejnej gwiazdy, trzydziestoletniego wówczas Franka Vandenbrouckego.

Zostało to wszystko otoczone, niczym skarbiec z hartowanej stali, zmową milczenia, która w kwestii dopingu działała na profesjonalnych kolarzy niczym sycylijska omerta. Moc omerty była silnie ugruntowana - nigdy w długiej historii tego sportu żaden czołowy kolarz nie ujawnił wszystkiego. Ludzie z personelu grupy, którzy rozmawiali o dopingu z osobami postronnymi, natychmiast byli wypędzani z "bractwa" i traktowani jak zdrajcy. Przy tak małej liczbie wiarygodnych informacji zgłaszanie niedozwolonych praktyk dopingowych było przejawem frustracji, szczególnie jeżeli chodziło o Armstronga - ikonę, świętego obywatela, który tak dzielnie walczył z rakiem.

Gdy więc skończyłem Wojnę..., skupiłem się na innych projektach, wyjechałem. Byłem zadowolony, widząc "planetę Lance'a" w moim wstecznym lusterku...

Nagle, w maju 2010 roku, wszystko się zmieniło. Rząd Stanów Zjednoczonych powołał wielką ławę przysięgłych i rozpoczął dochodzenie w sprawie Armstronga i grupy U.S. Postal. W akcie oskarżenia znalazły się zarzuty oszustwa, zawiązania spisku, udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, przekupstwa sędziów i zastraszania świadków! Dochodzenie prowadził prokurator federalny Doug Miller i oficer śledczy Jeff Novitzky, odgrywający poważną rolę w sprawie Barry'ego Bondsa i firmy BALCo, która dotyczyła zażywania niedozwolonych środków w bejsbolu. Tego lata rzucili oni światło na najciemniejsze zaułki "planety Lance'a". Wezwali na świadków członków drużyny Armstronga, jego kolegów oraz pracowników teamu, by zeznali przed wielką ławą przysięgłych w Los Angeles.

Zacząłem odbierać liczne telefony. Moi informatorzy opowiadali o rozwoju dochodzenia - o tym, że Novitzky dotarł do zeznań naocznych świadków, które wskazywały na to, iż Armstrong transportował, używał i dystrybuował kontrolowane substancje, a także, że odkrył dowody świadczące o możliwości dostępu Armstronga do eksperymentalnych środków zastępczych krwi. Jak zdradził mi doktor Michael Ashenden, australijski specjalista w dziedzinie zwalczania dopingu, który pracował przy kilku tego typu śledztwach: "Jeżeli Lance wykaraska się z tej sprawy, będzie cholernym Houdinim".

W trakcie toczonego śledztwa nawiedzało mnie wrażenie, że nie dokończyłem pewnych spraw. Miałem poczucie, że oto teraz nadarza się okazja, by odkryć prawdziwą historię ery Armstronga. Był jednak jeden problem - nie mogłem napisać tej opowieści na własną rękę. Potrzebowałem kogoś w rodzaju przewodnika, człowieka, który siedział w tym światku i który chciałby złamać omertę. Warunki te spełniała tylko jedna osoba - Tyler Hamilton.

On sam nie świecił przykładem. Swego czasu był jednym z czołowych, doskonale znanych kolarzy. To mistrz olimpijski, którego w 2004 roku skazano za doping i wygnano ze świata sportu. Początki jego znajomości z Armstrongiem sięgają końca XX wieku. W latach 1998-2001 był jego prawą ręką w U.S. Postal, później zaś rywalem po przejściu do CSC i potem do Phonaku. Był także sąsiadem Armstronga, mieszkał w tym samym domu w Gironie, piętro wyżej od słynnego kolegi.

Przed upadkiem Hamilton był uważany za wzór cnót, za bohatera, którego obraz tworzyli w latach pięćdziesiątych dziennikarze sportowi: elokwentny, przystojny, uprzejmy i łamiący konwenanse ulubieniec tłumów. Pochodził z Marblehead w stanie Massachusetts. W college'u uchodził za niezwykle utalentowanego narciarza. Kontuzja pleców pozwoliła mu jednak odkryć jego prawdziwe powołanie.

Hamilton nie był typowym gwiazdorem kolarstwa - siłaczem, który powoli, cierpliwie, krok po kroku zdobywa szczyt. Wyróżniała go etyka pracy, przyjazne usposobienie i - co najważniejsze - niezwykła zdolność znoszenia bólu. W 2002 roku na początku zmagań w Giro d'Italia uległ poważnej kontuzji barku. Postanowił kontynuować wyścig, zacisnął zęby, wytrzymał cierpienie i... zajął drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Tuż po zakończeniu imprezy musiał się poddać poważnej operacji. "Przez czterdzieści osiem lat pracy nie widziałem drugiego człowieka, który do tego stopnia potrafiłby znosić ból", mówił fizjoterapeuta Hamiltona, Ole Kare Foli.

W 2003 roku Hamilton znów wziął udział w poważnej kraksie, tym razem podczas pierwszego etapu Tour de France, w której złamał obojczyk. Oczywiście nie wycofał się z wyścigu, wygrał nawet jeden z etapów i zajął czwarte miejsce w "generalce". Gerard Porte, wieloletni lekarz na TdF, określił to osiągnięcie jako "najwspanialszy przykład odwagi, z jakim się spotkał".

Hamilton był również jednym z najbardziej lubianych zawodników w peletonie. Skromny, pierwszy w pochwałach innych kolarzy, taktowny. Jego koledzy z drużyny często urządzali zabawne scenki, w których jeden z nich wcielał się w postać leżącego po kraksie Hamiltona. Drugi udawał lekarza grupy. Oszalały podbiegał do niego, krzycząc:

"O Jezu, Tyler! Ucięło ci nogę! Wszystko w porządku?"

"Och, nie przejmuj się, nic mi nie jest. A jak ty się dziś czujesz?", odpowiadał grający rolę Hamiltona.

Spędziłem z nim trochę czasu w Gironie w 2004 roku. Było to niezapomniane doświadczenie. Przez większość tego okresu był taki, jakim go przedstawiałem: pokorny, sympatyczny, wręcz ugrzeczniony. Przypominał skauta - zawsze przepuszczał mnie w drzwiach, kilkakrotnie dziękował za to, że kupiłem mu kawę.

Gdy rozmawialiśmy o życiu w Gironie czy jego dzieciństwie w Marblehead lub o ukochanych Red Soksach, był zabawny, spostrzegawczy i zaangażowany w dyskusję. Jednak kiedy zaczynaliśmy tematy czysto kolarskie, na przykład zbliżającego się Tour de France, Hamilton się zmieniał... Jego figlarne poczucie humoru znikało. Wbijał wzrok w kubek z kawą, zaczynał mówić ogólnikowo, w sposób niezwykle mdły i najzwyczajniej nudny. Mówił, że "przygotowując się do Wielkiej Pętli, odrabiał swą pracę domową", że "Armstrong to świetny facet, trudny rywal i bliski przyjaciel", że "występ w Tour de France to dla niego wielkie wyróżnienie i honor". Rzucał truizmami, jak stereotypowy sportowiec, który zwykle ma niewiele do powiedzenia. Wyglądało to tak, jakby cierpiał na rzadką chorobę, powodującą stan nagłego otępienia, ilekroć wspomina się o kolarstwie...

W naszej ostatniej rozmowie, która miała miejsce kilka tygodni przed pojawieniem się informacji o stosowaniu przez niego dopingu, Hamilton zaskoczył mnie pytaniem, czy nie zechciałbym napisać z nim książki o życiu w świecie kolarstwa. Odpowiedziałem, że czuję się wyróżniony i że pewnego dnia musimy wrócić do tematu. Jednak szczerze mówiąc, miałem go dość. Tego samego wieczoru powiedziałem żonie, że owszem, lubię Hamiltona, że na rowerze jest zdumiewający i inspirujący, ale jako bohater książki byłby po prostu nudny.

Kilka tygodni później uświadomiłem sobie, że byłem w wielkim błędzie. Jak wynikało z doniesień prasowych i telewizyjnych z ostatnich kilku miesięcy, ten grzeczny skaut prowadził drugie życie, rodem z powieści szpiegowskich. Występowały w nim kryptonimy, sekretne telefony, dziesiątki tysięcy dolarów przelewanych hiszpańskiemu doktorowi i medyczna zamrażarka do przechowywania krwi, o nazwie Syberia, której używał podczas Tour de France.

W wyniku dochodzenia hiszpańskiej policji okazało się, że Hamilton nie był sam. Kilka tuzinów kolarzy ze światowego topu prowadziło podobne, rozbudowane, tajemne programy. Wobec wszystkich dowodów Amerykanin utrzymywał, że jest niewinny. Jego rewizje zostały jednak odrzucone przez autorytety w dziedzinie walki z dopingiem. Został zawieszony na dwa lata. Z życia publicznego zniknął bezzwłocznie.

Gdy więc dochodzenie w sprawie Armstronga nabrało tempa, przeprowadziłem szczegółową pracę badawczą. Wynikało z niej, że Hamilton zbliżał się do czterdziestki, był po rozwodzie, mieszkał w Boulder w stanie Kolorado, gdzie prowadził małą siłownię. Próbował nawet wrócić do sportu po zakończeniu zawieszenia, ale sprawa spełzła na niczym, gdy po raz drugi wykryto u niego niedozwolone środki, które zażywał, by walczyć z dręczącą go od dziecka depresją. Nie udzielał wywiadów. Jeden z jego byłych współpracowników zaczął mówić o nim "Enigma".

Wciąż miałem jednak jego adres mailowy. Napisałem więc:

Cześć, Tyler.

Mam nadzieję, że wszystko u ciebie w porządku.

Jakiś czas temu spytałeś o możliwość napisania wspólnie książki.

Jeżeli nadal byłbyś zainteresowany, z wielką przyjemnością podejmę się współpracy.

Wszystkiego najlepszego.

Dan.

o o o

Kilka tygodni później poleciałem do Denver, by spotkać się z Hamiltonem. Gdy wychodziłem z terminalu, zauważyłem go za kierownicą srebrnego SUV-a. Nie wyglądał już tak chłopięco - miał dłuższe włosy, przyprószone siwizną. W kącikach oczu pojawiły się małe, ale głębokie zmarszczki. Gdy ruszyliśmy, zaczął żuć tytoń. "Próbowałem rzucić. Wiem, to ohydny nawyk, ale pomaga mi opanować cały ten stres. Albo przynajmniej wydaje mi się, że pomaga...", powiedział.

Zatrzymaliśmy się w restauracji, ale Hamilton uznał, że było w niej zbyt wiele osób. Wybrał więc mniej zaludnione miejsce - coś w rodzaju budki z jedzeniem. W środku na stole paliły się dwie świece. Hamilton się rozejrzał. Nagle człowiek, który potrafił znieść każdy rodzaj bólu, który w takich sytuacjach zaciskał zęby aż do korzeni, sprawiał wrażenie, jakby miał zacząć płakać. Nie ze smutku czy cierpienia, lecz z ulgi. "Przepraszam", rzucił po kilku sekundach milczenia. "Po prostu czuję się dobrze, mogąc o tym porozmawiać. Wreszcie...".

Zacząłem od najważniejszego pytania: "Dlaczego kłamałeś w kwestii stosowania dopingu?". Hamilton zamknął oczy. Po chwili otworzył je szeroko. Zobaczyłem w nich prawdziwy smutek.

"To prawda, kłamałem. Ale sądziłem, że to wyrządzi najmniejszą szkodę. Spróbuj się postawić na moim miejscu. Gdybym się przyznał, wszystko byłoby skończone. Grupa straciłaby sponsora, pięćdziesiąt osób - pięćdziesięciu moich przyjaciół - straciłoby pracę. To ludzie, na których mi zależało. Gdybym ujawnił prawdę, zostałbym wygnany ze świata sportu na zawsze. Byłbym zrujnowany, a moje nazwisko zszargane. Ta "prawda" była pojęciem o wiele bardziej złożonym, dotyczyła zbyt wielu ludzi. Miałem wybór - albo opowiedzieć sto procent prawdy, albo milczeć. Nie było nic pomiędzy. Więc... postanowiłem kłamać. Nie byłem pierwszym, który to robi, i nie jestem ostatnim. Czasami kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą...".

Rozkręcił się. Zaczął opowiadać o wezwaniu do sądu, składaniu zeznań pod przysięgą i wystąpieniu na sądowej mównicy.

"Zanim tam wszedłem, długo o tym myślałem", zdradził. "Wiedziałem, że nie mogę kłamać, więc uznałem, że muszę wyznać prawdę w całości, w pełni się ujawnić. Zdecydowałem, że nie mogę się ugiąć pod żadnym pytaniem. I tak właśnie zrobiłem. Moje zeznania trwały siedem godzin, skrupulatnie odpowiadałem na każdą kwestię. Nie przestawali pytać o Lance'a, chcieli, bym wskazał na niego palcem. Wyjaśniłem im, jak funkcjonował cały system, który był rozbudowywany przez lata. Uzmysłowiłem, że nie dało się działać w pojedynkę. Zamieszany był w to każdy. Dosłownie każdy".

Hamilton podwinął rękawy, podniósł dłonie i obnażył ramiona. Wskazał palcem na zagięcie w łokciu, pokazując wyglądające jak pajęcza sieć blizny wzdłuż żył. "Wszyscy mamy takie ślady", powiedział. "To jak tatuaż bractwa. Gdy tylko opaliłem ciało, blizny się pokazywały. Musiałem wtedy kłamać na różne sposoby, mówiąc na przykład, że się skaleczyłem w wypadku".

Spytałem, jak w takim razie przez tyle lat przechodził testy antydopingowe. Hamilton roześmiał się. "Nawet nie wiesz, jak łatwo oszukać testy. Jesteśmy świetnie przygotowani na każdą kontrolę. Oni mają swoich lekarzy, my swoich, tylko że nasi są o wiele lepsi. Ponadto, UCI (Międzynarodowa Unia Kolarska, zajmująca się między innymi organizowaniem zawodów) wcale nie chce łapać takich kolarzy. Po co? Przecież kosztowałoby ich to dużo pieniędzy...", stwierdził z rozbrajającą szczerością.

Zapytałem, dlaczego chce się podzielić swoją historią akurat teraz. "Zbyt długo milczałem. Zbyt długo chowałem to w sobie. Tak naprawdę nigdy nie opowiedziałem tego od początku do końca, a kiedy już raz zacząłem mówić prawdę, coś we mnie pękło. Czuję się doskonale, mogąc wreszcie o tym rozmawiać. Nawet nie wiesz jak bardzo. Poczułem, jakbym zrzucił z pleców olbrzymi ciężar i wtedy też uzmysłowiłem sobie, że to najlepsza rzecz, jaką mogłem zrobić - dla siebie i swojej przyszłości w sporcie".

o o o

Następnego ranka spotkaliśmy się w hotelu. Ustaliłem trzy podstawowe zasady:

1. Nie ma tematów tabu. 2. Hamilton ma obowiązek przekazać mi dostęp do swoich dzienników, zdjęć, źródeł i informatorów. 3. Gdy zajdzie potrzeba, będzie musiał potwierdzić wszystkie fakty.

Zgodził się bez wahania. Tego samego dnia przeprowadziłem z nim ośmiogodzinną rozmowę.

W grudniu spędziliśmy tydzień w Europie, odwiedzając kluczowe miejsca w Hiszpanii, Francji i Monako. By zweryfikować i potwierdzić relacje Hamiltona, przeprowadziłem niezliczoną liczbę rozmów z jego kolegami z teamu, mechanikami, lekarzami, małżonkami i przyjaciółmi, między innymi z ośmioma byłymi kolarzami U.S. Postal. Ich wypowiedzi zawarłem w dalszej części książki. Niektórzy z nich po raz pierwszy podjęli temat dopingu.

W trakcie trwania naszej znajomości odkryłem, że to nie Hamilton opowiada swoją historię, lecz ona ujawnia jego wnętrze. Miał niespotykanie precyzyjną pamięć, jego wspomnienia były niezwykle dokładne, przez co oddawał emocjonalną intensywność tych zdarzeń. Jego umiejętność znoszenia bólu również się przydała - nie oszczędzał się, zachęcając mnie do rozmowy nawet z tymi, którzy mogli przedstawiać go w niekorzystnym świetle.

Swoją drogą, chęć ujawnienia całej prawdy stała się jego obsesją, podobnie jak kiedyś wygranie Tour de France. Moje przesłuchiwanie go trwało niemal dwa lata. Czasami czułem się jak ksiądz słuchający spowiedzi grzesznika, innym razem jak terapeuta... W miarę upływu czasu dostrzegałem stopniową przemianę Hamiltona. Ta znajomość stała się wędrówką dla nas obu. Dla niego była ucieczką od sekretów, drogą prowadzącą do normalnego życia, dla mnie - podróżą w sam środek nieznanego mi wcześniej świata.

Jak się później okazało, historia, której słuchałem, nie była wywodem o dopingu, lecz o mocy - sile zwykłego człowieka, który przez ciężką pracę dotarł na szczyt nadzwyczajnego świata, który nauczył się, jak należy się w nim poruszać, poznał granice ludzkich możliwości. To była opowieść o skorumpowanym, zepsutym, ale zaskakująco rycerskim świecie, w którym możesz szprycować się każdym niedozwolonym środkiem, jaki wymyślono, ale równocześnie musisz zaczekać na przeciwnika, gdy ten ulegnie wypadkowi podczas wyścigu...

Pod tym wszystkim kryła się historia o nieznośnym napięciu, które towarzyszy temu sekretnemu życiu. "Jednego dnia jesteś normalnym facetem, prowadzisz spokojne życie. Następnego stoisz na jednej z madryckich ulic z ukrytym telefonem, dziurą w ramieniu, która ciągle krwawi, i masz nadzieję, że nie zostaniesz za chwilę aresztowany. To było kompletne szaleństwo", tłumaczył Hamilton, który niekiedy okazywał strach, że Armstrong i jego potężni, niemal wszechmocni przyjaciele zwrócą się przeciwko niemu. Nigdy jednak nie wyraził nawet cienia nienawiści wobec sławniejszego kolegi.

"Wiem, jak Lance cierpiał. Rozumiem, kim jest i w jakim znajduje się położeniu. Podjął taką samą decyzję jak my wszyscy, stał się aktorem tej samej tragedii. Później zaczął zwyciężać w Tour de France i stracił nad tym wszystkim kontrolę. Zatracał się w kłamstwie. Teraz nie ma wyboru. Musi nadal kłamać, nie może wyjawić prawdy. Jest osaczony, uwięziony", mówił.

Armstrong nigdy nie odpowiedział na moje zaproszenia do rozmów. Jednakże jego prawni reprezentanci utrzymywali, że ich klient kategorycznie zaprzecza, jakoby brał czynny udział w aferze dopingowej. 12 czerwca 2012 roku Armstrong, w odpowiedzi na orzeczenie Amerykańskiej Agencji Antydopingowej (USADA), wydał specjalne oświadczenie, pod którym podpisał się również jego "trener", doktor Ferrari, a także czterech kolegów z U.S. Postal. W piśmie można było przeczytać: "Nigdy nie stosowałem dopingu i w przeciwieństwie do moich oskarżycieli startowałem przez dwadzieścia pięć lat jako sportowiec wytrzymałościowy bez jakiegokolwiek sztucznego polepszania wydolności. Przeszedłem ponad pięćset testów antydopingowych, w których nigdy niczego nie wykryto".

W jednym z wywiadów dla "Wall Street Journal" doktor Luis del Moral, który również stanowczo zaprzeczył, jakoby był zaangażowany w proceder dopingowy, stwierdził, że ani nigdy nie dostarczał swoim zawodnikom niedozwolonych leków, ani nie prowadził nielegalnych procedur wewnątrz ekipy. Z kolei Johan Bruyneel sporządził specjalne oświadczenie, które opublikował na swojej stronie internetowej: "Nigdy nie brałem udziału w żadnych działaniach o charakterze dopingowym. Jestem niewinny". Podobnie postąpił Ferrari: "NIGDY, PRZENIGDY nie byłem w posiadaniu EPO lub testosteronu. Zatem NIGDY nikomu nie podałem ani EPO, ani testosteronu".

Doktor Pedro Celaya i Pepe Marti, asystenci Del Morala, którzy również zostali oskarżeni przez USADA, nie wydali tego rodzaju pism. Cała piątka - podobnie jak Armstrong - nie chciała ze mną rozmawiać. Bjarne Riis, który w latach 2002-2003 był dyrektorem Hamiltona w teamie CSC, zaproponował jedynie złożenie następującego oświadczenia: "Jestem smutny z powodu zarzutów, które są mi stawiane. Ale nie pierwszy raz ktoś próbuje zdyskredytować moją osobę i, niestety, prawdopodobnie nie ostatni. Kompletnie odcinam się od tego wszystkiego, nie chcę komentować tych oszczerstw. Osobiście uważam, że zasłużyłem na miejsce w świecie kolarstwa. Sam przyczyniłem się do wzmocnienia prac antydopingowych w tym sporcie. Dokonałem już swoistej spowiedzi w kwestii dopingu, odgrywając kluczową rolę w tworzeniu tak zwanego "biologicznego paszportu". Prowadzę również zespół z jasną polityką antydopingową".

"Jest jedna rzecz, która różniła Lance'a od nas wszystkich - powiedział Hamilton. - My chcieliśmy wygrywać. Lance zaś musiał wygrywać. Musiał być w stu procentach pewny, że zwycięży. Zawsze. To sprawiło, że musiał robić rzeczy, które wykraczały poza pewne granice. Zdaję sobie sprawę, że zrobił wiele dobrego dla wielu ludzi, ale to wciąż pozostaje nie w porządku. Czy powinien być ścigany i pójść do więzienia za to, co zrobił? Nie sądzę... Czy wygrał Tour de France siedem razy z rzędu? Absolutnie nie! Więc tak, uważam, że ludzie powinni poznać prawdę. Ludzie muszą się dowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Wtedy dokonają własnych osądów"1.

Daniel Coyle

Rozdział 1 WCHODZĄC DO GRY

JESTEM DOBRY W BÓLU.

Wiem, że to brzmi dziwnie, ale to prawda. W każdej innej dziedzinie życia jestem zwykłym człowiekiem. Żadnym geniuszem, który ma nadludzkie zdolności. Mierzę sto siedemdziesiąt dwa centymetry, ważę siedemdziesiąt trzy kilogramy. Nie wyróżniam się w ulicznym tłumie. Mam jednak pewien dar, ujawniający się w warunkach, które wymagają przekroczenia granic wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Mogę iść przed siebie bez względu na wszystko. Im cięższa sytuacja, tym lepiej sobie radzę. Nie jestem masochistą, po prostu mam metodę. Ból da się zablokować, musisz go tylko ogarnąć. Ot, cały sekret...

Myślę, że mam to w genach. Hamiltonowie są twardzi, zawsze tacy byli. Moi przodkowie byli buntowniczymi Szkotami, należeli do klanu wojowników. Dziadkowie wiedli sportowy tryb życia - Carl pierwszy zjechał na nartach z Góry Waszyngtona, z kolei Arthur był członkiem załogi frachtowca, który płynął aż do Południowej Afryki. Rodzice uprawiali back country, wędrując na nartach przez wąwóz Tuckermana, najbardziej stromy i niebezpieczny szlak w północno-wschodnich Stanach Zjednoczonych. Podejrzewam, że dla nich był to tylko rodzaj spokojnej, romantycznej randki.

Ojciec miał sklep z materiałami biurowymi niedaleko Marblehead, nadmorskiego miasteczka leżącego dwadzieścia sześć kilometrów na północ od Bostonu. Jak to w biznesie, przeżywał wzloty i upadki. Dziadek Arthur zwykł wtedy mawiać, że zamiast steków czasem trzeba jeść hamburgery. Jednak ojciec zawsze umiał wyjść na prostą. Gdy byłem mały, tłumaczył mi, że w walce psów o zwycięstwie nie decyduje siła, lecz wola i chęć walki. Wiem, że to banał, ale wierzyłem w te słowa całym moim sercem. Do dziś wierzę.

Żyliśmy w starym, żółtym domu ze spadzistym dachem przy High Street 37, w dzielnicy zamieszkiwanej przez klasę średnią. Byłem najmłodszy z trójki rodzeństwa, obok brata Geoffa i siostry Jennifer. W sąsiedztwie miałem ponad dwadzieścioro dzieci, wszystkie w podobnym do mnie wieku. Były to czasy, w których troskliwe rodzicielstwo nie zostało jeszcze wymyślone, więc szlajaliśmy się całymi dniami poza domem, wpadając tylko na posiłki i nocleg. To nie było typowe dzieciństwo, oparte na wszelakich grach i zabawach: hokeju ulicznym, żeglowaniu, pływaniu, jeżdżeniu na sankach czy nartach. Woleliśmy zająć się łobuzerką - skradaliśmy się na pokłady jachtów bogatych ludzi, zamieniając je w miejsce zabaw, urządzaliśmy ryzykowne przejażdżki trójkołowcami wzdłuż urwisk Dunn's Lane, wymyśliliśmy nawet nowy sport, który nazwaliśmy "Waltera Paytona skok przez żywopłot". Generalnie polegał on na tym, że każdy wybierał sobie możliwie najwyższy żywopłot w okolicy i przeskakiwał przez niego jak futbolista Payton przez linię defensywy rywala. Gdy właściciele podwórka wychodzili z domu, uciekało się ile sił w nogach.

Rodzice nie wymagali od nas wiele. Chcieli jedynie, abyśmy zawsze mówili prawdę, bez względu na okoliczności. Pewnego dnia ojciec powiedział, że gdyby nasza rodzina miała herb rodowy, zawarte by w nim było jedno słowo: UCZCIWOŚĆ. Właśnie szczerością i rzetelnością kierował się, prowadząc firmę i opiekując się rodziną. Nawet jeśli wpadaliśmy w kłopoty - zwłaszcza wtedy gdy kierowaliśmy się uczciwością - rodzice nie byli na nas źli.

Raz do roku organizowaliśmy na podwórzu Szalony Turniej Kozła Śnieżnego w krokiecie. Zabawa miała tylko jedną zasadę - namawiano w niej do oszukiwania. Można było na przykład podnieść z ziemi piłeczkę przeciwnika i wyrzucić ją do Atlantyku (co swoją drogą zdarzyło się kilka razy). Zawsze było mnóstwo śmiechu, bo ostatecznie zwycięzcę dyskwalifikowano za oszukiwanie. Zatem oszukani przez słynących przecież z uczciwości Hamiltonów przyjaciele stawali się ofiarami własnych oszustw.

Byłem dziarskim dzieciakiem, zawsze trzymałem się ze starszymi i silniejszymi kolesiami. Już jako dziesięciolatek mogłem sporządzić dość długą listę własnych urazów, kontuzji i innych przypadłości: rozcięcia, złamane kości, zapalenie wyrostka robaczkowego, skręcenia... Pielęgniarki często żartowały ze mnie, sugerując rodzicom, by wykupili mi karnet do szpitala, dzięki któremu po dziesięciu wizytach jedenastą miałbym za darmo.

Spadałem z ogrodzeń, wyskakiwałem z piętrowych łóżek, miałem kolizję z chevroletem, jadąc do szkoły na rowerze. Zawsze gdy zrobiłem sobie krzywdę, mama była obok, by opatrzyć moje rany, pocałować i zaprowadzić do domu. Z ojcem również łączyły mnie bliskie relacje, ale więź z matką miałem szczególną. Była wspaniałą sportsmenką. Jako dzieciak zawsze chciałem ją naśladować. Codziennie, wczesnym rankiem, wykonywała serię rutynowych ćwiczeń w salonie - piętnaście minut treningu siłowego a la Jack LaLanne. Gdy budziłem się wcześnie, zbiegałem po schodach i dołączałem do niej. Robiliśmy pompki i pajacyki. Raz, dwa, trzy, cztery; raz, dwa, trzy, cztery; i raz, dwa, trzy, cztery...

To nie była jedyna rzecz, która nas łączyła. Od kiedy pamiętam, miałem pewien problem. Nie potrafię tego dokładnie opisać. Czułem ciemność żyjącą na krawędzi mojego umysłu, bolesną ciężkość, która przychodziła i odchodziła zupełnie niespodziewanie. Gdy się pojawiała, niczym ciemna fala, wysysała ze mnie całą energię, przygniatała tak mocno, że czułem się, jakbym był trzysta metrów pod powierzchnią wody, w mrocznym, zimnym oceanie. Jako dziecko sądziłem, że to normalne, myślałem, że każdy miewa takie chwile, w których brakuje sił, by rozmawiać, w których zamyka się w sobie na wiele dni. Gdy dorosłem, odkryłem, że ta ciemność miała swoje imię: depresja genetyczna. Wisiała nad naszą rodziną niczym klątwa - babcia popełniła samobójstwo, mama cierpiała całe życie.

Dziś potrafię ją kontrolować za pomocą medytacji, wtedy zaś miałem tylko mamę. Gdy ta ciemna fala zaczynała mnie otaczać, ona zawsze była obok, dając mi do zrozumienia, że zna moje cierpienie. Nie robiła niczego szczególnego - czasem przyrządziła talerz rosołu, zabrała na spacer czy po prostu pozwoliła wejść sobie na kolana. Niby nic wielkiego, ale pomagało. Te chwile zbliżały nas, powodowały, że chciałem, by była ze mnie dumna. Do dziś, gdy zastanawiam się nad tym, dlaczego zostałem sportowcem, dochodzę do wniosku, że kierowałem się pragnieniem, by dać jej powód do dumy. To było najważniejsze. Chciałem krzyczeć: "Spójrz, mamusiu!".

Gdy miałem około jedenastu lat, dokonałem niezwykle ważnego odkrycia. Stało się to, gdy szusowałem na górze Wildcat w New Hampshire, dokąd jeździliśmy każdej zimy. Wildcat to słynne, ale ekstremalne miejsce do jazdy na nartach: strome, pokryte lodem, gdzie zawsze panuje najgorsza pogoda na całym kontynencie. Znajduje się w Górach Białych, dokładnie naprzeciw doliny Góry Waszyngtona, gdzie notuje się najsilniejsze podmuchy wiatru w całej północnej części kraju. To był typowy dzień - potworny wiatr, kłujący, lodowaty deszcz. Szusowałem z resztą drużyny narciarskiej Wildcat, wjeżdżałem na górę wyciągiem i zjeżdżałem wyznaczoną trasą. I tak w kółko. Nagle, nie wiedzieć czemu, wpadłem na przedziwny pomysł. "Nie korzystaj z wyciągu, wejdź o własnych siłach", pomyślałem.

Wstałem więc z krzesełka i zacząłem iść. To nie było łatwe, musiałem nieść narty i stawiać malutkie kroczki w ciężkich butach, na bardzo śliskiej nawierzchni. Koledzy z drużyny, którzy wjeżdżali wyciągiem, patrzyli z góry na szaleńca, wychudzonego jedenastolatka, który ścigał się z maszyną. Niektórzy z nich dołączyli do mnie. Byliśmy jak John Henry walczący przeciwko silnikowi parowemu - nasze nogi kontra konie mechaniczne...

A więc przystąpiliśmy do wyścigu. W górę i w górę, krok po kroku. Pamiętam ból, który parzył moje nogi, serce podchodzące do gardła i uczucie, które okazało się najważniejsze. Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że mogę iść dalej, że nie muszę się zatrzymywać. Czułem ból, ale zupełnie nie zwracałem na to uwagi.

W tym dniu coś się we mnie obudziło. Odkryłem, że kiedy wypruwałem z siebie żyły, wkładałem sto procent energii w intensywne, niemożliwe do wykonania zadanie, gdy moje serce biło jak dzwon a kwas mlekowy rozsadzał mięśnie, czułem się dobrze, naturalnie, harmonijnie. Naukowcy tłumaczyliby, że wzmożony poziom endorfin i adrenaliny chwilowo zmienił całą chemię mojego mózgu. Najpewniej mieliby rację. Ja wiem jedynie, że im większy dawałem sobie wycisk, tym lepiej się czułem. Wysiłek był moją ucieczką. Uważam, że to główny powód, dla którego potrafiłem dotrzymać kroku o wiele większym i silniejszym facetom, uzyskującym lepsze ode mnie wyniki w testach fizycznych. Jednak za pomocą testów nie da się zmierzyć gotowości do cierpienia...

Pozwólcie mi więc podsumować wczesny etap mojej kariery. Najpierw byłem narciarzem, nadzieją olimpijską. Na rowerze jeździłem tylko poza sezonem, chcąc utrzymać dobrą formę. W liceum wygrałem nawet kilka wyścigów. Byłem solidny, ale z pewnością nie był to poziom krajowy. Następnie, gdy już studiowałem na drugim roku na Uniwersytecie Kolorado, podczas jednego z treningów doznałem kontuzji pleców. Musiałem zakończyć karierę narciarską. Podczas rehabilitacji całkowicie poświęciłem się kolarstwu. Dokonałem wtedy drugiego wielkiego odkrycia: pokochałem jazdę na rowerze. Kolarstwo łączyło w sobie dreszczyk emocji związany z narciarstwem z mądrością potrzebną w szachach. Nagradzało tych, którzy byli zdolni do cierpienia. Im więcej mogłeś znieść, tym lepszym byłeś kolarzem.

Dwanaście miesięcy później, w 1993 roku, zostałem mistrzem college'u. Następnego lata byłem już jednym z lepszych amatorów w kraju, członkiem drużyny narodowej, olimpijską nadzieją. Istne szaleństwo, czułem, że odnalazłem swoje prawdziwe przeznaczenie.

Wiosną 1994 roku życie było piękne i proste. Miałem dwadzieścia trzy lata, mieszkałem w małym apartamencie w Boulder, żywiąc się zupami błyskawicznymi i mrożoną pizzą, którą smarowałem masłem orzechowym. Reprezentacja narodowa wypłacała mi jedynie małe stypendium, więc by wiązać koniec z końcem, założyłem firmę Flatiron Hauling, która zajmowała się holowaniem i przewożeniem różnych rzeczy. Na jej majątek składała się moja osoba i ciężarówka z platformą - ford z 1973 roku. Wykupiłem nawet reklamę w "Boulder Daily Camera" z hasłem, które mogłoby być również moim mottem: "Podejmę się każdej, nawet najcięższej pracy". Przewoziłem pniaki, złom, a raz coś, co wyglądało jak tona psiej kupy z czyjegoś podwórka. Mimo wszystko czułem się szczęśliwy mogąc żyć w ten sposób. Stałem na pierwszym stopniu schodów prowadzących na szczyt kolarstwa, patrzyłem w górę i zastanawiałem się, jak wysoko mogę zajść.

To właśnie wtedy poznałem Lance'a. Był maj 1994 roku. Deszczowe popołudnie w Wilmington w stanie Delaware. Wziąłem udział w wyścigu kolarskim Tour DuPont: dwanaście dni, tysiąc sześćset kilometrów, stu dwunastu zawodników na starcie, w tym pięć grup ze światowej czołówki. Ja i Lance byliśmy w podobnym wieku, nasze ambicje były jednak zgoła inne. On przyjechał tu, by wygrać, ja chciałem jedynie zobaczyć, czy zdołam nadążyć za poważnymi kolarzami.

On był już w tym czasie zawodnikiem dużego formatu. Jesienią 1993 roku zdobył w Norwegii mistrzostwo świata ze startu wspólnego. Zachowałem na pamiątkę numer magazynu "VeloNews" z jego zdjęciem, znałem na pamięć całą historię: osierocony Teksańczyk z nastoletniej ciąży, wyjątkowy talent triathlonowy, który przerzucił się na kolarstwo. W artykule używano takich słów jak "bezczelny", "cyniczny" i "zuchwały", by jak najlepiej opisać jego osobowość. Widziałem, w jaki sposób Armstrong się cieszył, gdy jako pierwszy przekroczył linię mety w Oslo. Wykonał taniec futbolisty po efektownym przyłożeniu: wysyłał całusy, przeszywał pięścią powietrze, pokazywał się publiczności. Niektórzy ludzie - no dobra, praktycznie większość z nich - uważali go za zarozumialca. Ja lubiłem jego energię, jego bezczelność. Gdy ludzie pytali go, czy jest drugim Gregiem LeMondem, odpowiadał: "Nie, jestem pierwszym Lance'em Armstrongiem".

Krążyło wtedy o nim wiele ciekawych historii. Pewnego razu, gdy mistrz świata Moreno Argentin przypadkowo pomylił Lance'a z jego kolegą z teamu Andym Bishopem, Armstrong wściekł się. "Pierdol się, Chiappucci!", wrzasnął, celowo myląc nazwisko Włocha z kolarzem z jego zespołu. Z kolei podczas Tour DuPont w 1993 roku pewien hiszpański kolarz próbował wypchnąć Amerykanina Scotta Merciera z trasy. Widząc to, Armstrong stanął w obronie rodaka, dogonił Hiszpana i kazał mu się wycofać. Ten oczywiście go posłuchał. Wszystkie historie związane z Armstrongiem są do siebie bliźniaczo podobne: Lance był w nich po prostu Lance'em, upartym amerykańskim kowbojem szturmującym zamkowe mury europejskiego kolarstwa. Uwielbiałem słuchać tych anegdot, ponieważ sam marzyłem o ataku na tę twierdzę.

Dzień przed startem łaziłem w kółko i gapiłem się na te wszystkie twarze, które wcześniej mogłem oglądać tylko w kolarskich magazynach. Oto przed moimi oczami stał rosyjski złoty medalista olimpijski Wiaczesław Jekimow ze swoją rockową fryzurą i sowieckim grymasem, a obok meksykański ekspert od jazdy w górach Raul Alcala - "cichy zabójca", który wygrał poprzednią edycję wyścigu. Także George Hincapie - chudy, zawsze zaspany nowojorczyk, mający być kolejnym wielkim amerykańskim kolarzem. A nawet trzykrotny triumfator Tour de France, Greg LeMond, dla którego był to ostatni sezon przed odejściem na emeryturę. Mimo tego nadal miał ten błysk w oku, wyglądał młodzieńczo. Sprawność kolarza można ocenić patrząc na kształt jego tyłka i żył na nogach. Ich dupy były wręcz bioniczne, mniejsze i mocniejsze od wszystkich, jakie do tej pory widziałem. Układ żył na nogach przypominał mapę autostrad. Ramiona wyglądały jak wykałaczki. Jadąc na rowerze, z rękoma na kierownicy mogli na pełnej szybkości prześliznąć się przez najciaśniejszą kolumnę kolarzy.

Obserwowanie ich było inspirujące. Wyglądali jak konie wyścigowe. Odnośnie do siebie, miałem zupełnie inne odczucia. Jeżeli oni byli końmi pełnej krwi, to ja byłem jedynie kucykiem. Mój zad był ogromny, nogi nie ujawniały ani jednej żyłki. Miałem wąskie barki, uda narciarza i grube ramiona, które w koszulce wyścigowej wyglądały jak parówki w osłonce. Poza tym pedałowałem z gracją tłuczka do ziemniaków, a ponieważ byłem niski, miałem tendencję do odchylania głowy lekko do tyłu, by móc obserwować zawodników przed sobą, przez co wciąż miałem zabawnie zdziwioną minę, jakbym nie był do końca pewny, gdzie jestem.

Prawda była taka, że na Tour DuPont nie nakreśliłem sobie żadnego celu. Nie miałem odpowiedniej mocy, doświadczenia, a nawet umiejętności obsługi roweru, by przez dwanaście dni konkurować z zawodowcami z Europy. Miałem jednak jedną szansę, by się pokazać - prologiem była bowiem czasówka. Samotna jazda, walka z czasem na krótkim dystansie czterech kilometrów ośmiuset metrów, po pagórkowatym terenie, z kilkoma odcinkami bruku, na którym nietrudno o upadek. Prolog ten był przedstawiany jako ważny i prawdziwy miernik kolarskich umiejętności. Każdy z nas musiał się tu wznieść na wyżyny swoich umiejętności. Dzień przed startem pokonałem tę trasę sześciokrotnie. Zbadałem każdy zakręt, zapamiętując optymalny tor jazdy. Zamykając oczy wyobrażałem sobie, że to już wyścig.

Rano, tuż przed rozpoczęciem prologu, zaczęło padać. Stałem niedaleko rampy startowej, rozmawiając z moim trenerem, selekcjonerem drużyny narodowej, zawsze uśmiechniętym trzydziestodwuletnim Chrisem Carmichaelem. Był w porządku, ale bardziej przypominał cheerleadera niż trenera. Lubił powtarzać niektóre wyświechtane zwroty, które brzmiały jak wycięte z popowej piosenki. Przed startem Chris zaczął swoją serenadę z serii "Największe hity": "Daj z siebie wszystko", "Rób, co do ciebie należy", "Nie zapominaj o prawidłowym oddychaniu". W ogóle go nie słuchałem... Myślałem o deszczu, o tym, jak wpłynie na zmagania, czy sprawi, że bruk stanie się śliski, i czy moi konkurenci zdecydują się na jazdę na całego, czy może jednak odpuszczą na najtrudniejszych odcinkach trasy. Myślałem sobie, że owszem, jestem debiutantem, ale mam dwie przewagi: umiem jeździć na nartach, więc mam zmysł równowagi, i nie mam nic do stracenia.

Wystartowałem z rampy jak pocisk i w pierwszy zakręt wszedłem na pełnej prędkości. Za mną, w samochodzie drużyny, jechał Carmichael. Dawałem z siebie wszystko, rozpędziłem się do granic możliwości i starałem się utrzymać wysokie tempo. Czułem krew w ustach, co było dowodem na to, że byłem na krawędzi wytrzymałości. Takie momenty sprawiły, że zakochałem się w kolarstwie i kocham je do dziś... Te nieodgadnione niespodzianki, które dzieją się z twoim organizmem, gdy pchasz go do absolutnego limitu, jakby twoje mięśnie krzyczały a serce miało za chwilę eksplodować, gdy czujesz, jak kwas mlekowy dostaje się nawet do twarzy i rąk - wtedy potrafisz dać z siebie więcej i więcej. Czasami aż cię rozsadza, ale są też momenty, gdy nie da się wznieść powyżej pewnego pułapu i wtedy ból nasila się tak bardzo, że znikasz. Wiem, że to brzmi jak zen, ale tak właśnie jest. Chris zawsze mówił mi, bym dał z siebie wszystko, ale nigdy nie potrafiłem zrozumieć sensu tego przekazu. Według mnie sekret tkwi w tym, by umieć dać z siebie jeszcze więcej, aż wskoczysz na nowy poziom, osiągniesz stan, o którym wcześniej mogłeś tylko pomarzyć.

Pokonywałem zakręty jak wyścigówka, ślizgałem się na bruku, ale w jakiś sposób utrzymywałem się i jechałem z dala od okalających trasę beli siana. Szaleńczo pokonywałem podjazdy, mocno skulony przejeżdżałem przez płaskie odcinki. Czułem, jak kwas mlekowy wypełnia moje nogi, ramiona, ręce, nawet miejsca pod paznokciami. To był dobry, świeży ból. Do końca pozostał mi jeszcze tylko jeden ostry dziewięćdziesięciostopniowy zakręt, gdzie kończył się bruk, a zaczynał chodnik. Dałem radę, wyprostowany i nakręcony minąłem linię mety. Zegar zatrzymał się i wskazał wynik: sześć minut i trzydzieści dwie sekundy. Trzecie miejsce. Mrugnąłem ze zdumienia, spojrzałem jeszcze raz. Trzecie miejsce. Nie sto trzecie, nie trzydzieste - trzecie!

Carmichael był oszołomiony, w kompletnym szoku. Wyściskał mnie, powiedział: "Jesteś szalonym skurwysynem!". Potem staliśmy i czekaliśmy na resztę kolarzy, zakładając, że stopniowo będę spadał w klasyfikacji, a mój wynik zostanie przyćmiony przez inne. Gdy jednak kolejni zawodnicy przekroczyli linię mety, mój rezultat okazał się wyśmienity. Jekimow - gorszy o trzy sekundy, Hincapie - również o trzy sekundy wolniejszy, LeMond - gorszy o sekundę, Armstrong - o jedenaście. Gdy ostatni kolarz osiągnął metę, byłem na szóstym miejscu.

Następnego dnia, gdy peleton dotarł do Wilmington, gdzie rozpoczynał się pierwszy etap wyścigu, zastanawiałem się, czy któryś z zawodowców do mnie zagada, powie chociaż "cześć" albo jakieś życzliwe słowo. Żaden z nich tego nie zrobił, ani Alcala, ani Jekimow, ani LeMond... Byłem zawiedziony, ale też poczułem pewną ulgę. Odpowiadało mi bycie anonimowym. Przypomniałem sobie, że jestem amatorem, kucykiem, nikim.

Jednak gdy ruszyliśmy w trasę, jakieś szesnaście kilometrów po starcie poczułem przyjazne stuknięcie w plecy. Odwróciłem się i zobaczyłem twarz Lance'a. Zaledwie pół metra od mojej. Popatrzył mi w oczy. "Cześć, Tyler, świetnie ci wczoraj poszło", powiedział. Nie powinienem mówić takich rzeczy, ale muszę przyznać, że Lance miał zniewalający głos. Przede wszystkim robi około półsekundowe pauzy zanim zacznie mówić. Po prostu patrzy na ciebie, sprawdza cię i pozwala, abyś ty sprawdził jego.

"Dziękuję", odpowiedziałem.

Skinął tylko głową. Ten gest był czymś pomiędzy szacunkiem a uznaniem wobec mojej osoby. Zresztą nieważne czym był, czułem się po nim wyśmienicie. Po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że coś znaczę.

Kontynuowaliśmy jazdę. Byłem nowicjuszem w zawodowym peletonie. Czułem się jak młody kierowca, który dopiero uczy się jeździć samochodem, a już musi się poruszać po autostradach Los Angeles. W połowie trasy - i to było nieuniknione - schrzaniłem sprawę. Zjechałem na bok i przez przypadek podpadłem wielkiemu Europejczykowi, prawie doprowadzając do zderzenia naszych przednich kół. Strasznie się wściekł, krzyczał w jakimś niezrozumiałym dla mnie języku. Próbowałem się odwrócić i przeprosić, ale przez nieuwagę znów zboczyłem ze swojego toru jazdy, przez co Europejczyk zaczął wrzeszczeć jeszcze głośniej. Reszta zawodników zaczęła się na mnie gapić, a ja zwyczajnie umierałem ze wstydu. Europejczyk podjechał do mnie na taką odległość, że mógł wyrzucić całą frustrację prosto w moją twarz. Nagle jeden z kolarzy wśliznął się pomiędzy mnie a Europejczyka. To był Lance. Położył rękę na jego ramieniu i delikatnie, ale stanowczo odepchnął go na bok, jakby mówił: "Spadaj!", po czym zaczął wpatrywać się w jego oczy, dając mu do zrozumienia, by już nigdy nie odważył się tego robić. Byłem mu tak bardzo wdzięczny, że chciałem go wręcz wyściskać.

W miarę rozwoju wyścigu zacząłem spadać w klasyfikacji. Zająłem miejsce obok innych kucyków. Z kolei Lance był coraz mocniejszy. Na piątym etapie, jeździe indywidualnej na czas, uniknął poważnej kraksy. Ktoś nawalił przy kontroli ruchu drogowego i na trasę, po której jechał Lance, wjechała ciężarówka. Armstrong w porę zauważył pojazd i zdążył przemknąć obok niego. Centymetry dzieliły go od katastrofy, a mimo to zajął drugie miejsce, przegrywając jedynie z Jekimowem.

Po zakończeniu etapu dziennikarze pytali o całą sytuację, chcąc oczywiście usłyszeć coś w stylu "Mogłem umrzeć!". Lance był jednak sobą, mówił o tym, że powinien był wygrać ten etap. Cały on: oszukał śmierć, by za chwilę wkurzać się z powodu braku zwycięstwa...

W sumie byłem pod wrażeniem Teksańczyka. Jednak to, czym miał mi naprawdę zaimponować, wydarzyło się w lipcu tego samego roku. Wtedy, z bezpiecznej odległości, bo na ekranie telewizora, oglądałem jego jazdę podczas Tour de France, najtrudniejszego wyścigu na ziemi - trzy tygodnie, cztery tysiące kilometrów. Na początku radził sobie całkiem nieźle. Potem nadszedł dziewiąty etap, sześćdziesięcioczterokilometrowa czasówka - etap prawdy, w którym zawodnicy startują co minutę, walczą ze sobą i z czasem. Z niedowierzaniem patrzyłem, jak Lance zostaje wyprzedzony przez obrońcę tytułu, Miguela Induraina. "Zostaje wyprzedzony" nie oddaje tego, jak szybko Hiszpan wtedy jechał. Lepszym określeniem byłoby "zdmuchnął go z trasy". W ciągu trzydziestu sekund Indurain, który znajdował się mniej więcej dwadzieścia długości roweru za Lance'em, minął go i niemalże zniknął z pola widzenia kamery. Armstrong stracił w tym dniu sześć minut, ogromnie dużo.

Kilka dni później wycofał się z wyścigu, drugi raz z rzędu nie ukończył zmagań. Patrzyłem i nie wierzyłem. "A niech to"... Wiedziałem, jak silny był Lance jeszcze dwa miesiące wcześniej i jak dobrze radzi sobie z trudnościami. Widziałem rzeczy, które on wyczyniał, a o których ja mogłem tylko marzyć, a jednak Indurain sprawił, że to Armstrong zaczął wyglądać jak kucyk... Przy każdej okazji słyszałem, że Tour de France jest ciężkim wyścigiem, ale wtedy uświadomiłem sobie, że wymaga niepojętego poziomu siły, wytrzymałości i znoszenia cierpienia. To był także moment, w którym zrozumiałem, że pragnę - bardziej niż czegokolwiek - wziąć w nim udział.

o o o

Miałem nadzieję, że mój mały sukces podczas Tour DuPont może sprawić, że zainteresuje się mną jakaś profesjonalna grupa. Najwidoczniej byłem w błędzie. Całe lato 1994 roku występowałem jako amator, słuchając mdłych porad cheerleadera Carmichaela. Wciąż prowadziłem swój mały interes, zacząłem też malować domy i czekałem na to, kiedy w końcu ktoś się do mnie odezwie.

Doczekałem się. Pewnego październikowego wieczoru, gdy malowałem dom sąsiada, zadzwonił telefon. Pobiegłem sprintem do mieszkania, umazany farbą podniosłem słuchawkę opuszkami palców. Głos po drugiej stronie był szorstki, majestatyczny i niecierpliwy, jakby należał do samego Boga, który wstał lewą nogą.

"Co by cię przekonało do dołączenia do naszego zespołu?", zapytał Thomas Weisel. Starałem się grać luzaka. Nigdy wcześniej z nim nie rozmawiałem, ale znałem jego historię - około pięćdziesięcioletni gość po Harvardzie, milioner, inwestor i bankowiec, były łyżwiarz szybki, kolarz, ale nade wszystko wielki zwycięzca. W następnej dekadzie takich jak on będzie bez liku, zapalonych do sportu dyrektorów generalnych, którzy będą zamieniać kije golfowe na rower. Jednak Weisel był wśród nich oryginałem. Dla niego życie stanowiło jeden wielki wyścig, w którym wygrywa tylko najtwardszy i najsilniejszy, gotowy zrobić to, co potrzeba. Jego dewizą było "Zrób to, kurwa". Nadal słyszę jego chrapliwy głos: "Po prostu to zrób. Zrób to, kurwa".

Weisel chciał zbudować amerykański zespół i wygrać Tour de France. Jak powiedziała kiedyś jedna osoba, było to tak samo możliwe jak stworzenie francuskiej drużyny bejsbolowej, walczącej o zwycięstwo w MLB...

Nie można tak po prostu stworzyć drużyny i wystartować w Wielkiej Pętli. Twój team musi zostać zaproszony przez organizatorów, a na takie coś pracuje się poprzez osiąganie wyników w wielkich europejskich wyścigach. To nie było takie proste. Właściwie na tyle trudne, by zniechęcić głównego sponsora Weisela - Subaru - które opuściło go kilka miesięcy wcześniej i zostawiło samego jak palec. Swoją drogą, w miejscu, w którym i tak czuł się najlepiej.

Oto historia Weisela: gdy przekroczył czterdziestkę, postanowił zaangażować się w kolarstwo. Zatrudnił więc Eddiego Borysewicza, trenera olimpijskiej reprezentacji Stanów Zjednoczonych, ojca chrzestnego amerykańskiego kolarstwa2. Dwa razy w tygodniu Weisel leciał z San Francisco do San Diego, by trenować z Eddiem B od dziesiątej do siedemnastej. Zimą na ścianie w siłowni przyklejał zdjęcie głównego rywala, by "przypominało mu, czemu tak ciężko trenował". Weisel był mistrzem świata w trzech kategoriach wiekowych, w ojczyźnie zdobył pięć tytułów, zarówno na szosie, jak i na torze. "Czy warto?", pytał. "Tak, ale tylko dlatego, że wygrywam".

Charakterem przypominał Lance'a (później, już w grupie Postal, my, kolarze, często myliliśmy głos jednego i drugiego). W 1990 roku zatrudnił dziewiętnastoletniego Armstronga w swojej nowej profesjonalnej grupie Subaru-Montgomery. Nie mieli jednak dobrych relacji, głównie dlatego, że byli praktycznie tacy sami. W końcu Weisel pozwolił odejść Armstrongowi, a ten trzy lata później został mistrzem świata - rzadki przypadek, gdy ważniejsze od szansy zarobienia sporych pieniędzy okazały się jego własne emocje.

Weisel powiedział mi, że pozyskał innych dobrych amerykańskich kolarzy: Darrena Bakera, Marty'ego Jemisona i Nate'a Raisse'a, a także zatrudnił Eddiego B jako trenera. Zespół miał się nazywać Montgomery-Bell. Zapytał, ile chciałbym zarabiać. Zawahałem się. Jeśli przesadziłbym z sumą, mógłbym stracić szansę. Z drugiej strony, nie chciałem być tani. Ustaliłem więc kwotę pośrodku - trzydzieści tysięcy dolarów. "Zgoda", warknął, po czym podziękowałem mu za rozmowę i odłożyłem słuchawkę. Od razu zatelefonowałem do rodziców, by podzielić się nowiną: oficjalnie stałem się zawodowym kolarzem.

Pierwszy rok eksperymentu Weisela był całkiem udany. W 1995 roku jeździliśmy głównie w Stanach, zaledwie kilka razy wystąpiliśmy w mniejszych europejskich wyścigach. Zespół był całkiem fajną mieszanką młodych amerykańskich kolarzy z kilkoma Europejczykami w średnim wieku. Chociaż Eddie B sprawiał czasami wrażenie zdezorganizowanego (podróżując na lub z wyścigu często się gubiliśmy...), jego szaleństwo wprowadzało dobrą atmosferę. Pomógł skonsolidować się drużynie, choć różniliśmy się wszyscy w znaczący sposób.

Pewnego wieczoru dostałem od asystenta grupy pierwszy w kolarskim życiu zastrzyk. Całkowicie legalny - żelazo i witaminę B. Byłem jednak troszkę zaniepokojony widokiem igły wbijającej się w mój tyłek. Lekarz mówił, że to dla mojego zdrowia, ponieważ jestem wyczerpany częstymi startami. Jak by nie było, kolarstwo jest najcięższym sportem na świecie, łatwo wytrąca organizm z równowagi, dlatego witaminy pomagają odzyskać to, co się straciło podczas jazdy. "To tak jak z astronautami", mówił. Poza tym my, kolarze, mieliśmy ważniejsze rzeczy na głowie. Rywalizowaliśmy na przykład w konkursie na najlepszego naśladowcę polskiego akcentu Eddiego B, dla którego każde słowo występowało tylko w liczbie mnogiej, a zamiast you mówił youse. Youse must attacks now!, krzyczał.

Obecność Weisela ograniczała się tylko do większych wyścigów. Wtedy był jak trener. Gdy wygrywaliśmy, łzy same spływały mu po policzkach, przytulał każdego tak mocno, jakbyśmy zwyciężyli w Tour de France. Doprowadziłem go do płaczu występem w Holandii, gdzie w malutkim wyścigu Teleflex Tour wygrałem klasyfikację generalną. Nie była to największa impreza kolarska na świecie, ale zwycięstwo smakowało wspaniale - to był kolejny znak, że mogę zajść naprawdę daleko.

Poza tym potrzebowałem pieniędzy. Upatrzyłem sobie domek w Nederland w Kolorado - małym, cichym miasteczku niedaleko Boulder. Mieszkanie może nie było luksusowe, sto czterdzieści metrów kwadratowych, z małą werandą, z której mogłem podziwiać góry. Potrzebowałem jednak pewnej stabilności, własnego kąta.

Na początku 1996 roku Weisel zatrudnił jako dyrektora generalnego grupy byłego mistrza olimpijskiego, Marka Górskiego. Kilka miesięcy później Górski oznajmił nam wspaniałą wiadomość: U.S. Postal Service zgodził się zostać sponsorem tytularnym grupy, związać się z nami na trzy lata i znacząco zwiększyć budżet zespołu. Weisel i Górski zajęli się szukaniem kolejnych młodych kolarzy, ściągnęli też doświadczonego Andy'ego Hampstena, którego uważano za najbardziej utalentowanego amerykańskiego zawodnika obok Grega LeMonda. Hampsten wygrał Giro d'Italia, Tour de Suisse i Tour de Romandie.

Planem na lata 1996-97 było ustabilizowanie pozycji grupy w Europie. Wystartowaliśmy w wielu dużych wyścigach i wreszcie w 1997 roku dostaliśmy zaproszenie do, jak mawiał Weisel, pieprzonego Tour de France. Spełniliśmy jego oczekiwania. Czuliśmy optymizm i wielką energię, wiedząc, że naszym liderem będzie Hampsten. Wiosną 1996 roku lecieliśmy do Europy z wielkimi nadziejami. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko, ale wierzyliśmy, że zrobimy to dobrze. Byliśmy naiwni...