Wyścig po koronę - Deron R. Hicks

Kup ebooka

39.00 zł
32.37 zł (32,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

15:00wto­rek, 12 sierp­niaWa­szyng­ton

- De­ner­wu­jesz się? - za­py­tał Art.

On i Ca­mille sie­dzieli na we­ran­dzie przed do­mem i cze­kali, aż mama dziew­czynki skoń­czy roz­mowę z kimś z pracy, żeby mo­gli wresz­cie po­je­chać na lot­ni­sko. Ca­mille cze­kał pierw­szy mię­dzy­na­ro­dowy rejs sa­mo­lo­tem.

Jego przy­ja­ciółka ski­nęła głową, ale nic nie po­wie­działa. Nie było to dla niej ty­powe za­cho­wa­nie.

Art za to w ogóle się nie stre­so­wał. Cho­ciaż do­piero nie­dawno skoń­czył trzy­na­ście lat, był już do­świad­czo­nym po­dróż­ni­kiem. Miał za sobą nie­zli­czone go­dziny na po­kła­dach sa­mo­lo­tów la­ta­ją­cych po ca­łym świe­cie. Jego tata - dok­tor Ar­thur Ha­mil­ton, jak mó­wili na niego w pracy - był jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych spe­cja­li­stów w dzie­dzi­nie kon­ser­wa­cji dzieł sztuki. Sporą część ży­cia - i prak­tycz­nie całe ży­cie Arta - spę­dził na po­dró­żach mię­dzy mu­ze­ami, w któ­rych po­ma­gał za­cho­wać w nie­na­ru­szo­nym sta­nie naj­waż­niej­sze dzieła sztuki w hi­sto­rii ludz­ko­ści. Ten ko­czow­ni­czy etap do­biegł końca w ze­szłym roku, gdy dok­tor Ha­mil­ton ob­jął sta­no­wi­sko dy­rek­tora w Cen­trum Lun­dera: ośrodku bę­dą­cym czę­ścią Na­ro­do­wej Ga­le­rii Por­tre­tów w Wa­szyng­to­nie. W ostat­nich mie­sią­cach ich eska­pady ogra­ni­czały się do miej­sco­wej ka­wiarni i księ­garni, co Ar­towi w zu­peł­no­ści od­po­wia­dało. Lu­bił wra­cać wie­czo­rem do tej sa­mej sy­pialni. Po raz pierw­szy w ży­ciu mógł też za­wie­sić pla­kat na ścia­nie - re­pro­duk­cję ory­gi­nal­nego pla­katu z Gwiezd­nych wo­jen. Nie wolno mu było tego zro­bić w żad­nym z po­ko­jów ho­te­lo­wych czy wy­naj­mo­wa­nych miesz­kań.

Te­raz jed­nak szy­ko­wał się do ko­lej­nego trans­atlan­tyc­kiego lotu. Po raz pierw­szy miał po­dró­żo­wać bez ojca, który mu­siał zo­stać w Wa­szyng­to­nie. Art zde­cy­do­wał się na tę wy­prawę ze względu na Ca­mille. Przy­ja­ciółka po­pro­siła go, żeby po­le­ciał z nią do Lon­dynu. Chło­pak wie­dział, że Ca­mille ma po­wody do zde­ner­wo­wa­nia - nie tylko z po­wodu swo­jego pierw­szego lotu nad Oce­anem Atlan­tyc­kim. Cho­dziło o ojca Ca­mille, któ­rego dziew­czynka nie spo­tkała jesz­cze ani razu w ca­łym swoim dwu­na­sto­let­nim ży­ciu. To jed­nak miało się zmie­nić po lą­do­wa­niu w Eu­ro­pie.

- Wszystko bę­dzie do­brze - po­cie­szył ją Art.

- Mama po­wie­działa, że­bym się nie eks­cy­to­wała za bar­dzo tym spo­tka­niem - od­parła Ca­mille. - Chyba my­śli, że będę roz­cza­ro­wana.

Wy­cią­gnęła spod ko­szulki mały wi­sio­rek na zło­tym łań­cuszku i po­ka­zała go Ar­towi. Po­wierzch­nię ciem­no­sza­rej za­wieszki po­kry­wały ma­leń­kie li­tery i sym­bole.

- Oj­ciec przy­słał mi ten wi­sio­rek w ze­szłym ty­go­dniu - oznaj­miła. - Nie po­ka­zy­wa­łam go ni­komu. Wiem, że mama wcale nie jest tym wszyst­kim za­chwy­cona.

https://www.wy­daw­nic­two-wid­no­krag.pl/ak­tu­al­no­sci/ka­mien-z-ro­setty/

Art na­tych­miast roz­po­znał ta­jem­ni­czy przed­miot. Z łań­cuszka Ca­mille zwi­sała mi­nia­tu­rowa ko­pia ka­mie­nia z Ro­setty - jed­nego z naj­waż­niej­szych od­kryć ar­che­olo­gicz­nych w dzie­jach. In­skryp­cje na ka­mie­niu, li­czące po­nad dwa ty­siące lat, po­zwo­liły zgłę­bić ta­jem­nice hie­ro­gli­fów - za­po­mnia­nego pi­sma sta­ro­żyt­nych Egip­cjan.

- Może nie jest za­chwy­cona, ale za­biera cię do Lon­dynu, że­byś go po­znała - za­uwa­żył Art. - To nie byle co.

Miał ra­cję. Oj­ciec Ca­mille po­rzu­cił jej matkę jesz­cze przed na­ro­dzi­nami dziew­czynki, a te­raz na­gle chciał się stać czę­ścią ży­cia córki. Nic dziw­nego, że Mary Sul­li­van nie wie­rzyła w szcze­rość jego in­ten­cji.

- No w su­mie... - przy­znała Ca­mille, wsu­wa­jąc wi­sio­rek z po­wro­tem pod ko­szulkę. - Ale co bę­dzie, je­śli oj­ciec mnie nie po­lubi?

- Nie ma mowy! - od­parł z prze­ko­na­niem Art.

Ca­mille nie od­po­wie­działa od razu.

- Dzię­kuję, że ze mną je­dziesz - wy­szep­tała w końcu.

Art po­kle­pał ją po ra­mie­niu. Była jego naj­lep­szą przy­ja­ciółką i od­kąd się po­znali, wiele ra­zem prze­szli. Ura­to­wali dok­tora Ha­mil­tona z rąk fał­sze­rzy dzieł sztuki i zdo­łali za­po­biec naj­zu­chwal­szej w hi­sto­rii kra­dzieży bez­cen­nych ob­ra­zów. Gro­żono im, ści­gano ich i krę­po­wano sznu­rami. Zo­stali też przed­sta­wieni kró­lo­wej an­giel­skiej! Pod­czas wszyst­kich tych zda­rzeń Ca­mille nie prze­stała być sobą - sza­loną, sprytną i nie­ustra­szoną. Lecz im dłu­żej sie­dzieli na we­ran­dzie, tym wy­raź­niej Art czuł, że na­gle w ta­jem­ni­czy spo­sób stra­ciła te ce­chy. Ca­mille była prze­ra­żona. A on mu­siał trwać u jej boku.

- Wszystko bę­dzie do­brze - po­wtó­rzył.

Nic wię­cej nie mógł zro­bić.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

06:12dwa lata wcze­śniejCen­trum Sztuki Bry­tyj­skiej, Uni­wer­sy­tet YaleNew Ha­ven, Con­nec­ti­cut

Sa­muel Gam­ble do­pił kawę, po czym od­sta­wił ciężką ka­mion­kową fi­li­żankę na kre­dens w ga­bi­ne­cie.

Uznał, że czas ru­szać.

Przed otwar­ciem no­wej wy­stawy jak zwy­kle był kłęb­kiem ner­wów. Przez ostat­nie trzy dni nad­zo­ro­wał ostat­nie przy­go­to­wa­nia: przej­rzał ulotki i ka­ta­log, spraw­dził ozna­ko­wa­nie i pod­pisy, prze­pro­wa­dził wiele roz­mów z kon­sul­tan­tami, do­ko­nał po­pra­wek w sys­te­mie oświe­tle­nio­wym i skon­tro­lo­wał za­bez­pie­cze­nia. Upew­nił się też chyba po raz ty­sięczny, że wszyst­kie eks­po­naty zo­stały usta­wione w wy­zna­czo­nych miej­scach.

Od po­nad dzie­się­ciu lat Gam­ble zaj­mo­wał sta­no­wi­sko dy­rek­tora Cen­trum Sztuki Bry­tyj­skiej i przez cały ten czas za­wsze po­ja­wiał się w pracy jako pierw­szy. Na­uczył się tego od swo­jego ojca, dy­rek­tora li­ceum. Co rano ro­bił ob­chód. Za­wsze tą samą trasą, na­wet w tak wy­jąt­ko­wych oko­licz­no­ściach. Ce­nił so­bie usta­lony po­rzą­dek i kon­se­kwen­cję. Dzięki nim wy­ci­szał się i z przy­jem­no­ścią roz­po­czy­nał dzień. Uwiel­biał prze­mie­rzać sale i pię­tra cen­trum sztuki przed przy­by­ciem in­nych pra­cow­ni­ków. Uwiel­biał słu­chać echa swo­ich kro­ków, gdy wę­dro­wał po pu­stym bu­dynku, oto­czony za­byt­kami z ostat­nich pię­ciu stu­leci. Uwiel­biał tę sa­mot­ność.

Gam­ble wy­szedł z ga­bi­netu i ru­szył przez wy­peł­niony rzeź­bami roz­le­gły hol wej­ściowy. Nowa wy­stawa mie­ściła się dwa pię­tra wy­żej. I choć roz­pacz­li­wie pra­gnął do­trzeć tam jak naj­szyb­ciej, by jesz­cze raz spraw­dzić każdy szcze­gół, na­ka­zał so­bie cier­pli­wość.

"Trzy­maj się usta­lo­nego po­rządku" - po­my­ślał.

Nad re­cep­cją wi­siał duży ba­ner. Gam­ble przy­sta­nął na mo­ment i z sa­tys­fak­cją spoj­rzał na wid­nie­jący na nim na­pis.

WY­STAWA

CZAS NA AN­GLIĘ

15 SIERP­NIA - 21 WRZE­ŚNIA

CEN­TRUM SZTUKI BRY­TYJ­SKIEJ YALE

DRU­GIE PIĘ­TRO

Gam­ble uśmiech­nął się, prze­ko­nany, że jego go­ście będą za­do­wo­leni.

Po­szedł da­lej ho­lem. Nie­wiel­kie ta­bliczki roz­miesz­czone w róż­nych czę­ściach po­miesz­cze­nia nie­na­tręt­nie kie­ro­wały zwie­dza­ją­cych do scho­dów i windy pro­wa­dzą­cych na wy­stawę. Wy­da­wało się, że wszystko jest w po­rządku.

Choć mógł wy­brać windę, ru­szył na pierw­sze pię­tro sze­ro­kimi scho­dami z be­tonu i gra­nitu.

Po dro­dze jesz­cze raz po­biegł my­ślami do wy­stawy. Po­świę­cono ją kon­cep­cji czasu w bry­tyj­skiej sztuce i hi­sto­rii. Temu, w jaki spo­sób daw­niej go mie­rzono, jak o nim mó­wiono, pi­sano, i wresz­cie temu, jak przez stu­le­cia przed­sta­wiali czas ar­ty­ści. Na dzi­siej­sze otwar­cie za­pro­szono grupę uzna­nych ba­da­czy, lecz Gam­ble spo­dzie­wał się też tłumu re­por­te­rów. Zor­ga­ni­zo­wa­nie tej wy­stawy wy­ma­gało wielu lat ne­go­cja­cji i roz­mów z bi­blio­te­kami oraz mu­ze­ami z ca­łego świata; na wer­ni­sażu mieli się po­ja­wić przed­sta­wi­ciele wszyst­kich tych in­sty­tu­cji.

https://www.wy­daw­nic­two-wid­no­krag.pl/ak­tu­al­no­sci/wne­trze-opac­twa-west­min­ster­skiego-w-dniu-pa­mieci-han­dla/

Gam­ble do­tarł na pierw­sze pię­tro, okrą­żył schody, mi­nął czy­tel­nię i ga­bi­net z ko­lek­cją wy­daw­nictw rzad­kich. Na­stęp­nie przez foyer wszedł do sali wy­sta­wo­wej. Przy­sta­nął na chwilę, aby po­po­dzi­wiać po­kaź­nych roz­mia­rów ob­raz pędzla osiem­na­sto­wiecz­nego ma­la­rza Edwarda Edwardsa. Płótno przed­sta­wiało wnę­trze opac­twa west­min­ster­skiego, ogrom­nej bu­dowli w sercu Lon­dynu. Ar­ty­sta uchwy­cił we wnę­trzu ko­ścioła zdu­mie­wa­jąco wiele de­tali. Jako młody chło­pak do­ra­sta­jący na obrze­żach Lon­dynu Gam­ble czę­sto od­wie­dzał opac­two. Uznał te­raz, że choć od epoki Edwardsa mi­nęło po­nad dwie­ście lat, wy­gląd świą­tyni nie­wiele się zmie­nił.

Dy­rek­tor cier­pli­wie kon­ty­nu­ował swój ob­chód. Wkrótce sta­nął przy scho­dach wio­dą­cych na dru­gie pię­tro.

"Na­resz­cie" - po­wie­dział so­bie w du­chu.

Wziął głę­boki od­dech i wszedł na pół­pię­tro. To stąd jego go­ście mieli po raz pierw­szy zo­ba­czyć eks­po­zy­cję. Wi­dok mu­siał więc za­pie­rać dech w pier­siach i od­da­wać za­mysł wy­stawy. Duży i pro­sty czarno-biały znak z na­pi­sem CZAS miał od razu przy­kuć wzrok zwie­dza­ją­cych. Gam­ble przez ty­dzień pra­co­wał nad oświe­tle­niem, chcąc, by na­pis był wi­doczny z każ­dej per­spek­tywy, bez nie­po­trzeb­nych cieni czy re­flek­sów.

Uśmiech­nął się.

Osią­gnął do­sko­nały efekt.

Go­ście będą pod wra­że­niem.

Po­woli wspiął się na dru­gie pię­tro. Na­gle jego wzrok po­wę­dro­wał od na­pisu ku szkla­nej ga­blo­cie po prze­ciw­le­głej stro­nie foyer. Była to pierw­sza rzecz, którą mieli zo­ba­czyć go­ście wcho­dzący na ten po­ziom. W ga­blo­cie znaj­do­wał się tylko je­den przed­miot - sym­bol wy­stawy sta­no­wiący za­le­d­wie za­po­wiedź jego ko­ron­nego osią­gnię­cia. Miał on...

Gam­ble jęk­nął.

"Nie - po­my­ślał. - Nie, nie, nie, nie".

W mgnie­niu oka po­ko­nał schody i po­biegł przez foyer.

Kilka chwil póź­niej stał przed ga­blotą.

Nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom.

Była pu­sta.