ŚMIERĆ ALEKSANDRA LITWINIENKI
Aleksander Litwinienko został otruty w listopadzie 2006 roku w Londynie. Lata po jego śmierci wciąż coś nie
pozwala nam o nim zapomnieć, postawić kropki na końcu historii jego
życia. Co to takiego?
To niewiarygodne, lecz prawdziwe, że kiedy Litwinienko żył, nie został
wysłuchany. Udzielił mnóstwa wywiadów, z których większość była
publikowana w rosyjskiej prasie emigracyjnej, ale nie zostały zauważone
przez główne wydawnictwa na Zachodzie i przez ekspertów od spraw
rosyjskich. Naszej książki Wysadzić Rosję, opublikowanej w specjalnym
numerze "Nowej Gaziety" w sierpniu 2001 r. w Moskwie, nie dostrzegł
żaden zagraniczny wydawca. Do dziś ukazała się jednak w każdym
cywilizowanym kraju na świecie. I tak ci, którzy nigdy nie słyszeli o Litwinience za jego życia, ze szczegółami pamiętają historię jego
śmierci. Dlaczego?
Wraz ze śmiercią Litwinienki zaczęło się otwierać wiele małych drzwiczek
w tajemniczej szkatułce, o której pisał i mówił. To, co wielu uważało za
fantazje, okazało się przykrą rzeczywistością i, po prawdzie, jedynie
wierzchołkiem niebotycznej i przerażającej góry lodowej, jaką jest
rosyjska służba bezpieczeństwa. Ten konglomerat, który pozostawał w cieniu rządów sowieckich, teraz ma w posiadaniu Rosję i zarządza nią
niczym spółką akcyjną - "korporacją", która wypłaca dywidendy, bazuje na
procencie udziałów tego czy tamtego akcjonariusza i której akcje są
rozdzielane między polityków i oficjeli - większość z nich to
funkcjonariusze FSB i innych służb - lub nabywane przez rosyjskich
miliarderów, z których wielu to byli pracownicy lub agenci służb
bezpieczeństwa. Jest rzeczą oczywistą, że w takim systemie największym
wpływem cieszy się głowa zarządu "korporacji" - prezydent Rosji Władimir
Putin. Nie jest niespodzianką, że on również był funkcjonariuszem KGB w stopniu pułkownika oraz stał na czele Federalnej Służby Bezpieczeństwa
(FSB).
Taki właśnie jest pejzaż, na którego tle popełniono niespodziewane i tajemnicze morderstwo Litwinienki. To jednak nie było zwykłe zabójstwo,
lecz rozdzierająca publiczna egzekucja na oczach całego świata.
W grudniu 2012 roku, podczas wstępnego wysłuchania poprzedzającego
śledztwo związane ze śmiercią Litwinienki, prawnik Mariny Litwinienko,
wdowy po Aleksandrze, stwierdził, że "pan Litwinienko przez wiele lat
był regularnym oraz opłacanym agentem i pracownikiem MI6, miał również
oficera prowadzącego o pseudonimie Martin". Dodał też, że na polecenie
MI6 Litwinienko pracował także dla hiszpańskiego wywiadu z oficerem o imieniu Uri. Litwinienko dostarczał Hiszpanom informacje o zorganizowanych grupach przestępczych oraz działalności rosyjskiej mafii
w Hiszpanii. Emmerson stwierdził, że w śledztwie powinno się wziąć pod
uwagę, czy MI6 zawiodło, jeśli chodzi o obowiązek ochrony Litwinienki w obliczu "realnego i bezpośredniego zagrożenia życia". Zasugerował, że
istniał "rozszerzony obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa podczas
zlecanych niebezpiecznych zadań z udziałem agentów zagranicznych
wywiadów, który to obowiązek spoczywał na brytyjskim rządzie"
("Guardian", 14 grudnia 2012).
Jeśli FSB zdobyła informacje, że Litwinienko nawiązał stałą współpracę z brytyjskim i hiszpańskim wywiadem, to dla Moskwy mógłby to być główny
argument przemawiający za eliminacją Aleksandra. Dlatego nieistotne
jest, czy Litwinienko naprawdę pracował dla MI6 i pobierał tam regularną
pensję, czy tylko tak to wyglądało dla paranoicznej FSB. Moskwa
przyjęła, że Litwinienko ją zdradził. Praca w Londynie dla zbiegłego
oligarchy Bieriezowskiego to jedna sprawa. Całkiem inną sprawą zaś była
praca dla służb bezpieczeństwa innych państw. Dla byłego funkcjonariusza
KGB/FSB współpraca z obcym wywiadem była podstawą do wyroku śmierci.
Dlaczego jednak rosyjski wywiad wybrał tak skomplikowany sposób
zamordowania Litwinienki jak radioaktywna trucizna?
Niestety, w sprawie Aleksandra Litwinienki nie ma nic niespodziewanego,
nic zaskakującego i nic nowego. Mówiąc dokładniej: niespodziewane było
to, że trzymał się życia dłużej niż inni - 23 dni - co umożliwiło nie
tylko ustalenie przyczyny śmierci, ale również określenie natury
substancji, którą został otruty; zaskakujące było to, że do morderstwa
po raz kolejny doszło w Londynie, stolicy silnego i ważnego
europejskiego kraju; nowe były sprawozdania telewizyjne z ostatnich dni
Litwinienki, które obiegły cały świat. W rezultacie dzisiaj nawet
dzieci, które nie uczyły się o układzie okresowym pierwiastków, znają
polon 210.
Tal jest srebrzystym metalem, miękkim i plastycznym. Ta niezwykle
toksyczna substancja chemiczna bywa nazywana "bronią morderców" w powieściach detektywistycznych i historii współczesnej. Tal nie ma smaku
i zapachu, co czyni go użytecznym dla zabójców: to trucizna, której nie
można wyczuć. Zatrucie talem jest jednym z bardziej niebezpiecznych,
ponieważ jego objawy u ofiary przypominają infekcję, z którą lekarze
umieją sobie radzić. Skutki jej działania zostają zdiagnozowane jako
grypa lub zapalenie płuc. Zapisywane zazwyczaj w takim przypadku
antybiotyki nie pomagają, a choroba postępuje. Tal zabija powoli, lecz
nieuchronnie. Wszystko zależy od dawki. Jedynym znanym antidotum jest
tak zwany błękit pruski.
By zrozumieć, jak FSB wykorzystuje trucizny w morderczych celach, należy
zaznaczyć, że takie radioaktywne substancje jak polon 210, którym otruto
Aleksandra Litwinienkę, wytwarzają tal jako produkt uboczny rozpadu. To
właśnie tal wykrywają eksperci. Zazwyczaj nie dowiadujemy się, czy
ofiara została otruta talem, czy użyto bardziej wyrafinowanej trucizny,
jak np. polonu 210. W Rosji na takie pytanie mogłaby odpowiedzieć
jedynie FSB, która kontroluje tajne laboratoria produkujące toksyny, a w jej interesie nie leży upublicznianie takich informacji. Poza Rosją
podejrzenia dotyczące użycia radioaktywnych substancji nie pojawiły się
przed listopadem 2006 roku, nie było tam więc sprzętu do wykrywania ich
obecności w organizmie.
Tymczasem sowieckie/rosyjskie służby używały radioaktywnych trucizn od
dziesięcioleci. Pierwszy udokumentowany przypadek związany jest ze
sprawą Nikołaja Chochłowa, kapitana sowieckiego Ministerstwa
Bezpieczeństwa Państwowego.
Chochłow urodził się w 1922 roku w Niżnim Nowogrodzie i pracował w wywiadzie zagranicznym. W 1943 roku w okupowanym przez Niemców Mińsku
wziął udział w operacji mającej na celu zabicie Wilhelma Kubego,
gauleitera Białorusi. Następnie stacjonował jako rezydent w Rumunii i Austrii. W marcu 1952 roku Chochłow przygotowywał się do kolejnego
zadania: zabicia Aleksandra Kierenskiego, byłego szefa rosyjskiego Rządu
Tymczasowego, mieszkającego wtedy za granicą. Jednak po śmierci Stalina
w 1953 roku Chochłow został wezwany do Moskwy i poinformowany, że
operacja została odwołana. Zamiast tego w 1954 roku został oddelegowany
do zorganizowania zamachu na mieszkających we Frankfurcie Gieorgija
Okołowicza i Władimira Poremskiego, członków Ludowo-Pracowniczego
Związku Rosyjskich Solidarystów (NTS), emigracyjnej organizacji
antykomunistycznej. Chochłow nie wykonał jednak tego zadania. Przyjechał
do mieszkania Okołowicza i powiedział mu, że został przysłany, by
zorganizować zabójstwo liderów NTS. Tak oto operacja wyeliminowania
Okołowicza i Poremskiego zakończyła się fiaskiem.
Chochłow zdezerterował i został przez Moskwę skazany na śmierć za
zdradę. 15 września 1957 roku, krótko po opublikowaniu swoich wspomnień,
zemdlał podczas konferencji w Palmengarten we Frankfurcie, corocznie
organizowanej przez NTS. Wypił odrobinę kawy z filiżanki przyniesionej
na jego polecenie przez obsługę, usłyszał jednak, że rozpoczyna się
interesująca mowa, i pobiegł na salę, nie dopiwszy napoju. Lekarz ze
szpitala uniwersyteckiego, do którego Chochłow został przewieziony,
podejrzewał zatrucie. Po pięciu dniach na twarzy i całym ciele Chochłowa
pojawiły się brązowe pręgi, czarne plamy i niebieskie ślady. Z oczu
zaczął się sączyć kleisty płyn, w porach ciała pojawiła się krew, jego
skóra wyschła, napięła się i wdała się infekcja. Od najlżejszego nawet
dotyku wypadały mu kępy włosów. Popękała mu skóra, a tam, gdzie jest
wyjątkowo delikatna, jak za uszami i pod oczami, nieustannie się sączyła
krew, więc Chochłow musiał ją ciągle ocierać chusteczkami. Nie mógł
zostać zabandażowany, ponieważ opatrunki zrywały strupy i ponownie
otwierały rany na ciele. Krew tak błyskawicznie się rozkładała, że
lekarze nie potrafili tego zrozumieć. Badania przeprowadzone 22 września
wykryły, że białe krwinki są szybko i nieodwracalnie niszczone, a ich
poziom spadł z 7000 do 700. Przestały funkcjonować gruczoły ślinowe.
Pobrano próbkę szpiku kostnego. Okazało się, że duża część komórek
wytwarzających krwinki jest martwa. W błonę śluzową ust, gardła i przełyku wdała się martwica. Jedzenie, picie, a nawet mówienie stały się
dla pacjenta bardzo trudne.
Chochłow został przeniesiony do amerykańskiego wojskowego szpitala we
Frankfurcie. Leczyło go tam sześciu lekarzy. Otrzymywał zastrzyki
kortyzonu, witamin, sterydów i eksperymentalnych leków, był utrzymywany
przy życiu dzięki odżywianiu dożylnemu i praktycznie nieprzerwanym
transfuzjom krwi. W pogotowiu zawsze był anestezjolog, żeby ulżyć
cierpieniom Chochłowa. Usta, całkowicie pozbawione śliny, płukano mu
specjalnymi roztworami. Różni specjaliści konsultowali jego przypadek.
Do Frankfurtu szybko ściągano nowe leki. Po trzech tygodniach stan
Chochłowa zaczął się poprawiać. Niedługo potem opuścił szpital, choć
jeszcze przez wiele miesięcy był całkowicie łysy i pokryty bliznami.
Wtedy została już ustalona diagnoza: zatrucie talem. Jakiś czas później
sławny amerykański toksykolog z Nowego Jorku studiował historię choroby
Chochłowa i doszedł do wniosku, że został on zatruty talem
radioaktywnym. To była pierwsza wzmianka na temat wykorzystania
radioaktywnych trucizn przez KGB.
Dezercja Chochłowa i nieudana próba jego otrucia nie były jedynymi
niepowodzeniami KGB za granicą. Właściwie praca zagranicznych placówek
KGB zawsze była kombinacją sukcesów i porażek. 9 października 1957 roku
w Monachium Bohdan Staszynski wystrzelił, za pomocą specjalnie
zaprojektowanej rurki, kapsułkę z trucizną - kwasem cyjanowodorowym - w twarz jednego z liderów ukraińskiej społeczności emigracyjnej, Łwa
Rebeta, w budynku, w którym mieszkała ofiara. Rebet zmarł na miejscu.
Autopsja wykazała, że przyczyną śmierci był atak serca. Dwa lata
później, 15 października 1959 roku, w Monachium, Staszynski powtórzył tę
operację, strzelając wypełnioną cyjanowodorem kapsułką w twarz lidera
ukraińskich nacjonalistów Stepana Bandery. On również zginął na miejscu.
Jednak po kolejnych dwóch latach Staszynski zakochał się w Niemce,
zdezerterował, zatrudnił się w zachodnioniemieckim kontrwywiadzie i wszystko wyznał.
3 listopada 1961 roku w Buenos Aires został otruty emigracyjny
dziennikarz i pisarz Michaił Bajkow. We wrześniu 1978 roku zmarł w Londynie czterdziestodziewięcioletni bułgarski dysydent Georgi Markow.
Otruto go rycyną, którą wytworzono w sławnym "Laboratorium nr 12" w ZSRR. Razem z tą toksyczną substancją sowieccy agenci dali swoim
bułgarskim kolegom specjalnie zaprojektowane parasole, z których
wystrzeliwano kapsułki z trucizną. Kilka tygodni przed morderstwem
Markowa bułgarscy agenci próbowali wyeliminować innego dysydenta,
Władimira Kostowa, któremu udzielono politycznego azylu we Francji.
Zjeżdżając ruchomymi schodami w metrze, Kostow poczuł niewielki ból w pośladku. Wieczorem nagle podniosła mu się temperatura. Następnego dnia
miał gorączkę, która się utrzymywała. Kostow poszedł do lekarza, który
jednak nie potrafił postawić diagnozy. Dopiero gdy do Paryża dotarły
informacje o nagłej śmierci Markowa, został ponownie przebadany. Tym
razem lekarz odkrył oraz usunął z jego ciała mikroskopijną kapsułkę,
podobną do tej, którą znaleziono w nodze Markowa. Jej powłoka była
zrobiona w 90 procentach z platyny i w 10 procentach z irydu. Wypełniono
ją rycyną.
W 1980 roku Boris Korzak, obywatel radziecki i podwójny agent CIA,
kupując coś w sklepie w Wirginii, poczuł jakby ukłucie szpilki lub
ukąszenie komara. Dostał wysokiej gorączki. Kilka dni później doszły do
tego krwotok wewnętrzny i arytmia. Lekarz z miejsca "ukąszenia komara"
wyciągnął kapsułkę. Tak jak w Paryżu i Londynie, miała ona dwa otworki
zalane woskiem. W ciele wosk się rozpuszczał i trucizna wnikała do
organizmu. Ani Kostow, ani Korzak nie wiedzieli, jak kapsułki znalazły
się w ich ciałach. Mijały lata. Związek Radziecki upadł. Uczestnicy
dawno przebrzmiałych już akcji zaczęli mówić. Dziś znamy wszystkie
szczegóły morderstwa Markowa oraz prób zabójstwa Kostowa i Korzaka.
Lata dziewięćdziesiąte przyniosły nowe tendencje w pracy rosyjskich
służb bezpieczeństwa. FSB używa trucizn - klasycznej broni morderców -
nie po to, żeby zwalczać wrogów ideologicznych, jak za czasów
radzieckich, lecz przeciwko krytykom swoim i rosyjskiego rządu. Na
liście ofiar z tej kategorii znajduje się Jurij Szczekoczichin,
deputowany Dumy Państwowej oraz redaktor naczelny "Nowej Gaziety" - jej
reporterką była Anna Politkowska - oraz były podpułkownik FSB Aleksander
Litwinienko.
Następna kategoria ofiar to wrogowie państwa rosyjskiego nieuznający
jego roszczeń do terytoriów, które traktuje jako swoje lenno. Do tej
grupy należy były prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko.
Wreszcie FSB do swoich śmiertelnych wrogów zalicza wszystkich tych,
którzy wspięli się po szczeblach kariery zbyt szybko i przeszedłszy do
innej sfery, zaczęli zgłaszać obiekcje w związku z redystrybucją wpływów
rosyjskiego rządu. Do nich możemy włączyć biznesmena-polityka Iwana
Kiwilidiego oraz innych, którzy wiedzą zbyt dużo i mogliby
skompromitować Kreml, jak na przykład Roman Cepow, były szef ochrony
Putina w Petersburgu.
Jedyną rzeczą, która łączyła ofiary, było to, że stanowiły zagrożenie
dla FSB. Dlatego to oczywiste, że właśnie FSB podjęła decyzję o wyeliminowaniu tych osób za pomocą silnych trucizn produkowanych w jej
laboratoriach, przechowywanych w jej sejfach i aplikowanych przez jej
profesjonalnie wyszkolonych agentów.
Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że rosyjskie organa sprawiedliwości
- biuro prokuratora generalnego, policja, sama FSB oraz sądy - chronią
profesjonalnych zabójców i superprofesjonalnych trucicieli za wszelką
cenę, jakby byli ich największym narodowym skarbem, to nic dziwnego, że
żadna z tych spraw nie została ani nie zostanie rozwiązana. Nietykalność
agentom mordercom zapewniają ci sami ludzie, którzy wydają rozkazy
eliminacji ofiar.
I tak 1 sierpnia 1995 roku Iwan Kiwilidi - prezes Russian Business Round
Table, szef zarządu Rady Przedsiębiorców, prezes Rosbiznesbanku, lider
Wolnej Partii Pracy - zmarł w Centralnym Szpitalu Klinicznym w Moskwie
od bardzo rzadkiej toksyny, która została umieszczona w głośniku jego
telefonu komórkowego. 1 sierpnia Kiwilidi został przewieziony do
szpitala w stanie śpiączki. Nie wybudził się z niej - zmarł 4 sierpnia.
2 sierpnia sekretarka Kiwilidiego, Zara Ismałowa, która spędziła cały
poprzedni dzień na odbieraniu telefonu komórkowego szefa, dostała ataku
i została przewieziona do szpitala miejskiego. 3 sierpnia zmarła. Przez
dziesięć dni ciała były badane w Centralnym Szpitalu Klinicznym i Szpitalu Wojskowym im. Burdenki. W aktach zgonu jako przyczynę śmierci
wpisano ostrą niewydolność serca. Mimo to 18 sierpnia prasa podała, że
Kiwilidi i jego sekretarka zostali otruci substancją radioaktywną.
17 stycznia 2001 roku rosyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości triumfalnie
obwieściło, że przeprowadziło analizy z zakresu medycyny sądowej w sprawie śmierci Kiwilidiego. Prawdą jest jednak, że Aleksander Kaledin,
szef Federalnego Centrum Dochodzeniowego Medycyny Sądowej w Ministerstwie Sprawiedliwości, odmówił określenia konkretnej przyczyny
śmierci bankiera, twierdząc, że to najwyższe organy decydują, czy takie
informacje mogą być upubliczniane. Kaledin wyjawił jednak, że
substancja, którą został otruty Kiwilidi, miała "niespotykany skład i wysoce poufną nazwę".
Ostatecznie 9 października 2006 roku moskiewski prokurator Jurij Siomin
powiedział w wywiadzie, że śledczy ustalili mechanizm morderstwa
Kiwilidiego. "Został otruty substancją, która po prostu nie ma żadnych
odpowiedników".
3 lipca 2003 roku, po kilku dniach męczarni, zmarł Jurij Szczekoczichin.
Był deputowanym Dumy Państwowej z ramienia partii Jabłoko, szefem
Komitetu Bezpieczeństwa Dumy, członkiem komisji antykorupcyjnej,
dziennikarzem i redaktorem naczelnym "Nowej Gaziety". W lipcu 2001 roku
w Zagrzebiu dałem Szczekoczichinowi maszynopis książki Wysadzić Rosję,
by opublikował ją w swojej gazecie. W sierpniu 2001 roku kilka jej
kluczowych rozdziałów ukazało się w specjalnym wydaniu gazety. To
właśnie Szczekoczichin próbował doprowadzić do wszczęcia przez Dumę
śledztwa nad przestępstwami FSB, które są opisane w tej książce.
Zachorował 16 czerwca 2003 roku. Tego dnia był w Riazaniu na otwarciu
prac komisji antykorupcyjnej i brał udział w konferencji prasowej. 18
czerwca jego stan się pogorszył. Nocą z 19 na 20 czerwca zaczęła mu
schodzić skóra, jak po poważnym poparzeniu. 21 czerwca został
przeniesiony do Centralnego Szpitala Klinicznego w Moskwie w stanie
ciężkim. Według wyników badań z zakresu medycyny sądowej bezpośrednią
przyczyną śmierci Szczekoczichina była ogólna ostra toksykoza - zespół
Lyella (toksyczna nekroliza naskórka) - ostra reakcja alergiczna, która
zazwyczaj rozwija się w odpowiedzi na leki. Zespół Lyella występuje
bardzo rzadko: raz na milion. Objawy systemowej reakcji
toksyczno-alergicznej u Szczekoczichina były ewidentne. Został przyjęty
do szpitala z wysoką temperaturą, zanikiem błon śluzowych i naskórka,
osłabioną pracą nerek i narastającymi problemami oddechowymi, przez
które został później podłączony do respiratora. Nie wykluczano, że tak
"rzadka reakcja alergiczna" mogła zostać sprowokowana przez "nieznany
czynnik", to znaczy przez truciznę o nieznanej naturze. Nigdy nie
stwierdzono, jak trucizna ("nieznany czynnik") przeniknęła do ciała
ofiary, ponieważ nie przeprowadzono żadnych badań, a dokumenty sądowe
nie zostały upublicznione. Przeciwnie, wyniki autopsji Szczekoczichina
oraz historię jego choroby objęto "tajemnicą lekarską". Pozostały
tajemnicą również dla jego rodziny. Krewni nigdy nie otrzymali raportu z autopsji. Kiedy próbowali doprowadzić do wszczęcia postępowania w związku z prawdopodobnym morderstwem, ich prośba została odrzucona.
Anna Politkowska prawie zginęła na początku września 2004 roku, kiedy
próbowano ją otruć na pokładzie samolotu lecącego do Osetii Północnej.
Politkowska zamierzała wesprzeć zakładników w czasie kryzysu w Biesłanie, który rozpoczął się 1 września. Wierzono, że dziennikarka,
która cieszyła się wielkim autorytetem wśród Czeczenów, będzie mogła
wziąć udział w negocjacjach z terrorystami i uzyskać zwolnienie
zakładników. Zamierzała również spróbować nawiązać kontakt z Asłanem
Maschadowem, prezydentem Republiki Czeczeńskiej, oraz prosić go, by
zaryzykował życie i przyjechał do Biesłanu, żeby negocjować z terrorystami. Rosyjskim służbom bezpieczeństwa nie w smak był jej
przylot do Osetii Północnej, z uwagi na zaufanie i wpływ, jakie
zyskaliby Politkowska i Maschadow - dziennikarka i prezydent nieuznawany
przez Moskwę - po zakończeniu kryzysu i uratowaniu dzieci. Na pokładzie
samolotu Politkowska rozsądnie odmówiła jedzenia, poprosiła jednak
personel o filiżankę herbaty. Zemdlała, zapadła w śpiączkę i obudziła
się w szpitalu. Przeżyła, ale było już za późno na negocjacje z terrorystami w Biesłanie, ponieważ najtragiczniejsze dni spędziła na
oddziale intensywnej terapii.
Roman Cepow był szefem ochrony Putina w Petersburgu, a jednocześnie
agentem i pracownikiem kilku różnych służb i organów ścigania: FSB,
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz Służby Wywiadu Zagranicznego. Miał
pięć różnych dokumentów tożsamości. Sfera jego działalności stopniowo
się rozszerzała. Włączono do niej ochronę i biznes farmaceutyczny,
porty, turystykę, transport morski, ubezpieczenia, a nawet media. Po
tym, jak Putin przeprowadził się do Moskwy i został prezydentem, Cepow
nawiązał bliskie kontakty z wieloma siłowikami - od ministra spraw
wewnętrznych Raszyda Nurgalijewa, do szefa prezydenckiej ochrony
Władimira Zołotowa. Dodatkowo miał wpływ na mianowanie funkcjonariuszy
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz FSB, był w bliskich stosunkach z Igorem Sieczinem, szefem prezydenckiej administracji, a nawet z samym
Władimirem Putinem.
24 września 2004 roku Cepow zmarł. Inaczej niż w przypadku
Szczekoczichina natychmiast postawiono diagnozę: otrucie substancją
radioaktywną. Lekarz wskazał na zniszczenie szpiku kostnego w kręgosłupie, które towarzyszyło wyraźnym objawom radioaktywnego
zatrucia.
Cepow źle się poczuł 11 września. Rankiem zjadł śniadanie w swojej
daczy. Następnie pojechał do biura FSB w Petersburgu, na Litiejnyj
Prospiekt 4. Tam wypił herbatę. Następnie pojechał do Zarządu Spraw
Wewnętrznych, gdzie spotkał się z szefem i zjadł lody. O 16.00 jego
samopoczucie się pogorszyło. Lekarze nie mogli jednak postawić diagnozy.
Objawy przypominały ostre zatrucie pokarmowe. Cepow został przewieziony
w stanie krytycznym do jednej z prywatnych klinik w Petersburgu. Dwa dni
przed śmiercią został przeniesiony do Ośrodka Zaawansowanych Technik
Medycznych (wcześniej Szpital Swierdłowa). Były plany, żeby przewieźć go
do Niemiec na leczenie doraźne. Choroba postępowała jednak zbyt szybko i zanim zorganizowano transport, Cepow już nie żył.
Wstępne badania z zakresu medycyny sądowej ujawniły, że w krwi Cepowa
było duże stężenie środka, który stosuje się w leczeniu białaczki.
Nieboszczyk jednak nie miał raka. Według lekarzy śmiertelna dawka leku -
w postaci roztworu lub pokruszonych tabletek - mogła zostać dodana do
jedzenia. Eksperci są innego zdania: radioaktywne izotopy, nieznana
trucizna, sole metali ciężkich.
W nabożeństwie pogrzebowym uczestniczyli Wiktor Zołotow, szef
prezydenckiej ochrony; Konstantin Romodanowski, szef Zarządu
Bezpieczeństwa Wewnętrznego; Andriej Nowikow, w tym czasie szef Zarządu
Głównego Spraw Wewnętrznych dla Północno-Zachodniego Okręgu Federalnego
oraz obecny minister; Michaił Waniczkin, szef petersburskiego Zarządu
Spraw Wewnętrznych, oraz Dmitrij Jakubowski, prawnik i generał FSB.
Oddział policjantów uczcił pamięć Cepowa salwą honorową (zgodnie z regułami w ten sposób można uczcić jedynie funkcjonariuszy w randze
pułkownika lub wyższej). Cepow został pochowany w Petersburgu na sławnym
Cmentarzu Serafimowskim. Postępowanie śledcze w sprawie jego śmierci
wszczęto na mocy artykułu 105 rosyjskiego kodeksu karnego (morderstwo).
Wyniki śledztwa nie zostały podane do wiadomości publicznej.
5 września 2004 roku, w szczytowym momencie kampanii wyborczej, kandydat
na prezydenta Ukrainy Wiktor Juszczenko jadł obiad i prowadził
negocjacje w swojej daczy z byłym szefem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy
(SBU) Wołodymyrem Saciukiem. Był tam również Taras Zaleski, inny wysoki
funkcjonariusz USB, który przyniósł talerze z pilawem do stołu
Juszczenki. Potrawa przyszłego prezydenta była zatruta. Po obiedzie
Juszczenko źle się poczuł. 10 września został hospitalizowany w klinice
Rudolfinerhaus w Austrii. Tam zdiagnozowano u niego ostre zapalenie
trzustki z komplikacjami po zatruciu toksyczną substancją. Czas
zatrucia: około pięciu dni przed hospitalizacją.
Substancje chemiczne, które zidentyfikowano w organizmie Juszczenki, nie
znajdują się zazwyczaj w produktach spożywczych. Grupa amerykańskich
lekarzy odkryła w jego krwi dioksyny. Wiedziano, że jedno z rosyjskich
tajnych laboratoriów z sukcesem pracowało nad dioksyną kilka lat
wcześniej.
21 września Prokuratura Generalna na Ukrainie rozpoczęła postępowanie
śledcze w sprawie próby otrucia Juszczenki. Podejrzani byli Wołodymyr
Saciuk, Taras Zaleski i Aleksiej Poletucha. Ten ostatni to stary znajomy
Saciuka, z którym pracował w wielu komercyjnych organizacjach, zanim
Saciuk został szefem USB. W 2001 roku Poletucha został umieszczony na
liście osób poszukiwanych w związku z przestępstwami finansowymi,
których dopuścił się jako prezes Banku Ukraina, i opuścił kraj. Według
ukraińskiego biura Interpolu do dzisiaj jest na liście poszukiwanych i prawdopodobnie ukrywa się gdzieś w Rosji. Został uznany za podejrzanego
w sprawie otrucia Juszczenki, ponieważ przypuszczano, że to właśnie on
zajął się przewiezieniem dioksyny z Rosji na Ukrainę.
Sam prezydent Juszczenko wielokrotnie twierdził, że wie, kto próbował go
otruć, że dioksyna, której użyto, została wyprodukowana w Rosji, że wie,
kto i jak przywiózł truciznę na Ukrainę, i że osoby za to odpowiedzialne
ukrywają się w Rosji.
24 listopada 2006 roku Jegor Gajdar, były premier pierwszego
demokratycznego rządu Rosji, pełniący później funkcję dyrektora
Instytutu Gospodarki Stanu Przejściowego, przemawiał na konferencji na
National University of Ireland. Tematem konferencji było "Irlandia i Rosja: historia, prawo i zmieniające się stosunki międzynarodowe".
Gajdar źle się poczuł już rano po śniadaniu. Według jego córki, Marii,
śniadanie było proste - sałatka owocowa i filiżanka herbaty. Jekatierina
Ganiewa, organizatorka konferencji, przypomniała sobie, że Gajdar zjadł
je w kawiarni w Maynooth College, gdzie została zakwaterowana delegacja
z Moskwy. Spośród dziesięciu osób, z którymi Gajdar jadł śniadanie,
tylko on zachorował.
Podczas swojej prezentacji Gajdar źle się poczuł, wyszedł z sali
wykładowej i zemdlał. Leżał na podłodze, nieprzytomny, z nosa i ust
tryskała mu krew. Był w takim stanie ponad pół godziny. Potem został
przewieziony na oddział intensywnej terapii do James Connolly Memorial
Hospital w Blanchardstown. Były premier spędził trzy godziny pod
intensywną opieką lekarską, nie odzyskawszy przytomności. Gdy się
ocknął, okazało się, że nie może się ruszyć, i przez następny dzień jego
życie wisiało na włosku.
Gajdar przeszedł pełną wstępną detoksykację - standardową terapię dla
pacjentów z objawami zatrucia pokarmowego. Objawy były tak
niejednoznaczne, że lekarze wahali się z postawieniem diagnozy. Gajdar
został wypisany ze szpitala w niedzielę 26 listopada. W opinii lekarzy
jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo, a i on sam lepiej się czuł.
Po opuszczeniu szpitala zatelefonował do rosyjskiej ambasady z prośbą,
by pozwolono mu spędzić tam noc. "Tak będzie bezpieczniej" - powiedział.
Ambasada zgodziła się. W poniedziałek ciągle był blady, narzekał na
mdłości, osłabienie i zdenerwowanie. Mimo to bezzwłocznie wyjechał do
Moskwy, gdzie natychmiast został hospitalizowany. W czasie podróży
Gajdar próbował zrozumieć, co właściwie się stało, i przypomniał sobie,
że "herbata nie smakowała zbyt dobrze..."
Lekarze, którzy badali Gajdara, jednomyślnie orzekli, że podano mu
truciznę. I mimo że trucizny nie rozpoznano, było jasne, że zamierzano
go otruć, że nie doszło do zwykłego zatrucia pokarmowego. Innymi słowy -
to był zamach na jego życie. To właśnie z tego powodu pobyt Gajdara w moskiewskim szpitalu był początkowo utrzymywany w tajemnicy. Jego krewni
nie wykluczali, że próba otrucia może się powtórzyć. Zmarł 16 grudnia
2009 roku w Moskwie.
Nie wiemy, kto w tym czasie zapewniał Gajdarowi ochronę. Wiemy jedynie,
kim był szef jego ochrony w czasie, gdy Gajdar był premierem Rosji.
Andriej Ługowoj, ten sam człowiek, który otruł Aleksandra Litwinienkę.
Gajdarowi podano truciznę 24 listopada. Litwinienko zmarł wieczorem 23
listopada. To pierwszy z kątów tego wielokąta. Andriej Ługowoj był
szefem ochrony Gajdara i Borisa Bieriezowskiego i brał udział w otruciu
Litwinienki. To drugi kąt. Istnieje pewien związek między
październikowym morderstwem Anny Politkowskiej a listopadowym zabójstwem
Litwinienki. To trzeci kąt wielokąta. W 2006 roku wielokąt morderstw
znany był jedynie tym, którzy owe zabójstwa zaplanowali.
"Pogratuluj mi. Właśnie zostałem obywatelem brytyjskim. Teraz nie odważą
się mnie tknąć. Nikt nie będzie próbował zabić obywatela Wielkiej
Brytanii".
Tymi słowami powitał mnie Aleksander Litwinienko 13 października 2006
roku w Londynie, podczas nabożeństwa żałobnego za Annę Politkowską,
która właśnie została zamordowana. Dziewiętnaście dni później, 1
listopada, Litwinienko został otruty.
Tego dnia spotkał się z kilkoma osobami, które przyjechały do Londynu z innych krajów. Byli to: agent FSB Andriej Ługowoj, agent FSB Dmitrij
Kowtun, agent FSB Wiaczesław Skolenko i najwyraźniej jeszcze jeden -
nieznany i niezidentyfikowany agent FSB (choć może Litwinienko wcale nie
spotkał się z nim tego dnia, lecz człowiek ten był już wtedy w Londynie
i wziął udział w spotkaniu bez wiedzy Litwinienki). Były podpułkownik
FSB Aleksander Litwinienko pił ze swoimi byłymi kolegami zieloną
herbatę.
Wieczorem źle się poczuł. Miał mdłości i zaczęły się wymioty. Zrozumiał,
że to zatrucie. Rozpuścił w wodzie trochę nadmanganianu potasu -
powszechnego w Rosji lekarstwa, które znał z wojska - i zaczął pić, od
czasu do czasu wymiotując. Miał skurcze żołądka i trudności z oddychaniem, dostał gorączki, a puls stał się nieregularny. Tak
Litwinienko spędził pierwszy dzień po podaniu trucizny.
2 listopada wezwano karetkę. Lekarz stwierdził sezonową infekcję.
Pacjentowi kazano pić wodę. Znów wymiotował, ale średnio co dwadzieścia
minut zamiast wymiocin z jego ust wydobywał się pienisty płyn. Dostał
skurczów żołądka i ostrej krwawej biegunki.
3 listopada wezwano innego lekarza. Stwierdził, że Litwinienko cierpi z powodu infekcji, ale nie wykluczył zatrucia (nikt nie podejrzewał
jednak, że celowego). Wezwano karetkę i Litwinienko został przewieziony
do szpitala. Podłączono go do kroplówki i pobrano krew. Wyniki badań
krwi nie były złe. Lekarze jednak stwierdzili, że powinien zostać w szpitalu. Obiecano Aleksandrowi, że będzie mógł wrócić do domu za trzy
lub cztery dni. Jego żona, Marina, uważała, że powinni zatrzymać go w szpitalu tak długo, aż znajdą przyczynę dolegliwości. Przez cały ten
czas Litwinienko utrzymywał swój stan w tajemnicy. Ani przyjaciele, ani
policja nic o tym nie wiedzieli. Nie chciał, żeby ludzie się
dowiedzieli, że przechodzi zatrucie pokarmowe. Kto wie, może za jakiś
czas ktoś naprawdę poda mu truciznę, a wtedy wszyscy będą myśleć, że to
znów zatrucie pokarmowe, tak jak wtedy, w listopadzie 2006 roku.
Przez ten czas Aleksander nie mógł jeść ani pić. Stracił na wadze 33
funty. Wierzył jednak, że to przetrwa. Pod koniec pierwszego tygodnia
choroby miał już pewność, że chciano go otruć, ale myślał, że zdołał się
uratować dzięki płukaniu żołądka nadmanganianem potasu, tak jak go
uczono w wojsku.
"Wiesz, gdyby dali mi do wyboru: przejść przez to wszystko jeszcze raz
albo spędzić rok w rosyjskim więzieniu, wybrałbym rok w więzieniu.
Naprawdę. Nie wyobrażasz sobie, jak źle się czuję" - powiedział mi.
Jednak nie dano mu możliwości spędzenia roku w więzieniu - pozostało mu
jedynie 15 dni cierpienia.
W jego gardle pojawiły się ropnie. Lekarze sądzili, że to reakcja na
antybiotyki - flora bakteryjna została zniszczona i doszło do
podrażnienia. Po kilku kolejnych dniach pacjent nie mógł już otworzyć
ust. We wszystkie błony śluzowe wdało się zapalenie, język nie mieścił
się w ustach. Zaczęły mu wypadać włosy. Wówczas lekarze pomyśleli, że
został uszkodzony szpik kostny. Litwinienkę przeniesiono na oddział
onkologiczny. Pojawiła się wstępna teoria o zatruciu talem. Do śledztwa
została włączona policja. Litwinience przepisano antidotum na tal, tak
zwany błękit pruski. Jednak było już bezużyteczne, ponieważ działa
jedynie w czasie pierwszych 48 godzin po zażyciu trucizny. Tymczasem
minął tydzień. Co więcej, błękit pruski to odtrutka na tal. Aleksander
zaś został otruty polonem 210, który wykryto u niego dopiero 23
listopada, kilka godzin przed śmiercią, gdy jego mocz został wysłany na
badania do Atomic Weapons Establishment w Aldermaston - jedynego
laboratorium w Wielkiej Brytanii, które może wykryć toksynę emitującą
promienie alfa. I gdyby Litwinienko zmarł "tak jak wszyscy inni", dwa
lub trzy tygodnie po otruciu, a nie trzymał się życia do 23 listopada,
to nigdy byśmy się nie dowiedzieli, że został otruty polonem, że brała w tym udział grupa agentów FSB, że trucizna pochodziła z Moskwy i że
uczestnicy akcji właśnie tam odlecieli. Nadal myślelibyśmy, że ze
śmiercią Litwinienki wiąże się więcej pytań niż odpowiedzi i że możliwe,
iż zmarł z powodu zatrucia pokarmowego albo alergii na sushi, które jadł
w restauracji 1 listopada o 15.00.
Na podstawie biletu autobusowego na miejską linię 134, który został
znaleziony w jego kieszeni, brytyjscy śledczy dowodzą, że Litwinienko
nie był jeszcze skażony polonem 210, gdy zmierzał na spotkanie z Ługowojem i jego kolegami, oraz że miejscem otrucia był hotel Millenium.
Bilet został zakupiony niedaleko domu Litwinienki w północnym Londynie.
To stamtąd udał się on na spotkanie z agentami z FSB w Millenium. Hotel
ten był pierwszym miejscem, do którego skierował się Litwinienko po
wyjściu z autobusu. Ślady polonu 210 znaleziono na spodku i filiżance, z której Litwinienko pił zieloną herbatę z rosyjskimi agentami. To
wszystko dowodzi, że to nie on przyniósł polon 210 na spotkanie z Ługowojem i towarzystwem, lecz grupa agentów FSB z Moskwy przyniosła
polon na spotkanie z Litwinienką.
Andrieja Ługowoja poznałem w tym samym czasie co Litwinienkę - w 1998
roku w Moskwie. Pamiętam dobrze również nasze ostatnie spotkanie:
wieczorem, 12 listopada 2006 roku, przypadkowo wpadłem na Ługowoja i nieznanego mi mężczyznę na ulicy Picadilly w centrum Londynu.
Zatrzymaliśmy się i rozmawialiśmy przez kilka minut. Szedłem w stronę
Picadilly Circus, a oni w stronę Park Lane. Dopiero później odkryłem, że
mężczyzną, którego nie znałem, był Dmitrij Kowtun.
By dojść do wniosku, że Ługowoj i Kowtun byli zamieszani w zlecone przez
FSB otrucie Litwinienki, nie trzeba już dziś koniecznie prześledzić
wszystkich faktów dotyczących samego morderstwa. Wystarczy sprawdzić,
kim Ługowoj był przed 23 listopada 2006 roku oraz kim został
później.Wcześniej Ługowoj był eksfunkcjonariuszem KGB/FSB, byłym szefem
ochrony Borisa Bieriezowskiego, skazanym kryminalistą, który (według
oficjalnych źródeł) odsiedział 14 miesięcy za zorganizowanie (nieudanej)
ucieczki z więziennego szpitala Nikołaja Głuszkowa, byłego szefa
Aerofłotu i partnera Borisa Bieriezowskiego - zbiegłego oligarchy
mieszkającego w Londynie, oskarżonego przez rosyjską prokuraturę o liczne przestępstwa finansowe. Naturalne są podejrzenia, że gdyby
Ługowoj nie był zamieszany w zabicie Litwinienki i gdyby teorie Scotland
Yardu były - dla odmiany - wynikiem nieporozumienia, rosyjskie władze i służby, które od wielu lat próbują wyrównać rachunki z Bieriezowskim i wszystkimi jego współpracownikami, mogłyby być zachwycone: oto były szef
ochrony Bieriezowskiego podejrzewany jest przez brytyjskich śledczych o udział w morderstwie innego byłego współpracownika Bieriezowskiego,
Litwinienki. Można by sobie wyobrazić, że rosyjskie władze, które nie
słyną ze szczególnej skrupulatności, mogłyby po prostu aresztować
Ługowoja w Moskwie i nakazać przesłuchanie, w efekcie którego okazałoby
się, że to on otruł Litwinienkę na zlecenie swojego byłego szefa,
Bieriezowskiego. Ługowoj ponownie zostałby osadzony w więzieniu, tym
razem za morderstwo. Rosyjska prokuratura znowu zażądałaby od Londynu
ekstradycji Bieriezowskiego, tym razem nie pod zarzutem przestępstw
gospodarczych, lecz zlecenia morderstwa Litwinienki na terenie Wielkiej
Brytanii. Wszystko zostałoby załatwione: Litwinienko by nie żył,
Bieriezowski zostałby wydalony do Rosji, jego były szef ochrony Andriej
Ługowoj ponownie siedziałby w więzieniu, a właściwi uczestnicy operacji
wyeliminowania Litwinienki - agenci FSB - pozostaliby poza
podejrzeniami. Wszyscy uczestnicy tej skomplikowanej tajnej operacji
zostaliby nagrodzeni i awansowani, a akcja wyeliminowania Litwinienki
otworzyłaby (choć ciągle w sekrecie) nowy rozdział w historii
rosyjskiego wywiadu jako jego najbardziej błyskotliwe osiągnięcie.
Tak właśnie by się stało, gdyby Ługowoj nie był aktywnym
funkcjonariuszem FSB i nie był zamieszany w morderstwo Litwinienki.
Zamiast tego człowiek podejrzewany przez brytyjską policję o udział w morderstwie, skazaniec, który odsiedział 14 miesięcy jako wspólnik
Bieriezowskiego, z jakiegoś powodu został członkiem Dumy Państwowej.
Wszystkie rosyjskie media są do jego dyspozycji - telewizja, prasa,
radio - tak aby mógł pojawić się na żywo w niemal wszystkich głównych
kanałach i powiedzieć całemu światu, że nie zabił Litwinienki (choć,
bądźmy szczerzy, skoro nie zabił Litwinienki, skąd dla niego tyle
honorów w Rosji?). Co interesujące, Ługowoj w ciągu kilku dni stał się
właścicielem całej sieci firm ochroniarskich, które mają koncesję na
wszystkie sprawy prowadzone przez FSB, a przecież jest oczywiste, że
Ługowoj, były więzień i były współpracownik Bieriezowskiego, nie mógł
dostać takiej koncesji ot, tak. Innymi słowy, rosyjski rząd robi
wszystko, co w jego mocy, żeby pokazać i udowodnić całemu światu, że
Andriej Ługowoj jest jednym z cenniejszych agentów centrali FSB, z którego Moskwa nigdy nie zrezygnuje (tak jak nie zrezygnowała z morderców prezydenta Czeczenii Jandarbijewa, którzy zostali złapani i uznani winnymi w Katarze, a wrócili do Rosji dzięki uporowi Putina).
Moskwa naprawdę chroniła Ługowoja - w tej materii musimy oddać honor
Putinowi. Jedyną osobą uczczoną w Moskwie w ten sposób był - po
dwudziestu latach od morderstwa, którego dokonał - Ramón Mercader, który
spędził dwadzieścia lat w meksykańskim więzieniu za zabicie Lwa
Trockiego.
Jurij Felsztinski
styczeń 2013, Boston
przełożyła Julia Sworowska
WPROWADZENIE
Nie odrzuciliśmy swojej przeszłości. Powiedzieliśmy uczciwie:
"Historia Łubianki w dwudziestym stuleciu jest naszą historią..."
Nikołaj Płatonowicz Patruszew, dyrektor FSB
"Komsomolskaja Prawda", 20 grudnia 2000
Rodowód Federalnej Służby Bezpieczeństwa
Federacji Rosyjskiej (FSB) w zasadzie nie wymaga komentarza. Od
najwcześniejszych lat sowieckiej państwowości aparat przymusu stworzony
przez partię komunistyczną znany był z bezwzględności. Działania jego
funkcjonariuszy nigdy nie miały wiele wspólnego z wartościami i zasadami
człowieczeństwa. Począwszy od rewolucji roku 1917, tajna policja
sowieckiej Rosji, a później ZSRR, funkcjonowała niezawodnie jako
mechanizm służący likwidacji milionów ludzi. W istocie jej struktury
nigdy nie podejmowały działań innego rodzaju, ponieważ władze nie
wyznaczyły im żadnych innych praktycznych czy politycznych celów, nawet
w okresach względnej liberalizacji ustroju. Żaden cywilizowany kraj nie
stworzył nigdy czegoś, co można by porównać z państwowymi siłami
bezpieczeństwa ZSRR. Nigdy też - wyjąwszy Gestapo w nazistowskich
Niemczech - żadna tajna policja nie dysponowała własnymi oddziałami
operacyjnymi i śledczymi oraz ośrodkami dla zatrzymanych, takimi jak
więzienie FSB w Lefortowie.
Wydarzenia z sierpnia 1991 roku, kiedy to spiętrzona fala społecznego
niezadowolenia zmyła system komunistyczny, ukazały bardzo wyraźnie, że
nieuniknionym skutkiem liberalizacji struktur politycznych w Rosji
będzie osłabienie - a może nawet zawieszenie - Komitetu Bezpieczeństwa
Państwowego, czyli organizacyjnego parasola, pod którym działały tajne
służby o charakterze policyjnym i wywiadowczym, znanego w świecie pod
szyldem KGB. Panika, która wybuchła wówczas wśród szefów owych agencji,
zaowocowała serią - niekiedy niezrozumiałych - zmian: rozwiązano wiele
starych służb specjalnych, tylko po to, by w ich miejsce powołać nowe.
Już 6 maja 1991 roku rozpoczął działalność rosyjski KGB, niejako
dublując stary, ogólnozwiązkowy. Zgodnie z protokołem podpisanym przez
prezydenta Borisa Jelcyna oraz przewodniczącego KGB ZSRR, Władimira
Kriuczkowa, kierownictwo rosyjskiego KGB objął Wiktor Iwanienko.
Następnie, 26 listopada, rosyjski KGB został przekształcony w Federalną
Agencję Bezpieczeństwa (AFB), a ledwie tydzień później, 3 grudnia,
prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow podpisał dekret O reorganizacji organów
bezpieczeństwa państwowego. Na mocy tego prawa powstała
Międzyrepublikańska Służba Bezpieczeństwa (MSB) Związku Radzieckiego, a będący jej bazą KGB przestał istnieć.
Jednak niczym hydra dał on początek licznym nowym strukturom. I Zarząd
Główny KGB, odpowiedzialny za wywiad zagraniczny, wydzielił się i przekształcił w Centralną Służbę Wywiadowczą, przemianowaną później na
Służbę Wywiadu Zagranicznego (SWR). VIII Zarząd Główny i XVI Zarząd,
odpowiedzialne za łączność rządową, szyfrowanie i wywiad elektroniczny,
przekształcono w Komitet Łączności Rządowej (przyszłą Federalną Agencję
Łączności i Informacji Rządowej, czyli FAPSI). Zarząd Główny Wojsk
Ochrony Pogranicza stał się Federalną Służbą Graniczną. Dawny IX Zarząd
zmieniono w Biuro Ochrony Prezydenta Rosji. Były XV Zarząd stał się
Rządową Służbą Bezpieczeństwa i Ochrony. Te dwie struktury dały później
początek Służbie Ochrony Prezydenta (PBS) oraz Federalnej Służbie
Ochrony (FSO). Z dawnego XV Zarządu KGB wyodrębniono jeszcze jedną,
supertajną służbę: Główny Zarząd Programów Specjalnych Prezydenta.
24 stycznia 1992 roku Jelcyn podpisał dekret o utworzeniu na bazie AFB i MSB nowego Ministerstwa Bezpieczeństwa (MB). W tym samym czasie pojawiło
się Ministerstwo Bezpieczeństwa i Spraw Wewnętrznych, którego żywot był
jednak bardzo krótki. W grudniu 1993 roku MB przemianowano na FSK -
Federalną Służbę Kontrwywiadu, a następnie, 3 kwietnia 1995 roku, mocą
kolejnego dekretu Jelcyna, O utworzeniu Federalnej Służby Bezpieczeństwa
w Federacji Rosyjskiej, FSK została przekształcona w FSB.
Cała ta długa sekwencja przekształceń i przemianowań służyła jednemu
celowi: uchronieniu struktury organizacyjnej państwowych służb
bezpieczeństwa - choćby i w zdecentralizowanej formie - przed atakami
demokratów. Ocalono tym sposobem także personel, archiwa oraz agentów.
Ważną rolę w ratowaniu struktur KGB przed zniszczeniem odegrali
Jewgienij Sawostjanow (w Moskwie) oraz Siergiej Stiepaszyn (w Leningradzie). Obaj zyskali sobie opinię demokratów i właśnie im
powierzono zadanie zreformowania i sprawowania nadzoru nad KGB. W rzeczywistości jednak na rozkaz państwowych służb bezpieczeństwa
infiltrowali oni ruch demokratyczny, by zapobiec zniszczeniu KGB przez
demokratów. Choć z biegiem lat wielu etatowych funkcjonariuszy i okresowych współpracowników tajnych służb znalazło sobie miejsce w świecie biznesu i polityki, cała struktura przetrwała - dzięki staraniom
Sawostjanowa i Stiepaszyna. Wcześniej polityczną kontrolę nad KGB
sprawowała Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego, która była w pewnej mierze hamulcem dla działań tajnych służb, jako że żadne poważne
operacje nie były możliwe bez aprobaty Politbiura. Po roku 1991 dawny
KGB mógł działać w Rosji z całkowitą swobodą i niezależnością; jedyny
nadzór nad poczynaniami jego funkcjonariuszy i agentów sprawowali ich
przełożeni. Z natury drapieżna i wszechobecna struktura nie miała już
żadnych ograniczeń, ani prawnych, ani ideologicznych.
Po okresie zamieszania, który nastąpił po wydarzeniach z sierpnia 1991
roku, a także po krótkiej fazie mylnego oczekiwania, iż pracownicy
dawnego KGB zostaną poddani podobnemu ostracyzmowi jak członkowie partii
komunistycznej, funkcjonariusze służb specjalnych zdali sobie sprawę, że
nowa era - wolności od ideologii komunistycznej i od kontroli partyjnej
- ma też dobre strony. Dawny KGB potrafił wykorzystać swój ogromny
potencjał ludzki (zarówno istniejący oficjalnie, jak i całkiem
nieoficjalny) tak, by umieścić swych ludzi we wszystkich sferach życia
wielkiego państwa rosyjskiego.
Jakimś sposobem byli ludzie KGB zaczęli pojawiać się wśród włodarzy
kraju, często niezauważalni dla niewtajemniczonych. Najpierw byli to
tylko agenci; potem w wyższych sferach zaistnieli także byli lub
pozostający w czynnej służbie funkcjonariusze służb specjalnych. Na
przykład za plecami Borisa Jelcyna, już od pierwszych dni wydarzeń
sierpniowych z 1991 roku, stał Aleksander Korżakow, człowiek KGB, były
ochroniarz przewodniczącego KGB i sekretarza generalnego Komunistycznej
Partii Związku Radzieckiego, Jurija Andropowa. Emerytowany pułkownik GRU
Bogomazow objął kierownictwo ochrony w Metalurgicznej Kompanii
Inwestycyjnej (MIKOM), a wiceprezesem Grupy Finansowo-Przemysłowej
został oficer KGB z dwudziestoletnim doświadczeniem, który dawniej
służył pod rozkazami Korżakowa.
Generał armii Filip Bobkow, były pierwszy zastępca przewodniczącego KGB,
który za czasów Związku Radzieckiego przez długie lata szefował tak
zwanej piątej linii (komórce prowadzącej śledztwa polityczne), znalazł
zatrudnienie u rekina biznesu Władimira Gusinskiego. Do największych
sukcesów "piątej linii" należało wydalenie z kraju Aleksandra
Sołżenicyna i Władimira Bukowskiego oraz aresztowanie i więzienie całymi
latami wszystkich tych, którzy myśleli i mówili to, co uważali za
słuszne, a nie to, co kazała im mówić partia. Tymczasem za plecami
Anatolija Sobczaka, mera Leningradu (obecnie Sankt Petersburga) i jednego z liderów ruchu reformatorskiego w Rosji, pojawił się inny
człowiek KGB - Władimir Putin. Jak stwierdził sam Sobczak, oznaczało to,
że "KGB rządzi Sankt Petersburgiem".
O tym, jak dokonywał się ten proces, napisał szczegółowo prowadzący
wykłady w Zurychu szef włoskiego Instytutu Polityki i Ekonomii
Międzynarodowej Marco Giaconi:
Podejmowane przez KGB działania mające na celu przejęcie kontroli nad
działalnością finansową rozmaitych firm przebiegają zawsze według tego
samego schematu.
Pierwsza faza rozpoczyna się, gdy gangsterzy usiłują wyłudzić od firmy
"należność za ochronę" lub uzurpują sobie inne, nienależne im prawa.
Wtedy pojawiają się na horyzoncie ludzie służb specjalnych i oferują
pomoc w rozwiązaniu problemu. W tym momencie firma na zawsze traci
niezależność.
Początkowo firma złapana w sidła KGB ma problemy z pozyskaniem kredytów,
a może nawet jest w ciężkiej sytuacji finansowej. Nagle jednak okazuje
się, że zdobywa licencję na działalność w tak szczególnych gałęziach
gospodarki, jak handel aluminium, cynkiem, żywnością, celulozą czy
drewnem. Nowe możliwości stymulują jej rozwój.
Na tym etapie można mówić o zinfiltrowaniu firmy przez byłych
pracowników KGB - staje się ona dla nich nowym źródłem dochodu.
W latach 1991-1996 okazało się jednak, że mimo rabunkowej działalności
tajnych służb (operujących zarówno otwarcie, jak i poprzez zorganizowane
grupy przestępcze, które służby te mają pod kontrolą), rosyjski biznes
przekształca się w szybkim tempie w znaczącą, niezależną siłę
polityczną, która w żadnym razie nie podlega w całości wpływom FSB. Po
tym, jak w 1993 roku Jelcyn rozprawił się z prokomunistycznym
parlamentem, który próbował wstrzymać liberalne reformy w Rosji,
szefowie dawnego KGB, kierujący teraz MB i FSK, postanowili
zdestabilizować i osłabić reżim Jelcyna. Dążąc do zablokowania reform,
posługiwali się metodą celowego wspierania przestępczości w kraju oraz
zaogniania konfliktów etnicznych, przede wszystkim na północnym
Kaukazie, najsłabszym ogniwie wielonarodowościowego państwa rosyjskiego.
Jednocześnie prowadzili ożywioną kampanię medialną, promując tezę,
jakoby zubożenie społeczeństwa oraz wzrost przestępczości i ożywienie
ruchów nacjonalistycznych były wynikiem demokratyzacji. Sugerowali, że
jedynym wyjściem dla Rosji jest odrzucenie reform demokratycznych i zachodnich modeli funkcjonowania państwa oraz podążanie własną, czysto
rosyjską ścieżką rozwoju, opartą na porządku publicznym i powszechnym
dobrobycie. W istocie była to propaganda dyktatury wedle standardowego
nazistowskiego wzorca. Spośród wszystkich dyktatorów, małych i wielkich,
oświeconych i żądnych krwi, wybrano model najmniej oczywisty i najbardziej ujmujący: postać chilijskiego generała Augusta Pinocheta. Z jakiegoś powodu panowało przekonanie, że jeśli w Rosji naprawdę pojawi
się dyktatura, nie będzie ona gorsza niż reżim Pinocheta. Jednakże z doświadczeń historycznych wynika, że w Rosji zawsze wybiera się
najgorszą możliwość.
Do roku 1996 państwowe służby bezpieczeństwa zwalczały reformatorów,
jako że najpoważniejsze zagrożenie dla siebie widziały w demokratycznej
ideologii, według której należało wprowadzić radykalne prozachodnie
reformy ekonomiczne i polityczne, opierając się na zasadach gospodarki
wolnorynkowej, z zamiarem politycznej i ekonomicznej integracji Rosji ze
społecznością cywilizowanego świata. Po zwycięstwie Jelcyna w wyborach
prezydenckich w 1996 roku, gdy rosyjski wielki biznes po raz pierwszy
okazał swą siłę polityczną, odmawiając zgody na anulowanie wyników
demokratycznych wyborów i wprowadzenie stanu wyjątkowego (a takie
żądania stawiała frakcja prodyktatorska w osobach Korżakowa, Barsukowa -
szefa Federalnej Służby Ochrony - i im podobnych), a co ważniejsze, mógł
doprowadzić do zwycięstwa własnego kandydata, służby specjalne musiały
zmienić główny cel swojej ofensywy: stała się nim elita rosyjskiego
życia gospodarczego. Wkrótce po wygranej Jelcyna rozpoczęły się więc -
początkowo niezrozumiałe - kampanie propagandowe, których celem było
oczernienie czołowych rosyjskich biznesmenów. Na ich czele stały
naturalnie znajome twarze ze służb specjalnych.
W języku rosyjskim pojawił się nowy termin, "oligarcha", choć było
oczywiste, że nawet najbogatszy z Rosjan nie jest oligarchą w dosłownym
znaczeniu tego słowa, ponieważ nie ma najważniejszego komponentu systemu
oligarchicznego: władzy. Prawdziwa władza spoczywała bowiem, jak
dawniej, w rękach funkcjonariuszy tajnych służb.
Stopniowo, przy pomocy dziennikarzy, którzy byli albo pracownikami, albo
agentami służb specjalnych, a także całej armii pozbawionych skrupułów
pisarzy żerujących na tanich sensacjach, niewielkiej grupie "oligarchów"
rosyjskiego biznesu przyklejono łatkę złodziei, kanciarzy, a nawet
morderców. Tymczasem prawdziwi przestępcy, którzy zdobyli autentyczną
oligarchiczną władzę i napełniali kieszenie miliardami, które nigdy nie
przepłynęły przez oficjalne konta, siedzieli za dyrektorskimi biurkami w urzędach bezpieczeństwa państwa rosyjskiego - czy to w Federalnej
Służbie Bezpieczeństwa (FSB), w Służbie Ochrony Prezydenta (PBS),
Federalnej Służbie Ochrony (FSO), Służbie Wywiadu Zagranicznego (SWR),
Głównym Zarządzie Wywiadowczym (GRU), Prokuraturze Generalnej,
Ministerstwie Obrony (MO), Ministerstwie Spraw Wewnętrznych (MWD), w służbach celnych, w policji skarbowej czy w innych tego rodzaju
instytucjach.
Właśnie oni byli prawdziwymi oligarchami, szarymi eminencjami
rosyjskiego biznesu i życia politycznego kraju. Posiadali realną władzę,
nieograniczoną i przez nikogo niekontrolowaną. Chronieni legitymacjami
tajnych służb, byli nietykalni. Regularnie nadużywali swych stanowisk,
przyjmowali łapówki i kradli, gromadzili nielegalnie zdobywany kapitał i zlecali swym podwładnym działania o charakterze przestępczym.
Książka ta jest próbą ukazania, iż fundamentalne problemy współczesnej
Rosji nie są wynikiem radykalnych reform dokonanych w duchu liberalizmu
przez prezydenta Jelcyna, ale rezultatem otwartego lub utajonego oporu
wobec tych reform, który stawiły rosyjskie tajne służby. To one
rozpętały pierwszą i drugą wojnę czeczeńską, by zawrócić Rosję ze
ścieżki demokracji i skierować ją ku dyktaturze, militaryzmowi i szowinizmowi. To one zorganizowały serię podstępnych ataków
terrorystycznych w Moskwie i innych miastach Rosji, by stworzyć warunki
pozwalające wywołać wojny w Czeczenii.
Eksplozje z września 1999 roku - a zwłaszcza udaremniony atak
terrorystyczny w Riazaniu z 23 września - są głównym tematem tej
książki. To one dostarczyły najwyraźniejszych tropów, które pozwalają
prześledzić taktykę i strategię rosyjskich tajnych służb w drodze do ich
celu: władzy absolutnej.
Być może zaskoczy czytelnika forma tej pracy - jest ona czymś pośrednim
między analitycznym pamiętnikiem a monografią historyczną. Obfitość
nazw, nazwisk i faktów oraz lakoniczny styl zapewne zawiodą tego, kto ma
nadzieję przeczytać wciągający kryminał. Zgodnie z zamierzeniem autorów
książkę tę odróżnia od płodów powierzchownego dziennikarstwa i pamiętnikowej beletrystyki wewnętrzna prawda, wierność historycznej
prawdzie. Jest to książka o tragedii, która dotknęła nas wszystkich, o straconych sposobnościach, ludziach, którym odebrano życie, oraz o kraju, który umiera. Jest to książka dla tych, którzy nie boją się
poznać prawdy o przeszłości i kształtować przyszłości.
Po tym, jak 27 sierpnia 2001 roku "Nowaja Gazieta" opublikowała
fragmenty tej pracy, wielokrotnie pytano nas o źródła informacji.
Pragniemy zapewnić czytelników, że w naszej książce nie znalazła się ani
jedna sfabrykowana informacja i ani jedna bezpodstawna opinia. Doszliśmy
jednak do wniosku, że w obecnej sytuacji w Rosji, gdzie u władzy wciąż
znajduje się wiele osób podejrzewanych przez nas o współudział w organizowaniu, wprowadzaniu w czyn lub sankcjonowaniu aktów
terrorystycznego okrucieństwa we wrześniu 1999 roku, opublikowanie
nazwisk naszych informatorów byłoby posunięciem przedwczesnym. Już w pierwszych wywiadach po 27 sierpnia 2001 roku obiecaliśmy, że nasze
źródła ujawnimy niezwłocznie rosyjskiej lub międzynarodowej komisji
powołanej do zbadania bolesnych wydarzeń z września 1999 roku. Do dziś
nie zmieniliśmy zdania: wszystkie materiały wykorzystane przy pisaniu
tej książki zostaną przekazane ciału, które mogłoby bezstronnie
wyjaśnić, co się wtedy stało.
ROZDZIAŁ 1
FSB wszczyna wojnę w Czeczenii
Tylko skończony szaleniec mógłby chcieć
wciągnąć Rosję w wojnę, a zwłaszcza w wojnę na północnym Kaukazie. To
tak, jakby nigdy nie było Afganistanu. Jakby nie było wystarczająco
jasne, w jakim kierunku może potoczyć się taki konflikt i jakie mogą być
konsekwencje wypowiedzenia wojny dumnemu, mściwemu i wojowniczemu ludowi
stanowiącemu część wielonarodowego państwa. Jakim sposobem Rosja
zaplątała się w jedną ze swych najbardziej haniebnych wojen w najbardziej demokratycznym i liberalnym okresie swego rozwoju? Był to
konflikt wymagający mobilizacji wielkich środków oraz wydatnego
zwiększenia budżetów służb bezpieczeństwa oraz odpowiednich ministerstw.
Miał podnieść rangę i zwiększyć wpływy ludzi w mundurach oraz osłabić
lub zupełnie zniweczyć wysiłki tych, którzy bronili pokoju, demokracji i liberalnych wartości, starając się podtrzymać impet prozachodnich reform
gospodarczych. Z powodu wojny czeczeńskiej państwo rosyjskie znalazło
się w izolacji; cywilizowany świat odwrócił się od niego, bo nie
popierał i nie rozumiał tego konfliktu. Niegdyś popularny, a nawet
kochany prezydent utracił wsparcie i własnego narodu, i społeczności
międzynarodowej. Gdy wpadł w tę pułapkę, nie miał już wyboru:
zrezygnował przed końcem kadencji i oddał władzę sukcesorom KGB w zamian
za gwarancję nietykalności dla siebie i swojej rodziny. Wiemy, kto na
tym zyskał - ludzie, którym Jelcyn oddał władzę. Wiemy, jak osiągnięto
ten cel - rozpętując wojnę w Czeczenii. Pozostaje jedynie ujawnić, kto
wprawił w ruch cały ten proces.
Czeczenia stała się najsłabszym ogniwem w wielonarodowościowej mozaice
Rosji, ale szefowie KGB nie oponowali, gdy Dżochar Dudajew przejmował
władzę w tej republice, ponieważ uważali go za swojego człowieka.
Generał Dudajew, od 1968 roku członek Komunistycznej Partii Związku
Radzieckiego, mógł więc spokojnie uzyskać przeniesienie do rodzinnego
miasta Grozny, przejść w stan spoczynku, stanąć do wyborów w opozycji
wobec miejscowych komunistów, zostać prezydentem Republiki Czeczeńskiej
i w listopadzie 1991 roku ogłosić niepodległość swego kraju, tym samym
niejako demonstrując rosyjskiej elicie politycznej, że rozpad Rosji pod
liberalnym reżimem Jelcyna jest nieunikniony. Zapewne nie było sprawą
przypadku, że inny Czeczen z bliskiego otoczenia Jelcyna, Rusłan
Chasbułatow, był współodpowiedzialny za zadanie owemu reżimowi
ostatecznego ciosu. Od września 1991 roku Chasbułatow, były członek
Komitetu Centralnego Komunistycznego Związku Młodzieży oraz członek
partii komunistycznej od roku 1966, był przewodniczącym Rady Najwyższej,
czyli ówczesnego rosyjskiego parlamentu.
Eskalacja nieporozumień w złożonych i niejasnych stosunkach między Rosją
i Czeczenią mogłaby być tematem odrębnej książki. Dość powiedzieć, że w roku 1994 polityczne kierownictwo Rosji zdawało już sobie sprawę, że nie
może ofiarować Czeczenii niepodległości, jaką uzyskały choćby Białoruś
czy Ukraina, groziłoby to bowiem rozpadem całej Federacji Rosyjskiej.
Ale czy Rosja mogła sobie pozwolić na rozpętanie wojny domowej na
północnym Kaukazie?
"Partia wojny", złożona z przedstawicieli resortów siłowych, wierzyła,
że tak, jeśli tylko opinia publiczna zostanie odpowiednio przygotowana.
Mogło to być śmiesznie łatwe, gdyby zapanowało powszechne przekonanie,
że w walce o niepodległość Czeczeni uciekają się do metod
terrorystycznych. Wystarczyło zorganizować ataki terrorystyczne w Moskwie i sfabrykować ślady prowadzące do Czeczenii.
Wiedząc, że rosyjscy żołnierze oraz siły opozycyjne wobec Dudajewa mogą
w każdej chwili rozpocząć szturm na Grozny, 18 listopada 1994 roku
funkcjonariusze FSK - dawnego KGB - podjęli pierwszą znaną nam próbę
wzbudzenia nastrojów antyczeczeńskich, dopuszczając się zamachu
terrorystycznego, o którego zorganizowanie oskarżyli następnie
separatystów czeczeńskich. Wiedzieli, że jeśli uda się rozniecić
szowinistyczne sentymenty moskwian, łatwiej będzie tłumić ruch
narodowo-wyzwoleńczy w Czeczenii.
Należy zauważyć, że i 18 listopada, i później domniemani "terroryści
czeczeńscy" detonowali ładunki wybuchowe w najmniej odpowiednim dla
siebie momencie, a w dodatku nigdy nie twierdzili, że ataki te są ich
dziełem (skutkiem czego zupełnie traciły one znaczenie). Poza tym w listopadzie 1994 roku zarówno rosyjska, jak i światowa opinia publiczna
stały po stronie Czeczenów, zatem z jakiego powodu mieliby oni
dopuszczać się zamachów terrorystycznych w Moskwie? Znacznie większy
sens miałyby akty dywersji, których celem byłyby wojska rosyjskie
stacjonujące na terytorium Czeczenii. Ale rosyjscy zwolennicy wojny z Czeczenią aż nadto chętnie dopatrywali się udziału separatystów w kolejnych akcjach i za każdym razem odpowiadali jednakowo: nagłym i nieproporcjonalnie brutalnym ciosem w czeczeńską suwerenność. Reakcje te
wywołały wrażenie, że rosyjskie resorty siłowe, choć zupełnie niezdolne
do przeciwdziałania atakom terrorystycznym, są wręcz niewiarygodnie
dobrze przygotowane do akcji odwetowych.
Eksplozja z 18 listopada 1994 roku nastąpiła w Moskwie na moście
kolejowym nad rzeką Jauzą. Zdaniem ekspertów wywołały ją dwa silne
ładunki trotylu, mniej więcej po półtora kilograma. Zniszczonych zostało
dwadzieścia metrów toru, a sam most omal się nie zawalił. Wydawało się
oczywiste, że wybuch nastąpił przedwcześnie, zanim do mostu dojechał
pociąg. Dobrych sto metrów od miejsca eksplozji znaleziono szczątki
ciała zamachowca: był nim kapitan Andriej Szczelenkow, pracownik
kompanii naftowej Łanako. Zginął rozerwany wybuchem bomby, którą sam
podkładał na moście.
Tylko śmiertelny błąd człowieka, którego wyznaczono do tego zadania,
sprawił, że łatwo było ustalić zleceniodawcę zamachu. Szefem Łanako był
trzydziestopięcioletni Maksim Łazowski, ceniony agent moskiewskiego
oddziału dawnego KGB, znany w kręgach przestępczych pod pseudonimami
"Maks" i "Kaleka". Być może warto uprzedzić bieg wydarzeń i wskazać na
znaczący fakt, iż wszyscy, co do jednego, pracownicy Łanako byli stałymi
lub okresowymi współpracownikami rosyjskich tajnych służb.
W dniu eksplozji nad Jauzą, 18 listopada 1994 roku, milicja odebrała
telefon od anonimowego informatora, który twierdził, że przed biurami
Łanako stoi ciężarówka z materiałami wybuchowymi. W wyniku szybko
podjętej akcji istotnie udało się przechwycić ciężarówkę z ładunkiem
trzech min MON-50, pięćdziesięciu pocisków do granatnika, czternastu
granatów RGD-5, dziesięciu granatów F-1 oraz czterech
półtorakilogramowych opakowań materiału wybuchowego zwanego plastykiem.
Służba bezpieczeństwa twierdziła jednak, że nie udało się ustalić, do
kogo należała ciężarówka, choć przy szczątkach Szczelenkowa znaleziono
firmowy identyfikator Łanako, a użyte nad Jauzą materiały wybuchowe były
takie same jak te, które znaleziono w ciężarówce.
Wojna w Czeczenii była doskonałym sposobem na polityczne zniszczenie
Jelcyna, a ci, którzy zorganizowali ataki terrorystyczne w Rosji i sprowokowali tę wojnę, rozumieli to doskonale. W relacjach między
przywódcami Rosji a prezydentem Republiki Czeczenii istniał jeszcze
jeden, prymitywny, finansowy aspekt: Rosjanie nieustannie wymuszali od
Dudajewa pieniądze. Zaczęło się to w roku 1992, od przyjęcia od
Czeczenów łapówek w zamian za pozostawienie uzbrojenia przez odchodzącą
armię rosyjską. Zajmowali się tym szef Służby Ochrony Prezydenta (PBS)
Aleksander Korżakow, szef Federalnej Służby Ochrony (FSO) Michaił
Barsukow oraz pierwszy wicepremier Federacji Rosyjskiej, Oleg Soskowiec.
Ministerstwo Obrony oczywiście wiedziało o wszystkim. Parę lat później
naiwni obywatele Rosji zaczęli się zastanawiać, jakim cudem całą tę
broń, z której zabijano rosyjskich żołnierzy, pozostawiono w Czeczenii.
Odpowiedź była prosta: zostawiono ją, ponieważ Dudajew zapłacił
wielomilionowe łapówki w dolarach Korżakowowi, Barsukowowi oraz
Soskowcowi.
Po 1992 roku moskiewscy biurokraci nadal z powodzeniem wymuszali na
Dudajewie łapówki: czeczeńskie władze regularnie słały do Moskwy
pieniądze, jako że w żaden inny sposób nie mogły rozwiązać
jakiegokolwiek problemu natury politycznej. Jednakże w 1994 roku system
zaczął zawodzić, ponieważ Moskwa domagała się coraz to większych kwot w zamian za polityczne przysługi związane z niezawisłością Czeczenii.
Dudajew nie chciał już płacić. Konflikt natury finansowej stopniowo
przekształcił się w polityczną próbę sił między władzami Rosji i Czeczenii. Groźba wojny wisiała w powietrzu. Dudajew zażądał spotkania z Jelcynem i być może nawet zamierzał wyjaśnić mu, co się działo, ale
Korżakow, Barsukow i Soskowiec, którzy kontrolowali dostęp do
prezydenta, zażyczyli sobie kilku milionów dolarów łapówki za
zorganizowanie spotkania dwóch głów państw. Dudajew odmówił zapłaty i zażądał, by spotkanie z Jelcynem odbyło się bez przekazywania pieniędzy
z rąk do rąk. Co więcej, po raz pierwszy zagroził, że ujawni dokumenty
zawierające kompromitujące ich informacje o cichych interesach z Czeczenami. Dudajew wierzył, że owe dokumenty są jego polisą
ubezpieczeniową i uchronią go przed aresztowaniem. Przeliczył się. Nikt
nie zamierzał go aresztować - mógł jedynie zostać zabity, ponieważ był
naocznym świadkiem przestępstw popełnionych przez ludzi z dworu Jelcyna.
Jego szantaż zawiódł, a spotkanie, którego pragnął, nigdy nie doszło do
skutku. Prezydent Czeczenii był teraz niebezpiecznym świadkiem, którego
należało usunąć. I dlatego celowo sprowokowano okrutną i bezsensowną
wojnę. Prześledźmy tok wydarzeń.
22 listopada 1994 roku Państwowy Komitet Obrony Republiki Czeczeńskiej,
utworzony poprzedniego dnia na mocy dekretu Dudajewa, oskarżył Rosję o rozpoczęcie wojny przeciwko Czeczenii. Zdaniem dziennikarzy wojny nie
było, ale Dudajew wiedział dobrze, że "partia wojny" już zdecydowała o rozpoczęciu działań zbrojnych. Komitet, w którego skład wchodzili prócz
Dudajewa dowódcy armii i służb bezpieczeństwa oraz szefowie
najważniejszych ministerstw, zebrał się w trybie pilnym, by omówić
kwestię reakcji na "zagrożenie interwencją militarną". W oświadczeniu
komitetu, które opublikowano w Groznym, znalazły się słowa o "rosyjskich
oddziałach regularnej armii, które okupują rejon nadtereczny na
terytorium Republiki Czeczeńskiej", oraz o planach na najbliższe dni, w których przewidziano już "okupację terytorium rejonu naurskiego i szełkowskiego. W tym celu wykorzystywane są jednostki lądowe i lotnicze
Północnokaukaskiego Okręgu Wojskowego oraz pododdziały specjalne
rosyjskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Według informacji
zgromadzonych przez Państwowy Komitet Obrony w operacji biorą też udział
pododdziały specjalne rosyjskiej FSK".
Dowództwo czeczeńskich sił zbrojnych potwierdziło, że koncentracja wojsk
następuje w wiosce Wiesiełaja w Kraju Stawropolskim, tuż przy granicy
czeczeńskiego rejonu naurskiego. Znalazły się tam czołgi, artyleria oraz
aż sześć batalionów piechoty. Później okazało się, że trzonem tych sił,
które miały zaatakować Grozny, była kolumna rosyjskich pojazdów
pancernych zebrana z inicjatywy FSK. To FSK wyłożyła pieniądze i najęła
żołnierzy oraz oficerów, z których wielu służyło na co dzień w elitarnych dywizjach pancernych - Tamańskiej i Kantemirowskiej.
23 listopada dziewięć rosyjskich śmigłowców Mi-8 Północnokaukaskiego
Okręgu Wojskowego rozpoczęło atak rakietowy na miasto Szali, położone
mniej więcej czterdzieści kilometrów od Groznego, próbując zniszczyć
stacjonujący tam pułk pancerny. Odpowiedział im zmasowany ogień obrony
przeciwlotniczej. Po stronie czeczeńskiej byli ranni; władze republiki
ogłosiły, że mają materiał filmowy, na którym widać rosyjskie oznaczenia
na atakujących maszynach.
25 listopada siedem rosyjskich helikopterów z bazy wojskowej w Kraju
Stawropolskim wystrzeliło kilka salw rakietowych w kierunku lotniska w Groznym i pobliskich budynków mieszkalnych. Uszkodziły pas startowy i stojący na nim cywilny samolot. Zginęło sześciu ludzi, a dwudziestu
pięciu zostało rannych. W odpowiedzi Ministerstwo Spraw Zagranicznych
Czeczenii przekazało władzom Kraju Stawropolskiego oświadczenie, w którym zaznaczono między innymi, że władze te "ponoszą odpowiedzialność
za te działania, a w razie podjęcia przez stronę czeczeńską stosownych
przeciwdziałań" wszelkie skargi "należy kierować do Moskwy".
26 listopada siły "Rady Tymczasowej Czeczenii" (czyli czeczeńskiej
opozycji), przy wsparciu rosyjskich śmigłowców i pojazdów pancernych
zaatakowały Grozny z czterech stron. W operacji wzięło udział tysiąc
dwustu ludzi, pięćdziesiąt czołgów, osiemdziesiąt transporterów
opancerzonych oraz sześć samolotów Su-27. W oświadczeniu stworzonym w moskiewskiej centrali marionetkowej "Rady Tymczasowej" napisano:
"zdemoralizowane siły stronników Dudajewa praktycznie nie stawiają oporu
i prawdopodobnie nad ranem operacja dobiegnie końca".
W rzeczywistości jednak atak zakończył się totalną klęską. Intruzi
stracili mniej więcej pięciuset żołnierzy i ponad dwadzieścia czołgów;
kolejnych dwadzieścia przechwyciły siły Dudajewa. Około dwustu ludzi
wzięto do niewoli. 28 listopada kolumna jeńców przemaszerowała ulicami
Groznego, "by uczcić zwycięstwo nad siłami opozycji". W tym czasie
władze czeczeńskie opublikowały listę czternastu nazwisk schwytanych
żołnierzy i oficerów, którzy służyli w rosyjskich siłach zbrojnych.
Jeńcy zeznali przed kamerami telewizji, że większość z nich służyła w jednostkach 43162 i 01451, stacjonujących w pobliżu Moskwy. Rosyjskie
Ministerstwo Obrony odpowiedziało naturalnie, że pokazani przez
telewizję osobnicy nigdy nie służyli w rosyjskich siłach zbrojnych. Na
pytanie o konkretnych dwóch jeńców, kapitana Andrieja Kriukowa i porucznika Jewgienija Żukowa, urzędnicy Ministerstwa Obrony odparli, że
oficerowie ci istotnie służyli niegdyś w jednostce 01451, ale nie
stawili się w niej od 20 października 1994 roku i gotowy był już rozkaz
zwolnienia ich ze służby. Innymi słowy, rosyjskie Ministerstwo Obrony
uznało schwytanych przez Czeczenów żołnierzy za dezerterów. Następnego
dnia ojciec Jewgienija Żukowa podważył wiarygodność ministerialnego
oświadczenia. W wywiadzie dla Rosyjskiej Agencji Informacyjnej Nowosti
stwierdził, że jego syn opuścił macierzystą jednostkę 9 listopada,
informując rodziców, że skierowano go na dziesięć dni do Niżnego Tagiłu
w górach Ural, dobrych dwa tysiące kilometrów od Czeczenii. Gdy
zobaczyli go ponownie, był już w grupie jeńców rosyjskich w Groznym,
pokazanej 27 listopada przez cotygodniowy telewizyjny program
informacyjny "Itogi". Gdy ojciec Żukowa zapytał dowódcę jego jednostki,
jakim sposobem Jewgienij znalazł się w Czeczenii, nie doczekał się
odpowiedzi.
Wkrótce pojawiła się barwna relacja z wydarzeń 26 listopada,
przedstawiona przez majora Walerego Iwanowa po tym, jak 8 grudnia został
zwolniony z niewoli wraz z siedmioma innymi oficerami rosyjskich sił
zbrojnych.
Zgodnie z rozkazem dziennym wszystkim zwerbowanym udzielono urlopu w związku ze "sprawami rodzinnymi". Wybranymi byli w większości oficerowie
o nieuregulowanej sytuacji mieszkaniowej i rodzinnej. Połowa z nich po
prostu nie miała mieszkań - teoretycznie każdy miał prawo odmówić, ale
wiadomo było, że kiedy przyjdzie do przydzielania mieszkań, zostanie
pominięty.
10 listopada przyjechaliśmy do Mozdoku w Osetii Północnej. W ciągu dwóch
tygodni przygotowaliśmy do boju czternaście czołgów z czeczeńskimi
załogami i dwadzieścia sześć dla żołnierzy rosyjskich. 25 listopada
ruszyliśmy na Grozny [...].
Ja znalazłem się wśród załóg trzech czołgów, które 26 listopada
opanowały wieżę telewizyjną w Groznym. Nie napotkaliśmy oporu ze strony
broniących jej jednostek Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ale trzy
godziny później, gdy nie mieliśmy łączności z naszym dowództwem,
zaatakował nas słynny batalion abchaski.
Otoczeni przez czołgi i piechotę wymianę ognia uznaliśmy za bezcelową,
zwłaszcza że siły opozycji [przeciwników Dudajewa] natychmiast się
rozpierzchły i zostaliśmy sami, a dwa z trzech naszych czołgów zostały
spalone. Ich załogi zdążyły uciec i poddać się straży wieży
telewizyjnej, która z kolei przekazała nas ochronie osobistej prezydenta
Dudajewa. Traktowano nas dobrze, a w ostatnich dniach prawie w ogóle nie
pilnowano, ale z drugiej strony - nie mieliśmy dokąd uciekać.
Z relacji tej można wywnioskować, że kolumna pancerna została celowo
wprowadzona do Groznego 26 listopada i spisana na straty. W żadnym razie
nie była zdolna pokonać sprawnej, dobrze uzbrojonej armii Dudajewa, a tym bardziej opanować i utrzymać miasta. Nie mogła być niczym więcej niż
ruchomym celem dla wojsk czeczeńskich.
Rosyjski minister obrony Pawieł Graczow sugerował, że nie brał udziału w nieodpowiedzialnej próbie zajęcia Groznego. Z wojskowego punktu
widzenia, jak zauważył podczas konferencji prasowej zwołanej 28
listopada 1996 roku, było możliwe przechwycenie Groznego "w ciągu dwóch
godzin, siłami jednego pułku spadochroniarzy. Jednakże wszystkie
konflikty zbrojne rozstrzyga się ostatecznie przy stołach
negocjacyjnych, metodami politycznymi. Wprowadzanie czołgów do miasta
bez osłony piechoty było doprawdy bezsensowne". Dlaczego więc zostały
posłane do Groznego?
Generał Giennadij Troszew mówił nam później o wątpliwościach Graczowa w sprawie kampanii czeczeńskiej:
Próbował coś z tym zrobić. Próbował choćby wydobyć jasną ocenę sytuacji
od [dyrektora FSK] Stiepaszyna i jego specsłużby. Próbował opóźnić
wprowadzenie żołnierzy aż do wiosny, a nawet osobiście dogadać się z Dudajewem. Teraz już wiemy, że do spotkania rzeczywiście doszło, ale nie
przyniosło ono porozumienia.
Generał Troszew, który w owym czasie odpowiadał za przebieg drugiej
wojny czeczeńskiej, nie mógł pojąć, że Graczow nie zdołał porozumieć się
z Dudajewem. Tymczasem powód był oczywisty: Dudajew uparcie domagał się
spotkania z Jelcynem, a Korżakow, szef Służby Ochrony Prezydenta,
odmawiał jego zorganizowania i żądał pieniędzy.
Organizatorem "błyskotliwej" operacji militarnej, w wyniku której
rosyjska kolumna pancerna została bez trudu unicestwiona, rzeczywiście
nie był Graczow, ale dyrektor FSK Stiepaszyn. Pomagał mu w tym szef
moskiewskiego oddziału FSK, Sawostjanow, odpowiedzialny za sprawy
związane z obaleniem reżimu Dudajewa i wprowadzeniem żołnierzy na
terytorium Czeczenii. Ci, którzy rozwodzili się nad grubymi błędami
popełnionymi przez rosyjskich dowódców posyłających kolumnę pancerną w sam środek miasta, na pewną zagładę, nie pojmowali subtelnych kalkulacji
politycznych prowokatorów odpowiedzialnych za wywołanie wojny w Czeczenii. Ludzie, którzy zaplanowali wprowadzenie wojsk do Groznego,
chcieli, żeby kolumna ta została w spektakularny sposób zniszczona przez
Czeczenów. Tylko tak mogli sprowokować Jelcyna do wypowiedzenia otwartej
wojny Dudajewowi.
Zaraz po rozgromieniu kolumny pancernej wysłanej do Groznego prezydent
Jelcyn wydał odezwę do rosyjskich uczestników konfliktu w Republice
Czeczeńskiej - Kreml zaczął urabiać opinię publiczną, przygotowując ją
do nieuchronnej już wojny na wielką skalę. W wywiadzie dla agencji
Nowosti Arkadij Popow, konsultant z prezydenckiego centrum analiz,
obwieścił, że Rosja może przyjąć rolę "przymusowego pacyfikatora" w Czeczenii i że wszystko wskazuje na rychłe podjęcie przez rosyjskiego
przywódcę zdecydowanych działań. Gdyby prezydent ogłosił stan wyjątkowy
w Czeczenii, rosyjskie władze mogłyby dokonać "ograniczonej interwencji,
która przyjęłaby formę rozbrojenia obu stron konfliktu poprzez
wprowadzenie do Groznego niewielkiego kontyngentu rosyjskich żołnierzy"
- to samo wydarzyło się piętnaście lat wcześniej w Afganistanie. Tak
więc sprowokowawszy konflikt w Czeczenii, udzielając politycznego i militarnego wsparcia czeczeńskiej opozycji, były KGB zamierzał teraz
toczyć wojnę przeciwko Dudajewowi pod pretekstem działań
pacyfikacyjnych.
Władze czeczeńskie uznały oświadczenie Jelcyna za "ultimatum" i "wypowiedzenie wojny" i stwierdziły, że jest ono - a także wszelkie
próby wprowadzenia go w życie - "sprzeczne z normami prawa
międzynarodowego", co daje im "prawo do podjęcia stosownych środków
odwetowych w celu zabezpieczenia niepodległości i integralności
terytorialnej państwa". Zdaniem rządu czeczeńskiego rosyjskie groźby
wprowadzenia stanu wyjątkowego świadczyły o "jawnym dążeniu do
kontynuowania operacji wojskowych i mieszania się w sprawy wewnętrzne
innego państwa".
30 listopada rosyjskie siły powietrzne zaatakowały Grozny. Następnego
dnia ich dowództwo odmówiło przepuszczenia samolotu, którym do
czeczeńskiej stolicy usiłowała dotrzeć delegacja członków rosyjskiej
Dumy Państwowej. Maszyna wylądowała ostatecznie w Nazraniu, stolicy
Inguszetii, a parlamentarzyści ruszyli drogą lądową na spotkanie z Dudajewem. 1 grudnia, gdy znajdowali się w drodze do Groznego, mniej
więcej o czternastej, osiem samolotów Su-27 dokonało kolejnego nalotu na
miasto, biorąc na cel dzielnicę, w której mieszkał Dudajew. Według
Czeczenów obrona przeciwlotnicza zdołała strącić jedną z maszyn.
2 grudnia Siergiej Juszenkow, szef delegacji, która dotarła do Groznego
(i przewodniczący parlamentarnej komisji obrony), zadeklarował, że
użycie siły w stosunkach rosyjsko-czeczeńskich przyniesie porażkę.
Dodał, że zapoznawszy się z sytuacją na miejscu, nabrał przekonania, iż
jedyną metodą rozwiązania kryzysu są negocjacje, a strona czeczeńska nie
ma nic przeciwko temu, by do nich przystąpić.
Opinia publiczna wciąż trzymała stronę Czeczenów, ale kierownictwo FSK
było pewne, że może nią manipulować, uciekając się do aktów terroryzmu,
za które obwiniłoby Czeczenów. 5 grudnia FSK poinformowała dziennikarzy,
że przez granicę państwową przedarli się do Czeczenii zagraniczni
najemnicy i dlatego "nie można wykluczyć, że i do innych regionów Rosji
przenikną podobne grupy terrorystyczne". Była to pierwsza jawna
zapowiedź tajnych służb, że w Rosji dojdzie wkrótce do ataków
terrorystycznych, których "ślad prowadzi do Czeczenii". W owym czasie
jednak mówiono tylko o przenikaniu do Rosji obcych agentów - była to
zagrywka wzięta wprost z podręczników sowieckiego KGB.
6 grudnia Dudajew powiedział w wywiadzie, że polityka Rosji przyczynia
się do poważnego wzrostu proislamskich nastrojów w Czeczenii. "Granie
"kartą czeczeńską" może wprowadzić do gry globalne interesy państw
islamskich, co groziłoby utratą kontroli nad biegiem wydarzeń. W Czeczenii już pojawiła się trzecia siła, która stopniowo przejmuje
inicjatywę: islamiści". Dudajew zobrazował nastroje panujące wśród
przybywających do Groznego, cytując ich słowa: "Nie jesteśmy już
pańskimi żołnierzami, panie prezydencie, jesteśmy żołnierzami Allacha".
I dodał: "Sytuacja w Czeczenii zaczyna wymykać się spod kontroli i to
mnie martwi".
Jakby odpowiadając na słowa Dudajewa, rosyjski minister obrony Graczow
pozwolił sobie na gest, który z pozoru był wyciągnięciem ręki na zgodę,
a w rzeczywistości stał się przyczyną eskalacji konfliktu. Graczow
zaproponował mianowicie, by czeczeńska opozycja - finansowana, uzbrajana
i wspomagana przez ludzi FSK - złożyła broń, ale pod warunkiem, że
jednocześnie uczynią to zwolennicy Dudajewa. Innymi słowy, minister
zasugerował, aby Czeczeni poddali się jednostronnie, bo o złożeniu broni
przez stronę rosyjską nie wspomniał ani słowem. Władze Republiki
Czeczeńskiej naturalnie nie zaakceptowały tej propozycji. 7 grudnia
Graczow spotkał się z Dudajewem, ale ich rozmowa okazała się bezowocna.
Tego samego dnia w Moskwie zebrała się Rada Bezpieczeństwa. Dysputę o Czeczenii prowadzono też w Dumie, podczas sesji zamkniętej, na którą
zaproszono szefów ministerstw siłowych. Ci jednak się nie pojawili,
ponieważ nie zamierzali odpowiadać na pytania parlamentarzystów, kto
wydał rozkaz rekrutowania żołnierzy rosyjskich sił zbrojnych i zbombardowania Groznego. Dziś wiemy, że rosyjski personel wojskowy
rekrutowała FSK na rozkaz Stiepaszyna, a bombardowania zarządziło
Ministerstwo Obrony.
8 grudnia strona czeczeńska ogłosiła, że ma informacje, iż Rosja planuje
wkroczyć na terytorium republiki i rozpocząć otwartą wojnę. 9 grudnia
podczas konferencji prasowej w Dumie Państwowej przewodniczący komitetu
spraw zagranicznych i polityki regionalnej (oraz przewodniczący
Republikańskiej Partii Rosji) Władimir Łysenko oznajmił, że wobec
powyższego zgłosi w parlamencie wniosek o rozwiązanie rządu. Tego samego
dnia robocza komisja negocjacyjna do spraw rozwiązania konfliktu w Republice Czeczeńskiej zdołała doprowadzić do porozumienia między
przedstawicielami prezydenta Dudajewa a opozycją - ustalono, że
negocjacje rozpoczną się 12 grudnia o piętnastej we Władykaukazie.
Dwunastoosobową delegacją władz federalnych Rosji miał kierować
wiceminister do spraw narodowości i polityki regionalnej. Grozny miało
reprezentować dziewięć osób z czeczeńskim ministrem gospodarki i finansów na czele, stronę opozycyjną zaś trzyosobowa delegacja pod
kierownictwem prokuratora generalnego Czeczenii. Uzgodniono wstępnie, że
głównym tematem negocjacji między Moskwą a Groznym będzie powstrzymanie
rozlewu krwi i przywrócenie normalnych stosunków. Rozmowy z przedstawicielami czeczeńskiej opozycji miały dotyczyć wyłącznie
rozbrojenia.
Wszystko to zwiększało szanse na zachowanie pokoju, a to oznaczało, że
"partia wojny" ma bardzo niewiele czasu, jeśli chce dopiąć swego przed
12 grudnia. W tym sensie można powiedzieć, że oświadczenie roboczej
komisji negocjacyjnej o rychłym rozpoczęciu rozmów posłużyło do
wyznaczenia terminu operacji lądowej w Czeczenii. Skoro negocjacje miały
się zacząć 12 grudnia, dzień wcześniej należało przypuścić atak. Tak też
postąpiło rosyjskie kierownictwo: 11 grudnia siły lądowe przekroczyły
linię demarkacyjną i weszły na terytorium Republiki Czeczeńskiej. Przez
pierwszych kilka dni nie meldowały one o jakimkolwiek oporze i jakichkolwiek stratach.
13 grudnia pierwszy wicepremier rządu rosyjskiego Oleg Soskowiec
wiedział już, na czym stoi: poinformował dziennikarzy, że łączny koszt
normalizacji sytuacji w Czeczenii wyniesie około biliona rubli.
(Pieniądze te należało najpierw wyasygnować z budżetu, by można było
rozpocząć ich systematyczne defraudowanie.) Wyjaśnił też, że priorytetem
władz będzie udzielenie pomocy materialnej oraz finansowej ludności
Czeczenii i że zostaną podjęte szczególne działania, by te środki nie
zostały rozkradzione czy zmarnowane (dziś wiemy, że nic z nich do
Czeczenii nie dotarło i że rozkradziono lub zmarnowano je w całości).
Soskowiec podkreślił, że członkowie czeczeńskiej diaspory mieszkający w Moskwie i innych rosyjskich miastach nie powinni być uważani za
potencjalnych terrorystów. Proszę zwrócić uwagę na tę wypowiedź. Jak
dotąd nikomu nawet nie przyszło do głowy, by uważać Czeczenów z diaspory
za potencjalnych terrorystów; mało tego, nie doszło nawet jeszcze do
żadnych ataków terrorystycznych. Wojna w Czeczenii nie wyglądała nawet
na wojnę, a jedynie na operację policyjną; po żadnej ze stron nie było
jeszcze poważnych ofiar. Mimo to z jakiegoś powodu pierwszy wicepremier
uznał za możliwe, że Czeczeni będą chcieli podjąć działalność
terrorystyczną na rosyjskiej ziemi. Uwaga Soskowca, że obywatele
czeczeńscy nie będą dyskryminowani oraz że władze federalne w ogóle nie
biorą pod uwagę przymusowej deportacji Czeczenów, była jasną sugestią ze
strony "partii wojny": działania wojenne dotkną wszystkich Czeczenów, na
całym terytorium Rosji, a ich częścią będzie zarówno dyskryminacja, jak
i przymusowa deportacja.
Generał Aleksander Lebied´, dowódca rosyjskiej 14. Armii stacjonującej
na Naddniestrzu, gwałtownie sprzeciwiał się działaniom "partii wojny",
ponieważ doskonale rozumiał aluzje Soskowca oraz to, jak wysoką cenę
przyjdzie Rosji zapłacić. W wywiadzie telefonicznym ze swego sztabu w Tyraspolu deklarował:
Konflikt czeczeński można rozwiązać jedynie drogą negocjacji
dyplomatycznych. Czeczenia punkt po punkcie powtarza scenariusz
afgański. Ryzykujemy rozpętanie wojny z całym światem islamskim. Samotni
bojownicy mogą w nieskończoność niszczyć nasze czołgi i pojedynczymi
strzałami likwidować naszych żołnierzy.
W Czeczenii sami strzeliliśmy sobie w stopę - tak samo jak w Afganistanie - i jest to bardzo smutne. Dobrze umocniony i dobrze
zaopatrzony Grozny może bronić się długo i zażarcie.
Lebied´ przypomniał wszystkim, że za czasów sowieckich Dudajew dowodził
dywizją bombowców strategicznych, narzędziem wojny na skalę
międzykontynentalną, którego "nie powierza się głupcom".
Począwszy od 14 grudnia, Moskwa znalazła się w stanie niemalże alarmu
bojowego, a jej mieszkańców rozmyślnie straszono perspektywą
nieuniknionych ataków terrorystycznych ze strony Czeczenów. Ministerstwo
Spraw Wewnętrznych oraz FSK wzmocniły ochronę najważniejszych obiektów
miejskiej infrastruktury. Urzędnicy ministerstwa ogłosili, że środki
takie przedsięwzięto z uwagi na zagrożenie ze strony grup
terrorystycznych, które podobno wysłano z Groznego do Moskwy. Rozpoczęły
się poszukiwania pierwszych podejrzanych. Gdy rodowity Czeczen i mieszkaniec Groznego Izraił Getijew został aresztowany za odpalenie
noworocznych fajerwerków wieczorem 13 grudnia, informacja ta mogła
jedynie wzbudzić uśmiech. Następnego dnia jednak nikomu już nie było do
śmiechu. 14 grudnia niespodziewanie obwieszczono też, że po niespełna
trzech dobach działań wojennych "straty po obu stronach liczone są już w setkach zabitych". 15 grudnia ujawniono rzeczywistą skalę prowadzonej
operacji. Siły rosyjskie szykowały się do szturmu na miasto. Prócz
pododdziałów wystawionych przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w stronę
czeczeńskiej stolicy posuwały się także dwie dywizje regularnej armii z Północnokaukaskiego Okręgu Wojskowego oraz dwie uzbrojone po zęby
brygady szturmowe. Na terytorium republiki wkroczyły też kombinowane
pułki Pskowskiej, Witebskiej i Tulskiej Dywizji Wojsk
Powietrznodesantowych (WDW), liczące po 600-800 żołnierzy. W rejon
Mozdoku przerzucono kombinowane pułki Dywizji Uljanowskiej i Kostromskiej WDW. Wojska rosyjskie posuwały się w stronę Groznego
czterema głównymi szlakami: jednym z Inguszetii, dwoma z Mozdoku i jednym z Dagestanu. Czeczeni, jak informowały rosyjskie Ministerstwo
Spraw Wewnętrznych i FSK, zgromadzili w rejonie Groznego ponad
trzynaście tysięcy uzbrojonych bojowników.
Jelcyn zbliżał się do skraju przepaści. Podczas sesji Rady
Bezpieczeństwa, której przewodniczył 17 grudnia, omówiono plan
"przywrócenia porządku konstytucyjnego, praworządności i pokoju w Republice Czeczeńskiej". Rada obarczyła Ministerstwo Obrony (Graczowa),
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (Wiktora Jerina), FSK (Stiepaszyna) oraz
Federalną Służbę Graniczną (Nikołajewa) odpowiedzialnością za
wykorzystanie wszelkich dostępnych środków w celu rozbrojenia i zniszczenia nielegalnych formacji zbrojnych w Czeczenii oraz
zabezpieczenia granic państwowych i administracyjnych tej republiki.
Koordynacją działań miał się zająć Graczow. Tego dnia nastąpił kres
liberalno-demokratycznego okresu w dziejach Rosji. Prezydent Jelcyn
popełnił polityczne samobójstwo.
17 grudnia rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych obwieściło, że od
północy połączone siły Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Ministerstwa
Obrony będą zobowiązane podjąć zdecydowane działania i wykorzystać
wszelkie dostępne środki do przywrócenia porządku. Grupy rebeliantów
zostaną rozbrojone, a jeśli stawią opór - zniszczone. Z oświadczenia
wynikało też, że ludność cywilna Czeczenii została poinformowana, iż
powinna jak najszybciej opuścić Grozny i inne ośrodki, w których
aktywnie działają grupy rebelianckie. Usilnie zalecano, by obywatele
innych państw i dziennikarze wyjechali ze stolicy Czeczenii w bezpieczniejsze strony. (Mimo ostrzeżeń władz rosyjskich zagraniczni
dziennikarze w większości pozostali w Groznym, a w hotelu Francuzskij
Dwor, w którym się zatrzymali, jak zawsze brakowało miejsc.)
Również tego samego dnia pierwszy wicepremier Soskowiec ogłosił światu,
że prezydent Dudajew został wezwany do Mozdoku na spotkanie z delegacją
rządu rosyjskiego na czele z wicepremierem Nikołajem Jegorowem i dyrektorem FSK Stiepaszynem. Soskowiec powiedział też, że jeśli Dudajew
nie stawi się w Mozdoku, siły rosyjskie podejmą działania zgodnie z procedurą na wypadek eliminacji nielegalnych grup zbrojnych. Dodał, że
koszt operacji w poprzednim tygodniu sięgnął sześćdziesięciu miliardów
rubli, jeśli chodzi o Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, a dwieście
miliardów kosztowała ona Ministerstwo Obrony.
Cztery godziny przed upływem terminu, 17 grudnia o dwudziestej, Dudajew
podjął ostatnią próbę uniknięcia wojny. Zawiadomił władze Rosji, że
zgodzi się "rozpocząć negocjacje na stosownym poziomie, bez żadnych
warunków wstępnych, a także osobiście pokierować delegacją państwową
Republiki Czeczeńskiej". Innymi słowy, raz jeszcze prosił o spotkanie z Jelcynem, ale że wciąż odmawiał zapłacenia łapówki, jego telegraficzna
wiadomość pozostała bez odpowiedzi.
18 grudnia o dziewiątej rano siły rosyjskie otaczające Grozny
przystąpiły do szturmu na miasto. Samoloty sił powietrznych i śmigłowce
wojsk lądowych zadały "precyzyjne ciosy w stanowisko dowodzenia Dudajewa
w Chankale opodal Groznego, mosty nad rzeką Terek na północ od miasta
oraz mobilne oddziały pojazdów opancerzonych". Z komunikatu Tymczasowego
Centrum Informacyjnego rosyjskiego dowództwa wynikało, że po zniszczeniu
sił pancernych przeciwnika jednostki otaczające Grozny ruszą w głąb
miasta, rozbrajając uzbrojone grupy rebeliantów. Pełnomocnik prezydenta
Jelcyna w Czeczenii stwierdził nawet, że Dudajew nie ma wyjścia i może
jedynie się poddać.
Jeszcze tego samego dnia Soskowiec, któremu powierzono także rządowe
stanowisko szefa sztabu operacyjnego do spraw koordynacji działań
organów władzy wykonawczej, poinformował dziennikarzy, że w Groznym
"rozważa się możliwość" przeprowadzenia ataków terrorystycznych na cele
wojskowe i cywilne w centralnej Rosji i na Uralu, a także porwania
cywilnego samolotu pasażerskiego. Pierwszy wicepremier przedstawił
zdumiewająco szczegółowe dane, z których wynikało, że aktów terroryzmu
należy się spodziewać już w najbliższych kilku dniach.
22 grudnia biuro prasowe rządu Federacji Rosyjskiej ujawniło, że
Czeczeni sami wysadzają się w powietrze, by następnie winą za eksplozje
obciążać armię rosyjską. W oświadczeniu znalazły się następujące słowa:
Dziś o dziesiątej rano odbyło się spotkanie pod przewodnictwem
pierwszego wicepremiera Olega Soskowca, w którym wzięli udział
członkowie rządu i Rady Bezpieczeństwa oraz przedstawiciele
administracji prezydenta. Omawiano sytuację w Republice Czeczeńskiej
oraz działania podjęte przez prezydenta i rząd w celu przywrócenia
porządku konstytucyjnego i udzielenia gospodarczego wsparcia mieszkańcom
republiki w tych regionach, które zostały już uwolnione od zbrojnych
formacji reżimu Dudajewa. Jak twierdzą uczestnicy spotkania, operacje
rozpoczęte ostatniej nocy, mające na celu rozbrojenie grup
rebelianckich, jeszcze trwają, podobnie jak bombardowania umocnień.
Miasto Grozny nie zostało zbombardowane, jednakże bojownicy próbowali
imitować bombardowania w dzielnicach mieszkaniowych. Mniej więcej o pierwszej nad ranem wysadzili w powietrze budynek biurowy oraz blok
mieszkalny. Jego mieszkańcy, zarówno Czeczeni, jak i Rosjanie, nie
zostali uprzedzeni o planowanym ataku.
Imitacja bombardowania miała być dowodem potwierdzającym tezę o rzekomej
"wojnie prowadzonej przez rosyjskie kierownictwo przeciwko narodowi
czeczeńskiemu". Tezę taką zawiera wczorajszy "apel do społeczności
międzynarodowej" wystosowany przez Dudajewa.
Mówiąc wprost, biuro prasowe rządu rosyjskiego podjęło próbę oskarżenia
Czeczenów o zniszczenie budynków wraz z ich mieszkańcami, podczas gdy w rzeczywistości ataku dokonały siły rosyjskie.
Oświadczenie to, napisane z inicjatywy Soskowca i pięknie nawiązujące do
stalinowskiego stylu propagandowego, opublikowano na dzień przed
eksplozją na torach między stacjami Kożuchowo a Kanatczikowo
moskiewskiej obwodnicy kolejowej (wybuch nie spowodował żadnych ofiar,
nie znaleziono też terrorystów).
23 grudnia 1994 to data, którą należy uważać za początek kampanii
terrorystycznej przeciwko Rosji, wszczętej przez jej służby specjalne.
Od tej pory ataki terrorystyczne stały się codziennością.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki