Wyroki bogów - Abigail Owen

Kup ebooka

58.50 zł
46.80 zł (58,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1MAMY TAK BARDZO PRZEJEBANE

LYRA

Pieprzyć Wszechświat. Wiedziałam, że mnie nienawidzi. Po prostu nie sądziłam, że będzie aż tak małostkowy.

Zostanie boginią powinno wiązać się z jakimiś profitami. Fantastyczne moce. Tron. Może krótki urlop w jakimś miejscu, gdzie nie jestem zrzucana na kamienny most zawieszony nad nicością, z ziejącą po obu stronach otchłanią i drzwiami majaczącymi w oddali jak puenta żartu, który już kiedyś słyszałam.

Nie żeby wygląd otoczenia miał jakieś znaczenie. Wiem, co to za miejsce.

Tartar.

I nie chodzi o to, że już tu byłam. Po prostu stałam po drugiej stronie gigantycznych wrót, kiedy jedno ze skrzydeł się otworzyło.

A co gorsza, pociągnęłam za sobą Boone'a. Jednego z moich nielicznych przyjaciół, który już raz zginął przeze mnie w Kotle. Jasne, wygrałam, dzięki czemu udało mi się go wskrzesić i uczynić bogiem. Hurra, szczęśliwe zakończenie. Ale ono trwało tylko kilka tygodni.

A teraz jest tutaj. Znowu. Ze mną. W tej pieprzonej dziurze.

Zerkam na niego kątem oka, ale on się nie odwraca. Zaciska zęby i patrzy przed siebie. Oznacza to mniej więcej tyle co: "bardzo się boję i udaję, że tak nie jest".

Biorę głęboki wdech. Powietrze smakuje metalicznie na moim języku. A może to strach? Strach, bo nie muszę pytać, kto wciągnął nas przez bramy. To też już wiem.

Kronos.

Król Tytanów.

Wedle wszelkich przekazów forma, z której odlewa się od tamtej pory wszystkich dupków. Ostatecznie jego syn Zeus musiał po kimś to odziedziczyć. Ten facet połknął wszystkie swoje dzieci w dniu ich narodzin, by nie spełniła się przepowiednia, wedle której miał pewnego dnia zostać przez nie obalony. Wiecie, to nie tak, że nie słyszałam o beznadziejnych ojcach. Mój własny nie był do końca kandydatem na Tatę Roku, ale Kronos to wyższy poziom.

Jest. Nie był. Jest. Stoi tuż przed nami, wysoki i umięśniony jak bohater powieści, z włosami czarnymi niczym onyks, tylko muśniętymi srebrem przy skroniach. Gęsta ciemna broda skrywa linię jego szczęki.

I, na bogów, on wygląda dokładnie jak Hades. Nie tak, jak rodzice czasem przypominają dzieci, ale wręcz bliźniaczo podobnie, jakbym patrzyła na starszą, bardziej brutalną wersję Władcy Umarłych. Nic dziwnego, że Hades zawsze nosił w sobie cień, którego nie potrafił nazwać. Stąd właśnie się wziął.

Ale jeśli bogowie są piękni, powiedziałabym, że Tytani są olśniewający. Dosłownie trudno jest patrzeć prosto na Kronosa.

Nie jestem pewna, czy istnieje słowo zdolne opisać, jak niesamowicie, skrajnie, ekstremalnie przerażające jest patrzenie na tego Tytana. Serce wali mi tak mocno, że słyszę pulsowanie krwi w uszach, a moja klatka piersiowa widocznie unosi się i opada przy każdym ciężkim oddechu.

Opanuj się, Lyro.

Coś uderza we wrota za moimi plecami.

- Lyro! - Krzyk jest tak słaby, że ledwie do mnie dociera. Okręcam się i przyciskam dłonie do podwójnych wrót pokrytych ornamentami przypominającymi cierniste pnącza. O bogowie.

Hades.

Moja dusza wyciąga się ku niemu przez dzielącą nas barierę, ale przejścia już nie ma.

Nie mam jak do niego dotrzeć.

Nie, nie, nie, nie.

Niecierpliwie ocieram spływającą mi po policzku łzę. Nie mogę go stracić. Nie pozwolę na to. Nie po tym, jak dopiero co odnaleźliśmy siebie nawzajem. Przez całe życie cierpiałam w milczeniu, z ciążącą na mnie klątwą Zeusa, mającą sprawić, że nikt nigdy mnie nie pokocha. Potem udało mi się przetrwać te przeklęte igrzyska, w których bogowie zmuszają nas, śmiertelników, do rywalizowania w ich imieniu. Wygrałam nieśmiertelność i szczęśliwe życie u boku Hadesa. On też zasługuje na szczęście.

To nie może się dziać.

Głęboko w środku wiem, że nawet potężny bóg śmierci nic tu nie zdziała, ale wciąż milcząco krzyczę do niego, żeby mnie stąd wyciągnął.

Z gardła wyrywa mi się szloch, gdy dwie myśli uderzają we mnie jedna za drugą. Po pierwsze... Hades będzie się za to obwiniał. A po drugie... powinnam była zwrócić większą uwagę na wizję Rimy podczas Kotła. Wizję z Hadesem palącym świat. Naprawdę wierzyłam, że udało nam się tego uniknąć. Co jeszcze mówiła Rima?

Łomotanie we wrota staje się coraz bardziej natarczywe, aż czuję, jak wąski kamienny most drży pod moimi stopami. Przez jedną, pełną rozpaczliwej nadziei chwilę sądzę, że mogą ustąpić, a potem... łomotanie ustaje. A wraz z nim zatrzymuje się moje serce, zostawiając mnie z uczuciem pustki.

Próbuję wyczuć Hadesa, odnaleźć przebłysk jego emocji, które upewniłyby mnie, że wciąż tam jest. Podczas Kotła dał mi swoją krew, co zapewniło mi zdolność odczuwania jego emocji, zwłaszcza tych silnych. Ale to było dawno i ten efekt zdążył już prawie całkowicie przeminąć. Nic do mnie nie dociera.

- Lyro! - Głos Hadesa jest teraz jeszcze cichszy, stłumiony, jakby był dalej od bram. Co robią inni? Odciągają go?

Wbijam palce w metalowe skrzydło drzwi, jakbym mogła się przez nie przedrapać albo zatrzymać go tutaj.

- Nie odchodź!

Ale odpowiada mi tylko cisza.

Już wcale go nie słyszę. Przyciskam ucho do drzwi i zamykam oczy, próbując usłyszeć cokolwiek, co upewniłoby mnie, że dalej jest po drugiej stronie, że mnie nie opuścił.

- Hadesie... - szlocham.

- On wciąż tam jest - mówi za mną Kronos. A właściwie szepcze. Ale nawet te ciche słowa sprawiają, że się spinam. Mocno. Brzmi jak Hades, jego pierworodny syn, choć niskie tony są bardziej szorstkie, chropowate, jakby za długo wdychał siarkę.

- To efekt działania zaklęć ochronnych. Uniemożliwiają nam komunikowanie się ze światem zewnętrznym - informuje nas Kronos tym samym cichym głosem. - Nie będziesz już w stanie go usłyszeć.

Ocieram przedramieniem mokre od łez policzki, po czym odwracam się, żeby stanąć twarzą w twarz z Królem Tytanów, po drodze napotykając spojrzenie ciemnych oczu Boone'a. Nowo ustanowiony bóg złodziei jest gotów walczyć, jeśli będzie trzeba; jego szczęka jest napięta, ręce zaciśnięte w pięści. Niemal niezauważalnie potrząsam głową. Walka wydaje się pewną drogą do nagłej, natychmiastowej, a także nieodwracalnej śmierci. Ale to zostawia jedną, jedyną myśl krążącą w mojej głowie. Jak się stąd wydostać? Odpowiedź jest prosta. Nie da się.

To jest przeklęty - dosłownie - Tartar. Może jeśli pomyślę to wystarczająco dużo razy, ten fakt wreszcie do mnie dotrze. Nawet Tytanom nie udało się z niego uciec, przez całe tysiąclecia, a nie wątpię, że próbowali. Puszka Pandory była ruletką. Ostatecznością. I miała wypuścić tylko jedną osobę. Persefonę.

A skoro już przy tym jesteśmy... gdzie, na Olimp, jest bogini wiosny? Miała czekać po tej stronie, żeby uciec, ale jest tu tylko Kronos. Co on zrobił? Zjadł pozostałych, tak jak swoje dzieci?

Kronos uśmiecha się do mnie. Rekiny mają bardziej zapraszający uśmiech. A co gorsza, tak bardzo przypomina Hadesa, że moje serce co chwilę się zatrzymuje, niepewne, co powinno teraz czuć. Nie pociąg, oczywiście, ale może coś w rodzaju sympatii? A może zaczyna mi powoli odbijać?

Pozwalam, by z mojego gardła wyrwał się krótki, szorstki śmiech.

- Ze wszystkich bogów, których mogłeś tu wciągnąć, wybrałeś dwoje najbardziej dla ciebie bezużytecznych. Świetna robota. - A może odbija mi szybko i głośno.

Boone spina się jeszcze bardziej i wydaje z siebie krótki gwizd, taki jakich złodzieje używają do komunikacji. Ostrzeżenie.

Decyduję się je zignorować. W Bractwie Złodziei, gdzie dorastaliśmy ja i Boone, szybko się nauczyłam, że w starciu z prześladowcami nigdy nie można się wycofywać, a na każdy cios trzeba odpowiadać ze zdwojoną determinacją.

Kronos ostrożnie zerka przez ramię, przypuszczalnie zaglądając w znajdujące się za nim przejście. Co dokładnie sprawdza? Czyżby czekał na wsparcie? Wyciągam głowę, by za niego spojrzeć. Nie widzę tu nikogo innego i nie ma żadnego miejsca, gdzie ktoś mógłby się ukryć. Małe przejście prowadzi do czegoś, co wygląda na tunel. Trudno cokolwiek dojrzeć w migotliwym świetle pochodni płonących w kinkietach umieszczonych wzdłuż murów.

- Musicie być cicho - szepcze Kronos - albo ich obudzicie.

Złowieszcze i tajemniczo niejasne. Takie właśnie komunikaty lubię najbardziej.

- Obudzimy kogo?

- Ciii. - Kronos całkowicie zamiera w bezruchu, wciąż zerkając w tunel po drugiej stronie. - Zawsze robi się gorzej, kiedy przybywasz.

Co?

Wymieniam spojrzenia z Boone'em. Tytan był tu zamknięty przez bardzo, bardzo długi czas. Najwidoczniej nie pozostało to bez wpływu na jego psychikę. Miła perspektywa na wypadek, jeśli nie uda nam się stąd wydostać.

Nagle Kronos odwraca się do mnie, a ja prostuję się gwałtownie. Jego oczy błyszczą, a usta rozciągają się w uśmiechu. Nie, to wcale nie jest cholernie złowieszcze.

- Co? - Tym razem zadaję to pytanie na głos.

- Myślisz, że jesteś bezużyteczna? - mówi tonem życzliwego wujka Kronos, ale jego głos wciąż jest ściszony. - Wygląda na to, że to ty nie myślisz jasno.

Gromię go wzrokiem.

- Myślę, że jesteś totalnym, absolutnym... - Urywam, kiedy Boone wbija mi łokieć w bok w ramach uniwersalnego sygnału mówiącego: "zamknij się, zanim zostaniesz zgładzona przez Tytana", i krzywię się z bólu.

Kronos porusza się szybciej niż jakakolwiek inna istota, którą dotąd widziałam, uwzględniając bogów i kilka potworów. Jednym rozmazanym ruchem rzuca się w naszą stronę, ale to nie ja jestem jego celem. Zamiast tego chwyta Boone'a za gardło i ciska nim o wrota. Krzyczę, słysząc, jak głowa mojego towarzysza uderza w twardy metal.

Kronos puszcza Boone'a, który osuwa się na ziemię jak szmaciana lalka, a nie jak mierzący prawie metr dziewięćdziesiąt dorosły mężczyzna. Potem Tytan odwraca się z powrotem do mnie, tak spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło.

Z narastającą zgrozą wpatruję się w leżącego za nim bezwładnie Boone'a. Na całe szczęście jego pierś w dalszym ciągu unosi się i opada, ale jedna z jego rąk jest przygnieciona ciałem pod dziwnym kątem, a złota krew bogów, którymi teraz jesteśmy - ichor - spływa z rozcięcia nad jego brwią. Przeszywa mnie dreszcz. Wygląda tak krucho mimo swojej boskiej natury. Wygląda jak ktoś, kto nigdy nie powinien był przejść za mną przez żadne bramy, a na pewno nie przez te.

- Dlaczego to zrobiłeś? - pytam, zwalczając odruch, by przypaść do Boone'a. Coś mi mówi, że nie mogę ani na chwilę spuszczać Tytana z oka, jeśli mamy wyjść stąd żywi. W tym momencie przypominam sobie o mojej broni. Sięgam do dwóch toporów, które noszę na plecach. Ale... ich tam nie ma. Sprawdzam jeszcze raz, ale nie pomyliłam się. Zniknęły. Paski wciąż krzyżują się na wysokości mojej piersi, jednak pochwy są puste.

Widząc, co robię, Kronos wzdycha.

- Bramy Tartaru odbierają broń wszystkim, którzy przez nie przechodzą, Lyro. - Jego głos wciąż jest ledwie słyszalny.

Z rezygnacją spuszczam ręce wzdłuż ciała. Dopiero po chwili dociera do mnie ostatnia część jego wypowiedzi. Mrugam powoli, patrząc na Tytana, a nowe imadło strachu zaciska się na moich płucach.

- Znasz moje imię?

Kronos unosi brwi. Czy brwi mogą być rozczarowane?

- Oczywiście.

No tak.

- Eee... Skąd? - pytam nieco zdezorientowana, choć wątpię, by ktokolwiek mógł mnie za to winić.

- Poznaliśmy się.

Cofam się odruchowo, zanim zdążę się powstrzymać. Jestem pewna, że pamiętałabym, gdybym spotkała już kiedyś ojca chrzestnego apokaliptycznych daddy issues.

- Nie. Zdecydowanie nie.

Powinnam po prostu przestać z nim rozmawiać. Nie dostanę żadnych sensownych odpowiedzi, tylko tajemnicze deklaracje i tytanicznych rozmiarów ego.

Mój umysł gorączkowo szuka czegoś, co pozwoliłoby mi wyciągnąć stąd mnie i Boone'a. Dróg ucieczki. Obejść. Łapówek, które Wszechświat mógłby przyjąć. Nawet nie do końca wiem, jak się tu znaleźliśmy. W jednej chwili staliśmy na progu, a w drugiej byliśmy w paszczy lwa.

Jak, do diabła, mam wydostać Boone'a z Tartaru, jeśli się nie obudzi?

Umysł wreszcie podsuwa mi fakt, że może brakuje mi toporów, ale wciąż mam moje tatuaże. Zwierzęta, które podarował mi Hades, są ukryte pod skórą mojego ramienia i nikt nie może mi ich odebrać. Sięgam, by je obudzić, ale Kronos już przy mnie jest; poruszył się zbyt szybko, by nawet moje boskie oczy zdążyły to dostrzec. Łapie mnie pod pachami i podnosi tak, że moje stopy wiszą bezużytecznie nad ziemią. Jego uścisk jest na tyle mocny, że nie mogę dotknąć ramienia i wypuścić zwierząt.

- Twoje tatuaże też zniknęły, razem z bronią.

- Nie wierzę ci. - Sprzedaję mu kopniaka, ale on ani drgnie.

- Zawsze tak szybko rzucasz się do walki - mruczy cicho. Jakby był ze mnie dumny.

- Znasz mnie dopiero od kilku minut - mówię. - Skąd miałbyś to wiedzieć?

Może mogłabym spróbować się teleportować. Co prawda moje umiejętności w tym zakresie wołają o pomstę do nieba - Hades bez powodzenia usiłował mnie tego nauczyć - ale nie mogę też tu wisieć jak ryba na haczyku. Siłą woli próbuję zmusić Boone'a, żeby się obudził. Wstał, póki Tytan jest odwrócony do niego plecami.

- Znam cię bardzo dobrze, Lyro Keres - mówi Kronos, po czym jego spojrzenie staje się przerażająco poważne, sprawiając, że zamieram w bezruchu. - Będziesz naszą wybawicielką.

Mój mózg porzuca myśl o teleportacji. Po prostu ją zostawia. Adrenalina zalewa mnie tak rwącym strumieniem, że czuję, jakby moja skóra wywracała się na lewą stronę. Bo wierzę mu. Na bogów, wierzę mu. Zna mnie. Naprawdę mnie zna. Gdy na mnie patrzy, jego spojrzenie jest zbyt swobodne, zbyt poufałe. Jakbym była częścią jakiegoś planu, który ułożył wieki temu i o którym zapomniał mi wspomnieć aż do teraz.

- Mylisz się, sądząc, że jesteś bezużyteczna - ciągnie, wciąż spokojny, wciąż cichy. - Jesteś dla mnie wręcz bardzo użyteczna. I ukarzę każdego, kto spróbuje skrzywdzić tę, która ma mnie wyzwolić.

Kręcę głową, czując, jak skręca mi się żołądek. Skrzywdził Boone'a... bo ten szturchnął mnie łokciem? Bo myśli, że uwolnię Tytana z Tartaru? I to nie jakiegoś Tytana, ale absolutnie najgorszego ze wszystkich?

W tym momencie zaczyna bić dzwon. Czysto. Zimno. Ostatecznie. Jakby odliczał czas do czegoś, czego nie przeżyję.

Kronos nie puszcza. Zamiast tego z powrotem kieruje swoje przeszywające spojrzenie w stronę tunelu.

- Co to jest? - szepczę.

Dzwon wciąż bije, a jego dźwięk jest... dziwny. To jak wesołe dzwoneczki na świątecznym jarmarku, ale w tonacji molowej, która nadaje im niepokojące brzmienie.

- Kurwa. - Kronos bez ostrzeżenia obraca mnie tak gwałtownie, że moje stopy zataczają łuk i zawisają nad przepaścią. Otchłań rozpościerająca się po obu stronach mostu, ta jama pełna potworów, zieje pode mną jak otwarta paszcza krakena. Strach wdrapuje się po tylnej ścianie mojego gardła i teraz naprawdę zaczynam się szarpać.

- Tam na dole i tak może być bezpieczniej - mówi Kronos. - Mam nadzieję, że tym razem nie zginiesz.

A potem, kurwa, puszcza.

2ŻYCIE W POŻYCZONYM CZASIE

LYRA

Krzyczę.

Oczywiście, że krzyczę.

Krzyk wyrywa się z mojego gardła, gdy miotam się rozpaczliwie, spadając w przepaść. Nad sobą widzę Kronosa, wychylającego się przez krawędź mostu. Ten przeklęty Tytan patrzy, jak lecę w dół, niczym kot obserwujący owada topiącego się w kałuży.

Po kolejnym oddechu jego malejąca błyskawicznie twarz znika całkowicie, pochłonięta przez nieprzeniknioną ciemność, która mnie pożera. Mniej więcej wtedy uświadamiam sobie, że wciąż spadam i nadal jeszcze w nic nie uderzyłam.

To też moment, gdy dociera do mnie, że jestem, kurwa, boginią. Może nie jestem w tym jeszcze aż tak dobra, ale jednak...

Ogarnij się, Lyro.

Gdyby Hades tu był, stałby ze skrzyżowanymi ramionami i marszczyłby brwi w ten swój charakterystyczny sposób, jak zawsze, kiedy nie pojmuję od razu tego, czego próbuje mnie nauczyć. Nie mieliśmy dużo czasu na ćwiczenia, ale widziałam już to spojrzenie mnóstwo razy. Lekcje bycia boginią szły mi mniej więcej tak, jak niegdyś lekcje złodziejstwa.

To wszystko dociera do mnie w tym samym momencie. Mój krzyk urywa się jak nożem uciął, zostawiając za sobą uczucie zdartego gardła i świst powietrza w moich uszach, gdy spadam... i spadam... i spadam. Jak w króliczej norze.

A potem z tej przytłaczającej ciemności wyłania się... coś. Zaciskam powieki, po czym otwieram je z powrotem. To ciągle tam jest. Większe. Bliższe. Coś poruszającego się wraz ze mną? A może w moją stronę?

Mam tylko sekundę, żeby przyjrzeć się temu czemuś - wygląda jak pęknięcie w krysztale, kojarzy mi się z geodą. Ale nie przelatuję obok tego. Czyli to spada razem ze mną.

- Co, do diabła...

To coś rzuca się na mnie. Spodziewam się, że we mnie uderzy albo mnie zmiażdży, ale w ogóle mnie nie dotyka - nie jest stałe. I połyka mnie w całości.

Moje pytania zostają wchłonięte przez ciszę tak przytłaczającą, jakby dźwięk w ogóle przestał istnieć. Wszystko nabiera czerwonego odcienia, a niewyraźne kształty mijają mnie w pędzie, jakbym biegła tak szybko, że świat rozmazuje mi się w oczach.

A potem to wszystko znika i zamiast spadać bez końca w mroczną otchłań, stoję na jedynym z misternie rzeźbionych mostów w ogrodzie wodnym Hadesa w Zaświatach. Zmiana jest tak nagła, że przez moment kręci mi się w głowie. Wyciągam rękę i opieram ją o pień pobliskiego drzewa, aż wszystko przestaje wirować, a świat nabiera ostrości. Dom.

Jako następne wracają dźwięki. W jednej chwili dociera do mnie kojące szemranie płynącej wody i cichy szum idealnie chłodnego wiatru muskającego moją skórę. Czuję zapach jaśminu i wiciokrzewu. Otaczają mnie intensywne, olśniewające kolory Erebosu. To tu znajduje się przypominający zamek dom Hadesa, w jaskini tak ogromnej, że jej sklepienie wygląda jak usiane gwiazdami nocne niebo.

Jestem w domu. Moim nowym domu w Zaświatach. A może to iluzja? Co, na Łąki Asfodelowe, właśnie się wydarzyło?

- Co ty tu robisz, na Zeusa? - rozlega się niski, gniewny głos za moimi plecami. - To najgorszy możliwy moment. - Boleśnie, cudownie znajomy głos.

Wypełnia mnie taka radość, że nie zdziwiłabym się, gdyby przeświecała mi przez skórę. Obracam się.

- Hades... - szepczę, niemal łkając od wypełniających mnie emocji.

Całe jego ciało zamiera w bezruchu, a on sam mierzy mnie przeciągłym spojrzeniem.

- Co się stało?

Wszystkie sygnały, że coś tu jest nie tak, zostają pogrzebane pod lawiną ulgi, która przewala się przeze mnie z impetem. W jednej chwili pokonuję dzielącą nas przestrzeń i zarzucam mu ramiona na szyję.

- Dzięki bogom - szepczę i całuję go.

Hades się wzdryga. Jego ciało jest sztywne w moich ramionach. Odsuwa usta od moich, tylko na tyle, by zajrzeć mi w oczy. Zdezorientowanie rozcina bańkę ulgi jak jeden z moich toporów. Ja też zamieram w bezruchu, odwzajemniając spojrzenie boga. Tym, co widzę w jego oczach, nie jest ulga. To gniewne oszołomienie.

Ale... podczas gdy nasze oddechy się mieszają, jego dłoń przesuwa się w dół moich pleców. Przyciska mnie z powrotem do siebie, a moje zdezorientowanie ustępuje miejsca pragnieniu tak znajomemu, że się uśmiecham. Hades wstrzymuje oddech, a potem jego usta są na moich. Na bogów w niebiosach, jest tak jak wtedy, kiedy całowaliśmy się po raz pierwszy. Tylko... bardziej. Władczo, ale wciąż czule. Rozkazująco, ale i poszukująco. Jakby doświadczał i rozkoszował się czymś, o czym myślał od bardzo dawna. Jak długo właściwie byłam uwięziona w Tartarze?

Sama jestem tak szczęśliwa, że wydostałam się z tej gadziej jamy i wróciłam do niego, że całuję go, jakbym sądziła, że już nigdy go nie zobaczę. Bo jakaś część mnie, ta głęboko w środku, której staram się nie słuchać, bała się, że on wiedział. Że wiedział, iż Tartar jest moim przeznaczeniem. Może nawet wymienił mnie na Persefonę.

Kiedy wreszcie przerywamy, oboje dyszymy ciężko. Hades przytyka czoło do mojego. Oczy ma wciąż zamknięte, a jego ręce oplatają moje plecy, przyciskając mnie do niego.

- Nigdy wcześniej mnie nie pocałowałaś - mówi.

Potrzeba chwili, by słowa przedarły się przez moją radość. Nigdy... co?

- O czym ty mówisz?

Hades cofa się, jakby moje pytanie uderzyło go w skroń. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby mój bóg śmierci pozwolił sobie wyglądać na tak zdezorientowanego.

- Masz dłuższe włosy. Jesteś moją przyszłą Lyrą, prawda?

Czuję się, jakbym próbowała płynąć w rwącym strumieniu, gdzie nurt miota mną na wszystkie strony. Przyszłą? Moje włosy? O czym on mówi? Dotykam kosmyków, spiętych w niski kok.

Nie mam pojęcia, co się dzieje ani dlaczego moje włosy miałyby mieć znaczenie.

- Hadesie?

Bóg groźnie marszczy brwi.

- Do diabła, Lyro. Jesteś teraz w trakcie Pracy Posejdona. Nie powinienem zostawiać cię z tym samej.

- Co? Nie rozumiem.

- To ty powiedziałaś mi, żebym...

Bez ostrzeżenia ta karmazynowa, krystaliczna rzecz przemyka mi w pędzie nad głową; dźwięki ponownie znikają, wszystko robi się czerwone i po sekundzie obraz Hadesa znika mi sprzed oczu. Wciąż czuję go przy sobie, ale to wrażenie słabnie i znika, zastąpione przez pustkę i świst powietrza. Znów jestem uwięziona w ciemności otchłani i znów spadam.

Nie wiem, czy powinnam krzyczeć, czy robić coś innego. Miotam się, a z mojego gardła wyrywa się wrzask, który zaraz w sobie zduszam. Bo wrzeszczenie niczego, kurwa, nie naprawi.

Myśl, Lyro. Jak się z tego wydostać?

3PRZYNAJMNIEJ ZACHOWUJ SIĘ JAK BOGINI

LYRA

Poskramiam moje trzepoczące szaleńczo serce najlepiej, jak umiem, i zmuszam się, żeby zamknąć oczy. Nie żeby robiło to jakąś różnicę w ciemności, ale jak dotąd zamknięte oczy pomagały mi przy nauce teleportacji, chociaż i tak udało mi się tego dokonać ledwie parę razy.

Wspomnienie spokojnego głosu Hadesa rozbrzmiewa w mojej głowie.

Skup się.

To wcale nie jest takie proste, kiedy spora część mnie spodziewa się w każdej chwili uderzyć w dno.

Czerp ze swojej mocy, póki nie poczujesz pod skórą mrowienia, jakby wypełniała cię energia.

Tym razem proces trwa dłużej; panika kilkukrotnie porywa właściwe uczucie, zanim zdążę się na nim skupić. Żołądek skręca mi się ze strachu. Ale wreszcie udaje mi się to znaleźć.

Potem pociągnij tę energię do środka, aż poczujesz nacisk w piersi.

W moim przypadku to nigdy tak nie działało. Mrowienie zbiera się u podstawy mojego kręgosłupa, tak jak się dzieje z przyjemnością, kiedy Hades sprawia, że...

Wyobraź sobie, gdzie chcesz się znaleźć.

Wspomnienie jego głosu w mojej głowie brzmi teraz bardziej nagląco.

Bo dalej spadasz, Lyro. Skup się.

Ale dokąd mam się teleportować? Gdyby dało się w ten sposób wydostać z Tartaru, Tytanów dawno by tu nie było. Zamiast tego wyobrażam sobie bezwładne ciało Boone'a na moście, jego rozrzucone kończyny. Spróbuję do niego wrócić i uratować nas oboje przed Kronosem oraz tym, co zapowiadał tamten dzwon.

Uwolnij moc.

To, co zazwyczaj u mnie nawala. Jak prąd, który wysiada właśnie w chwili, kiedy najbardziej go potrzebuję.

Pozwalam, by to mrowiące uczucie wystrzeliło ze mnie, i jednocześnie ze wszystkich sił staram się utrzymać w głowie obraz Boone'a. Ryk wiatru w moich uszach ustaje i gwałtownie otwieram oczy. Moje serce podskakuje, bo przez sekundę mam wrażenie, że teraz udało mi się za pierwszym razem. Bez skutków ubocznych.

Rozczarowanie jest jak cios w twarz. Bo nie ma mostu. Nie ma Boone'a. Nie ma Kronosa.

Ale przynajmniej już nie spadam. Stoję. Zaraz... Kiedy wylądowałam? Jak?

A właściwie ważniejsze pytanie brzmi: gdzie tym razem wylądowałam?

Marszczę brwi i rozglądam się dookoła. Znajduję się w ciasnym pokoiku o kamiennych ścianach, który jest boleśnie, straszliwie znajomy.

Mój pokój w siedzibie Bractwa Złodziei w San Francisco, w Norze.

Wygląda tak samo jak zawsze. Na tanim metalowym biurku stoi komputer, który mają prawo posiadać tylko rachmistrzowie. Moje łóżko to starannie zaścielony materac, wsunięty w zaokrągloną wnękę wykutą w skale naszej podziemnej kryjówki. Stosy łupów z naszych ostatnich skoków, które muszę skatalogować, są poukładane tak porządnie, jak się da. Nawet pachnie tak samo - jaskinią, kamieniem i proszkiem do prania. Mam obsesję na punkcie pleśni, co bywa problemem, kiedy mieszka się pod ziemią nieopodal oceanu. Częste pranie wszystkiego to jedyny sposób, by sobie z nią poradzić.

- Co, na Tartar? - pytam, ściszając głos. Czy to w ogóle możliwe? Czy naprawdę udało mi się uciec z Tartaru? Ale wciąż czuję w sobie mrowienie, jakbym jeszcze się nie teleportowała.

Spuszczam wzrok i widzę moje dżinsy i ulubioną koszulkę z długim rękawem z czasów, kiedy mieszkałam w Norze. Nic szczególnego. Po prostu szara, ale miękka, szybkoschnąca tkanina, która sprawdzała się w każdych okolicznościach. Pod ziemią zawsze jest chłodno, nawet latem. Często nosiłam taki strój. Ale nie miałam go na sobie, gdy trafiłam do Tartaru.

Czyżbym cofnęła się w swoim życiu, wróciła do... no, może nie do początku, ale przynajmniej wydostała się z tamtego przeklętego miejsca?

Prostuję się gwałtownie. Hades. Czy wie, że jestem w San Francisco? Rzucam się do drzwi.

- Weszłaś do Krypty Hestii.

Zatrzymuję się jak wryta i okręcam, przykucając w obronnej pozie na dźwięk głosu za moimi plecami. Drgam na widok kobiety w tradycyjnej, powłóczystej greckiej szacie. W jej karmazynowe włosy, opadające falami do pasa, jest wpleciony złoty wieniec laurowy.

To niemożliwe. Powoli podnoszę się z przykucu, wpatrując się w nią. Widziałam tylko rzeźby i malowidła tej bogini, o której mówi się, że zginęła podczas wojen anaksjańskich, kiedy bogowie i boginie greckiego panteonu zdetronizowali Zeusa, a następnie walczyli między sobą o to, kto zajmie jego miejsce. Część uczonych sądzi, że to jej śmierć, a nie zniszczenie Olimpu, ostatecznie zakończyła wojnę.

- Hestia...? - pytam niepewnie.

Bogini ogniska domowego. Najstarsze dziecko Kronosa i Rei. Co ona robi w moim pokoju?

Jej uśmiech jest tak pełen szczerego ciepła, że rozluźniam się na tyle, by go odwzajemnić. Drugi okruch nadziei wciska się w mój strach, choć wciąż jestem tak zdezorientowana, jakbym weszła do Rzeki Zapomnienia. To dobrze, że Hestia tutaj jest, prawda? To musi znaczyć, że w jakiś sposób udało mi się wydostać z Tartaru.

- Czy możesz... czy możesz mi pomóc?

- Jestem odbiciem bogini, która stworzyła tę Kryptę - mówi Hestia.

Kryptę? Już raz użyła tego określenia. Krypta Hestii. Marszczę brwi, rozglądając się. Jak mój pokój może być kryptą?

- Nie rozumiem.

Obraz Hestii drży, jakby coś zakłóciło sygnał, ale wciąż wygląda tak... realnie. Czy gdybym spróbowała jej dotknąć, poczułabym pod palcami ciało? Decyduję się nie próbować.

Bogini rozkłada ręce, wskazując pokój, w którym jesteśmy.

- Witaj w Labiryncie.

4KRYPTA HESTII

LYRA

Uderza we mnie szok, czysty i nagły. Musiałam się przesłyszeć.

- Labiryncie? - Rozglądam się, ale widzę tylko ściany mojego znajomego pokoju w San Francisco. - Jesteśmy dalej w Tartarze?

- Jedynym sposobem wyjścia z Tartaru jest otwarcie Krypty. - Hestia przesadnie akcentuje każde słowo, jakby mówiła do dziecka.

Moją pierwszą, nielogiczną myślą jest: "dzięki bogom". Istnieje sposób, żeby wyjść z Tartaru. Ale tuż za nią nadchodzi druga...

- Co rozumiesz przez "otwarcie Krypty"? - To określenie niepokojąco kojarzy mi się z byciem uwięzioną. Mój żołądek się zaciska. - Czym jest Krypta i jak mogę ją otworzyć? - zasypuję ją pytaniami, jakby to były strzały Artemidy. - Czy to część tego Labiryntu?

Przez ducha Hestii, jej projekcję czy cokolwiek to jest, znów przebiega drżenie.

- Ta Krypta sprawdzi twoją niewinność poprzez przetestowanie siły twojego najgłębszego niespełnionego pragnienia. Życzę ci powodzenia.

Kręci mi się w głowie.

- Co, do diabła, niespełnione pragnienie ma wspólnego z niewinnością?

Bogini mruga, a potem znów rozpromienia się w tym samym uśmiechu co za pierwszym razem. Teraz jednak już nie budzi on we mnie ciepła.

- Weszłaś do Krypty Hestii.

Marszczę brwi.

- Już to mówiłaś.

Kolejne mrugnięcie. Kolejne drżenie.

- Witaj w La...

- To też już mówiłaś.

Drżenie. Mrugnięcie. Drżenie.

Gdybym nie była tak kompletnie zagubiona, powiedziałabym, że minęło sporo czasu, odkąd ktoś ostatni raz rozmawiał z... nagraniem Hestii.

- Witaj w Labiryncie - powtarza znów.

- Eirene, dopomóż mi - modlę się do bogini pokoju, jako że, technicznie rzecz biorąc, nie ma nikogo, do kogo można by się pomodlić o cierpliwość.

Z westchnieniem krzyżuję ramiona i czekam, by sprawdzić, czy bez mojego przerywania Hestia poda więcej informacji. I rzeczywiście, po kolejnym uśmiechu tak właśnie się dzieje.

- Ta Krypta może zostać otwarta tylko przez kogoś, kto jest gotów oddać to, czego pragnie najbardziej.

Do diabła. To brzmi dokładnie jak te przeklęte Prace, które bogowie i boginie stworzyli na potrzeby Kotła.

Ale to nie jest takie złe, próbuję się pocieszyć. Jeden prosty test. W ramach Kotła przeszłam przez dziewięć Prac. Z pewnością uda mi się otworzyć jedną marną Kryptę i pokonać ten Labirynt.

Kiwam głową i otwieram oczy, ignorując walące mi w piersi serce. Uśmiecham się do Hestii moim własnym złowieszczym uśmiechem.

No, dawaj.

- Zróbmy to.

Ale ona jeszcze nie skończyła.

- W Krypcie zostaniesz poddana próbie bez swoich mocy.

Dopiero po sekundzie dociera do mnie pełne znaczenie tego, co powiedziała.

- Nie!

Wyciągam rękę, jakbym mogła ją powstrzymać. Nie pozwolę, żeby odebrała mi moce, które Hades dał mi po to, żeby uratować mi życie. Coś mi mówi, że będę ich tutaj potrzebować.

Pstryka palcami.

Pozostałe po próbie teleportacji uczucie mrowienia staje się... silniejsze. I silniejsze. I jeszcze silniejsze. To już nie jest przyjemność, ale ból. Zaczynam czuć się tak, jakbym wsadziła palce do gniazdka.

Walczę z tym lub przynajmniej próbuję. Z zaciśniętymi pięściami chwytam się tej części mnie, którą traktuję jako kawałek Hadesa - ciepła, nadziei, światła pośród ciemności - i staram się za wszelką cenę nie puszczać.

Przechodzi przeze mnie wstrząs, jakby kopnął mnie prąd. Potem kolejny, tak gwałtowny, że z jękiem zginam się wpół. Moc wyślizguje mi się spod kontroli, gdy słaniam się z rękami na kolanach. Moje pole widzenia się kurczy, krawędzie czernieją, aż wreszcie widzę tylko maleńki punkt... światła.

Znam to światło.

Jestem w nim zanurzona; wszystko wokół mnie wydaje się promienieć. Światło jest wszędzie - we mnie i poza mną. Moja moc. Moc Hadesa. Ale teraz, odwrotnie niż w chwili, w której Hades uczynił mnie boginią, światło oddala się ode mnie, jakbym widziała pociąg odjeżdżający przez tunel. W miarę jak staje się coraz mniejszy, światło znika, zostawiając mnie przemarzniętą do kości.

Wzrok mi się wyostrza; mrugam i z dreszczem odzyskuję świadomość. Ciężko dyszę z wysiłku, a pot spływa mi po skroniach. Odkrywam, że nadal jestem w moim pokoju, a upiorna Hestia w wersji AI wciąż tam stoi z tym idiotycznym uśmiechem na twarzy. Obejmuję się ramionami i staram się opanować oddech.

Jestem właściwie pewna, że wiem, co przed chwilą się wydarzyło, ale i tak sprawdzam. Jedyną rzeczą, którą zdążyłam biegle opanować podczas mojej krótkiej nauki, jest włączanie i wyłączanie światła. Skupiam się na mojej smutnej, krzywej lampce na biurku i macham palcem jak czarodziejską różdżką.

Nic. Żarówka nawet nie zamigotała. Zero efektu.

Jestem człowiekiem. Kruchym śmiertelnikiem bez żadnej broni. A co gorsza, Hestia zabrała mi jedyną część Hadesa, jaką tu miałam. Czyste skurwysyństwo.

- A teraz czas na twoją próbę...

- Hej, hej, hej. - Podnoszę rękę. - Kronos wrzucił mnie do dziury i znalazłam się tutaj. Nie chcę przechodzić przez żadną Kryptę ani zostać poddana próbie.

Obraz Hestii mruga i drży. Znowu przepaliło jej styki. Co za bezużyteczny twór.

- Po prostu odeślij mnie tam, skąd przyszłam - błagam. - Nie chcę tego robić.

Kolejna seria drżenia i mrugania, po czym obraz się stabilizuje.

- Stąd nie można się wycofać. Można tylko iść naprzód.

Przeklęci bogowie z ich pieprzonym "można tylko iść naprzód" i "nie masz wyboru, musisz przejść próbę". Zasłużyłam na to, by już nigdy nie bawić się w żadne gry i nie być poddawana testom. To nie może się dziać.

- Twoją ofiarą będzie to, że twoje najgłębsze niespełnione pragnienie się ziści - mówi Hestia.

Rozglądam się. Czyżbym źle usłyszała?

Zakłócenie. Drżenie. Mrugnięcie. Zakłócenie.

Nie wiem, dlaczego w ogóle zadaję te pytania.

- Kiedy przekroczysz próg tego pomieszczenia, wszystko, co jest, przestanie istnieć, a w miejsce tego dostaniesz wszystko, czego pragniesz.

- Aha - mruczę pod nosem i zaczynam przetrząsać pokój w poszukiwaniu czegokolwiek, czego mogłabym użyć, żeby się wydostać. Może hak z liną? Czy jestem w stanie wyjść stąd górą?

- Rzuć mi jeszcze jakąś zagadkę, Batmanie.

Tym razem Hestia formułuje to inaczej, jakby postanowiła w końcu odpowiedzieć na jedno z moich pytań:

- Wszystko, co jest, zostanie wymazane z twojej pamięci i zastąpione nową historią, a także tym, czego zawsze chciałaś najbardziej.

Prostuję się i wpatruję w nią. Na myśl, że znów jestem w tej sytuacji, złość skręca się w moim brzuchu jak wijące się węże, po czym wiotczeje pod kolejnym uderzeniem paniki, która przechodzi przeze mnie w przerażających falach. Ona zabierze mi wszystko. Włączając w to... Hadesa?

Na bogów. Niech piekło pochłonie Olimp.

Przetrząsam mózg w poszukiwaniu odpowiedzi. Sposobu, żeby się z tego wykręcić. Żeby wrócić na ten most. Kronos pewnie już sobie poszedł, uznawszy, że zginęłam.

Ale jednocześnie zastanawiam się... czego zawsze najbardziej pragnęłam? To łatwe. Moje serce krzyczy: "Hadesa". To Hades jest tym, czego chcę najbardziej - pragnę powrotu do niego i do życia, które właśnie zaczynaliśmy razem. To musi być to, prawda? Z radością poświęciłabym bycie boginią, gdybym w ten sposób mogła do niego wrócić.

- Masz wybór - mówi Hestia.

- Wreszcie. - Wyrzucam ręce w górę z falą gwałtownej ulgi.

- Możesz dostać życie, o którym zawsze marzyłaś, wewnątrz mojej Krypty. Albo możesz otworzyć tę Kryptę i wrócić do swojego prawdziwego życia.

Ulga opuszcza mnie tak szybko, że zwieszam ramiona. To nie jest wybór, na który liczyłam.

- Jak mam otworzyć Kryptę?

- Musisz dobrowolnie wybrać odejście od alternatywnej wersji twojego życia, złożonej z twoich nadziei i marzeń, nawet jeśli złamie ci to serce i sprawi, że postradasz zmysły. - Posyła mi kolejny sztuczny uśmiech lalki o szklanych oczach. - Możesz zacząć... teraz.

AI-owy duch Hestii znika bez śladu. Mrużę oczy i patrzę na lampę na moim biurku. Dlaczego światło jest takie... miękkie? Rozmyte? Przecieram oczy, ale to nic nie daje. Cały pokój ma w sobie tę romantyczną miękkość. Podskakuję, słysząc niespodziewane pukanie do drzwi.

Dźwięk ustaje.

Czy powinnam otworzyć?

- Lyro? - słyszę głos Felixa.

Skąd mój szef z Bractwa w ogóle wie, że tu jestem? Ach, no tak. To część Krypty. Iluzja. W chwili, gdy ta myśl się pojawia, ostry ból przeszywa moją głowę tuż za oczami. Krzywię się.

Kolejne pukanie.

- Lyro? Mam dobre wieści.

Staram się skupić na tych słowach i na tym, jak bardzo są nienaturalne. Nie sądzę, żeby Felix kiedykolwiek ich użył. Koncepcja dobra jest temu człowiekowi najzupełniej obca.

Wskazuję palcem drzwi.

- Ta część symulacji jest nierealistyczna - mówię do niewidzialnej bogini.

Kolejna eksplozja bólu jest jedyną odpowiedzią, jaką dostaję. Ale to mi wystarczy. Trzymanie się prawdy, rzeczywistości... boli.

Kolejne pukanie.

Nadal się waham. Hestia mówiła coś o przekroczeniu progu tego pokoju. To by znaczyło, że nie powinnam tego robić. Prawda?

Ale jedyną drogą wyjścia jest droga naprzód. To też powiedziała.

Wybór, który tak naprawdę nie jest wyborem. Muszę przez to przejść. Ale co, jeśli Hades faktycznie jest po drugiej stronie tych drzwi - nawet jeśli to iluzja - a ja nie będę w stanie zmusić się, żeby od niego odejść i wrócić do tego pożaru w burdelu, którym jest moja aktualna rzeczywistość?

Kiedy uda mi się już wydostać z tego miejsca, muszę złożyć skargę do bogów na ich okrucieństwo i gówniane instrukcje we wszystkich sprawach związanych z Kryptami, Pracami i grami.

- Lyra? - woła inny głos.

Wciągam powietrze tak gwałtownie, że aż się krztuszę.

Czy to był...?

Ledwie zauważam, że ból znika, zastąpiony przez nagłą falę napięcia. Stopy same niosą mnie do drzwi. Otwieram je szarpnięciem i widzę Felixa stojącego z szerokim uśmiechem, który jednak wciąż prezentuje się tak samo drapieżnie jak reszta mężczyzny. Za nim, w aureoli miękkiego różowego światła sprawiającego, że wyglądają niemal anielsko, stoi dwoje ludzi, o których śniłam i o których powrót modliłam się każdej nocy, odkąd miałam trzy lata. Odkąd oddali mnie Bractwu Złodziei, żebym odpracowała "nasz" rodzinny dług.

Ale prawda jest taka, że przez klątwę nałożoną na mnie przez Zeusa, kiedy byłam niemowlęciem - klątwę bycia niemożliwą do pokochania - użyli długu jako wymówki, żeby mnie porzucić. A przynajmniej tak zawsze myślałam.

- Mamo? - wykrztuszam przez ściśnięte od łez gardło. - Tato?

5NIGDY NIE MIEJ MARZEŃ

LYRA

Brad i Jessica Keresowie. Są tutaj. Nareszcie po mnie przyszli.

Nie Hades, ale moi rodzice.

Kolejna strzała bólu przeszywa moją głowę; czuję się, jakby serce miało mi pęknąć na pół. Do czasu, aż poznałam Hadesa, chciałam tylko trzech rzeczy: zdjęcia mojej klątwy, wyzwolenia z Bractwa i prawdziwej rodziny. Czyżby pragnieniem spełnionym przez Hestię było to, które noszę w sobie najdłużej?

- Tak bardzo urosłaś - szepcze moja matka.

Iluzja jest mglista jak sen, przez co trudno mi się skupić na szczegółach, ale wciąż łapczywie chłonę wszystko, co tylko jestem w stanie dostrzec w rodzicach. Moja matka jest drobna, jej brązowe włosy siwieją u nasady, ale ma takie same zielone oczy jak moje, ze złotymi plamkami. Mój ojciec jest wysoki, z brzuchem upodabniającym go do Świętego Mikołaja. To po nim odziedziczyłam kruczoczarne włosy. Jego oczy są jednak brązowe i pod żadnym innym względem mnie nie przypomina.

Często zasypiałam, wyobrażając sobie dokładnie ten moment. Ten, gdy po mnie wrócą.

Ojciec wyciąga do mnie drżącą rękę.

- Przyszliśmy zabrać cię do domu, córeczko.

Jego oczy błyszczą nadzieją, ale otaczają je zmarszczki zgryzoty, wyryte głęboko, jakby wyżłobione przez czas. Udają czy też naprawdę tęsknili za mną każdej nocy, tak samo jak ja tęskniłam za nimi? Czy zastanawiali się, co robię? Wyobrażali sobie, jak kradnę? Modlili się o moje bezpieczeństwo?

To wszystko jest kłamstwem, mówię sobie w duchu i natychmiast wzdrygam się z bólu. Nie wierz w to.

Ale o wiele... lepiej... jest wierzyć. To nie boli. To... rozgrzewa mnie od środka i z każdą sekundą staje się coraz bardziej rzeczywiste - przekonanie mojego umysłu, że to iluzja, sprawia mi coraz większą trudność.

Jedyny powód, dla którego znaleźliby się tutaj, w Norze, to ten, że przyszli spłacić nasz rodzinny dług i zabrać mnie do domu. Może się myliłam. Może im zależy.

- Naprawdę tu jesteście? - pytam.

Czy to mój głos? Brzmi... dziwnie. Jak automat recytujący zapisane wcześniej kwestie.

Poza tym to nie jest pytanie, które powinnam zadać. Powinnam zapytać, jak, na Hadesa, mogli zostawić mnie tu na tak długo. Chcę zażądać wyjaśnienia, dlaczego uznali, że trzyletnie dziecko powinno spłacać jakikolwiek dług. Chcę zapytać, dlaczego w ogóle zrzucili na mnie winę za klątwę Zeusa. To moja matka go wkurzyła, rodząc w jego świątyni. To jej cholerna wina.

Tak wiele pytań.

Moja matka kiwa głową i opuszcza ręce z ust, by uśmiechnąć się do mnie przez łzy.

- Tak, kochanie - mówi. - Naprawdę tu jesteśmy.

Podchodzi bliżej, rozkładając zapraszająco ramiona.

Coś kłuje mnie w głowę, jak zaczątek bólu. Ból coś znaczy, prawda? Ale powód jest śliski, trudny do uchwycenia. Czy Hestia nie mówiła czegoś o przechodzeniu przez próg? Może źle to zapamiętałam.

Przełykam ciężko ślinę. Udaje mi się utrzymać stopy w miejscu, ale wyciągam rękę do mojej matki i ujmuję jej dłoń. Przymykam oczy, bo nawet ten pierwszy, nieśmiały dotyk sprawia, że przetacza się przeze mnie ciepła fala czystego szczęścia.

Wszystkie kawałki mojego serca, które kruszyły się z każdym dniem, kiedy nie przychodzili, rok po roku, wracają i wskakują na swoje miejsce. Znowu jest całe. Jakby niczego nigdy mu nie brakowało.

Łza spływa po moim policzku. Żałoba nie zawsze bierze się z utraty kogoś. Czasem rodzi się w chwili, kiedy uświadamiasz sobie, że ta osoba nigdy tak naprawdę nie była twoja.

Byłam na nich tak wściekła, ale teraz jedyne, czego chcę, to żeby to okazało się prawdziwe. Mogę mieć i jedno, i drugie, prawda? I to, i Hadesa. Czuję kolejne ukłucie bólu - tym razem słabsze - i słyszę cichy, mizerny głosik z tyłu głowy, szepczący, że coś jest nie tak. Że to nie jest właściwe. Nie jest prawdziwe. Mam nowe marzenia i nową rodzinę.

Ale ten głos jest taki cichy. Odległy i niewyraźny, słabnący z każdą sekundą.

Matka ściska moją dłoń.

- Chodźmy do domu, Lyro.

Jakaś mała część mnie wciąż walczy z tą... pokusą... ale tylko mała część. Przechodzę przez próg, prosto w ramiona rodziców, a to, co zostało z tego cichego, wątpiącego, ostrzegawczego głosu, rozpływa się w nicość.

Nagle staje się oczywiste, że wszystko, co się ostatnio wydarzyło - Kocioł, Hades, Tartar - było tylko snem. Koszmarem, w większości. Wciąż jestem w Bractwie, wciąż jestem przeklęta, wciąż spłacam nasz dług... ale jednak rodzice przyszli mnie uwolnić i zabrać do domu.

- Chodź, kochanie - mówi ojciec głosem drżącym od łez. Odchrząkuje.

Zanim zdążymy odejść, Felix mocno mnie przytula. To trochę niezręczne, bo nie jest i nigdy nie był skłonny do czułych gestów. Ale łapię się na tym, że odwzajemniam uścisk.

- Moja mała mistrzyni złodziei - szepcze mi do ucha.

Mistrzyni złodziei? Próbuję się odsunąć, a ból za moimi oczami znów narasta. Bo to brzmi niewłaściwie. Nie jestem mistrzynią złodziei. Jestem...

Jego twarz jeszcze mocniej się rozmywa, robi się bardziej różowa, a ciepło przyćmiewa ból głowy.

I nagle uświadamiam sobie, że wszystko źle zapamiętałam. Albo nie, to nie jest nagłe. Bardziej, jakbym wiedziała to od zawsze. Odnalazłam swoje miejsce.

Felix ogląda się przez ramię na moich rodziców.

- Powinniście być dumni. Jest jedną z naszych najlepszych złodziejek. Drugą po Boonie.

Jestem?

Duma wzbiera mi w piersi, gdy wspomnienia moich skoków przelatują mi przez umysł. Jestem. Jestem jedną z najlepszych mistrzyń złodziei, jakie kiedykolwiek widziano.

Cofam się i uśmiecham do Felixa.

- Po prostu chcesz, żebym dalej przychodziła poprawiać twoje arkusze kalkulacyjne.

Arkusze? Nie zajmuję się arkuszami. To robota rachmistrzów. Dlaczego to powiedziałam?

Ostrzejszy ból przeszywa przestrzeń za moimi oczami i na ułamek sekundy, na czas jednego trzepotu skrzydeł kolibra, wydaje mi się, że twarz Felixa przeobraża się w coś... nieludzkiego. Czy to... zęby? Czy zobaczyłam poszczerbione zęby?

Ale on zaraz znów się uśmiecha. Nie ma też bólu. Musiało mi się przywidzieć, pewnie przez to ładne światło.

Felix kręci głową i cmoka.

- Twoje odejście będzie wielką stratą dla Nory.

To sprawia, że łzy napływają mi do oczu. Tak wiele lat spędzonych w jednym miejscu działa w ten sposób na człowieka.

Gdy odsuwam się od niego, matka bierze mnie za rękę, a ojciec obejmuje ramieniem moje barki. Razem prowadzą mnie długim korytarzem z naturalnego kamienia, przez zakręty i rozwidlenia tuneli Nory, ukrytej pod San Francisco.

Docieramy do miejsca, gdzie leżą przygotowane gumowe buty i latarki dla złodziei wchodzących i wychodzących z naszych podziemnych tuneli - pilnowanie, żeby zawsze tu były, należy do obowiązków adeptów. Pomagam rodzicom znaleźć pary, które na nich pasują, i sama biorę jedną z latarek. W tej chwili odgłos biegnących stóp sprawia, że oglądam się za siebie.

I prostuję się.

Boone.

- Lyro! - woła.

W chwili, gdy wypowiada moje imię, krawędzie mojego pola widzenia zmiękczają się i rozmywają, i uderza we mnie kolejna fala wspomnień. Boone i ja...

Jesteśmy partnerami.

Najlepszymi przyjaciółmi, ale też czymś więcej. Kiedy Boone i ja pracujemy razem, jesteśmy nie do powstrzymania.

6MOJE SERCE JEST DALEKO, DALEKO STĄD

LYRA

W tym różowym świetle postać Boone'a wydaje się wyraźniejsza niż wszystko inne. Jest ubrany w ciemne dżinsy i bluzę z kapturem, jakby był na zwiadzie przed skokiem. Staje przede mną i spogląda nad moją głową na moich rodziców, wbijając w nich ostre, ciemne spojrzenie. Wie, jak długo o tym marzyłam. On sam nigdy nie czekał na swoich rodziców.

Sposób, w jaki o nich mówi - w tych rzadkich chwilach, kiedy w ogóle o nich wspomina - sprawia, że jestem prawie pewna, iż uważa ich za zło wcielone. Widzę po jego twarzy, że obawia się, czy moi przypadkiem nie okażą się tacy sami. Słyszę, jak mój ojciec odchrząkuje i przestępuje z nogi na nogę.

Nie jest drobnym mężczyzną. Chyba pamiętam, że był mechanikiem; lata pracy fizycznej sprawiły, że nadal jest w niezłej formie, nie licząc brzucha. Nie dziwię się, że się denerwuje. Boone, kiedy chce, potrafi być cholernie onieśmielający, ze swoim wzrostem, mięśniami, niedawno przystrzyżoną, szorstką brodą, o odcień ciemniejszą od jego brązowych włosów. Dodajmy do tego styl motocyklisty - nosi skórę i dżinsy - a także wyczuwalną aurę "tylko spróbuj ze mną zadrzeć" i już: większość ludzi omija go na ulicy szerokim łukiem.

Co jest przezabawne, bo tak naprawdę jest wielkim miśkiem. Miśkiem, który potrafi o siebie zadbać i jest najlepszym mistrzem złodziei, jakiego Bractwo widziało od stuleci, ale jednak...

Jakby uznając moich rodziców za nieistotnych, Boone skupia się na mnie.

- Zamierzałaś odejść bez pożegnania, Lyro? - pyta cicho.

Wolną ręką łapię go za kurtkę i przyciągam do siebie, żeby się nachylił.

- Wiedziałam, że przyjdziesz - szepczę.

Oficjalne związki w Bractwie są surowo zabronione. Randkowanie też, choć Boone i ja i tak nawet tego nie rozważaliśmy. Zarządzający nie chcą, żeby ich adeptów rozpraszały osobiste zobowiązania, wolą wykorzystywać wszystkie możliwe kombinacje swoich zasobów. Dlatego Boone i ja działamy zza kulis, kierując sprawami tak, żeby jak najlepiej nam służyły. Prawda jest taka, że mój kompan podejmuje ryzyko, spotykając się ze mną w ten sposób.

Choć ani ja, ani Boone nigdy szczególnie nie przejmowaliśmy się łamaniem zasad.

Przyjaciel znów spogląda ponad moją głową.

- Musimy na chwilę was przeprosić.

Odciąga mnie na bok, cofając się do zakrętu korytarza. Potem przełyka ślinę. Z tak bliska wyraźnie widzę, jak porusza się jego gardło.

- Przyszli po ciebie?

- Tak, dopiero co.

Boone pociąga za moje długie włosy, a ja przelotnie marszczę brwi. Czy przed chwilą nie były spięte w kok? Albo... czy ich nie obcięłam? Wiem, że nie powinny być długie.

Błysk bólu szybko znika, gdy Boone z powrotem zwraca na siebie moją uwagę.

- A co ze mną? - pyta.

To budzi moją czujność z innego powodu. Przyglądam się twarzy przyjaciela. On nigdy nie okazuje emocji. Częściowo to efekt złodziejskiego treningu, a częściowo po prostu taki jest Boone. Ale teraz widzę w jego oczach cień niepokoju i wiem, że świadomie pozwala mi go dostrzec.

- Nie mogłam tak po prostu zapytać Felixa, gdzie jesteś. - Mnie nie przysporzyłoby to problemów, skoro i tak zaraz wychodzę, ale jemu owszem. - Planowałam złapać cię jutro wieczorem, kiedy wyjdziesz przygotować się na kolejny skok. Ten na sklep jubilerski, prawda?

Jego szerokie ramiona odrobinę się rozluźniają.

- Wiedziałaś o tym?

Nie rozmawiamy o skokach, w których nie współpracujemy.

- A jak myślisz? - Zaczepnie unoszę jedną brew.

Boone mruży oczy i odpowiada półuśmiechem.

- Ale nawet jeszcze go nie zgłosiłem.

Wzruszam ramionami.

- Jestem cholernie dobra w tym, co robię.

Boone rozciąga usta w szerokim uśmiechu, a jego oczy błyszczą ponad krzywym nosem - złamanym, jeszcze zanim go poznałam, kiedy należał do Nory w Dallas. Ale po chwili poważnieje.

- A zatem to pożegnanie?

Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co się stanie, jeśli jedno z nas odejdzie. Ale wspominał, że gdy się stąd wydostanie, chce zacząć działać legalnie, wykorzysta swoje umiejętności i otworzy prywatną firmę ochroniarską.

- Myślałam sobie... że możesz potrzebować pomocy w tym swoim nowym biznesie.

Boone cofa się i podejrzliwie zagląda mi w oczy, jakby myślał, że żartuję.

- Mówisz poważnie?

Czyżby nie podobał mu się ten pomysł? Wzruszam ramionami.

- Wiesz, znam się na różnych rzeczach. I jestem lepsza w pracy biurowej od ciebie.

Praca biurowa. Miękkie światło za moim towarzyszem i wokół niego faluje przy kolejnym błysku bólu za moimi oczami. Dlaczego miałabym cokolwiek wiedzieć o pracy biurowej? Nory mają od tego rachmistrzów.

Ale potem Boone z powrotem się uśmiecha i ten uśmiech już nie znika.

- Wchodzę w to, wspólniczko.

Śmieję się, bo powiedziałam mu dokładnie to samo, kiedy pierwszy raz zaproponował, żebyśmy poszli razem na skok.

Boone przytakuje w zamyśleniu i widzę, że już układa w głowie plan, jak miałoby to działać.

- Bogowie muszą mieć na nas plan, Lyro.

Bogowie...

Bogowie mają plan...

Kolejne migotanie i przeszywający ból, gdy te słowa odbijają się echem w mojej głowie. Obraz srebrnych jak rtęć oczu w pozbawionej uśmiechu twarzy przemyka przez mój umysł.

Hades.

Ale wizja znika równie szybko, jak się pojawia, wraz z ostrym bólem, który przyniosła, a na jej miejsce wraca to dziwne uczucie zamglenia. Prawie jak gorączka.

- A zatem... - Pocieram ręce. Zrobimy to. Mam plany na przyszłość. Strach, który przez całe życie spychałam głęboko w siebie; strach o to, co zrobię, kiedy skończę z Bractwem Złodziei, przestaje mieć rację bytu.

- Jutro wieczorem, po tym, jak skończysz zwiad, możemy pogadać. Ustalimy, co mogę robić, zanim spłacisz swój dług.

- Nie będziesz musiała długo czekać - mówi Boone.

Jego osiągnięcia jako złodzieja są bezkonkurencyjne, więc nie dziwi mnie to. Wypuszczam ciche westchnienie ulgi.

- Kiedy?

- Zobaczymy się jutro.

Przenoszę ciężar ciała na pięty, niepewna, co ma na myśli.

- Żeby omówić plany?

Boone potrząsa głową.

- Spłaciłem mój dług dwa lata temu.

- Dwa... - O kurwa. Jak mogłam o tym nie wiedzieć? To znaczy, powinnam była się domyślić, biorąc pod uwagę, jaki jest dobry, ale ja wcale nie jestem gorsza.

- Mam skrytkę z pieniędzmi, w miejscu, o którym nikt nie wie. Wystarczy na solidny start. - Kąciki jego ust się unoszą. - Więcej niż start.

Ja też mam pieniądze, skoro już przy tym jesteśmy. Na tę myśl marszczę brwi.

- Dlaczego nie odszedłeś?

- Nie miałem dokąd pójść. - Wzrusza ramionami.

Boże, jak życie potrafi nas czasem traktować. Bractwo nie jest najgorszym, co może człowieka spotkać, ale nie jest też cukierkami, Bożym Narodzeniem i głaskaniem po głowie. A on nie miał dokąd pójść.

Ja przynajmniej mam moich rodziców.

- Przykro mi - mówię cicho.

Boone potrząsa głową.

- Niepotrzebnie. Hermes daje swoim złodziejom to, czego potrzebują. Uznałem, że właśnie po to sprowadził nas oboje w to samo miejsce. I tak nie dałbym rady sam zrealizować mojego biznesplanu.

Potrzebował mnie. To właśnie mówi. Że jestem potrzebna.

Moje serce jest jak mała bateryjka na ekranie komputera, która sygnalizuje poziom naładowania. Dzięki rodzicom była prawie pełna, ale teraz jest tak naładowana, że praktycznie świecę.

- A zatem... - wzruszenie sprawia, że mój głos jest zawstydzająco zduszony - do jutra?

Boone wyciąga rękę, by uścisnąć mi dłoń.

- Do jutra, wspólniczko. Przyjdę do domu twoich rodziców i możemy pogadać. Wymyślimy, jak zabrać się za nasz biznes. Dobrze?

Nowe życie...

Rodzina. Wolność. Przyszłość.

To jakby wszystkie święta naraz wypadły w moje urodziny, przez co jednocześnie dostałam wszystko, o czym marzyłam.

Ten przeklęty, wracający raz po raz ból znów przeszywa moją czaszkę. Nie wszystko. Cichy głosik próbuje wymachiwać czerwoną flagą. Potrząsam głową, jakbym mogła usłyszeć grzechotanie tego poluzowanego fragmentu, tego czegoś, czego nie potrafię sobie przypomnieć. Jest jeszcze jedna rzecz, której chcę bardziej, prawda? Coś tuż poza zasięgiem mojej świadomości. Coś związanego z Hadesem...

Ale Boone łapie mnie za rękę, żeby ją uścisnąć, i to uczucie znika, gdy śmieję się i odwzajemniam uścisk, choć ból za oczami w dalszym ciągu nie daje mi spokoju. Ignoruję go.

Nie ma mowy, żebym nie cieszyła się każdą sekundą tego dnia.

Może zbliża się migrena? Nigdy nie miałam migren, ale słyszałam, że mogą sprawić, że człowiek robi się wrażliwy na światło.

Pewnie myślę o Hadesie tylko dlatego, że ten bóg jest kojarzony ze stratą. Trudno mi uwierzyć, że to wszystko nie zostanie mi zaraz z powrotem odebrane. Powinnam nie posiadać się ze szczęścia, więc dlaczego czuję, jakby coś było nie tak? Może wszystko, co się dzieje, jest tak dobre, tak idealne, że nie potrafię do końca w to uwierzyć. To o to musi chodzić. Prawda?

Boone uśmiecha się po raz ostatni i popycha mnie lekko w stronę miejsca, gdzie zostawiłam moich rodziców. Pewnie zastanawiają się, co się z nami stało.

- Do zobaczenia jutro.

Skręcam za róg, widzę ojca i matkę czekających na korytarzu. Stoją w cieniu, różowe światło do nich nie dosięga i pewnie dlatego wzrok znów płata mi figle.

Ponieważ przez ułamek sekundy mogłabym przysiąc, że tam, gdzie powinny być ich oczy, widzę pustą przestrzeń.

7DOM JEST KŁAMSTWEM

LYRA

Mój ojciec przechodzi z cienia w krąg światła jednej z pochodni oświetlających korytarze. Dar Hermesa - niegasnący niebieski ogień, mający rozpraszać mrok w domach złodziei. Rzuca jeszcze więcej tej różowej poświaty na twarz taty.

Na pewno mi się coś przywidziało, bo jego oczy nie są pustymi wgłębieniami. Są normalne, ze zmarszczkami w kącikach od szerokiego uśmiechu, który sprawia, że moje własne oczy pieką od łez wzruszenia.

- Gotowa wrócić do domu?

Dom.

Świadomość, że ta chwila nareszcie nadeszła, osiada mi w sercu i duszy, otulając mnie jak miękki, ciepły koc. Biorę głęboki wdech.

- Gotowa.

Biorę jedną z latarek i prowadzę rodziców przez tunele. Po kilku zakrętach docieramy do solidnie wyglądającej cementowej ściany.

- Czy kiedykolwiek poznałaś Hermesa osobiście? - pyta z ciekawością matka, gdy wychodzimy do miejskich tuneli przez ukryte drzwi, przy których namalowano na ścianie jego podobiznę.

- Nie...

Ostry ból przeszywa moją czaszkę; w ślad za nim nadpływa niewyraźny obraz, który wydaje się odległym wspomnieniem, ale przecież nie może nim być. Ponieważ znajduję się w nim na jakiegoś rodzaju platformie, otoczonej przez góry i białe świątynie. Wiele świątyń.

A przede mną nie stoi Hermes, ale Hades, ubrany w dżinsy, niebieską koszulę z podwiniętymi rękawami i buty robocze.

Hades.

Odnoszę wrażenie, że to wspomnienie, ale jestem pewna, że nigdy nie poznałam tego boga. Zamykam oczy i naciskam skronie, próbując ułożyć obrazy w sensownej kolejności. Starając się przepchnąć je przez narastający ból. Przysięgłabym, że miejscem z wizji jest Olimp, ale to nie ma absolutnie żadnego sensu. Śmiertelnicy nie odwiedzają Olimpu.

Im bardziej staram się to sobie przypomnieć, tym gorszy staje się ból - narasta coraz bardziej i bardziej, aż sprawia, że robi mi się niedobrze. Próby utrzymania w umyśle tych obrazów mają taki sam skutek. Zaczynam się czuć, jakbym dryfowała w morzu zagubienia.

- Zostawiliśmy twój pokój dokładnie takim, jakim był, kiedy od nas odeszłaś - mówi ojciec, przerywając bieg moich myśli.

Opuszczam ręce, pozwalając, by obrazy uleciały mi z głowy, i ból natychmiast znika. Pewnie lepiej, żebym przestała próbować na siłę przywoływać wspomnienia, których tam nie ma. Jestem pewna, że to i tak był tylko sen.

Kieruję latarkę w stronę ojca i zamieram.

Zęby.

Widziałam w ciemności ostre, nieludzkie zęby - na ułamek sekundy przed tym, jak strumień światła padł na jego twarz. Co się dzieje? Tak dyskretnie, jak mogę, przyglądam się dokładniej jego obliczu. Ale szczegóły pozostają takie same, choć w ciemności ich krawędzie są lekko rozmyte.

- Mieliśmy nadzieję, że wrócisz do domu wcześniej - kontynuuje - ale ponieważ dopiero teraz udało nam się zdobyć wystarczająco dużo pieniędzy, pomyśleliśmy, że będzie miło, jeśli sama wszystko sobie wybierzesz.

Mrugam, kiedy odsłania zęby w krzywym, trochę zawstydzonym uśmiechu. Żadnych wyszczerbionych kłów. Świetnie. Teraz widzę rzeczy, których nie ma.

Najwyraźniej jestem oszołomiona, bo wszystko dzieje się tak szybko. Na pewno wkrótce mi przejdzie. Lepiej nic nie mówić rodzicom. Tylko by się martwili.

Tata bierze mnie za rękę i ciągnie za sobą.

- Podejrzewam, że nie zmieścisz się już w łóżku, w którym spałaś, kiedy miałaś trzy latka.

Chichoczę.

- Pewnie nie.

Nagle stoimy w korytarzu mojego domu. Mojego dawnego domu. Przez jedną dezorientującą chwilę czuję się, jakbym mrugnęła i znalazła się w całkiem innym miejscu, ale im dłużej o tym myślę, tym lepiej przypominam sobie wyjście z tuneli, wezwanie taksówki i drogę powrotną.

Całe to podekscytowanie chyba miesza mi w głowie.

Podążam za rodzicami przez wąski korytarz, ale zaraz zatrzymuję się, żeby przyjrzeć się fotografiom na ścianie. Nie pamiętam, co kiedyś tu było, ale teraz wisi tu zdjęcie za zdjęciem, a wszystkie przedstawiają... mnie. Wszystkie zrobione z daleka, na przestrzeni lat. Zdjęcia dokumentujące moje dorastanie.

Wyciągam rękę i przesuwam palcem po gładkim szkle, przygryzając wargę. Przez cały ten czas mnie obserwowali?

Mama głaszcze mnie po plecach, a ja muszę się powstrzymać, żeby się nie wzdrygnąć, nieprzyzwyczajona do dotyku.

- Wiem, że nie powinniśmy, ale...

Przełykam ślinę przez ściśnięte gardło i kiwam głową. Pozwalam im się zaprowadzić do pokoju na końcu korytarza i zatrzymuję się w drzwiach.

- Jest tu dość miejsca na porządne podwójne łóżko - mówi stojący za mną tata, patrząc nad moim ramieniem. Mama wsuwa dłoń w moją i lekko ją ściska.

- Tylko przez chwilę widziałam twój pokój w... eee... Norze, ale twoje łóżko wydawało się bardzo małe. Może chciałabyś na początek trochę więcej przestrzeni. Wreszcie wyśpisz się jak król.

Z kolejnym ukłuciem bólu przez mój umysł przelatuje krystalicznie wyraźny obraz. Tym razem widzę ogromne łoże w męsko urządzonym pokoju, panoramiczne okna z widokiem na San Francisco, szarą jedwabną pościel. Czy robiłam skok w penthousie jakiegoś bogatego dupka? Zupełnie tego nie pamiętam.

- Lyro... - odzywa się mama.

Jej głos odpędza ból, który znika tak nagle, jakby nigdy go nie było. Uśmiecham się do niej.

- Dziękuję. Może nie jak król... ale królowa? Czemu nie.

Królowa.

To słowo coś jeszcze dla mnie znaczy, prawda? Coś nowego?

Mama wymienia spojrzenia z tatą, a jej ramiona lekko opadają, jakby moja odpowiedź sprawiła jej... ulgę.

Rozmiar mojego łóżka przyniósł jej ulgę?

Może po prostu próbują mi wynagrodzić te wszystkie lata, które straciliśmy.

- Teraz, gdy o tym myślę, właściwie to pojedyncze byłoby najzupełniej w porządku - mówię. - Myślę, że po tylu latach w małym łóżku w większym czułabym się zagubiona. Będę przeszczęśliwa, mogąc mieć zwykłe, wygodne, pojedyncze łóżko.

Zmarszczki wokół jej oczu się rozluźniają.

- Cokolwiek zechcesz, kochanie. - Mama wciąga powietrze i powoli je wypuszcza. - Czy spaghetti dalej jest twoim ulubionym daniem?

Wszystko, co nie smakuje jak trociny, jest moim ulubionym daniem. Bractwo jest skąpe, jeśli chodzi o karmienie swoich członków. Nie mówię jej tego.

- Jasne.

Moja matka znów się rozpromienia.

- W takim razie już się za nie zabieram. - To powiedziawszy, odchodzi korytarzem, zostawiając nas samych. Tata odprowadza ją wzrokiem z uśmiechem, w którym kryje się cień smutku.

- Jak mam naprawdę na imię? - Pytanie jest tak niespodziewane, że nawet ja lekko drgam, słysząc je ze swoich ust.

Tata marszczy brwi.

- Nie pamiętasz?

Powoli kręcę głową.

- Byłam za mała, a od tamtej pory wszyscy nazywają mnie Lyrą.

- Racja. Oczywiście - mruczy do siebie. Jego wzrok jest dziwnie rozbiegany. Czyżby nie pamiętał? Jak to możliwe...

- Alani.

Prostuję się.

- Alani? - wypróbowuję to imię na języku. Jego smak jest dziwny, ale słodki, niczym pieśń.

Mój ojciec kiwa głową, uważnie mi się przypatrując.

- To był pomysł twojej matki.

- Podoba mi się.

Na te słowa znów się uśmiecha. Czy moi rodzice zawsze się tyle uśmiechali?

Właśnie cię odzyskali. To normalne, że uśmiechają się więcej niż zwykle.

Co jest ze mną nie tak? Byłam w Bractwie tak długo, że oduczyłam się takich rzeczy jak wiara i zaufanie. O to chodzi. To ja jestem tu problemem.

- Czy chcesz, żebyśmy cię tak teraz nazywali? - Nie da się nie zauważyć nadziei w jego głosie, ale...

- Nie, chyba nie - mówię powoli. - Przyzwyczaiłam się do bycia Lyrą.

- Brad? - woła z kuchni matka.

- Już idę! - odpowiada ojciec. Kwituje rozmowę niezręcznym machnięciem ręką i mnie zostawia.

Odwracam się i wchodzę do mojego pokoju. Naprawdę pozostawili wszystko tak, jak było. Małe dziecięce łóżko, jeszcze mniejsze niż standardowe dla jednej osoby. Przykucam i podnoszę ciemnowłosą lalkę, którą pamiętam z przeszłości. Trzyletnia ja zawsze uważała ją za taką piękną, z jej kręconymi włosami, wielkimi brązowymi oczami i falbaniastą sukienką. Dorosła ja widzi ślady zużycia. Wzięta z drugiej albo i trzeciej ręki. Wciąż mnie to nie obchodzi. Była moją ulubioną zabawką.

- Dobrze cię znów widzieć - szepczę, po czym wygładzam jej włosy i odstawiam ją z powrotem na półkę, obok jej wyblakłego ze starości plastikowego domku.

Wstaję, kładę ręce na biodrach i obracam się powoli. Jakie jeszcze zmiany chciałabym wprowadzić?

Nic zbyt kosztownego, ale może warto by pomalować ściany na zwykłą biel. Niebieski zawsze był moim ulubionym kolorem, więc łóżko z błękitną pościelą i może białą albo ciemnoniebieską narzutą byłoby miłe. A może... szary jedwab...

Następna błyskawica bólu przeszywa mój mózg. Znów widzę to łóżko, jeszcze wyraźniej niż wcześniej. Wraz z obrazem pojawiają się też inne zmysłowe szczegóły. Jedwabisty dotyk pościeli na mojej skórze, jej zapach - świeże pranie, czekolada i... dym? Jak z ogniska. Dlaczego dym?

Uderzają we mnie kolejne szczegóły, tak realistyczne, że zaczynam szybciej oddychać. Silne ramię obejmujące mnie w pasie, przyciągające do twardej piersi. Niski, mruczący głos przy moim uchu, który sprawia, że jednocześnie drżę i wzdycham.

Ale nie rozumiem, co mówi.

Kto? Nie ma nikogo takiego. Nigdy z nikim czegoś takiego nie przeżyłam.

Przyciskam ręce do pulsujących skroni i zaciskam powieki.

Nie mogłeś nawet poczekać do rana?, szepczę we wspomnieniu i słyszę uśmiech w moim własnym sennym głosie.

A potem przewracam się na bok i zamieram.

8PRZED MOIM CZASEM

LYRA

Kosmyk kruczoczarnych włosów opada na srebrzyste oczy, które patrzą na mnie z senną czułością.

Hades.

Serce skacze mi w piersi, a ostry ból wybucha w mojej głowie jak ogień na suchej podpałce, rozpraszając mgłę prawdą, gdy zasłona iluzji zostaje zerwana z mojego umysłu.

Hades.

Mój dom to ten, który dzielę z Hadesem. Moje miejsce jest u boku boga śmierci, Króla Zaświatów.

Nie... już nie króla.

Teraz ja jestem ich królową.

Obracam się, patrząc nowymi oczami na pokój mojego dzieciństwa. Teraz wszędzie widzę błyszczące, opalizujące zaklęcia i uroki. Ta wersja mnie, mojego życia... nie jest prawdziwa. Hestia sprawiła, że uwierzyłam, że to wszystko - poznanie Hadesa, Kocioł, zostanie Królową Zmarłych - nigdy się nie wydarzyło. Dokładnie tak, jak zapowiedziała. Zamiast tego zaserwowano mi wersję przyszłości, w której dostałam wszystko, o czym młodsza ja od tak dawna marzyła. Taką, w której mogłabym nawet być szczęśliwa.

Ale to nie jest moja przyszłość.

Nie ta, którą dla siebie wybrałam. Nie ta, do której muszę wrócić, przechodząc na drugą stronę tych przeklętych wrót.

To już nie jest moja przyszłość i nigdy nią nie będzie.

Zaciskam powieki, walcząc z nagłym rozczarowaniem. Ból głowy zmienia się w uporczywe pulsowanie, jakby rzeczywistość wciąż walczyła z fałszywą narracją. Bo kiedyś tego chciałam - miłości rodziców. Ale większym szokiem, który wstrząsa moim ciałem niczym targające fundamentami San Francisco trzęsienie ziemi, jest to, że najbardziej będę żałować wyrzeczenia się...

- Lyra? - rozlega się za moimi plecami głos Boone'a.

Okręcam się i widzę go w drzwiach mojego pokoju. Za nim z zatroskanymi minami stoją moi rodzice.

Mimo woli kładę rękę na gardle, jakbym mogła powstrzymać je od zaciśnięcia się ze smutku na jego widok.

To alternatywne życie miesza się z moimi prawdziwymi wspomnieniami. Teraz wiem, ponad wszelką wątpliwość, że Boone był tylko moim kumplem. Nigdy nie staliśmy się partnerami ani najlepszymi przyjaciółmi. To były rzeczy, których pragnęłam. Desperacko.

Ale nie tego teraz pragnę. Bez żalu porzuciłam te marzenia, gdy oddałam serce Hadesowi.

Ten Boone musiał domyślić się czegoś po moim wyrazie twarzy, bo niemal odruchowo wyciąga rękę.

- Przyszedłem, żeby porozmawiać z tobą o naszym wspólnym biznesie...

Potrząsam głową.

- To nie jest prawdziwe. Nic z tego nie było prawdziwe.

- Proszę - wykrztusza. - Jesteś moją jedyną prawdziwą przyjaciółką. Nie dam rady zrobić tego sam.

- Przepraszam - mówię, czując, jak usta wykrzywia mi bolesny grymas. Oczy pieką mnie od łez. Przepraszam go, bo wiem, że to, co pokazała mi Krypta Hestii, nigdy nie miało szansy się wydarzyć. Moi rodzice nigdy by po mnie nie wrócili. Nawet gdybym im powiedziała, że spłaciłam dług, nie sądzę, by przyjęli mnie z powrotem. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek mnie kochali, czy za mną tęsknili, czy choć raz o mnie pomyśleli po tym, jak wcisnęli mnie Bractwu, by żyć beztrosko bez długu i bez naznaczonego klątwą dziecka.

Ale Boone...

Ta przyszłość z nim była... możliwa. Moje umiejętności rachmistrzyni stanowiłyby nieocenioną pomoc przy prowadzeniu biznesu. Czy tego właśnie chciał? Czy to było jego marzenie?

Boone zamyka oczy, bo wie, że nie zmienię zdania.

Cofam się o krok i wbijam wzrok w sufit, by nie musieć na niego patrzeć.

- No dobrze, Hestio! - wołam. - Dokonałam wyboru. Wypuść mnie.

Od strony drzwi dobiega syczący dźwięk. Twarze moich rodziców stojących za Boone'em... zaczynają się topić. Jak wosk. Kolor ścieka z ich skóry, oczu i włosów. Moje gardło już było piekące i ściśnięte z emocji, ale teraz zaciska się z wywracającej wnętrzności, mrożącej krew w żyłach zgrozy, gdy widzę, co kryje się pod spodem.

Bo moi rodzice nie są iluzją. Są koszmarami.

O. Moi. Bogowie.

Nie jestem tu bezpieczna. Jestem zwierzyną.

Myślałam, że te przedwieczne stwory wytępiono mniej więcej wtedy, kiedy Tytani zostali zamknięci w Tartarze. Wygląda jednak na to, że też tutaj utknęły, by czekać, aż pojawi się kolejna ofiara.

A Kronos rzucił mnie im tak, jak zarzuca się przynętę.

I gdy iluzja się rozmywa, ukazują mi się w swojej prawdziwej formie.

Chorobliwie blada, szarawa skóra jest naciągnięta na szkielety o nieproporcjonalnie długim torsie, z głowami przypominającymi ludzkie. Chude i przerażająco wysokie, stoją na dwóch szczudłowatych nogach, a ich ramiona prawie szorują po ziemi.

Na tym podobieństwo do ludzi się kończy. Żylaste mięśnie ich klatki piersiowej przechodzą w coś, co wygląda jak korzenie drzew oplatające obojczyki i biegnące w górę szyi - do twarzy, która ma zmarszczki tam, gdzie powinien być nos, gładkie oczodoły w miejscu oczu i wysokie czoło przechodzące z tyłu w twór przypominający grzebień. Ich usta wyglądają na ludzkie, ale są wypełnione ostrymi zębami.

Wcześniej mi się nie przywidziało.

Ufaj swoim cholernym instynktom, Lyro.

Stwory w tej samej chwili szeroko otwierają paszcze i robi się jeszcze gorzej. Ostre zębiska wysuwają się na swego rodzaju dziobie. Różowym dziobie z surowego mięsa, naszpikowanym tymi zębami na całej długości i kłapiącym na mnie.

Odruchowo sięgam za plecy do toporów, ale natrafiam na powietrze. Przypominam sobie, że bramy Tartaru pozbawiły mnie broni, a Hestia - boskiej nieśmiertelności.

Kurwa. Kurwa. Kurwa.

Myślę intensywnie, nie odwracając wzroku od kłapiących zębami stworzeń. Czy jest tu cokolwiek, co mogłoby mi pomóc?

Jeśli nie liczyć lalki - tych plastikowych spiczastych stóp od biedy można by użyć do dźgania - nie ma tu niczego, co mogłabym wykorzystać do walki z koszmarami. Kurwa.

Może jeśli wejdą do pokoju, uda mi się je wyminąć i wybiec na korytarz. Tyle że Boone blokuje drzwi.

Mój tok myślenia zatrzymuje się raptownie.

Boone, który nie jest pokryty opalizującą warstwą iluzji, który przez cały czas, odkąd tu jestem, pozostaje krystalicznie wyraźny. Mrużę oczy, przypatrując mu się. Dlaczego jeszcze nie zamienił się w potwora? Czyżby był NPC-em w tej iluzji? Stoi nieruchomo, z zamkniętymi oczami.

Jeden z koszmarów podnosi długą kończynę, a dłoń na jej końcu zamienia się w coś na kształt miecza. Na wszystkie piekła. Te paskudztwa są zmiennokształtne? To nie ograniczają się wyłącznie do iluzji?

Przyjmuję postawę bojową - szeroko rozstawione nogi, ręce w górze, gotowa na atak - ale stwór, który jeszcze przed chwilą był moją matką, cofa się i przytyka czubek miecza do kręgosłupa Boone'a. Choć nie ma oczu, wiem, że patrzy prosto na mnie.

Groźba.

Boone jest prawdziwy.

Czyżby Kronos zrzucił go tu za mną?

Co za dupek.

Podnoszę obie ręce, nie ruszając się z miejsca.

- Boone... - szepczę.

Jego oczy powoli się otwierają i patrzy na mnie zamglonym, zdezorientowanym wzrokiem.

O moi bogowie. To naprawdę on. Boone jest tu ze mną. Od kiedy? Przez cały czas?

Skup się na tym, co ważne.

Zdaje się, że Boone wciąż tkwi w fantazji; jego oczy są szkliste, a wzrok rozkojarzony i lekko oskarżycielski. Robię jedyną rzecz, jaka przychodzi mi do głowy...

Gwiżdżę.

To jeden z sygnałów, które znają wszyscy adepci - ostrzeżenie, by paść na ziemię.

W tej samej chwili obracam się, chwytam lalkę i rzucam nią w uzbrojonego w miecz koszmara, ale chybiam i trafiam Boone'a prosto między oczy.

Bo, kurwa, nie padł na ziemię.

Jego głowa odskakuje do tyłu. Zanim zdąży odzyskać równowagę, rzucam się na niego, próbując podciąć mu nogi, żeby upadł do przodu zamiast do tyłu. Wychodzi świetnie, tylko że ląduje na mnie z głuchym "ufff", choć nie jestem pewna, które z nas wydało ten dźwięk, bo siła uderzenia wydusiła całe powietrze z moich płuc.

- Co to miało być, do diabła? - jęczy. - Nie musisz mnie przewracać, żeby...

Nad naszymi głowami śwista dziwny miecz z szarej skóry i mimo że wciąż nie udało mi się zaczerpnąć tchu, daję radę przetoczyć siebie i Boone'a. Uderzam plecami we framugę, ale przynajmniej koszmar pudłuje. Jego mieczowe ramię trafia w...

Kamień.

Nie wyłożoną wykładziną podłogę.

Iluzja sypialni, domu i całego San Francisco rozpływa się jak obraz olejny wrzucony do ognia. Leżymy na ziemi w ogromnej przestrzeni o kształcie przypominającym kawałek tortu, szerokiej na jednym końcu i z zakrzywioną ścianą, i zwężającej się w stronę przeciwległego wierzchołka. Nie ma sufitu - lub może po prostu go nie widzę, bo jest tak wysoko. Gładkie kamienne ściany nikną w ciemności. Przestrzeń oświetla pojedyncza świecąca kula, unosząca się pośrodku pomieszczenia, nisko nad ziemią.

A na ziemi są porozrzucane kości. Pobielałe, jakby leżały na słońcu.

Albo jakby ktoś tak dokładnie je poobgryzał, że nic na nich nie zostało.

Kurwa.

- Ruchy! - Boone, którego głos brzmi już normalniej, otacza mnie ramionami i przetacza się ze mną raz, drugi, trzeci, podczas gdy mieczowe ramię śwista nad nami, za każdym razem uderzając z obrzydliwym odgłosem o ziemię.

Boone używa techniki przewrotu, żeby postawić nas oboje na nogi, i ustawia się między mną a dwoma koszmarami, rozkładając ręce, żebym nie mogła go wyminąć. Pochylam się, by lepiej przyjrzeć się ich ciałom. Przypominające korzenie narośla na ich ramionach i szyi ciągną się też po ich nogach. Wzdrygam się. Te stwory jeszcze przed chwilą były moimi rodzicami.

Z nieludzkim wrzaskiem, przypominającym przeciąganie paznokciami po gigantycznej tablicy, oba stworzenia ruszają do ataku. Boone ustawia się barkiem naprzód i taranuje jedno z nich. Potwór wali w niego przekształconymi ramionami, ale miecze są zbyt długie i trafia go miękką, cielistą częścią.

Drugi koszmar pędzi prosto na mnie.

Moje pierwsze lata w Bractwie, spędzone na nauce złodziejskiego fachu - w tym samoobrony - odzywają się w samą porę. Udaje mi się odepchnąć cios, złapać stwora za przedramię, obrócić się i szarpnąć z całej siły, opierając kończynę na własnym ramieniu. Ręka stwora wygina się w złą stronę z satysfakcjonującym trzaskiem, a koszmar wrzeszczy.

Zdaje się, że ten dźwięk wprawia jego towarzysza w furię. Odwracam się i widzę, jak drugi koszmar podnosi Boone'a i przytrzymuje go nad głową jak sztangę. Mój przyjaciel dziko się szarpie, ale na stworze nie robi to najmniejszego wrażenia. Musi mieć przynajmniej dwa i pół metra wzrostu, a jego ramiona są jeszcze dłuższe.

Koszmar obok mnie wydaje z siebie kolejny wrzask - tym razem inny, niemal zaskoczony. Najpierw myślę, że to przeze mnie, ale potem uświadamiam sobie, że spojrzenie jego pustych oczodołów jest skierowane na coś za moimi plecami. Stworzenie przypada brzuchem do ziemi i odbiega na czworaka, jakby próbowało się ukryć.

Odwracam się, żeby zobaczyć, przed czym się chowa. Kolejna z tych kryształowych rzeczy pędzi w moją stronę. Tym razem widzę ją wyraźniej: błyszczącą głęboką czerwienią poszarpanych minerałów, jak krwawa rana rozdzierająca rzeczywistość. Omija koszmara i połyka mnie w całości.

W następnej chwili, po kolejnej rundzie ciszy i rozmytej czerwieni, stoję w gabinecie Hadesa w naszym penthousie.

Kiedy szok mija, zalewa mnie fala ulgi, jakbym zanurzyła się w orzeźwiająco chłodnych wodach Oceanu Spokojnego. Zasłaniam usta rękami i rozglądam się po znajomej przestrzeni.

Momencik. Czy to prawdziwe? Czy to też kolejna sztuczka koszmarów? Czyżby to była następna część próby Hestii? Zrozumiała, że źle odczytała moje najgłębsze pragnienie, i próbuje znowu mnie oszukać?

Ale widok nie jest zamglony jak wcześniej. Nie ma różowej poświaty ani bólu w mojej głowie, kiedy próbuję myśleć o Hadesie albo o czymkolwiek prawdziwym. Co znaczy, że to jest rzeczywistość. Naprawdę jestem tutaj, w penthousie. Tak jak byłam z Hadesem w ogrodzie wodnym.

Nie mam pojęcia, jak to możliwe. Albo może to wszystko jest iluzją. Jedną wielką halucynacją.

Ale... mogę wyczuć nawet jego zapach. Zapach gorzkiej czekolady. Jest subtelny, ale jest. Moje ciało ożywia się w reakcji na tę znajomą woń.

To jest prawdziwe.

Czuję się tak jak wczoraj, kiedy obudziłam się w jego łóżku, a całe moje ciało pachniało nim. Albo jakby mógł się pojawić w każdej chwili, objąć mnie od tyłu i sunąć ustami po krzywiźnie mojej szyi. Uwodzić. Przekomarzać się. Nazywać mnie swoją gwiazdą. Rozpalać mnie.

Biegnę w stronę drzwi.

- Hadesie! - krzyczę. - Hadesie... - Zatrzymuję się w pół kroku na widok czegoś, co jest... zdecydowanie nie tak.

Przeszywa mnie chłód, odbierając mi całe ciepło, które przepełniło mnie, gdy poczułam jego zapach.

Stoję naprzeciwko ściany trofeów Hadesa. Tak ją nazywam. To sięgająca sufitu szklana gablota, jasno oświetlona, by wyeksponować kolekcję antyków, którą zbierał przez wieki. W tym...

- To niemożliwe. - Słowa drapią mnie w gardło.

Bo w gablocie spoczywa zestaw broni - dwa topory ze złotymi trzonkami, których dolna połowa jest obciągnięta turkusową skórą. Ostrza są srebrne, ze złotymi zdobieniami. Okrąg z symbolem głowy Odyna widnieje pomiędzy większym a mniejszym ostrzem - to drugie, z tyłu, ma kształt bardziej przypominający grot włóczni. Są też inne symbole. Nordyckie.

Dar od Odyna dla najstarszego syna Kronosa.

Nasze topory.

Teraz moje.

Odebrane mi, kiedy weszłam do Tartaru.

Ręce zaczynają mi się trząść. Czy Hades umieścił je tu po tym, jak zniknęłam? Niemożliwe, żeby nie było mnie tak długo. Prawda? Nie poddałby się tak szybko. Na pewno.

Zmuszam drżące palce do współpracy i otwieram gablotę, ale udaje mi się podnieść tylko jeden z toporów, zanim dostrzegam migotanie czerwonego światła i krystaliczna forma znów mnie połyka. Po kolejnej dziwnej, bezdźwięcznej chwili znów znajduję się w kamiennej komnacie z koszmarami.

Wydaje się, że nie minęła tu nawet sekunda. Jeden stwór wciąż kuli się na ziemi, a drugi trzyma Boone'a w powietrzu.

Ten najbliżej mnie podnosi się i rzuca w moją stronę.

Bez wahania wbijam trzonek topora w bok jego pyska. Stworzenie osuwa się na ziemię w plątaninie długich kończyn. Coś mi jednak mówi, że nie jest martwe. Są tu uwięzione, tak samo jak ja. Nie będę ich zabijać, chyba że nie dadzą mi wyboru.

Po drugiej stronie pomieszczenia koszmar trzymający nad głową Boone'a wydaje z siebie tak przeraźliwy wrzask, że mam ochotę zakryć uszy dłońmi, ale nie mogę. Opuszcza ręce, zamierzając złamać Boone'a wpół na kolanie, i w tym samym ułamku sekundy rzucam w niego toporem. Przysięgłabym, że słyszę "szu, szu, szu", kiedy broń kilka razy obraca się w powietrzu, zanim trafia koszmara w ramię, wbijając się głęboko z obrzydliwym chrzęstem i mlaskiem kości, krwi i mięsa, który dociera do mnie z drugiego końca komnaty. Rzucanie toporami to było jedyne, co naprawdę mi wychodziło, kiedy uczyłam się złodziejstwa, więc trafiam dokładnie tam, gdzie celowałam. Nie jest to cios śmiertelny.

Koszmar stoi przez długą chwilę, wciąż trzymając Boone'a i patrząc na mnie tymi przerażającymi pustymi oczodołami, zanim wreszcie osuwa się na ziemię.

Boone'owi udaje się odturlać od stworzenia i zerwać się na nogi z godną pozazdroszczenia płynnością, po czym odskakuje, kiedy z rany w ramieniu koszmara zaczyna wyciekać krew w kolorze fuksji, by zebrać się w kałużę na ziemi. Nie jest martwy, ale na tyle ciężko ranny, by nie stanowić zagrożenia.

Boone wyrywa topór, podbiega ku mnie, oddaje mi broń i staje w pozycji bojowej, zwracając się do mnie plecami.

- Musi ich być więcej - mówię.

Boone się ze mną nie spiera. Powoli się obracamy, wpatrując się w ciemność przed nami i czekając, aż kolejne z tych stworów się na nas rzucą.

Ale tak się nie dzieje.

Zamiast tego słyszymy powolne klaskanie. Cały czas pozostając w pozycji obronnej, gwałtownie odwracamy się w stronę zakrzywionej tylnej ściany przypominającego trójkąt pomieszczenia.

Tam, w miejscu, gdzie wcześniej była lita skała, w ścianie widnieje sklepiony łuk, zdobiony misternie wyrytymi symbolami Hestii - sercem i paleniskiem, niepokalankiem, czajnikiem. A po drugiej stronie, w kolejnej ogromnej komnacie, stoi w półkolu grupa ludzi. Kronosa nie ma wśród nich, ale i tak mogę się domyślić, kim są.

Tytani Tartaru.

Cała reszta.