Rozdział 1
Judyta
Żałowałam tego telefonu już kilka sekund po zakończeniu rozmowy. Gdy tylko pomyślałam o spotkaniu z ojcem, czułam nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie musiałam się jednak długo zastanawiać, czy dobrze zrobiłam, łamiąc jedną ze swoich świętych zasad. Czy mogłam znaleźć inne rozwiązanie? Wystarczyło, że wróciłam wtedy do sypialni i spojrzałam na Piotra. Spał spokojnie, jak gdyby nic nie było w stanie zmącić jego snu. A dobrze wiedziałam, że niestety były to złudne życzenia. Nie znałam Malczewskiego, ale zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Skoro zdecydował się na taki krok, bez skrępowania przyszedł do Piotra i mu groził, to przecież nie mogłam zwyczajnie czekać na rozwój sytuacji, by się przekonać, że nie blefuje. Zwłaszcza że miałam tę sposobność, by odpowiednio zareagować.
Tak, wciąż z trudem przychodziło mi przyznanie się do tego, co czułam do Piotra, mimo że byłam w stu procentach pewna swoich uczuć. Piotr zbyt wiele dla mnie znaczył, bym mogła aż tak ryzykować. Nawet jeśli twierdził, że nie muszę się o niego martwić. Uśmiechnęłam się łagodnie na samą myśl, jak miałabym się nie martwić o kogoś, kogo...
No właśnie. Mnie też się zdarzało spóźniać, nigdy się tego nie wypierałam, choć zwykle nie stało za tym moje roztrzepanie, tylko niezależne ode mnie okoliczności: przesunięte lub przedłużone spotkania, opóźnione rozprawy czy niespodziewane wypadki. Ale szczerze nie znosiłam spóźnialstwa, a jeszcze bardziej irytowało mnie to, że spóźniał się właśnie on. Nawet nie chodziło o to, że skoro schowałam dumę do kieszeni i się odezwałam, prosząc go o spotkanie, to spodziewałam się, że potraktuje mnie poważnie i będzie na mnie czekał, nie liczyłam na akt łaski. Sprawa Piotra była dla mnie istotniejsza niż moja mocno kulejąca relacja z ojcem, o czym zresztą nie chciałam dzisiaj rozmawiać. Po prostu... Zaczynałam się zastanawiać, czy się nie rozmyślił, czy - co było w jego stylu - nie stwierdził, że jednak weźmie mnie na przetrzymanie czy coś w tym rodzaju. W końcu trzymał mnie w garści, to ja miałam interes do niego, musiał się domyślić, że bardzo mi zależy i że z tego nie zrezygnuję.
Choć w tym momencie, po piętnastu minutach oczekiwania i bicia się z myślami, byłam tego bardzo bliska. Już miałam wybrany jego numer, by zadzwonić i wygarnąć mu, że zawiódł jak zawsze i że jak zwykle poradzę sobie bez niego, kiedy dostrzegłam go przez okno. Zbliżał się w stronę kawiarni. Odruchowo się wyprostowałam i lekko podenerwowana zaczęłam stukać palcami w blat. Z trudem przełknęłam ślinę i wzięłam głęboki wdech. Jeszcze nigdy o nic go nie prosiłam, to miał być pierwszy raz, dlatego bałam się, czy mój honor się po tym pozbiera. Powoli wypuściłam powietrze i upiłam łyk zimnej wody z nadzieją, że nieco mnie otrzeźwi, ani na chwilę nie spuszczając z niego wzroku. Właśnie przechodził przez przejście, choć nieszczególnie się śpieszył. Szedł z tą swoją pewnością siebie, z wysoko uniesioną głową, a jego twarz nie zdradzała absolutnie żadnych emocji, jak zwykle zresztą. Był ubrany w czarny taliowany płaszcz, pod którym oczywiście miał idealnie skrojony garnitur. Człowiek biznesu, prychnęłam pod nosem. Musiałam jednak przyznać, że jak na mężczyznę po pięćdziesiątce trzymał się całkiem nieźle. Wciąż był przystojny i nawet te mocno już posiwiałe po bokach włosy dodawały mu pewnego uroku. Pewnie gdybym go nie znała, zwróciłabym na niego uwagę w tłumie... Naprawdę o tym pomyślałam? Skrzywiłam się momentalnie i tylko przewróciłam oczami. Tacy jak on powinni mieć wypisane na czole: "EGOISTYCZNY DUPEK", by ludzie omijali ich szerokim łukiem! Ja, gdybym miała takie wyjście, też nadal krążyłabym po innej orbicie, jak najdalej od niego!
Pewnie dlatego, kiedy wszedł do środka, w pierwszej chwili spuściłam wzrok, udając, że go nie widzę. Kątem oka dostrzegłam, że rozgląda się dookoła, aż w końcu mnie dojrzał i powolnym, dostojnym krokiem ruszył w moją stronę. Znów poczułam, że żołądek zawiązał mi się w supeł, ale za nic w świecie nie mogłam dać tego po sobie poznać. Spojrzałam na niego znad telefonu, dopiero gdy wyraźnie usłyszałam stukot jego obcasów. Chwilę później ojciec stanął przy moim stoliku.
- Witaj, Judyta - powiedział spokojnie i posłał mi łagodny uśmiech.
Dałabym słowo, że się zawahał, czy nie nachylić się w moją stronę i nie pocałować mnie w policzek.
- Spóźniłeś się - odparłam twardo i wskazałam mu spojrzeniem miejsce naprzeciwko.
Chyba zrozumiał, że nie mam ochoty na żadne wylewne powitania ani nawet na uścisk dłoni. Usiadł bez słowa, a potem, wymownie odsłoniwszy rękaw, pod którym nosił swojego złotego (a jakże!) rolexa, odpowiedział ze spokojem:
- Jestem punktualnie co do minuty. Paryski kwadrans.
Zacisnęłam szczękę. W pierwszej chwili miałam ochotę wstać z hukiem i wyjść, ale pohamowałam emocje. Inaczej wyobrażałam sobie początek tego spotkania, zakładałam, że będzie tu pierwszy, przede mną, chłodno się z nim przywitam i od razu przejdę do meritum. Tymczasem mój ojciec znów odwracał kota ogonem i wywoływał we mnie poczucie winy. Postanowiłam nie dać się mu sprowokować i nijak nie komentować jego punktu widzenia. Nie chciałam zachowywać się jak urażona, rozkapryszona nastolatka, bo choć emocjonalnie moja relacja z nim zakończyła się właśnie na tym etapie, to byłam już dorosłą kobietą, adwokatką ze sporym doświadczeniem, potrafiącą panować nad sobą i swoją naturą. To nie był czas na toczenie kolejnych batalii ani wywlekanie dawnych żalów. Nie po to poprosiłam go o to spotkanie. Musiałam postąpić profesjonalnie.
- Racja - potaknęłam i znów odwróciłam na chwilę wzrok.
Zapanowała między nami niezręczna cisza i choć wyraźnie czułam, że ojciec cały czas mi się przygląda, nie potrafiłam spojrzeć na niego.
- Pięknie wyglądasz, Judyta - odezwał się po chwili.
Skrzywiłam się nieznacznie i odchrząknęłam. Popatrzyłam na niego nieco przychylniej i odpowiedziałam:
- Dziękuję. Ale nie poprosiłam cię o spotkanie, by rozmawiać z tobą o walorach estetycznych.
- Domyślam się. Nie umówiłabyś się ze mną na pogaduszki. Choć chętnie dowiedziałbym się, co u ciebie.
- Podejrzewam, że dobrze wiesz. - Rzuciłam mu wymowne spojrzenie.
- Przeceniasz mnie. - Uśmiechnął się lekko.
Nie zamierzałam z nim dyskutować, bo dobrze wiedziałam, że ma swoje sposoby, by zasięgnąć języka, gdy tylko coś go interesuje. Choć czy mogłam wierzyć, że tak zwyczajnie, po rodzicielsku ciekawiło go moje życie? Nie, nigdy się nie łudziłam. Miałam ochotę mu coś kąśliwie odrzec, ale udało mi się pohamować moje poirytowanie.
- A ty nadal masz mnie za naiwną - odpowiedziałam spokojnie, po czym znów odwróciłam wzrok.
Wtedy podszedł kelner, na szczęście, bo ojciec znów chciał coś powiedzieć. Zamiast tego zamówił kawę: czarną, mocną, bez cukru. O ironio. Oczywiście, że zamówiłam to samo i nijak nie zwróciłam uwagi na wymowny uśmiech, który wymalował się na jego twarzy. Udałam, że tego nie widzę, a kiedy kelner odszedł od naszego stolika, znów zapanowała między nami niezręczna cisza. Nie wiedziałam, od czego zacząć. Najłatwiej byłoby od początku, ale... Czy nie lepiej pominąć okoliczności związane z Michałem i skupić się na Malczewskim? Była jeszcze drażliwa kwestia mieszkania, ale tego tematu nie zamierzałam dzisiaj poruszać. Nie chciałam łączyć ze sobą tych spraw.
- To jak, powiesz mi, co słychać? - zapytał znowu.
- Pasmo nieustających sukcesów. - Posłałam mu wymuszony uśmiech.
- W to nie wątpię. Nic się nie zmieniłaś - odparł.
Owszem, wciąż starałam się być jak najmniej podobna do niego. Upomniałam go spojrzeniem, a potem upiłam kolejny łyk wody i odstawiłam szklankę.
- Masz rację, nie poprosiłam cię o spotkanie, żeby gadać o pogodzie - powiedziałam twardo.
- W takim razie jak mogę ci pomóc?
Zacisnęłam usta. Już na końcu języka miałam, że wcale nie chcę prosić go o pomoc, że jej nie potrzebuję, ale w końcu... Właśnie po to się z nim spotkałam. Wzięłam głęboki wdech. Wiedziałam, że nie przyjdzie mi to łatwo, ale nie sądziłam, że będzie aż tak trudno. Moje ego walczyło ze zdrowym rozsądkiem i daję słowo - już miałam rzucić, że jednak poradzę sobie sama, ale przecież zdawałam sobie sprawę, że w tym przypadku sama niewiele zdziałam.
- Kojarzysz takiego człowieka jak Jędrzej Malczewski? - zapytałam wprost, zaczynając od połowy.
Ojciec drgnął nieznacznie i lekko ściągnął brwi, ale nie potrafiłam go rozczytać. Był, cholera, dobry w te klocki, co zresztą nie powinno mnie dziwić - pokerowa twarz była pożądana w jego "biznesie". Przez lata do perfekcji opracował sztukę kamuflażu wszelakiego.
- Dlaczego o niego pytasz? - zainteresował się.
- Odpowiem ci, jeśli ty mi odpowiesz - postawiłam sprawę jasno.
- Mogło mi się obić o uszy to nazwisko. Dlaczego o niego pytasz? - odpowiedział oględnie, ponawiając pytanie, a ja przewróciłam oczami.
- To człowiek z twojej branży. Istotne jest dla mnie, czy go znasz, a nie, czy ci się obił o uszy. Jeśli go nie znasz, to w niczym mi nie pomożesz i dalsza rozmowa nie będzie miała sensu.
- Bronisz go?
- Jeszcze tego by brakowało... - wyrwało mi się, a ojciec skrzywił się wtedy wyraźnie. Ale chyba wolałabym go bronić, niż mieć w nim wroga, pomyślałam, choć po chwili już nie byłam tego taka pewna. Westchnęłam znowu. - Znasz go czy nie?
- Judyta, znam wielu ludzi, niektórych kojarzę, ale znajomością bym tego nie nazwał. Choć mogę poznać, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. A ty zaczynasz mnie niepokoić. - Popatrzył na mnie tym swoim ojcowskim, karcącym spojrzeniem, którego ani trochę się nie przestraszyłam.
- Dobra, wiesz co... Chyba się przeliczyłam. Myślałam, że po prostu mnie wysłuchasz i...
- Przecież tu jestem i słucham - wszedł mi w słowo i chwycił moją dłoń, gdy poruszyłam się na krześle, gotowa, by wstać. - Ale też nie wymagaj ode mnie otwartości, gdy nie wiem, o co dokładnie chodzi... - Ściszył nieco głos.
Fakt, mógł mi nie ufać. Ja za jego szczerość też nie dałabym złamanego grosza. Chociaż... Nie będę ukrywać, że pokładałam w nim nadzieję, gdyby było inaczej, pewnie nie spotkałabym się tu z nim dzisiaj. Akurat w tej kwestii nie bardzo mogłam wybrzydzać. Spojrzałam na jego dłoń wciąż spoczywającą na mojej i po chwili zabrałam swoją rękę.
- Może lepiej byłoby porozmawiać w trochę ustronniejszym miejscu... - powiedziałam i poprawiłam się na krześle.
- Proponowałem to od początku, ty się uparłaś na spotkanie tutaj.
Racja, chciałam się z nim umówić na neutralnym gruncie. Nie wyobrażałam sobie jechać do jego biura, gdzie rzecz jasna miałby nade mną przewagę. Zresztą, wolałam omijać to miejsce szerokim łukiem. Jeszcze ktoś mógłby mnie tam zobaczyć... Do siebie też niespecjalnie uśmiechało mi się go zapraszać, ani do kancelarii, nie czułam potrzeby pokazywania mu, jak się urządziłam, ani tym bardziej do mieszkania, które mimo wszystko było moją fortecą, tam nie chciałam go widzieć w ogóle.
Wzięłam głęboki wdech i przymknęłam na chwilę oczy. Byłam w beznadziejnej sytuacji.
- Chcę, żebyś wiedział, że nie mogę pokpić tej sprawy, a czas mnie goni. Gdybym miała inne wyjście, nie kontaktowałabym się z tobą.
- Czy ten człowiek w jakikolwiek sposób ci zagraża? - zapytał wprost, bacznie mi się przypatrując.
Cóż, powiedziałam, że to ktoś z jego branży, nie dziwiło mnie, że szybko się domyślił.
- Grozi. Niestety, nie tylko mnie. A raczej... Niebezpośrednio.
- Judyta... Czy ty się wplątałaś w coś, co stoi w sprzeczności z zawodem, który wykonujesz? - Ojciec pochylił się, znowu ściszając głos.
Tym razem to ja się skrzywiłam.
- Nigdy nie władowałabym się w żadną nielegalną działalność. Może i mam twoje geny, ale zdecydowanie więcej rozumu - odparłam twardo.
Ojciec uniósł łagodnie kącik ust.
- Jest twoim przeciwnikiem procesowym? - Przyglądał mi się wnikliwie. - Judyta, jeśli jest tak, jak mówisz, nie graj na zwłokę i nie każ mi zgadywać.
Fakt, powinnam przejść do rzeczy. Też nie znosiłam takiego owijania w bawełnę. Tylko czy mogłam mu wierzyć, że zachowa dla siebie to, co mu powiem? W końcu chodziło też o Piotra... A może lepiej byłoby się skoncentrować na naszym rodzinnym kręgu? Co prawda nie planowałam mówić ojcu, że to Michał wpakował mnie w to bagno, ale nagle dotarło do mnie, że na nim zdecydowanie mniej mi zależało niż na Piotrze. No i korciło mnie, żeby mu w końcu utrzeć nosa. Byłam zła na siebie, że choć dobrze to sobie wcześniej przemyślałam, teraz dopuściłam do siebie wątpliwości. Ale też nie była to zwyczajna, służbowa rozmowa, sprawa dotykała mnie i moich najbliższych, wątpliwości nie były tu niczym nadzwyczajnym.
- Nie sądziłam, że zadam to pytanie, bo odpowiedź jak dotąd była dla mnie jasna, ale... Czy mogę... - Wzięłam głęboki wdech. - Czy mogę ci ufać?
Ojciec się wyprostował i popatrzył na mnie uważnie.
- Judyta, bez względu na to, jak daleka od ideału jest nasza relacja, jesteś moją córką. - Zawiesił na chwilę głos. - Nigdy nie zrobiłbym czegoś, co mogłoby ci zaszkodzić. Możesz wierzyć lub nie, ale tak właśnie jest. Zawsze było.
Znów zacisnęłam na chwilę usta.
- Nie chodzi tylko o mnie.
- Rozumiem. - Skinął głową. - To nic nie zmienia.
- No i w tym wszystkim jest jeszcze Michał. A zasadniczo... To od niego wszystko się rozpoczęło - wyznałam w końcu, bo nie znalazłam sposobu, jak opowiedzieć ojcu o wszystkim bez wspominania o moim niewydarzonym braciszku.
Skrzywił się wtedy wyraźnie, a ja zauważyłam, że niezadowolenie wstępuje na jego twarz. Miałam ochotę wymownie się uśmiechnąć, bo tryumf, że w końcu dopiekłam gówniarzowi, zaczynał mocno się we mnie odzywać. Zachowałam jednak powagę, przecież nie chodziło o moje osobiste porachunki z Michałem, gra toczyła się o coś znacznie ważniejszego.
- Powiesz mi wreszcie? - ponaglił mnie ojciec, wyraźnie zaintrygowany tym, co usłyszał przed chwilą.
Zrobiłam krótką pauzę. Nie mogłam pominąć udziału Michała. Nie dało się, w końcu to on wplątał mnie i Piotra w to bagno i prawdę mówiąc, pomyślałam, też powinien tutaj być. Zresztą sam niedawno doszedł do wniosku, że poprosi ojca o pomoc. Co prawda mnie chodziło głównie o to, żeby Malczewski odpieprzył się ode mnie i Piotra na dobre, ale jeśli udałoby się upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, miałabym o jeden problem na głowie mniej. Opowiedziałam więc bez skrupułów historię mojego przyrodniego braciszka, raz nawet poczułam się jak perfidna donosicielka i zdrajczyni, ale ostatecznie przecież działałam w słusznej sprawie. Napomknęłam o tym, jak wplątałam w całą tę aferę Piotra, bez podawania szczegółów rzecz jasna, i skończyłam na tym, że kilka dni temu Malczewski pofatygował się do Kosteckiego i zagroził, że jeśli ten nie pójdzie na współpracę, ja tego pożałuję. Swoją drogą, wyciągnięcie tego od Piotra było nie lada wyczynem, musiałam użyć adwokackich sztuczek i kobiecego szantażu, by coś z siebie wydusił, a i tak większość dodałam sobie sama. Tak czy inaczej, Malczewski chyba nie był świadomy, z kim zadarł. I oczywiście miałam na myśli siebie, nie tatusia.
Zwłaszcza że kiedy skończyłam swoją opowieść i mierzyliśmy się z ojcem spojrzeniami, on wciąż siedział jak posąg, nie drgnął mu ani jeden mięsień na twarzy. Nadal nie byłam w stanie rozszyfrować, co chodzi mu po głowie i co o tym wszystkim myśli. Naprawdę? Nawet nowina, że jego synalek poszedł w jego ślady, nie zrobiła na nim wrażenia?
Wreszcie odchrząknął, poprawił się na krześle i upił łyk kawy, którą w międzyczasie otrzymaliśmy.
- Nie wiem, Judyta, czy nie przeceniasz moich możliwości i kontaktów. Kiedy wspomniałaś mi to nazwisko, myślałem raczej o jego legalnej działalności. Skupuje sporo spółek, stąd go skojarzyłem - oznajmił poważnie. Uniosłam brew i popatrzyłam na niego zniesmaczona. Naprawdę miał zamiar wciskać mi ten sam kit co przez całe życie? - Jestem tylko dilerem...
- No właśnie - weszłam mu w słowo.
- Samochodowym, Judyta... - Posłał mi wnikliwe spojrzenie.
- Jasne - prychnęłam i przewróciłam oczami. - Dobra, zapomnij. Nie było tematu - rzuciłam bezradnie i już miałam wstać, gdy znów mnie zatrzymał, przytrzymując dłoń.
- Zobaczę, co da się zrobić - powiedział twardo.
- Nie czuj się zobowiązany. Jakoś sobie poradzę, skoro... Zresztą, nieważne. W zasadzie czego innego się spodziewałam... - zaśmiałam się gorzko.
- Judyta.
- A co do Michała to w sumie rób, co chcesz. - Rzuciłam banknot na stolik i wstałam. - Aha, za jakieś dwa tygodnie ma rozprawę apelacyjną, bo oprócz tego, co już wiesz, handlował jeszcze trawką, sąd pierwszej instancji go skazał. Powiedziałabym, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale chyba powinieneś go podszkolić, bo w przeciwieństwie do ciebie dał się złapać. - Zawiesiłam na chwilę głos, po czym dodałam: - Ach, pardon, ty handlujesz tylko samochodami.
Nie pożegnawszy się z nim, po prostu wyszłam. I tak dałam z siebie więcej, niż myślałam, tylko niestety znów przejechałam się na własnej naiwności. Teraz żałowałam, że go w to wszystko wtajemniczyłam, nie miałam pewności, co zrobi z tą wiedzą. Czy mógł jakoś pogorszyć naszą sytuację? Nie wiem, ale miałam już czarno na białym, że na pewno nie zamierzał pomóc. Teraz musiałam uspokoić emocje, bo to spotkanie naprawdę kosztowało mnie wiele nerwów, a potem na spokojnie zastanowić się nad innym rozwiązaniem. Bo ani myślałam dać się zastraszyć jakiemuś gangsterowi, ani tym bardziej pozwolić mu zniszczyć to, co zaczęło się na dobre między mną a Piotrem. Jedno było pewne - od niedawna miałam nową listę priorytetów, o które zamierzałam walczyć jak lwica.