3
ul. Młyńska, Poznań
Już z daleka Chyłka dostrzegła, że pod aresztem śledczym będzie problem z parkowaniem. Jeden rząd samochodów stał pod murem zakończonym drutem kolczastym, drugi tuż za nim na chodniku, a trzeci na ulicy. Ci z pierwszego z pewnością nie wyjadą do wieczora.
Zerknęła z politowaniem na tę miejską układankę motoryzacyjną, a potem zaparkowała tuż przy schodach do budynku, blokując przejście pieszym.
Kordian rozejrzał się niepewnie, nie odpinając pasa.
- Będziemy tu stać? - odezwał się.
- A widzisz inne miejsce?
- Tu chyba nie można.
- Co nie można? - rzuciła, otwierając drzwi. - Mnie nie można?
Wyszli na zewnątrz, a Chyłka od razu sięgnęła do torebki w poszukiwaniu paczki papierosów. Odruch bezwarunkowy.
- Gdybyśmy przytelepali się tutaj daihatsu czy inną dryndą, od razu by nas odholowali. - Poklepała iks piątkę po dachu. - Ale tej czarnej bestii nikt nie ruszy.
- Zobaczymy.
Posłała mu krytyczne spojrzenie, a potem przeciągnęła się, sprawdziła godzinę i się rozejrzała.
- Do widzenia mamy jeszcze ponad godzinę - oznajmiła.
- To co robimy?
Położyła ręce na dachu i rozsunęła je lekko.
- Poznań: miasto doznań - rzuciła. - Pewnie znajdzie się parę rzeczy do roboty.
- Na przykład?
Wzruszyła ramionami, a potem odwróciła się i oparła plecami o samochód. Cholernie brakowało jej papierosa. Może cały ten pomysł z rzucaniem był o kant dupy rozbić? Jak bardzo mogła pogorszyć swój stan zdrowia?
- Trudno powiedzieć - przyznała. - Ale wiem, że na Wildzie mieszka szatan.
- Co?
- Pidżama Porno. Nic ci to nie mówi?
- To jakiś lokalny sex shop?
Chyłka jęknęła, jakby zadał jej fizyczny ból.
- Z kim ja się w ogóle zadaję? - mruknęła. - To klasyk polskiego punka.
- Aha.
Przez chwilę wodzili wzrokiem za przejeżdżającymi samochodami. Kierowcy zdawali się szukać miejsca parkingowego, a potem niepewnie patrzyli na iks piątkę blokującą przejście.
- "Chcesz ze mnie kpić? Nie poczułem nic, daj bis..." - wyrecytował półszeptem Kordian.
- Co?
- "Nie powiedziałeś tego w ryj, to nie powiedziałeś nic..."
Chyłka uniosła brwi i dała mu chwilę, by wytłumaczył, co się właśnie wydarzyło. Przez moment się wahał.
- Pięć Dwa Dębiec - wyjaśnił. - Konfrontacje.
- Zaraz się skonfrontujesz z moją pięścią.
- To porządny rap z Poznania, trochę przykurzony, ale...
- Co będzie dalej? Peja?
- SLU to szacunek.
- Dosyć tego - ucięła. - Wchodzimy.
Nie dała mu szansy ani czasu na to, by dodał cokolwiek. Podobną determinacją wykazała się, kiedy stanęła przed dyżurką oddziałowego. Przez chwilę starała się przekonać siedzącego po drugiej stronie mężczyznę, że doszło do pomyłki w umawianiu godziny widzenia.
Wystarczyło, że nie chciała ustąpić. Nikomu nie zależało na tym, by robić sobie wroga z adwokata, którego można było niewielkim kosztem zadowolić.
Z zewnątrz areszt sprawiał wrażenie całkiem nowoczesnego. W środku nie odbiegał od innych tego typu przybytków, w których - chcąc nie chcąc - Joanna bywała dość często. Ponury świat przesiąknięty zapachem moczu i potu, ze zniszczonymi posadzkami i ścianami, które dziesięć lat temu nadawały się do szpachlowania i malowania.
Chyłka i Oryński odebrali przepustki, poddali się sprawdzeniu przez klawiszy, a potem weszli do kantyny. Była zapełniona niemal po brzegi. Przed złączonymi ze sobą stolikami siedzieli tymczasowo aresztowani, a od rozmówców oddzielały ich pleksiglasowe szyby.
Joanna szybko wypatrzyła siedzącego przy wejściu samotnego chłopaka.
- Nie mieliśmy przypadkiem dostać pokoju do czynności procesowych? - mruknął Kordian.
- Mieliśmy. Ale najwyraźniej albo mają nas tu w dupie, albo nasza przedwczesna materializacja pokrzyżowała im całą rozpiskę.
- Albo prokurator chce nam dopiec.
Chyłka potoczyła krytycznym wzrokiem dokoła.
- Przynajmniej nie musimy martwić się o podsłuch - dodał Kordian. - Tu wszyscy wszystko usłyszą.
Trudno było się z tym nie zgodzić. Zbliżyli się do Grześka Benzowicza, który jako jedyny wyglądał, jakby wybitnie nie pasował do tego miejsca. Obok któryś z osadzonych ślinił się do wybranki swojego serca, więc miejsce siedzące naprzeciw chłopaka było tylko jedno.
Chyłka usiadła, a Oryński stanął za krzesłem. Otworzyła usta, by ich przedstawić, ale szybko się zmitygowała. Wstała, a potem wskazała miejsce Kordianowi.
- Twoja sprawa, więc ty strzęp sobie ozór - szepnęła.
Zawahał się, ale ostatecznie zajął miejsce przed pleksiglasem. Wyjaśnił, kim są, i poinformował Grześka, że jego rodzice ustanowili go obrońcą.
Chłopak ani na chwilę nie podniósł wzroku.
- Jesteś tam, Benzoesan? - bąknęła Joanna.
Z trudem przełknął ślinę, a potem spojrzał na dwójkę adwokatów, jakby to ich się obawiał. Trzymał obydwie dłonie karnie na udach, a w oczach miał niemal błagalne wołanie.
Joannie przeszło przez myśl, że z tej sprawy będzie wyjątkowy gnój.
- Przyjechali państwo z Warszawy?
- Zgadza się - potwierdził Kordian.
- Dlaczego?
Dobre pytanie, uznała w duchu Chyłka. Młody w takiej sytuacji bynajmniej nie powinien myśleć trzeźwo, ale na jego miejscu też w pierwszej kolejności zastanowiłaby się właśnie nad tym.
Z punktu widzenia aresztanta wszyscy obcy byli zagrożeniem. Nieważne, jak się przedstawiali. Zazwyczaj trochę czasu mijało, zanim osoba, którą miała bronić, zaczynała ufać Joannie.
Z Oryńskim chłopak powinien jednak szybko złapać dobry kontakt.
- Moi rodzice państwa znają?
- Niezupełnie - odparł Kordian. - Ale mamy wspólnego znajomego, który poprosił nas, żebyśmy zajęli się twoją sprawą.
- Jakiego znajomego?
Chyłka nachyliła się nad blatem.
- Piotra Langera - wypaliła, przyglądając się reakcji chłopaka.
Nie rozumiała, dlaczego Piotr zmusił Oryńskiego do podjęcia się akurat tej obrony. Nie wiedziała też, czy Benzowicz ma o tym jakiekolwiek pojęcie. Mógł być zarówno rozgrywającym, jak i rozgrywanym.
Brak zdziwienia na jego twarzy kazał sądzić, że to dla niego żadna niespodzianka.
- Ach...
- Wiesz, o kim mowa? - dopytał szybko Kordian.
- Jasne - odparł chłopak i uśmiechnął się w tak ciepły sposób, że nawet siedząca obok kokota zwróciła na to uwagę. Zupełnie jakby usłyszał o dobrym wujku.
Co to miało znaczyć, do cholery?
- Piter mówił, że mi pomoże, ale... nie spodziewałem się, że załatwi mi innego obrońcę. Wcześniej miałem z urzędu.
- I dobrze, że już go nie masz - odparł Oryński. - Specjalnie się nie popisał. Złożył wprawdzie zażalenie na zastosowanie tymczasowego aresztu, ale jego argumentacja nie przekonałaby nawet mnie.
Chyłce nie umknęło, że młody mówił o Langerze per "Piter". Ostatnią osobą, która to robiła, była Agnieszka Powirska, z którą Piotr utrzymywał co najmniej zażyłe relacje.
Ale co łączyło go z tym chłopakiem?
Grzesiek nie wyglądał na kogoś, z kim Langer mógłby znaleźć wspólny język. Był delikatny, o niemal kobiecej urodzie. Wydawało się, że nie istnieje nic, co mogłoby ich łączyć.
Z wyjątkiem oskarżenia o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.
Chyłka wiedziała, że powinna dopytać o szczegóły. Związek między tymi dwoma mógł okazać się kluczowy nie tyle dla sprawy, ile dla prowadzących ją prawników. W tej chwili nie było jednak czasu na dociekania. Należało ustalić to, co istotne pod kątem obrony, zanim upłynie czas przeznaczony na widzenie.
- Co teraz będzie? - zapytał Grzesiek.
- Przede wszystkim rozmawiasz tylko ze mną - powiedział Oryński. - Choćby policja czy prokuratura pytały cię, jak oceniasz dzisiejszą pogodę, odpowiadasz, że nie będziesz rozmawiał bez swojego obrońcy. Jasne?
- Jasne.
- Powalczymy jeszcze z tym aresztowaniem - dodał ciężko Kordian. - Prokurator argumentował, że istnieje obawa ucieczki, ale niespecjalnie przyłożył się do przedstawienia dowodów na poparcie tej tezy.
W oczach młodego zakołatała się nadzieja.
- Więc jest szansa, że wyjdę?
- Zobaczymy - odparł szybko Oryński, a potem położył dłonie na stole i lekko przysunął się do pleksiglasu. - Ale nie traćmy czasu na gdybania, mamy tylko niecałą godzinę. A ja muszę dowiedzieć się o wszystkim, co się stało.
Benzowicz pokiwał głową z przejęciem, biorąc się w garść.
- Nie zrobiłem tego - powiedział cicho.
- To akurat interesuje mnie najmniej.
Chyłka uśmiechnęła się w duchu. Czuła się, jakby sama prowadziła tę rozmowę.
- Ale...
- Chcę wiedzieć, dlaczego się przyznałeś.
Grzesiek potarł nerwowo przedramię, niczym ćpun, który nie może poradzić sobie ze swędzącymi strupami po wkłuciach. Joanna skontrolowała jego ręce. Czyste, żadnych śladów iniekcji.
Chłopak uciekał wzrokiem na boki, jakby bił się z myślami.
- Benzo - odezwał się Kordian. - Tak na ciebie mówią, nie?
Skinął głową.
- Jestem tu, żeby ci pomóc - dodał Oryński, a potem obejrzał się przez ramię. - Oboje jesteśmy. I w najbliższym czasie będziemy skupiać się tylko na tym.
- Zrobimy wszystko, żeby cię wyciągnąć - dorzuciła Joanna.
Spojrzał na nią dłużej. Kordianowi w oczy patrzył tylko przelotnie, jej wprost przeciwnie.
- Warunek jest taki, że kiedy cię o coś pytamy, musisz otwierać paszczę i wyrzucać z niej wszystko, co chcemy słyszeć - oświadczyła Chyłka. - Jasne?
- Jasne.
- Więc dlaczego się przyznałeś? - powtórzył Oryński.
- Bo mi kazali.
Mówił tak cicho, że Chyłka musiała nachylić się jeszcze bardziej. Nic dziwnego. Jeśli cieszył się tutaj jakąkolwiek namiastką bezpieczeństwa, to tylko dlatego, że współosadzeni uznawali, iż naprawdę jest mordercą. W przeciwnym wypadku ktoś z taką delikatnością przechodziłby tu piekło.
- Kto ci kazał? - spytał Kordian.
- Ci, co mnie przesłuchiwali - odparł chłopak trzęsącym się głosem. - Ale mówili, że jak komuś o tym powiem...
Kiedy znów urwał, Chyłka zaklęła w duchu. Chętnie przyparłaby młodego do muru i uświadomiła mu, że nie ma innego wyjścia niż przedstawienie im całej prawdy. Nie miała jednak zamiaru odbierać Zordonowi inicjatywy.
- Nam możesz powiedzieć wszystko - przypomniał mu Oryński. - To, co od ciebie usłyszymy, jest chronione tajemnicą adwokacką. I niczego nie użyjemy bez twojej zgody.
Sama zastosowałaby metodę "pięścią w ryj", ale może podejście Kordiana też nie było najgorsze. Młody odczekał jeszcze chwilę, a potem w końcu nabrał głęboko tchu.
- Grozili, że jak komuś o tym powiem, będzie jeszcze gorzej - odezwał się.
- Kto konkretnie ci groził?
- Dwóch policjantów, którzy mnie przesłuchiwali.
- Znasz ich nazwiska?
- Nie pamiętam... - odparł, trąc przedramię tak mocno, że na skórze pojawiły się czerwone szramy. - W ogóle niewiele z tamtego przesłuchania pamiętam. Byłem w szoku. Oni mówili, że to koniec, że mają dowody, że muszę się przyznać, bo inaczej mam przesrane... że trafię na całe życie do więzienia, że taki ktoś jak ja będzie tu codziennie gwałcony, że na pierwszym widzeniu matka mnie nie pozna, bo będę miał powybijane zęby, i...
- W porządku - uciął Kordian. - Rozumiem.
Słusznie, uznała w duchu Chyłka. Na konkrety będzie jeszcze czas, w tej chwili tyle im wystarczyło, a do końca widzenia musieli dokopać się także do innych informacji.
- Powiedzieli, że jak się przyznam, dostanę łagodniejszy wyrok - dodał Benzo. - Mówili, że moje odciski palców są na narzędziach zbrodni, że jest mój materiał DNA w forcie, gdzie znaleźli ciała, że...
- Co to za fort?
Grzesiek starał się uspokoić oddech, ale na próżno.
- Fort Czwarty. Na Karolinie. Jeden z tych, co wchodzą w skład porzuconej Twierdzy Poznań - powiedział. - Ale moje ślady tam są, bo często tam chodziliśmy.
- Po co?
- Pić piwo, gadać... nie wiem... po prostu spędzaliśmy tam czas...
Dopóki nie pojawiły się w tamtym miejscu dwa zmasakrowane trupy, dodała w duchu Joanna. Potem całe to miejsce stało się żyłą złota dla techników kryminalistyki - znaleźli tyle dowodów, że właściwie nawet bez przyznania się Grzesiek trafiłby za kratki.
- W swoich zeznaniach przedstawiłeś dosyć dużo szczegółów - podjął Kordian.
- Bo często tam bywałem. Znam Hake na wylot i...
- Mam na myśli szczegóły dotyczące zabójstw - sprostował Oryński. - W trakcie przesłuchania podałeś fakty, które mógł znać tylko morderca.
Chyłka przyglądała się reakcji młodego. Była dokładnie taka, jaka powinna wystąpić u niewinnego człowieka. Benzo skrzywił się, jakby ktoś zadał mu dotkliwy cios.
- Mówiłeś nawet o kolejności zadanych ran, co współgrało z ustaleniami medyka sądowego.
- Oni mi to wszystko kazali...
- Policjanci?
Benzo w końcu przestał pocierać rękę, ale zrobił to tylko po to, by ukryć twarz w dłoniach.
- Powiedzieli mi, co dokładnie mam mówić.
- I tak po prostu się na to zgodziłeś?
- Byłem już gotowy zgodzić się na wszystko - odparł chłopak, spuszczając wzrok. - Doprowadzili mnie do takiego stanu, że byłem pewien, że pójdę siedzieć. Przekonali mnie, że jedynym ratunkiem, jedyną szansą na mniejszy wyrok, jest przyznanie się... więc powiedziałem im wszystko, co chcieli usłyszeć.
Kiedy opuścił dłonie, Chyłka zobaczyła w jego oczach łzy. Kurwa, niedobrze. Jeśli siedzący obok więzień na moment przestanie wzdychać do wywłoki po drugiej stronie i zainteresuje się chłopakiem, ten będzie miał przesrane.
- Jezu... - jęknął bezsilnie. - Wierzycie mi?
- Tak - zapewnił Oryński, zanim Joanna zdążyła zareagować. - Ale to nie powinno mieć dla ciebie jakiegokolwiek znaczenia.
- Ma...
- Bronilibyśmy cię tak samo i robili, co w naszej mocy, nawet gdybyśmy uważali inaczej - dodał stanowczo Kordian. - To jedno, co musisz wiedzieć. Drugie to to, że nie masz się czego obawiać. Ci ludzie nie są w stanie ci w jakikolwiek sposób zagrozić i poniosą odpowiedzialność za wszystko, co zrobili.
Grzesiek milczał.
- Słyszysz? To oni teraz mają powód do strachu, nie ty.
Chwilę trwało, nim przekonał chłopaka, że dwaj policjanci, którzy go przesłuchiwali, w istocie są ostatnimi osobami, których powinien się bać. W końcu jednak mu się udało.
- Mogę... - zaczął niepewnie Benzo. - Mogę jeszcze odwołać swoje zeznania?
- Wyjaśnienia - poprawił go machinalnie Oryński. - I nie, w polskim prawie nie ma czegoś takiego jak odwołanie zeznań świadka lub wyjaśnień oskarżonego.
- Boże...
- Źle mnie zrozumiałeś - dodał szybko Kordian. - Możesz do woli zmieniać swoje stanowisko. Nie da się po prostu niczego wymazać, wszystko zostaje w aktach, a więc będzie podlegało ocenie.
- I dobrze - włączyła się Chyłka. - Dzięki temu sąd będzie chciał ustalić, dlaczego twoje wyjaśnienia na początku były inne. To wszystko nam na rękę.
- Ale te ostatnie nie będą ważniejsze?
- Nie - odparł Oryński. - Wszystkie mają taką samą wartość dowodową.
- Tyle że jeśli są sprzeczne, sąd musi uzasadnić, dlaczego bierze pod uwagę te, a odrzuca inne.
- Więc będą musieli sprawdzić, czy te poprzednie nie zostały wymuszone?
- Ta - odburknęła Joanna.
Chłopakowi nieco wróciły kolory, ale należało uznać to za stan przejściowy. To wszystko dość dobrze brzmiało, w istocie jednak na tym etapie zmieniało niewiele. Nieszczęśnik już trafił w tryby wymiaru sprawiedliwości i nawet gdyby pojawiły się nowe, uniewinniające go dowody, nikt ot tak go nie wypuści. Prokurator tym samym by się skompromitował, a sędzia zbłaźnił. Ani jeden, ani drugi nigdy by do tego nie dopuścili.
- Jest jeszcze jedna rzecz, Benzen - dodała Chyłka.
- Jaka?
- Motyw. Podczas przesłuchania powiedziałeś, że zarżnąłeś ich jak prosiaki, bo...
- Nie powiedziałem tak.
- Mniejsza o szczegóły. Parafrazuję - mruknęła. - Powiedziałeś, że się z ciebie naśmiewali, szydzili sobie, znęcali się psychicznie i tak dalej.
Miała rację. Znów zbladł.
- Ci policjanci cały czas dopytywali... "dlaczego ich zabiłeś", "dlaczego to zrobiłeś", dlaczego, dlaczego... Powiedziałbym wtedy wszystko...
- Czyli nie ma w tym krzty prawdy?
Patrząc na niego, nie mogła opędzić się od poczucia, że wyglądał wprost jak modelowy cel szkolnego bullyingu. Nie był metroseksualny, ale z pewnością niewiele mu brakowało. Jeśli w jego szkole poziom testosteronu i maczyzmu był odpowiednio wysoki, z pewnością mu nie popuszczono.
- Trochę się ze mnie od jakiegoś czasu nabijali, ale...
- Ale co? Nie przeszkadzało ci to?
Chłopak spuścił wzrok.
- Prędzej zabiłbym siebie niż ich - powiedział.
Zaległa długa cisza, a Chyłka niespecjalnie wiedziała, jak ją przerwać. Miała do czynienia z wystarczającą liczbą zawodowych kłamców, by w mig rozpoznać nieszczerość klienta. W tym wypadku jej nie dostrzegła. Szczególnie jego ostatnia wypowiedź zabrzmiała, jakby pochodziła z samej głębi duszy.
Zapewnili go jeszcze raz, że zrobią wszystko, by uchylić areszt - dali mu tyle, by podnieść go na duchu, ale nie robić mu złudnej nadziei - a potem opuścili budynek w milczeniu.
Joanna odetchnęła, widząc, że koła iks piątki nie zostały wzbogacone o żółte blokady Straży Miejskiej.
Po tym, jak usiadła za kierownicą, poczuła na sobie ciężki wzrok pasażera.
- Dobrze się czujesz? - zapytał.
- Hę?
- Byłaś małomówna.
- To cnota, Zordon. Powinieneś się jej nauczyć.
- Może - przyznał. - Ale na pewno nie jedna z twoich. Wszystko okej? Wzięłaś lekarstwa?
Zacisnęła usta i posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
- I tak mi nie pomagają - odparła, wklepując do nawigacji adres, pod który chciała się dostać.
- Twoja lekarka mówiła, że...
- Ta krowa dała mi jasno do zrozumienia, że niedługo będę słuchać koncertów Davida Bowiego, Lemmy'ego Kilmistera i Kurta Cobaina na żywo. Tam na górze.
- Obawiam się, że oni poszli na dół.
Pewnie miał rację. Ale ona także się tam wybierała.
- Mniejsza z tym - zbyła temat, włączając się do ruchu, jakby prowadziła zdolny staranować innych czołg. - Czuję się wprost wykurwiście.
- A wyglądasz jakoś markotnie.
- Bo mam chłopaka, który nie je mięsa.
Zordon zaśmiał się cicho, a ona wcisnęła pedał gazu, widząc, że na skrzyżowaniu w oddali pali się zielone światło.
- A tak poważnie?
- Tak poważnie, to martwi mnie ten chłopak. Nie mój, Benzopiren.
- W jakim sensie?
- Po pierwsze Langer chce, żebyśmy go wybronili. To samo w sobie stawia go w niespecjalnie dobrym świetle.
- No tak - odparł Kordian i przechylił się w lewo, kiedy Chyłka szarpnęła kierownicą w przeciwnym kierunku i na żółtym świetle wjechała w Aleje Marcinkowskiego. Powiodła wzrokiem po jasnej elewacji siedziby Sądu Okręgowego i Rejonowego.
- Po drugie widziałeś, jakie zakapiory tam siedzą? - dodała. - Na sali były same kopie zasranego Gorzyma.
- Mhm.
- I powiedz mi, Zordon, zobaczyłeś choćby siniak na twarzy tego chłopaka? Jakieś zadrapanie, cokolwiek?
- Nie.
- A jest tak piękniutki, że na pewno porusza tam wszystkie fiutki.
Kordian otworzył usta, ale cokolwiek chciał powiedzieć, ostatecznie z tego zrezygnował.
- Powinni go tam równo dojechać - dodała, poważniejąc. - Nie wygląda na takiego, co umie się obronić. Tymczasem nikt go nie ruszył.
- To źle?
- Po prostu zastanawiające. I w sumie niespotykane.
- Więc ma tam jakąś protekcję?
Joanna wzruszyła ramionami, z ulgą zjeżdżając z kostki brukowej na asfalt.
- Mówię ci, Zordon - rzuciła pod nosem. - Coś tu jest nie tak. I jeśli ufasz mojej intuicji tak samo jak ja, dojdziesz tylko do jednego wniosku.
- To znaczy?
- ...że władowaliśmy się w coś wyjątkowo nieciekawego.