Rozdział 1
W każdej duszy jest miejsce zarezerwowane dla Cienia. Moje było bezpiecznie
ukryte w zakamarkach pamięci, pod starą raną, która, jak sądziłam, już
dawno się zagoiła. Wtedy do New Haven przyleciały kruki, niosąc
zaproszenie, którego ani Cień, ani ja nie mogliśmy odrzucić.
***
Kiedy to do mnie dotarło, był piątek pod koniec maja.
-?Hej, profesor Bishop! Właśnie wrzuciłam najnowszą korespondencję do
pani skrzynki pocztowej!
Pogrążona w myślach wracałam dobrze znaną mi trasą z gabinetu na
Uniwersytecie Yale do domu i tylko jednym uchem słuchałam ożywionej
paplaniny Bekki, podczas gdy reszta mojego umysłu błądziła gdzieś
indziej. Nie zauważyłam, że dotarłyśmy do ozdobnej żelaznej bramy
strzegącej naszego domu przy Orange Street ani że nasza listonoszka
Brenda właśnie opuszcza posesję.
-?Dzięki, Brendo. -?Posłałam jej słaby uśmiech. Upał przytłaczał. W porze zakończenia roku zawsze tak było w New Haven, co prowadziło do
wyczerpania nerwowego, przepoconych strojów akademickich i długich
kolejek po mrożoną latte w licznych kawiarniach miasteczka.
-?Musisz być podekscytowana powrotem do Anglii, Becco -?zauważyła
Brenda.
W czapce z daszkiem USPS i szortach była dobrze przygotowana na
temperatury i wysoką wilgotność powietrza w New Haven.
-?Tak. -?Na potwierdzenie tych słów Becca aż podskoczyła. -?To pierwsza
podróż Tamsy, a ja wszystko jej pokażę.
Jedna z historycznych zabawek, które były ostatnim krzykiem mody wśród
dziewczynek do trzynastu lat włącznie, została najnowszym członkiem
rodziny. Marcus i Phoebe wybrali lalkę z epoki kolonialnej, bo Becca
zachwyciła się jego domem w Hadley i opowieściami o dzieciństwie, które
tam spędził w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych osiemnastego
wieku. Chociaż producent zabawki nadał jej inne imię, Becca ochrzciła ją
ponownie w chwili, gdy tylko zobaczyła zielone oczy i rude włosy
widoczne w okrągłym okienku z przezroczystego plastiku.
Od momentu, gdy otrzymała prezent, bujną wyobraźnię Bekki całkowicie
pochłonęła Tamsy i jej świat. Lalka miała w zestawie różne stroje i akcesoria, które pomogły ją ożywić, w tym konia o imieniu Penny. I bogate wyposażenie domu. Matthew dodał do niego małą replikę krzesła
Windsor, które kiedyś należało do grand-p?re Philippe'a, oraz malowaną
skrzynię z Hadley, podobną do tej, w której Phoebe przechowywała domową
pościel. Była wyposażona w mały zamek i klucz, a Becca już do niej
spakowała ubrania Tamsy, podręczniki szkolne, pióro i kałamarz, a także
kolekcję kapeluszy na podróż do Anglii.
Brenda pomachała do Tamsy, którą Becca trzymała w ręce, i zwróciła się
do mnie:
-?Ty też musisz być podekscytowana powrotem do swoich badań.
Na koniec każdego roku szkolnego Matthew i ja zabieraliśmy dzieci do
Anglii, żeby spędzić letnie miesiące w naszym domu w Woodstock. Dzieliło
go zaledwie kilka mil od Oksfordu, co dawało mi łatwy dostęp do
Biblioteki Bodlejańskiej, a Matthew umożliwiało pracę w jego cichym
laboratorium na Uniwersytecie Oksfordzkim, bez współpracowników i doktorantów, którzy mogliby mu przeszkadzać. Becca i jej brat Pip mieli
hektary ziemi do biegania, setki drzew do wspinania się i dom pełen
skarbów i książek, które zajmowały ich uwagę podczas nieuniknionych
ulew. W długie, leniwe weekendy jeździliśmy do Francji, by odwiedzić
matkę Matthew Ysabeau, i spotkać się z Marcusem i Phoebe, którzy część
lata spędzali w Londynie.
Już nie mogłam się doczekać, żeby wsiąść do samolotu i zostawić za sobą
Yale, New Haven i semestr wiosenny. Perspektywa nowego projektu
badawczego dotyczącego żon i sióstr pierwszych członków Królewskiego
Towarzystwa Naukowego była kusząca, a mi śpieszyło się, żeby wziąć do
ręki rzadkie woluminy i rękopisy.
-?Pewnie masz dużo do zrobienia przed jutrem -?zauważyła Brenda.
Nie miała nawet pojęcia, jak dużo. Jeszcze się nie spakowaliśmy, rośliny
doniczkowe nadal stały w domu, a nie na tylnym ganku, gdzie sąsiedzi
mogli je podlewać, a mnie czekały co najmniej trzy prania, zanim
wyjedziemy na całe lato.
-?Wszystko jeszcze raz sprawdziłam i jeśli chodzi o pocztę w New Haven,
jesteś gotowa do wyjazdu. -?Brenda mnie uspokoiła, kończąc naszą
rozmowę.
-?Dziękuję -?odpowiedziałam, wyjmując Tamsy z uścisku Bekki i wkładając
ją nogami do przodu do torby zakupowej razem z uczelnianą
korespondencją.
-?Baw się dobrze z Pipem, Becco, do zobaczenia w sierpniu -?rzuciła na
pożegnanie Brenda, poprawiając gruby pas torby na listy.
-?Pa! -?krzyknęła za nią Becca, machając ręką.
Pogładziłam jej lśniące włosy, czarne i opalizujące niczym krucze
skrzydła. Becca była bardzo podobna do Matthew: charakteryzowały ich
długie linie i liczne kontrasty, blada skóra i gęste brwi. Cechował ich
również taki sam temperament: pewna siebie powściągliwość, która w jednej chwili mogła przerodzić się w silne emocje. Pip z kolei
przypominał mnie. Nie miał problemów z wyrażaniem uczuć i łatwo się
wzruszał, a po mnie odziedziczył mocną budowę ciała, jasne włosy z miedzianymi refleksami i piegi na nosie.
-?Mamy dużo do zrobienia, orzeszku -?powiedziałam. -?Najpierw musimy
zająć się Ardwinną i Apollem i posortować całą pocztę.
Potem jeszcze należało posprzątać dom -?a to nie lada zadanie. Moje
lokum przy Court Street było zdecydowanie za małe, żeby pomieścić
wampira, czarownicę, dwoje jasno urodzonych dzieci, gryfa i charta
szkockiego. Syn Matthew, Marcus, zaproponował nam w zamian swoją okazałą
rezydencję przy Orange Street. Kupił ją tuż przed wojną secesyjną, kiedy
studiował medycynę na Uniwersytecie Yale, a w modzie dominował mahoń i oficjalne przyjęcia. Każda powierzchnia w domu była albo wykończona na
wysoki połysk, albo rzeźbiona, albo jedno i drugie. Utrzymanie porządku
było najgorszym koszmarem, a przestronne pokoje zbyt szybko zapełniały
się współczesnymi rupieciami.
Mimo ogromnych rozmiarów i nader formalnego wyglądu, dom okazał się
zaskakująco dobrze przystosowany do życia rodzinnego, z rozległymi
zadaszonymi werandami, na których dzieci mogły się bawić w deszczowe
dni, własnym podwórkiem, gdzie do ich zabaw dołączali gryf Philipa,
Apollo, i mój chart szkocki Ardwinna, oraz licznymi pokojami na
parterze, niegdyś przydzielanymi mieszkańcom według płci i pełnionej
funkcji. Na początku rezydencja Marcusa wydawała się zbyt okazała dla
naszej małej grupy wampirów i czarownic, ale rodziny mają to do siebie,
że się rozrastają i dopasowują do zajmowanej przestrzeni. To, co miało
być tymczasowym pobytem, zamieniło się w stałe zamieszkanie.
Becca, wyczulona na moje zmieniające się nastroje, jakby czytała mi w myślach, bo powiedziała:
-?Nie martw się, mamo. Pomogę ci.
Z kieszeni na biodrze wyjęła niebieskie kazoo, które znalazła w biurze,
i zaczęła na nim grać, żeby poprawić mi humor przez kilka ostatnich
metrów dzielących nas od domu. Przenikliwy, brzęczący dźwięk zaniepokoił
ptaki siedzące na pobliskich drzewach. Wszystkie wzbiły się w powietrze,
z irytacją trzepocząc skrzydłami, i ochrypłymi krzykami protestując
przeciwko zakłócaniu ich popołudniowej drzemki.
Osłoniłam oczy, zahipnotyzowana wirującą czarną chmurą ptaków, które
unosiły się i opadały na prądach wilgotnego powietrza. Becca również
wpatrywała się w ten widok szeroko otwartymi, pełnymi zachwytu oczami.
Jeden ptak wyrwał się ze zwartej formacji, a jego cień padł na nasze
złączone dłonie. Zarys jego głowy i zakrzywionego dziobu wskazały nam na
chodniku drogę do frontowych drzwi.
Nagle zrobiło się zimno. Zadrżałam. Ciekawa, co spowodowało ten raptowny
spadek temperatury, spojrzałam w górę, sądząc, że zobaczę chmury
zasłaniające słońce.
Okazało się jednak, że ze świata zniknęły wszystkie kolory. Delikatny
kolor tynku na domu, zielony baldachim drzew, plamy błękitu wysokich
ostróżek i kosaćców na rabatach z bylinami -?wszystko stało się szare
jak wyblakła fotografia zamglonego Londynu z lat czterdziestych. Moja
perspektywa również uległa zmianie. Dom nagle stał się zbyt wysoki i szeroki, a drzewa zbyt niskie. Typowe letnie aromaty zieleni zastąpił
wyraźny petrichor, a wraz z nim w powietrzu pojawiła się ledwie
wyczuwalna siarkowa nuta. Zwykłe dźwięki -?ruch uliczny, śpiew ptaków,
warkot kosiarek -?były teraz bardzo głośne, podobnie jak bicie mojego
serca, kiedy ogarnęło mnie dziwne uczucie.
Moc, kłująca i złowieszcza, wypełniła moje żyły w odpowiedzi na falę
magicznej energii, która otoczyła nas tym odbarwionym całunem.
Przyciągnęłam Beccę do siebie i osłoniłam ją własnym ciałem.
Samotny ptak, który wcześniej szybował nad naszymi głowami, spadł na
ziemię tuż przed nami, z rozpostartymi skrzydłami i głową przekrzywioną
pod kątem, który świadczył o tym, że przy uderzeniu skręcił sobie kark.
Zakrzywiony, hebanowy dziób i nastroszone pióra na podgardlu wskazywały,
że był to kruk.
Szelest skrzydeł wypełnił moje uszy, gdy jego towarzysze wylądowali na
gałęziach pobliskiego drzewa -?ciemne, ostre reliefy w upiornym świecie,
rząd sylwetek jakby wyciętych z czarnego papieru. Były ich dziesiątki.
Przez umysł przeleciało mi wszystko, co wiedziałam o znaczeniu kruków w kontekście magicznym, mitycznym i alchemicznym. Ci posłańcy między
światem umarłych a światem żywych często symbolizowali pierwszy krok w alchemicznej przemianie prowadzącej do kamienia filozoficznego.
Niektóre tradycje przypisywały krukom moc przepowiadania przyszłości.
Nie miałam pojęcia, co oznacza śmierć kruka na czyichś oczach, ale
zapewne nic dobrego.
Po chodniku rozlała się kałuża krwi, gęstej i szkarłatnej. Z chwilą gdy
ptaka całkiem opuściła siła życiowa, świat odzyskał kolory. Dżinsowe
szorty Bekki znów były niebieskie. Gałązki kwiatów na mojej bluzce na
powrót przybrały różowe i jasnożółte odcienie, a irysy swoją zwykłą
barwę indygo.
-?Ten ptak nie żyje, prawda?
Becca zerknęła z moich objęć na nieruchomego kruka, którego oczy były
nadal otwarte i w nas wpatrzone. Jej nozdrza rozszerzyły się na zapach
jego krwi, na twarzy pojawił się wyraz głodu, przez co wyglądała w każdym calu jak wampir. Domagała się krwi już jako niemowlę i chociaż z czasem jej żarłoczność osłabła, miedziany zapach nadal budził w niej
pragnienie.
-?Tak. -?Czerwona kałuża mówiła sama za siebie, więc nie dało się
uniknąć prawdy.
-?Dlaczego kolory też umarły, kiedy umarł ptak? -?Oczy Bekki były tak
samo szeroko otwarte jak te martwego ptaka. W ich głębi dostrzegłam
mroczną iskrę, której nigdy wcześniej nie widziałam.
-?Co masz na myśli? -?zapytałam ostrożnie. Nie chciałam, żeby udzieliły
się jej moje obawy związane z wydarzeniami tego popołudnia.
-?Wszystko zrobiło się szare jak popiół w kominku -?wyjaśniła Becca. -
Nie widziałaś tego?
Skinęłam głową, zaskoczona, że moja córka też to zauważyła.
Spostrzegawczością ustępowała jedynie Matthew, ale w przeciwieństwie do
Pipa zazwyczaj nie była wyczulona na wirujące wokół niej magiczne siły.
-?Czy to była magia? Nie wyglądała jak twoja, mamo.
-?Tak, kochanie, myślę, że tak -?odpowiedziałam.
Jakakolwiek magia nawiedziła tę okolicę New Haven, teraz już się
wycofała. Mimo to chciałam bezpiecznie znaleźć się w domu, z dala od
martwego ptaka i cienia, który rzucił na mnie i moją córkę.
Nim zdążyłam pokierować Beccę we właściwym kierunku, stado kruków
siedzących na drzewach zaintonowało pieśń żałobną. Ich śpiew składał się
z krzyków pełnych bólu, gardłowego krakania, bulgoczących chichotów i ochrypłych wrzasków. Jeden szczególnie duży ptak wzbił się w powietrze.
Powolny, ciężki ruch jego skrzydeł uciszył pozostałe. Kruk otworzył
dziób i wydał z siebie głos przypominający dzwon. Wysoki i mocny,
zastąpił wcześniejszą kakofonię żalu i rozpaczy.
Duże ptaszysko wylądowało przed nami na chodniku, lekko i pewnie. Jego
pióra lśniły głęboką czernią z nutą ciemnego granatu, która przypominała
mi włosy Bekki, a jego szyja tak się nastroszyła, że wyglądał, jakby
nosił czarną kryzę. Trzasnął potężnym dziobem i przekrzywił głowę na
bok.
Becca odwzajemniła gest i ruszyła w jego stronę.
-?Ostrożnie -?szepnęłam, niepewna intencji tego stworzenia.
Kruki siedzące na drzewach zakrakały oburzone, że ktoś mógł je posądzić
o zamiar skrzywdzenia dziecka.
Becca ukucnęła przy martwym ptaku. Jego żywy towarzysz w kilku
podskokach zmniejszył dystans między nimi, po czym zaczął kroczyć w tę i z powrotem, wyrzucając z siebie bulgotliwy ciąg dźwięków. Następnie
wyjął coś z dzioba nieżywego kruka i upuścił to przed moją córką.
Ta rzecz nie zabrzęczała metalicznie, ale wyglądała jak pierścień. Choć
raczej taki, który pasowałby tylko na bardzo szczupły palec.
-?Nie dotykaj tego! -?krzyknęłam. Ciotka Sarah Bishop nauczyła mnie,
żeby nigdy nie ruszać nieznanych magicznych przedmiotów, a ja zwykle
przestrzegałam jej zasad.
Moja córka była jednak bardziej niezależna.
-?Dziękuję -?powiedziała do kruka, nasuwając obrączkę na palec.
Pierścień zostawił na jej kostkach ślady ptasiej krwi.
Kruk zaśpiewał coś w odpowiedzi, a Becca słuchała go uważnie, kiwając
głową, jakby wszystko rozumiała. Tamsy wpatrywała się w ptaka z mojej
torby, od czasu do czasu mrugając oczami, jakby chciała otrząsnąć się ze
snu.
Podczas rozmowy mojej córki i ptaka poczułam mrowienie w lewym kciuku i między brwiami, co oznaczało, że dziwna magia wcale się nie wycofała. Po
prostu zmieniła się w coś innego, równie nieznanego. Próbowałam zbadać
jej naturę, wysyłając w jej stronę wrażliwe czułki, ale okazała się
mglista i mętna, bez określonych zamiarów czy jakiejkolwiek
rozpoznawalnej struktury. Miała też dziwny zapach: soli morskiej, sosny,
berberysu i siarki.
-?Przykro mi, że twoja przyjaciółka zginęła -?powiedziała Becca, gdy
kruk w końcu zamilkł. -?Musi ci być bardzo smutno.
Ptak uniósł i opuścił głowę w rytm gardłowych pisków, od których pióra
na jego szyi jeszcze bardziej się nastroszyły, tak że wyglądały jak
kolce jeżozwierza.
-?Pochowamy ją na podwórku. -?Becca skrzyżowała ręce na sercu, tak jak
nauczył ją Matthew. -?Obiecuję.
Uroczysta przysięga była dużym zobowiązaniem dla tak młodej osóbki.
Zważywszy na otaczający nas czar, kruki nie przyleciały na Orange Street
przez przypadek.
Ktoś je tu wysłał, a one przyniosły prezent dla mojej córki. Na własnej
skórze przekonałam się, że z magicznymi prezentami zawsze łączą się
jakieś warunki do spełnienia.
-?Wejdźmy do środka i dajmy ptakom chwilę sam na sam z ich przyjaciółką
-?zaproponowałam delikatnie. Nadal wolałam schronić się za zamkniętymi
drzwiami niż zostać na zewnątrz i narazić się na działanie jakiegoś
skomplikowanego zaklęcia. Podałam Becce rękę, a ona ją ujęła.
-?Nie możemy! -?zaprotestowała. -?Musimy zostać, aż przyjaciele
zaśpiewają jej podczas ostatniego lotu.
Jak na dany znak, kruki siedzące na gałęziach zaintonowały kolejną
przejmującą pieśń żałobną, która tym razem brzmiała niczym grzechotanie
kości o drewno i była pełna smutku i tęsknoty. Słuchanie tych
wspaniałych ptaków było dla mnie zaszczytem. Od emocji ścisnęło mi się
gardło, bo ja również czułam ich stratę.
Becca mocniej chwyciła moją dłoń. Z jej oczu popłynęły ciężkie łzy i choć próbowała je otrzeć, mieszały się z krwią martwego kruka, tworząc
przezroczyste, słone kałuże w plamie ciemniejącej wokół niego na
chodniku.
W końcu kruki wzbiły się w powietrze, a ich żałobny chorał zmienił się w pieśń nadziei i dźwięk dzwonów znowu wypełnił powietrze. Ptaki zaczęły
szybować i krążyć nad swoją poległą siostrą, a ich pióra mieniły się
nieziemskim blaskiem.
-?Dziękuję za dostarczenie wiadomości -?powiedziała Becca do samotnego
kruka, który został na ziemi. -?Nie zapomnę.
Ptak wykonał kilka potężnych uderzeń skrzydłami i dołączył do reszty
stada. Potem wszystkie wzbiły się wyżej, aż stały się czarnymi plamkami
na tle nieba.
-?Jaką wiadomość przekazał ci kruk? -?zapytałam, z niepokojem patrząc na
martwego ptaka.
-?Powiedział, że czas wracać do domu, i dał mi to. -?Becca wyciągnęła w moją stronę lewy palec wskazujący.
Przyjrzałam się pierścieniowi najdokładniej, jak zdołałam, zważywszy na
to, że pokrywały go krew i grudki ziemi. Miejscami poczerniał ze
starości, ale gdzie indziej był biały jak kość i miał na powierzchni
otworki, przez które przepleciono grube, ciemne włókno.
-?Ale my już jesteśmy w domu. To straszne, że jego przyjaciółka zginęła,
kiedy dostarczała wiadomość, której wcale nie potrzebowałyśmy. -?Becca
znów zaczęła płakać. -?Czy to moja wina, że ona się zabiła?
-?Oczywiście, że nie. -?Przygarnęłam ją do siebie. -?Po prostu źle
oceniła odległość do ziemi.
Becca pociągnęła nosem.
-?Chodź do środka -?powiedziałam stanowczo.
-?Ale ptak... -?zaprotestowała Becca, stawiając mi opór całym ciężarem
ciała.
-?Twój ojciec zajmie się krukiem -?obiecałam.
Może i kolory powróciły, a zapachy letniego New Haven wypełniły moje
nozdrza, zastępując dziwną, żywiczną mieszankę, która towarzyszyła
krukom, ale nie było wątpliwości, że dzisiaj na Orange Street wydarzyło
się coś niezwykłego. Coś magicznego, niesamowitego i nieznanego.
Kiedy weszłyśmy do chłodnego domu o marmurowych posadzkach i wysokich
sufitach, westchnęłam cicho i oparłam się o zamknięte drzwi.
Przepełniona torba zsunęła mi się z ramienia i dołączyła do poczty
wrzuconej przez mosiężną szczelinę. Tamsy wypadła na podłogę, a Becca
rzuciła się, żeby ją złapać.
I przewierciła mnie wzrokiem. Była czujnym dzieckiem i niewiele umykało
jej uwadze, bez znaczenia, czy to była mysz szukająca jedzenia w ogrodzie, czy emocje otaczających ją ludzi.
-?Chcesz herbaty? -?zapytała.
Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że najlepszy sposób na poprawę mojego
humoru to włożenie mi książki do jednej ręki, a filiżanki herbaty do
drugiej.
-?Oczywiście, że tak! -?Roześmiałam się. -?A ty wyglądasz, jakbyś
potrzebowała czegoś na ząb. Masło orzechowe i jabłko?
To była ulubiona przekąska mojej córki. Chrupiące półksiężyce owocu
idealnie pasowały do kremowej, słonej pasty.
-?Tak, poproszę -?odparła z powagą Becca, nadal smutna po śmierci kruka.
Podniosłam torbę i korespondencję z podłogi i razem skierowałyśmy się
prosto do kuchni. To słoneczne pomieszczenie na tyłach domu było moim
ulubionym miejscem w rezydencji Marcusa, skądinąd wyłożonej tapetami i dobrze wyposażonej.
Ponieważ dla wampirów celem kuchni był komfort, a nie szykowanie
posiłków i ich spożywanie, często przy jej urządzeniu brano pod uwagę
bardziej względy estetyczne zamiast praktycznych potrzeb kucharza. W rezultacie tutejsza kuchnia sprawiała wrażenie raczej przestrzeni
mieszkalnej z dużą liczbą miejsc do siedzenia i ciepłym, zachęcającym
oświetleniem. Szafki pomalowano na wesoły zielononiebieski kolor i zachowano oryginalne szklane fronty drzwi, żeby wyeksponować kolekcję
naczyń i błyszczących kieliszków do wina.
Przed wyjściem zamknęłyśmy Ardwinnę i Apolla w dawnej pracowni
krawieckiej tuż obok kuchni. Na gryfa rzuciłam moje własne zaklęcie
maskujące, tak że wyglądał jak duży żółty labrador retriever. Oboje
powitali nas teraz chórem szczekania i gulgotów.
-?Może wyprowadzisz zwierzęta? -?zaproponowałam Becce, która nadal
obserwowała mnie czujnie niczym jastrząb. Ręce mi drżały, gdy kładłam
pocztę i torbę na kuchennym stole. Teraz, kiedy minęła tamta niesamowita
chwila z ptakami i spadł mi poziom adrenaliny, uświadomiłam sobie, w jakim napięciu się znajdowałam.
-?Dobrze, mamo. -?Becca otworzyła drzwi i wypuściła naszych pupilów na
podwórko, żeby rozprostowały nogi i obwąchały ślady pozostawione przez
inne zwierzęta z sąsiedztwa.
Zastanawiając się nad prezentem kruka i jego dziwną wiadomością o powrocie do domu, podeszłam z czajnikiem do zlewu. Byłam tak pochłonięta
próbami przypomnienia sobie wszystkich szczegółów tajemniczej magii, że
zapomniałam zdjąć pokrywkę i woda uderzyła w nią z taką siłą, że
opryskała mnie, blat i okno. Wytarłam wszystko, napełniłam czajnik i postawiłam go na kuchence. Następnie wyjęłam z szafki małą miskę na
przekąskę dla Bekki i nóż z szuflady. Wciąż rozkojarzona, omal nie
ucięłam sobie palca zamiast jabłka.
Zanim pies i gryf obwąchały wszystkie rośliny i drzewa w ogrodzie, udało
mi się bezpiecznie pokroić owoc, włożyć kilka łyżek masła orzechowego do
miski i zaparzyć sobie filiżankę ożywczej herbaty.
-?Najpierw umyj ręce -?przypomniałam Becce, gdy weszła do kuchni. Nie
chciałam, żeby krew i brud z dzisiejszego popołudnia dostały się do
wrażliwego krwiobiegu mojej córki.
W piątkę zasiedliśmy do porysowanego, ale solidnego stołu, który w czasach, gdy zbudowano ten dom, służył jako blok do krojenia. Teraz było
to miejsce, gdzie zbieraliśmy się na rodzinne posiłki, zamiast spożywać
je w dusznej jadalni. Tamsy siedziała na wysokim krzesełku, przechylona
na bok, ze zdziwioną miną i zapinanym na sprzączkę butem dyndającym na
jej nodze. Ardwinna przycupnęła jak najbliżej Bekki, na wypadek gdyby w jej stronę skierował się palec umazany masłem orzechowym albo
nadgryziony kawałek jabłka, podczas gdy Apollo ustawił się tak, żeby
jednym brązowym okiem obserwować korytarz i wypatrywać powrotu Pipa.
Mojego syna i jego gryfa łączyła tajemnicza więź, która powstawała
między tkaczami -?takimi jak Pip i ja, zdolnymi do tworzenia nowych
zaklęć -?a ich magicznymi pomocnikami. Moją towarzyszką była ognista
smoczyca, a ja nadal na myśl o niej odczuwałam ból straty. Zwolniłam
Corrę ze służby po tym, jak pomogła mi uratować życie Matthew.
Becca nie miała przy sobie takiej istoty. Nie byliśmy pewni, kiedy -?i czy w ogóle -?jakaś się w jej życiu pojawi. Magia naszej córki nie
rozwijała się tak szybko jak Pipa, ale Matthew i mnie wcale to nie
martwiło. Jej wampiryczne instynkty były wyostrzone, a umiejętności
łowieckie doskonałe. Tego lata jednak musiałam poświęcić więcej uwagi
rozwojowi Bekki jako czarownicy. Ostatnio tak pochłaniały mnie obowiązki
w Yale, że nie zajmowałam się magią.
Tymczasem Becca oceniła mój nastrój i najwyraźniej uznała, że się
poprawił, bo zaczęła jeść, nie wspominając ani słowem o Yale, Brendzie
ani martwym kruku. Przejrzałam pocztę dostarczoną na Orange Street. Były
to głównie rachunki, które należało opłacić przed wyjazdem.
Sortując listy, zerkałam na pierścionek Bekki. Teraz, gdy nie było na
nim brudu i krwi, dostrzegłam jego misterne rzeźbienia. Zrobiono go z kości, ale nie potrafiłam rozpoznać, jakiego pochodzenia. Czarna nić
przepleciona przez otwory nadawała mu fakturę i kolor oraz wzmacniała
delikatną ażurową konstrukcję. Wyczuwałam w nim magię i chciałem zbadać
go dokładniej.
-?Mogę obejrzeć twój pierścionek? -?zapytałam.
-?Jasne. -?Becca próbowała go zdjąć, lecz on ani drgnął. Nim zdążyłam ją
powstrzymać, włożyła palec do buzi i zaczęła go ssać, a następnie
ponowiła próbę. -?Utknął.
-?Ja spróbuję -?powiedziałam i skinęłam na nią, żeby do mnie podeszła.
Córka podała mi rękę. Czubek jej palca iskrzył się i świecił.
-?Mamo, patrz! -?Becca aż podskoczyła. -?Mój palec się pali, tak jak
twój, kiedy robisz sztuczki magiczne!
-?Widzę -?odpowiedziałam spokojnie, choć serce zabiło mi jak bęben.
Dotknęłam pierścionka, mając nadzieję, że odkryję jego sekret, ale
światło zgasło. Magia utknęła w pierścionku, tak samo jak on na palcu
Bekki.
-?Mogę poczekać na tatę i Pipa w bibliotece? -?spytała zniecierpliwiona
Becca. Tam znajdował się kolorowy papier, pojemniki z markerami, ołówki
i wszystkie drobiazgi, których używała do swoich projektów
artystycznych, a ona zdecydowanie wolała się nimi bawić niż siedzieć ze
mną w kuchni.
-?Oczywiście, że możesz -?zgodziłam się i puściłam jej palec. -
Narysujesz to, co widziałaś w Yale, żeby pokazać tacie i Pipowi, kiedy
wrócą do domu?
Becca wzięła Tamsy z krzesełka i pokręciła głową.
-?Narysuję kruka, żeby nie zapomnieć o nim i jego wiadomości. -?Becca
była wyjątkowo odpornym na wszelkie wydarzenia dzieckiem, ale śmierć
ptaka wywarła najwyraźniej na niej duże wrażenie.
-?Dobrze, kochanie. Zaraz do ciebie dołączę.
Becca pobiegła do biblioteki, a ja nadal sączyłam herbatę, wpatrując się
w nią, jakby mogła mi podpowiedzieć, co mam myśleć o stadzie kruków, ich
dziwnym zachowaniu, jeszcze dziwniejszej reakcji Bekki i nieusuwalnym
pierścieniu.
Czy magia mojej córki w końcu się budziła? Czy za kilka lat będę miała
na głowie dwoje nastoletnich tkaczy, a nie tylko jednego? Matthew z pewnością nasuną się podobne pytania, gdy znajdzie martwego ptaka na
chodniku przed domem. Na razie nie miałam żadnych odpowiedzi ani dla
niego, ani dla siebie.
Z westchnieniem wróciłam do przeglądania poczty. Rachunki. Ulotki
reklamowe. Jeszcze więcej rachunków. Szybko rzuciłam je na puste
krzesło, żeby trafiły do recyklingu. Nagle znieruchomiałam, gdy w moje
ręce trafiła gruba, kremowa koperta z włoskimi znaczkami.
To nie była niechciana korespondencja, tylko list od Kongregacji, rady
nadzorującej sprawy istot w często wrogim ludzkim świecie.
Trzymając ją w palcach, przypomniałam sobie biuro w Wenecji i pracę,
jaką tam wykonywałam, by integrować demony, czarownice i wampiry z Kongregacją, naruszając przy tym status quo i łamiąc tradycję, zgodnie z którą takimi działaniami powinien kierować członek dużej rodziny
Matthew. Obecnie dziewięcioosobowej radzie przewodniczyła moja
przyjaciółka demon Agatha Wilson, która wymyśliła wiele kreatywnych
rozwiązań odwiecznych problemów Kongregacji. Ona również zerwała z tradycją. Rodzinę reprezentował wampir Fernando Gonçalves, partner
czcigodnego i dawno zmarłego Hugh de Clermonta, a nie Matthew czy jego
starszy brat Baldwin.
Odwróciłam kopertę, spodziewając się ujrzeć oficjalną woskową pieczęć w kolorach czarnym, srebrnym i pomarańczowym w kształcie płonącego
trójkąta ze słońcem, gwiazdą i księżycem w środku. Ta jednak była cała
srebrna, a w jej centrum znajdowało się nieruchome wszechwidzące oko.
Osobisty symbol Sidonie Von Borcke, jednej z trzech czarownic w Kongregacji. Ta kobieta była zmorą mojego życia, jeszcze zanim Baldwin
mianował mnie przedstawicielem de Clermontów w owym zgromadzeniu. Kiedy
zasiadałam w radzie nadzorczej, Sidonie postawiła sobie za osobisty cel
udaremnianie wszystkich moich działań.
Przygotowana na złe wieści, złamałam pieczęć i otworzyłam kopertę. Z pękniętej pieczęci wydobył się cedrowo-różany zapach. Wysunęłam
charakterystyczny papier listowy z marmurkowymi brzegami, wykonany przez
maestro marmorizzatore w sklepie, w którym Kongregacja kupowała
artykuły papiernicze od lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. List
zaczynał się następująco:
Szanowni Państwo profesor Bishop i profesor Clairmont.
Jak Państwo wiecie, oceniamy talenty i umiejętności wszystkich dzieci,
w rodzinach których istnieje dziedzictwo wyższej magii. Ponieważ oboje
rodzice profesor Bishop pochodzą z takiej linii, uważamy, że należy jak
najszybciej przystąpić do oceny Państwa dzieci.
Sidonie się myliła. Moja matka Rebecca w okresie nastoletnim i trochę
późniejszym zajmowała się mroczniejszą magią. Po raz pierwszy spotkała
moje nemezis, a swojego rywala, Petera Knoksa, podczas jakiegoś
zgromadzenia osób aspirujących do uprawiania wyższej magii. Jednakże mój
ojciec Stephen Proctor nie wyróżniał się szczególnymi zdolnościami
magicznymi. Był tkaczem, tak jak ja, i nie potrafił wykorzystywać zaklęć
innych sobie podobnych. Ciotka Sarah mówiła mi, że nie interesował się
tą sztuką, nie mówiąc już o jej zaawansowanym praktykowaniu. Jeśli
chodzi o jego pochodzenie, przywódczyni sabatu Madison, Vivian Harrison,
twierdziła, że Proctorowie od lat nie wydali na świat jakiejkolwiek
wiedźmy albo czarownika obdarzonych prawdziwym talentem.
Skontaktujemy się z Państwem w sierpniu, by umówić się na badanie na
początku jesieni, zanim Rebecca Bishop-Clairmont i Philip
Bishop-Clairmont skończą w listopadzie siedem lat.
Z poważaniem, Sidonie Von Borcke
Zadrżałam mimo upału. Fragmentaryczne wspomnienia egzaminu u Petera
Knoxa nadal potrafiły budzić we mnie niepokój. Ten człowiek pojawił się
w Cambridge, kiedy miałam siedem lat, a moi rodzice -?którzy bez
wątpienia dostali list podobny do tego, który spoczywał w mojej ręce -
zaczarowali mnie przed jego przybyciem, wiążąc moją moc w supełki i usuwając resztki dziecięcej magii, by uchronić mnie przed
zainteresowaniem Kongregacji. Dopiero gdy znalazłam Księgę Życia i poznałam Matthew, ich zaklęcie osłabło, a wspomnienia tamtych mrocznych
dni powoli zaczęły powracać wraz ze zdolnościami magicznymi.
Lecz mimo desperackich środków podjętych przez moich rodziców
najwyraźniej wzbudziliśmy ciekawość Knoksa, bo zaalarmował Kongregację,
że coś dziwnego dzieje się w naszym domu. W rezultacie kilka tygodni
później mama i tata wyjechali do Nigerii, by prowadzić badania nad magią
rytualną i tym samym odwrócić ode mnie uwagę. Oboje zginęli tam w tajemniczych okolicznościach, których nadal do końca nie rozumiałam,
chociaż rola, jaką odegrał w nich Peter Knox i jego sojusznicy, była
oczywista. Po ich śmierci musiałam samodzielnie odkryć granice swojej
mocy, bez ich wsparcia i wskazówek.
-?Nie -?powiedziałam stanowczo. -?Absolutnie nie.
Kongregacja nie zbada magicznych zdolności bliźniaków, by je później
wykorzystać, tak jak bez powodzenia próbował to zrobić ze mną Peter
Knox. Czarownice z Wenecji nie poznają potencjału moich dzieci. Sama
porozmawiam o tym z Sidonie i innymi czarownicami.
Odwróciłam torbę do góry nogami i wysypałam z niej portfel oraz wszystko
inne, co zgarnęłam do niej w biurze, na stół kuchenny, przy okazji
rozrzucając świeżo posortowaną korespondencję i niwecząc efekty mojej
wcześniejszej pracy. Jak zwykle telefon znajdował się na samym dnie,
więc teraz leżał na małej stercie uczelnianej poczty, której jeszcze nie
przejrzałam.
Matthew był pierwszym numerem na mojej liście szybkiego wybierania. Z siłą większą niż było to konieczne, nacisnęłam przycisk na ekranie, żeby
się z nim połączyć.
-?Halo! -?Ciepły głos Matthew umocnił mnie w determinacji, by chronić
Beccę i Pipa przed Sidonie i jej poplecznikami z Kongregacji. -?Jesteś w domu?
-?Tak. I ty też musisz wrócić. Oni chcą dzieci.
-?Kto? -?Ton Matthew stał się ostry jak brzytwa.
-?Kongregacja. Dostaliśmy list. Chcą sprawdzić magiczne zdolności
dzieci. Musisz zabrać Beccę i Pipa do Starej Chaty, a ja polecę do
Wenecji i zajmę się tą sprawą.
-?Zwolnij, Diano. -?Matthew próbował mnie uspokoić, ale jego słowa nie
miały dla mnie większego znaczenia wobec powagi sytuacji.
-?Jeśli pozwolimy Sidonie przetestować dzieci, czarownice z Kongregacji
na pewno odkryją, że Pip jest tkaczem -?krzyknęłam. -?I mogą wyczuć, czy
bliźnięta też mają skłonność do szału krwi.
Była to plaga wampirów, choroba genetyczna występująca u potomków
demona, człowieka i wampira. Objawiała się niekontrolowanym gniewem,
przemocą i żądzą krwi. Mój mąż cierpiał na tę przypadłość, podobnie jak
jego prawnuk Jack. Matthew odmówił jednak przeprowadzenia na dzieciach
testów, które miałyby sprawdzić, czy one również odziedziczyły po nim tę
mutację genetyczną.
-?Nie mogę rzucić zaklęcia na Beccę i Pipa. -?Pękało mi serce i łamał
się głos. -?Nie mogę. Myślałam, że w razie potrzeby dam radę, ale teraz...
-?Już jadę -?powiedział Matthew, brzęcząc samochodowymi kluczykami.
Połączenie zostało przerwane.
W ciszy, która zapadła po naszej rozmowie, uświadomiłam sobie, jak
daleko jest teraz ode mnie moja córka. Chcąc zmniejszyć ten dystans,
zgarnęłam zawartość torby. Uczelnianą pocztę mogłam równie dobrze
przejrzeć w każdym innym miejscu.
Imponująca biblioteka Marcusa, wyłożona drewnianymi panelami, była
cichym pomieszczeniem na tyłach domu, z dala od ulicznego hałasu, i służyła nam jako pokój rodzinny. Miała okna wychodzące na ogród, regały
z książkami, kominek i stół długi jak te w Bibliotece Sterlinga.
Becca podniosła wzrok znad rysunku i zakryła go dłońmi.
-?Nie patrz, mamo. Jeszcze nie skończyłam.
-?Nie będę -?odpowiedziałam i rzuciłam swoje rzeczy na drugi koniec
stołu. -?Przysięgam.
Chociaż kusiło mnie, żeby rzucić okiem na jej dzieło, przerzuciłam stos
papierzysk, żeby odszukać swój terminarz i zacząć organizować wyjazd do
Wenecji.
Matthew kazał mi na siebie poczekać, ale nie było nic złego w zerknięciu
na daty, żeby dostosować nasz letni kalendarz do nowych okoliczności.
W końcu zlokalizowałam cienki notes i wyciągnęłam go z góry
korespondencji. Pod nim zauważyłam kopertę z listem wysłanym do mnie na
adres wydziału historii Uniwersytetu Yale. W lewym górnym rogu widniało
nazwisko nadawcy: profesor G. E. Proctor, Ravenswood, Ipswich,
Massachusetts.
Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w adres zwrotny, nie mogąc uwierzyć
w to, co widzę. Profesor? Proctor? Ravenswood? Ipswich? Sarah zapewniała
mnie, że wszyscy moi najbliżsi krewni nie żyją. Stempel pocztowy
wskazywał jednak, że list został wysłany trzy dni temu.
O ile było mi wiadomo, duchy nie miały dostępu do usług amerykańskiej
poczty. Sięgnęłam więc po list i rozerwałam kopertę wzdłuż krawędzi.
Uwolnił się z niej zapach siarki i petrichor, które wcześniej czułam
przed domem. Na grubej wizytówce zobaczyłam formalny napis: "Z biurka G.
E. Proctor", a poniżej trzy linijki skreślone pochyłym pismem, którego
już się nie uczy w amerykańskich szkołach.
Czas wracać do domu, Diano.
Twoja praciotka,
Gwyneth Proctor
To była ta sama wiadomość, którą kruk dostarczył Becce.
To nie mógł być przypadek, że obie informacje dotarły do nas z dwóch
różnych źródeł i to tego samego dnia, w którym otrzymałam złowieszczy
list od Kongregacji. Czy moja tajemnicza ciotka wysłała kruki na
wypadek, gdyby jej zaproszenie zaginęło w poczcie? Czy zaproszenie do
Ipswich mogło mieć coś wspólnego z Kongregacją?
"Profesor Gwyneth Proctor". Przesunęłam palcem po jej imieniu. Nie
wiedziałam prawie nic o rodzinie mojego ojca, więc byłam zaskoczona, gdy
odkryłam, że są wśród nich wykładowczynie akademickie.
Zajrzałam do koperty, by sprawdzić, czy nie ma w niej czegoś jeszcze.
Gdy ją przechyliłam, ze środka wypadła karta do gry. Ktoś narysował na
niej sześcioramienną rozetę, najpopularniejszy symbol apotropaiczny
używany do ochrony ludzi przed czarownicami i magią. Przypominał prosty
kwiat o sześciu płatkach. Wciąż widać było małą dziurkę w miejscu, gdzie
leżał kompas.
Gdy podniosłam kartę, nici na mojej lewej dłoni rozbłysły w odpowiedzi.
Zazwyczaj tkacze nosili przy sobie pęk kolorowych sznurków, które
pomagały im wiązać nowe zaklęcia z odpowiednimi mocami wplecionymi we
wszechświat. Swoje wchłonęłam podobnie jak tajemniczą Księgę Życia, tak
że stały się częścią mojego ciała i magii. Przez lata były uśpione, ale
dzisiejsze wydarzenia najwyraźniej je obudziły.
Kiedy odwróciłam kartę, zobaczyłam postać mężczyzny w ciemnym ubraniu i solidnych butach ze sprzączkami, idącego ciemną ścieżką z obu stron
porośniętą niską trawą. Nad jego głową zbierały się chmury, a on jedną
ręką wskazywał drogę. Obrazek został wycięty z jakiejś ulotki albo
książki i przyklejony do karty.
Dom, szepnął mój szósty zmysł czarownicy, gdy wpatrywałam się w wyciągniętą rękę mężczyzny.
Z koperty wysunął się jeszcze jeden świstek i opadł na moje kolana. Mały
i cienki jak chusteczka, starannie złożony na pół. W miejscu zagięcia
papier był miękki i wytarty, jakby wielokrotnie otwierano go i z powrotem składano.
Widniały na nim narysowane ołówkiem dwie splecione dłonie, na które
padał cień kruka.
Jedna dłoń należała do dziecka, druga do dorosłego i na jej palcu lśnił
misternie wykonany pierścień.
Mój pierścień. Prezent od Philippe'a de Clermonta dla matki Matthew
Ysabeau. Ja dostałam go od teściowej i od tamtej pory zawsze nosiłam.
Spojrzałam na swoją lewą rękę i porównałam ten rzadki klejnot z rysunkiem. Podobieństwo od razu rzucało się w oczy, łącznie z małymi
dłońmi trzymającymi serce z diamentem osadzonym w środku pierścienia.
Przebiegłam wzrokiem kartkę, szukając wskazówek, kto go narysował i kiedy. Na odwrocie zobaczyłam napis: Rebecca i Diana, inicjały MFP i datę: 1972.
To niemożliwe, żeby rysunek wykonany dziesiątki lat temu, jeszcze przed
moimi narodzinami, mógł tak szczegółowo przedstawiać coś, co się
wydarzyło tego popołudnia.
Na mojej lewej dłoni wyraźnie uwidoczniły się nici tkacza, ciągnąc się
od opuszków palców przez jej wnętrze aż do nadgarstka pasami bieli,
złota, srebra i czerni. W miejscu, gdzie zwyczajowo mierzy się tętno,
pojawił się utkany ze sznurków uroboros, wąż połykający własny ogon. Był
to symbol rodu de Clermont, a zarazem dziesiątego węzła tworzenia i destrukcji, który niewielu tkaczy potrafiło zawiązać. Jego ciemniejsze
barwy oznaczały wyższą magię. Spojrzałam na prawą rękę, gdzie zwykle,
gdy budziła się moja moc, ukazywały się inne kolory: brązowy, żółty,
niebieski, czerwony i zielony.
Teraz nie było po nich śladu. Wizytówka i rysunek, które przysłała
Gwyneth Proctor, przyciągnęły uwagę jedynie nici wyższej magii, której
rzadko używałam.
Wyjęłam z kieszeni pognieciony list Sidonie i przyłożyłam go do prostej
wiadomości od mojej praciotki. W jednej ręce trzymałam zapowiedź
niebezpieczeństwa i zagrożenia dla mojej rodziny, w drugiej cienką linę
ratunkową splecioną z nadziei i możliwości.
Spojrzałam na rysunek z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego
roku, na którym córka trzymała mnie za rękę, a cień kruczych skrzydeł
padał na nasze dłonie niczym błogosławieństwo. Poczułam intensywne
pragnienie czegoś, czego nie potrafiłam nazwać, i tęsknotę za miejscem,
o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ale czekała tam na mnie moja
praciotka Gwyneth Proctor.
Zgięłam palce i uroboros na moim nadgarstku poruszył się lekko tuż pod
skórą, a wokół mnie w powietrzu rozbłysły migotliwe kolory wyższej
magii.
Nie zamierzałam jechać do Anglii ani do Wenecji. Jeszcze nie teraz.
Najpierw musiałam wrócić do domu.
Rozdział 2
Usadowiłam się w jednym z głębokich foteli stojących przy kominku,
oparłam stopy na mosiężnej osłonie paleniska i jeszcze raz obejrzałam
rysunek -?dokładny w każdym szczególe -?przedstawiający wydarzenia
dzisiejszego popołudnia. Stara karta do gry, liścik od Gwyneth i oficjalne pismo od Kongregacji leżały na moich kolanach.
-?Kto to narysował? -?Becca zajrzała mi przez ramię, cicha jak pantera i ciekawa niczym kot.
-?Nie wiem. -?Zrobiłam jej miejsce na kolanach, a moja córka na nich
usiadła i wtuliła się w moje ramiona. -?Myślę, że to mógł być ktoś z rodziny dziadka Stephena.
Becca wyciągnęła rękę, a ja podałam jej rysunek, żeby mogła mu się
przyjrzeć. Wzięła go ode mnie ostrożnie, trzymając za brzegi. Phoebe
nauczyła bliźnięta, żeby bezcenne przedmioty traktować z szacunkiem, i chociaż Pip nadal potrafił zachować się nad wyraz beztrosko przy kruchej
porcelanie, Becca okazała się doskonałą uczennicą.
-?To twój pierścionek -?stwierdziła. -?Ten, który dała ci babcia
Ysabeau.
Skinęłam głową, muskając policzkiem jej gładkie włosy.
-?Narysuję to, co stało się potem. -?Becca zeskoczyła z moich kolan i wróciła do stołu i swoich przyborów do kolorowania.
A ja zajęłam się kartą do gry. Była stara, gruba i szorstka, niegdyś
biała, teraz w kolorze kości słoniowej o bursztynowym zabarwieniu. Strój
wędrowca pochodził z siedemnastego wieku, wysokie pióra na czapce,
podobnie jak wykończone koronką mankiety i kołnierz wskazywały, że
obrazek pochodzi z okresu panowania Karola I albo Karola II. Klej,
którym przyklejono go do tektury, był kruchy i pożółkły. Całość
sprawiała wrażenie, że wykonano ją chałupniczo, jakby ktoś między rokiem
tysiąc sześćset dwudziestym dziewiątym a tysiąc sześćset osiemdziesiątym
piątym sam zrobił kartę, używając nożyczek, kleju, starej talii kart i broszur.
Nie byłam pewna znaczenia samej karty. Czy było to pojedyncze rękodzieło
do przechowywania w pudełku na dokumenty albo między stronami książki,
przyklejone do tektury dla trwałości? Czy sześciopłatkowa rozeta
oznaczała, że ta dziwna karta jest jakimś magicznym talizmanem? A może
stanowiła część więk-szej talii?
Przyłapałam się na tym, że mam ochotę ruszyć za samotnym mężczyzną do
jego nieznanego celu, jakby na końcu drogi znajdowały się odpowiedzi.
Chociaż jego trasa nie była wytyczona, moje stopy aż się rwały, by wejść
w ślady pozostawione przez jego ciężkie buty i podążyć za nim krok w krok.
Wracaj do domu, mówił wędrowiec, namawiając mnie do przyjęcia
zaproszenia Gwyneth. Tam znajdziesz odpowiedzi.
Przyjrzałam się karcie jak jednemu z moich alchemicznych manuskryptów,
szukając wszystkiego, co mogłam przeoczyć. Zauważyłam wyblakłą literę,
potem kolejną. Wzdłuż górnej krawędzi ciągnął się ledwo widoczny numer.
Sięgnęłam po telefon komórkowy i zrobiłam zdjęcie, a następnie
pomajstrowałam w ustawieniach, aż na małym ekranie pojawiła się
negatywowa wersja karty. Była to sztuczka, której nauczyłam się w archiwum i która często ratowała mnie przed koniecznością oświetlania
zatartych inskrypcji ultrafioletem.
Na szczęście sztuczka zadziałała. Dzięki powiększeniu i kilku dodatkowym
poprawkom udało mi się odczytać stare napisy kursywą pochodzące z mniej
więcej tysiąc siedemsetnego roku: Ciemna Ścieżka i liczba 47.
Zaintrygowana odchyliłam się na miękkie oparcie fotela. Talie miały
pięćdziesiąt dwie karty, ale nie znałam żadnej, która nazywałaby się
"Ciemna Ścieżka", a poza tym zwykle ich numery kończyły się na liczbie
dziesięć. Talia tarota składała się z siedemdziesięciu ośmiu kart, ale
tylko pierwsze dwadzieścia dwa wielkie arkana były numerowane. Ponieważ
tę oznaczono liczbą czterdzieści siedem, nie mogła pochodzić z talii
tarota.
Nim zdążyłam rozważyć inne możliwości, zabrzęczał dzwonek i chwilę
później drzwi otworzyły się z hukiem.
Wrócił Pip. Niezależnie od tego, czy dom był pusty, czy pełen, czy
towarzyszył mu ktoś z kluczem, czy nie, mój syn nie mógł się powstrzymać
przed przekręceniem korbki u drzwi, co powodowało donośny, metaliczny
dźwięk zdolny obudzić umarłych. Po chwili z holu dobiegł szmer głosów,
następnie ostre szczeknięcie Ardwinny i gulgot Apolla, kiedy zwierzęta
popędziły na spotkanie nowo przybyłych.
-?Cześć, mamo! -?zaryczał Pip. -?Jesteśmy w domu!
-?Tatuś! -?wykrzyknęła Becca i zerwała się od stołu, by podążyć w ślady
psa i gryfa. -?Widziałeś martwego kruka?
-?Tak, księżycowy promyku -?odpowiedział jej Matthew z głębi domu. -
Gdzie twoja mama?
-?W bibliotece. -?Teraz z kolei Becca wrzasnęła: -?Mamo! Tata wrócił.
Pip też. I wujek Chris i ciocia Miriam!
-?Cześć, Diano! -?zawołał Chris. -?Chciałbym dać tym czarownicom z Kongregacji naprawdę przerażający powód do zmartwienia: wkurzonego ojca
chrzestnego!
-?Gdzie to jest? -?zapytał Matthew, stając w drzwiach biblioteki. Jego
włosy, podobnie jak u Bekki, ciemne niczym krucze skrzydła, były
nastroszone, a brwi groźnie ściągnięte nad szarozielonymi oczami.
Wzięłam ze stołu list od Kongregacji i mu go podałam.
Matthew uklęknął obok mojego krzesła i przyjrzał się mojej twarzy,
szukając na niej oznak niepokoju.
-?Załatwimy tę sprawę, mon coeur -?powiedział i musnął moją dłoń
chłodnymi ustami. -?Nie będziesz musiała rzucać zaklęcia na dzieci.
Możemy pojechać do Sept-Tours zamiast do Starej Chaty. Tam będziemy
bezpieczni, a Baldwin i Fernando to i owo powiedzą Kongregacji na temat
losu naszych dzieci.
Moi rodzice sądzili, że będę bezpieczna z Sarą w Madison, i byłam... przez
jakiś czas.
Chciałam dla Bekki i Pipa czegoś więcej niż chwilowe poczucie
bezpieczeństwa.
-?Co się stało z tamtym krukiem? -?zapytał Chris, wchodząc do
biblioteki.
Pip wyminął go biegiem, żeby mnie pocałować. Becca wpadła tuż za bratem
i od razu popędziła do stołu.
-?Przyniósł mi wiadomość, wujku Chrisie, a potem spadł na chodnik.
Zobacz! -?Becca pomachała rysunkiem Gwyneth Proctor i swoim własnym,
który przedstawiał leżącą ptasią sylwetkę obwiedzioną jaskrawą
czerwienią. -?Mama powiedziała, że to był wypadek. Ale nie jestem pewna.
Powinnam zapytać jej przyjaciela.
-?Czekaj. -?Chris zrobił zdumioną minę godną otrzymania Oscara. -
Dostałaś wiadomość od ptaka? Czyżbyś się zapisała do szkoły czarów i magii?
-?Tamto to była sowa, wujku Chrisie -?powiedziała Becca. -?A tę
wiadomość przyniósł kruk.
Ale oprócz niej kruki dostarczyły do New Haven również pierścionek.
Zdziwiłam się, kiedy nie zobaczyłam go na jej palcu, zważywszy na to, że
wcześniej nie mogła go ściągnąć.
Gdzie się podział?
-?Czekałaś na jakieś wieści od zmarłych, Diano? -?zapytała Miriam,
wchodząc do pokoju swoim zwykłym, nieśpiesznym krokiem. Była starą
wampirzycą, w razie konieczności szybką jak błyskawica, ale z natury nie
znosiła pośpiechu. -?Bo właśnie je zwykle przynoszą kruki.
-?Nie -?wymamrotałam pod nosem -?ale i tak jedną dostałam.
Moje ciche słowa przykuły uwagę wszystkich dorosłych.
-?Dzisiaj dostaliśmy ich kilka -?wyjaśniłam. -?Jedną z Wenecji, jedną od
kruka i jedną od Proctorów.
-?Od Proctorów? -?Twarz Matthew zastygła, gdy przetwarzał tę informację.
-?Myślałem, że wszyscy twoi najbliżsi krewni nie żyją.
-?Ja też tak myślałam. -?Sarah wielokrotnie mi to powtarzała.
-?Trzy wiadomości -?powtórzyła w zadumie Miriam. -?Wszystkie magiczne.
To nie może być przypadek.
-?Moja ciotka Hortense mawiała, że nieszczęścia chodzą trójkami -?rzekł
Chris złowieszczym tonem.
-?Tak samo jak prawa Newtona -?powiedziałam, żeby w zarodku zdusić te
przesądy.
-?Świnie też -?wtrącił Pip, przedstawiając dowody ze swojej dziedziny
wiedzy. -?I niedźwiedzie. I francuskie kury.
-?I muszkieterowie -?dorzuciła jego siostra i podbiegła do ojca,
trzymając w każdej ręce kartkę.
-?Ostrożnie, Becco! -?Bałam się, że zniszczy delikatny rysunek. Gdy
zerwałam się z fotela, stara karta do gry spadła na podłogę razem z liścikiem Gwyneth.
-?Co to jest? -?zainteresował się Matthew.
-?List od mojej praciotki Gwyneth Proctor. Chce, żebym wróciła do domu.
-?Tę zaskakującą informację wygłosiłam bardzo spokojnym tonem.
Matthew wpił we mnie oczy, ciemne jak burza i błyszczące. Podniosłam
upuszczone przedmioty i podałam je mężowi.
-?Do domu? -?zdziwił się Chris. -?Przecież jesteś w domu.
-?Domu Gwyneth w Ipswich -?wyjaśniłam, nie odrywając wzroku od Matthew,
który studiował wiadomość od mojej praciotki. Przy słowie "dom" lekko
załamał mi się głos. -?W Ravenswood.
-?A co z Kongregacją? -?spytał Chris, marszcząc brwi. -?Nie powinnaś
jechać do Wenecji?
-?A co z Anglią? -?wykrzyknął Pip, przerażony perspektywą zmiany
starannie zaplanowanych wakacji.
-?A co ze mną? -?włączyła się Becca. -?Kruki powiedziały, że ja też
muszę wrócić do domu.
-?Nic nie jest jeszcze postanowione -?odparłam lekkim tonem, choć byłam
zdecydowana pojechać do Massachusetts. -?Porozmawiajmy o tym po kolacji.
Nie wiem, jak inni, ale ja jestem głodna. Kto ma ochotę na kieliszek
wina?
Na wzmiankę o ciepłym posiłku bliźnięta ruszyły do kuchni razem z Tamsy
i zwierzętami. Chris i Miriam zostali w bibliotece, podobnie jak
Matthew.
-?Ipswich? -?Mój mąż uniósł brwi. -?Wybierasz się do Bostonu na
podstawie kilkuwyrazowego liściku od ciotecznej babki, której nigdy nie
poznałaś?
Oczywiście chodziło o coś więcej, i on o tym wiedział.
-?Porozmawiamy o tym po kolacji -?obiecałam.
Gdy wszyscy zebraliśmy się w kuchni, każdy zajął się swoimi piątkowymi
obowiązkami.
Rodzinny posiłek pod koniec tygodnia stał się naszą tradycją. Matthew
szykował jedzenie, a reszta z nas karmiła zwierzęta, sprzątała, włączała
sprzęt grający, żeby posłuchać jednej z playlist Chrisa, i rozstawiała
na stole talerze, sztućce, serwetki i szklanki niezbędne do nakarmienia
głodnej gromadki. Becca posadziła Tamsy w wysokim krzesełku, a lalka
obserwowała ten wir aktywności z wyniosłą miną arystokratki nadzorującej
pracę służby.
Na jej szyi, na koralowym naszyjniku, w którym się u nas zjawiła, wisiał
zaginiony kościany pierścień. Modląc się, żeby nikt nie zapytał o ten
nowy dodatek do garderoby Tamsy, nalałam każdemu z dorosłych sporą
porcję wina i sama wypiłam łyk, aby ukoić nerwy.
Wkrótce kuchnię wypełnił miły zapach cassoulet. Matthew przez cały
semestr raz lub dwa razy w tygodniu gotował całe garnki pożywnych
francuskich potraw i potem karmił nimi mnie i dzieci.
Ratatouille, potée auvergnate, wołowina i kurczak duszone w winie -
każda potrawa była pyszna i inna. Chris zaczął nazywać Matthew Julią i na jedną z naszych piątkowych kolacji przyniósł fartuszek z falbankami i kostkę masła zamiast zwyczajowego wina i kwiatów.
Zjedliśmy pyszne danie Matthew -?które Pip trafnie nazwał gulaszem
pierdzącym -?i wypiliśmy dwie butelki czerwonego wina bez żadnych
incydentów, z wyjątkiem kilku drobnych sprzeczek o wielkość porcji i ilość francuskiej musztardy, którą Pip chciał dodać do swojej, prośby
Bekki o krew, na którą nadal miała ochotę przy specjalnych okazjach,
oraz jednego bardzo głośnego puszczenia gazów przez jedno z bliźniąt.
Becca i Pip nie przestawali prowadzić niekończącej się, beztroskiej
pogawędki i dzielić się ważnymi nowinami z sąsiedztwa, takimi jak
narodziny kociąt w domu na rogu, a my, dorośli, musieliśmy jedynie iść
za ich przykładem. Matthew sam wypił całą butelkę burgunda.
Kiedy na deser podawałam lody i espresso, mój mąż już rzucał w moim
kierunku znaczące spojrzenia. Jego cierpliwość była na wyczerpaniu.
Kiedy miseczki i filiżanki zostały opróżnione, próbowałam zapędzić
dzieci na górę do łóżek, żeby się przy nich nie kłócić.
Coś mi podpowiadało, że Matthew nie zgodzi się na plan, który wymyśliłam
podczas kolacji.
-?Nie mogę jeszcze iść spać, mamo -?zaprotestowała Becca, odnosząc pustą
miskę do zmywarki. -?Najpierw muszę zająć się krukiem.
-?Twój ojciec to zrobi -?powiedziałam. Zadbałam o świeżą wodę dla
Ardwinny i napełniłam jeden z głębokich zlewów, żeby Apollo mógł zażyć
wieczornej kąpieli.
-?Nie! -?Ostry krzyk Bekki był podsycany nadmiarem cukru. -?Ja muszę to
zrobić, mamo. Obiecałam jej przyjacielowi, że ją pochowam.
Położyłam ręce na biodrach, próbując ocenić poziom zaangażowania mojej
córki w to szaleństwo.
-?A twoja maman wie, że nasze słowo jest święte -?rzekł Matthew,
wstając z krzesła. Uniósł swoją długonogą córkę w powietrze, zakręcił
nią i postawił ją z powrotem na ziemi. -?Zróbmy to porządnie, oui?
-?Oui -?potwierdziła Becca poważnym tonem.
-?Ja też mogę iść? -?zapytał ją Pip. -?I Cuthbert? -?Sfatygowanego
niebieskiego królika z długimi uszami już trzymał pod pachą.
Becca rozważyła prośbę brata.
-?Myślę, że to będzie w porządku.
-?A ja mogę się przyłączyć? Nigdy nie byłem na pogrzebie kruka.
-?Pogrzeb już się odbył, wujku Chrisie -?wyjaśniła Becca. -?Inne kruki
się tym zajęły. To będzie tylko pochówek, bo ptaki nie mają rąk i potrzebują mojej pomocy przy kopaniu.
-?Aha. -?Chris spojrzał na nas, unosząc brwi. -?Rozumiem.
-?A ja? -?Miriam już znała odpowiedź, ponieważ moja córka nigdy jej
niczego nie odmawiała. Podobnie jak Phoebe, prastara wampirzyca była dla
niej jednym ze wzorów do naśladowania i bliską powiernicą.
-?Idziesz, mamo? -?Becca zatrzymała się przy drzwiach prowadzących na
podwórko. -?Byłaś na pogrzebie, więc nie musisz się żegnać, jeśli to dla
ciebie zbyt trudne.
-?Chyba zostanę i posprzątam kuchnię. -?Musiałam jeszcze dużo zrobić,
gdybym miała nazajutrz jechać do Ravenswood. -?Idźcie. Ale potem prosto
do łóżek.
-?Tak, mamo -?odpowiedziały zgodnym chórem bliźnięta.
Zmywając naczynia, obserwowałam, co dzieje się na zewnątrz.
W szopie ogrodowej Matthew i Becca znaleźli łopatę, żeby przy jej pomocy
zeskrobać szczątki kruka z chodnika.
Miriam naradziła się z moją córką, gdzie pochować ptaka, i po długich
rozważaniach zdecydowały się na miejsce pod baldachimem majestatycznego
drzewa rosnącego pod oknem biblioteki. Był to jeden z nielicznych
okazów, które przetrwały zarazę holenderską, i sąsiedzi powiedzieli mi,
że w razie pożaru mam ratować drzewo, a dom niech spłonie.
Miriam i Chris wykopali dół, a Matthew, Becca i Pip poszli na front
budynku po ptasie truchło. Kiedy cała trójka wróciła, Becca stanęła na
czele konduktu pogrzebowego, ostrożnie trzymając przed sobą łopatę z krukiem. Pip, odpowiedzialny za Cuthberta i Tamsy, podążał za nią w roli
głównego żałobnika. Matthew zamykał procesję z rękami złożonymi na sercu
w modlitewnym geście.
Apollo, wyczuwając, że dzieje się jakaś ważna rzecz związana z innym
skrzydlatym stworzeniem, zaczął dziobać klamkę. Wypuściłam go razem z Ardwinną, a sama zostałam w otwartych drzwiach i patrzyłam, jak Becca
zatrzymuje się pod rozłożystymi konarami wiązu.
-?Żegnaj, kosie -?powiedziała ze smutkiem, stojąc obok płytkiego grobu.
Przechyliła łopatę i ptak wpadł do dołu, sztywny i lśniący. -?Odwiedzę
cię, kiedy wrócimy. Słodkich snów.
Nasza córka zdołała zorganizować wzruszającą ceremonię pogrzebową w ciągu kilku minut, wykorzystując w tym celu jedną ze swoich ulubionych
piosenek, obietnicę i kilka słów z naszego wieczornego rytuału. Moje
oczy wypełniły się łzami na widok jej empatii wobec martwej istoty i determinacji, by zapewnić jej godne pożegnanie.
-?Spakuj wszystkie moje troski i smutki -?zaśpiewał Chris głębokim
basem, dostosowując się do nastroju uroczystości i nawiązując do
fragmentu tej samej piosenki, którą Becca wplotła w swoją mowę
pogrzebową. -?Oto idę, śpiewając cicho. Żegnaj, żegnaj, kosie.
-?Tam, gdzie ktoś na mnie czeka, cukier jest słodki, i ona też. -?Miriam
dołączyła swój czysty sopran do dźwięcznego głosu Chrisa. -?Żegnaj,
kosie.
-?Pościel mi łóżko i zapal światło, przyjdę późno dziś wieczorem. -
Matthew dodał do chóru barytonową nutę, kładąc dłoń na pochylonej głowie
Bekki. -?Kosie, och, kosie, żegnaj.
Otarłam łzę z policzka. W ciszy, która zapadła, gdy przebrzmiała pieśń,
w ogrodzie zamigotały pierwsze świetliki, jakby i one również chciały
wziąć udział w ceremonii.
-?Proszę, Becco. -?Pip podał siostrze Tamsy, a ona, pociągając nosem,
ukryła twarz w rudych włosach lalki.
Chris i Miriam przysypali kruka kilkoma łopatami ziemi, a potem wszyscy
czekali na znak Bekki, że jest gotowa do odejścia.
-?Teraz już wszystko jest w porządku. -?Becca wzięła głęboki oddech i pomachała do świeżego kopczyka. -?Żegnaj, kosie. Do zobaczenia wkrótce.
Usunęłam się na bok, kiedy żałobnicy wchodzili z powrotem do domu,
nieoczekiwanie wzruszona ptasim pogrzebem.
***
-?Mój plan ma sens -?oświadczyłam, kiedy położyliśmy dzieci do łóżek,
przeczytaliśmy im obowiązkowe bajki na dobranoc i wróciliśmy do
biblioteki, gdzie czekali na nas Miriam i Chris. -?Ty zabierzesz dzieci
do Anglii albo do Sept-Tours, jeśli wolisz. Ja pojadę do Ravenswood,
żeby spotkać się z Gwyneth Proctor. Ona musi wiedzieć, dlaczego
przyleciały do nas kruki. Stamtąd polecę prosto do Wenecji i powiem
Kongregacji, żeby zostawiła nasze dzieci w spokoju. Dołączę do ciebie w Starej Chacie, jak tylko będę mogła.
Chris odstawił szklaneczkę bourbona i zerknął na mnie z niedowierzaniem.
Miriam przerwała wyciąganie korka z butelki vouvray. Para porozumiała
się wzrokiem, po czym wyraziła zgodny sprzeciw wobec mojego
niedorzecznego pomysłu.
Matthew skrzyżował ramiona, oparł się o kominek i posłał mi kolejne z serii nieprzyjemnych spojrzeń.
-?Co właściwie wydarzyło się dzisiaj, że postanowiłaś przeorganizować na
nowo nasze letnie plany? -?zapytał Matthew. -?Nie wspominając już o porzuceniu projektu badawczego i o rozpoczętym jeszcze w kwietniu
odliczaniu do wyjazdu?
-?Zastanówmy się. -?Z głuchym stuknięciem odstawiłam kieliszek z winem
na blat. -?Stado kruków otoczyło nasz dom, jeden z nich zginął, Becca
rozmawiała z jego towarzyszem, dostaliśmy list od Kongregacji, a ja
dodatkowo rysunek i kartę do gry od przedstawicielki tej gałęzi mojego
drzewa genealogicznego, która, jak sądziłam, wymarła! Nazwij mnie
wariatką, ale uważam, że zmiana planów wakacyjnych może być w tym
wypadku wskazana!
-?Masz na myśli spisek kruków -?powiedziała Miriam. -?To bez wątpienia
omen. Gdzie jest ten rysunek?
Matthew podał jej kartkę.
-?Jaki omen? -?spytałam z niepokojem. Miriam urodziła się w czasach,
kiedy odczytywanie znaków stanowiło część codziennego życia. Martwe
ptaki nie mogły oznaczać nic dobrego, ale omen brzmiał dużo bardziej
złowieszczo.
-?Przebrany za proroctwo. -?Miriam wskazała datę powstania rysunku. -?Tu
jest napisane: tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty drugi, to nieomal pół
wieku temu. Ale kruki pojawiły się dopiero dzisiaj.
-?A na odwrocie: Rebecca i Diana -?powiedziałam. -?Uznałabym, że to mama
i ja, gdyby nie pierścionek Ysabeau.
-?Więc to podwójna przepowiednia -?stwierdziła Miriam. -?Urodziłaś się
dopiero w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku. Ktoś o inicjałach MFP przewidział to wszystko: twoje narodziny, Beccę, Matthew
i kruki.
-?Ktokolwiek to był, domyślam się, że P oznacza Proctor. Może bliski
krewny Gwyneth?
-?Jak to możliwe, że tak mało wiesz o rodzinie swojego ojca? -?spytała z niedowierzaniem Miriam. -?Nigdy nie byłaś jej ciekawa?
Ja również zadawałam sobie to pytanie, ale przybrałam defensywny ton.
-?Proctorowie nigdy nie byli częścią mojego życia. Nie spędzaliśmy z nimi wakacji, ani przed śmiercią moich rodziców, ani potem. Nie
pamiętam, żeby na ich pogrzebie zjawili się jacyś krewni. Tata nigdy nie
wspominał o swojej rodzinie, więc po prostu nie zastanawiałam się nad
ich nieobecnością. Sarah twierdziła, że jedyni żyjący Proctorowie to
jacyś dalecy kuzyni.
-?Rodziny nie zawsze są wiarygodne, jeśli chodzi o ich własną historię -
zauważył Matthew.
-?Może to nie pierwszy raz, kiedy ktoś z rodziny twojego ojca
skontaktował się z wami, ale poprzednie próby spotkały się z milczeniem.
-?Jestem pewna, że ani Gwyneth, ani żaden inny Proctor nigdy nie
próbował się ze mną kontaktować. -?W przeciwnym razie oznaczałoby to, że
kiedy dorastałam, Sarah i Emily ukrywały przede mną kolejną wielką
tajemnicę.
Chociaż mówiłam z przekonaniem, dręczyło mnie jakieś wspomnienie,
pozostałość po zaklęciu rzuconym na mnie przez rodziców. Czy Em
wspomniała kiedyś o Proctorach? Nie zdążyłam podążyć za tą ulotną myślą,
bo Matthew zapytał:
-?Kiedy dokładnie Rebecca rozmawiała z krukiem? -?Spojrzenie, które mi
rzucił, nie było delikatne jak płatek śniegu, lecz przenikliwe niczym
spadający sopel lodu.
-?Po tym, jak świat zrobił się szary, a tamten kruk spadł na chodnik.
Gdy się wykrwawił, kolory wróciły. Pozostałe ptaki obsiadły okoliczne
drzewa, z wyjątkiem tego, który dostarczył wiadomość Becce. Myślę, że
był ich przywódcą.
Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby nasza córka rozmawiała z ptakami,
ale miała tak wielu wyimaginowanych przyjaciół, że mogłam to przeoczyć.
Obraz kruka skaczącego w jej stronę ponownie wzbudził moją ciekawość.
Dlaczego Becca była w stanie się z nim porozumieć, a ja nie?
-?Więc magia działała już wtedy, gdy Rebecca złożyła obietnicę. -
Matthew zaklął i usiadł obok mnie.
-?Jaka magia? -?spytała Miriam.
-?Nie jestem pewna. -?Poczułam mrowienie w lewej dłoni i wsunęłam ją pod
udo. -?Ale były w nią zamieszane kruki. Zaśpiewały bardzo smutną pieśń.
Całe stado zachowywało się jak po śmierci członka rodziny. Becca
powiedziała, że kruk, który z nią rozmawiał, był przyjacielem tego
martwego.
-?Czy kiedykolwiek zaobserwowałeś takie zachowanie podczas swoich badań,
Matthew? -?zaciekawiła się Miriam.
Mój mąż prowadził obserwacje wilków, a nie ptaków. Zdezorientowana
czekałam na jego odpowiedź.
-?Kruki dobierają się w pary, podobnie jak wampiry i wilki. Opłakują
śmierć partnera, a w żałobie często uczestniczy całe stado. W Norwegii
widziałem wyjące wilki, kiedy kruki żegnały zmarłego towarzysza.
Zmarszczyłam brwi.
-?Mówisz, jakby kruki i wilki coś ze sobą łączyło.
Matthew pokiwał głową.
-?W naturze ze sobą współdziałają. Bawią się razem, pomagają sobie w tropieniu zdobyczy, a nawet się nią dzielą. To niezwykły przykład
współpracy międzygatunkowej.
-?A propos -?odezwał się Chris -?będziemy potrzebowali ducha pracy
zespołowej, żeby stawić czoło Kongregacji. Oni się zjawią, żeby
przetestować Beccę i Pipa, niezależnie od tego, czy kruk jest martwy,
czy nie. Może powinniśmy na tym teraz się skupić, a nie na jakichś
strasznych omenach!
-?A jeśli to wszystko jest ze sobą powiązane? -?spytałam. Nawet człowiek
taki jak Chris musiał zauważyć, że całość wydarzeń z tego popołudnia
była czymś większym niż suma ich części.
-?Może i tak jest -?przyznał Chris -?ale teraz powinniśmy popracować nad
większym zaufaniem między wampirami, czarownicami i ludźmi obecnymi w tym pokoju. Przy okazji, sam chyba jestem prorokiem. Wiedziałem, że coś
takiego się wydarzy, tylko nikt z was mnie nie słuchał.
Miriam ostrzegawczo pokręciła głową, ale Chris mówił dalej.
-?Nie możemy pozwolić, by ktokolwiek, a zwłaszcza Kongregacja,
dowiedział się o Becce i Pipie czegoś, czego sami jeszcze nie odkryliśmy
i się z tym nie uporaliśmy. -?Każde kolejne słowo wypowiadał z coraz
większą pewnością siebie. -?Najwyższy czas przeprowadzić testy
genetyczne i dowiedzieć się, jakie moce i zdolności odziedziczyły
bliźnięta, zanim ktoś inny nas w tym uprzedzi.
-?Już to omawialiśmy, Chrisie -?powiedział spokojnie Matthew, ale na
jego skroni groźnie pulsowała ciemna żyła. -?Diana i ja chcemy, żeby
Rebecca i Philip rozwijali swoje talenty i umiejętności w naturalny
sposób, bez wyników badań laboratoryjnych kształtujących nasze
wyobrażenia o tym, kim mogą się stać.
Chris uniósł ręce w geście irytacji.
-?Może nie zauważyłeś, Matthew, ale w New Haven mieszka wielu bystrych i spostrzegawczych ludzi. Wiedzą, że ty i Diana jesteście inni, nawet
jeśli nie potrafią tego wyartykułować. Pip urósł w ciągu ostatniego
miesiąca o dwa centymetry, a Becca jest na dobrej drodze do opanowania
trygonometrii. Nie możesz trzymać bliźniąt w rezydencji rodziny Addamsów
do osiemnastego roku życia i mieć nadzieję, że nikt nie zauważy ich
błyskawicznego rozwoju.
Chris nie tylko oglądał zbyt dużo telewizji, ale też nie lubił domu
Marcusa.
-?Pip i Rebecca chodzą do szkoły -?przypomniałam mu, broniąc się przed
sugestią, że nasze dzieci są zamknięte w domu.
-?Myślisz, że dzięki Marii Montessori zaczną wyglądać na przeciętnych
ludzi? -?prychnął Chris.
-?To właściwie szkoła waldorfska -?sprostowałam przez zaciśnięte zęby. -
Uznaliśmy, że dla Bekki i Pipa lepszy będzie nacisk na rozwijanie
ciekawości i wyobraźni.
-?Pip ma gryfa jako pupila, D -?powiedział Chris. -?A Becca wkrótce
stanie się skrzyżowaniem Alana Turinga i doktora Doolittle'a. Nie sądzę,
żebyś musiała się martwić o ich wyobraźnię.
-?Z całym szacunkiem, Christopherze, to naprawdę nie twoja sprawa -
rzekł Matthew.
-?Z całym szacunkiem, Matthew, ale to kompletna bzdura -?odparował
Chris, podnosząc głos. -?Miriam i ja jesteśmy ich rodzicami chrzestnymi.
Tak jak i połowa rodziny. Tak czy inaczej, Chris i Miriam przysięgli
chronić nasze dzieci. Mieli prawo wyrażać swoje zdanie, jeśli chodziło o zapewnienie im jak najlepszej przyszłości.
-?Teraz nie przeprowadzimy testów -?uciął Matthew tonem sugerującym,
żeby nie naciskać. -?Kiedy skończą osiemnaście lat, same zadecydują, czy
chcą zostać obiektem badań.
-?A Kongregacja zgodziła się na twój harmonogram? -?zapytała Miriam. -
Bo zgadzam się z Chrisem, że czas poznać prawdę.
Zamiast odpowiedzieć Matthew upił łyk wina.
Tymczasem moje spojrzenie padło na stary barek, na którym ustawiliśmy
rodzinne fotografie. Ysabeau i Philippe ze szczęśliwych czasów podczas
olimpiady w Paryżu w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym obok zdjęcia ze
ślubu moich rodziców. W tle widoczni byli moi dziadkowie ze strony
matki, promieniejący radością. Phoebe rzucająca swój ślubny bukiet w tłum życzliwych osób zgromadzonych w ogrodzie Freyji, a obok niej
roześmiany Marcus. Stało tam również kilka fotografii Sary i Em, a także
Jacka i Fernanda, uśmiechniętych od ucha do ucha na portugalskiej plaży.
Bliźnięta uchwycono w beztroskich chwilach wczesnego dzieciństwa: Pipa
podczas pierwszej jazdy trójkołowym rowerkiem w czasie wycieczki na
farmę, Bekkę i mnie bawiące się w kosi, kosi, łapci, Matthew czytającego
im bajkę na dobranoc. Jedynym przedstawicielem rodziny Proctorów
uwiecznionym na zdjęciach był mój ojciec. Nigdy mi nie wyjaśnił,
dlaczego jego rodzice nie pojawili się na żadnej ze ślubnych fotografii,
a ja założyłam, że umarli, zanim on i mama się pobrali. Kiedy byłam już
na tyle duża, żeby zadawać pytania, on również już nie żył. Praciotka
Gwyneth musiała wiedzieć, gdzie mnie znaleźć, lecz aż do tej pory się ze
mną nie kontaktowała. Może nie była twórczynią skomplikowanego planu,
którego realizacja najwyraźniej się zaczęła, ale odgrywała w nim
decydującą rolę.
-?Gwyneth Proctor jest kluczem do wszystkiego -?powiedziałam bardziej do
siebie. -?Znaczenie ma jej wiadomość. Wiedziała, że kruki tu lecą.
Musiała też wiedzieć o Kongregacji. Moja cioteczna babka ma jeszcze
więcej rzeczy do ujawnienia, bo inaczej nie zapraszałaby mnie do
Ravenswood.
-?Krewna Proctorów byłaby darem niebios z genetycznego punktu widzenia -
stwierdził z podekscytowaniem Chris. -?Jej krew mogłaby odpowiedzieć na
wiele pytań dotyczących DNA dzieci.
-?Nie teraz, Chrisie. -?Miriam położyła mu rękę na kolanie.
On jednak nie dał się uciszyć.
-?Wyniki rzuciłyby światło na niejasności w genomie Diany, których nadal
nie rozumiemy. -?Chris był coraz bardziej podniecony perspektywą jeszcze
większych odkryć. -?Gwyneth nie może być jedyną Proctor w Ipswich. Musi
być ich więcej. Mogę jechać z tobą?
Myśl o pojawieniu się w Ravenswood z wiaderkiem patyczków do wymazów i Chrisem Robertsem była nie do zniesienia.
-?Nikt ze mną nie jedzie -?powiedziałam stanowczo. -?Gwyneth zaprosiła
tylko mnie do Ravenswood. Cokolwiek ma do powiedzenia, to sprawa
rodzinna. Raczej nie zechce dzielić się nią z obcymi.
-?Jedziemy z tobą do Ipswich -?oznajmił Matthew.
Chris przybił mu piątkę.
-?Ty nie -?uciął Matthew, niwecząc jego nadzieje. -?Tylko Rebecca,
Philip i ja. Ta rzekoma krewna może chce cię zwabić w pułapkę.
Rzekoma krewna? Pułapka?
-?Nie ma żadnego wielkiego spisku istot podszywających się pod członków
mojej rodziny -?odparłam pierwszą z absurdalnych uwag Matthew. -?Gwyneth
Proctor musi mieć ponad dziewięćdziesiąt lat. Wątpię, żeby rozsypała
worek okruszków chleba między Connecticut a Massachusetts, żeby złowić
mnie w sieć.
Sądząc po wyrazie jego twarzy, Matthew nie wykluczał żadnego podstępu ze
strony Gwyneth Proctor. Powstrzymałam się od kąśliwej riposty.
-?Musisz postawić bliźnięta na pierwszym miejscu, Matthew -?powiedziałam
zdecydowanym tonem. -?A jeśli nie chcesz jechać do Anglii beze mnie, to
oznacza, że zostaniesz tutaj, w New Haven. Dzieci nie powinny zbliżać
się do Ravenswood, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej.
-?Ona ma rację, Matthew. -?Miriam okazała się nieoczekiwaną, ale mile
widzianą sojuszniczką.
-?Moja nieobecność nie potrwa długo -?dodałam łagodniej. -?Najwyżej
kilka dni.
-?Dobrze. -?Matthew niechętnie ustąpił. -?Zostanę tu z dziećmi, a ty
przesłuchasz Gwyneth Proctor.
Mówił o rodzinnym spotkaniu jak o operacji wojskowej.
-?Ale musisz mi obiecać, że wyjedziesz natychmiast, jeśli poczujesz, że
coś jest nie tak, i pozostaniesz z nami w kontakcie. Po twoim powrocie
zdecydujemy, co robimy z Kongregacją i naszymi planami na lato.
Czas wracać do domu.
Dziwne zaproszenie Gwyneth krążyło mi po głowie. Nie wiedziałam, dokąd
zaprowadzi mnie wybrana droga ani co zastanę na miejscu, ale bardzo
chciałam podążyć za tajemniczym wędrowcem w kapeluszu z piórami i w butach zapinanych na sprzączki.
-?Niedługo wrócę -?powtórzyłam, żeby go uspokoić. -?Najdalej w poniedziałek albo we wtorek. Obiecuję...
Matthew uciszył mnie jednym spojrzeniem.
-?Nie składaj obietnic, których możesz nie dotrzymać, moja lwico.
***
Tej nocy, pod ciemnym księżycem, złożyłam swoim ciałem obietnice,
których Matthew nie był skłonny -?ani zdolny -?uciszyć. Każdym
delikatnym dotykiem i muśnięciem ustami jego ciała obiecywałam jeszcze
więcej.
Więcej zażyłości wolnej od zbyt długo skrywanych tajemnic.
Więcej zaufania wolnego od strachu, który sprawiał, że życie wydawało
się nie do zniesienia.
Więcej miłości, niewyobrażalnie więcej miłości, by wypełnić wspólne dni,
które nam pozostały.
Matthew odpowiedział na moje obietnice własnymi. Że nawet głęboko
skrywane sekrety nie zagrożą naszej miłości. Że nic nie jest niemożliwe,
o ile razem stawimy czoła wyzwaniom. Że nic nie powstrzyma nas przed
pełnym wykorzystaniem każdej chwili. Bezksiężycowa noc otuliła nas
aksamitem, kiedy w końcu byliśmy nasyceni i spokojni. Wtuliłam się w ramiona Matthew i wyciągnęłam wzdłuż jego ciała. Znajome linie koiły
chłodem, do którego przywykłam, żyjąc z wampirem.
-?Niedługo wrócę -?szepnęłam jeszcze raz, całując miejsce nad jego
sercem.
Matthew nie powiedział ani słowa, tylko przytulił mnie mocniej, a ja
zapadłam w sen pełen marzeń.
Rozdział 3
Znak na trasie nr 1, który przemknął za moim oknem, pokazywał, że jestem
siedem mil od Ipswich i tylko osiem mil od Salem. Cienie rzucane przez
pętle, które kiedyś wisiały na Gallows Hill, były tak długie, że czułam
ich chłód.
Nie był to mój pierwszy raz w Ipswich. Matka kiedyś się uparła, żebyśmy
zatrzymali się tam w drodze na letnie wakacje w Maine i zjedli smażone
małże w legendarnej restauracji Clam Box. Tata był wyjątkowo
rozdrażniony i nie przebierał w słowach podczas jazdy z Cambridge,
ponieważ wolał jak najszybciej dotrzeć do małej chatki w East Boothbay,
z minimalną liczbą przystanków na zakupy lodów i antyków. Siedziałam na
zewnątrz przy stole piknikowym i popijałam mrożony napój korzenny,
podczas gdy oni odbierali jedzenie w okienku. Ich podniesione głosy
niosły się aż na parking, a ja oblałam się rumieńcem wstydu na myśl, że
wszyscy mogą usłyszeć ich kłótnię.
Nie pamiętałam, o co się kłócili, ale teraz zaczęłam podejrzewać, że
mogło to mieć coś wspólnego z bliskością rodziny taty.
Zjechałam z głównej trasy na starą drogę z Topsfield do Ipswich,
zostawiając za sobą centra handlowe, pizzerie i sieciówki z pączkami.
Gdy ruch uliczny zmniejszył się do minimum, otoczyła mnie cisza, a neonowe reklamy sklepów rozjaśniające północne przedmieścia Bostonu
ustąpiły miejsca rozległym starym posiadłościom z zielonymi trawnikami.
Mijanie osiemnastowiecznych domów, o świeżo nieskazitelnie pomalowanych
ścianach, i drewnianych płotów było jak powrót do przeszłości.
Wjechałam do centrum Ipswich Market Street, jedną z głównych arterii
miasta, i zaparkowałam samochód na parkingu przed dobrze prosperującą
kawiarnią Spragniona Koza. Na zewnątrz, pod szyldem z wizerunkiem kozy w siedemnastowiecznym stroju, przechylającej głowę do tyłu, by opróżnić
kielich, stoliki okupowała bardzo różnorodna grupa mieszkańców: młode
matki z dziećmi w wózkach, popijające latte, stare wilki morskie w kombinezonach i znoszonych czapkach baseballowych, ściskające w rękach
papierowe kubki z parzącym napojem i ludzie z laptopami, stukający w klawiaturę i sączący mokkę. Spragniona Koza ewidentnie stanowiła serce
lokalnej społeczności.
Było to również idealne miejsce, by zapytać o drogę do Ravenswood.
Chociaż po opuszczeniu New Haven wpisałam kod pocztowy Gwyneth i nazwę
mojego celu, nawigacja doprowadziła mnie do centrum miasta. Bez nazwy
ulicy i numeru domu musiałam polegać na wiedzy miejscowych, żeby znaleźć
ciotkę.
Wyłączyłam silnik i wzięłam torbę z fotela pasażera. Rozpaczliwie
potrzebowałam gorącej herbaty, by nabrać odwagi przed pierwszym
spotkaniem z Gwyneth Proctor.
Kiedy moje stopy dotknęły chodnika, wyczułam w powietrzu delikatne
mrowienie, jakby tysiące czarownic posłało mi całusy. Rozejrzałam się po
tłumie, wypatrując wśród wózków dziecięcych i czapek z daszkiem źródła
tego sygnału ostrzegawczego, ale nie mogłam go zlokalizować.
Moje zmysły były napięte do granic, gdy weszłam do kawiarni. Było to
wesołe miejsce z wysokim belkowanym sufitem. Świeża biel krokwi ciągnęła
się w dół i na wysokości krzeseł spotykała z czerwienią paneli. Na
ścianach wisiały prace lokalnych artystów.
Przytulna atmosfera zmieniła się w chłodną, gdy poczułam na sobie
spojrzenie czarownicy. Potem kolejne.
Za kawiarnianą ladą stały dwie. Jedna miała niesforne czarne włosy
upięte w kok i kolczyk w nosie. Jej ramiona pokrywały tatuaże: księżyc w nowiu, pióro sowy, ćma, karta tarota i wiele innych, częściowo ukryte
pod rękawem czarnego T-shirtu. Na fartuchu było wyhaftowane imię -?Ann -
i kolorowy wizerunek Arcykapłanki z talii tarota Rider-Waite. Druga
czarownica emanowała większym chłodem i nieprzystępnością. Na fartuchu
zobaczyłam imię Meg i Królową Monet, a na plakietce napis: Komisja
Kwalifikacyjna Sabatu.
Nawet najbardziej tępi ludzie nie mogli nie zauważyć, że to są
czarownice. Jakby na potwierdzenie, dostrzegłam jeden z profesjonalnych
włoskich ekspresów do kawy, które tak uwielbiał Matthew. Co prawda nie
był to kociołek, ale był czarny i stał w widocznym miejscu. Od czasu do
czasu wydobywała się z niego chmura pary. Na tabliczce przyklejonej do
urządzenia widniała informacja: "Nie serwujemy cappuccino podczas
balsamicznego księżyca z powodu wahań napięcia. Skargi prosimy kierować
do sabatu w Topsfield".
-?W czym możemy pomóc? -?Ann mówiła energicznym tonem, starannie
kontrolując swoją moc. Nie taką nieokiełznaną jak moc czarownic żywiołów
z Londyńskiej Rady ani delikatną i precyzyjną jak u tkaczy tworzących
nowe zaklęcia. Skojarzyła mi się z dobrze wytrenowaną, magiczną
łyżwiarką, która cierpliwie rysuje na lodzie skromne figury obowiązkowe,
by później z łatwością wykonać poczwórny skok.
Uśmiechnęłam się promiennie.
-?Poproszę gorącą herbatę z mlekiem, bez cukru. Na wynos. -?Byłam
wdzięczna, że mojego zamówienia nie ograniczała faza księżyca, bo nie
miałam pojęcia, w jakiej obecnie znajduje się nasz satelita.
-?Naszą specjalnością jest herbata Napar Czarownicy. Nie ma jej w menu,
ale to ulubiony napój w miasteczku. -?Meg uśmiechnęła się sarkastycznie,
a jej spojrzenie stało się bardziej intensywne. Miała dziwne, cętkowane
oczy o różnych odcieniach: zielonym jak szkło morskie i brązowym jak
kora drzewa, mieszanka wody i ziemi.
-?Nie macie oka traszki? -?zapytałam słodkim tonem, szukając w torbie
portfela.
-?Tylko w sorbecie -?padła szybka odpowiedź z ust Ann.
-?English Breakfast będzie w sam raz. -?Nie dałam się wciągnąć w ich
grę. Te dwie kobiety mogły sobie do woli straszyć turystów, którzy
przypadkiem dotarli tutaj z pobliskiego Salem, ale ja nie zamierzałam
ich do tego zachęcać.
-?Coś jeszcze? -?spytała Meg, podejrzliwie mrużąc oczy.
-?Wszystko w porządku, Meg? -?odezwała się drobna kobieta o kruczoczarnych włosach przyprószonych siwizną, trzymająca parasolkę dla
ochrony przed słońcem. Gdy weszła do kawiarni, moc i magia ciągnęły się
za nią jak tren Kopciuszka na balu. Przyjrzała się nam zza okrągłych,
różowych okularów.
-?To tylko niespodziewany gość -?powiedziała Ann, kładąc lekki nacisk na
ostatnie słowo. Miała na myśli czarownicę. Czy sabat w Ipswich wymagał
magicznych paszportów dla istot takich jak ja?
-?Wszystko pod kontrolą, Goody Wu. -?Meg wyraźnie się zjeżyła na tę
niepożądaną ingerencję.
"Goody" było przestarzałą formą zwracania się do kobiet, której nie
słyszałam w społeczności czarownic od czasu, gdy trafiłam do
elżbietańskiego Londynu.
-?Och, nie sądzę -?powiedziała cicho pani Wu, wydychając strumień
iskrzącego się powietrza o barwie szkła morskiego. Gdy do mnie dotarł,
jego smużki załaskotały mnie w uszy i wśliznęły się do nosa. -?Wręcz
przeciwnie.
Ile czarownic było w tym mieście? Przebywałam tutaj od niecałych
dziesięciu minut, a spotkałam już trzy.
-?Dzień dobry! -?Do środka weszła wysoka, smukła czarownica, kolejna do
mojej listy.
Na głowie miała różowy płócienny kapelusz ozdobiony gryfem, a na sobie
kraciaste szorty z rodzaju tych, jakie moja matka nosiła na początku lat
osiemdziesiątych, kiedy w modzie był styl ponadczasowej klasyki z odrobiną luzu. Spod kapelusza wystawał nieuporządkowany kucyk blond
włosów w szarym odcieniu, w większości schowanych pod dużym rondem. Z emaliowanej przypinki wynikało, że nowo przybyła jest Mistrzynią
Ceremonii Sabatu. Kiedy się zbliżyła, stwierdziłam, że jej energia i zwinność w połączeniu z delikatnymi rysami twarzy są mylące, bo z daleka
wydawała się znacznie młodsza niż sugerowały drobne zmarszczki wokół
oczu.
-?Witaj w domu, kuzynko!
Rozejrzałam się, by zobaczyć, kogo wita czarownica. Po niezręcznej
pauzie uświadomiłam sobie, że mówiła do mnie.
-?Cześć. -?Pomachałam jej niepewnie.
Czarownica objęła mnie serdecznie, w ferworze zrzucając sobie z głowy
kapelusz.
-?Jestem Julie Eastey -?szepnęła mi do ucha. -?Po prostu graj swoją
rolę, a ja cię stąd wyciągnę.
Nazwisko Eastey budziło respekt w tej części Massachusetts, podobnie jak
Bishop i Proctor. Do tej starej rodziny z hrabstwa Essex należały cztery
ofiary paniki w Salem. Jeśli Julie rzeczywiście była moją kuzynką, lista
krewnych uwikłanych w tamte mroczne wydarzenia wzrosłaby wykładniczo.
-?Świetnie, że cię tu spotkałam. -?Julie odsunęła mnie od siebie, żeby
lepiej mi się przyjrzeć. Promieniała dumą, ale w jej jasnoakwamarynowych
oczach pojawił się ostrzegawczy błysk. -?Ciocia Gwynie na ciebie czeka.
Wysłała mnie do miasta, żebyś się nie zgubiła.
-?Gwyneth nie wspominała podczas naszego ostatniego spotkania, że
spodziewa się gości. -?W głosie pani Wu pobrzmiewała nuta
podejrzliwości.
Z pewnością nie miała na myśli komitetu rodzicielskiego ani lokalnego
klubu ogrodniczego.
-?Jest lato, Katrino. Sama wiesz, jak to jest. -?Julie lekceważąco
machnęła ręką. -?W Ipswich roi się od turystów. Ale nie dzisiaj! To
pewnie dzień pogańskich rabatów. Widzę, że poznałaś Meg i Ann.
Kolejna para czarodziejskich oczu wpiła się w moje plecy.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że wyjście blokuje kobieta w wieku około
czterdziestu lat, w granatowym kostiumie i śnieżnobiałej bluzce. Nosiła
taką samą charakterystyczną listonoszkę Coach z brązowej skóry, z klapką
i mosiężnym zamkiem, z jaką moja mama codziennie jeździła na Harvard.
Towarzyszyła jej starsza czarownica o kręconych siwych włosach, o różowym zabarwieniu pasującymi do kardiganu.
-?O, spójrzcie, przybyły Hitty Braybrooke i Betty Prince! -?wykrzyknęła
radośnie Julie, ale nieznacznie zmrużyła oczy. -?Ruchliwy dzień w Spragnionej Kozie.
-?Dzwoniłaś? -?spytała Hitty, zwracając się do Ann.
Ktoś nacisnął niewidzialny przycisk alarmowy, by powiadomić społeczność
o pojawieniu się w mieście obcej czarownicy.
Betty przyjrzała mi się z nieskrywaną ciekawością.
-?Czy to... Bishop?
-?Moja kuzynka, Diana Bishop, tak. -?Julie objęła mnie ramieniem i ścisnęła tak mocno, że aż się skrzywiłam. -?Przyjechała odwiedzić
Gwynie.
-?To niepokojące uchybienie proceduralne -?stwierdziła Hitty. -?Gwyneth
powinna była nas powiadomić, żebyśmy mogły podjąć odpowiednie środki
ostrożności. Poruszę tę kwestię na kolejnym spotkaniu. -?Chociaż nie
nosiła identyfikatora jak Meg i Julie, podejrzewałam, że jest
reprezentantką sabatu, nieszczęsną czarownicą, która musiała opanować
wszystkie zasady i przepisy.
-?Środki ostrożności? -?Julie parsknęła. -?Na boginię, to nie rok tysiąc
sześćset dziewięćdziesiąty drugi, Hitty. Daj Dianie spokój.
Dzwony w mieście wybiły pierwszą.
-?Już tak późno? -?przeraziła się Julie. -?Musimy jechać do Ravenswood.
Gwynie o trzeciej idzie na drzemkę, a chciała najpierw z tobą
porozmawiać.
Odwróciłam się do drzwi.
-?Nie zapomnij herbaty. -?Meg podała mi papierowy kubek z kozą w logo.
Zawahałam się, bo korciło mnie, żeby wyjść bez niego. Meg uśmiechnęła
się zadowolona jak kot.
-?Dzięki. -?Podeszłam do lady, wyrwałam jej kubek z ręki i ruszyłam
prosto do drzwi. -?Gotowa?
-?Jak nigdy! -?odpowiedziała Julie. -?Gwynie już nie może się doczekać
najnowszych plotek.
Ann zrobiła wielkie oczy na te słowa.
-?Przewiduję, że to będzie ciekawe lato. -?Pani Wu zwróciła się z tym
proroctwem do klientów kawiarni -?ludzi i wiedźm -?którzy z zainteresowaniem obserwowali rozwój wydarzeń.
-?A ty nigdy się nie mylisz! -?rzuciła Julie przez ramię, biorąc mnie za
łokieć i prowadząc obok Hitty i Betty. -?Katrina jest przewodniczącą
komisji wróżbiarstwa i przepowiedni, Diano. Zawsze wie, co przyniesie
przyszłość.
-?Na pewno jeszcze się spotkamy. -?Oczy pani Wu zamgliły się na tę myśl.
-?Do zobaczenia, Diano Bishop.
***
Gdy znalazłyśmy się na chodniku, wypełniłam płuca powietrzem wolnym od
magii. Moc obecna w Spragnionej Kozie aż dusiła, więc czysty, słony
zapach morskiej bryzy był czymś nader przyjemnym.
-?Idź dalej. -?Miłe zachowanie Julie zmieniło się od razu po wyjściu z kawiarni. -?Musimy uciekać, zanim Meg zacznie obdzwaniać cały sabat, bo
inaczej będą nas zatrzymywać na każdym skrzyżowaniu. Który to twój
samochód?
Wskazałam na dużego, czarnego Range Rovera.
-?Oczywiście, że ten. -?Julie pokręciła głową. -?Wampiry. Konsumpcjonizm
i brak szacunku dla środowiska.
Otworzyłam usta, żeby bronić wyboru Matthew, ale Julie mnie uprzedziła,
mówiąc:
-?Jedź za mną. Będę w tamtej niebieskiej ciężarówce. -?Wskazała na drugą
stronę ulicy, gdzie pod ostrym kątem na miejscu przeznaczonym dla
motocykli stał pastelowoniebieski zabytkowy Ford.
Julie poczekała, aż zamknę drzwi auta, po czym przemknęła przez szosę
między pojazdami. Gdy znalazła się w swojej ciężarówce, wykonała
zadziwiająco szybki zwrot bez zderzenia się z nadjeżdżającymi
samochodami i stanęła obok mnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki