Prolog
Ciemno. Tak bardzo ciemno. Czerń była tak głęboka, że zalewała jej umysł, nie pozostawiając w nim nic oprócz strachu. Obezwładniał, paraliżował tak mocno, że nie mogła ruszyć nogami. Ciało Iwony Jastrzębskiej było jak z waty, jakby należało do kogoś innego. A może w ogóle go nie było? Może pochłonęła je ciemność? "Boże, Boże" - powtarzała w myślach, czując, jak rozlewa się w niej trudny do wytłumaczenia żal. Lękliwie wyciągała przed siebie ręce, te napotykały jednak pustkę. Zdecydowała się zrobić krok. Jeden mały krok. I jeszcze jeden. Przesuwała się powoli, macając przestrzeń, aż jej palce dotknęły zimnej, gładkiej tafli ściany. Z pewną ulgą wypuściła powietrze i wzięła kilka szybkich haustów powietrza. Starała się nie myśleć o jaskini. O labiryncie korytarzy, które mogły się zapaść. O tym, jak głęboko pod ziemią się znajdowała. O tym, ile istnień zabrała ze sobą.
O tych wszystkich duchach, które tu grasowały.
Zmobilizowała resztki sił i krzyknęła:
- Jest tu ktoś?! Ktokolwiek?!
Pisk w uszach był tak potężny, że nie słyszała swojego głosu. Czy byłaby w stanie usłyszeć czyjąkolwiek odpowiedź? Mimo to znów podjęła próbę i rozpaczliwie zawołała w ciemność.
- Czy ktoś mnie słyszy?! Halooo!!!
Iwona ostrożnie zaczęła sunąć wzdłuż ściany, czując pod podeszwami ostre krawędzie. Pod jej stopami chrzęszczały odłamki skał. Chrup. Chrup. Dźwięk na pewno niósł się echem. Były tu tylko puste, zimne i pogrążone w ciemności tunele. I ten pisk. Niekończący się pisk, który nie chciał się skończyć.
"Zginę tu. Zginę - znów zaatakowały ją myśli. Czuła, że nie może oddychać, że zaczyna się dusić. - Umrę głęboko pod ziemią, zupełnie sama, w strachu. Boże, czy to się dzieje naprawdę?"
Uniosła głowę w górę, jakby ten gest miał coś zmienić. Jakby miał udrożnić zapchany niewyobrażalnym lękiem przełyk.
Nagle na coś stąpnęła. Na coś mniej kanciastego. Cofnęła się o krok, schyliła i po omacku zaczęła tego szukać. W końcu trafiła na prostokątny przedmiot o szklanej szybce. Telefon!
- Jak dobrze. Jak dobrze - szepnęła.
Zaczęła błądzić po nim palcami, naciskać boczne wypustki - ekran rozbłysnął. "Bóg umarł" - na wyświetlaczu pojawiło się motto, lecz Iwona nie zwracała na nie uwagi. Wodziła za to słabym światłem wokół siebie. Solne ściany połyskiwały srebrem, rysowały się na nich liczne kręgi i paski.
Świecąc sobie pod nogi, ruszyła naprzód. Troszkę pewniej, jakby wstąpiła w nią nowa siła. W końcu tunel się skończył, a ściany i sufit oddaliły się od siebie. Znalazła się w rozległej sali. Pisk w uszach ucichł, światło i przestrzeń dodały jej otuchy.
- Czy ktoś tu jest? Czy ktoś mnie słyszy?! - zawołała, lecz żadna odpowiedź nie nadeszła.
Wciąż podążała przed siebie, aż w końcu dostrzegła jezioro. Solne jezioro w środku mrocznej kopalni. Ten widok był pełen nadziei; tak piękny, że aż z jej piersi wydobyło się westchnienie. Podeszła do barierki i poświeciła w wodę. Coś na niej dryfowało. Wyciągnęła szyję, zmrużyła oczy. Usilnie starała się zrozumieć, co widzi.
Gdy to do niej dotarło, nogi pod nią zmiękły. Nieopatrznie wypuściła z ręki telefon, a strach uderzył w nią z podwójną siłą. Światełko zgasło, jaskinia znów pochłonęła ją całą.
Teraz
1
- Iga! Śniadanie! - Iwona wyciągnęła szyję i zawołała w przestrzeń klatki schodowej prowadzącej na piętro domu. - Iga! Słyszysz?
- Juuuż! - z góry doleciał zniecierpliwiony głos.
Kobieta przewróciła oczami i postawiła patelnię z jajecznicą na stole.
- Chcesz kawę? - zwróciła się do męża, automatycznie poprawiając dłonią jasne włosy.
- Zdecydowanie. - Witold Jastrzębski uśmiechnął się i łyżką nałożył jajecznicę na kremowy talerz. Raz i drugi.
Iwona odwróciła się i zniknęła za wyspą kuchenną. Po chwili rozległy się dźwięki odkręcanej wody. Kobieta wsypała kawę do papierowego filtru, uruchomiła ekspres i asekuracyjnie zerknęła na ścienny zegar. Dochodziła ósma trzydzieści. Mieli jeszcze sporo czasu. Z ulicy Mikołaja Kopernika do kopalni jechało się trzy minuty. A jednak czuła napięcie. I nie wynikało ono tylko z ostatnich zdarzeń, które też wytrąciły ją z równowagi. Ta kopalnia przerażała ją od dziecka. Za każdym razem, gdy organizowano szkolną wycieczkę, udawała, że boli ją brzuch, że ma gorączkę albo że jej niedobrze. A w sumie nawet nie musiała udawać, bo objawy somatyczne pojawiały się same. Nie chodziło nawet o te wszystkie straszne legendy, które opowiadano jej, gdy była małą dziewczynką. Nie. Zupełnie nie chodziło o to. Lęk przed kopalnią wynikał z oblekającej to miejsce ciemności, bez względu na to, czy paliły się tam zamontowane przez człowieka światła. I ciszy. Grobowej ciszy odbijającej się od solnych ścian. Tak głębokiej, że wnikała w najczarniejsze zakamarki człowieka. Na tę myśl Iwona się wzdrygnęła. Nie mogła uwierzyć, że naprawdę to zrobi. Naprawdę zejdzie tymi stromymi drewnianymi schodami w dół, pokona kilka poziomów głębokości i z własnej woli zamknie się w ciasnej, ciągnącej się kilometrami przestrzeni. Z niedowierzaniem pokręciła głową. Ale mus to mus. Iwona nigdy się nie poddawała. Zresztą ten projekt naprawdę jej się podobał, bo miał przedstawić kopalnię w Wieliczce w interdyscyplinarny sposób. Kulturoznawczy i plastyczny. Rozrywkowy. Ciekawy dla współczesnego odbiorcy. Przynajmniej takie było założenie. Nie mówiąc o tym, że sponsor płacił podobno za ten dokument jakieś horrendalne pieniądze. Nie mogli zawieść. To w ogóle nie wchodziło w rachubę. Spojrzenie Iwony natknęło się na ekspres. Woda już dawno się podgrzała. Kobieta nacisnęła pstryczek, napełniła kubki kawą, energicznie przeniosła je na stół i znów podeszła pod schody.
Na ich szczycie zobaczyła swoją córkę, ciemnowłosą dziewczynę w mocnym makijażu i z okrągłym kolczykiem zdobiącym chrząstkę pomiędzy dwoma nozdrzami. Na nogach miała czarne kabaretki i krótką skórzaną spódniczkę. Top podkreślony szelkami odsłaniał brzuch. Matka westchnęła.
Iga już w pierwszej klasie liceum porzuciła strój grzecznej dziewczynki i zaczęła nosić się alternatywnie. Iwona to rozumiała. Sama w jej wieku eksperymentowała z ubiorem. Doskonale pamiętała, jak ważne to wtedy dla niej było. Szukała tożsamości, chciała się wyróżniać i łamać schematy. Dlatego nigdy nie protestowała, gdy jej córka schodziła na dół w coraz dziwaczniejszych ciuchach. Ale od jakiegoś czasu jej stylizacje zaczęły robić się coraz bardziej wyzywające. Wyuzdane, choć Iwona nie pozwalała sobie na używanie tego słowa względem Igi nawet w myślach. Kabaretki, gorsety, kuse spódniczki. Kreski na powiekach stawały się coraz dłuższe i grubsze, doszły do nich przyklejane cekiny i rysowane kolorowymi eye-linerami wzory. Policzki i nos pokrywały sztucznie nanoszone piegi. Usta z różowych zaczęły robić się czerwone, potem fioletowe, a w końcu czarne. Iwona nie bardzo wiedziała, jak reagować. Gdy wybrała się wreszcie po poradę do specjalisty, usłyszała, że ubranie to narzędzie psychologiczne. "Jeśli nastolatki będą obawiać się, że nie mogą wyglądać tak, jak chcą, negatywnie wpłynie to na ich poczucie wartości i samoocenę - powiedziała psycholog. - Proces budowania własnego wizerunku wynika z potrzeby kształtowania swojej osobowości. To zupełnie naturalne". I tego Iwona się trzymała, pomimo narzekań nauczycieli. Ale w tym wypadku nie mogła nie zareagować.
- Kochanie, chyba nie chcesz zwiedzać kopalni w takim stroju? - zapytała najłagodniej jak potrafiła.
- Mamo, chyba nie chcesz mi mówić, jak mam się ubierać? - Iga zatrzymała się w pół kroku.
Z tej odległości twarz Igi wyglądała zupełnie inaczej, jakby odcisnęło się na niej zmęczenie. Makijaż też nie był najświeższy. Czy córka w ogóle wczoraj go zmyła?
- Z twoim wyglądem jest wszystko okej - zapewniła Iwona dyplomatycznie. Po strasznym błędzie, który popełniła wczoraj, musiała okazać jej wyrozumiałość. I miłość. - Ale temperatura pod ziemią wynosi około siedemnastu stopni. Najzwyczajniej w świecie zmarzniesz.
- Trudno. - Iga niefrasobliwie wzruszyła ramionami.
- Witek, czy ty możesz coś powiedzieć? - Iwona prosząco spojrzała na męża. Mężczyzna uniósł ciemne, gdzieniegdzie siwiejące brwi.
- Wciągnij coś jeszcze na siebie. To będzie długi dzień. A chłód pod ziemią wchodzi w kości - zwrócił się mężczyzna do pasierbicy, nie podnosząc wzroku znad talerza.
Iga mu nie odpowiedziała, ale ze znajdującego się w korytarzu wieszaka ściągnęła ciepłą kangurkę. Matka opadła na krzesło i upiła łyk kawy, która zdążyła już zrobić się letnia. Skrzywiła się. Czy to się kiedyś skończy? Czy zawsze tak będzie?
- Denerwujesz się - zauważył Witold, patrząc na żonę.
Iwona przeniosła wzrok na męża. Jego ciemne, gęste włosy też poprzetykane były białymi pasemkami, ale brązowe oczy nadal patrzyły młodzieńczo.
- Znasz mnie - odparła.
- Znam - przyznał. - Dasz radę?
- Dam. Mówiłam ci już nie raz, że jestem zadaniowcem. - Zaśmiała się sztucznie. - Mam zadanie i muszę je zrealizować.
- Wiesz, że mogę posłać zamiast ciebie kogoś innego.
- O nie. To mój projekt - obruszyła się Iwona. - I żadna fobia mnie nie powstrzyma.
- Fakt. Może w końcu cię przyjmą do Klubu Przyjaciół Wieliczki. - Witek się zaśmiał.
- O niczym innym nie marzę - prychnęła kobieta i odwróciła głowę ku córce, która nie wiedzieć kiedy włożyła rozszerzane dżinsowe spodnie. Pełna wyrzutów sumienia Iwona podeszła do nastolatki. Miała ochotę przytulić ją jeszcze mocniej niż zwykle.
- Zjedz coś - zachęciła i oplotła córkę ramionami. Ku jej uldze Iga się jej nie wyrwała. - Przepraszam cię za wczoraj - szepnęła jej do ucha pojednawczo Iwona. Początkowa sztywność, którą wyczuła w ciele dziewczyny, na szczęście lekko zelżała. - Zobaczysz, wszyscy z klasy dziennikarskiej będą ci zazdrościć. Praca na prawdziwym planie zdjęciowym. Czasami dobrze jest mieć rodziców w telewizji, co? - W tym czasie Iga delikatnie wysunęła się z ramion matki i sięgnęła po suchą bułkę. - Zobaczysz wszystko od środka. Poznasz cały ten proces. Córcia, weź sobie chociaż kawałek sera do tej bułki - zakomenderowała i znów zerknęła na ścienny zegar. Wskazówka zaczęła niebezpiecznie zbliżać się do dziewiątej. - I zbieramy się! Zaraz trzeba ruszać. - W brzuchu Iwony znów coś boleśnie się ścisnęło.
Po kilku minutach wszyscy stali już na podjeździe. Słońce powoli wznosiło się nad rosnące w ogrodach drzewa, a ptaki podśpiewywały. Powietrze było przyjemnie ciepłe. Tegoroczny sierpień zapowiadał się naprawdę bajecznie. Iwona wpatrzyła się w czyste niebo, a potem przeniosła spojrzenie na rysujące się w dole miasto. Uwielbiała swój dom na wzgórzu, a przynajmniej tak było na początku. Kochała niczym niezmąconą przestrzeń, którą codziennie mogła oddychać. Mimo woli przed jej oczami znów stanęły mroczne kopalniane korytarze. Niskie stropy, ograniczona ilość tlenu i niemal brak połączeń z powierzchnią. Choć doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że kopalnię zbudowali ludzie kierujący się przepisami bezpieczeństwa, w jej świadomości niczym nie różniła się od jaskini. Zagadkowej, nieodkrytej, pełnej sekretnych labiryntów, w których można się zagubić. Poczuła, że jej ciało tężeje, ale ostatkiem sił ruszyła ku białemu SUV-owi.
- Jedziecie ze mną - usłyszała za sobą głos męża.
Zdziwiona odwróciła się. Witold otworzył boczne drzwi do swojego volvo i zapraszającym gestem wskazał jej siedzenie pasażera.
- Chyba nie myślisz, że puściłbym cię samą? Przecież wiesz, że zawsze będę z tobą. Na dobre i na złe - zapewnił.
Jastrzębska uśmiechnęła się słabo. Sama nie wiedziała, czy to zdanie wywołało w niej ulgę, czy jeszcze większą trwogę.
2
Leon Piekart splunął białą pianą do umywalki i wrzucił szczoteczkę do szklanego kubka. Podniósł głowę i spojrzał na swoją odbijającą się w lustrze twarz. Wystające kości policzkowe, szaroniebieskie oczy, jasne brwi. Zaczesał dłuższe blond włosy na bok, ukazując wygoloną część głowy. Uśmiechnął się. W ogóle nie było widać, że niemal nie spał. Przeszedł do pokoju i wybrał w aplikacji jedną z ostatnich płyt Billy'ego Idola. W głośnikach rozbrzmiała rockowa muzyka, a on sięgnął po leżącą na stole paczkę papierosów, zapalił jednego i szeroko otworzył okno wychodzące na zadbany skwer. Poranne słońce rysowało się za rzędem wieżowców. Kwadratowy plac raz po raz przemierzali przechodnie. Nad dachami kołowały ptaki. Zapowiadał się piękny dzień. Dzień, który Leon spędzi zamknięty pod ziemią, choć przypadało ustawowe święto. Zupełnie nie miał na to ochoty, ale to był jedyny termin, gdy po kopalni nie szwendały się grupy wycieczek. Wielicką kopalnię soli widział już trzy razy. Dwa razy był na wycieczce szkolnej, raz zabrał go ojciec. Wystarczy. Nie rozumiał, dlaczego ludzie z całej Polski tak bardzo jarali się tym miejscem. Znacznie efektowniej wyglądało na promocyjnych zdjęciach. W rzeczywistości łaziło się ponad trzy godziny przez ciemne tunele i czasami wchodziło do jakiejś sali, która nie robiła specjalnego wrażenia. Przynajmniej na nim. Przypomniał sobie ciągnące się przez wielicki rynek malowidło 3D. Widział je kilkukrotnie i akurat do tego miejsca w Wieliczce lubił zawsze wracać. Z odpowiedniej perspektywy ujętej przez obiektyw aparatu wyłaniał się z niego solny trójwymiarowy świat. Tajemniczy, wręcz fascynujący. Taki, jaki chciał jako chłopiec napotkać pod ziemią, ale którego nigdy nie doświadczył. Może więc ten świat w ogóle po prostu nie istniał? A może Leon był zbyt przyziemny, zbyt przeciętny, by go dostrzec?
Na tę myśl mężczyzna prychnął. Strzelił niedopałkiem w stronę skweru i zamknął okno. Zerknął w komórkę. Za chwilę się spóźni. Ale to nic, zdąży. Poza tym nie znosił się spieszyć. "Pośpiech poniża" - tak przekornie zawsze mawiał. Przesunął się w głąb sofy i wygodnie oparł o jedną z szarych poduszek.
- I don't wanna wait for your love, I need you to save me now - zaśpiewał wraz z Idolem i zanurzył się w swoich myślach.
"To był dziwny poranek. Naprawdę dziwny" - westchnął, ale po chwili poczuł, że powoli wstępują w niego nowe siły. Jakoś wszystko się ułoży. Dlaczego miałoby się nie ułożyć? I może ten dzień też nie będzie taki zły? Co tam dla niego kilka kilometrów ciemnych korytarzy. Obleci je aż miło. W gruncie rzeczy miał naprawdę świetną pracę. Musiał jedynie przytrzymywać tyczkę do mikrofonu, a płacili mu za to niemałe pieniądze. No i fajnie było powiedzieć, że jest się dźwiękowcem w telewizji. Znów zerknął w komórkę.
- Shit - stęknął, zrywając się z kanapy.
Choć pośpiech poniżał, tym razem naprawdę musiał się zbierać. Chwycił saszetę z kablami, rozejrzał się za mikrofonem, dopakował rekorder i tyczkę. Schował do kieszeni telefon.
"To będzie piękny dokument" - pomyślał entuzjastycznie i wybiegł z mieszkania.