Czy wierzysz w Boga?
Tylko którego boga?
W ciągu naszej długiej historii ludzie z różnych części świata wierzyli dosłownie w tysiące różnych bogów. Politeiści nawet w wielu jednocześnie (poli- pochodzi od greckiego słowa oznaczającego "wiele", a theos to po grecku bóg). Najważniejszym bogiem wikingów był Odyn (Wotan), a towarzyszyli mu między innymi syn Baldur (symbol dobra, piękna i miłości - niestety długo nie pożył), drugi syn Thor (bóg burzy i piorunów, posiadacz słynnego młota) i Freja (bogini wegetacji, płodności i magii, ale też patronka wojen). Były też inne boginie - Snotra (bogini mądrości i sprawiedliwości), Frigg (bogini macierzyństwa) i Ran, która rządziła morzami. Nordyccy bogowie żyli w Asgardzie i tam też znajdowała się Walhalla, gdzie trafiali polegli wojownicy.
Starożytni Grecy i Rzymianie też byli politeistami. Ich bogowie - podobni jak bogowie wikingów - byli bardzo ludzcy i tak samo jak my odczuwali emocje oraz kierowali się pragnieniami i zachciankami. Dwanaścioro najważniejszych greckich bogów ma swoich odpowiedników w religii Rzymu i przypisane są im te same domeny. Najważniejszym bogiem był zatem dla Greków Zeus (rzymski Jowisz), zwany też Gromowładnym (jak Thor władał piorunami). Jego żoną była Hera (Junona). Bogiem morza był Posejdon (Neptun) boginią miłości Afrodyta (Wenus). Hermes (Merkury) przedstawiany zwykle w uskrzydlonych sandałach był boskim posłańcem. Grecy (i Rzymianie) mieli nawet boga wina, Bachusa (Dionizosa), jak wielu innych bogów (i półbogów) był on synem Zeusa.
Hinduiści, którzy również są politeistami, mają już tysiące bogów (a w niektórych wersjach tej religii nawet jeszcze więcej - miliony!).
Niezliczeni Grecy i Rzymianie uważali swoich bogów na istoty jak najzupełniej realne. Modlili się do nich, składali im ofiary ze zwierząt, dziękowali im, gdy spotkało ich coś dobrego, i im przypisywali winę, gdy spotkało ich nieszczęście. Skąd wiemy, że starożytni nie mieli racji? Dlaczego dziś już nikt nie wierzy w Zeusa? Nie wiemy i raczej nie da się udzielić odpowiedzi na takie pytanie, niemniej większość z nas może raczej spokojnie o sobie powiedzieć, że w odniesieniu do tych "starych" bogów jest ateistami (przedrostek "a" oznacza "nie", a-teista zatem to ktoś, nie wierzy w boga). Warto zresztą wiedzieć, że w swoim czasie Rzymianie o pierwszych chrześcijanach mówili, że są ateistami, właśnie dlatego, że ci nie wierzyli w Jupitera, Neptuna i innych rzymskich bogów. Dziś jednak "ateistą" nazwiemy kogoś, kto nie wierzy w żadnego boga.
W każdym razie ja - podejrzewam, że podobnie jak Ty - nie wierzę w Jupitera, w Posejdona, w Thora ani w Wenus, ani też w Erosa, Snotrę, Marsa, Odyna i Apolla. Nie wierzę również w bogów starożytnego Egiptu, w tym w Ozyrysa, Thota, Nut, Anubisa, a też w jego brata Horusa (który, tak nawiasem mówiąc, podobnie jak Jezus i wielu innych bogów z całego świata miał "narodzić się z dziewicy"). I dalej. Nie wierzę w Hadad i Enlila, ani Anu, Dogona i Marduka - bogów Babilonu. Nie wierzę w Anyanwu, Mawu, Ngai - bogów słońca z Afryki - ani w Bila, Gnowee, Wala, Wuriupranili i Karraur oraz wielu innych bogów i bogiń słońca australijskich Aborygenów. Nie wierzę też w celtyckich bogów, w tym też w Edainę (irlandzką boginię słońca) i Elatha (jej towarzysza - księżycowego boga). Nie wierzę w Mazu, chińską boginię wody, w Dakuwaqę (boga-rekina z Fiji) ani nawet w Ilujankę, boskiego węża, który walczył z hetyckimi bogami i niemal ich pokonał. Nie wierzę w żadnego z setek, tysięcy (a może wręcz setek tysięcy?) bogów nieba, rzek, słońca, gwiazd, pogody, ognia, lasu... Uff, bardzo dużo jest tych bogów do niewierzenia!
Nie wierzę też w Jahwe (lub Jehowę - można pisać i tak, i tak; tak to jest, gdy nie używa się w piśmie samogłosek), Boga Żydów, co już - całkiem możliwe - różni mnie od Ciebie, przynajmniej jeśli wychowano Cię w wierze żydowskiej, chrześcijańskiej lub muzułmańskiej. A to dlatego, że ten żydowski Bóg został z czasem przejęty przez chrześcijan, a potem (pod arabskim imieniem Allah, co oznacza po prostu "Bóg") przez wyznawców islamu. Tak - chrześcijaństwo i islam to w pewnym sensie odłamy judaizmu. Pierwsza część chrześcijańskiej Biblii jest wprost przejęta od Żydów, a z kolei Koran, święta księga islamu, w znacznej mierze opiera się na żydowskich pismach. Te trzy religie - judaizm, chrześcijaństwo i islam - często nawet się łączy i wspólnie określa mianem "abrahamowych", ponieważ wszystkie odwołują się do mitycznego patriarchy Abrahama, którego Żydzi uznają za ojca-założyciela swojego narodu. Z Abrahamem spotkamy się jeszcze w następnym rozdziale.
Religie te nazywa się też monoteistycznymi, ponieważ ich wyznawcy twierdzą, że wierzą tylko w jednego Boga (Jahwe to bóg dziś dominujący i większość ludzi na świecie, gdy mówi o swoim bogu, jego właśnie ma na myśli (to "ten" Bóg), dlatego, pisząc o nim, będę pisał "Bóg" z dużej litery, jako imię własne). Napisałem "twierdzą, że wierzą" w pełni świadomie i to z kilku powodów. Otóż Jahwe miał nader skromne początki, był bowiem plemiennym bogiem starożytnych Izraelitów, którzy wierzyli, że otoczył ich szczególną opieką jako "lud wybrany" (to tylko splot szczególnych historycznych przypadków - w tym dokonany przez cesarza Konstantyna w 312 roku wybór chrześcijaństwa na oficjalną religię imperium rzymskiego - sprawił, że dziś kult Jahwe rozprzestrzenił się na cały świat). W czasach, gdy rodził się judaizm, wokół brzegów Morza Śródziemnego żyło bardzo wiele innych plemion, a te miały własnych bogów, którzy, jak zapewne wierzyli ich wyznawcy, właśnie ich plemię otaczali szczególną troską. Sami starożytni Izraelici zaś, jakkolwiek czcili własnego boga, czyli właśnie Jahwe, to wcale nie uważali, że inni bogowie, jak choćby Baal, bóg płodności ich sąsiadów Kannanitów, nie istnieją. Przyjęli po prostu, że ich bóg jest potężniejszy, a dodatkowo byli przekonani, że jest bogiem wyjątkowo zaborczym i zawistnym (do tej kwestii jeszcze wrócimy) i biada temu, kto zostanie przyłapany na flirtowaniu z jakimikolwiek innymi bogami.
Co do tego, czy współcześni chrześcijanie i muzułmanie istotnie są monoteistami, też można żywić pewne wątpliwości. Na przykład jedni i drudzy wierzą w istnienie uosobienia zła, czyli Szatana. Pojawia się on pod wieloma imionami - jako "Zły" po prostu, ale też jako Belzebub, Belial czy Lucyfer. Co prawda, nie nazywa się go bogiem, ale według wyznawców tych religii obdarzony jest on iście boskimi mocami i jest na tyle potężny, że wraz ze swymi siłami zła potrafi opierać się Bogu i jego "zastępom dobra". Systemy religijne często dziedziczą różne idee po starszych od siebie religiach. Ta wizja kosmicznej wojny sił dobra przeciw siłom zła zapewne przejęta została z zaratusztrianizmu, bardzo starej religii stworzonej przez perskiego proroka Zaratustrę, która miała silny wpływ na wszystkie religie abrahamowe. Według Zaratustry istnieje dwóch (równorzędnych) bogów - dobry Ormuzd (Ahura Mazda) i zły Aryman (Angra Mainju) - którzy toczą ze sobą wieczną walkę. Dziś żyją jeszcze na świecie wyznawcy zaratusztrianizmu, głównie w Indiach. Nie muszę chyba dodawać, że to kolejna religia, w której bogów nie wierzę. Wy pewnie zresztą też nie.
Tak na marginesie. Jednym z najdziwniejszych oskarżeń, jakie padają pod adresem ateistów, głównie w Ameryce i w krajach islamu, jest twierdzenie, że czczą oni Szatana (są "satanistami", jak się to mówi). To kompletny absurd, bo jeżeli ktoś jest ateistą, to przecież nie wierzy w żadnych bogów; ani w dobrych, ani w złych. Ateiści nie wierzą w żadne nadnaturalne byty. Tylko ludzie religijni (teiści) mogą wierzyć w Szatana - przecież gdy ktoś wierzy w Szatana, to po prostu wierzy w boga. Tyle że innego.
Chrześcijaństwo zahacza o politeizm jeszcze innym ze swoich dogmatów. Mamy w nim bowiem Trójcę Świętą składającą się z "Ojca, Syna i Ducha Świętego", którzy opisywani są jako "jeden Bóg w trzech osobach i w jednej substancji". Co do tego, co miałoby oznaczać to "jeden w trzech i trzech w jednym", przez długie stulecia toczyły się spory, nieraz bardzo gwałtowne i krwawe. Dla niektórych zresztą może to nadal brzmieć jako próba wtłoczenia politeizmu do monoteistycznej formuły i nikt nie powinien mieć pretensji, jeśli nazwiesz chrześcijaństwo triteizmem. Jeden z pierwszych wielkich podziałów w chrześcijaństwie na Kościół Wschodni (prawosławny) i Zachodni (rzymskokatolicki) w dużym stopniu wiązał się z debatą nad tym, czy Duch Święty "wywodzi się" (cokolwiek by to miało oznaczać) od Ojca i Syna, czy tylko od Ojca. Właśnie nad takimi "problemami" debatują od wieków teolodzy.
W rzymskim katolicyzmie mamy do tego jeszcze Marię, Matkę Boską, którą katolicy traktują w zasadzie jak boginię, z tą jedną różnicą, że tak się jej nie nazywa. Oficjalnie katolicy zaprzeczają zatem, by Maria była boginią, ale jednak modlą się do niej i czczą ją we wszystkich swoich świątyniach. Co więcej, wierzą, że też została "niepokalanie poczęta". Co to znaczy? Otóż katolicy uważają, że wszyscy ludzie obciążeni są "grzechem pierworodnym", nawet noworodki, choć mogłoby się wydawać, że one przynajmniej są jeszcze zbyt małe, by zgrzeszyć. Maria natomiast - i obok niej tylko Jezus - byli poczęci bezgrzesznie, przez co byli wyjątkowi. Cała reszta ludzi miałaby dziedziczyć grzech pierwszego człowieka, Adama. W rzeczywistości oczywiście żaden Adam, czyli "pierwszy człowiek", nigdy nie istniał, nie mógł więc zgrzeszyć, ale katolickim teologom takie drobiazgi nigdy nie przeszkadzały. Katolicy głoszą też, że Maria nie umarła zwyczajnie, jak wszyscy ludzie przed nią i po niej, tylko została "wniebowzięta" razem ze swój a fizyczną powłoką, chociaż nadal nie ma zgody, czy stało się to za życia, czy w chwili śmierci. Do tego przedstawiają ją jako "Królową Niebios" (a czasem nawet "Królową Wszechświata") z niewielką koroną na głowie. To wszystko sprawia, że można w niej widzieć boginię tak samo jak choćby w tysiącach hinduskich bogiń (które skądinąd dla samych hinduistów są tylko inną wersją - inkarnacją, czyli wcieleniem - ich jedynego Boga). W każdym razie jeśli politeistami byli starożytni Grecy, Rzymianie i wikingowie, to rzymskich katolików też należałoby uznać za reprezentantów tej grupy wierzeń.
Katolicki kult świętych również na to wskazuje. Za świętych katolicyzm uznaje ludzi, którzy za życia byli "szczególnie pobożni" i pośmiertnie zostali "kanonizowani" przez któregoś z papieży. Jan Paweł II kanonizował za swego pontyfikatu 483 takich nowych świętych, ale obecny papież, Franciszek I, ma na tym polu jeszcze większe osiągnięcia - tylko jednego dnia do grona świętych dołączył (co najmniej) 813 osób. Święci posiadają zazwyczaj określone zdolności, co sprawia, że zależnie od okoliczności warto modlić się do takich, którzy mają odpowiednie kompetencje. I tak na przykład święty Andrzej jest patronem właścicieli sklepów rybnych, święty Bernard architektów, święty Drogo - właścicieli kawiarń, święty Gummarus - drwali[1], a święta Lidwina ma pod swoją opieką łyżwiarzy. Jeśli ktoś chciałby pomodlić się o cierpliwość, katolicy doradziliby pewnie św. Ritę z Cascii, patronkę od spraw beznadziejnych, a w kryzysie wiary pomóc może święty Jan od Krzyża. Są też święci specjalizujący się w chorobach psychicznych albo w nowotworach. Ba, nawet gdy ktoś coś zgubi, na przykład klucze, też jest specjalny święty, którego warto prosić o wstawiennictwo (to św. Antoni Padewski, gdyby ktoś chciał wiedzieć). A pamiętajmy, że poza świętymi religia katolicka widzi też w niebie miejsce dla aniołów (licznych rang - od serafinów poprzez archanioły do najniżej w hierarchii usytuowanych aniołów-stróży). Oczywiście każdy katolik powie natychmiast, że anioły nie są bogami ani nawet półbogami, podobnie jak święci, do których katolicy nie tyle się modlą, a jedynie proszą o wstawiennictwo i dobre słowo u Boga. W anioły zresztą wierzą również muzułmanie. W diabły też, tyle że oni nazywają je dżinami, ifritami, maridami i tak dalej.
No dobrze - moim zdaniem nie ma tak naprawdę wielkiego znaczenia, czy Maria, święci, archaniołowie i aniołowie są bogami, półbogami, czy żadnym z nich, a spór o to, czy archaniołów należy uznać za półbogów, to jak kłótnia o różnice między skrzatami a krasnalami. Pewnie nie wierzysz w skrzaty ani chochliki, ale za to jest bardzo prawdopodobne, że wychowano cię w jednej z trzech religii abrahamowych - jako chrześcijanina, muzułmanina lub żyda[2]. Mnie na przykład wychowywano na chrześcijanina - zostałem ochrzczony, chodziłem do chrześcijańskich szkół i wieku 13 lat przystąpiłem nawet do konfirmacji, w Kościele anglikańskim oczywiście (w końcu jestem Anglikiem). Dwa lata później ostatecznie porzuciłem chrześcijaństwo. Jednym z powodów podjęcia tej decyzji było to, iż już parę lat wcześniej, w wieku dziewięciu lat, zacząłem zdawać sobie sprawę, że gdybym żył stulecia wcześniej, a moi rodzice byli wikingami, ja wierzyłbym w Thora i Odyna, a gdyby byli Grekami, składałbym ofiary Zeusowi i Afrodycie. W moich czasach z kolei, gdybym urodził się w Pakistanie albo w Egipcie, "wiedziałbym", że Jezus był prorokiem, ale na pewno nie Synem Bożym, jak każą chrześcijańscy kapłani. Gdyby zaś moi rodzice byli pobożnymi żydami, nadal razem z nimi czekałbym na od dawna przepowiadanego Mesjasza-zbawcę, zamiast wierzyć w to, że proroctwo to już się spełniło i zbawił nas Jezus, czego uczono w mojej chrześcijańskiej szkole. Po prostu ludzie wychowywani w różnych krajach przejmują zwykle wiarę swoich rodziców, czyli wierzą w tego boga (lub bogów), w których wierzy się w ich kraju, a raczej w ich rodzinie. Różne wiary zaś są ze sobą jawnie sprzeczne, a więc wszyscy nie mogą mieć racji. I nawet jeśli jedna z religii jest prawdziwa - czyli któryś z bogów naprawdę istnieje - dlaczego ma być to akurat ta, którą wyznaje się w twojej ojczyźnie, a raczej, którą wyznawali twoi rodzice? I to wcale nie jest sarkazm, gdy pytam: "Czy to nie jest dziwne, że prawie każde dziecko przejmuje wiarę swoich rodziców i że zawsze jest to ta (jedyna) prawdziwa religia?". Jedną z rzeczy, które mnie zawsze irytuje, jest, gdy ktoś kategoryzuje dzieci ze względu na religię ich rodziców i mówi o "katolickich dzieciach", "protestanckich dzieciach" albo "muzułmańskich dzieciach". I takie rzeczy słyszymy, gdy te dzieci są jeszcze za małe, by mówić! Jak można im przypisywać przekonania religijne?! To zupełnie jakbyśmy dzielili dzieci na "socjalistyczne" i "konserwatywne", a nikt przecież tak nie robi. Tak przy okazji - oczywiście nie powinniśmy też mówić o "ateistycznych dzieciach".
Przejdźmy teraz do innej kwestii. Jest parę określeń, których używa się wobec ludzi deklarujących niewiarę. Są na przykład tacy, którzy unikają słowa "ateista", nawet jeśli otwarcie deklarują, że nie wierzą w żadnego znanego z imienia boga. Tacy ludzie czasem mówią o sobie, że są "agnostykami" (to słowo też wywodzi się z greki, od słowa "gnoza" oznaczającego wiedzę). Stworzył je Thomas Henry Huxley, przyjaciel Karola Darwina, zwany też "Buldogiem Darwina", a to dlatego, że wielokrotnie bronił stworzonej przez swego przyjaciela teorii ewolucji publicznie, gdy jej autor był zbyt skromny, zbyt zajęty lub zbyt chory, by sam wystąpić w jej obronie. Niektórzy ludzie przedstawiający się jako agnostycy twierdzą, że jest równie prawdopodobne to, że (jakiś) bóg istnieje i że nie istnieje, a my po prostu nie wiemy. Dla mnie to dość marna argumentacja i sądzę, że Huxley by się ze mną zgodził. Nie możemy dowieść, że nie ma wróżek, ale przecież nikt chyba na tej podstawie nie stwierdzi, że jest szansa pół na pół, że na jakąś trafimy. W każdym razie co rozsądniejsi agnostycy uważają, że jakkolwiek pewności nie ma, ale jest raczej mało prawdopodobne, by jacyś bogowie istnieli, ale, to fakt, są też tacy, którzy wcale tej możliwości nie wykluczają. Cóż - to zalety ignorancji...
Są również ludzie, którzy nie wierzą w żadnego z wyznawanych dotąd - i nazwanych - bogów, ale są przekonani, że musi istnieć "jakaś wyższa moc", "czysty duch", innymi słowy twórcza niematerialna inteligencja, o której nie wiemy nic poza tym, że zaprojektowała i stworzyła Wszechświat. Od takich ludzi można usłyszeć - "Cóż, nie wierzę w Boga (zwykle mają w tym momencie na myśli którąś z religii abrahamowych), ale nie wierzę też, że ten świat to wszystko, co istnieje. Musi istnieć coś więcej, coś większego od niego i poza nim". Niektórzy zwolennicy takiego poglądu nazywają siebie "panteistami". Panteiści mają pewien problem z określeniem, w co tak naprawdę wierzą. Słyszymy od nich: "Mój Bóg jest wszystkim", "Mój Bóg jest naturą", "Mój Bóg jest Wszechświatem" czy wreszcie "Bóg to najgłębsza tajemnica tego wszystkiego, czego nie wiemy". Albert Einstein, jeden z największych fizyków XX wieku, używał słowa "Bóg" z grubsza właśnie w tym znaczeniu. Można się spierać, czym miałby być taki bóg, ale bez wątpienia diametralnie różni się on Boga, który wysłuchuje modlitw, zna najgłębsze myśli i wybacza grzechy (lub srogo za nie karze) - a to wszystko potrafi Bóg[3] religii abrahamowych. Tak więc jeśli ktoś wam powie, że nawet Einstein, genialny fizyk, wierzył w Boga, powiedzcie mu, że się myli (albo kłamie) - Einstein absolutnie jednoznacznie, kategorycznie i wielokrotnie deklarował, że w żadnego osobowego boga, który potrafi takie rzeczy, jakie wyznawcy religii abrahamowych twierdzą, że potrafi, nie wierzy.
Mamy też "deistów". Ci z kolei też nie wierzą w żadnego z tysięcy bogów istniejących na świecie religii, ale wierzą w "coś" nieco lepiej zdefiniowanego niż bóg panteistów. Otóż wierzą oni w stwórczą inteligencję, która ustaliła prawa rządzące Wszechświatem, wprawiła wszystko w ruch, tworząc czas i przestrzeń, ale potem już nic nie robiła (robił?, robiło?). Część przywódców amerykańskiej rewolucji, czyli "Ojców Założycieli" Stanów Zjednoczonych, w tym na przykład Thomas Jefferson i James Madison, była deistami. Podejrzewam, że gdyby żyli już po Darwinie, a nie w XVIII wieku, byliby ateistami, ale oczywiście nie mogę tego w żaden sposób udowodnić.
Gdy zaś mowa o dowodach - jeśli ktoś uważa się za ateistę, to rzecz jasna nie oznacza, że może udowodnić, że nie ma bogów (i Boga). Ściśle mówiąc, w ogóle nie da się udowodnić, że coś nie istnieje. Nie możemy dowieść, że nie ma bogów, tyle że tak samo nie potrafimy dowieść, że nie istnieją wróżki, elfy, gobliny i różowe jednorożce albo Święty Mikołaj lub Wróżka Zębuszka... Są miliardy rzeczy, które można sobie wyobrazić, a których nieistnienia nikt nie będzie mógł udowodnić. Filozof Bertrand Russell wspaniale to zilustrował bardzo obrazową opowieścią. Jeśli ci powiem - wyjaśniał swoim słuchaczom na wykładach - że wokół Słońca orbituje porcelanowy czajniczek, nie będziesz w stanie nigdy udowodnić, że nie mówię prawdy. Jednak nie jest to jeszcze żaden powód, by w istnienie takiego czajniczka wierzyć. Literalnie rzecz biorąc, wszyscy powinniśmy być zatem "czajniczkowymi agnostykami". W praktyce jednak jesteśmy a-czajniczkowcami. Możesz zatem być ateistą - choć formalnie taką postawę należałoby uznać za agnostycyzm - w takim samym sensie, w jakim mimo równego braku dowodów na nieistnienie tych istot wszyscy jesteśmy a-skrzatystami, a-magistami i a- różne inne byty, które sobie można wyobrazić.
W zasadzie, czysto formalnie rzecz biorąc, powinniśmy zatem pozostać na poziomie niewiedzy - agnostycyzmu - gdy mowa o tych miliardach bytów i obiektów, które potrafimy sobie wyobrazić, a których nieistnienia nikt nie jest w stanie dowieść (tak naprawdę w ogóle nie można dowieść, że coś nie istnieje. Nie pozwalają na to prawa logiki). Ale jakoś tak jest, że po prostu w nie nie wierzymy, a dopóki ktoś nam nie przedstawi przekonującego dowodu, rozważanie ich istnienia to po prostu marnowanie czasu. Tak postępujemy choćby w przypadku Thora, Apolla, Ra, Marduka. Mitry i Wielkiego Manitou. Dlaczego zatem nie pójść o krok dalej i nie zastosować tej samej reguły wobec Jahwe i Allaha?
"Dopóki ktoś nie przedstawi nam przekonującego dowodu", napisałem. No cóż - całe mnóstwo ludzi twierdziło, że jest w stanie zaprezentować w pełni przekonujące argumenty, by wierzyć w (takiego lub innego) boga albo przynajmniej w jakąś "wyższą moc" lub "stwórczą inteligencję" (Inteligentnego Projektanta). Warto bez wątpienia przyjrzeć się tym argumentom i sprawdzić, czy rzeczywiście są aż tak nieodparte. Poświęcę im zatem w tej książce sporo miejsca, zwłaszcza w Części II, kiedy będę wam mówił o ewolucji. Na razie ograniczę się do przypomnienia, że ewolucja jest po prostu faktem. Tak, jesteśmy bliskimi kuzynami szympansów, nieco odleglejszymi innych małp, i dość już odlegle - ale nadal - spokrewnieni jesteśmy z rybami.
Wielu ludzi wierzy w (swoich) bogów, jako dowód ich istnienia uznając (własne) "święte pisma" - Biblię, Koran czy jakieś inne. Mam nadzieję, że lektura już tylko tego rozdziału przygotowała was, by do takiego argumentu na rzecz wiary podchodzić z pewnym dystansem. Przede wszystkim jest bardzo dużo różnych religii i wiele z nich ma swoje święte księgi. Skąd zatem przekonanie, że akurat ta tradycja religijna, w której ktoś został wychowany, jest tą prawdziwą. Jeżeli - jak słyszymy od dzieciństwa - wszystkie inne święte księgi są fałszywe, skąd można mieć pewność, że ta jedna, która leży w pokoju rodziców, mówi prawdę. Zapewne większość czytelników tej książki miała od dziecka kontakt z jedną świętą księgą, z chrześcijańską Biblią[4]. Jej właśnie poświęcę kolejny rozdział. Przyjrzymy się zatem temu, kto napisał Biblię, i zadamy pytanie, czy rzeczywiście mamy wierzyć, że to, co tam napisane, to prawda.
Koniec wersji demonstracyjnej.