Rozdział 6
Operacja na lewo
Przekraczając próg mieszkania Lecha Dębskiego, Waldek Utopiec za każdym razem czuł niemal fizyczny dyskomfort.
Leszy, nie przejmując się gościem, krzątał się przy kuchennym blacie, próbując zmusić do współpracy starą gazową kuchenkę, której palnik uparcie nie chciał się zapalić.
- Siadaj, gdzie znajdziesz miejsce - mruknął, nie odwracając się.
Waldek rozejrzał się zrezygnowany. Jedyne krzesło było zawalone stertą gazet. Ostrożny niczym saper, odsunął je na bok dwoma palcami i usiadł na krawędzi, starając się nie dotykać oparcia plecami. Z ręką na temblaku, ale wciąż w idealnie skrojonym garniturze, zupełnie tu nie pasował.
- Musimy to przeanalizować od początku - zaczął, otwierając skórzaną teczkę, którą po namyśle wolał trzymać na kolanach. - Mrozek ma rację, że sprawy wymknęły się spod kontroli.
- Delikatnie to ująłeś - powiedział Lech, stawiając na stole szklankę z herbatą o kolorze bagiennej wody. - To co proponujesz? - zapytał, unosząc krzaczastą brew.
Waldek spojrzał na podejrzany płyn, a potem na Dębskiego.
- Myślałem nad tym w nocy. Musimy to rozbić na dwie sprawy, być może niepowiązane. Pierwsza wygląda na wewnętrzne polityczne rozgrywki. Dwa zabójstwa urzędników...
- Kret w Centrali... - wtrącił leszy znudzonym tonem, bardziej do siebie niż do swojego gościa.
- To ślepa uliczka. Przynajmniej na razie. Bez Zygi stoję w martwym punkcie - przyznał Waldek. - Musimy wrócić do początku.
- Masz na myśli tę "rusałkę" od denata w Maluchu? - zapytał Dębski, mieszając herbatę palcem.
- O ile to była ona. Myślałem nad tym. - W oczach Waldka pojawił się błysk. - Denat przyjechał tam jak na umówione spotkanie, tak?
- No tak.
- Wiemy, że prawdopodobnie miał kochanka, który mieszkał w okolicy. Zakładam, że towarzysz Podlaski znał napastnika, skoro nie było śladów walki. Co jeśli to ten kochanek to Sławoj Latawiec, który przebrał się, żeby uniknąć podejrzeń, i sam go zabił? Kłótnia kochanków, zemsta za siostrę, motyw mógłby mieć.
Z miejsca przy ścianie dobiegło głośne, pogardliwe prychnięcie.
- Trochę to naciągane. A co z zeznaniem świadka? Myślisz, że nie rozpoznałby chłopa przebranego za babę?
- To pijaczek, z daleka zobaczyłby ciebie i powiedział, że napastnik był przystojny. To nie jest najwiarygodniejszy świadek.
Dębski stanął obok siedzącego Utopca i nachylił się lekko, patrząc na niego z góry, z całkowicie kamienną twarzą.
- Miałeś kiedyś obie ręce na temblaku? - zapytał cichym, niemal uprzejmym głosem.
- Pomyśl o tym - ciągnął Waldek, lekko zbity z tropu. - W jego mieszkaniu znaleźliśmy afisz klubu artystów. I od tego musimy zacząć. Jeśli sam jest "artystą", to może być dobry w przebieranki. Poza tym to latawiec, nietrudno je pomylić z kobietami.
- A utopce to symbol męskości? Tobie też co nieco do Perepeczki brakuje - powiedział Dębski, opierając się o ścianę i krzyżując ramiona. - Ale dobrze, słyszę, co mówisz, sprawdzimy to. Najpierw jednak musimy się pochylić nad tą "polityczną" sprawą. To nie pierwsze tarcia w Centrali i nigdy z nich nic dobrego nie wyszło.
- I co, chcesz wrócić do Mrozka i go wypytać? - Waldek prychnął lekceważąco.
- Nie... - Dębski spojrzał przez okno. - Znam lepsze miejsce. Kiedy jest ten występ z afisza?
- Jutro wieczorem.
- Dobrze. - Lech odwrócił się od okna. - To mamy jeszcze czas. Zaczniemy od zrobienia prania.
Waldek zamrugał.
- Prania?
- Zgadza się. - Dębski narzucił na siebie prochowiec. - Ruszaj się, mamy magiel do odwiedzenia.
* * *
Warszawa, którą znał Waldek, skończyła się gwałtownie za rogiem ostatniego sklepu spożywczego. Zanurzyli się w labirynt, w który Dębski wciągał go coraz głębiej, nie oglądając się za siebie. Towarzyszyła im woń węgla, wilgotnego tynku i fermentującej kapusty, unosząca się z uchylonych piwnicznych okienek. Utopiec starał się stawiać swoje lśniące półbuty na chodniku tak, by omijać każdą, nawet najdrobniejszą kałużę. Leszy, wprost przeciwnie, płynął przez ten krajobraz. Poruszał się z cichą, nonszalancką pewnością, jakby te brudne podwórka były przedłużeniem jego mieszkania. Nie patrzył pod nogi, a mimo to jego buty bezbłędnie omijały stłuczone szkło i psie pamiątki. Czuł się tu jak w domu.
- Jesteś pewien, że to tędy? - szepnął w końcu Waldek. - To wygląda, jakby ostatni raz przechodził tędy patrol Wehrmachtu.
- Ciszej - mruknął Dębski, nie zwalniając kroku. - One mają lepszy słuch od ciebie.
Właśnie mieli mijać kolejną ciemną bramę, gdy z jej głębi wyłonił się cień o niepokojąco nieokreślonym kształcie. Waldek zesztywniał, ale leszy tylko nieznacznie skinął głową. Widmo odpowiedziało podobnym, ledwie zauważalnym gestem, i rozpłynęło się w mroku po drugiej stronie podwórka.
- Kto to był?
- Sąsiad - odparł Dębski, ucinając temat.
W końcu zatrzymali się przed najbardziej niepozornymi drzwiami, jakie Waldek widział. Rdza zżarła je tak głęboko, że nie sposób było się domyślić oryginalnego koloru, a zamiast klamki sterczał kawałek wygiętego drutu. Utopiec spodziewał się, że leszy zapuka albo użyje jakiegoś hasła. Ten jednak sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął płaską metalową piersiówkę. Odkręcił ją, pociągnął solidny łyk, po czym zakręcił i uniósł do drzwi. Uderzył w metal denkiem. Rozległy się dwa krótkie, metaliczne dźwięki: ding, ding. Po sekundzie uderzył po raz trzeci, mocniej: DING. Czekali.
Po chwili odpowiedział im zgrzyt metalu o metal, jakby po drugiej stronie ktoś przesuwał ciężką zasuwę. Drzwi uchyliły się na szerokość dłoni, wypuszczając na zewnątrz gęstą chmurę pary. Uderzyła w nich fala gorąca, niosąca ze sobą ostrą, chemiczną woń proszku do prania IXI. Zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, koścista, pomarszczona dłoń wysunęła się ze szpary i skinęła na nich zapraszająco. Dębski wszedł pierwszy.
W półmroku, rozproszonym przez kilka nagich żarówek wiszących na splątanych kablach, rytmicznie dudnił monstrualny, żeliwny magiel elektryczny. Przy każdym obrocie wydawał z siebie westchnienie umierającego olbrzyma. Wzdłuż ścian trzęsły się i bulgotały pralki "Frania". Małe białe wulkany wyrzucały z siebie kłęby pary. Przy niewielkim drewnianym stole pośrodku stała niska, przygarbiona staruszka. Ubrana w kwiecistą podomkę i parę bamboszy, nie wyglądała na potężną istotę, ale gdy podniosła wzrok, Waldek poczuł, jak jej małe czarne oczka lustrują go od wypastowanych butów po idealnie zawiązany węzeł krawata. Został prześwietlony, oceniony i skatalogowany w ułamku sekundy.
- Jadziu kochana, czas się ciebie nie ima - powiedział leszy, uśmiechając się szeroko.
Pani Jadzia była w świecie ludzi zwykłą staruszką prowadzącą magiel. W Wyraju - babą cmentarną, która jak nikt inny znała sekrety zarówno żywych, jak i umarłych.
Podszedł i podał kobiecie swoją piersiówkę. Pani Jadwiga wzięła ją bez wahania i pociągnęła zdrowy łyk, po czym otarła usta wierzchem dłoni. Mrugnęła do Dębskiego i gestem zaprosiła ich dalej, w głąb swojego królestwa.
Waldek z fascynacją przyglądał się temu, co dzieje się wokół. Przy jednym z bulgoczących kotłów chuda, wysoka kobieta o nienaturalnie długich paznokciach i dzikim spojrzeniu strzygi wykłócała się z jedną z klientek.
- Pani kochana, to jest krew milicjanta, ona nie schodzi tak łatwo! Za to trzeba liczyć podwójnie! - syczała, potrząsając poplamioną koszulą.
Zjawa o urodzie manekina z wystawy Mody Polskiej nienaturalnym ruchem wyciągnęła z torby białą koszulę z Wólczanki, która wyglądała na czystą, ale gdy tylko ją rozwinęła, Waldek poczuł w powietrzu duszącą, słodką woń damskich perfum "Być może..."
- Z gabinetu w siedzibie Komitetu Centralnego - szepnęła południca. - Towarzysz generał nosił ją wczoraj na zjeździe, a jego żona używa tylko "Pani Walewskiej".
Asystentka pani Jadzi skinęła głową i bez słowa wsunęła południcy do ręki kilka banknotów.
Miejsce zjawy zajął potężnie zbudowany mężczyzna o posępnej twarzy i dłoniach jak bochny chleba. Waldek dostrzegł w nim siłę wilkołaka, ledwie skrywaną pod grubym, flanelowym drelichem. Klient z wściekłością rzucił na stół ciężkie, brudne spodnie robocze.
- Patrzy pani na to - warknął. - Ktoś mi w robocie srebrem sypie w spodnie.
Asystentka nachyliła się nad nogawką i wzięła do ręki szkło powiększające.
- Srebro - potwierdziła cicho. - Czyste. Ktoś zastawił na ciebie pułapkę. Chcesz wiedzieć kto?
Zanim wilkołak odpowiedział, jego wzrok prześlizgnął się po pomieszczeniu i zawisł na Waldku. Potem olbrzym odwrócił się z powrotem do strzygi i nachylił tak, że jego usta znalazły się tuż przy jej uchu. Utopiec widział tylko jego szerokie plecy i dłoń wielkości patelni, która zasłaniała usta.
- Chcę, żeby przestał. Na zawsze.
Wilkołak wyprostował się i rzucił na stół zwitek banknotów.
- Dowiedzcie się, kto miał wczoraj dostęp do mojego stanowiska - powiedział już głośniej.
W tym momencie do Waldka wszystko dotarło. Krew, perfumy, srebrne opiłki. Pani Jadzia nie prała ubrań. Prała brudy w najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu.
Dębski nachylił się do jego ucha.
- Nie stój jak kołek, nieładnie się tak gapić. Pani Jadzia prosi do gabinetu.
Przeszli przez prowizoryczne wejście i znaleźli się w wąskim, dusznym korytarzyku. Było tak ciasno, że Leszek musiał iść bokiem. Na końcu znajdowały się drzwi. Pani Jadzia otworzyła je kluczem, który nosiła na szyi, i weszli do środka. Była to klitka niewiele większa od szafy, wyposażona jedynie w stare, ciężkie biurko i wysiedziany fotel. Staruszka bez słowa zapadła się w niego z cichym westchnieniem, jakby wracała na swój tron. Waldek, który szedł ostatni, zamknął za nimi drzwi.
- Pani Jadziu, potrzebujemy informacji - powiedział Dębski, nie tracąc czasu.
Kobieta na pierwszy rzut oka była po prostu przygarbioną staruszką, ale im dłużej się na nią patrzyło, tym więcej dostrzegało się niepokojących szczegółów. Jej skóra była trupioblada, naznaczona gęstą siatką zmarszczek. Palce miała długie i kościste, a pod paznokciami, mimo pozornej czystości, tkwiła ciemna obwódka, jakby całe życie spędziła na kopaniu ziemi. Nie odpowiedziała leszemu. Jej czarne jak paciorki oczy przeniosły się wymownie na Waldka.
Dębski zauważył jej wahanie.
- Ręczę za niego - rzucił krótko.
- Słyszeć, to ja, Leszku, wiele słyszę - odparła skrzypiącym głosem, nie odrywając wzroku od Waldka. Lustrowała go jak towar na sprzedaż. Jak narzędzie, którego przydatność właśnie oceniała. - Ale coraz starsza jestem, w kościach łupie. A i nie tylko ja, maszyny też niedomagają. Jeśli będę mogła pomóc, to pomogę, ale nie za darmo. Muszę zadbać zwłaszcza o moje dziewczyny, o ich przyszłość. - A kolega... - dodała z nutą drapieżnej słodyczy. - Pan taki elegancki, z Centrali. Was stać.
Waldek stał jak wryty.
- Rozliczysz się ze mną - wtrącił Dębski twardo. - Nigdy nie żałowałaś.
- Mówisz, jakbyś ty kiedyś żałował... - Baba cmentarna przeniosła wzrok na leszego. - Mów, kochany, z czym przychodzisz. Tylko bez polityki.
- Mamy dwa trupy ważnych urzędników. Co o nich wiesz?
- Słyszałam... - Pokiwała głową ze smutkiem. - Żyli, umarli, będą umierać.- Wzruszyła ramionami. - Zygmunta szkoda, nie był jeszcze taki stary. Niech mu ziemia lekką będzie.
- Musisz mi dać coś więcej.
- Mówiłam, bez polityki... - Na pomarszczonej twarzy pani Jadzi pojawił się bezzębny uśmiech. - Ja prosta kobieta jestem. To za głębokie wody dla mnie. I wy też nie powinniście na nie wypływać, bo was jeszcze zdradliwe wiry wciągną.
- Tyle to i bez ciebie wiedziałem - mruknął leszy. - Dzięki za nic.
- No już, nie dąsaj się - rzuciła pojednawczo. - Wiele powiedzieć nie mogę, ale dam ci radę. Rozerwij się. Idź na dancing, potańczyć. Znajdź dziewczynę, która woli kwiat paproci od goździków.
Dębski ze zrozumieniem skinął głową w geście podziękowania. Już miał dać Waldkowi znak, że wychodzą, gdy ten, jakby wyrywany z zamyślenia, wtrącił się po raz pierwszy:
- A ten drugi, Podlaski... - zaczął nieśmiało. - To prawda, że wolał chłopców?
Najpierw zapadła cisza, a potem pani Jadzia wybuchnęła suchym, skrzypiącym śmiechem.
- A skądże znowu, kawalerze... - wychrypiała. - To ci na zeszyt powiem. Towarzysz miał fantazję bujną, to prawda, ale w drugą stronę. Lubił on dziewczynki, oj lubił. Czasem aż po kilka naraz. Miały z nim nieraz przeboje w jednym takim lokalu...
Jej czarne oczy przeniosły się na Dębskiego, a na pomarszczonych ustach wykwitł chytry uśmieszek.
- Ty wiesz, o którym lokalu mowa, Lechu, prawda?
- Tak, tak... - mruknął Dębski nienaturalnie głośno, a jego nonszalancka postawa gdzieś zniknęła. - Musimy już iść. Jak zawsze, to była... przyjemność cię spotkać - odchrząknął.
Bez czekania na odpowiedź otworzył drzwi i pchnął Waldka w stronę wyjścia.
Powietrze, które uderzyło w nich, jak tylko otworzyli zardzewiałe drzwi do piwnicy, było przyjemnie orzeźwiające w porównaniu z duszną atmosferą magla. Waldek ledwo nadążał za leszym, który ruszył przed siebie szybkim, sprężystym krokiem.
- O co jej chodziło, Lechu? - zapytał w końcu, łapiąc go za ramię. - Z tym dancingiem? I kim w ogóle jest ta cała pani Jadzia?
Dębski zwolnił kroku.
- Myślisz, że Centrala widzi wszystko? - prychnął. - Tam, gdzie jej wzrok nie sięga, rodzi się miejsce dla takich jak Jadzia. Szara strefa, luka w systemie. Nazwij to, jak chcesz.
- I co, ot tak jest twoim informatorem?
- Chciałbym. - Dębski zniżył głos. - To szara eminencja tego całego półświatka. Trzyma to wszystko twardą ręką jeszcze od przedwojnia. Czasy się zmieniają, szefowie Centrali przychodzą i odchodzą, a ona trwa. I wierz mi, nie chcesz być jej dłużnikiem.
- Rozumiem - powiedział w końcu Waldek. - No a to o goździkach? O co chodziło?
Leszy wzruszył ramionami, a na jego twarz powrócił cień dawnej nonszalancji.
- Dowiesz się wieczorem - rzucił, skręcając w głąb ciemnej uliczki. - W Kurzej Łapce.