Wypuścić diabły - Wypuścić diabły

-
Proszę czekać

Mała na melinie

Ari zaklina się, że dałby radę oderżnąć mi twarz kosą, co ją sobie wyklepał z puszki po zupie. Zębaty klin z aluminium, z rączką owiniętą szarą taśmą, przy szpicu resztki napisu: "Mm! Mm! Pycha!". Dziabie w rozdzielającą nas szybę. Mówię mu ej poka na moment, ruchem głowy wskazuję szufladę na kasę, żeby włożył tam nóż i mi podał, ale kręci głową.

- Ty nie jesteś killer.

Mruży te swoje zżółkłe przez marskość wątroby oczy, pokazuje na mnie kosą. Jego szept jest jak chrzęst żwiru.

- Nawet byś nie wiedział, jak to trzymać.

Danielle przynosi do kasy dwie butelki po zero cztery mocnego, Ari bierze ją ramieniem za szyję, szpic kosy przystawia w łatę bielactwa tuż pod jej okiem. Danielle chce jeszcze paczkę Newportów. Ari śpiewa jakiś stary kawałek o miłości, Sinatrę czy coś, buja się na boki, nie wypuszcza Danielle. Ona uśmiecha się leciutko.

- Jaki ty głupi - mówi mu.

Wkładam fajki do szufladki i podaję im, piwa nabijam przez szybę. Danielle płaci samym bilonem. Nastukała forsy za puszki.

Pojebani zakochani bezdomni odbijają flachy i odpalają pety, zanim nawet wyjdą ze sklepu.

Patrzę na ścienny zegar. Ostatnia godzina nocnej zmiany zawsze ciągnie się najdłużej.

Faceci w trudnopalnych kombinezonach kupują zgrzewkami Lone Stara i zdrapki po dolarze. Szczęścia próbują od razu przy ladzie, ładują mi tekturki z powrotem do szufladki, żebym wyrzucił je do śmieci.

Ekipa meksykańskich ziomków desantuje się z Chargera, granatowy lakier candy. Kręcą klip. Kamerzysta wchodzi do sklepu za raperem. Udaję, że wykładam papierosy na półki, żeby nie patrzeć w obiektyw. Raper układa usta do tekstu wałka z telefonu, który gra mu w kieszeni. Ciska do kamery szybką sekwencję znaków palcami. Z jednej z lodówek bierze sobie Sprite'a. Na koniec zwrotki szczerzy się mega szeroko, żeby kamerzysta mógł zrobić najazd na brylantowy grill.

Kierowca Chargera sypie bilonem z aksamitnego worka po whisky Crown Royal.

- Elo, kierowniku, to z tego ile się da wachy na jedynkę.

Wyłączam neon OTWARTE, ogarniam wszystkie pierdolety na zamknięcie: zamieść linoleum, zetrzeć lepkie plamy syropu ze stoiska z dozownikami napoi, psiknąć do toalet, żeby nie waliło samym grzybem, tylko syntetycznymi kwiatami i trochę grzybem, przeciągnąć w chuj gruby łańcuch przez żelazne pręty drzwi wejściowych, zatrzasnąć kłódkę.

Na całej przecznicy ze świateł już tylko jarzeniówki nad dystrybutorami i księżyc, czerwony jak krew.

Na chatę mam z buta ze cztery kilometry, na uszach Dillinger Escape Plan.

Śliski po deszczu asfalt, usiany nabojami po gazie rozweselającym i cytrynowymi owijkami od whataburgerów. Psy szczekają za ogrodzeniami z siatki. Odblaskowe pomarańczowe beczki odgradzają długi kawał pokruszonej nawierzchni, który kiedyś w końcu znów stanie się częścią jezdni. Zatrzymuję się koło torów, patrzę, jak z łomotem ciągną wymalowane przez grafficiarzy wagony, gwizdek zagłusza mi w głowie spazmatyczne bębny i sfuzzowany, warczący wokal.

Tej nocy z wież rafinerii biją takie płomienie, że mogłyby uszkodzić siatkówki Bogu, ale na zatorzu jest ciemnawo, tylko bursztynowy blask latarni i czasem koguty radiowozów. Tam, gdzie mieszkam, mamy całodobową aptekę, gdzie sprzedają też fajki, a za sklepem z używanymi oponami jest cmentarzyk. Paru kumpli już tam leży.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji