Wyprawa Tschiffely'ego - Aime Tschiffely

Reflow text when sidebars are open.
Chciałbym bardziej szczegółowo przedstawić pierwszy dzień swojej wyprawy z kilku powodów: naturalnie odcisnął się on w mojej pamięci jako początek wielkiej przygody, zdarzyło się wtedy tyle różnych rzeczy, że relacja zaspokoi ciekawość każdego czytelnika, może też znajdzie on tu pewne odbicie stosunków panujących w Argentynie.
Wczesnym rankiem w Dniu Świętego Jerzego opuściłem hotel i pojechałem z psem do siedziby towarzystwa ziemskiego. Wydaje się, zwęszył on klęskę, bo musiałem wziąć go na smycz, by zechciał pójść ze mną. Od początku pojawiły się problemy: konie stanowczo protestowały przeciwko siodłaniu i odnosiłem wrażenie, że każdy kolejny element uprzęży drażnił je coraz bardziej, dlatego na długi czas przeobraziliśmy się w wirujący kłąb niekompletnie osiodłanych koni i klnących stajennych. Wreszcie udało się nam zakończyć przygotowania, a konie, wyraziwszy swoje zdanie na temat popręgów wielkim popisem wierzgania, praktycznie całkiem się uspokoiły, więc byłem gotów do drogi.
Tymczasem pojawiło się kilku fotografów z gazet, którzy w jakiś zagadkowy sposób dowiedzieli się, że tego dnia wyruszam. Ewidentnie bardzo ich to wszystko bawiło: "Wariat zamierza dotrzeć lądem do Nowego Jorku, que loco". I tak dalej, i tym podobne... Cóż, ja też potrafię docenić dobry żart, więc zgodziłem się im pozować - pięć minut trwała zabawa z odpowiednim ustawieniem koni. Trzasnęły migawki, po czym panowie dziennikarze ukłonili się i pożegnali, niemal nie starając się kryć rozbawienia z powodu mojej głupoty. Miałem wielką chęć poczęstować ich przysłowiem: "Głupiec się śmieje, a mądry śmiało idzie po zwycięstwo", dopadły mnie jednak wątpliwości, kto tu naprawdę był głupcem, więc się powstrzymałem.
Dosiadłem Gato, spokojniejszego z tej pary. Prowadziłem za sobą Manchę, któremu przypadło w udziale niesienie juków, towarzyszył nam stajenny, by pokazać najlepszą drogę wyjazdową z miasta. Jechał na wielkim rumaku czystej krwi, przy którym moje krępe koniki wyglądały na mniejsze, niż były w rzeczywistości. Za nami bardzo niechętnie szedł pies. Po mniej więcej godzinie znaleźliśmy się na niedawno wytyczonej drodze gruntowej biegnącej między siatkowymi ogrodzeniami. Nasz przewodnik poinformował mnie, że tą drogą dotrę na główny gościniec, po czym zawrócił do domu. Jego rumak spocił się tak, że aż parował - po moich kreolskich w ogóle nie dałoby się poznać, że pokonały kilka kilometrów. Niedawne ulewy przeobraziły drogę w rzekę rzadkiego błota, w które konie głęboko się zapadały. Mancha najwyraźniej uznał, że zdecydowanie wolałby wrócić do stajni, więc musiałem holować go siłą. Co gorsza, zaczęło mżyć. Z tych wszystkich powodów miałem wrażenie, że jesteśmy na najgorszym szlaku świata. Cóż, w porównaniu z niektórymi ścieżkami, po jakich miałem wędrować w przyszłości, była to istna Piąta Aleja czy inna Regent Street.
Wkrótce nadeszła katastrofa: usłyszałem najpierw głuchy odgłos uderzenia, a potem skowyt bólu i zobaczyłem psa w locie. Nieszczęsny wylądował w kałuży i leżał w niej jak martwy. Podszedł do Manchy bardziej, niż ten był gotów znieść, i drogo za to zapłacił. Zbadawszy psa, stwierdziłem, że został potężnie kopnięty w biodro i ma pękniętą łopatkę. Sytuacja godna ołówka karykaturzysty: tkwiłem w błocie z dala od siedzib ludzkich, coraz bardziej mokry od deszczu, z dwoma półdzikimi końmi i okaleczonym psem. Nie był to obiecujący początek wyprawy. Nie chciałem dobijać psa, zaś zostawienie go w tym miejscu zdecydowanie wykluczyłem. Prawdopodobieństwo, że nadjedzie jakiś samochód, było porównywalne z prawdopodobieństwem spotkania niedźwiedzi polarnych na Saharze, postanowiłem więc dotransportować biednego zwierzaka do gościńca. Nie było to łatwe: nieść ciężkiego psa jakieś dwieście metrów, kłaść go na poboczu, wracać po konie, podprowadzać je do miejsca, w którym leżał pies, i tak w kółko. W końcu się udało. Siadłem na poboczu, wypatrując nadjeżdżających pojazdów. Jako pierwszy pojawił się wyjątkowo leciwy zabytek motoryzacji. Machaniem ręki dałem kierowcy znak, by się zatrzymał, po czym zapytałem, czy nie zawiózłby psa do najbliższego miasta i nie zostawił go tam w miejscu, w którym mógłby na mnie poczekać. Automobilista mówiący z akcentem zdradzającym hiszpańskie pochodzenie zaczął mnie indagować, jaką kwotę byłbym gotów zapłacić za tę przysługę, tłumaczył, że czasy takie ciężkie, i tym podobne, i tak dalej. Jego mowa stała się już tak kwiecista, że w końcu mu przerwałem i serdecznie zasugerowałem, by się przeniósł w znacznie cieplejsze okolice. Odjechał, a jego rzęch grzechotał niczym sklep żelazny podczas trzęsienia ziemi. Niedługo potem nadjechało drugie auto. Dwaj siedzący w nim panowie z miejsca zgodzili się zabrać psa do Moron, gdzie zamierzałem spędzić noc. Po dotarciu do celu przede wszystkim zadzwoniłem do przyjaciela i poprosiłem go, by zaopiekował się psem. Kiedy wróciłem po trzech latach z górą, zachwycony stwierdziłem, że zwierzak ma się świetnie.
Następnym zadaniem było znalezienie stajni i wiktu dla koni. Można by pomyśleć, że w pobliżu stolicy to żaden problem - bynajmniej, wszystkie stajnie były zajęte. Koniec końców uzyskałem pozwolenie na umieszczenie koni na noc na posterunku policji. Po długich poszukiwaniach udało mi się kupić snop siana i kiedy zataszczyłem go na własnych plecach Manchy i Gato, mogłem wreszcie zadbać o siebie. W związku z tym zjadłem całkiem przyzwoitą kolację, po czym położyłem się do łóżka w błogim przekonaniu, że na ten dzień moje niewygody dobiegły końca. Ha, jakże płonne bywają ludzkie nadzieje! Hotel należał do rodzaju niemal standardowego w "miastach obozowych", jak mówi się w Argentynie na miasteczka w rejonach rolniczych. Pokoje są rozmieszczone wokół kwadratowego patio, czyli dziedzińca, i mają duże dwuskrzydłowe drzwi, ale żadnych okien, więc nie da się ich porządnie wywietrzyć. W każdym pokoju stoją dwa, trzy albo i cztery łóżka - godni zazdrości są szczęściarze, którym udało się mieć taki pokój tylko dla siebie. Ja się do nich nie zaliczałem. Ledwie zamknąłem oczy, przyprowadzono kolejnego gościa, wkrótce potem pojawili się jeszcze dwaj. Moi współlokatorzy, jak to bywa u Argentyńczyków z niższych klas, uparli się, by zamknąć drzwi, przez co odcięli dopływ powietrza do pokoju. Na domiar złego ci dwaj, którzy przyszli ostatni, zaraz zaczęli palić, przy czym mniej więcej połowę czasu poświęcali na zaciąganie się dymem, a resztę - na plucie. Wszystko jednak ma swój kres, więc wśród wielu postękiwań i jęków ułożyli się wreszcie do snu.
Zamierzałem pójść w ich ślady, gdy nagle poczułem... coś. Z początku to zignorowałem, ale kiedy coś przeobraziło się w setki cosiów, zerwałem się, zapaliłem zapałkę i...! Moje łóżko wyglądało niczym poligon podczas ćwiczeń wojskowych: pułki, ba, całe korpusy maszerowały w tę i z powrotem, inne zaś pospiesznie kryły się przed światłem. Zapaliłem lampę i zrzuciłem materac na podłogę, co obudziło jednego ze śpiących. Moje wzburzenie zaintrygowało go, może nawet rozbawiło - zapewnił mnie, że bichos (robaki) są zupełnie nieszkodliwe, a ja jestem strasznie delicado (wydelikacony), skoro robię z ich powodu tyle zamieszania. Po starannym opróżnieniu owadzich schronów i okopów w ramie łóżka położyłem się na gołych sprężynach i zasnąłem, niepokojony tylko przez kilka ataków pojedynczych bichos i chrapanie współlokatorów. Z wielką radością powitałem nadejście ranka, ponieważ znów mogłem odetchnąć świeżym powietrzem.
"Niewykonalne!", "Absurd!", "Toż to szaleniec!".
Takie właśnie zdanie wyrażało wielu ludzi - jedni publicznie, inni prywatnie - kiedy ukazała się wiadomość, że ktoś zamierza przejechać z Buenos Aires do Nowego Jorku na dwóch koniach rasy argentyńskiej. Bezsprzecznie nie było to zdanie pozbawione solidnych podstaw. Ludzie znający topografię ziem leżących między Buenos Aires a Stanami Zjednoczonymi mieli prawo powątpiewać, czy jakikolwiek człowiek lub jakiekolwiek zwierzę ma szansę pokonać tę trasę. Nawet w najlepszych warunkach podróż lądowa jest niełatwa, a kiedy plany są aż tak ambitne, rozmaitość i liczba potencjalnych trudności jest ogromna. Czy jeździec i konie zawsze znajdą dosyć pożywienia i wody? Czy można się spodziewać, że konie zdołają pokonać potężne pasma górskie i piaszczyste pustynie, czy przetrwają dotkliwe wahania temperatury? A co z nieprzyjaznymi Indianami, porami deszczowymi, owadami, chorobami? Krótko mówiąc, jak można zakładać, że jakiekolwiek zwierzę poradzi sobie z tysiącem i jedną przeszkodą, które na nie czekają?
Owszem, krytycy mieli słuszność, ja jednak nie ustawałem w przygotowaniach. Nie był to z mojej strony nagły poryw, lecz owoc kilkuletnich rozważań, choć nie wspomniałem o tym pomyśle nikomu, zanim nie podjąłem ostatecznej decyzji o podjęciu tej próby.
Zakończywszy edukację, spędziłem trochę czasu jako nauczyciel w Anglii, następnie wyjechałem do Argentyny, gdzie przepracowałem dziewięć lat w największej anglo-amerykańskiej szkole w tym kraju. Od dłuższego czasu czułem, że życie nauczyciela, choć pod wieloma względami przyjemne, nie daje mi zbyt wielu perspektyw i grozi wepchnięciem w rutynę. Zapragnąłem urozmaicenia: byłem młody i zdrowy, pomysł na tę podróż kołatał się po mojej głowie od lat, w końcu więc postanowiłem spróbować.
Rozpytywałem tu i tam, aż w końcu poszedłem do siedziby "La Nación", najbardziej znanego dziennika w Argentynie, i przedstawiłem tam swój pomysł. Udało mi się przekonać członków redakcji, że nie jestem jednym z tych naciągaczy, którzy próbują wyłudzić od nich fundusze na pomoc w realizacji urojonych planów, że nie potrzebuję niczego poza informacjami. Wtedy stali się niezwykle uprzejmi i udzielili wszelkiej możliwej pomocy. Skontaktowali mnie też z doktorem Emiliem Solanetem, wyjątkowo entuzjastycznym hodowcą koni rasy kreolskiej i jednym z czołowych autorytetów w tej materii. Zawsze będę miał wobec niego dług wdzięczności. Doktor Solanet entuzjastycznie podjął temat i zobowiązał się dostarczyć na wyprawę dwa konie.
Być może czytelnikom łatwiej będzie pojąć powody wytrzymałości koni kreolskich, jeśli skreślę parę słów na temat pochodzenia tej rasy. Wywodzą się one od kilku wierzchowców sprowadzonych do Argentyny w 1535 roku przez don Pedra Mendozę, założyciela miasta Buenos Aires. Były to najprzedniejsze konie hiszpańskie (uważane wówczas za najlepsze w Europie) ze znaczną domieszką krwi arabskiej i berberyjskiej. Tego, że były to pierwsze konie w Ameryce, dowodzi historia, tradycja oraz fakt, że w żadnym dialekcie rdzennych mieszkańców Ameryki nie istniało słowo na określenie konia. Później, kiedy Indianie złupili Buenos Aires i wyrżnęli jego mieszkańców, porzucone potomstwo koni hiszpańskich zaczęło swobodnie wędrować po tej krainie. Żyło więc i mnożyło się wedle praw przyrody. Polowali na nie Indianie i drapieżne zwierzęta, susze zmuszały je do dalekich wypraw w poszukiwaniu wody. Zdradziecki klimat cechujący się nagłymi zmianami temperatury sprawił, że przy życiu pozostały tylko najsilniejsze osobniki: krótko mówiąc, konie musiały się poddać prawu natury, pozwalającemu przetrwać wyłącznie zwierzętom w najlepszej formie. Dowodów tej formy było aż nadto. Podczas walk wyzwoleńczych i późniejszych wojen z Indianami konie kreolskie pokonywały takie odległości, że mogłoby się to wydawać niewiarygodne, gdyby nie zostało dobrze udokumentowane. Doktor Solanet we wspaniałej przemowie wygłoszonej na konferencji wydziałów rolnictwa i weterynarii powiedział: "Ich wielomiesięczne przemarsze podczas wojny o niepodległość były mierzone nie w kilometrach, lecz w ligach lądowych1: te fantastyczne rajdy przeprowadzano często na dystansie stu, dwustu albo i więcej lig, prosto na szeregi żołnierzy hiszpańskich, którym nie możemy odmówić odwagi, bo w ich i naszych żyłach płynie jedna krew. Konie Patriotów przybywały tam dość silne, by przejść do zwycięskiej szarży. Później, tej samej nocy, odpoczywały i jadły to, co zdołały "wyszperać". Bez okrycia stały na mrozie, a następnego dnia zamiast masażu i wyczesywania czekał na nie gorący wicher, który parzył im skórę i chłostał je rozgrzanym piaskiem".
Liempiczun (Mam Pióra). Wódz patagońskich Indian Tehuelcze, pierwszy właściciel Manchy i Gato.
Cechowanie piętnem źrebaków na argentyńskich pampasach.Każda estancia (posiadłość ziemska) ma własny wzór piętna, wyszczególniony w rejestrze urzędowym.
Końmi podarowanymi mi przez doktora Solaneta były szesnastoletni Mancha oraz piętnastoletni Gato. Poprzednio należały do wodza patagońskich Indian o imieniu Liempiczun (Mam Pióra) i były niewyobrażalnie dzikie. Poskromienie ich okazało się zadaniem, które przez dłuższy czas wymagało najtęższych wysiłków kilku wyśmienitych domadores, ale kiedy je przejąłem, i tak daleko im było do pełnego zdyscyplinowania. Mogę stwierdzić, że nawet teraz - jako dwudziestodwulatek - Mancha, mimo przewędrowania ponad szesnastu tysięcy kilometrów, nie zdzierży, by siodłał go ktokolwiek poza mną. Oba konie niewiele wcześniej przybyły do estancii (posiadłości ziemskiej) wraz z tabunem innych wierzchowców z Patagonii - pokonały ponad tysiąc sześćset kilometrów; na trasie jadły tylko to, co same znalazły, a nie było tego zbyt wiele. Europejskiemu miłośnikowi koni wydałyby się, delikatnie mówiąc, oryginalne. Mancha ma kasztanową sierść z rozległymi nieregularnymi białymi plamami, białą szeroką łysinę i białe skarpetki. W Stanach i Wielkiej Brytanii takie umaszczenie określa się często jako pinto lub piebald, czyli srokate. Gato jest koloru, powiedzmy, kawowego, gdzieś między maścią gniadą a bułaną - amerykańscy kowboje nazywali ją buckskin, czyli jelenią. Krzepkie nogi, krępe, niedługie karki i rzymskie nosy moich koni sprawiają, że od pierwszorzędnych myśliwskich anglików dzieli je tyle, ile biegun północny od południowego. Jednak nie to ładne, co ładne, ale to, co się komu podoba - jestem gotów stwierdzić, że nie ma na świecie rasy, która mogłaby dorównać koniom kreolskim, jeśli idzie o wytrzymałość na nieustanny trud.
Miałem zatem wierzchowce, lecz pozostało wiele innych spraw do rozważenia, w tym szczególnie kwestia siodeł do jazdy i pod juki. Do jazdy wybrałem sobie siodło używane w Urugwaju i północnych rejonach Argentyny. Jego lekki szkielet, długi na mniej więcej sześćdziesiąt centymetrów, jest obciągnięty wyprawioną skórą. Spoczywa ono lekko na koniu, a nocą po okryciu skórami owczymi staje się wygodną poduszką. Przez całą podróż używałem jednego siodła do jazdy, ale w górach siodło pod juki musiałem wymieniać. Oczywiście wożenie namiotu nie wchodziło w rachubę ze względu choćby na jego ciężar, musiałem więc poprzestać na obszernym ponczu (płaszczu), którym się przykrywałem, gdy spałem pod gołym niebem. Wziąłem natomiast dużą moskitierę w kształcie kopuły, bo złożona zajmowała bardzo mało miejsca, a ważyła tyle co nic.
Następnie kilka tygodni nabierałem kondycji i oswajałem się z dalekimi wyprawami. Było to konieczne, ponieważ pracując jako nauczyciel, jeździłem konno tylko w wakacje.
Kiedy niemal zakończyłem przygotowania, konie przewieziono do Buenos Aires i zakwaterowano w doskonałej stajni Argentyńskiego Towarzystwa Ziemskiego. Nie było to łatwe - proszę sobie wyobrazić, jak by się czuli dwaj wojownicy z afrykańskiego interioru przeniesieni nagle na Piccadilly lub Broadway. Nigdy nie widziały miasta, znały jedynie wioskę indiańską złożoną z paru toldos - namiotów z rozpiętej na drągach niewygarbowanej skóry. Przeprowadzenie ich ulicami i skłonienie, by weszły do stajni, okazało się pracą godną Herkulesa, choć robiliśmy to wczesnym rankiem i wybraliśmy najmniej uczęszczane ulice. Ulice i domy były dla nich przerażające, a co dopiero samochód! Przy żłobie odwracały pysk, gdy dawano im najsmakowitszą paszę: lucernę, jęczmień, owies i tym podobne, zajadały się natomiast słomą z wyściółki boksów. Po pewnym czasie zmieniły upodobania i zaczęły doceniać, co dobre. Na bogatej paszy nabierały ciała, przybywało im też energii: choć nigdy nie były specjalnie potulne, praca z nimi stała się teraz naprawdę interesująca, by nie rzec - ekscytująca.
Gdy wszystko było gotowe, o wyprawie dowiedziała się prasa, i wtedy pojawiły się komentarze podobne do przywołanych na początku tego rozdziału. Jedne zachęcające, inne jawnie sarkastyczne. Pewna gazeta posunęła się nawet do oskarżenia mnie o znęcanie się nad zwierzętami - ich uzdolnionemu reporterowi najwidoczniej zabrakło szarych komórek, by pojąć, że jeśli ktoś zamierza całkowicie powierzyć swoje życie dwóm koniom, to ich wygoda i dobrobyt stają się dlań priorytetowe. Wielu ludzi, we własnym mniemaniu ekspertów, próbowało odwieść mnie od realizacji planu, inni - szczególnie kilku członków towarzystwa ziemskiego i grupa wybitnych łowców dzikiej zwierzyny - udzielili mi solidnego wsparcia i tyle zachęty, ile tylko mogli.
Pierwotnie zamierzałem wziąć do towarzystwa belgijskiego psa policyjnego, którego sprezentował mi przyjaciel. Plany te jednak legły w gruzach, kiedy pierwszego dnia podróży pies podszedł do jednego z koni bliżej, niż ten był gotów znieść, i zainkasował tak mocnego kopniaka, że nie mógł iść z nami dalej. Przekonałem się potem, że dobrze się stało: pies nie przetrwałby tej wyprawy. Brak wody doskwiera psom znacznie bardziej niż koniom, a ich łapy źle znoszą wędrówkę po kamienistym podłożu. Poza tym pies chodzi z nosem blisko ziemi, co przysparzałoby mu cierpień podczas wędrówki przez piaszczyste pustynie. Oczywiście trzeba jeszcze pamiętać o konieczności karmienia go. Wątpię, czy nawet mały pies, którego w razie potrzeby można by wieźć na jucznym koniu, miałby szansę przetrwania tej wyprawy.
Na zakończenie wprowadzenia chciałbym zaznaczyć, że nie uważam się za nieomylny autorytet w sprawach dotyczących wszelkich krajów, przez które przejeżdżałem. Naturalnie dowiedziałem się wiele o tamtejszych obyczajach, historii i tradycji, ale gruntowne poznanie któregokolwiek kraju wymaga lat mieszkania w nim. Spróbuję zatem opisać tylko to, co sam widziałem i co mi się przydarzyło, bez kwiecistości ani upiększeń. Jak można łatwo zrozumieć, nie wszędzie (!) znalazłem gościnne przyjęcie, higienę i wygodę, ale miejscom, którym należy się pochwała, nie będę jej skąpił.
Dla moich trzech przyjaciół Tschiffely'ego, Manchy i Gato
Zawsze twierdziłem, że czynione przez niektórych ludzi rozróżnienie między instynktem a rozumem jest błędne, że wszystkie zwierzęta mają rozum, wszyscy zaś ludzie - instynkt.
Dlatego właśnie na początku napisałem te słowa; wiem, że starszy partner w tej przyjaźni zrozumie, o co mi chodzi. Mam też pewność, że i pozostali dwaj pojęliby mnie, gdybym tylko opanował ich mowę. Mimo że ja nie potrafię się z nimi porozumieć, wiem, że oni rozumieją człowieka, który doświadczył z nimi tylu zagrożeń, cierpiał niedostatek, głód, pragnienie i znużenie podczas długiej wędrówki przez trzy Ameryki, która zawiodła Manchę i Gato do końskiego panteonu.
Zawsze uważałem, że w zielonej Trapalandze Opatrzność, jakkolwiek bolesne dla ludzi bywają Jej wyroki, musiała przygotować miejsce dla wszystkich koni, które cierpiały tu, na ziemi, z powodu przepracowania, niegodnego traktowania oraz niedostatecznej troski, a także dla tych niewinnych i nieśmiałych, które za życia pokornie przemierzały pampasy, stepy i prerie. Powitają je tam Pascasas, należący do Cezara koń o niezwykłych kopytach, i Bucefał. Oby nie zabrakło im czasu na przywitanie - będą rżeć cicho i delikatnie, z drżącymi uszami wysuwać aksamitne chrapy, aż w końcu się dotkną.
Lubię sobie wyobrażać ich bezkresny niebiański dom - bo nasza wyobraźnia może przywoływać tylko te obrazy, które widzieliśmy na ziemi - jako ogromną prerię. Wiatr omiata wiecznie zielone trawy, aż kołyszą się niczym fale. Rośliny nigdy nie więdną ani nie tracą soczystości. Wody zawsze jest pod dostatkiem. Nie trafia się cangrejal ani zdradziecki guadal, a tym bardziej połacie jałowych piasków, jak na stepie, ani trujący miomio gotów je nikczemnie zamordować. Wszędzie tylko świeża zieleń. Atak mrozu nie oszroni ich sierści, palące słońce nigdy nie będzie prażyć nieosłoniętych łbów ani sprawiać, że źrebięta zaczną szukać schronienia w cieniu swych matek.
W południe nie będą ich dręczyć tabanos, w nocy nie zagrożą im ataki nietoperzy wampirów, wysysających krew i zostawiających swoje ofiary ospałe i osłabione. W rzekach nie będą czyhać krokodyle ani węgorze elektryczne, które rażą prądem pływające konie i sprawiają, że idą one na dno w mgnieniu oka. Na płyciznach nie będzie rayas, gotowych poranić im kopyta, w lasach nie zaczai się żaden tygrys, by zaatakować je znienacka i ogłuszyć jednym ciosem brutalnej łapy. Przeszły swoją ziemską kalwarię słodkie i niewinne, więc trafią do miejsca bezpiecznego, wypełnionego łagodnością i spokojem. Sprawiedliwość, która na tym świecie zawsze była ślepa, głucha i daremna, odzyska tam słuch, wzrok oraz świadomość sensu swojego imienia. Tego wszystkiego im życzę, bo nie wiem, co tak naprawdę je czeka. Mam nadzieję, że w owym końskim raju, który próbowałem opisać, trójka moich przyjaciół pozostanie nierozłączna. Niech sobie razem drzemią w cieniu jakiejś niebiańskiej szkarłatki, olbrzymiej, o rozłożystych gałęziach i gęstych liściach, od czasu do czasu wespół wspominając - bo zniknie wówczas bariera języka - zdarzenia z ich długiej pielgrzymki.
R.B. Cunninghame Graham
Pozwólcie, że wstęp ten zacznę od przeprosin. Zdaję sobie sprawę, że mój styl pisania może nie znaleźć uznania w oczach krytyków - najpewniej tak właśnie się stanie. Przepraszam więc za to, bo wiem, że nie uda się tego uniknąć. Nie aspiruję do miana pisarza, zrobiłem tylko wszystko, co w mojej mocy, by dokładnie opisać kraje, przez które przejeżdżałem, oraz mnogie i bardzo odmienne typy ludzi, jakie napotkałem. Przez dwa i pół roku pokonałem w siodle jakieś szesnaście tysięcy kilometrów. Z Argentyny ruszyłem na północ przez mroźne pustkowia gór wznoszących się na pięć tysięcy metrów. Następnie zjechałem w parne dżungle, sforsowałem Przesmyk Panamski, by przez Amerykę Środkową i Meksyk dotrzeć do Stanów Zjednoczonych.
Do Waszyngtonu przybyłem z tymi samymi dwoma końmi, z którymi wyruszyłem - jeden z nich na początku podróży miał piętnaście, a drugi szesnaście lat.
Mój samotny szlak biegł w znacznej części z dala od miast i portów, od miejsc, w których żyją biali ludzie. Jednej nocy rozbijałem obóz z dala od sadyb ludzkich, następnej - jadłem i spałem w kamiennej wiosce preinkaskiej wśród Indian z pradawnych plemion.
Niewiele było dramatycznych przygód, bycia o włos od śmierci i śmiałych wyczynów; mimo to wydaje mi się, że żaden podróżnik, nawet Marco Polo, nie miał tylu okazji, ile miałem ja, by obserwować i poznawać ludzi, zwierzęta i rośliny krajów, przez które przyszło mi wędrować.
Naturalnie, wyprawa tego typu musiała się wiązać z pewną dozą przygód i ryzyka, rozmyślnie postanowiłem jednak unikać wszystkiego, co mogłoby dać tym, którzy wędrują tylko palcem po mapie, powód do podejrzeń, że efekciarsko przesadzam.
Zdołałem udowodnić, że argentyńskie konie rasy Criollo (kreolskiej) zasługują na reputację, jaką zawsze cieszyły się wśród nielicznych prawdziwych znawców tej rasy, i to sprawia mi największą satysfakcję - nie ma bowiem lepszych do ciągłej, wytężonej pracy w każdych warunkach. Mancha i Gato, moi dwaj druhowie, wykazali się odpornością na upał, zimno, głód i wszelkie wyobrażalne niewygody, która zaskoczyła nawet najzagorzalszych wielbicieli tej rasy, a doktor Emilio Solanet, który mi je sprezentował, musi zaiste być z nich dumny.
Żywię szczerą nadzieję, że nic, co napisałem w tej książce, nie urazi uczuć któregokolwiek z czytelników, bo ja tylko na pozór zbyt surowo krytykuję ludzi - tak naprawdę jest wręcz odwrotnie. Czasem moje uwagi wydają się ostre, choć akurat wtedy naprawdę jestem łagodny, bo cała prawda w wielu przypadkach wydałaby się zupełnie niewiarygodna tym, którzy nie widzieli danej sytuacji na własne oczy.
Na zakończenie chciałbym stwierdzić, że nie potrafię odpowiednio wyrazić wdzięczności dla wszystkich tych niezliczonych przyjaciół, których poznałem w trakcie swojej wyprawy. Ich gościnność nie znała granic, ich pomoc i zachęta pozwoliły mi szczęśliwie osiągnąć cel.
A.F. Tschiffely
Mancha i Gato. Za obrazem olejnym L. Cordivioli.
Od tego miejsca nasza podróż stała się wyjątkowo nudna. Opuściwszy miasto, wędrowiec widzi, że znalazł się na odludziu, przy czym granica między jednym a drugim jest bardzo ostra. Łatwo to zrozumie, jeśli weźmie pod uwagę gęstość zaludnienia. Republika Argentyny zajmuje około trzech milionów kilometrów kwadratowych, mieszka tam natomiast jedenaście i pół miliona ludzi, z tego dwa i pół miliona w samym Buenos Aires, a kolejne pół miliona w Rosario.
Teren między tymi dwoma miastami (odległymi od siebie o prawie trzysta kilometrów), ba, teren aż po same Andy, jest płaski niczym stół. Jak okiem sięgnąć, widać tylko wielkie stada bydła pasące się w potreros (zagrodach) czy rozległe pola zbóż, głównie pszenicy i kukurydzy. Wszędzie można dostrzec druciane ogrodzenia i wiatraki, drzewa są demonstracyjnie nieobecne, wyjątek stanowią te rosnące wokół domów właścicieli poszczególnych estancii i na kilku odosobnionych spłachetkach monte (buszu). Drogi są albo bardzo pyliste, albo pełne błota, bo to zwykłe gruntówki, biegnące prościutko między ogrodzeniami z drutu od jednego do drugiego zakrętu pod kątem prostym, ponieważ łuki prawie się tu nie zdarzają. Przy wioskach kościste konie i krowy należące do biedniejszych mieszkańców szukają na poboczach skąpego pożywienia; zwierzęta padłe na drodze zostawia się dla chimangos (rodzaj jastrzębi) lub bezpańskich psów.
W porze żniw często można zobaczyć wyładowane ziarnem wozy o ogromnych kołach, których średnica sięga trzech metrów, zaprzężone w dużą liczbę koni. Gdy tradycyjnie zaprzęga się do wozu sześć albo osiem koni, ustawia się je w wachlarz. Kiedy jednak warunki drogowe są złe, do wozu zaprzęga się tyle dodatkowych koni, ile uda się znaleźć; przywiązuje się je do każdego elementu pojazdu, do którego można zamocować linę. Drugi koniec takiej liny zostaje zawiązany na popręgu opasującym konia. Wymaga to od zwierząt ogromnego wysiłku, ale najczęściej wykonują one swoją pracę bez protestów.
Im bardziej oddalałem się od Buenos Aires, tym gorzej prezentowały się drogi. Ciągłe deszcze obróciły nawierzchnię w rzadkie błoto, więc z konieczności posuwałem się naprzód powoli, a do tego juki wciąż się obsuwały. Jedynymi dźwiękami zakłócającymi monotonny chlupot błota pod końskimi kopytami były odrażający skrzek sowy preriowej usadowionej na słupie ogrodzenia i świszcząca paplanina wiatru wśród przewodów telegraficznych. Czasami, ku memu zdumieniu, brnęły ku mnie przez tę breję samochody, niejeden raz proszono mnie też o pomoc w wyciąganiu tych wehikułów z pełnych błota dziur - prośbom tym musiałem jednak odmawiać, bo moje konie nie były przyzwyczajone do takich prac. Tak czy inaczej, z czasem znienawidziłem auta - ich kierowcy okazywali mi bardzo mało zrozumienia, wydawało się wręcz, że są zachwyceni, kiedy widzą, jak konie szarpią się i stają dęba, gdy mija je samochód. Pielęgnowałem swoją awersję od początku wyprawy do samego jej końca i gdyby wszystkim moim życzeniom dane było się ziścić, Hades przyjąłby wielki kontyngent aut i automobilistów. Jestem tylko człowiekiem, więc muszę przyznać, że kiedy jadę wygodnym autem, żywię wobec tych pojazdów zupełnie inne uczucia, ale tutaj wypowiadam się z punktu widzenia jeźdźca.
Na wiele kilometrów przed następną wsią dopadła mnie nawałnica, więc ucieszyłem się bardzo, gdy dotarłem do małego rancza przy drodze oferującego miejsca dla gości. Konie puszczono samopas na dobrą łąkę, ja zaś z ulgą znalazłem pod dachem schronienie przed deszczem i ciepło. Chata na ranczo była nieduża, dwuizbowa, siedziało już w niej kilku mężczyzn, którzy suszyli się przy buzującym ogniu. Kiedy przywitałem się ze wszystkimi we właściwy sposób, to jest podając każdemu dłoń, także otrzymałem i miejsce przy ogniu, i mate. Jest to gruszkowata tykwa z otworem na węższym końcu do połowy wypełniona zalaną wrzątkiem yerbą (paragwajską herbatą). Powstały w ten sposób napar sączy się przez metalową rurkę zwaną bombilla. Stał się on napojem narodowym, ponieważ doskonale odświeża i pobudza. Żaden peon (robotnik) nie zabierze się do pracy, póki nie wypije trzech czy czterech kolejek mate - z kawałkiem galleta (suchara) dają mu dość siły, by mógł pracować aż do śniadania, które zjada około południa. Na przyjęciach używa się tylko jednej mate - gospodarz najczęściej sam wypija pierwszy napar, uważany za gorszy od następnych - bywa, że po prostu wysysa go i wypluwa - po czym nalewa do tykwy wrzątek i podaje ją pierwszemu gościowi. Nalewanie wrzątku powtarza się do momentu, kiedy napar stanie się zbyt słaby. Dziw bierze, na jak długo wystarcza jedna porcja yerba. Obcokrajowcom obyczaj ten wydaje się z początku dość obrzydliwy, z czasem jednak można się z nim oswoić. Odmowa uczestnictwa w ceremonii jest uważana za obelgę.
Na posiłek podano asado: to nazwa podłużnego kawałka mięsa, najczęściej żeberek, rozciągniętego na drucie lub rodzaju rożna i powoli pieczonego nad żarem. Prawidłowo przyrządzone asado jest absolutnie doskonałe, a tubylcy niemal co do jednego są w tym mistrzami. Widelca nie uważa się za niezbędny podczas jedzenia tego dania - modnie jest złapać jeden koniec porcji w lewą dłoń, drugi koniec w zęby i odciąć nożem odpowiedniej wielkości kęs.
Palenisko było skrajnie prymitywne, więc izbę wypełniał gryzący drzewny dym, od którego moje oczy piekły i wypełniały się łzami.
Wszyscy spaliśmy w jednej izbie, a że nie było tam łóżek (może i lepiej), umościliśmy się na podłodze, z czapraków i skór owczych ułożywszy wygodne łóżka. Siodła służyły nam jako poduszki.
Na równinach Argentyny używa się innych siodeł niż w rejonach górskich - siedzisko składa się z dwóch połączonych skórzanymi paskami poduszek uformowanych tak, że po nałożeniu na konia tworzą płaską powierzchnię. Najpierw na koński grzbiet narzuca się czaprak z materiału, albo częściej dwa, następnie jeszcze jeden, skórzany. Na to zakłada się siodło i spina wszystko szerokim popręgiem z niegarbowanej skóry, czasami o szerokości nawet trzydziestu centymetrów. Na siodle kładzie się skóry owcze i przykrywa jakąś miękką skórą; najlepsza jest ta z carpincho, czyli kapibary. Wszystko mocuje się dodatkowym wąskim popręgiem. Jeździec wygląda, jakby dosiadł stołu, ale moim zdaniem gauchos z pampasów jest w tych dziwacznych siodłach niezwykle wygodnie.
Tej nocy spało mi się bardzo dobrze i rankiem ruszyłem w dalszą drogę.
Następne dni nie różniły się zanadto od siebie nawzajem: widziałem tylko płaski teren, którego monotonię z rzadka przerywały boliches, czyli przydrożne karczmy. Tam, choć przeważnie w polu widzenia nie ma innych domostw, z reguły znajdzie się ludzi robiących niezbędne sprawunki, gawędzących nad szklaneczką wina czy grających w bochas, grę przypominającą petankę - tu również rzuca się kulami.
Każdy mężczyzna nosi szeroki pas, za który ma zatknięty z tyłu pokaźny nóż w pochwie. Im więcej srebra na pasie, tym większy powód do dumy ma jego właściciel. Wbrew temu, co się niektórym wydaje, noże te służą przede wszystkim nie do walki, lecz do uboju i skórowania bydła, naprawiania wyrobów ze skóry, krojenia mięsa podczas posiłków. Rzadko się dziś słyszy o poważniejszych burdach, jeśli już ktoś dobywa noża, to powodem jest raczej brawura. Od czasu do czasu ktoś zostaje poważnie ranny, więc by temu zapobiec, wprowadzono prawo, zgodnie z którym każdy odwiedzający karczmę musi po wejściu oddać broń gospodarzowi. Zazwyczaj tego prawa przestrzega się tylko w teorii - czasem, kiedy do karczmy dotrze wiadomość, że zbliża się policjant, obecni zaczynają pospieszne przekazywać oręż, by wszystko było w porządku, zanim przedstawiciel władzy stanie na progu. Jeśli kiedykolwiek dochodzi jednak do bójki, odpowiedzialność spada na gospodarza.
Dwa miejsca, w których zbierają się mieszkańcy wsi, to przystanek kolejowy i almacen. W rejonach peryferyjnych, gdzie pociąg pojawia się może raz na dwa, trzy dni, cała ludność wychodzi mu na powitanie. W almacen - słowo to tak naprawdę oznacza sklep - da się kupić praktycznie wszystko, w dodatku funkcjonuje on jako centrum rozpowszechniania wiadomości. W godzinach otwarcia zawsze na zewnątrz stoją konie uwiązane do słupków i czekające na właścicieli, którzy robią zakupy albo przy szklaneczce czegoś mocniejszego grają w karty i, naturalnie, plotkują. Niepisanym królem miejscowości jest lokalny comisario (komendant policji). Gdy przyjeżdża pociąg, na peronie musi być vigilante - resztę czasu spędza on z reguły w okolicy almacen. Choć ludzie długo siedzą tam przy butelce, tak naprawdę nie piją wcale dużo, i wśród Argentyńczyków niewielu jest pijaków, chyba że na północy, co może wynikać ze znacznej domieszki krwi indiańskiej. Zdarzają się rozróby, szczególnie kiedy nieuczciwy sprzedawca rozcieńczy dzban wina dwoma czy trzema dzbanami wody i wzmocni tę mieszankę butelką cana (alkoholu pędzonego z trzciny cukrowej), w której namoczono tytoń. Taki koktajl kopie mocniej niż koń i powoduje mnóstwo kłopotów, a jeśli nawet ofiary jego spożycia nie wzniecą burdy, następnego dnia zupełnie nie nadają się do pracy.
Utrzymywała się ohydna pogoda, na szczęście nie spieszyłem się, liczyłem bowiem, że do granicy z Boliwią dotrę w sierpniu, kiedy rozpoczyna się pora sucha. Starałem się, o ile to było możliwe, nocować pod dachem i przeważnie w tej materii dopisywało mi szczęście. Pewnego wieczora dotarłem do klasztoru, a że robiło się już późno, postanowiłem zaryzykować i zapukałem do drzwi. Obejrzano mnie dokładnie przez małe okienko, po czym wpuszczono do środka. Okazało się, że trafiłem między Irlandczyków. Ojciec przełożony O'Connor wypowiedział serdeczne słowa powitania, konie dostały obrok, mnie bracia przyjęli jak najgościnniej. Wszyscy zasiedliśmy do stołu, lecz po chwili stwierdziłem z niepokojem, że jestem jedynym jedzącym. Sprawa szybko została wyjaśniona: przygotowali mi pyszną kolację, choć dla nich był to dzień postu. Kiedy się nasyciłem, odprowadzono mnie do wygodnego pokoju gościnnego, w którym spałem snem sprawiedliwego do szóstej rano - obudziły mnie śpiewy braciszków uczestniczących w jutrzni. Gdy wyjeżdżałem po śniadaniu, całe zgromadzenie żegnało mnie serdecznie. Na zawsze zachowam w sercu ciepłe miejsce dla tych miłych zakonników.
Jeśli tylko podróż danego dnia kończyła się w jakiejś wsi, spędzałem noc w oberży, o ile taka tam była. Konie - jeśli nie znalazło się dla nich inne miejsce - zostawiałem w zagrodzie przy comisaria (posterunku policji). Pewnego razu, kiedy doglądałem koni właśnie w takiej zagrodzie, przyprowadzono na posterunek dwóch włóczęgów. Widziałem włóczykijów i bezdomnych w różnych krajach, ale linghera, czyli ci argentyńscy, należą do ekstraklasy. Większość z nich ma długie włosy i brodę, a ich podarte, wystrzępione bombachas (workowate spodnie) wskutek częstego łatania przypominałyby szatę Józefową, gdyby nie to, że lata i brud najczęściej skutecznie zacierają na nich wszelkie kolory. Tych dwóch doprowadzono na comisaria nie dlatego, że popełnili jakieś przestępstwo, ale dla zapobieżenia nieszczęściu i zadbania, żeby przez noc nic im się nie stało. Jak mówią Irlandczycy, nie byli oni pijani, tylko wypici. Nigdy nie słyszałem tak kwiecistych protestów, jak te płynące z ust owych podstarzałych wędrowców. "Dlaczego autorytarna policja depcze delikatne uczucia biednych, niemniej wartościowych członków społeczeństwa? To okrutna niesprawiedliwość wobec przybyszów, którzy niechybnie powierzą tę sprawę swoim adwokatom...". Comisario i jego zastępca słuchali cierpliwie przez jakiś czas, z pozoru z największym szacunkiem i podziwem, w końcu znudzeni zaprowadzili włóczęgów do calabozo i zamknęli za nimi drzwi. Panowie przez jakiś czas donośnie dawali upust swojemu oburzeniu, potem zagłuszali smutek śpiewem, w końcu zmorzył ich sen.
W końcu dotarliśmy do Rosario. Ulewne burze zmusiły mnie do przełożenia wyjazdu stamtąd o kilka dni i w gazetach zaczęto delikatnie sugerować, że "stchórzyłem". Prawda była taka, że miałem mnóstwo czasu, więcej niż potrzebowałem, by dotrzeć do Boliwii przed rozpoczęciem pory deszczowej, więc nie było sensu moknąć bez potrzeby - i tak czekało nas wiele nieuniknionych dni podróży w deszczu.