Wyprawa po złoto - Anton Czechow

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wyprawa po złoto

- Włodek przyjechał! - krzyknął ktoś na dworze. - Włodzio przyjechał! - pisnęła Natalia, wbiegając do jadalni. - Ach mój Boże! Cała rodzina Korolewych, która z godziny na godzinę oczekiwała na swego Włodzia, rzuciła się do okien. Przed gankiem stały szerokie sanie, trójka białych koni buchała kłębami pary. Sanie były puste, gdyż Włodzio stał już w sieni i czerwonymi od mrozu palcami rozwiązywał baszłyk. Jego gimnazjalny szynel, czapka, kalosze i włosy na skroniach pokryte były szronem, a cała postać od stóp do głów wydawała taki miły, mroźny zapach, że patrząc nań, chciało się przemarznąć i zawołać - "Brr". Matka i ciotka rzuciły się na niego i poczęły go ściskać i całować. Natalia upadła mu do nóg i ściągała z nich filcowe buty, siostry jęły świergotać, drzwi skrzypiały a ojciec Włodka wpadł do przedpokoju tylko w kamizelce i z nożycami w ręku i krzyknął wystraszonym głosem: - A myśmy cię jeszcze wczoraj oczekiwali. Czyś dobrze dojechał? Szczęśliwie? Ach mój Boże, dajcież mu się z ojcem przywitać! Czyż nie jestem jego ojcem? - Hau! hau! - szczekał basem "Milord", ogromne tłuste psisko, uderzając ogonem o ściany i meble. Wszystko zlało się w jeden radosny gwar, który trwał dwie minuty. Kiedy pierwszy wybuch radości przeszedł, Korolewowie spostrzegli, że prócz Włodka znajduje się w przedpokoju jeszcze jeden mały człowieczek - otulony w chusty, w szale i baszłyki i pokryty szronem, stał on nieruchomo w kącie, w cieniu dużego lisiego futra. - A to kto jest, Włodziu? - spytała szeptem matka. - Ach! - spostrzegł się Włodzio. - To jest... mam zaszczyt przedstawić, mój kolega, Soczewicyn, uczeń drugiej klasy... Przywiozłem go ze sobą jako gościa. - Bardzo nam przyjemnie, prosimy serdecznie! - rzekł radośnie ojciec. - Przepraszam, że jestem po domowemu bez surduta... Pozwól pan! Niech Natalia pomoże panu rozebrać się. Ach mój Boże, zabierzcie stąd tego psa! Skaranie Boskie! Wkrótce potem Włodzio i jego przyjaciel, oszołomieni hałaśliwym przyjęciem i jeszcze różowi od zimna, zasiedli przy stole i pili herbatę. Zimowe słonko, przenikając przez szron, który się układał w desenie na szybach, drgało na samowarze i kąpało swe czyste promienie w mosiężnej miseczce do płókania szklanek. W pokoju było ciepło i chłopcy czuli, jak w ich przemarzniętych ciałach zmagało się ciepło i zimno, nie chcąc sobie wzajem ustępować. - Oto i Boże Narodzenie za pasem. - rzekł ojciec, skręcając papierosa z ciemno-rudego tytoniu. - A tak niedawno było lato i matka płakała, żegnając się z tobą... Czas szybko leci. Ani się obejrzysz, jak starość przyjdzie. Panie Czybisow niech pan je, proszę się nie krępować. U nas bez ceremonij. Trzy siostry Włodzia - Kalia, Sonia i Masza - najstarsza z nich miała lat jedenaście - siedziały przy stole i nie spuszczały oczu z nowego znajomego. Soczewicyn był tego samego wieku i wzrostu, co i Włodek, lecz nie taki pucołowaty i biały, ale chudy, śniady i piegowaty. Włosy miał jak szczecina, oczy - jak szparki, wargi - grube, w ogóle był bardzo brzydki i gdyby nie mundur gimnazjalny, możnaby, sądząc z powierzchowności, wziąć go za syna kucharki. Był ponury, milczał przez cały czas i ani razu się nie uśmiechnął. Dziewczynki, patrząc na niego, od razu zmiarkowały, że musi to być bardzo mądry i uczony człowiek. Przez cały czas myślał o czymś i tak był tym zajęty, że gdy go o coś zapytywano, wzdrygał się, potrząsał głową i prosił, by powtórzono pytanie. Dziewczynki spostrzegły, że i Włodek, zwykle wesoły i rozmowny, tym razem mało mówił, wcale się nie uśmiechał i nawet zdawał się jakby niezadowolony, że przyjechał do domu. Podczas herbaty zwrócił się do sióstr tylko jeden raz i to z jakimiś dziwnymi słowami. Wskazał palcem aa samowar i powiedział: - A w Kalifornii, zamiast herbaty, piją dżyn. Był również zajęty jakimiś myślami i sądząc ze spojrzeń, jakie od czasu do czasu zamieniali z przyjacielem, myśli ich były wspólne. Po herbacie wszyscy udali się do dziecinnego pokoju. Ojciec z dziewczynkami zasiedli przy stole i zajęli się robotą, przerwaną przez przyjazd chłopców. Robili ozdoby i łańcuchy z kolorowego papieru na choinkę. Było to miłe i hałaśliwe zajęcie. Każdy nowy wykonany drobiazg dziewczynki witały okrzykami zachwytu, czasem nawet przerażenia, jak gdyby rzecz ta spadła z nieba. Ojczulek również zachwycał się i od czasu do czasu ciskał nożyce na podłogę, gniewając się, że są tępe. Mamusia wpadła do dziecinnego pokoju zakłopotana i zapytywała. - Kto wziął moje nożyczki? To znów ty wziąłeś, Iwanie Mikołaiewiczu? - Boże drogi, nawet nożyczek nie dadzą. - odpowiadał płaczliwym głosem Iwan Mikołajewicz i odchyliwszy się na oparcie krzesła, przybierał pozę człowieka skrzywdzonego, ale po chwili zachwycał się znowu swoją pracą. Podczas swych poprzednich przyjazdów Włodek również brał udział w strojeniu choinki lub wybiegał na dwór, popatrzeć jak furman z pastuchem usypują śnieżną górę, lecz teraz ani on, ani Soczewicyn nie zwracali żadnej uwagi na różnokolorowy papier i nie byli ani razu w stajni... Usiedli przy oknie i zaczęli ze sobą coś szeptać, potem otworzyli atlas i oglądali jakąś mapę. - Trzeba zacząć od Permi... - mówił cicho Soczewicyn. - Stamtąd do Tiumeni... potem Tomsk... potem... potem... do Kamczatki... Stamtąd Samojedzi przewiozą nas łódkami przez cieśninę Beringa... Oto i Ameryka... Tutaj jest dużo zwierzyny... - A Kalifornia? - spytał Włodek.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI