Wyprawa do Qin'a - E.M. Ryś

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I Tajemnicze zaginione miasto

Stahlberg tonął pod zwałami śniegu. Gruba biała pierzyna pokrywała dachy świątyń i pałaców, wielkich kamienic i małych chat. Stolica Hegemonii, jak zwykle zimą, wyglądała niczym miasto z legend.

Jedna z bajkowych wież skrywała niewielki okrągły pokój, którego ściany niemal w całości zastąpione były sięgającymi podłogi oknami z najczystszego kryształu, dzięki magicznej sztuce wyglądającymi z zewnątrz niby fragmenty kamiennego muru. Właściciel wieży mógł więc swobodnie obserwować miasto, samemu pozostając niewidzialnym. Tak było i tym razem. Wygodnie rozciągnięty na otomanie mag, owinięty w puchaty, bogato haftowany szlafrok, spoglądał w dół na ławice kry, którym rzeka Biała zawdzięczała swoją nazwę. Obracając w palcach kielich pełen grzanego wina, Górski kontemplował uczucie, o którego istnieniu niemal zapomniał.

Początkowo nawet nie potrafił go nazwać. Miał niejasne wrażenie, że coś jest nie w porządku, że o czymś zapomniał, czegoś nie dopilnował. Zrywał się o różnych porach dnia i nocy, sprawdzał magiczne alarmy, przeglądał hałdy dokumentów na biurku - tylko po to, by uświadomić sobie, że wszystko jest już dawno załatwione. Nie było żadnych nowych wieści, sensacyjnych doniesień czy podejrzanych spraw. Siatka szpiegowska Hegemonii nie potrzebowała usług maga, a Górski, bardzo ukontentowany takim stanem rzeczy, nie zamierzał przypominać Tajnej Radzie o swoim istnieniu. Każdego dnia zaraz po śniadaniu szedł niespiesznie do siedziby Kolegium Magów, wysłuchiwał żałośnie krótkich raportów asystentów i uczniów, rozdzielał nieliczne zadania, a potem wracał do swojej wieży i krążył pomiędzy gabinetem a laboratorium, dla zabicia czasu eksperymentując z coraz bardziej złożonymi splotami czy eliksirami.

W zasadzie powinien być zadowolony. Na świecie nie działo się nic, co wymagałoby jego uwagi. Nareszcie miał czas na uporządkowanie notatek i dokończenie dawno zaczętych badań, przede wszystkim zaś na długi, spokojny, zdrowy sen - luksus, za którym tak wiele razy tęsknił.

Sięgnął po wędzonego węgorzyka i westchnął.

Te ostatnie lata były naprawdę wyczerpujące! Aż nadto obfitowały w wydarzenia. Nieustanne podróże, skomplikowane intrygi, żmudne badania, odkrywanie cudzych tajemnic i ukrywanie własnych, popychanie do działania lub powstrzymywanie od niego, ratowanie tyłków jednym i podstawianie nogi drugim... To wszystko pochłaniało mnóstwo czasu oraz energii.

Teraz, kiedy świat kolejny raz uniknął zagłady, a Hegemonia otrząsnęła się z szoku i powróciła do swego zwykłego, nieco ociężałego rytmu, mag mógł nareszcie odpocząć.

Odpoczywał tak od dwóch tygodni. Dwa tygodnie spokoju i niemal całkowitej bezczynności. Z początku był nawet zadowolony, ale błogość dość szybko zamieniła się w coś, z czym mag kompletnie nie potrafił sobie poradzić.

Górski się nudził.

Kiedy to sobie uświadomił, poczuł zdumienie, może nawet cień ekscytacji. Nuda! Na bogów, cóż to za egzotyczne doznanie! - pomyślał i sięgnął po kolejną rybkę. Przez dłuższą chwilę rozkoszował się tym nowym, nietypowym dla siebie stanem, jednak dobry nastrój nie utrzymał się zbyt długo. Pod wieczór entuzjazm wyparował bez śladu, a mag do późna przewracał się z boku na bok, bezskutecznie próbując usnąć. Miał wrażenie, że wszystko go swędzi, łącznie z pozbawionym wyzwań mózgiem. Nie był w stanie tego dłużej wytrzymać. Musiał, po prostu musiał znaleźć sobie jakieś nowe zajęcie, i to czym prędzej, zanim kompletnie postrada zmysły!

Wzuł haftowane pantofle o długich, zakręconych noskach, następnie poczłapał do biblioteki. Z rosnącą irytacją przeglądał zawartość uginających się pod księgami półek, aż natrafił na jakieś wyjątkowo zakurzone, mocno podniszczone tomiszcze, którego zupełnie nie kojarzył. Wydobył je z niemałym wysiłkiem, bo nie dość, że było wciśnięte w kąt, to jeszcze na dodatek zostało oblane czymś lepkim i przykleiło się do ścianki regału. Mag sapał i klął na przemian, aż wreszcie część okładki poddała się z trzaskiem rozdzieranego safianu.

Wymyślne złocone litery wytłoczone na ciemnozielonej okładce - teraz dziurawej i poszarpanej - układały się w tytuł, na widok którego Górski uniósł brwi ze zdumienia. "Legendy elfów"? Skąd, na wszystkich bogów, coś takiego wzięło się w jego bibliotece?

Czytał do samego rana.

W zasadzie znał te wszystkie historie, ale nigdy dotąd nie poświęcał im zbyt wiele uwagi. Wiedział, że większość z nich wcale nie była legendami - tak naprawdę spisane przez autora opowieści dotyczyły częs­to przeszłoś­ci tak odległej, że niewyobrażalnej dla ludzi. Chociażby historia o Qin'a, zwanym też Porzuconym Cesarstwem, dotycząca kraju, który rzeczywiście istniał. Elfy uciekły stamtąd przed wieloma wiekami, kiedy pojawiła się Skaza. Do tej pory opłakiwały swoją utraconą ojczyznę w pieśniach pełnych smutku i tęsknoty. Przede wszystkim zaś opiewały stolicę, ocaloną przed zagładą przez Tkaczy Żywiołów, którzy ukryli całe miasto pod magiczną kopułą z odpornego na Skazę kryształu.

Górski przypomniał sobie pewną nieudaną wyprawę, podjętą przez młodych naukowców z uniwersytetu przed niemal stu laty, kiedy on sam był jeszcze nieopierzonym uczniem maga, ledwie potrafiącym zapalić świecę, a i to pod warunkiem, że nie pomylił splotów. Bardzo się wtedy ekscytował wszelkimi plotkami na ten temat, aż jego mistrz, człowiek nadzwyczaj rozsądny i praktyczny, kategorycznie zakazał mu kontaktów z otoczeniem i przez kilka miesięcy dosłownie zasypywał go listami zaklęć oraz składników, których musiał się wyuczyć na pamięć. Wyszło mu to zresztą na dobre, bo wyrobił sobie kilka przydatnych nawyków, które ogromnie pomogły mu w dalszych studiach. Tymczasem wyprawa - co było łatwe do przewidzenia - pochłonęła tylko mnóstwo energii, czasu i pieniędzy, a zakończyła się całkowitą klęską. Nic dziwnego, bo droga do Qin'a wiodła przez Skażone Ziemie. Tylko szaleniec mógł się zapuścić na pustkowia rojące się od przemieńców i innych, jeszcze gorszych stworów.

Całą sprawę starannie zatuszowano, bo szacowne Kolegium Magów w Stahlbergu bardzo nie lubiło wystawiać na szwank swego starannie budowanego wizerunku. Cóż by sobie pomyśleli możni sponsorzy uniwersytetu, gdyby się dowiedzieli, że badacze nigdy nie dotarli do celu? Jakież złośliwe komentarze wygłaszaliby członkowie innych kolegiów, gdyby usłyszeli, że z dwudziestu młodych, obiecujących adeptów wrócił tylko jeden, przedwcześnie posiwiały i trzęsący się ze strachu?

Banda durnych smarkaczy - pomyślał Górski, wspominając raporty, które przeglądał wiele lat później, przy okazji jakiegoś śledztwa. - Poszli jak owce na rzeź.

Z dokumentów wynikało jasno, że wyprawa była zorganizowana w sposób absolutnie idiotyczny. Istna karawana kupiecka, która aż się prosiła o kłopoty, prowadzona przez dwudziestu młodzików, których umiejętności, nawet połączone, były wręcz śmieszne w porównaniu z tym, co potrafił jeden stary, doświadczony mag.

Taki jak on.

Zaświtała mu naraz myśl, którą odegnał czym prędzej, jako że wydawała mu się niezbyt rozsądna i podejrzanie podśmierdywała pychą. Myśl była jednak uparta i krążyła mu po głowie przez cały następny dzień. Nie dała mu spokoju nawet nocą, przeradzając się w fascynujący sen, pełen przygód i odkryć, a kolejnego poranka wróciła, uparta i natrętna, kiedy sączył kakao, więc przyjrzał się jej krytycznie, biorąc pod uwagę włas­ne możliwości i aktualną sytuację.

A może jednak? - pomyślał, pochłaniając pachnącą jajecznicę z boczkiem. - Teraz, kiedy większość dzieci Skazy zginęła, Skażone Ziemie świecą pustkami. Może dałoby się tam dostać? Dyskretnie, po cichutku... może da się przejść?

Im dłużej się zastanawiał, tym bardziej podobał mu się ten pomysł. Zamknięta od wieków stolica mog­ła kryć niesamowite skarby - magiczne przedmioty, inskrypcje, freski ilustrujące zapomniane legendy, a przede wszystkim - księgi! Górski wyobraził sobie porzucone biblioteki, po czym nagle zrozumiał, że już podjął decyzję i że zrobi wszystko, by wyprawa - oczywiście sekretna, całkowicie prywatna, zupełnie inna od tamtej - doszła do skutku jak najprędzej, zanim Skaza zdoła splugawić kolejnych nieszczęśników i pustkowia znowu zapełnią się potworami.

Skoro rzecz była już postanowiona, wypadało zastanowić się nad jej bardziej przyziemnymi aspektami. Niebiańska Stolica leżała daleko, daleko na wschodzie, a dotarcie do niej wymagało długiej i niewątpliwie męczącej podróży. Oczywiście Górski, mając aż nadto wiedzy oraz umiejętności, bez najmniejszego problemu mógł użyć teleportu. Marnowanie czasu na przemierzanie dobrze znanych ziem Hegemonii i nudnych stepów Suchomorza nie miało sensu, lepiej było od razu przeskoczyć na Wąską Przełęcz albo nawet dalej, aż na sam kraniec Płaskowyżu Kości. Potem jednak trzeba będzie się przedrzeć przez Skażone Ziemie, na których osnowa mocy była wyjątkowo mocno zanieczyszczona, zaś włókna żywiołów, słabe i chore, pękały jak zetlałe nici. Mag dobrze wiedział, że tam, gdzie sploty są niepewne i kapryśne, lepiej nie używać magii - a już na pewno nie magii teleportacyjnej. Ten etap podróży wymagał więc wykorzystania tradycyjnych środków transportu - wozu, konia, ostatecznie nawet własnych nóg. To z kolei oznaczało możliwość napotkania rozmaitych przeszkód i niebezpieczeństw, którym trzeba będzie stawić czoła, i to bez odwoływania się do zaklęć, chyba że w ostateczności. Było więc jasne, że na taką wyprawę nie mógł wyruszyć sam. Górski zdawał sobie sprawę z własnych ograniczeń i - w przeciwieństwie do wielu dostojnych członków Kolegium - nie pozwalał sobie na samobójczą pychę. Wiedział, że będzie potrzebował przynajmniej kilku zaufanych towarzyszy, dobrze władających orężem, rozsądnych i doświadczonych.

Znał takich ludzi. Wiedział, gdzie ich znaleźć.

Gottlieb Peter von Silberbach, niegdyś apologeta, a obecnie kapitan Stalowej Gwardii, z pewnością przebywał teraz w koszarach na drugim końcu miasta. Prawdopodobnie musztrował kolejnych rekrutów i marzył, by się stamtąd wyrwać pod byle pretekstem.

Einar Gunnarsson, były dowódca suchomorskiej Wichrowej Sotni, zaszył się w przytulnym domu, który przypadł mu w spadku po przyjaciółce. Siedział tam całymi dniami, porządkując pozostawione przez nią notatki oraz pijąc na umór. Z pewnością dobrze by mu zrobiło, gdyby wyjechał na jakiś czas i trochę się rozruszał.

Górski pogładził długą, jedwabistą brodę i pokiwał głową. Tak, ci dwaj doskonale się nadawali, w dodatku nie mieli teraz nic poważnego do roboty i zapewne nudzili się podobnie jak on. Przydałby się jeszcze jakiś elf - a tak się wygodnie składało, że mag znał pewnego elfa, który byłby idealnym uzupełnieniem ich niewielkiej grupy. Hei'yun'shan, skrytobójca i szpieg, nie mógł się przed nim ukryć, choć wiecznie kręcił się to tu, to tam, zajmując się własnymi sprawami, albo cudzymi, jeśli ktoś mu za to zapłacił. A traf chciał, że elf znowu był mu winien przysługę.

Mag uśmiechnął się do własnych myśli, ale po chwili zmarszczył krzaczaste brwi, przypominając sobie okoliczności, w jakich ostatnio współpracowali. Jeden z efektów tej współpracy wciąż tkwił w jego własnej piwnicy, starannie zamurowany, obłożony pajęczyną zaklęć maskujących, magicznych czujników i alarmów. Wiedział, że wszyscy, którzy w jakiś sposób byli zamieszani w sprawę niedoszłej inwazji - w tym on sam, co do tego nie miał żadnych złudzeń - znaleźli się minionej wiosny pod czujną obserwacją zarówno świeckiego wywiadu, jak i niezliczonych szpiegów świątynnych, w tym również inkwizycji kierowanej przez Stalowe Templum. Co najmniej przez kilka miesięcy byli śledzeni, a każde ich posunięcie poddawano szczegółowej analizie. Teoretycznie wszelkie działania służb zostały zakończone, kiedy Konklawe ustaliło wreszcie oficjalną wersję wydarzeń, ale... Czy na pewno? I czy spotkanie z tymi konkretnymi osobami nie wzbudzi przypadkiem czyichś podejrzeń?

Skrzywił się z niesmakiem i pomyślał, że na starość robi się chyba za bardzo podejrzliwy. Utrzymywał kontakty z różnymi ludźmi, przyjmował gości z najdalszych krain, dlaczego nie miałby się spotkać z kimś, z kim współpracował w chwili, gdy zagrożony był los nie tylko Hegemonii, ale i całego świata? Oczywiście, nie będzie mógł zdradzić prawdziwego celu spotkania, dopóki wszyscy nie znajdą się w bezpiecznym miejscu. Najlepiej byłoby więc zaprosić ich na kameralną kolację z okazji zimowego przesilenia. Pretekst był dobry jak każdy inny, a żaden z tych trzech nie miał w Stahl­bergu rodziny, z którą mógłby spędzić nadchodzące święto.

Chwilowy zapał wyraźnie ostygł po obiedzie.

Tłusty gulasz nieprzyjemnie zalegał magowi na żołądku, czerwone wino było zaś stanowczo zbyt wytrawne. Spacer, na który wybrał się dla lepszego trawienia, zepsuły mu przemoczone na wylot buty. Zapomniał, że są zupełnie nowe, nie obłożył ich odpowiednim zaklęciem, a kiedy się zorientował, że coś jest nie tak, było już za późno - używanie magii na ulicach miast było dozwolone tylko w wyjątkowych okolicznościach, do których przemoczone buty z pewnością nie należały. Górski, przemarznięty i zniechęcony, wrócił więc czym prędzej do domu, przeklinając w duchu swoje roztarg­nienie. Siedział teraz przy kominku, grzejąc bose stopy, i zastanawiał się, czy nie jest już aby zbyt wiekowy na kolejną wyprawę, zwłaszcza taką, której jedynym rezultatem mogło być odkrycie nędznych resztek ruin, porośniętych zmutowaną roślinnością.

Najpierw wypadało się zorientować, czy cały ten wspaniały pomysł nie jest przypadkiem kompletną mrzonką. Tego, że opowieści o Qin'a są prawdziwe, był absolutnie pewien - na własne oczy widział dokumenty, które je potwierdzały. Nie miał jednak pewności co do historii o Tien'shoudu. Okrycie całego miasta kopułą splecioną z mocy wydawało mu się czystą fantazją, a w każdym razie bez wątpienia przekraczało możliwości współcześnie żyjących magów.

Ogarnięty nagłym rozdrażnieniem, zerwał się z wygodnego fotela, przywlókł z biblioteki ciężki foliał, zawierający stosowne tabele, rzucił go na blat biurka i sięg­nął po pióro i pergamin. Bez trudu obliczył, że nawet gdyby połączyć siły wszystkich członków Kolegium, sploty zdołałyby pokryć ledwie jedną dzielnicę Stahlbergu, a i to nie całą. Elficcy Tkacze Żywiołów mogliby prawdopodobnie objąć dwie. Może trzy. Albo więc stolica Qin'a była niezbyt wielka, albo całą tę historyjkę należało włożyć między bajki.

Zniechęcony, odłożył pióro. Po chwili namysłu sięg­nął do jednej z szuflad i wyciągnął stamtąd szkatułkę zawierającą kolekcję magicznych pierścieni. Wyciągnął jeden z nich i pchnął za jego pośrednictwem niewielki ładunek mocy.

Musiał zasięgnąć języka. Miał tylko nadzieję, że osoba, z którą chciał się skonsultować, wciąż nosi na palcu bliźniaczy pierścień, odbierze wezwanie i zechce na nie odpowiedzieć.

Tymczasem postanowił się zabrać za przygotowywanie zwojów z zaklęciami bojowymi, eliksirów leczniczych i granatów gazowych. Nawet jeśli ostatecznie nigdzie się nie wybierze, będzie mógł je sprzedać za niezłą sumkę. Na te rzeczy zawsze był popyt.

***

Hei'yun'shan wysłuchał go cierpliwie i bez przerywania, popijając leniwie najbardziej wytrawne wino, jakie udało się znaleźć w dobrze zaopatrzonej piwniczce pod wieżą.

- Oczywiście, że istnieje - powiedział wreszcie. - Moja praprababka nie tylko się tam urodziła, ale nawet na własne oczy widziała stworzenie kopuły. Była wtedy małym dzieckiem, więc jej opowieści nie są może zbyt dokładne, jednak z tego, co mówiła, musiało to być niezłe widowisko. Powietrze trzeszczało od magii, ziemia się trzęsła, z nieba sypał się kolorowy śnieg, a pobliska rzeka wyparowała w jednej chwili, pozostawiając na dnie zdumione ryby i raki. Potem zrobiło się ­ciemno i zerwał się potężny wicher, a na koniec zagrzmiało i lunęło. Burza skończyła się tak samo nagle, jak się zaczęła, chmury zniknęły, zaświeciło słońce i wszystko wróciło do normy, łącznie z rzeką, tylko w miejscu stolicy pojawiło się coś, co praprababka opisywała jako gigantyczną kwarcową szczotkę.

Mag pogładził brodę.

- Więc myślisz, że warto spróbować?

- Skoro nie masz nic lepszego do roboty...

- Nie mam i się nudzę. Zastanawiam się tylko, czy w ogóle da się wejść do środka.

Elf przekrzywił głowę, a jego skośne oczy rozszerzyły się i błysnęły zielenią.

- I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Tak się składa, że całkiem niedawno podsłuchiwałem naradę starszyzny, ogólnie niezbyt ciekawą, ale pojawił się temat Tien'shoudu, więc potem poszperałem tu i ówdzie i dowiedziałem się bardzo ciekawych rzeczy. Skoro cię to interesuje, poszperam jeszcze trochę, żeby ustalić, czy i jak można się tam dostać.

Górski nie skomentował. Wiedział, że w ustach tego konkretnego elfa - skrytobójcy, szpiega i tylko bogowie wiedzieli kogo jeszcze - takie słowa nie były czczymi przechwałkami.

- Twój lud nie zamierza tam wrócić? - zapytał z czystej ostrożności.

- Nie zdradzę jakiejś wielkiej tajemnicy, jeśli ci powiem, że takie pomysły już się pojawiły. Rada stanowczo się im sprzeciwiła. Czcigodni uważają to za zbyt niebezpieczne, a jednocześnie nie widzą w tym dla nas żadnego pożytku.

- Naprawdę? Wydawało mi się, że wasze przywiązanie do tradycji nakazywałoby raczej odzyskanie dziedzictwa.

- Ziemie przodków i takie tam inne? To dobre dla krasnoludów - zaśmiał się Hei - albo ludzi, którzy uwielbiają udowadniać, że ich korzenie sięgają głębiej i dalej. My wiemy, że wszędzie jesteśmy przybyszami.

Górski pokiwał głową. Miał świadomość, że prawdziwą ojczyzną elfów były wyspy na Oceanie Wschodnim, zniszczone przez kataklizm tak dawno temu, że pamięć o nich przetrwała tylko w umysłach Czcigodnych - najstarszych spośród Starszego Ludu.

- Nawet jeśli twojej uczennicy udało się zdziesiątkować dzieci Skazy, to przejście przez Skażone Ziemie nadal jest zbyt niebezpieczne, by myśleć o masowym eksodusie - ciągnął Hei. - Zresztą, po co? Większość pamiętających Qin'a przeniosła się na zachodnie wyspy, a młodzi, urodzeni w lasach, nie będą chcieli ich porzucić. Starsi uważają, że stolicę należy zostawić w spokoju. Gdybyśmy tam wrócili, w ślad za nami zaraz pojawiliby się ludzie, niziołki i, nie dajcie bogowie, może nawet krasnoludy. Zresztą Skażone Ziemie są teraz puste, ale chyba nie wierzysz, że długo tak pozostanie? Przemieńcy się znowu pojawią, to tylko kwestia czasu, a wtedy bylibyśmy uwięzieni. Nie, powrót tam nie ma sensu.

- Więc myślisz, że Rada Czcigodnych udzieliłaby mi zgody, gdybym...

- Daj spokój - przerwał mu elf - po co w ogóle chcesz ich o to pytać? To oczywiste, że się nie zgodzą, dla samej zasady!

Mag zmarkotniał.

- Ale jeśli wyruszysz bez pytania o zgodę - kontynuował Hei'yun'shan z szelmowskim uśmiechem - nikt nie będzie cię ścigał.

- Co ty mi sugerujesz?

- Chcesz jechać, to jedź. Tylko o tym nie rozpowiadaj. To kiedy ruszamy?

- My?!?

- Ja też się nudzę.

***

Spotkanie z okazji zimowego przesilenia rozpoczęło się niezbyt szczęśliwie, bo przy spełnianiu toastów za tych, którzy odeszli w ciągu minionego roku, Hei'yun'shan wymienił imię swojego przeklętego brata, a Gottlieb, zamiast wychylić naparstek spirytusu, jak tradycja nakazywała, ostentacyjnie wychlusnął zawartość do komin­ka, co skończyło się małym pożarem i sporym zamieszaniem. Padło wówczas kilka ostrych słów, zgoła niepotrzebnych, a gdyby nie interwencja Einara, spotkanie mogłoby się zakończyć, zanim się dobrze zaczęło. Atmosfera była jednak dość ciężka i zelżała dopiero po przystawkach, kiedy aromatyczne ciepłe śliwki z chrupkim boczkiem oraz schłodzone białe wino ugłaskały najeżonego rycerza.

Górski pogratulował sobie w duchu decyzji, by przyjąć gości w rzadko używanej jadalni, mieszczącej się w bezpiecznej odległości od gabinetu, biblioteki i laboratorium. Nigdy nie lubił tej części domu i zastanawiał się nawet nad jej wyburzeniem, jednak ostatecznie uznał, że osoba o jego pozycji powinna dysponować pomieszczeniami nieco bardziej reprezentacyjnymi, nawet jeśli przez większość czasu miałyby zarastać kurzem. Wprawdzie jadalnia, z wielką dziurą wypaloną w dywanie i solidną plamą kopcia na ścianie, przestała już być tak bardzo reprezentacyjna, ale stanowiło to doprawdy niewielką cenę za uniknięcie podobnego incydentu w wypełnionym cennymi zwojami gabinecie.

Na przyszłość należało jednak pamiętać, by w tym towarzystwie nie serwować wysokoprocentowych spirytualiów.

W końcu z kuchni przysłano główne dania. Wjechały na piętro wśród szczęku zastawy i skrzypienia mechanizmu krasnoludzkiej windy, sprytnie ukrytej w ściętym narożniku pomieszczenia. Górski, który nie znosił plączącej się pod nogami służby, wyszeptał kilka słów i pstryknął palcami. Przez jadalnię majestatycznie przepłynęły parujące wazy i półmiski, salaterki, sosjerki, karafki i dzbany, po czym zatoczyły w powietrzu zgrabny krąg, w końcu z gracją osiadły na rozległej połaci śnieżnobiałego obrusu. Goście przyjęli ten pokaz westchnieniami oraz okrzykami zachwytu, po czym przypuścili zmasowany atak na aromatyczne zupy, soczyste mięsiwa i gęste sosy.

Przy deserze mag uznał, że nadszedł wreszcie czas, by przejść do rzeczy. Starannie dobierając słowa i od czasu do czasu prosząc Hei'yun'shana o krótki komentarz, opowiedział dwóm wojownikom o tajemniczej, ukrytej przez wieki stolicy elfów, której ludzkie oko nie widziało, po czym przedstawił im pomysł wyprawy.

- Teraz, kiedy dzięki poświęceniu Renhild mamy pokój, a na Skażonych Ziemiach ukrywają się co najwyżej nędzne niedobitki przemieńców, możemy odkryć Tien'shoudu na nowo! - zakończył z emfazą.

Oczekiwał, że jego wspaniała oferta wywoła entuzjazm, ekscytację i lawinę niecierpliwych pytań, tymczasem jedyną reakcją ze strony Einara było lekkie uniesienie brwi. Gottlieb natomiast wyraźnie spochmurniał. Jednym haustem opróżnił kielich i spojrzał twardo na gospodarza.

- Nie ma mowy. Skończyłem z wojaczką i z przygodami też. Mój szanowny ojciec w końcu odwalił kitę, więc nie muszę już robić kariery, jaką sobie dla mnie wymarzył. Odszedłem z armii. Jak tylko pozamykam swoje sprawy tutaj, wracam do domu. Będę rysował mapy.

Górski wiedział co prawda, że von Silberbach faktycznie opuścił szeregi Gwardii, ale nie podejrzewał, że rycerz miał zamiar przedzierzgnąć się w kartografa! Wybałuszył na Gottlieba oczy z takim zdumieniem, że siedzący naprzeciw niego jarl parsknął śmiechem.

- Mapy? - powtórzył mag. - Dobrze usłyszałem?

Einar, który doskonale wiedział o starannie skrywanej pasji rycerza, nie powiedział nic. Podniósł kielich i wypił kilka łyków znakomitego półwytrawnego. Już od jakiegoś czasu spodziewał się usłyszeć od przyjaciela taką lub podobną deklarację. Wcale mu się nie dziwił. Sam też już czuł w kościach wszystkie te lata spędzone na szlaku. Starzeli się, taka była prawda, a skoro czasy nastały spokojniejsze, to z czystym sumieniem mogli obaj ustąpić pola młodszym.

- Mapy - potwierdził Gottlieb, ze zmarszczonym czołem patrząc na maga. - Cóż w tym takiego dziwnego? - zapytał spokojnie.

Górski wzruszył ramionami i dolał rycerzowi wina.

- Zazwyczaj przy takiej okazji jest mowa o znajdowaniu sobie żony i płodzeniu gromadki dzieci - wyjaś­nił.

- Nie jestem zainteresowany - stwierdził rycerz. - Mój stryjek, dajcie mu bogowie zdrowie, ma tylu synów i wnuków, że mógłby zapewnić przedłużenie nie jednego rodu, a pięciu.

Mag milczał przez chwilę, w zamyśleniu kręcąc powoli kielichem i kontemplując krwistą czerwień trunku.

- A jeśli w tej elfiej stolicy zachowały się wyjątkowo stare i cenne mapy - rzucił naraz chytrze - takie, jakich oko ludzkie nie widziało? Księgi? Kroniki? Ogrom wiedzy, o której istnieniu nawet nie mamy pojęcia?

Einar znów uniósł brwi. Z początku miał zamiar odmówić, ale Górski, ten stary lis, wiedział aż nazbyt dobrze, jak człowieka przekonać. Froslander poczuł, że jego granitowe postanowienie zaczyna się kruszyć. A może jednak? Wyruszyć w drogę i przeżyć kolejną przygodę jeszcze jeden, ostatni raz?

Tymczasem rycerz spochmurniał jeszcze bardziej.

- Miałem nadzieję, że tego nie powiesz - westchnął. - Nie da się zaprzeczyć, że teoretycznie istnieje taka możliwość.

Hei'yun'shan z zaciekawieniem obserwował tę wymianę zdań. Zwrócił uwagę, że mag ani słowem nie wspomniał o skarbach, co wydawałoby się najlepszym wabikiem na awanturników. Wprawdzie wątpił, by w Tien'shoudu pozostawiono jakiekolwiek kosztowności nadające się do zrabowania - opuszczenie stolicy było wszak zaplanowane i nie odbywało się w panicznym pośpiechu, a złoto oraz klejnoty z pewnością zostały starannie zapakowane i wywiezione - jednak mogło tam nadal być sporo dzieł sztuki czy elementów wyposażenia wnętrz, za które ewentualny rabuś mógłby dostać niezły grosz. Być może mag trzymał ten argument na później?

Barbarzyńca, po którym elf najbardziej spodziewał się zainteresowania bogactwami ukrytego miasta, w ogóle nie poruszył tematu ewentualnych łupów. Pogryzając suszone figi i zapijając je winem, bez większego zapału wypytywał maga o lokalizację Tien'shoudu i spodziewane po drodze trudności, by wreszcie wyrazić wątpliwość, czy w ogóle uda się dostać pod kopułę. Tu Hei uznał za stosowne się wtrącić.

- Już to sprawdziłem - powiedział. - Wiem, którędy i jak można się dostać do środka. Bardziej mnie martwi sama podróż, bo będziemy musieli przejść przez połowę obszaru Hegemonii, przeciąć na skos Suchomorze i przedostać się przez Skażone Ziemie. To bardzo długa droga.

Gottlieb sięgnął po kandyzowaną gruszkę.

- Skoro twoi przodkowie byli tacy potężni, to czemu siedzieli tak daleko na wschodzie? - zapytał, przypominając sobie mapy terenów położonych na wschód i północ od Płaskowyżu Kości. - Przecież tam nie ma nic prócz gór, pustkowi i morza! Ani z kim pohandlować, ani z kim powalczyć...

- Przed nadejściem Skazy tamte tereny wyglądały nieco inaczej - wyjaśnił elf, obskubując cukrową spódnicę z marcepanowej tancerki. - Zresztą i tak mało z kim handlujemy, a już na pewno nie szukamy zwady.

- Elfy dysponują bardzo zaawansowaną magią - dodał Górski, pospiesznie przełykając kawałek czekoladowego ciasta - i są potężne, może nie tak, jak kiedyś, ale pod pewnymi względami wciąż nie dorastamy im do pięt. Wszyscy wiedzą, że od niepamiętnych czasów izolują się od otoczenia i jeśli tylko mogą, unikają kontaktów z ludźmi czy krasnoludami.

- Zwłaszcza krasnoludami - wtrącił Hei, przegryzając marcepan marynowaną dynią. - Handel nas niezbyt interesuje, walka tym bardziej. Trzymamy się swoich terenów, nie pozwalamy się podbić, ale i sami nikogo nie podbijamy, bo skupiamy się na własnych sprawach.

- Do podbijania to was jest za mało - zauważył Gott­lieb. - Ludzie by was czapkami nakryli, jakby przyszło co do czego.

Elf wzruszył ramionami.

- Bo rozmnażacie się jak króliki.

Tu przerwał im Einar, wyczuwając, że rozmowa zmierza w niepożądanym kierunku. Znów dolewając wina do kielichów, zaczął głośno się zastanawiać, kogo jeszcze przydałoby się zabrać na taką wyprawę. Rycerzowi od razu przyszedł na myśl ich dawny towarzysz, Dirk van der Neer. Dzielny niziołek, utalentowany zwłaszcza w sztuce otwierania zamków oraz wbijania sztyletów w plecy, nieraz udowadniał swą wartość, toteż miło byłoby go mieć znów przy sobie - niestety, był stracony dla świata, bo ożenił się i wyprowadził gdzieś daleko na południe, a niedawno został dumnym ojcem wiecznie głodnych bliźniaków.

- To co - ucieszył się Górski, słysząc, jak zastanawiają się nad kolejnymi kandydatami - jednak na wiosnę jedziemy?

- Nie! - odpowiedzieli unisono dwaj wojownicy.

- My tak tylko teoretycznie! - zastrzegł Einar, oczyma duszy widząc starożytną bibliotekę pełną wysokich regałów uginających się od książek.

- Skończyłem z tym! - zapewniał Gottlieb, rozmyślając o mapach.

Mag jednak czuł, że ziarno zostało zasiane. A że wypił o wiele więcej, niż powinien, zaczął się robić namolny.

- Zgnuśnieliście - jątrzył. - Brakuje wam woli działania. Nie to, co kiedyś. Przypomnijcie sobie dawne czasy! Ech... - westchnął ze smutkiem. - Renhild poszłaby na pierwszy zew przygody!

- To idź ją sobie wskrześ... - mruknął zjadliwie Gottlieb, zirytowany aż nazbyt oczywistą manipulacją.

Może to nie byłoby takie złe rozwiązanie? - zastanowił się w duchu mag, i aż się wzdrygnął, kiedy dotarło do niego, co właśnie pomyślał.

Hei'yun'shan już miał wygłosić jakiś bardzo niestosowny komentarz, ale zmilczał. Nie miał ochoty na bliskie kontakty z twardymi pięściami Gottlieba.

Einar czknął.

I chociaż nikt nie powiedział tego na głos, wszyscy czterej pomyśleli o tym samym.

Pili dalej, coraz bardziej rozrzewnieni, aż wreszcie zaczęli wspominać dawne dzieje. Wieczór dobiegł końca wśród wspomnień o przygodach i podróżach, o stoczonych walkach i skarbach odkrytych wśród prastarych ruin, a kiedy w końcu rozeszli się do domów - choć wprawdzie żadna decyzja przecież nie zapadła - każdy z nich czuł w głębi serca, że jednak wyruszą.

Jeszcze ten jeden, ostatni raz.

II Nagła konieczność

- A co z aprowizacją?

Siedzieli we czterech wokół kominka, grzejąc się w miłym cieple wesoło trzaskającego ognia, popijając grzane piwo z korzeniami i miodem. Przytulny salonik, który mieścił się na parterze domu należącego jeszcze niedawno do Renhild Svartblad, otoczony został przez Górskiego pajęczyną dyskretnych zaklęć chroniących przed podsłuchem. Nie chcąc ściągać niepotrzebnej uwagi na maga, na miejsce kolejnego spotkania wybrali dom apologetki, dogodnie położony na uboczu i nierzucający się w oczy.

Każdy z nich w cichości ducha już dawno zdecydował się wyruszyć, ale wciąż udawali, że rozważania na temat praktycznych aspektów wyprawy, którym oddawali się z niesłabnącym zapałem, były czysto teoretyczne.

- Przypuszczam - powiedział Hei - że w stolicy nadal istnieją ogrody warzywne i plantacje grzybów. Takie rzeczy zawsze się zabezpieczało trwałymi splotami, więc powinny przetrwać, nawet jeśli trochę zdziczały.

- A mięso? - zapytał Gottlieb.

- Na to bym nie liczył. W Tien'shoudu na pewno nie było żadnego bydła, zresztą nie sądzę, by pozostawiono tam jakiekolwiek zwierzęta, skoro można je było ewakuować.

- Moglibyśmy polować po drodze - rzucił Einar, poprawiając drwa w palenisku.

- Na Skażonych Ziemiach? - Górski pokręcił głową. - Nie ma mowy! Musimy zabrać prowiant. Kras­noludzkie konserwy i racje wojskowe, suchary, coś trwałego, co się szybko nie zepsuje.

- A to by się nawet dobrze składało - wtrącił von Silberbach - bo na koniec roku zawsze jest przegląd magazynów i armia wyprzedaje najstarsze pakiety. One spokojnie mogą wytrzymać jeszcze ze dwa lata, byłyby jak znalazł. Teoretycznie mógłbym pogadać z intendenturą, tylko nie wiem z kim konkretnie.

- Szkoda - wtrącił jarl - że Dirk wyjechał, on na pewno by coś wymyślił.

Rycerz westchnął z żalem i zamyślił się głęboko. Van der Neer od razu by wiedział, do kogo ich skierować. Obrotny niziołek już kiedyś załatwiał dla niego coś podobnego, poszli wtedy do takiego jednego pokurcza...

- Jak mu było? - zastanawiał się głośno. - Ten jego powinowaty, pochodzący z Suchomorza?

- Pewnie Fredi Kamionka - podpowiedział Górski. - Mieliśmy go kiedyś na oku, ale nic mu się nie dało udowodnić.

Von Silberbach pokiwał głową. Teraz przypomniał sobie energicznego, pyzatego kwatermistrza z krągłym brzuszyskiem, doskonale orientującego się zarówno w stanach magazynowych, jak i w możliwościach, jakie przedsiębiorczym osobom dawały doroczne inwentury.

- Teoretycznie dałoby się to załatwić - mruknął rycerz.

- Teoretycznie tak - potwierdził Górski.

A potem zmienił temat.

W ciągu kolejnych zimowych tygodni spotykali się coraz częściej i teoretyczne dyskusje przerodziły się stopniowo w niespieszne przygotowania do wyprawy, na razie polegające głównie na gromadzeniu prowiantu i sprzętu, niby to na wszelki wypadek. Górski - również na wszelki wypadek - pracowicie przygotowywał rozmaite magiczne eliksiry i zwoje z zaklęciami. Lista niezbędnego wyposażenia rosła, a kiedy pojawiły się na niej beczki z wodą pitną, sprawa zrobiła się już naprawdę poważna. Padła propozycja - czysto teoretyczna, oczywiście - żeby zaopatrzyć się w wóz, najlepiej taki, jakich używają wędrowni handlarze, z plandeką z woskowanego płótna, skrywającą zawartość przed spojrzeniem ciekawskich oczu. Tego rodzaju pojazd może i nie był przesadnie szybki, za to można było się na nim schronić w razie niepogody, a od biedy nawet przespać, chociaż niezbyt wygodnie. Z pewnością jednak tam, dokąd się wybierali, nie można było liczyć na przydrożne karczmy.

W końcu przestali udawać, że nigdzie się nie wybierają, zaś Gottlieb kupił wojskowy wóz z demobilu, solidny i całkowicie sprawny.

- To przestarzały model - tłumaczył rycerz. - Teraz są mniejsze, ten jest trochę za duży na nasze potrzeby, ale był tani i zaoszczędziłem na tym interesie tyle, że nawet się zastanawiałem nad polową kuchnią, jednak uznałem, że to by była przesada.

Wóz trafił na razie do starej, zarośniętej oranżerii w ogrodzie Górskiego. Stopniowo do wozu dołączyły beczki i beczułki, skrzynki i skrzyneczki, śpiwory, koce oraz całe mnóstwo mniejszych i większych zawiniątek, aż wreszcie się okazało, że zgromadzili już całe możliwe wyposażenie, o jakim przeciętny poszukiwacz przygód mógłby tylko pomarzyć.

Zastanawiali się jeszcze, jakie zagrożenia mogą na nich czyhać w samym Tien'shoudu, ale Hei był przekonany, że stolica jest miejscem całkowicie bezpiecznym. Skoro wszystko, co najcenniejsze, zostało wyniesione, a miasto w całości ukryto pod niemożliwą do pokonania kopułą, to zabezpieczanie poszczególnych budynków czy przedmiotów nie miałoby żadnego sensu. Nie należało się więc spodziewać pułapek, zwłaszcza takich, jakie zwykle broniły dostępu do starożytnych krasnoludzkich świątyń czy grobowców - z tej prostej przyczyny, że nie wybierali się do podziemnej krasnoludzkiej nekropolii, tylko do elfiego miasta, które w większości składało się z luźno rozsianych rezydencji, ukrytych w obszernych ogrodach. Nie groziło im także spotkanie z czworonożnymi drapieżnikami. Hei był pewien, że pod kopułą nie pozostawiono żadnych zwierząt prócz ryb i ewentualnie jakiegoś drobnego ptactwa - uwięzienie żywych stworzeń było dla elfów rzeczą nie do pomyślenia. Kiedy Einar zapytał o oswojone feniksy i smoki, wspominane w starych legendach, elf pokręcił głową i wyjaśnił, że już w czasach jego praprababki stworzenia te występowały tylko w opowieściach, prawdopodobnie zatem nigdy nie trafiły do Tien'shou­du. Ich ojczyzną, podobnie jak samych elfów, były wyspy na Oceanie Wschodnim, a te, jak wiadomo, uległy zagładzie.

- Wybuch był tak nagły, że uratowali się tylko mieszkańcy wybrzeża - powiedział Hei. - Czcigodni opowiadają, że co sił w nogach pędzili do portu i czym prędzej odbijali od brzegu. Nikt nie myślał o zwierzętach czy dobytku. Nie było na to czasu. Później, kiedy żeglowali na zachód, umierali z głodu i pragnienia, toteż nie sądzę, by w tych warunkach mógł przetrwać jakikolwiek feniks czy smok, nawet rozumny lub oswojony.

- Smoki pojawiły się na naszym kontynencie jakiś czas po was - zauważył Górski - czyli chyba przeżyły kataklizm.

- Być może - zgodził się elf. - Jednak te, które tu przyleciały, chociaż niewątpliwie rozumne, z pewnością nie były oswojone.

- Na szczęście nie było ich wiele - wtrącił Gottlieb. - I krasnoludy szybko zrobiły z nimi porządek.

Hei'yun'shan skrzywił się lekko, ale nic już nie powiedział. Porzucili więc temat smoków i zajęli się sprawdzaniem - który to już raz? - listy niezbędnego wyposażenia. Nawet jeśli Tien'shoudu było takim rajem na ziemi, jak je Hei opisywał, to dotarcie do niego wymagało przejścia przez tereny, które nijak nie przypominały raju.

Dni mijały. Przyszła jedna odwilż, potem druga i trzecia, Biała podnosiła się i opadała, niosąc coraz więcej kry, a w Stahlbergu robiło się coraz cieplej i wyglądało na to, że zima skończy się wyjątkowo wcześnie. Wreszcie Górski, zasięgnąwszy języka u kilku magów specjalizujących się w zagadnieniach związanych z wiatrem, temperaturą i innymi tajnikami tego, co prości ludzie nazywają pogodą, postanowił wyruszyć na swoją wielką wyprawę za dwa, najdalej trzy tygodnie.

Właśnie miał zamiar wysłać wiadomość do pozostałych członków ekspedycji, gdy poczuł drganie obrączki. Niepozorne złote kółko, które nosił na palcu serdecznym lewej ręki, dostrojone było do delikatnej pajęczyny zaklęć chroniących dom i otaczający go ogród. Mag wypowiedział hasło. Wiszący nad kominkiem obraz, przedstawiający ponure domiszcze na skraju klifu, rozjarzył się bladym światłem, które błyskawicznie skupiło się w jednym punkcie.

- Kto, do cholery? - mruknął Górski pod nosem.

Nie znosił nieproszonych gości, zwłaszcza takich, którzy dobijali się do tajnego przejścia w piwnicy.

Pospiesznie przeszedł do gabinetu, rzucił okiem na magiczny chronometr zdobiący ścianę i nachylił się nad ogromnym biurkiem z ciemnego, egzotycznego drewna. Musnął palcem kryształową kulę, w myślach formułując rozkaz. Kula pociemniała, po czym ukazała mężczyznę, niecierpliwie szarpiącego za zardzewiałe żelazne koło wiszące na ścianie podziemnego kanału.

- A ten tu czego? - zdziwił się mag.

Pstryknął palcami, wywołując nad biurkiem iluzoryczny, trójwymiarowy obraz domu i okolic. Pod piwnicami, na poziomie kanałów, świeciła czerwienią maleńka postać. Mag omiótł iluzję wzrokiem. Nie, zabezpieczenia nie wykrywały nikogo więcej. Nieproszony gość był sam.

Górski wetknął palec pomiędzy świetliste linie i plamy, dotknął fioletowego rombu, symbolizującego ukryte drzwi, wypowiedział dwa słowa. Romb zniknął, a w jego miejscu pojawił się otwór. Mag poczekał, aż czerwona postać przeszła przez drzwi i zaczęła wspinać się po schodach, po czym zamknął przejście, pstryknięciem palców rozwiewając iluzję.

Następne drzwi musiał otworzyć osobiście. Pospiesznie zdjął szlafrok i wepchnął go do szafy, narzucił na siebie bogato haftowaną szatę i wyszedł z gabinetu. Schodząc po schodach, ściągnął łopoczące poły, cias­no przewiązał się jedwabnym pasem, przeczesał palcami długą brodę, wytrząsając z niej jakieś paprochy i okruszki, po czym upewnił się, że w ukrytych kieszonkach rękawów tkwi to, co tkwić powinno. Nigdy dosyć ostrożności.

Tymczasem Hei'yun'shan, czekając pod kolejnymi drzwiami u szczytu ukrytych schodów, tupał niecierp­liwie nogą.

Zdążył już przemyśleć to i owo i miał bardzo mieszane uczucia. Owszem, sam namawiał Górskiego na podróż do Tien'shoudu, ale wtedy chodziło o niewinną wyprawę badawczą, a teraz... Teraz zastanawiał się, czy aby na pewno. Czy to był tylko zbieg okoliczności, że sprawa, w którą zamieszani byli wszyscy czterej uczestnicy planowanej wyprawy, zaczęła nagle solidnie śmierdzieć akurat teraz, gdy mag zaplanował wyjazd?

Być może. A być może nie.

Elf żałował, że pozwolił się w to wszystko wplątać. Tylko że wtedy, kiedy zaczęła się ta cała awantura - a więc prawie rok temu - nie miał za bardzo wyboru. Górski z bezwzględną skutecznością posłużył się drobnym szantażem oraz małym, malutkim podstępem - i Hei przyjął rolę posłańca, nie mając pojęcia, że pakuje się w sam środek pajęczej sieci. Zresztą nadal nie znał całej prawdy. Wiedział, że Xue'xiang'shu, jego wyklęty brat, stał się pionkiem w rękach Renegata i niemal doprowadził do katastrofy, dla której niedoszła inwazja miała być tylko przygrywką. Wiedział, że Renhild, kochanka Xue i - o, ironio! - wybranka Pani Stali, poświęciła życie i zapobiegła tej katastrofie, jakimś niepojętym cudem wykorzystując moc Odrzuconego Boga do zniweczenia jego własnych knowań i zdziesiątkowania wrogiej armii.

I wiedział też, że Górski coś ukrywa.

To, że wokół maga węszył sam Suger - Wielki Mistrz Zakonu Tarczy i członek Konklawe - oznaczało, że to coś musiało być duże, paskudne i z daleka cuchnące herezją.

Kiedy Górski w końcu otworzył przed nim drzwi i wpuścił go do swojego doskonale strzeżonego domu, elf od razu zakomunikował mu, że ma złe wieści. Mag natychmiast uciszył go znaczącym gestem. Pozwolił mu mówić dopiero wtedy, kiedy dotarli do bezpiecznego gabinetu.

- Musimy natychmiast jechać - powiedział nerwowo skrytobójca. - Wszyscy. Musimy zniknąć na jakiś czas.

Górski zmarszczył czoło.

- Kilka dni temu Randal przyszedł do mnie z informacją, że jacyś ludzie rozpytują o kogoś, kto byłby w stanie dyskretnie dostać się do domu maga - kontynuował Hei. - Włamanie do siedziby członka Kolegium to grubsza sprawa, więc twój ulubiony złodziej popytał tu i ówdzie, pochodził za tymi ludźmi i wiesz, co się okazało?

- Że któryś z moich szacownych kolegów zrobił się zbyt ciekawski? - zapytał mag, reagując na tę rewelację z pobłażliwym rozbawieniem.

- Nie - odpowiedział elf. - Suger.

Górski poczerwieniał gwałtownie. Sięgnął dłonią do kołnierza bogato haftowanej szaty i rozpiął go pospiesznie, jakby poczuł nagle, że robi mu się gorąco. Bez słowa wstał. Wyszedł z gabinetu, by po chwili wrócić z butelką wina oraz dwiema masywnymi szklanicami.

- Kieliszki ci się skończyły? - rzucił kpiąco skrytobójca, nie bez pewnej dozy satysfakcji zauważając zdenerwowanie gospodarza.

- Nie, ale czuję, że lepiej wziąć coś, co się tak łat­wo nie tłucze - powiedział mag, wprawnym ruchem otwierając butelkę. - Mów, proszę, dalej.

Hei'yun'shan zabębnił palcami o blat biurka.

- Randal nie był w stanie się dowiedzieć niczego więcej, zresztą za bardzo się bał o własny tyłek, więc sam zacząłem węszyć i wiesz, czego się dowiedziałem? Że Suger koniecznie chce wiedzieć, co się stało z pewną apologetką, która kręciła się wokół pewnego maga. Mówi ci to coś?

- Dobrze wiesz, że tak - odpowiedział Górski, rozlewając wino do szklanic i starannie unikając wzroku niespodziewanego gościa.

- A właśnie, gdzie ona jest? - zainteresował się bezczelnie elf.

- Nie żyje - odpowiedział sucho mag, z podejrzaną intensywnością wpatrując się we wnętrze swojego naczynia.

- A co z ciałem? - drążył skrytobójca. - Dlaczego nie było pogrzebu?

- Nie wiesz, co się dzieje z wampirem po ostatecznej śmierci? - zapytał mag, spoglądając na skrytobójcę ze złośliwym błyskiem w oku. - Rozsypuje się w proch - wyjaśnił, nie czekając na odpowiedź.

Hei żył już zbyt długo i znał maga zbyt dobrze, by dać się zbyć byle czym.

- Kogo ty chcesz oszukać, staruszku? - warknął, nachylając się w jego stronę. - Powiedz mi, co się stało. Dlaczego to jest taka wielka tajemnica? Dlaczego nikt nie mówi ani słowa o jej zasługach? Dlaczego Suger szuka na ciebie haków?

Mag wzruszył ramionami.

- Nie rozumiem - powiedział, zachowując podejrzanie obojętny wyraz twarzy. - Przecież mu napisałem, że Renhild zginęła, więc dlaczego miałby szukać ciała?

Elf wciągnął gwałtownie powietrze.

- A skąd wiesz, czego szuka? - zapytał, mrużąc podejrzliwie oczy.

Mag zgrzytnął zębami i sapnął.

- Przestań się wygłupiać! - syknął ze złością Hei, zgadując nieomylnie, że zaraz zostanie nakarmiony jakimiś wykrętami. - Obaj siedzimy w tym gównie po uszy, zatem bądź łaskaw mi wyjaśnić, co tu właściwie jest grane.

Górski spojrzał na niego z namysłem.

- Daj mi pomyśleć - powiedział wreszcie.

Ignorując parskającego niecierpliwie elfa, mag odsunął jedną z leżących na biurku ksiąg, oparł łokcie o blat, zanurzył kciuki w gęstwinie białej brody i złożył pozostałe palce w wieżyczkę.

Zaczął się zastanawiać.

W bałaganie, jaki panował po niedoszłej inwazji, wszyscy mieli pełne ręce roboty. Wojskowi zajęli się ściganiem niedobitków, kapłani i magowie usiłowali wyjaśnić tajemnicę nagłej zagłady wrogiej armii oraz zagadkowych zgonów wśród arystokratów i szpiegów, dziwnym trafem mających miejsce tego samego dnia. Górski, przez którego ręce przechodziły niemal wszystkie raporty, domyślał się, że musieli to być kapłani kultu Renegata - prawdopodobnie wygnany bóg czerpał z nich moc w momencie przejścia, co najwidoczniej nie wyszło im na zdrowie. Oczywiście, tą wiedzą Górski nie mógł się z nikim podzielić. Tylko kilka osób - w tym Suger - znało część prawdy. Całą znał tylko on sam... I Einar, który na szczęście miał tyle rozsądku by, zgodnie ze złożoną magowi obietnicą, trzymać język za zębami. Poświęcenie Renhild musiało pozostać tajemnicą.

Tymczasem wywiad kontynuował czystki - przede wszystkim we własnych szeregach, potem już wszędzie, gdzie tylko się dało. Wkrótce dołączyli do nich apologeci, bezlitośnie polujący na wyznawców Palców Skazy. Przez kilka miesięcy trwał krwawy terror, kaci nie nadążali z ostrzeniem toporów, grabarze dzień i noc kopali doły i gorączkowo zasypywali zbiorowe mogiły. Głowy sypały się jak dojrzałe jabłka, a przerażeni skalą egzekucji magowie oraz kapłani dwoili się i troili, próbując zapanować nad chaosem i przywrócić spokój.

Pospiesznie zwołane Konklawe ustaliło wreszcie, że na Płaskowyżu Kości doszło do boskiej interwencji, zaś całą zasługę przypisano Pani Stali. Ani słowa o Renegacie. Ani pół słóweczka o tym, że wygnany bóg próbował się przedrzeć do materialnego świata.

Hegemonia powoli odzyskiwała równowagę, wojownicy wracali do domów, w świątyniach rozbrzmiewały pochwalne hymny i dziękczynne pieśni. Przełożeni zakonu zamknęli się w Stalowym Templum, szpiedzy wycofali się do swoich tajemnych kryjówek, w głównej siedzibie wywiadu pakowano dokumenty do teczek i powoli oddawano je do archiwum.

Istna sielanka.

I nagle teraz, kiedy już się wydawało, że zapanował błogi spokój, cholernemu Wielkiemu Mistrzowi zachciało się węszenia!

- Minął prawie rok - westchnął wreszcie mag - więc dlaczego nagle teraz?

Hei'yun'shan przekrzywił głowę.

- Miał czas przemyśleć to i owo - powiedział - i pewnie coś mu się przestało zgadzać w twoich bajkach.

Mag skrzywił się, jakby ugryzł cytrynę. Uświadomił sobie, że - jak to mówiły krasnoludy - pod dupą zaczyna mu się palić, bo sprawa, o której wolał na razie nie mówić swojemu gościowi, uderzała w podstawy wszystkich znanych religii, a wiedza o tym, co naprawdę stało się na Wąskiej Przełęczy, była krańcowo niebezpieczna. Jeśli Suger domyślał się prawdy, to natychmiastowa wyprawa w dalekie strony stawała się koniecznością nie tylko dla siwobrodego maga oraz dwóch zgnuśniałych emerytów, ale i dla każdej osoby, która była z nimi powiązana.

Przez chwilę miał jeszcze wątpliwości, czy w ogóle powinien wtajemniczać w całą sprawę Gottlieba. Trudno było przewidzieć, jak rycerz zareaguje, kiedy dowie się prawdy. Z drugiej strony nie można go było zostawić na pastwę inkwizycji - Suger na pewno nie uwierzyłby w jego niewiedzę. Nie, musieli zniknąć wszyscy i musieli to zrobić jak najszybciej. Nie tylko po to, by uniknąć węszycieli, lecz przede wszystkim dlatego, że trzeba było gdzieś zadekować zawartość piwnicy - to, co mag od roku ukrywał w zamurowanym pomieszczeniu, zabezpieczonym wszystkimi zaklęciami, jakie tylko przyszły mu do głowy. Całe szczęście, że Gottlieb kupił duży wóz!

Uświadomiwszy sobie, jak głęboko i paskudnie wdepnął, Górski sapnął z rezygnacją.

- Masz rację - powiedział, z poważną miną spoglądając na elfa. - Musimy zniknąć, ale na razie nie pytaj o szczegóły. Powiem wam w ostatniej chwili, nie będę ryzykował, że ktoś to z was wcześniej wyciągnie. Tien'shoudu to dobry kierunek, nikt nie wpadnie na to, żeby nas tam szukać.

Kącik ust elfa uniósł się w grymasie, na widok którego mag poczuł dziwną, przemożną chęć zaciśnięcia pięści i...

- Przydałby się chyba jakiś włamywacz - powiedział pospiesznie. - Może Randal?

Hei'yun'shan zachichotał złośliwie.

- Randal? Nic z tego. Wyjechał do Roca de la Fuente.

- Jak wyjechał, przecież dopiero co mówiłeś, że przyleciał do ciebie z wieściami? - zdziwił się Górski.

Skrytobójca spojrzał na niego z politowaniem.

- Masz go za głupka? Przyleciał, a zaraz potem odleciał. Jak tylko się dowiedział, że Suger wokół ciebie węszy, poczuł palącą potrzebę zwiedzania odległych skarbców.

Górski westchnął ciężko, ale zaraz się rozchmurzył.

- To może ten twój, jak mu tam, Feliks?

Hei'yun'shan zmrużył oczy.

- Feliks miał wypadek.

- Jaki wypadek? - zapytał mag podejrzliwie.

- Potknął się o swój kłamliwy jęzor i połamał sobie palce. Wszystkie. U nóg też.

Górski był tak zaskoczony, że na moment zapomniał o niepisanej zasadzie, której hołdowali wszyscy agenci.

- Połamałeś swojemu chłopakowi palce?! - zapytał wprost, bezczelnie i nietaktownie.

Natychmiast tego pożałował. Powinien przecież kluczyć i bawić się w aluzje, udając starannie, że nie wie nic o prywatnym życiu rozmówcy.

Hei skrzywił się z niesmakiem.

- Nie ja. Poza tym Feliks nie jest moim chłopakiem.

Mag uniósł brew. Elf nigdy nie ukrywał swoich przelotnych romansów z osobnikami dowolnej płci, dlaczego więc teraz wypierał się czegoś, o czym wszyscy wiedzieli?

Skrytobójca musiał jakoś odgadnąć te myśli, bo pokręcił głową z politowaniem.

- Ty się chyba starzejesz - stwierdził bezlitośnie - albo zamieniasz się w babę z magla. Był, już nie jest, koniec tematu. Od kiedy cię interesuje, z kim sypiam?

Górski nie odpowiedział, bo szkoda mu było strzępić języka. Obaj doskonale wiedzieli, że tego typu informacje stanowiły przedmiot zainteresowania każdego szpiega i w ogóle każdej osoby, która mogła je w jakiś sposób wykorzystać. O takich rzeczach się wiedziało, ale przecież poważnym ludziom nie wypadało o nich rozmawiać. Przynajmniej nie wprost!

- A zresztą daj spokój, włamywacz nie będzie nam do niczego potrzebny - stwierdził Hei, przerywając niezręczną ciszę. - Nie mamy przecież zamiaru plądrować krasnoludzkiego skarbca. Zwykły zamek sam potrafię otworzyć, magiczne rozwalisz ty, zaś konieczności rozbrajania pułapek nie przewiduję.

***

Pospiesznie zwołane zebranie, które odbyło się w jednym z zajazdów położonych za murami Stahlbergu, wyglądało dość cudacznie, jako że miało miejsce akurat w samym środku hucznych obchodów kolejnej rocznicy założenia miasta, a jego uczestnicy, dostosowując się do liczącego setki lat obyczaju, przebrali się za górników, hutników i kowali, ukrywając twarze pod obszernymi maskami.

Od samego rana ulicami stolicy przetaczał się barwny tłum mieszkańców i przyjezdnych, którzy tańczyli, śpiewali, jedli i pili bez umiaru przez cały dzień, a pod wieczór zgromadzili się pod najstarszą miejską bramą, by obejść starożytne mury barwnym korowodem. Spiskowcy, korzystając z panującego zamieszania, opuścili więc miasto jako uczestnicy rytualnego pochodu, aby w odpowiedniej chwili odłączyć się od niego po drodze, podobnie jak wielu innych spragnionych mieszczan, robiących przystanki przy każdej mijanej gospodzie.

Zaciszną narożną izbę Zajazdu Pod Łabędziem, przeznaczoną dla bogatszych gości, wypełniał zapach świeżego chleba, pieczonego mięsa i korzennych przypraw. Pomieszczenie, zarezerwowane specjalnie na tę okazję przez Górskiego, miało grube ściany z bali oraz maleńkie okna pod samym sufitem. Potencjalny szpieg miałby spore trudności z podsłuchaniem prowadzonych w tym miejscu rozmów, tym bardziej w świąteczny wieczór, gdy w głównej izbie panował ogłuszający gwar.

Górski, raczej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby, oplótł ściany pajęczyną zaklęć, po czym spojrzał na zgromadzone przy stole towarzystwo i wzdrygnął się, widząc trzy pary oczu, drapieżnie połyskujące w otworach masek.

- Zdejmijcie to - zażądał z irytacją. - Mam wam coś ważnego do powiedzenia.

Sytuacja wymagała nakreślenia szerszego tła, więc mag, ignorując wszelkie komentarze i pytania, rozpoczął od przypomnienia oficjalnego stanowiska Konklawe, którego ogłoszenie zakończyło kilkumiesięczny okres chaosu, jaki nastąpił po niedoszłej inwazji. Z ustaleń poczynionych przez zgromadzenie najwyższych kapłanów wynikać miało, że na Wysokiej Przełęczy doszło do boskiej interwencji.

- To akurat było prawdą - zauważył kwaśno Gottlieb, sięgając po chleb i mięso.

- Owszem - przyznał Górski, podsuwając mu pachnącą chrzanem sosjerkę - jednak cała reszta wynikała z partykularnych interesów. Nie oszukujmy się, wskazanie Pani Stali jako tej, która zniszczyła wrogą armię, wynikało z roli, jaką odgrywa jej kult.

- Będący wszak oficjalną religią Hegemonii - wtrącił rycerz pomiędzy jednym kęsem a drugim. - Dla Sugera to była znakomita okazja do wzmocnienia pozycji i utrwalenia sojuszu tronu z ołtarzem.

Mag pokiwał głową, przełykając pospiesznie kawał pieczeni.

- Rola Renhild została przemilczana - kontynuował, krojąc jednocześnie mięso - jako niewygodna dla tego sojuszu. Nie wspominając już o kwestii pewnej oczywistej herezji, ale o tym później. Dajże mi chwilę, głodny jestem jak wilk!

Przez chwilę jedli w milczeniu. Górski szybko uporał się z porcją pieczeni i spłukał ją czerwonym winem.

- Nawiasem mówiąc - powiedział, sięgając po kawałek sera - Suger od razu próbował poszerzać swoje wpływy. Proponował między innymi zastąpienie świeckiego wywiadu inkwizycją, co się na szczęście nie udało, bo wyszło na jaw, że Zakon Tarczy miał w swoich szeregach więcej agentów Meleara niż my.

Uśmiech, jaki w tym momencie rozkwitł na twarzy Gottlieba, był tak jadowity, że na jego widok Wielki Mistrz dostałby z pewnością niestrawności.

- Właściwie powinieneś zacząć od początku - wtrącił w tym momencie Hei'yun'shan, robiąc jednocześnie dyskretny gest, służący agentom wywiadu do sygnalizowania, że przekazywane informacje należy traktować jako poufne. - W końcu należy im się wyjaśnienie.

Górski pokiwał głową, przecierając palcem kącik ust. Skrytobójca uniósł brew, jakby nieco zaskoczony, po czym poprawił mankiet, dając znać, że zrozumiał sygnał i zgadza się z oceną sytuacji.

- Hei ma rację - powiedział mag. - Zdradzę wam trochę więcej, ale niech to zostanie między nami. To, co się wydarzyło w zeszłym roku, było efektem wieloletnich knowań i, jak zwykle w takich przypadkach bywa, zrozumieliśmy rzecz dopiero po fakcie. Od kilku lat czułem, że szykuje się coś grubszego, ale Melear działał bardzo sprytnie i kolejne spiski, które ujawniał wywiad, nie dawały się w żaden sposób powiązać. Przez jakiś czas mieliśmy problemy z wyznawcami Pani Zarazy, potem w jednym miejscu nastąpił wysyp rytualnych mordów, a w innym kult Wielkiej Paszczy rozkwitł nag­le ponad wszelką miarę i doprowadził do utraty płynności finansowej kilku banków. Kiedy wydawało się, że jest już spokój, nagle uaktywnili się agenci Pana Iluzji i narobili takiego zamieszania, że do tej pory nie wiadomo, o co im chodziło. W skrócie - Odrzucony Bóg przygotowywał swój powrót, siejąc zamęt cudzymi rękami i działając za pośrednictwem licznych agentów. Jednym z nich była Shara M'shani. Tak, ta właśnie. Ta cholerna pijawka, która przekazała Xue przekleństwo krwawego daru i doprowadziła do tego, że stał się Naczyniem Meleara.

W tym momencie Górski zmuszony był przerwać swoją tyradę, bo Gottlieb, kończący akurat smakowity pasztecik, rozkaszlał się nagle, jakby miał zamiar wypluć płuca.

- I tak docieramy do Ren - wtrącił Einar, poklepując rycerza po plecach i podtykając mu pod nos kufel piwa.

- Owszem - potwierdził mag. - Trzy lata temu pewna apologetka władowała się w sam środek bardzo delikatnej operacji i niemal doprowadziła do katastrofy. Sytuacja była na tyle poważna, że musiałem wkroczyć osobiście. Okazało się, że trafiłem na istny dar bogów!

- Więc ją wykorzystałeś - warknął ochryple Gott­lieb, odsuwając od siebie pusty talerz.

Górski przymknął oczy, zaczerpnął głęboko powietrza i westchnął ciężko, dmuchając niczym kowalski miech.

- Tak - przyznał. - Z początku ją okłamałem i bezczelnie wykorzystałem. Nie była świadoma, jak bardzo nam pomogła. Shara była na tyle głupia, że próbowała ją zwerbować i zdradziła jej, że to właśnie ona zrobiła z Xue wampira. Od tego momentu już nie ukrywałem, kim jestem, zaś Ren, napędzana żądzą zemsty, współpracowała ze mną z ogromnym zapałem. Wybór tego konkretnego elfa był zresztą największym błędem M'shani... Xue'xiang'shu, choć oddany Renegatowi, pozostawał poza układem. Nie miał żadnych powiązań, nie brał udziału w kolejnych spiskach. Podejrzewam, że chodziło o to, by nie ściągać na niego uwagi wywiadu czy inkwizycji - najprawdopodobniej Melear chciał w ten sposób zapewnić swojemu Naczyniu bezpieczeństwo. Przeklęty działał więc na własny rachunek i nie interesował się zbytnio knowaniami Shary. Nawet nie macie pojęcia, ile przydatnych informacji zdradził Ren, zwłaszcza kiedy się dowiedział, że M'shani próbowała ją zabić.

- To wszystko jest bardzo interesujące - stwierdził Einar, leniwie oskubując kruszonkę z kawałka placka - ale nijak nie pojmuję, dlaczego nam to teraz opowiadasz. To już, że tak powiem, zamierzchła historia. Wszyscy wiemy, jak się skończyła.

Mag dolał sobie wina.

- Tak - powiedział powoli. - Wszyscy wiemy.

Hei'yun'shan chrząknął ponaglająco.

- Renhild była maleńkim ziarenkiem piasku w trybach wielkiej machiny, ale to ziarenko uratowało nas wszystkich - stwierdził Górski z namaszczeniem. - No dobrze, do rzeczy. Po klęsce inwazji pozostała już tylko likwidacja resztek siatki. Pozbawieni wsparcia Meleara byli zupełnie bezbronni. Dobrze wiecie, co się działo przez te kilka miesięcy. I tu dochodzimy do sedna sprawy.

Spodziewając się jakiejś sensacji, jarl odłożył niedojedzony kawałek ciasta i uniósł brwi, zaś rycerz przełknął pospiesznie, po czym przezornie odstawił kufel. Mag nachylił się w ich stronę.

- Dowiedziałem się niedawno, że Wielki Mistrz nie tylko węszy wokół mnie, lecz nawet podjął pewne działania, których nie mogę ignorować - powiedział tajemniczo. - Suger bardzo się obawia ujawnienia prawdy o tym, co zaszło na Wąskiej Przełęczy.

- Co to ma z nami wspólnego? - zapytał Gottlieb, szczerze zdziwiony.

- Prawdopodobnie domyśla się, że wy o tym wiecie. Wie na pewno, że ja wiem - wyszeptał Górski, nerwowo szarpiąc siwą brodę. - Dotąd nie ośmielił się mnie tknąć, bo doskonale sobie zdaje sprawę z tego, jakie mam na niego haki. Musiałby najpierw dysponować jakimś naprawdę mocnym argumentem, a gdyby go zdobył, to dobrałby się najpierw do mnie, a w dalszej kolejności i do was.

- Ale go nie zdobędzie - stwierdził beztrosko rycerz. - Niby skąd?

Einar drgnął, jednak nie odezwał się ani słowem. Mag spojrzał na niego, zabębnił nerwowo palcami o stół, otworzył usta i zamknął je z powrotem, aż wreszcie podjął decyzję.

- Tak się składa - wypalił - że istnieje coś takiego. I wszyscy czterej musimy natychmiast usunąć się z zasięgu inkwizycji, więc wyruszymy na naszą wyprawę najszybciej, jak tylko się da, a przy okazji wywieziemy i ukryjemy coś, czego Suger w żadnym wypadku nie może dostać w swoje lepkie łapy.

- O czym ty mówisz? - zapytał Gottlieb, patrząc na Górskiego z osłupieniem.

- Tego dowiecie się później - powiedział stanowczo mag. - Ufam wam, ale nie chcę ryzykować. Powiem przed samym wyjazdem, a na razie... Im mniej wiesz, tym krócej cię będą torturować.