PONIEDZIAŁEK
Mieszkanie
Mieszkali na ulicy, którą zna niewielu,
Choć w samym centrum miasta - tuż przy Zbawicielu,
Gdzie bywałych przechodniów ciągle jeszcze męczy
Nadzieja, że zobaczą ślad spalonej tęczy,
Bez której rondo w środku, okrągłe i kwietne,
Wydaje się ubogie - bo już niekompletne
(Gdy płonęła, dym z okien oglądali czarny,
Co sunął nad dachami jak opar cmentarny -
Dym widzieli za oknem, tęczę w komputerze,
Dziwaczne połączenie: "No, kurwa, nie wierzę! -
Mówił Łukasz - Nie wierzę, znowu to zrobili".
Marta nic nie mówiła, nie chcąc w takiej chwili
Mądrzyć się: "Przecież było to do przewidzenia",
Bo zresztą jeśli nawet, co to w sumie zmienia?
Tak samo jest mi smutno, tak samo się boję.
Więc w ekran i za okno patrzyli oboje
I oglądali w myślach, każde po kolei,
Rzeczy, których nie znali ani znać nie chcieli,
Takie jak druga wojna i bombardowania).
Stryj, który się na starość przeniósł do Poznania,
Do nowej żony, Marcie wynajął mieszkanie,
Bo miał do niej, jak mówił, pełne zaufanie.
Stryj - totalny czarnowidz - wolał mniejsze zyski,
Jeżeli tylko w domu zamieszka ktoś bliski,
Bo bliski nie okradnie i zamków nie zmieni.
Młodzi byli z początku nieco przytłoczeni
Drewnianą boazerią w nie najlepszym stanie
I kolekcją dzieł stryja, wiszącą na ścianie
(W stylu bieda-Beksiński) - stryj niestety w darze
Zostawił bratanicy te wszystkie pejzaże,
Na których spod szubienic kosmici jak larwy
Pełzli, a wszystko miało krępujące barwy
I tytuły w rodzaju Typologia dali.
Większość w szafie schowali, paru nie schowali.
Do tego dochodziły pęknięte kafelki
I pochowane w szafach żelazka, farelki,
Nocne lampki, kalosze, kilimy, klasery,
Zepsuty robot "Bartek", narty, malaksery,
Wypchany orzeł przedni i dwa myszołowy,
Których stryj nie wyrzucał, bo "nie był gotowy",
Słowem, mniej albo bardziej nieprzydatne graty -
Ale takie mieszkanie, za czynsz i opłaty,
Które ma dwa przestronne i jasne pokoje,
A zatem idealne do życia we dwoje,
Do tego w samym centrum - to było marzenie!
Marta i Łukasz, których przy normalnej cenie
Stać było na wynajem - może kawalerki,
Wybaczyli pejzaże, orła i farelki.
Nie wiedzieli, na cichą przychodząc ulicę,
Że stryj chował w mieszkaniu pewną tajemnicę.
Przez okno, na południe chyba wychodzące
(Lub południowy zachód), kuchnię grzało słońce,
Niebo zupełnie czyste oprócz kilku chmurek.
Marta wzięła z lodówki ser żółty, ogórek,
Ostatnie resztki masła, zielone oliwki,
Przedwczorajsze brokuły w garnku bez pokrywki
(Spaliła się rok temu, garnek od tej pory
Zakrywano talerzem) i dwa pomidory,
Z tych niewielkich, podłużnych. Przy stole usiadła,
Bawiła się widelcem, ale nic nie jadła,
Milczała. Śnione nocą krwawe ukąszenia
Przemknęły jej przez pamięć, cicho, na kształt cienia,
Psując ten dzień majowy. Zaraz pomyślała,
Że siedzi kilka metrów od zimnego ciała,
Które leży w tej szafie. Leży tam w tej chwili,
Za kilka godzin wstanie, po co się zgodzili?
Czy znowu będzie śniła o grząskich cmentarzach
I długich ostrych zębach, i bezkrwistych twarzach?
Stryj kłamał! Mówił przecież, że strach szybko minie.
Marta zasypia tylko po melatoninie -
Jak zwą hormon senności - w postaci pastylek;
Ona - i wypłowiały z pluszu krokodylek,
Przytulanka z dzieciństwa - sen da wyczekany,
Jak bandaż elastyczny przytknięty do rany.
Zamkniesz oczy - pod łóżkiem gromadzą się cienie.
Ach, kiedyś pomagało jeszcze przytulenie:
Leżeli, jak to w Polsce mówią, "na łyżeczkę",
Choć Łukasz zawsze na to narzekał troszeczkę,
Do samotnego spania przez lata nawykły.
A teraz przez związkowe żale, strachy, bitwy,
Już tylko swojej własnej pilnuje wygody,
Więc leżą obok siebie, jak dwie obce kłody.
A Łukasz też się boi! Dawno jej powiedział,
Bał się wcześniej niż ona. Raz w nocy nie wiedział,
Gdy chciał iść do łazienki, czy go tam nie spotka.
Otworzyć szafę. Słońce niech wpadnie do środka!
Niech na popiół go spali, zabije upiora!
Jak mogła tak pomyśleć? Jest naprawdę chora.
Nie życzy mu nic złego, to wszystko ze stresu.
Noce były normalne, ale teraz nie są.
Zaczęły się koszmary, prysło zaufanie,
Tylko Eks wciąż mu chętnie drzemie na kolanie,
Dalej woli go od nich, co wkurwia Łukasza,
Nic go nie niepokoi ani nie odstrasza
I do łapania kulki dalej debil chętny.
Głupi zwierzęcy spokój, dla niej niedostępny,
A szkoda. Wszystko gorzej. Awaria systemu.
To głupie, chcieć odpędzić jakąś myśl i nie móc.
O tym, jak wąską strużką krew płynęła z szyi.
Marta głośno kichnęła. Topola tak pyli,
Do domu sypiąc koty, choć inne od Eksa.
Skąd nagle w telefonie reklama Rolexa?
Przecież reklam ciąg w necie jest dopasowany
Do tego, co się kupi, obejrzy, wyszuka...
Dla niej rolexy, kawior, rolls-royce'y, Kajmany
To jak, kurwa, dla fretki w Oksfordzie nauka.
Czy Łukasz czegoś szukał na jej telefonie?
Zjada kawałek sera. Trzęsą się jej dłonie
Jak alkoholikowi na filmie z Gajosem.
Ach, czy to przez Adama?
Gazela, gdy się pasie pod lamparta nosem,
Też będzie rozedrgana.
"Ten potwór o nas myśli tak jak o kolacji",
Powiedział wczoraj Łukasz... Ale nie ma racji!
Adam by ich nie skrzywdził! Jest już jak rodzina!
Te wszystkie podejrzenia to Łukasza wina,
Nie może znieść, że w domu jest jeszcze ktoś trzeci,
W dodatku właśnie Adam - to go kłuje w oczy!
Wiadomo, jak zazdrośni bywają poeci,
A Adama, cóż - Łukasz nigdy nie przeskoczy.
Nie ten, jak to mawiają, rozmiar kapelusza
(KTO tak dziś mawia? Starcy? Co się z Martą stało,
Że gada, jakby była na emeryturze?).
Upiór to nie, jak wielu sądzi, tylko dusza.
To z duszą niezbawioną nieumarłe ciało.
Śpiące teraz w tej szafie, jak szczur w swojej dziurze.