Wypędzeni. Powojenne losy Niemców - R. M. Douglas

Reflow text when sidebars are open.
Wypędzeni. Powojenne losy Niemców
R. M. Douglas
Tłumaczenie: Grzegorz Siwek
Copyright ? Wydawnictwo RM, Warszawa 2015
Original title: Orderly and Humane: The Expulsion of the Ethnic Germans After the Second World War
Copyright ? 2012 by R. M. Douglas
All rights reserved.
Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl www.rm.com.pl
Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.
Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.
Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.
ISBN 978-83-7773-095-9 ISBN 978-83-7773-460-5 (e-Pub) ISBN 978-83-7773-461-2 (mobi)
Redaktor prowadzący: Justyna Mrowiec Redakcja: Inga Jaworska-Róg Korekta: Jolanta Kucharska Nadzór graficzny: Grażyna Jędrzejec Projekt graficzny okładki: Wiktor Jędrzejec Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański Weryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec
W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl
Bezpośrednio po II wojnie światowej zwycięscy alianci przeprowadzili największą w historii akcję przymusowych przesiedleń, której wynikiem była chyba największa w dziejach migracja jednej nacji. Przy czynnym udziale władz brytyjskich, radzieckich i amerykańskich miliony przedstawicieli niemieckojęzycznej ludności zamieszkującej obszary Czechosłowacji, Węgier oraz wschodnich terytoriów niemieckich przekazanych Polsce wypędzono z domów ku ruinom Rzeszy i pozostawiono samym sobie. Kolejnym milionom, które uciekły przed nacierającą Armią Czerwoną w ostatnich miesiącach wojny, uniemożliwiono powrót w rodzinne strony, skazując na dożywotnie wygnanie. Jeszcze inni etniczni Niemcy zostali wypędzeni z Jugosławii i Rumunii, choć alianci formalnie nie usankcjonowali deportacji z tych krajów. W sumie cała ta operacja doprowadziła do wysiedlenia na stałe co najmniej 12 milionów, a może nawet 14 milionów ludzi. Większość z nich stanowiły kobiety oraz dzieci poniżej szesnastego roku życia; stosunkowo niewielkim odsetkiem przesiedleńców byli dorośli mężczyźni. Temu wygnaniu towarzyszyły brutalne akty przemocy. Na skutek maltretowania, głodu i chorób zginęły dziesiątki, a może nawet setki tysięcy ofiar podczas przymusowego pobytu w obozach poprzedzającego wypędzenie - często w byłych niemieckich obozach koncentracyjnych z okresu II wojny światowej, takich jak Auschwitz I. Wielu przesiedleńców straciło życie w pociągach, gdy zamykano ich w wagonach towarowych, bez pożywienia, wody i ogrzewania podczas przejazdu do Niemiec, trwającego niekiedy tygodniami; liczni umierali na poboczach dróg, kiedy musieli pieszo podążać ku nowym niemieckim granicom. Śmierć zbierała żniwo także już w Niemczech, gdy bezdomni wygnańcy padali ofiarą wyziębienia, niedożywienia i innych skutków ich gehenny. Szacunkowe wyliczenia dotyczące śmiertelności niemieckich przesiedleńców do dziś stanowią źródło poważnych kontrowersji, ocenia się jednak na podstawie ograniczonych i sprzecznych czasem świadectw, że wynosiła ona od pół miliona do co najmniej półtora miliona ludzi (niektórzy badacze podają większą liczbę ofiar). Ustalenie możliwego do przyjęcia przybliżenia tej liczby wymaga dalszych dogłębnych badań historycznych.
Jednak nawet gdyby przyjąć najbardziej optymistyczną interpretację tych danych liczbowych, to owa akcja przesiedleńcza miała skalę wielkiej społecznej katastrofy, przyćmiewającej podobne cierpienia ludności byłej Jugosławii w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Wygnania nie próbowano nawet ukrywać przed oczami dziesiątków tysięcy reporterów, dyplomatów, pracowników organizacji humanitarnych i innych obserwatorów mających dostęp do ówczesnych środków masowego przekazu, a działo się to wszystko w centrum gęsto zaludnionego kontynentu. Mimo to przesiedlenia te nie wzbudziły wówczas większego zainteresowania. Obecnie, poza regionami objętymi tą akcją, pozostają niemal całkowicie nieznanym faktem historycznym. I nawet w Europie Środkowej poziom elementarnej wiedzy na ten temat bywa nierzadko zaskakująco mizerny. Ankiety przeprowadzone w 2002 roku wykazały na przykład, że polscy respondenci na ogół zaniżali liczbę Niemców deportowanych z tzw. Ziem Odzyskanych o połowę (co ciekawe, ta sama grupa ankietowanych zawyżała o 260 procent liczbę Polaków przesiedlonych na zachód zza Bugu). Tylko około połowy pytanych wiedziało, że Wrocław, Gdańsk i Szczecin były niegdyś niemieckimi miastami[1].
Nie należałoby przypisywać tego braku wiedzy o wypędzeniach jakiejś zmowie milczenia. To, co działo się w epoce powojennej, było nie tyle skutkiem przemyślanych poczynań, ile czegoś mniej znaczącego: zjawiska przemilczania w mediach tego ważnego wydarzenia historycznego. Oczywiście informacje o wypędzeniach, choć o bardzo różnej wartości, są osiągalne i dostępne, ale dla dociekliwych, znających języki obce oraz zainteresowanych tym tematem. Sporządzona w 1989 roku bibliografia obejmuje prawie 5 tysięcy pozycji poświęconych temu zagadnieniu w samym tylko języku niemieckim. Jeszcze dzisiaj, po upływie ponad 65 lat, można dotrzeć do żyjących wygnańców; oblicza się, że od jednej piątej do jednej czwartej populacji obecnych Niemiec ma lub miało wygnańców w gronie swych bezpośrednich przodków. A zatem nie zaprzecza się faktowi przesiedleń, a tylko umniejsza ich znaczenie. W podręcznikach historii można natrafić na odosobnione, niejasne wzmianki o "chaosie" panującym w Niemczech w okresie tuż po wojnie lub też całkowicie się ignoruje akcję wysiedleńczą, stwarzając wrażenie, że zajmuje ona w dziejach nowożytnej Europy mniej istotne miejsce od, dajmy na to, kulturowego wpływu chuligaństwa na stadionach piłkarskich czy choćby symbolicznego znaczenia samochodu marki Trabant jako metafory enerdowskiego społeczeństwa.
Nie tak trudno to zrozumieć, ponieważ wszelkie dysputy na temat przesiedleń od razu wywołują mnóstwo nader trudnych i nadal wysoce kontrowersyjnych sporów. W przypadku Niemców wzbudzają one dyskusje wokół wątpliwych moralnie poczynań etnicznych mniejszości niemieckich żyjących poza Rzeszą - tak zwanych Volksdeutschów - oraz stopnia, w jakim działania te zaważyć mogły na późniejszych tragicznych losach przedstawicieli tychże mniejszości. W oczach Polaków, Czechów i obywateli innych wschodnioeuropejskich krajów wspomniane kwestie zakłócają szereg narodowych narracji, w których przyjmuje się powszechnie, że Niemcy byli wyłącznie sprawcami, a nie ofiarami zbrodni - za te ostatnie uważa się rodaków - a ponadto budzą niepokój odnoszący się do trwałości międzynarodowych postanowień, na których mocy niegdysiejsze niemieckie ziemie zmieniły przynależność państwową. Z kolei w krajach alianckich, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, wiąże się to z poruszeniem sprawy współudziału ich dawnych przywódców w jednym z najbardziej nieludzkich przedsięwzięć we współczesnej historii, niepokojąco przypominającym wojenne próby nazistowskich Niemiec, aby przy użyciu podobnych metod zmienić granice państw na kontynencie europejskim. Dzieje powojennych przesiedleń należą do tych wydarzeń, w których niewiele z osób zaangażowanych bezpośrednio w ich przeprowadzenie da się przedstawić w lepszym świetle. Nic więc dziwnego, że istnieje silna niechęć do zagłębiania się w tę powikłaną, dwuznaczną pod względem moralnym i społecznym sprawę, która do dziś pozostaje politycznym "zgniłym jajem" w historii tego, co większość ludzi wciąż słusznie uznaje za uprawnioną krucjatę - czy też, jak mówią o tym Amerykanie, za "dobrą wojnę" - przeciwko jednemu z najbardziej zbrodniczych reżimów w nowożytnych czasach.
Nie trzeba wyjaśniać, że dramat deportacji jeszcze dziś ma wielkie znaczenie dla Niemców. Ale zapewne jeszcze ważniejszy czynnik stanowił w tworzeniu współczesnej polskiej państwowości. Pod koniec II wojny światowej nie tylko doszło do odrodzenia tego kraju w zupełnie nowych granicach - do tego stopnia, że zaledwie 54 procent ziem znajdujących się pod polskim zarządem na początku września 1939 roku znalazło się w granicach Polski sześć lat później - lecz nastąpiło także, wskutek gwałtownych wstrząsów i tragicznych wydarzeń, równie dramatyczne przekształcenie struktur demograficznych w trakcie wspomnianego okresu. Dla Hitlera i Stalina II wojna światowa była w znacznej mierze konfliktem o charakterze demograficznym; trwałe przeobrażenie mapy zaludnienia w centrum Europy znajdowało się wysoko na liście celów obu tych dyktatorów. I do 1945 roku obydwaj konsekwentnie realizowali ten cel. Nazistowski program likwidacji polskiego żydostwa - najważniejszego elementu monstrualnego planu eksterminacji wszystkich Żydów europejskich - udało się nieomal urzeczywistnić do czasu upadku hitlerowskiego państwa i śmierci Hitlera w ruinach Kancelarii Rzeszy w kwietniu 1945 roku. Około dwóch milionów polskich cywilów nieżydowskiego pochodzenia również straciło życie podczas niemieckiej okupacji, co stanowiło krok wstępny do całkowitego unicestwienia, za sprawą masowych wysiedleń lub zniewolenia, polskiego narodu. Chociaż ludobójcze ambicje Stalina nie sięgały tak daleko, to wojna dostarczyła mu okazji do usunięcia potencjalnie wrogo usposobionych wobec sowieckiej władzy mieszkańców na polskich do 1939 roku terytoriach zachodniej Ukrainy i Białorusi. Podwójna fala wysiedleń - Polaków z ziem kresowych i Niemców z "Ziem Odzyskanych" - służyła przede wszystkim interesom ZSRR i nie budzi wielkiego zdziwienia, że Stalin, we współdziałaniu z zachodnimi aliantami, dążył to tego z taką stanowczością, począwszy od 1943 roku.
Nie znaczy to jednak, że deportacje Niemców były li tylko zamierzeniem mocarstw koalicji antyhitlerowskiej, których Polacy i przedstawiciele innych objętych tą akcją krajów musieli słuchać i wypełniać ustalenia przekazane im po konferencji poczdamskiej. Podczas całej epoki komunistycznej stanowiło to niezmienny argument polskich historyków i władz, gdy podnoszono kwestię majątków wysiedleńców czy metod stosowanych podczas akcji deportacyjnej. Ale - pomijając nawet sprawę chwiejności takich argumentów - nie odpowiada to faktom historycznym. Na wiele miesięcy przed konferencją w Poczdamie trwały już "dzikie wypędzenia", wbrew tej nazwie starannie zorganizowane przez polskie władze na szczeblach centralnym i lokalnym. Przy tym, bynajmniej nie ograniczając się do wprowadzania w czyn dyrektyw przekazywanych przez sowieckich dowódców i organa polityczne, polscy urzędnicy państwowi często skarżyli się, że Armia Czerwona nie tylko spowalniała, ale wręcz aktywnie utrudniała polskie starania na rzecz "oczyszczenia" (z Niemców) zachodnich "Ziem Odzyskanych".
Można zatem śmiało stwierdzić, że stopień zaangażowania Polaków w akcję wysiedleńczą nie zawsze bywa odpowiednio podkreślany. Tak ogromnej operacji nie udałoby się przeprowadzić bez czynnego udziału setek tysięcy polskich żołnierzy, urzędników, milicjantów, przewoźników, przedsiębiorców, a nawet duchownych. Wymagało to chęci współdziałania wielu innych osób odnoszących osobiste korzyści z tej akcji - od osadników i kolonistów, po tych, którzy czerpali dochody z pracy niemieckich robotników przymusowych i szabrowników. Wymagało także przyzwolenia - na ogół udzielanego - ze strony milionów obywateli aprobujących skutki akcji deportacyjnej, choć sami się na niej nie wzbogacili. Wcale nie było oczywiste, że tak się stanie, gdyż idea "odpłacenia" Polakom ziemiami niemieckimi za obszary utracone na rzecz Związku Radzieckiego bynajmniej nie cieszyła się takim uznaniem. A jednak Polacy zdumiewająco szybko przystali na ten "faustowski" układ, nie przejmując się zanadto, że skoro Wrocław i Szczecin przestały być miastami niemieckimi, oznaczało to zarazem, że Lwów i Wilno już nigdy do Polski nie powrócą.
Zamiast analizować konsekwencje tego faktu, polska historiografia jeszcze do niedawna prezentowała zazwyczaj powojenne deportacje Niemców jako naturalny lub wręcz nieuchronny skutek wcześniejszej nazistowskiej agresji, los, który naród niemiecki jako taki - żyjący w granicach Rzeszy z 1937 roku albo poza nimi - sam na siebie ściągnął. Bez ustanku padały argumenty, że niemieckie okrucieństwa w okupowanej Polsce były tak straszliwe, iż wszelkie krytykowanie pomysłu przesiedleń i samej akcji deportacyjnej było w najlepszym razie przejawem historycznej naiwności, anachronicznym projektowaniem liberalnych poglądów z XXI wieku na wojenne warunki zupełnie nieprzystające do tych wartości, w najgorszym razie zaś - próbą zrównania powojennych cierpień Niemców z nieporównywalnie większymi nieszczęściami, które ściągnęli podczas wojny na niezliczone polskie ofiary, pochodzenia żydowskiego i nieżydowskiego.
Nie ulega wątpliwości, że podobne twierdzenia nie były zupełnie bezpodstawne, co z pewnością przyczyniło się do ich rozpowszechnienia i długowieczności. Co się tyczy ich krytyki, to wypada przyznać, od razu i bez ogródek, że nic nie uprawniało do zrównywania powojennych wysiedleń ze straszliwymi zbrodniami popełnionymi na Żydach i innych niewinnych ofiarach od 1939 do 1945 roku. Zakres nazistowskich okrucieństw i barbarzyństwa w środkowej i wschodniej Europie jest tak wielki, że prawie nie sposób go wyolbrzymić. W całej historii ludzkości nie wydarzyło się nic potworniejszego lub, może poza ludobójstwem w maoistowskich Chinach, równie potwornego. Sąsiedzi Niemiec ucierpieli najbardziej i niezasłużenie z rąk nazistów, a rezultatem tego okazał się bardzo silny zbiorowy uraz psychiczny. Cokolwiek jednak wydarzyło się po wojnie, nie można zrównywać tego ze zbrodniami popełnionymi przez Niemców w czasie jej trwania, a jeśli ktoś - choćby i z grona samych wygnańców - twierdzi inaczej, to daje wyraz wypaczonego nastawienia do historii. I nic w niniejszej książce nie przemawia na rzecz takiej postawy.
Jednak posiłkowanie się wspomnianymi "tezami nie do obalenia" oznacza przymykanie oczu na fakt, że powojenne przymusowe migracje nie były skutkiem naturalnych katastrof, tylko efektem działań ludzi - władz mocarstw koalicji antyhitlerowskiej oraz ludności krajów podbitych przez Niemcy. Trudność z uznaniem takiej prawdy wiąże się z tym, że oznacza zaszufladkowanie zbyt wielu ludzi do dość nieokreślonej kategorii - choćby dzieci, które przecież nie mogą odpowiadać za czyny swoich ojców i matek. Nie chodzi też o takie formułowanie pytań, by narzucały gotowe odpowiedzi. Jeśli bowiem zapytamy, co było gorsze: niemieckie poczynania w czasie wojny czy działania aliantów i sąsiadów pobitych Niemiec po wojnie, to możliwa jest tylko jedna odpowiedź. Jeżeli jednak postawimy pytanie, czy kiedykolwiek warto było, aby międzynarodowa społeczność deklarowała z góry, że prawa człowieka nie dotyczą określonych populacji, i czy było to mądre - wynikną z tego całkiem odmienne wnioski.
Takie rozważania nie są ani abstrakcyjne, ani anachroniczne: II wojna światowa nie była bowiem tylko starciem dwóch wrogich koalicji w walce o globalną supremację. Miała wyraźnie zarysowane podłoże ideologiczne, jasno sformułowane w oświadczeniach na temat alianckich celów wojennych, w tym także w przemówieniu Franklina D. Roosevelta wygłoszonym w Kongresie w styczniu 1941 roku o "czterech podstawach wolności", w którym amerykański prezydent podkreślał, iż "wolność oznacza przestrzeganie praw człowieka" na całym świecie, oraz w Karcie Atlantyckiej z sierpnia 1941 roku - dokumencie przyjętym przez polskie władze na uchodźstwie już w następnym miesiącu, a przez 26 krajów antyniemieckiej koalicji, w tym przez Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, 1 stycznia 1942 roku. Być może najważniejszą kwestią, istotną stawką tej wojny, była próba rozstrzygnięcia, czyja wizja ludzkiej kondycji i godności przeważy - czy ta mordercza, nazistowska, z jej obłędnymi, utopijnymi założeniami, z jej instrumentalnym, mechanicznym podejściem do człowieka i pogardą dla całej koncepcji niezbywalnych ludzkich praw, czy też głoszone przez aliantów zaangażowanie w obronę takiego porządku świata, którego podstawę stanowi idea niepodważalnej osobistej wolności jednostki ludzkiej, wypływającej z faktu jej człowieczeństwa. Jako historycy i świadomi obywatele nie wykraczamy poza swoje uprawnienia, kiedy staramy się ustalić, w jakim stopniu wizja ta znajduje zastosowanie w codziennym życiu. Nie depczemy też pamięci o tych, którzy ucierpieli tak straszliwie z rąk Niemców, gdy wspominamy o innych przypadkach masowego pogwałcenia praw człowieka, choćby i takich, w których Niemcy byli ofiarami, a nie sprawcami. Poza tym, jeśli zbadamy dokładniej świadectwa tej największej przymusowej migracji ludności w dziejach, to przekonamy się, że nie spełniła związanych z nią oczekiwań i doprowadziła do tragicznych skutków - nawet w skrajnie trudnych warunkach panujących w powojennej Europie usprawiedliwiających w pewnym stopniu tę sytuację.
Ponowne bardziej wnikliwe zajęcie się tym tematem wydaje się tym bardziej potrzebne, że od chwili upadku bloku komunistycznego w 1989 roku trwa prawdziwa rewolucja w środkowoeuropejskiej historiografii. Wraz z otwarciem archiwów w Polsce, Czechach, na Słowacji, Węgrzech i w niektórych krajach powstałych po rozpadzie Jugosławii w miejsce polemicznego i ahistorycznego podejścia do tego tematu zaczęły pojawiać się dogłębne badania empiryczne nad zagadnieniami regionalnej polityki i procesami przesiedleń grup ludności. Chociaż na tym polu pozostało jeszcze bardzo dużo do zrobienia, to pionierskie badania historyczne takich uczonych jak Tomáš Staněk, zajmujący się dziejami ziem czeskich, Bernadetty Nitschke i Bernarda Linka specjalizujących się w historii najnowszej Polski, Soňi Gabzdilovej i Milana Olejníka na Słowacji, Vladimira Geigera i Zorana Janjetovicia z byłej Jugosławii oraz wielu innych świadczą o przemianach w podejściu do bezpośrednio powojennej historii środkowej i południowo-wschodniej Europy. Ich osiągnięcia zostały wzbogacone i uzupełnione przez prace nadzwyczaj uzdolnionej grupy młodych naukowców z Zachodu, badających dzieje najnowsze wspomnianych regionów europejskich. Należą do nich tacy historycy jak Chad Bryant, David Curp, Benjamin Frommer, David Gerlach, Eagle Glassheim, Padraic Kenney, Jeremy King, Andrea Orzoff i Tara Zahra. Dla nich okres przesiedleń i jego efekty stanowią kluczowe czynniki wyjaśniania wydarzeń w krajach środkowoeuropejskich w latach powojennych oraz tego, co się tam dzieje jeszcze dziś, pomimo upadku komunizmu. Również niemieccy historycy, pracując czasem niezależnie od swoich kolegów i koleżanek z centralnej Europy, a czasami współdziałając z nimi, poczynili w ciągu minionych 15 lat wielkie odkrycia w tej mierze, aczkolwiek paradoksalnie zrozumiałą troskę licznych historyków z Niemiec stanowi dokładanie starań, ażeby dyskusje o wysiedleniach nie zeszły na prezentowanie ich z perspektywy "ofiar", a kwestia współodpowiedzialności za zbrodnie nazistowskie nadaje sporom historycznym w tym kraju szczególnie ostry ton.
Do tej pory brakowało jednak studium badawczego poświęconego całościowemu potraktowaniu tego fragmentu dziejów - poczynając od jego źródeł we wszystkich krajach, gdzie doszło do powojennych deportacji, z kontynuacją opowieści do czasów obecnych, gdyż wysiedlenia te nadal kładą się cieniem na wiele europejskich i światowch wydarzeń. Taką próbę podjęto w niniejszej książce. Nie ulega wątpliwości, że w żadnej pojedynczej rozprawie nie można liczyć na całościowe opisanie tematyki powiązanej z tak rozległym i wielowymiarowym rozdziałem europejskiej historii. Postanowiłem zatem skupić się na pewnych elementach, wymagających, moim zdaniem, szczególnej uwagi, takich jak mechanika masowych wysiedleń, archipelag obozów - "koncentracyjnych", "zbiorowych" czy też "internowania" dla cywilów pochodzenia niemieckiego, które organizowano po wojnie w całej środkowej Europie, wpływ tych deportacji na rozwój prawa międzynarodowego, wreszcie pomijana często rola odegrana przez zachodnie mocarstwa alianckie w tej operacji wysiedleńczej, wykraczająca daleko poza zwykłe przyzwolenie. Nie rościłem sobie jednak pretensji do encyklopedycznego potraktowania tematu, nawet gdyby przyjąć, że to możliwe w ramach jednotomowego opracowania. Niektórych elementów układanki nadal brakuje i trzeba poczekać na otwarcie odpowiednich archiwów: mam tu na względzie głównie pełną historię radzieckiego udziału w akcji przesiedleńczej oraz niepełną wiedzę o wypadkach, jakie rozegrały się w Rumunii i na obszarach byłej Jugosławii. Innymi kwestiami szczegółowymi z braku miejsca nie mogłem zająć się wystarczająco dokładnie, choć niektórzy czytelnicy zapewne uznają, że zasługiwały na baczniejszą uwagę. Tak czy owak, mimo wspomnianych zastrzeżeń, należało od czegoś zacząć. I jeśli zmagając się ze złożonością podjętej problematyki, zdołałem przedstawić jedynie niepełne dzieło, które inni historycy (na co liczę) zastąpią bardziej wyczerpującymi opracowaniami, to mimo wszystko uważam, że osiągnąłem postawiony przed sobą cel.
W kolejnych rozdziałach niniejszej książki stosunkowo rzadko korzystałem z osobistych wspomnień samych wypędzonych, zamieszczonych w opasłych zbiorach opublikowanych przez niemieckie władze federalne pod tytułem Dokumentation der Vertreibung der Deutschen aus Ost-Mitteleuropa w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych oraz niemal równie obszernych kompilacji przygotowanych przez organizacje w rodzaju Donauschwäbische Kulturstiftung w nowszych czasach. Był to świadomy zabieg z mojej strony. O ile z pozoru wydać się może dość przewrotnym pomysłem pominięcie, a przynajmniej nieeksponowanie głosów tych, których bezpośrednio dotknęły deportacje, o tyle pozostaje faktem, iż wobec kontrowersyjności i drażliwości tego tematu dla tak wielu osób nadzwyczajnej uwagi wymaga kwestia weryfikacji cytowanych źródeł. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku do typowych strategii stosowanych w celu podważania prawdziwości sytuacji opisywanych w różnych publikacjach w rodzaju Dokumentation der Vertreibung było podawanie w wątpliwość wiarygodności świadków owych wydarzeń. Niemieccy wygnańcy, jak twierdzono, mieli interes w przesadnym przedstawianiu wyrządzonych im krzywd, a tym samym bagatelizowaniu zbrodni, za które sami ponosili współodpowiedzialność. Argumentacja czechosłowackiego prezydenta Edvarda Beneša, który powiedział w 1945 roku, że "nie powinno się oczywiście wierzyć we wszystkie niemieckie opowieści, gdyż Niemcy zawsze przesadzali, a pierwsi biadolili i próbowali wzbudzać współczucie innych", trafiała do wielu. Postanowiłem zatem przyjąć za regułę pomijanie zeznań tych wypędzonych, których słowa nie znalazły potwierdzenia w innych niezależnych źródłach. W trakcie prac przygotowawczych przed pisaniem tej książki przekonałem się, że było to słuszne założenie, ponieważ panoramiczny obraz akcji deportacyjnej odmalowany w Dokumentation der Vertreibung znalazł potwierdzenie (a czasem nawet bywał mniej drastyczny) w relacjach przedstawicieli agencji humanitarnych w rodzaju Czerwonego Krzyża i innych pozarządowych organizacji, zachodnich dyplomatów i polityków, zagranicznych korespondentów oraz, co najważniejsze, w archiwalnych zbiorach krajów, z których wygnano Niemców.
Ograniczenia wynikające z objętości niniejszej książki sprawiają, że mogę osobiście podziękować zaledwie nielicznym z grona pomagających mi w realizacji tego projektu, choć zajął więcej czasu, niż to początkowo planowałem. Książka ta powstała dzięki trzem osobom, bez których na pewno nie ujrzałaby światła dziennego. Jane Pinchin, pierwsza kobieta na stanowisku rektora Uniwersytetu Colgate, zareagowała uzasadnionym zniecierpliwieniem na moje nieustanne utyskiwania, że dotychczas nikt jeszcze nie napisał podobnego opracowania; stwierdziła w końcu, że powinienem przestać się użalać i zająć się tym sam. A zapewnienia Sama Stoloffa, mojego wspaniałego agenta z agencji literackiej Frances Goldin, że moja książka trafi do druku, gdy rozpaczałem, iż nie przyciągnie niczyjej uwagi poza moją rodziną i coraz bardziej zaniedbywanym kręgiem przyjaciół - obietnica, której dotrzymał pomimo wynikłych poważnych przeszkód - podtrzymywały mnie, kiedy upadałem na duchu. Przede wszystkim jednak moja żona Elizabeth, partnerująca mi w tym naukowym przedsięwzięciu i ktoś więcej niż życiowa partnerka, sama wie najlepiej, jak bardzo przyczyniła się do tego, że moja książka się ukazała. Dedykacja dla Elizabeth to zbyt skromna forma zadośćuczynienia.
Powinienem także wyrazić wdzięczność tym, którzy nie szczędzili trudów, aby mi dopomóc, nie oczekując za to niczego w zamian. Szczególnie cennej pomocy udzieliły mi Martina Čermáková i Michaela ("Misza") Raisová z Uniwersytetu Karola w Pradze oraz Karolina Papros z Uniwersytetu Warszawskiego. Na niezrównanych Fabrizia Bensiego i Daniele Palmieri z Archiwów Międzynarodowej Komisji Czerwonego Krzyża w Genewie zawsze mogłem liczyć, podobnie jak na pomoc Fanii Khan Mohammad z biblioteki tejże organizacji. Vlasta Měštánkova z Archiwów Narodowych Republiki Czeskiej udzieliła mi szczodrej i fachowej pomocy, której nie odmawia żadnemu z historyków, a pułkownik Josef Žikeš oraz podległy mu personel Centralnego Archiwum Wojskowego w Pradze nie szczędzili trudów, by dotrzeć do odpowiednich materiałów. Na podobne słowa wdzięczności zasługują też Amy K. Schmidt, specjalistka w zakresie dziejów Volksdeutschów pracująca w amerykańskich Archiwach Narodowych oraz Paola Casini i Romain Ledauphin z Archiwów ONZ. Moi byli koledzy z Colgate, dr Jim Bjork (obecnie pracujący w King's College w Londynie) i profesor Jonathan Wiesen (z Southern Illinois University) zapoznali się z fragmentami wstępnej wersji maszynopisu książki, podobnie jak prof. Timothy Waters z wydziału prawa Indiana University, dr Kevin White z Uniwersytetu w Portsmouth, prof. Rob Nemes z Colgate i Mick Moroney z Dublina. Jestem im wszystkim głęboko zobowiązany za ich fachowe rady i wskazówki. Wreszcie Rada Naukowa Uniwersytetu Colgate, za której sprawą dostałem w 2007 roku stypendium, zapewniła mi środki finansowe niezbędne do napisania książki takiej jak ta. Jestem dłużnikiem wszystkich tych osób, a także wielu innych, niewymienionych tu z nazwiska.
Przypis
[1] T. Petersen, Flucht und Vertreibung aus Sicht der deutschen, polnischen und tschechischen Bevölkerung, Stiftung Haus der Geschichte der Bundesrepublik Deutschland, Bonn 2005, s. 75, tab. 7; ibid., tab. 12.
ROZDZIAŁ 1
W tydzień po konferencji monachijskiej we wrześniu 1938 roku czechosłowacki prezydent Edvard Beneš napisał list, w którym składał rezygnację z piastowanego urzędu. Po ćwierćwieczu w samym sercu życia politycznego w Czechach i niemal po trzech latach sprawowania władzy jako niekwestionowany przywódca kraju w ciągu zaledwie tygodnia znalazł się w politycznej próżni. Kiedy liderzy europejskich mocarstw rozstrzygali w Monachium o przyszłości jego kraju - na konferencję nie zaproszono nawet czechosłowackiego delegata - Beneš poczuł się bezradny, widząc, jak dzieło jego życia popada w ruinę. Dwie dekady wcześniej, jeszcze jako minister spraw zagranicznych tymczasowego rządu czechosłowackiego i prawa ręka "ojca" niepodległej Czechosłowacji Tomáša Garrigue Masaryka, Beneš wykazał się wielką zręcznością dyplomatyczną i kunsztem negocjatora za kulisami konferencji pokojowej w Paryżu, uzyskując zgodę mocarstw Ententy na powiększenie obszaru nowego państwa czechosłowackiego do rozmiarów, o jakich nie marzyli nawet najbardziej optymistycznie usposobieni jego rodacy. W 1938 roku przypatrywał się, jak te same mocarstwa ulegały żądaniom Adolfa Hitlera, aby rozczłonkować Czechosłowację, którą on sam z takim poświęceniem tworzył i bronił jej interesów. Ponad jedną czwartą czechosłowackiego terytorium - zamieszkane przez ludność niemieckojęzyczną Sudety, rozciągające się szerokim pasem wzdłuż czeskich granic od północy, zachodu i południa - wraz z jej ludnością miano przekazać agresywnemu niemieckiemu sąsiadowi jako cenę za niedopuszczenie do nowej wojny światowej. W ciągu dwóch tygodni od chwili zawarcia monachijskiego porozumienia przedstawicielstwa władzy czechosłowackiej opuściły Sudety, które zostały niezwłocznie podzielone na Gaue (okręgi) i włączone do nazistowskiej Rzeszy. Kadłubowa, okrojona Czechosłowacja, porzucona przez jej francuskich i brytyjskich sojuszników, znalazła się na łasce Hitlera. Beneš, szkalowany nieprzerwanie przez pół roku przez kontrolowaną przez Goebbelsa nazistowską prasę jako główny zewnętrzny wróg Niemiec, wiedział, że nie podoła zadaniu układania się z Rzeszą. Wolał udać się na wygnanie i przyjąć posadę wykładowcy na Uniwersytecie Chicagowskim, tak jak uczynił to przed I wojną światową jego mentor - Masaryk, profesor filozofii.
Choć światowa opinia publiczna sympatyzowała z Benešem, współczując mu, że musiał tak nagle ustąpić ze stanowiska, to powszechnie się zgadzano, iż, jak to sformułowano w londyńskim "Timesie", przekazanie sudeckich obszarów Niemcom było "zarówno konieczne, jak i zasadniczo sprawiedliwe"[1]. Mieszkańców tego terytorium - tak samo zresztą jak Czechów i Słowaków, obywateli Austro-Węgier do chwili rozpadu tego państwa w 1918 roku - wcześniej nie pytano o to, czy chcieli znaleźć się w granicach Czechosłowacji. Gdyby takie referendum zostało przeprowadzone, to zdecydowana większość opowiedziałaby się za włączeniem tych ziem w skład powojennego państwa austriackiego. Już w roku 1919 alianccy dyplomaci niepokoili się, że przekazanie Sudetów Czechosłowacji - wskutek czego Niemcy stali się drugą pod względem liczebności grupą narodowościową w republice czechosłowackiej, spychając Słowaków na trzecie miejsce - okaże się zbytnim obciążeniem dla asymilacyjnych możliwości młodego państwa środkowoeuropejskiego. Harold Nicolson, członek brytyjskiej delegacji na konferencji pokojowej w Paryżu, dał wyraz swemu zaniepokojeniu "przyszłym obliczem politycznym państwa czeskiego, jeżeli będzie musiało wchłonąć jednomyślne obce elektoraty, a także dysydentów ze Słowacji plus czerwonych [komunistów] z Rusi Zakarpackiej, nie wspominając już nawet o własnych radykalnych socjalistach"[2]. Ale Beneš i Masaryk nie przejęli się zanadto podobnymi obiekcjami. Kiedy wojska czechosłowackie tworzyły fakty dokonane, rozwiązując tymczasowe władze, które zorganizowały się w zaludnionych przez Niemców regionach Czech i Moraw z końcem 1918 roku, obaj ci przywódcy przekonali zachodnich aliantów, że tylko silna Czechosłowacja może zapobiec odtworzeniu się niemieckiej hegemonii w środkowej Europie. Argumentowali, że Sudety, z ich dynamicznie rozwijającym się, zorientowanym na eksport przemysłem, były nieodzowne czechosłowackiej gospodarce. Bez tego okręgu kraj ów byłby bezbronny, narażony na atak z północy, zachodu i południa. Wbrew trzeźwym osądom i w sprzeczności z głoszoną przez Woodrowa Wilsona zasadą samostanowienia Ententa zgodziła się, jak wspominał ze smutkiem brytyjski premier David Lloyd George, na włączenie do nowego państwa czechosłowackiego "setek tysięcy protestujących Madziarów i kilku milionów rozwścieczonych Niemców"[3]. Beneš ze swojej strony obiecał aliantom, że niepodległa Czechosłowacja stanie się modelowym państwem wielonarodowym. Prawa sudeckiej mniejszości niemieckiej miały być chronione najbardziej rozbudowanym systemem prawnym w Europie. Niemiecki, oświadczył Beneš, będzie "drugim językiem w kraju", a w życiu publicznym będzie traktowany "na równej stopie z czeskim". Praw mieszkańców okręgu sudeckiego strzegła ustawa narodowościowa wzorowana na zasadach szwajcarskiej konstytucji. Proporcjonalne przedstawicielstwo miało ochraniać Niemców przed narzuceniem jej tyranii przez czeską większość.
Ostatecznie okazać się miało, że dzieje czechosłowackiej Pierwszej Republiki nie przyniosły spełnienia tych górnolotnych zapowiedzi. Mimo że czechosłowacka konstytucja głosiła równość wszystkich obywateli, "bez względu na rasę, język czy wyznanie", to w rzeczywistości trwał nieustanny konflikt między "ideałem budowy państwa na nowoczesnych, demokratycznych podstawach [...] a psychologicznie zrozumiałą, lecz w praktyce autodestrukcyjną tendencją do przekształcenia tegoż państwa w narzędzie czeskiego i słowackiego nacjonalizmu"[4]. Niewiele uczyniono na rzecz urzeczywistnienia roztoczonej przez Beneša przed aliantami w Paryżu wizji przekształcenia Czechosłowacji w "coś w rodzaju [drugiej] Szwajcarii". W istocie realizacja takiej zapowiedzi wymagałaby znacznej empatii i dalekowzroczności, których potrzebę niewielu Czechów - w tym sam Beneš - w pełni pojmowało. Oznaczałoby to bowiem przeobrażenie republiki w bardzo odmienny kraj od tego, o jakim wcześniej marzyli czescy nacjonaliści. W Austro-Węgrzech dominujące społeczności niemiecko- i węgierskojęzyczne mało się liczyły z ludnością posługującą się językami czeskim i słowackim. Wobec radykalnej zmiany sytuacji po wojnie pokusa odpłacenia pięknym za nadobne okazała się prawie nieodparta. Nawet popularny i pojednawczy Tomáš Masaryk, którego matka była Niemko-Morawianką i który dorastając, płynniej mówił po niemiecku niż po czesku, czasami dawał się ponieść takim skłonnościom - w swoim inauguracyjnym przemówieniu niefortunnie wspomniał o czeskich Sudetendeutschach jako o "imigrantach i kolonistach"[5]. Wielu Czechów i Słowaków, prezentując jeszcze mniej dyplomatyczne nastawienie, nie ukrywało swego przekonania, że dla osób niemieckojęzycznych, tego osadu obcej i agresywnej kultury, nie było miejsca w ich nowej, słowiańskiej republice. Niemcy byli mniejszością w Czechosłowacji, a ponadto Czesi nie zapominali o tym, że sami stanowili lingwistyczną wysepkę na wielkim germańskim morzu w środkowej Europie, gdzie nacje niemieckojęzyczne ponaddziesięciokrotnie przewyższały ich pod względem liczebności. Koncepcja "Czecho-Słowacji" była sama w sobie kruchą konstrukcją, której nawet znaczny odsetek Słowaków w pełni nie akceptował. Próba asymilacji kulturowych odmienności przedstawicieli jeszcze innego narodu - niemieckiego - kryła w sobie groźbę separatyzmu, a w końcu i rozpadu państwa.
Po konferencji monachijskiej wielu obrońców Czechosłowacji w krajach Zachodu stwierdziło jednogłośnie, że, by posłużyć się słowami jednego z ich grona, "ci Niemco-Czesi byli najlepiej traktowaną mniejszością w Europie"[6]. Prawda była bardziej złożona. Z pewnością Niemcy sudeccy nigdy nie byli celem systematycznych prześladowań kierowanych przez czeskie władze, chociaż fizyczne napaści na nich oraz na ich instytucje i symbole wcale nie należały do rzadkości w pierwszych latach istnienia czechosłowackiej republiki. Jednakże Sudetendeutschów nie traktowano tam bynajmniej na równi z Czechami[7]. Za pomocą różnych środków władze państwowe i sami czescy nacjonaliści starali się eliminować przejawy kultury niemieckiej, uciekając się do takich metod, jak redukowanie liczby oficjalnie zarejestrowanych "Niemców" w każdym z tamtejszych okręgów poniżej krytycznego 20-procentowego progu, który, zgodnie z czechosłowackim prawem, pozwalał na formalne uznanie lokalnej mniejszości. W związku z tym, jak zauważyła Tara Zahra, "tysiące obywateli, którzy zadeklarowali swoją niemieckość podczas spisu ludności w 1921 roku, poddawano przesłuchaniom, karano ich grzywnami i więzieniem za nielegalne deklarowanie "nieprawdziwej" przynależności narodowej". Te kary pieniężne były zazwyczaj stosunkowo niewielkie, równe tygodniowym poborom przeciętnego robotnika, a okresy uwięzienia krótkie. Niemniej jednak "we wszystkich tych przypadkach, w których poszczególne osoby ukarano grzywną lub więzieniem za oświadczenie o niemieckim pochodzeniu, takich Niemców uznawano oficjalnie za Czechów"[8]. Podczas następnego spisu ludności z 1930 roku manipulowanie danymi o przynależności etnicznej odbywało się na jeszcze większą skalę. Dochodzenie przeprowadzone przez czechosłowackie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wykazało, że rachmistrze spisowi w Brnie sfałszowali 1145 podpisów i zmienili dane o innych 2377 osobach, ażeby zmniejszyć oficjalną liczebność niemieckiej populacji w tym mieście, by ta nie przekroczyła wspomnianego 20-procentowego progu. Ze swej strony władze centralne w Pradze usiłowały przeobrazić skład etniczny ludności sudeckiej, kierując tam czeskich urzędników państwowych wraz z rodzinami oraz zwalniając z pracy dziesiątki tysięcy niemieckich urzędników, którzy albo nie zdali wprowadzonych egzaminów z języka czeskiego i czeskiej kultury, albo też wskutek denuncjacji (oficjalnie zachęcano do składania donosów i napływały one masowo) - i zastępując ich czeskimi funkcjonariuszami. I wreszcie wzbudzający kontrowersje program reformy rolnej faworyzował czeskich i słowackich chłopów kosztem rolników mówiących po niemiecku bądź węgiersku: "polityka społeczna w swoim pierwotnym kształcie", jak podsumował Zbynek Zeman, "stała się w praktyce polityką wynaradawiania"[9]. W okresie międzywojennym, stwierdziła Zahra, "czescy nacjonaliści wreszcie zyskali sposobność urzeczywistnienia swoich narodowych mrzonek, bez powściągającego te zapędy wpływu neutralnie nastawionych władz państwowych"[10].
Pomimo takich mało obiecujących początków wraz ze stabilizowaniem się sytuacji w nowej republice zaistniała realna możliwość, że z czasem Czesi i Niemcy wypracują wzajemnie satysfakcjonujące modus vivendi w tym nowym kraju. Tomáš Masaryk, jeden z nielicznych przedstawicieli czeskiej większości, który dostrzegał niebezpieczeństwa spychania Sudetendeutschów na margines życia społecznego, jako prezydent poświęcił się sprawie temperowania czechosłowackiego szowinizmu oraz niemieckiego separatyzmu. W połowie lat dwudziestych starania te zaczęły przynosić owoce. W wyborach z 1925 roku "reakcjoniści" z populacji Niemców sudeckich, którzy odmawiali uznania legalności państwa czeskiego i nie chcieli mieć z nim nic wspólnego, zostali zdecydowanie pokonani przez "aktywistów", dążących do wypracowania możliwie najlepszych warunków dla ludności niemieckiej w ramach czechosłowackiej republiki. Ci ostatni mieli za sobą wsparcie ówczesnych władz w Berlinie. W odróżnieniu od niemieckich terytoriów utraconych na rzecz Polski zgodnie z postanowieniami traktatu wersalskiego Sudety nigdy nie wchodziły w skład Rzeszy. Wobec tego przywódcy Republiki Weimarskiej względnie łatwo pogodzili się z włączeniem Sudetów do Czechosłowacji. Bardziej dalekowzroczni spośród nich, choćby Gustav Stresemann, potrafili dostrzec określone korzyści wynikające z wcale niemałej proniemieckiej reprezentacji w praskim rządzie, co służyło środkowoeuropejskim interesom Berlina o wiele bardziej od ewentualnego przyłączenia kilku kolejnych milionów Niemców do Austrii. W efekcie niemieckie władze nakłaniały przywództwo Niemców sudeckich do pełnego angażowania się w życie polityczne Czechosłowacji. Relacje między dwiema społecznościami, czeską i niemiecką, wyraźnie się ociepliły, czemu sprzyjał fakt, że wielu Niemców sudeckich bytowało w lepszych warunkach od swoich ziomków w nękanych przez inflację, obciążonych wojennymi kontrybucjami i politycznie niestabilnych Niemczech. W 1926 roku Franz Spina, niemiecki parlamentarzysta z okręgu sudeckiego, który dwukrotnie zajmował stanowisko ministerialne w czechosłowackich rządach, oświadczył reporterowi jednej z francuskich gazet: "Żyjemy za pan brat z Czechami od tysiąca lat [...] i jesteśmy tak ściśle powiązani z Czechami więzami ekonomicznymi, społecznymi, kulturalnymi, a nawet rasowymi, że wspólnie tworzymy jedność. Można nas przyrównać do różnych wzorów na tym samym dywanie"[11].
Niestety, ta pozytywna tendencja nie miała się utrzymać. Kiedy schorowany i postarzały Masaryk ustąpił z fotela prezydenckiego w 1935 roku, oznaczało to zakończenie okresu okazywania dobrej woli Niemcom sudeckim przez społeczność czeską. W porównaniu z charyzmatycznym ojcem państwa czechosłowackiego Masarykiem Edvard Beneš, od dawna typowany na jego następcę, wydawał się politykiem bezbarwnym i pobawionym polotu. Przedstawiciele prawie wszystkich czechosłowackich ugrupowań politycznych wychwalali inteligencję, pilność i skuteczność Beneša. Pod względem zdolności administracyjnych przewyższał swoich współpracowników. Miał talenty sprawnego urzędnika, jednak i wady kogoś takiego. Przewrażliwiony na swoim punkcie, pyszałkowaty, chłodny i pamiętliwy miał się okazać niefortunnym spadkobiercą Masaryka. Jego osobisty sekretarz Jaromír Smutný przyznawał, że ten "błyskotliwy mistrz taktyki i strategii, prawdziwy Machiavelli naszych czasów [...] nie potrafi rozbudzić entuzjazmu w masach. [...] Ludzie wychodzą od niego przekonani, ale nie w pełni zjednani, przeświadczeni, lecz nie porwani"[12]. Ponadto Beneš skłaniał się ku politycznym idées fixes, które dwukrotnie przyniosły jego krajowi katastrofalne skutki. Jako żarliwy frankofil w okresie międzywojennym pokładał całkowite zaufanie w związkach Pragi z Paryżem, lecz Francuzi opuścili go w Monachium. Podobne rozczarowanie czekało nań w przyszłości, po tym jak przelał bezwarunkowe i nieodwzajemnione uwielbienie na Związek Radziecki. W związku z tym nastawienie populacji Niemców sudeckich do Beneša było, w najlepszym razie, chłodne. Wzbudzały podejrzenia działania jego rozbudowanej służby informacyjnej, która niestrudzenie podsuwała zachodnioeuropejskim politykom to, co ci chcieli usłyszeć na temat Czechosłowacji, prezentując nowego prezydenta tego kraju jako wzorowego liberała i demokratę - czyli wizerunek w rzeczywistości, o czym ci Niemcy wiedzieli, mocno upudrowany[13]. W samej Czechosłowacji uważano go za zdeklarowanego czeskiego nacjonalistę, którego nastawienie do praw mniejszości cechowało się bardziej pragmatyzmem niż przekonaniami. I nie bardzo wierzono, że gdyby interesy Czechosłowaków i Niemców sudeckich były sprzeczne, Beneš potraktowałby obie te społeczności sprawiedliwie i bezstronnie. Kiedy w 1935 roku w praskim parlamencie głosowano nad rezolucją formalnie zatwierdzającą prezydenturę Beneša, ani jeden z deputowanych z grona Sudetendeutschów jej nie poparł.
Wielki kryzys nasilił podziały między Czechami a Niemcami w państwie czechosłowackim i zintensyfikował u Niemców sudeckich poczucie wyobcowania. Sudety, jako jedna z najbardziej uzależnionych od eksportu część kraju, mocno odczuły załamanie w handlu międzynarodowym. Ale rząd w Pradze w znacznej mierze wzmógł trudności odczuwane przez ów region, stosując praktykę preferencyjnego zatrudniania Czechów w sektorze publicznym, równocześnie zwalniając z posad tysiące Sudetendeutschów. Niemcy, którzy wedle spisu ludności z 1930 roku stanowili ponad 23 procent ludności Czechosłowacji, pięć lat później piastowali zaledwie 2 procent stanowisk ministerialnych, 5 procent etatów oficerskich w wojsku i 10 procent na kolejach państwowych[14]. Ani jeden etniczny Niemiec nie pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych kierowanym przez Beneša[15]. Państwowe kontrakty, nawet dotyczące projektów i inwestycji w okręgach, gdzie przeważała ludność niemieckojęzyczna, zawierano na ogół z czeskimi firmami. W roku 1936 ponad 60 procent wszystkich czechosłowackich bezrobotnych zamieszkiwało w Sudetach[16]. Równie mocno drażniła Niemców lekceważąca reakcja Pragi na skargi dotyczące dyskryminacji. Czescy przywódcy argumentowali, że Sudetendeutsche nie powinni narzekać na ich wykluczanie z sektora publicznego, skoro nie są w pełni lojalni wobec państwa wypłacającego im pobory. Z kolei Niemcy przypominali, że Czechosłowacja pojawiła się na mapie w wyniku masowych dezercji żołnierzy czeskich i słowackich z armii austro-węgierskiej podczas I wojny światowej i utworzenia Legionu (Korpusu) Czechosłowackiego, który przeszedł na stronę Ententy, aby walczyć z dotychczasowymi towarzyszami broni. Głoszenie przez Beneša i jego popleczników, którzy niegdyś sprzeniewierzyli się imperium habsburskiemu w chwili, gdy walczyło ono o przetrwanie, iż jakakolwiek mniejszość etniczna ma obowiązek wierności wobec kraju, w którego granicach znalazła się nie z własnej woli, wydawało się większości Sudetendeutschów szczytem hipokryzji.
W roku 1933 nowy czynnik dodatkowo skomplikował wewnętrzną politykę Czechosłowacji: ustanowienie w Niemczech nazistowskiego reżimu Adolfa Hitlera. W tym samym roku Konrad Henlein założył w okręgu sudeckim nową partię - Sudetendeutsche Heimatfront. Ruch Henleina, wojowniczy, populistyczny i otwarcie wrogi wobec Pragi, stale się rozrastał i stawał się coraz pewniejszy siebie i konfrontacyjny wraz ze wzrastaniem potęgi swojego patrona w Berlinie. Do dziś historycy toczą spory, czy Heimatfront - niebawem przemianowany na Partię Sudeckoniemiecką (Sudetendeutsche Partei; SdP) i roszczący sobie prawo reprezentowania wszystkich Niemców sudeckich - był od samego początku marionetkową organizacją nazistów, czy też po prostu z powodów czysto pragmatycznych przystąpił do ruchu hitlerowskiego[17]. Większość znawców tematu podziela opinię Marka Cornwalla, że co najmniej do roku 1937 "siła i słabość [SdP] wynikała z faktu jej masowości, gdyż [partia ta] skupiała rozmaite odłamy niemieckiej społeczności, ludzi o różnorakich poglądach politycznych"[18]. Tak czy owak, partia Henleina rychło stała się organizacją, za pomocą której Niemcy sudeccy wyrażali niezadowolenie z ówczesnego systemu rządów w Czechosłowacji. W wyborach z roku 1935 - podczas nich Beneš doszedł do władzy - wspierana znacznymi subwencjami z Berlina zdobyła dwie trzecie głosów w niemieckich okręgach i stała się największą partią w republice. Nie ma też wątpliwości, że po Anschlussie, czyli wchłonięciu Austrii przez Niemcy na wiosnę 1938 roku, Henlein i jego robiący jeszcze gorsze wrażenie zastępca Karl Hermann Frank już tylko wypełniali instrukcje nazistów z Berlina, lecz wcale nie takie pewne, że w owym czasie większość Niemców sudeckich opowiadała się za przyłączeniem ich okręgu do Rzeszy. Takie dążenia bynajmniej nie były powszechne. Socjaldemokraci mieli poważne wpływy w uprzemysłowionych Sudetach, a wielu tamtejszych robotników aż za dobrze pojmowało, co stanie się z ich związkami zawodowymi w państwie Adolfa Hitlera. Po części właśnie z tego powodu czołowy socjaldemokrata z grona Niemców sudeckich, Wenzel Jaksch, dwukrotnie odwiedził Londyn w 1937 roku w imieniu rządu praskiego, aby zdementować twierdzenia Henleina, że nie ma miejsca dla Niemców w państwie zdominowanym przez Czechów i Słowaków. W marcu następnego roku Jaksch objął kierownictwo głównego lewicowego ugrupowania przeciwstawiającego się SdP - Sudetendeutsch Sozialdemokratische Partei (Socjaldemokracji Niemców Sudeckich). Ale o tym, jak bardzo do tego czasu wzrósł w potęgę Henlein, świadczy fakt, że partia Jakscha musiała zrezygnować ze swych wcześniejszych żądań wydzielenia Niemcom regionu autonomicznego w granicach Republiki Czechosłowackiej z obawy przed tym, iż gdyby do tego doszło, faktycznie spowodowałoby przejęcie okręgu sudeckiego przez Rzeszę.
Ostatecznie jednak o losie Czechosłowacji zadecydować mieli inni. Od chwili objęcia przywództwa zalążkowej partii narodowosocjalistycznej w 1920 roku Adolf Hitler nieustannie podkreślał sprzeczność terytorialnych ustaleń traktatu wersalskiego z celami, o które Ententa rzekomo walczyła podczas I wojny światowej. Istnienie Czechosłowacji w jej ówczesnej postaci, jak twierdził, świadczyło niezbicie o hipokryzji zwycięzców. Wychwalając zalety demokracji i głosząc prawo małych narodów do stanowienia o własnej przyszłości, alianci usankcjonowali stworzenie państwa, które przymusem sprawowało władzę nad milionami obywateli. Oczywiście przywódcy na konferencji pokojowej w Paryżu i bez Hitlera pojmowali, iż czechosłowackie granice państwowe niezbyt pasują do zasad ogłoszonych przez Wilsona, lecz "ponieważ istnienie słowiańskiego państwa wciśniętego w niemieckie obszary było kluczowym elementem francusko-brytyjskiej wizji tego, jak zorganizować powojenną centralną Europę, wszyscy początkowo ochoczo przymykali oczy na tę sprzeczność"[19].
W roku 1938 trudniej było je już ignorować. Wchłonięcie Austrii przez nazistowskie Niemcy w marcu - kolejny akt rzekomego "samostanowienia" - postawiło Czechosłowację w sytuacji bardzo poważnego zagrożenia. Nie było już względnie krótkiej granicy z Niemcami na północnym zachodzie i zachodzie kraju; teraz Czechosłowacja została dosłownie otoczona przez niemiecką Rzeszę wzdłuż mniej więcej połowy jej północnych i południowych granic. Skłócona z innymi sąsiadami, Polską i Węgrami, wskutek etnicznych antagonizmów zbliżonych do tych, których zarzewiem byli Niemcy sudeccy - ani Warszawa, ani Budapeszt nie wybaczyły i nie zapomniały Pradze kulturalnego i ekonomicznego dyskryminowania ludności węgierskiej w południowej Słowacji i polskiej mniejszości na Śląsku Cieszyńskim - Czechosłowacja pozostała bez przyjaciół wtedy, kiedy potrzebowała ich najbardziej. Nawet jej sojusznicy zapatrywali się pesymistycznie na jej sytuację. Choć Francja i Czechosłowacja związane były od 1924 roku układem o wzajemnej pomocy, to francuski premier Édouard Daladier nie wierzył, aby większość obywateli jego kraju zrozumiałaby, po co, jak to ujął profesor prawa i komentator polityczny Joseph Barthélemy, rozpętywać ogólnoeuropejską wojnę "o utrzymanie trzech milionów Niemców pod panowaniem Czech". Związek Radziecki, który zawarł z Pragą traktat o wzajemnej pomocy w 1935 roku ze świadomością braku istnienia wspólnej czechosłowacko-sowieckiej granicy, zachowywał postawę wyczekującą podczas monachijskiego kryzysu; nie istnieją żadne świadectwa uzasadniające zmyślone i niewiarygodne twierdzenie czechosłowackich przywódców komunistycznych 10 lat później, że Stalin przystąpiłby do wojny z Niemcami w obronie Czechosłowacji, nawet gdyby Francja nie przyszła jej z pomocą[20]. Co się zaś tyczyło Wielkiej Brytanii, to i "ugodowcy", i "antyugodowcy" zgadzali się, że roszczenia Niemców sudeckich, chcących zadecydować o swojej przynależności państwowej, były uzasadnione; różniono się tylko poglądami na temat tego, jak to przeprowadzić. Nawet Winston Churchill, od którego Hubert Ripka, jeden z najbliższych współpracowników Beneša, usłyszał latem 1938 roku, że on sam, Churchill, na miejscu premiera Neville'a Chamberlaina postąpiłby tak samo, po Monachium unikał wszelkich sugestii, iż Niemcy sudeccy nie mają prawa decydować, do jakiego państwa chcą należeć; utrzymywał tylko, że wszelkie linie demarkacyjne powinny być wytyczane na forum Ligi Narodów, a nie przez Adolfa Hitlera[21].
Z tejże przyczyny, mimo że międzynarodowa opinia publiczna nie szczędziła pochwał Edvardowi Benešowi, gdy ten szykował się do wyemigrowania z kraju - były francuski premier Léon Blum, prozaik H.G. Wells, a nawet Liga Narodów wysunęli w 1939 roku jego kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla - tylko nieliczni powątpiewali w to, że podjął słuszną decyzję. Lord Halifax, brytyjski sekretarz (minister) spraw zagranicznych, oświadczył w Izbie Gmin, że nawet jeśli doszłoby do zerwania rokowań w Monachium i w rezultacie wybuchłaby wojna, to "żadni mężowie stanu, wykreślając granice nowej Czechosłowacji, nie wytyczyliby ich tak jak w traktacie wersalskim"[22]. Wyniki sondażu przeprowadzonego przez Instytut Gallupa wykazały, że większość ludności Wielkiej Brytanii i Francji popierała pakt monachijski, a na jeszcze większą skalę dotyczyło to mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Nie zwrócono większej uwagi na prawdziwe ofiary tego porozumienia - czechosłowackich Żydów i antyfaszystów z grona Sudetendeutschów. Obie te grupy stanęły w obliczu prześladowań nie tylko ze strony nazistów, ale także Czechów, gdyż po ustąpieniu Beneša powstała na krótko Druga Republika pod przywództwem nieskutecznego prezydenta Emila Háchy. I choć przetrwała zaledwie pół roku, to Mary Heimann zwraca uwagę na ten szczególny okres, który okazał się "przełomowo ważny w przeobrażeniu Czechosłowacji z niedoskonałej demokracji w państwo otwarcie autokratyczne, gdzie centralne i teoretycznie niezależne władze rządziły za pomocą rozporządzeń, propagowały rasizm, neutralizowały przeciwników politycznych, fałszowały wyniki wyborów, organizowały obozy pracy przymusowej i prześladowały Żydów i Cyganów - zanim jeszcze o to wszystko można było oskarżać [w Czechach] nazistowskie Niemcy"[23]. Ale choć reżim Háchy nie był w stanie prowadzić polityki zagranicznej i gospodarczej sprzecznej z linią Berlina, to bynajmniej nie był marionetką nazistów. Po części doszły w nim do głosu uśpione wcześniej siły w czechosłowackim społeczeństwie, które do tego czasu nie miały okazji w pełni dać o sobie znać. To właśnie kierowane z Pragi wojsko i policja, a nie te, którymi rozporządzał Hitler, przeprowadziły obławę na około 20 tysięcy Niemców sudeckich, antyfaszystów, w większości socjaldemokratów, i deportowały ich do Niemiec, gdzie poznikali w obozach koncentracyjnych. (Wenzel Jaksch, lider sudeckich socjaldemokratów, podzieliłby ich los, gdyby nie zbiegł do Londynu na wiosnę 1939 roku). Ale to słowackie władze w Bratysławie, które wysuwały żądania autonomii popierane przez Niemcy w nagrodę za antyczeską postawę Słowaków w czasie kryzysu monachijskiego, jako pierwsze przeprowadziły czystki etniczne na kontrolowanych przez siebie terytoriach, wypędzając Żydów i Czechów do Moraw. A parlament w Pradze - tuż przed tym, jak Hitler zlikwidował niepodległe państwo czechosłowackie 15 marca 1939 roku, proklamując utworzenie "protektoratu" Czech i Moraw i jednocześnie zajmując obie te prowincje - przegłosował uchwałę, na której mocy wszyscy niepracujący obywatele powyżej osiemnastego roku życia trafić mieli do obozów pracy przymusowej. Ta skłonność do podejmowania radykalnych kroków w rozwiązywaniu problemów społeczno-ekonomicznych, wyraźnie widoczna w Czechosłowacji tuż przed wojną, miała się w przyszłości zamanifestować w nowej, jeszcze bardziej drastycznej formie.
Upadek Drugiej Republiki wiosną 1939 roku i równoczesne proklamowanie nominalnie niezawisłej Republiki Słowackiej, która w istocie była niemiecką marionetką, dały przebywającemu na emigracji Edvardowi Benešowi okazję do powrotu na scenę polityczną. Prezentując, pod maską skromności, absolutne i niewzruszone przeświadczenie, że sam jest w czechosłowackiej polityce osobą niezastąpioną, Beneš wyruszył już wcześniej do Stanów Zjednoczonych pewien trzech rzeczy. Pierwszą z nich było przekonanie, że wkrótce wybuchnie wojna światowa, "być może w przyszłym roku albo w ciągu dwóch lub trzech lat", która doprowadzi do zniszczenia nazistowskich Niemiec oraz uzasadni jego własną politykę w okresie kryzysu monachijskiego[24]. Po wtóre, że w jej rezultacie Związek Radziecki stanie się głównym graczem na arenie europejskiej; ważne zatem było, aby Czechosłowacja nie tylko utrzymała możliwie najlepsze stosunki z ZSRR, lecz także wystarała się o wspólną granicę z Sowietami[25]. Po trzecie, polityczne i gospodarcze skutki tej wojny miały przynieść jedyną i niepowtarzalną okazję do utworzenia z Czechosłowacji państwa czysto słowiańskiego, a rozwiązanie problemu mniejszości narodowych mogło nastąpić tylko za sprawą masowych wysiedleń[26]. Beneš wytyczył kurs swej polityki na podstawie takich przekonań i do końca życia skupiał się na jej realizacji, a zwłaszcza ostatniego z wymienionych założeń.
I, co typowe dla jego niezmiennej pewności siebie - czy wręcz, jak twierdzili jego krytycy, arogancji - rychło wmówił sobie, że na dobrą sprawę nie przestał być czechosłowackim prezydentem. Skoro bowiem przestała istnieć Druga Republika, nic nie stało już na przeszkodzie stwierdzeniom, że w październiku 1938 roku ustąpił pod przymusem, co unieważniało tę rezygnację. Państwa zachodnie wcześniej uznały rząd Háchy i nawiązały z nim stosunki dyplomatyczne. Mimo że w ujęciu formalnoprawnym reżim Háchy istniał nadal po wkroczeniu wojsk niemieckich do Czech w marcu 1939 roku, to de facto upadek Drugiej Republiki został uznany przez większość ludności czechosłowackiej za potwierdzenie słuszności postawy Beneša w czasie konferencji w Monachium. Rozwój wypadków zdawał się dowodzić, że w ostatecznym rozrachunku zachodnie demokracje i tak nie mogły wypełnić swoich zobowiązań ochrony nienaruszalności terytorialnej Czechosłowacji; decyzja Beneša, by nie wplątywać swojego narodu w samobójczą wojnę, tylko podjąć walkę później, w bardziej sprzyjających okolicznościach, wydawała się trafna. Były prezydent mógł także liczyć na pomoc wielu jego zwolenników, którzy utrzymali się na wpływowych stanowiskach w czeskiej administracji i z którymi potajemnie pozostawał w kontakcie. Nawet nieszczęsny Hácha, przy całym swym instynktownym autorytaryzmie, niebędący ani zwolennikiem nazizmu, ani antypatriotą, porozumiewał się ze swoim poprzednikiem przez pośredników.
KIedy więc wybuchła II wojna światowa, Beneš znalazł się w dogodnym położeniu do wcielenia się w przypisaną sobie rolę wyraziciela zbiorowej woli Czechosłowaków. Naszkicował plan kampanii zbliżony do tego, jakim kierował się w czasie I wojny światowej. Przy pomocy sieci organizacji utworzonych na uchodźstwie, wojska w krajach sojuszniczych i podziemnego ruchu oporu w samej Czechosłowacji, które pozostawały pod jego komendą, dążył do odpłacenia pomocą udzielaną aliantom za uznanie jego samego za faktycznego przywódcę czechosłowackiego. Korzystając ze swych rozległych kontaktów z zachodnimi politykami i innymi wpływowymi osobami, chciał doprowadzić ostatecznie, tak jak to uczynił w 1918 i 1919 roku, do takiego porozumienia pokojowego, które byłoby maksymalnie korzystne dla czechosłowackich interesów. Po powrocie do władzy w Pradze zamierzał uchronić kraj przed przyszłymi zagrożeniami z zewnątrz, zawiązując sojusz z potężnym sąsiadem, kierującym się podobnymi przesłankami strategicznymi - tym razem jednak już nie z niesolidną, niepewną Francją, lecz ze Związkiem Radzieckim, który, o czym był przekonany, szybko wyrastał ze stadium agresywnego komunizmu i chciał, tak jak sam Beneš, uczynić z powojennej Czechosłowacji główny "pomost" między Wschodem a Zachodem.
Beneš pożył na tyle długo, by ujrzeć, jak te plany - dorównujące naiwnością zapatrywaniom tych konserwatywnych niemieckich polityków, którzy w roku 1933 wynieśli do władzy Adolfa Hitlera w wierze, że zdołają nad nim zapanować - rozpadają się niczym domek z kart już po raz drugi w czasie jego pechowej kariery politycznej. Początkowo wydawało się, że takie prognozy mają szansę się spełnić. Z pomocą swego przyjaciela Hamiltona Fisha Armstronga, szefa wpływowego amerykańskiego czasopisma "Foreign Affairs", Beneš spotkał się prywatnie z Franklinem D. Rooseveltem w (nowojorskim) Hyde Parku w maju 1939 roku. Amerykański prezydent zadeklarował wówczas, iż jeśli chodzi o administrację USA, "Monachium uznajemy za niebyłe". W październiku powstała w Paryżu Czechosłowacka Rada Narodowa, celowo przyjmując nazwę podobna do organu założonego przez Masaryka w tym mieście w 1916 roku. Początkowo ignorowana przez aliantów, dla których cała niedawna historia Czechosłowacji była żenującym epizodem, o jakim woleli nie pamiętać, zyskała na ważności po upadku Francji jako jeden z nielicznych punktów kontaktowych z antyfaszystowskimi ruchami oporu w okupowanej Europie, które pozostały Brytyjczykom. W lipcu 1940 roku gabinet Winstona Churchilla uznał Radę za tymczasowy rząd czechosłowacki na uchodźstwie i choć nie oznaczało to jeszcze formalnego uznania, to do połowy 1941 roku Wielka Brytania, ZSRR i wciąż jeszcze zachowujące neutralność Stany Zjednoczone nawiązały pełne stosunki dyplomatyczne z czechosłowackimi władzami w Londynie, przyznając tym samym Benešowi status głowy zaprzyjaźnionego państwa. Ostatecznie do ponownego uznania Beneša jako jedynego prawowitego przywódcę Czechosłowacji doszło rok później, kiedy w rezultacie nieustannych i cierpliwych zakulisowych działań, prezentowania sprawy czeskiej gdzie tylko się dało oraz uciekania się bez żenady do szantażu, przedstawiciele antyhitlerowskiej Wielkiej Koalicji w osobnych deklaracjach ogłosili, że nie są już związani postanowieniami traktatu monachijskiego. Była to chwila osobistego triumfu Beneša, który jednak pospieszył się z obwieszczeniem, że oznaczało to odtworzenie czechosłowackiej jedności i terytorialnej integralności. Tym samym pozostał otwarty problem mniejszości niemieckiej w Sudetach.
Kwestia, co począć z Sudetendeutschami, nie uszła uwagi Brytyjczyków, którzy jako gospodarze cokolwiek poirytowani pewnymi pociągnięciami czechosłowackich władz emigracyjnych, byli w największym stopniu zaangażowani w dopasowanie inicjatyw Beneša do alianckich celów wojennych. Philip Nichols, dyplomata Foreign Office (brytyjskiego MSZ), mianowany w 1942 roku brytyjskim ambasadorem - a w gruncie rzeczy "opiekunem" - przy londyńskich władzach czechosłowackich, co rusz tłumaczył Benešowi, że wypowiedzenie układu monachijskiego nie musiało jeszcze oznaczać zaangażowania aliantów w sprawę odtworzenia czechosłowackich granic z września 1938 roku ani zresztą jakichkolwiek konkretnych granic. Podczas całej wojny oficjalne stanowisko Brytyjczyków przedstawiało się następująco: wszelkie kwestie terytorialne muszą zaczekać na rozstrzygnięcie na powojennej konferencji pokojowej, na której takie sprawy zostaną rozpatrzone w szerszym ujęciu i będzie ustalony nowy porządek światowy. Do tej pory nie należało składać wiążących deklaracji w tych kwestiach, zwłaszcza takich, które sprowokowałyby wysuwanie podobnych roszczeń przez Polaków, Jugosłowian, Duńczyków itd. Nie trzeba dodawać, że taka "wyczekująca" polityka zupełnie nie odpowiadała Benešowi, który nie po to trudził się od tak dawna i tyle znosił, aby Czechosłowacja wyłoniła się po wojnie okrojona w porównaniu ze swoim stanem posiadania sprzed nazistowskiej agresji. Nawet jeśli zostałyby odtworzone granice z roku 1938, to i tak należało rozwiązać problem mniejszości narodowych w Czechosłowacji.
Gdy Beneš przedstawiał sprawę czechosłowacką aliantom w Paryżu w 1919 roku, nikt poważnie nie potraktował pomysłu, że w kraju tym znajdą się Sudety, ale bez Niemców sudeckich. Tomáš Masaryk, tak jak wiele osób z jego pokolenia, pokładał wielką wiarę w zdolności asymilacyjne państw narodowych; sam był żywym przykładem, że to możliwe - jako nastolatek, pomimo częściowego zgermanizowania w dzieciństwie, stał się gorącym orędownikiem czeskiej kultury narodowej. Pod względem ekonomicznym Czechosłowacja nie mogła liczyć w przewidywalnym okresie na zrekompensowanie zdolności wytwórczych jednej czwartej swej ludności. Tak czy owak, przemilczano wtedy całą tę kwestię wobec pewności, że alianci nie zgodzą się na żadne radykalne jej rozwiązanie. Jednakże pod koniec lat trzydziestych podobne radykalne rozwiązania nie były już nie do wyobrażenia. Wymiana ludności między Turcją a Grecją na mocy traktatu lozańskiego z 1923 roku wykazała, że masowe migracje są możliwe. Beneš miał na względzie ten precedens, kiedy po cichu - gdyż inicjatywa ta mogła wywołać nieprzewidywalne reperkusje, gdyby wyszła na jaw - zaproponował Hitlerowi 15 września 1938 roku przekazanie Rzeszy około 6 tysięcy kilometrów kwadratowych czeskiego terytorium, jeśliby Führer zgodził się w zamian na przesiedlenie do Rzeszy od półtora miliona do dwóch milionów Sudetendeutschów[27]. Zajęty spotkaniem z Chamberlainem, do którego doszło w Berchtesgaden tego samego dnia, Hitler nie odpowiedział nawet na tę ofertę.
A jednak Beneš nie był bynajmniej jedynym Czechosłowakiem, który rozumował w ten sposób. Jego główny publicysta Hubert Ripka jeszcze bardziej skłaniał się ku wydaleniu Sudetendeutschów, przewidując, że jeśli pozostawi się ich w spokoju po wojnie, przeczekają w Czechosłowacji na tyle długo, by uchronić się przed spłatą reparacji wojennych, a zaraz potem znowu rozpoczną agitację na rzecz separatyzmu[28]. W raporcie z Pragi, który dotarł do czeskiego prezydenta miesiąc po zajęciu przez nazistowskie Niemcy Czech i Moraw, opisywano nastroje ludności w stosunku do Niemców sudeckich jako "bardzo radykalne. [...] Obecnie powszechnym żądaniem wydaje się zdecydowane zmniejszenie ich liczebności"[29]. Była to najprawdopodobniej przesadna ocena. ÚVOD, czyli kierownictwo czechosłowackiego ruchu oporu, konsekwentnie prezentowało bardziej skrajne zapatrywania na kwestię powojennych rozstrzygnięć od większości przeciętnych obywateli wobec faktu, że w organizacji tej dominowali byli oficerowie[30]. A skoro większość informacji na temat opinii publicznej w okupowanym kraju docierała do Beneša za pośrednictwem ÚVOD, to nabrał on przekonania, że jego rodacy żądają ostrzejszych kroków wobec Sudetendeutschów, aniżeli miało to miejsce. Świadczy o tym pewien epizod z 1940 roku, gdy Beneš zajął się analizowaniem możliwości deportowania po wojnie około miliona "młodych, niepoprawnych nazistów" oraz skupienia pozostałych Niemców sudeckich w trzech jednolitych narodowościowo okręgach, wzorowanych na szwajcarskich kantonach. Kiedy podsunął ten pomysł czeskiemu ruchowi oporu, rozwścieczony podpułkownik Josef Balabán z ÚVOD odpowiedział zjadliwie w zaszyfrowanej depeszy radiowej: "Oczekujemy z niecierpliwością na rozprawę z naszymi drogimi hitlerowcami. Tak złoimy im skórę, że te trzy cholerne kantony, które wymyśliliście, a za które ludzie tutaj rozerwaliby was na strzępy, powstaną gdzieś w pobliżu Berlina"[31].
Mimo wszystko błędem byłoby uznanie, że na nastawienie Beneša do kwestii Niemców sudeckich wyłączny czy choćby główny wpływ miały naciski z okupowanego kraju. Usposobienie miał takie, że stanowczo nie pozwalał podwładnym narzucać mu opinii sprzecznych z jego i nie zawahał się udzielić kierownictwu ÚVOD reprymendy za naiwne przypuszczenia, że "możemy po prostu zlikwidować czy też unicestwić trzy miliony Niemców"[32]. Był również świadom nieodzowności alianckiego poparcia dla wszelkich porządków, jakie miały zostać zaprowadzone po ostatecznym zwycięstwie, a już we wczesnej fazie wojny przekonał się, że ci nie akceptowali wszelkich rozwiązań pozbawionych rozróżnienia między "winnymi" a "niewinnymi" Niemcami. Po ewakuacji spod Dunkierki, gdy odniesienie zwycięstwa nad Niemcami konwencjonalnymi środkami wydawało się prawie nierealne, jedną z nielicznych rzeczy, które skłaniały rząd brytyjski do kontynuowania walki, była nadzieja, że Hitler może zostać obalony w wyniku antyfaszystowskiej rewolty, gdy ekonomiczne trudności związane z wojną odbiją się na życiu przeciętnych niemieckich obywateli Rzeszy[33]. Odwetowa strategia militarna stała wszak w sprzeczności z takim scenariuszem, lejąc wodę na młyn propagandy Goebbelsa głoszącej, że Brytyjczycy nie dążą do położenia kresu nazizmowi, tylko do zniszczenia narodu niemieckiego. Między innymi z tego powodu rząd Churchilla wahał się w 1940 roku z bezwarunkowym uznaniem emigracyjnych władz Beneša, w których skład nie wszedł ani jeden przedstawiciel przebywających w Londynie członków demokratycznego ruchu Niemców sudeckich, z Wenzlem Jakschem na czele. Idąc na pozorne ustępstwo wobec Brytyjczyków, Beneš ostatecznie wykazał gotowość do zaoferowania socjaldemokratom z kręgu Sudetendeutschów sześciu miejsc w Czechosłowackiej Radzie Państwowej, 40-osobowym organie doradczym; jednakże rząd emigracyjny składał się nadal wyłącznie z Czechów i Słowaków. Z tych samych pobudek stanowczo i kłamliwie stwierdził na spotkaniu z niemieckimi uchodźcami z Sudetów, że krążące w Londynie pogłoski o tym, iż on i jego rząd rozważają masowe deportacje niemieckiej ludności z Czech, były całkowicie bezpodstawne[34].
Przystąpienie Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych do wojny w 1941 roku radykalnie zmieniło stosunek sił, podobnie jak silne antagonizmy, które trwający konflikt zbrojny wywoływał w obu walczących obozach. Z końcem tego roku militarna klęska państw Osi znowu stała się realną perspektywą i zarazem było jasne, że wybuch antyfaszystowskiej rewolucji w Niemczech to mrzonka. Zauważalne w owym okresie zaostrzenie tonu retoryki Beneša, w rozmowach prywatnych i wystąpieniach publicznych dotyczących przyszłych losów Sudetendeutschów, było nieprzypadkowe. W radiowym orędziu do przywódców ÚVOD we wrześniu 1941 roku zapewnił kierownictwo czeskiego podziemia, że sympatyzuje z pomysłem wypędzenia Niemców sudeckich z końcem wojny, choć z powodów natury dyplomatycznej może oficjalnie podpisywać się pod mniej radykalnym programem[35]. Jego rozmowy z Wenzlem Jakschem również nabrały nowego, znacznie bardziej bezkompromisowego tonu. Rok wcześniej obaj przystali na złożoną przez Beneša propozycję, ażeby problem Niemców sudeckich rozwiązać za pomocą ich przesiedlenia do jednolitych etnicznie kantonów, gdzie uzyskaliby znaczną autonomię, co stanowi podstawę do rokowań na temat powojennego kształtu Czechosłowacji. Jednak obstawanie prezydenta przy pomyśle, by towarzyszyły temu częściowe wysiedlenia Sudetendeutschów, sprawiło, że negocjacje utknęły w martwym punkcie; ostatecznie Benešowi nie udało się przekonać do idei kantonów nawet członków własnego rządu emigracyjnego. Nietrudno wysnuć wniosek, że z końcem 1941 roku zarzucił zamysł uzgodnionego porozumienia z sudeckimi socjaldemokratami - albo też nie widział już potrzeby wypracowywania takiej ugody. Jaksch zaczął się poważnie obawiać, i nie bez powodu, że "Beneš liczył na zaangażowanie brytyjskiego rządu w sprawę przywrócenia przedwojennych granic Czechosłowacji, po czym prezentowane przezeń stanowisko będzie takie, że kwestia sudecka to wewnętrzna sprawa czechosłowacka"[36].
O tym, że Jaksch trzeźwo oceniał sytuację, świadczył fakt, iż Beneš czuł się wówczas na tyle pewnie, by nie ukrywać swoich koncepcji. Jak zwykle wykazując się ostrożnością, wypuścił najpierw serię "próbnych balonów". We wrześniu 1941 roku po raz pierwszy publicznie oznajmił o swoim poparciu dla "zasady przesiedlania ludności" w kontekście "nowego ładu w Europie"[37]. Dwa miesiące później podczas wystąpień na uniwersytetach w Edynburgu i Glasgow wyraził opinię, że "Niemcy, ci dobrzy i ci źli, ci, którym zależy na Europie, oraz naziści, muszą się nauczyć [...] że wojna nie popłaca". Utrzymywał, że "nie ma i nigdy nie będzie innego sposobu na surowe wyedukowanie socjopolityczne [niemieckiej] społeczności"[38]. Ośmielony brakiem alianckiej reakcji na takie oświadczenia, w artykule opublikowanym w "Foreign Affairs" Hamiltona Fisha Armstronga w styczniu 1942 roku Beneš przeszedł od ogólników do konkretów. "Mniejszości narodowe - stwierdził - zawsze były (a w środkowej Europie w szczególności) prawdziwym cierniem w oku poszczególnych narodów. Dotyczy to zwłaszcza mniejszości niemieckiej". Przed określeniem praw mniejszości należało więc "zdefiniować prawa większości oraz powinności tychże mniejszości". W istocie, w świetle wojennych doświadczeń otwartą kwestią pozostawało, czy konieczne i pożądane było zachowanie takich mniejszości etnicznych.
Sam Hitler przesiedlał niemieckie mniejszości znad Bałtyku i z Besarabii. Niemcy zatem nie mogą a priori uznać tego za krzywdę, jeśli i inne państwa zastosują te same metody w odniesieniu do mniejszości niemieckiej. [...] Konieczne będzie po tej wojnie przeprowadzenie przesiedlenia ludności na znacznie większą skalę niż po poprzedniej wojnie. Trzeba to przeprowadzić możliwie po ludzku i w należytym porządku, pod egidą i za pieniądze międzynarodowej organizacji[39].
Beneš przyznawał, że zwycięzcy mają moralny obowiązek "zadbania o ochronę lojalnych mniejszości, zapewniając im ich polityczne i kulturalne prawa na podstawie bezwzględnej wzajemności". Ale nie było już wątpliwości, że czechosłowackie władze emigracyjne od tej pory otwarcie mówiły o usunięciu po wojnie całej populacji Niemców sudeckich lub jej większości. Podczas osobnych spotkań z Jakschem oraz brytyjskim ministrem spraw zagranicznych Anthonym Edenem, które odbyły się w miesiąc po ukazaniu się wspomnianego artykułu w "Foreign Affairs", Beneš potwierdził, że taki był jego zamiar. Jak wskazał, chciał tak skorygować granice wyzwolonej Czechosłowacji, aby oddać Niemcom niewielkie obszary zamieszkane wyłącznie przez Sudetendeutschów, pod warunkiem uzyskania rekompensaty terytorialnej w innych okolicach. Jednak miał zamiar zezwolić na pozostanie w Czechach nie więcej niż 600-700 tysiącom Niemców sudeckich, czyli jednej piątej przedwojennej ich populacji. Eden zareagował na to wymijająco, co rozeźliło Beneša. Brak entuzjazmu brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych dla tego projektu, poskarżył się Philipowi Nicholsowi, to kolejna zdrada, jakiej Brytyjczycy dopuścili się wobec Czechosłowacji, i przypomniał ambasadorowi, że "kwestia naszych Niemców to dla mnie sprawa generalnego podejścia do porozumienia monachijskiego"[40].
Wtedy ponownie rozwój wojennych wydarzeń zdawał się sprzyjać Benešowi. Oto 27 maja 1942 roku na polecenie czechosłowackiego prezydenta dwóch czeskich agentów z SOE (brytyjskiego Kierownictwa Operacji Specjalnych) zorganizowało zasadzkę i zabiło w niej Reinharda Heydricha, ludobójcę i zastępcę Himmlera, gdy ten przejeżdżał przez przedmieścia Pragi. We wrześniu poprzedniego roku Heydrich został wyznaczony na stanowisko "protektora Czech i Moraw" - taką iście orwellowską nazwę naziści nadali swemu kolonialnemu gubernatorowi zajętych ziem czeskich. Heydrich na tyle skutecznie spacyfikował te obszary, stosując metodę kija i marchewki - przykładowo robotnicy zakładów zbrojeniowych w Czechach otrzymywali większe przydziały żywności od swoich odpowiedników w Niemczech, a czechosłowacka gospodarka jako całość "posłusznie wytwarzała około 10 procent wyrobów przemysłowych nazistowskiej Rzeszy w zamian za przyzwoite wynagrodzenie"[41] - że nader zaniepokojony Beneš rozkazał zgładzić niemieckiego namiestnika z obawy, iż alianci mogli dojść do wniosku, że Czesi pogodzili się z nazistowską okupacją[42]. Jeżeli miał zamiar sprowokować Niemców do ostrej reakcji, to rzeczona akcja osiągnęła swój cel. Wykazując się typową dla siebie nieopanowaną brutalnością, naziści w odwecie zrównali z ziemią miejscowości Lidice i Ležáky, masakrując tamtejszych mężczyzn i zsyłając kobiety do obozów koncentracyjnych. W trakcie represji po zamachu zginęło ponad tysiąc Czechów i Słowaków, a kolejny tysiąc czeskich Żydów trafił do obozu w Mauthausen, z którego już nie mieli powrócić. Z perspektywy Beneša gorsze było jednak to, że Niemcy podczas przeprowadzonych obław schwytali niemal całe kierownictwo ÚVOD, likwidując w Czechosłowacji aktywną siatkę ruchu oporu i pozbawiając czeskie władze na uchodźstwie kanałów łączności z okupowanym krajem.
O ile zamach na Heydricha wcale nie rozniecił bojowości w czeskim narodzie - do końca wojny czechosłowacki aparat administracyjny złożony z 350 tysięcy osób nadzorowało zaledwie 2 tysiące niemieckich urzędników - o tyle z godną podziwu skutecznością spolaryzował opinię publiczną w kraju i na obczyźnie. Sudetendeutsche okazali się do tego stopnia rozwścieczeni zabójstwem Heydricha, że "niemieckie władze musiały interweniować w celu uchronienia Czechów przed linczami w mieszanych pod względem etnicznym rejonach. Organizacje partyjne w Sudetach i Wiedniu domagały się masowych wysiedleń Czechów z tamtych obszarów"[43]. Niektórzy historycy sugerują wręcz, że Beneš przewidział taką reakcję i liczył, iż rozbudzone wrogie nastroje będą tak silne, że wykluczy to pokojowe współżycie Czechów i Niemców sudeckich po zakończeniu wojny[44]. Na pewno niektóre co bardziej porywcze oświadczenia czeskiego prezydenta i jego ministrów zdawały się potwierdzać tę teorię. Promykiem nadziei po zagładzie Lidic było, jak zauważył później Beneš, to, że "w żadnych okolicznościach nie można mieć już wątpliwości co do [konieczności] narodowego zintegrowania Czechosłowacji". Jego sekretarz polityczny i partyjny kolega Prokop Drtina, przyszły minister sprawiedliwości w powojennym rządzie, użył jeszcze bardziej niefortunnego sformułowania, oznajmiając, że "reakcja na zamach [na Heydricha] i na Lidice wśród alianckiej opinii publicznej była tak gwałtowna, iż dała się przyrównać do tej po zwycięskiej bitwie". Bez poświęcenia ze strony tych, którzy dokonali zamachu, "nigdy nie doprowadzilibyśmy do oczyszczenia czeskich ziem z niemieckich osadników"[45]. Jednak konkluzja, iż ów zamach został przeprowadzony, aby doprowadzić do tego, że różne społeczności etniczne w Czechosłowacji skoczą sobie do gardeł, stanowi nazbyt cyniczną interpretację. Znacznie bardziej prawdopodobne wyjaśnienie brzmi tak, że Beneš, skonsternowany i zakłopotany w swoich kontaktach z Brytyjczykami brakiem jawnego zbrojnego oporu w swoim kraju, uznał za potrzebne zademonstrowanie, że on i jego władze nadal się liczyły, i pogodził się z faktem nieuchronnego nazistowskiego odwetu jako ceną konieczną do zapłacenia w czasie wojny.
Bez względu na pobudki, którymi się kierował, masakra w Lidicach okazała się Benešowi na rękę w jego układach z aliantami. Mimo że niezliczone polskie, radzieckie i jugosłowiańskie wsie i miasteczka ucierpiały podobnie jak Lidice, to o ich losie nie dowiedziała się ówcześnie opinia na Zachodzie. Z kolei Lidice szybko stały się obiegową nazwą, częściowo dzięki rozbudowanej służbie prasowej Czechosłowackiego Ministerstwa Informacji w Londynie, a także za sprawą dosyć przypadkowej decyzji najważniejszej amerykańskiej agencji propagandowej, Biura Informacji Wojennej, aby uczynić z tej masakry "incydent stanowiący uwieńczenie terroru i barbarzyństwa Osi, który skłoni Narody Zjednoczone do zmiażdżenia nazistowskiej bestii"[46]. (O Ležákach, miejscowości mniejszej od Lidic i, co jeszcze istotniejsze, o nazwie o wiele trudniejszej do wymówienia dla mieszkańców Zachodu, prawie od razu zapomniano). Pod naciskiem Czechosłowaków i innych, aby odpowiedzieć na tę zbrodnię odwetowymi nalotami bombowymi na Niemcy - przeciw czemu rząd brytyjski się opierał, obawiając się, że jeśli naziści zaprzestaną mordowania ludności cywilnej, mogłoby to z kolei zaowocować żądaniami przerwania kampanii strategicznych bombardowań prowadzonej przez RAF - Eden przeanalizował na nowo możliwość ustępstw w kwestii deportacji Sudetendeutschów[47]. Podczas spotkania ze Stalinem w Moskwie w grudnia 1941 roku dowiedział się, że radziecki przywódca rozważał usunięcie ludności niemieckiej z ziem, które miałyby zostać przekazane Polsce po wojnie, jako ważny element nowego porządku międzynarodowego[48]. W lutym 1942 roku autorzy studium przeprowadzonego przez wydział badawczy Foreign Office (brytyjskiego MSZ) uznali masowe przesiedlenia za wykonalną metodę uporania się z problemem europejskich mniejszości etnicznych[49]. Pięć tygodni po wydarzeniach w Lidicach Eden przedstawił na posiedzeniu gabinetu wojennego dokument, w którym wyraził przekonanie, iż przypuszczalnie niemożliwe będzie uniknięcie kroków tego rodzaju w powojennej Europie", i ostrzegał, że "jeżeli nie zostaną one przeprowadzone w sposób zorganizowany i pokojowy, to nader prawdopodobne, że ludność Czech i Polski siłą wypędzi niemieckie mniejszości ze swoich obszarów. Pytanie brzmi, czy powinniśmy już teraz przychylić się do idei takich przesiedleń i powiadomić zarówno doktora Beneša, jak i przedstawicieli Niemców sudeckich, że takie jest nasze stanowisko". Na początku lipca 1942 roku Eden uzyskał od swoich współpracowników z brytyjskiego rządu zgodę na "generalną zasadę przemieszczenia do Niemiec niemieckiej mniejszości ze środkowej i południowo-wschodniej Europy po wojnie w wypadku, gdy okaże się to nieodzowne i pożądane, a upoważnienia odnoszące się do takich decyzji zostaną ogłoszone w stosownych przypadkach"[50].
Powziąwszy postanowienie w sprawie przeprowadzenia masowych deportacji Niemców, rząd brytyjski tym samym poparł swoim autorytetem radykalne wprowadzenie takiego zamysłu w czyn - bardziej radykalne nawet od zaproponowanego w owym czasie przez Beneša. Po ustaleniu, że uchodźcy z grona Niemców sudeckich gotowi byli przystać na przymusową deportację - po przeprowadzeniu należytego dochodzenia - tych osób z ich regionu, które okazałyby się zaciekłymi nazistami, czechosłowacki prezydent zastanawiał się głośno podczas rozmowy ze swoimi brytyjskimi gospodarzami, czy nie byłoby lepiej deportować tylko tych, którym udowodni się winy. Był świadom tego, że w jego rządzie emigracyjnym było kilka osób, w szczególności minister sprawiedliwości Jaroslav Stránský, "zdecydowanie i nieustępliwie sprzeciwiających się wszelkim przesiedleniom". Objęcie akcją deportacyjną wyłącznie niewątpliwych kolaborantów zneutralizowałby potencjalny opór ze strony wspomnianych członków władz na uchodźstwie, a także antyfaszystowskich Sudetendeutschów w Wielkiej Brytanii. Jednakże Frank Roberts, jeden z czołowych urzędników brytyjskiego MSZ, odnotował, że Eden stanowczo się przeciwstawiał pomysłowi przyjęcia "jakiejkolwiek formuły, która uznawałaby winę za kryterium przesiedleń ludności". Jak ostrzegał Philip Nichols w październiku 1942 roku:
Byłoby nadzwyczaj trudno osiągnąć ogólne porozumienie w kwestii określenia "winy", a każdy rząd, któremu zależałoby na wydaleniu obcych mniejszości ze swoich terytoriów, zyskałby zachętę do ustalania lub fabrykowania "win" w celu osiągnięcia swoich celów. [...] Zatem każdy z naszych sojuszników mógłby bez przeszkód określać każdego Niemca jako winnego i wypędzić go. [...].
Wreszcie, poza praktyczną trudnością, obawiamy się, że przyjęcie takiej zasady mogłoby doprowadzić do niekorzystnego ograniczenia naszych praw w zakresie przesiedleń większych grup ludności, gdyż możemy zechcieć (a Amerykanie mogą zaproponować) posłużenie się tym rozwiązaniem na znaczną skalę bez wspominania o "przewinieniach" i ważne wydaje się zachowanie swobody w tej mierze.
Nicholsowi zalecono nie dawać Benešowi żadnej zachęty, która mogłaby przywieść go dalszych zamysłów czynienia rozróżnienia "między owcami a kozłami"[51]. W związku z tym ambasador Nichols poinformował tydzień później czechosłowackiego prezydenta, że wszelkie plany wykluczania nienazistów czy antyfaszystów z programu wysiedleńczego "nie spotkałyby się z entuzjastycznym przyjęciem ani zachętą ze strony mojego rządu"[52]. To z perspektywy Londynu zamknęło dyskusję nad sprawą. Brytyjskie władze już więcej nie rozważały pomysłu uchronienia niewinnych osób od deportacji.
Polski rząd emigracyjny podążył szlakiem przetartym przez Czechosłowaków. Przyznać wypada, że w początkowych latach wojny administracja Władysława Sikorskiego z siedzibą w Londynie była znacznie bardziej skupiona na odtworzeniu przedwojennych granic Polski, a zwłaszcza na tym, by Związek Radziecki zwrócił polskie obszary zajęte i wcielone do ZSRR jesienią 1939 roku. Choć niektórzy Polacy zerkali łasym okiem na Prusy Wschodnie, to pomysł terytorialnych nabytków na zachodzie nie wydał im się zrazu zbyt kuszący. Zareagowali powściągliwie na sugestie Czechosłowaków z zimy 1939/1940 roku, aby przeprowadzić wysiedlenie niemieckich mniejszości jako krok wstępny do powojennej konfederacji obu państw[53]. Gdy jednak stawało się coraz bardziej oczywiste, że przynajmniej niektórych ziem utraconych na rzecz Związku Radzieckiego nie uda się nigdy odzyskać, Polacy z różnych ugrupowań politycznych zaczęli traktować dużo poważniej perspektywy nabytków terytorialnych na zachodzie kosztem Niemiec - ideę taką już w okresie międzywojennym propagowała skrajnie nacjonalistyczna i antysemicka Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego. Podczas sesji w grudniu 1942 roku polski parlament w Londynie przyjął rezolucję, zgodnie z którą polsko-niemiecka granica winna ulec "wyprostowaniu i skróceniu" w interesie przyszłego bezpieczeństwa Polski. Sikorski wyjaśnił cztery dni później, co to miało oznaczać w praktyce, kiedy poinformował Roosevelta, że Polska pragnie zająć Prusy Wschodnie i niemiecki Śląsk aż po linię Odry i wschodnie brzegi Nysy[54]. Jednak wysiedlenie Niemców nie stanowiło dla Sikorskiego najpilniejszej kwestii demograficznej. Na początku 1942 roku oznajmił Anthony'emu Edenowi, że będzie "zupełnie niemożliwe [...] dla Polski dalsze utrzymanie 3,5 miliona Żydów po wojnie. Należy znaleźć dla nich miejsce gdzie indziej"[55]. Naziści rozwiązali ten problem za sprzymierzonych, chociaż sam Sikorski, który zginął w katastrofie lotniczej we wrześniu 1943 roku, miał już tego nie dożyć.
Początkowo Polacy hamowali nieco swe zapędy nabycia jeszcze rozleglejszych niemieckich obszarów wobec żywionego przekonania, że aliancka opinia publiczna nie pogodzi się z gigantyczną akcją przesiedlenia Niemców, której wymagałoby zaspokojenie takich apetytów[56]. Jeszcze bynajmniej nie porzucili nadziei na odzyskanie większości, o ile nie wszystkich, utraconych ziem wschodnich, i słusznie podejrzewali, że Stalin zachęca ich do nabytków na zachodzie dla odwrócenia uwagi od zabużańskich ziem kresowych. Mimo wszystko pokusie zawładnięcia ziemiami zachodnimi trudno się było oprzeć, zwłaszcza po tym, jak dyplomatyczne sukcesy Beneša wykazały, że trzy główne mocarstwa koalicji antyhitlerowskiej zasadniczo się temu nie przeciwstawiały. Jasne było, że dotychczasowi mieszkańcy niemieckich ziem nie mogli na nich pozostać, gdyż oznaczałoby pozostawienie Polakom proporcjonalnie znacznej, a w liczbach absolutnych jeszcze większej mniejszości niemieckiej niż ta w Czechosłowacji. W efekcie wysiedlenie Niemców stało się podobnie ważnym elementem planów polskiego rządu na emigracji dotyczących okresu powojennego jak tych, które snuli Czechosłowacy, więc i Polacy przyjęli z zadowoleniem skłonienie się Edena ku zasadzie masowych przesiedleń. Do września 1944 roku władze polskie w Londynie zadecydowały, że ci Niemcy, "którzy nie opuszczą polskiego terytorium po wojnie, będą musieli zostać z niego usunięci. Dotyczy to w równej mierze obszaru państwa polskiego z 1939 roku oraz tych ziem, których przyłączenia do Polski zażąda się w wyniku obecnej wojny"[57]. Plany przeprowadzenia tej operacji i konfiskaty mienia wysiedleńców już przygotowywano[58].
Wiarygodne pogłoski, że rząd brytyjski opowiedział się za powojennymi przesiedleniami, stanowiły prawdziwy wstrząs dla przebywających w Wielkiej Brytanii uchodźców z grona Niemców sudeckich oraz dla ich lidera Wenzla Jakscha. Ten godny szacunku człowiek i pod wieloma względami tragiczna postać od chwili przyjazdu do Wielkiej Brytanii po Monachium musiał prowadzić zmagania na wielu frontach. Emigracyjna społeczność Sudetendeutschów była podzielona na tych, którzy chcieli pracować na rzecz odtworzenia Czechosłowacji w jej granicach sprzed 1938 roku, oraz pozostałych, którzy, choć angażowali się w walkę z Hitlerem, uważali jednak, że Sudety powinny pozostać w powojennych, demokratycznych Niemczech. Był również świadom tego, że członkowie czechosłowackich władz na uchodźstwie robili, co tylko mogli, by skłócić Sudetendeutschów na emigracji, a tym samym podkopać ich starania o zapewnie sobie alianckiej protekcji, a także osłabić jego pozycję jako ich rzecznika. Tak jak Beneš w 1938 roku, Jaksch uznał, że najlepiej przysłuży się dążeniom do zmiany brytyjskiego nastawienia wobec Niemców sudeckich zachowanie godności, osobistej i zbiorowej, niereagowanie na prowokacje i unikanie wdawania się w polemiki, wreszcie przypominanie aliantom o tym, jak ważna jest konsekwencja w dotrzymywaniu publicznych oświadczeń. Za taką pryncypialną postawę miał otrzymać nagrodę podobną do tej, jakiej doczekał się czechosłowacki prezydent po Monachium. Jednak jest mało prawdopodobne, aby jakakolwiek odmienna taktyka przyniosła ostatecznie inne skutki.
A na prowokacje nie trzeba było długo czekać. Od maja 1941 roku Jaksch często przemawiał w niemieckojęzycznych audycjach rozgłośni BBC do swoich sudeckich ziomków, przypominając im o ich powinnościach wobec państwa czechosłowackiego i apelując o stawianie oporu nazistom. Czeski historyk Francis Raška, który przeanalizował treść tych wystąpień, nie znalazł w nich "nawet cienia przejawów jakiejkolwiek nielojalności względem Czechosłowacji"[59]. Mimo to owe audycje wzbudzały wściekłość Beneša i jego czołowego publicysty Ripki. Uskarżali się, że Jaksch, orędując w sprawie sudeckiej autonomii w ramach zdecentralizowanej Czechosłowacji, podąża tym samym kursem co Konrad Henlein w latach trzydziestych i przeciera szlak ku ostatecznemu rozbiciu państwa czechosłowackiego. Twierdzili, iż ktoś taki nie ma prawa występować w radiu ani gdziekolwiek indziej. Podsumowując ich protesty w jednym zdaniu, Frank Roberts z brytyjskiego MSZ kąśliwie zauważył, że zdaniem Czechów "rząd Jego Królewskiej Mości hoduje następnego sudeckiego Führera"[60]. Brytyjscy oficjele nie potraktowali poważnie tych gniewnych reakcji. Dobrze znali i Beneša, i Jakscha, i na ogół mieli lepsze zdanie o tym drugim. Już od czasów Wersalu w brytyjskim MSZ uważano Beneša za polityka cokolwiek dwulicowego i obłudnego. Kiedy w roku 1925 wysunął swoją kandydaturę na stanowisko przyszłego sekretarza generalnego Ligi Narodów, Alexander Cadogan zanotował: "Jeśli Liga [Narodów] ulegnie zniszczeniu, stanie się tak za sprawą wyznaczenia nieodpowiedniego człowieka na to stanowisko. [...] Doktor Beneš byłby znakomitym kandydatem dla każdego, kto pragnąłby takiego rezultatu"[61]. Jaksch, chociaż bynajmniej nie zasługiwał na miano kryptonazisty, to wyraźnie należał do grona staroświeckich socjalistów-internacjonalistów, których obie wojny światowe na dobrą sprawę zmiotły ze sceny politycznej. Brytyjscy dyplomaci wspominali jego wizyty w Londynie przed konferencją monachijską, gdy na życzenie Beneša próbował uzyskać wsparcie dla Czechosłowacji zagrożonej niemiecką agresją, oraz jego pracę, już w latach wojny, na rzecz Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE) - kierowanej przez Brytyjczyków antyfaszystowskiej organizacji podziemnej w okupowanej Europie[62]. Czechosłowackiego prezydenta w jeszcze większe zmieszanie wprawiło to, że Philip Noel-Baker, laburzystowski parlamentarzysta i jeden z niższych rangą członków koalicyjnego gabinetu Churchilla, wcześniej w innej audycji BBC wspomniał, jak to spotkał się z Jakschem w Czechosłowacji latem 1938 roku, aby zmobilizować Niemców sudeckich do przeciwstawienia się Hitlerowi i Henleinowi.
Co wieczór przejeżdżałem z miasta do miasta z ich dzielnym przywódcą Wenzlem Jakschem, by przemawiać wraz z nim na wielkich wiecach jego zwolenników. [...] Nadal mam w uszach huczne, gorączkowe wiwaty, które rozległy się w sali, kiedy Jaksch oświadczył, że woli walczyć i zginąć, niż ulec.
I pamiętam, jak prezydent Beneš w swym pięknym pałacu na praskim wzgórzu mówił mi, że niemieccy socjaldemokraci to prawdziwi bohaterowie; że pokazali nam wszystkim, co może rozbudzić stanowczość i szlachetność myśli w walce o ludzką wolność[63].
Bez względu na to, jak miała wyglądać powojenna Czechosłowacja, Jaksch najwyraźniej nie miał odegrać żadnej roli w relacjach brytyjsko-czechosłowackich - w przeciwieństwie do Beneša i Ripki. O ile niewiele wskazywało na to, że jego radiowe wystąpienia w jakiejkolwiek mierze wpływały na opinię Niemców sudeckich, o tyle z punktu widzenia Londynu nie miało sensu wszczynanie kłótni z przyszłym praskim rządem w ich sprawie. Latem 1942 roku audycje radiowe z udziałem Jakscha się skończyły. Nie po raz ostatni zdarzyło się, że poświęcono go, tak jak innych niemieckich przeciwników nazizmu, w imię alianckiej racji stanu.
Poparcie dla planów wypędzenia Niemców sudeckich szybko nadeszło także z ZSRR. Beneš rozsądnie nie marnował czasu na negocjacje z Komunistyczną Partią Czechosłowacji (KSČ), której groteskowe manewry w celu dostosowania się do radykalnych zwrotów w polityce Moskwy już dobitnie wykazały, że ugrupowanie to samodzielnie o niczym nie decydowało. Od rozpoczęcia swojej działalności we wczesnych latach dwudziestych KSČ stanowczo popierała prawa mniejszości, potępiając czeski "kolonializm wewnętrzny" jako instrument burżuazyjnego wyzysku i uznawała prawo Sudetendeutschów oraz innych grup etnicznych do "narodowego samostanowienia", a nawet do secesji, czyli odłączenia się od państwa czechosłowackiego. Wspomniana partia trzymała się takiej linii aż do zawarcia w 1935 roku czechosłowacko-radzieckiego układu o wzajemnej pomocy i od tamtej pory nie wspominała już o narodowym samostanowieniu mniejszości etnicznych. Podczas kryzysu monachijskiego wezwała sudeckich "antyfaszystów" do "słuchania poleceń [czechosłowackich] instytucji demokratycznych"[64]. Z kolei po ogłoszeniu paktu nazistowsko-sowieckiego "samostanowienie narodów" znowu znalazło się na tapecie u komunistów, a ulotki rozprowadzane w Protektoracie Czech i Moraw ostrzegały przed "niebezpieczeństwami [czeskiego] szowinizmu". Było zatem jasne, że KSČ zawsze podąży za wskazaniami Moskwy, niezależnie od tego, że w szeregach tej partii działał znaczny odsetek Niemców sudeckich. W czerwcu 1943 roku radziecki ambasador w Londynie przedstawił czechosłowackim władzom na uchodźstwie swoją zgodę na wypędzenie ludności niemieckiej; Beneš usłyszał to samo z ust Stalina, kiedy udał się do Moskwy pod koniec tego samego roku[65]. Gdy wkrótce spotkał się z przebywającymi na emigracji przywódcami KSČ, po prostu poinformował ich o swych planach, nie starając się nawet, by czescy komuniści wyrazili na nie zgodę.
Latem roku 1943 Beneš zapewnił sobie ostateczną aprobatę, niezbędną dla urzeczywistnienia swojej koncepcji. W marcu, podczas lunchu z Churchillem, upewnił się, że brytyjski premier wciąż zdecydowanie opowiadał się za ideą przesiedleń. Zdaniem Jana Masaryka Churchill nie ograniczył się do tego. Powiedział Benešowi, że kiedy wojna dobiegnie końca, "wielu [sudeckich] Niemców zginie również w pańskim kraju - nic się na to nie zaradzi i uznaję to. Po upływie kilku miesięcy powiemy: "wystarczy" i rozpoczniemy robotę czasu pokoju: postaramy się osądzić tych winnych, którzy pozostaną przy życiu"[66]. Jeżeli ta uwaga Churchilla została wiernie zanotowana - a przez całe życie zdradzał skłonność do przesadnie wojowniczych oświadczeń - to przypuszczalnie miał na myśli wymierzenie sprawiedliwości czołowym kolaborantom w rodzaju Henleina i zastępcy tegoż na obszarze Czech i Moraw, Karla Hermanna Franka, nie zaś udzielenie Czechosłowakom zgody na rzeź sudeckiej ludności. Jednak Beneš był na tyle pewien poparcia brytyjskiego premiera dla planu przesiedleńczego, że poruszył ten temat w obecności Churchilla w trakcie wizyty w Białym Domu w maju 1943 roku, podczas swego pierwszego i jedynego spotkania z Franklinem D. Rooseveltem w okresie wojny. I znów nie ma oficjalnego stenogramu tej rozmowy. Ale po powrocie do Londynu Beneš euforycznie poinformował swoich współpracowników, że dowiedziawszy się o obiecanym już przez Brytyjczyków i Sowietów poparciu dla sprawy, amerykański prezydent także przystał na powojenną deportację całej populacji Niemców sudeckich.
Również w tym przypadku, choć urzędnicy Departamentu Stanu mieli później energicznie zaprzeczać, że Roosevelt powiedział coś takiego, wydaje się nieprawdopodobne, by Beneš wszystko to zmyślił. Ostatecznie przecież udał się do Waszyngtonu z zamiarem uzyskania aprobaty Amerykanów dla wysiedlenia Sudetendeutschów i nie ma powodu wątpić, że poruszył tę kwestię w trakcie owego spotkania. A wkrótce potem raczej nie rozgłaszałby o zgodzie Roosevelta tak otwarcie, gdyby nie miału ku temu podstaw; oczywisty fałsz łatwo było zdementować. Lecz późniejsze zapewnienia Beneša, że amerykański prezydent przystał na całkowite oczyszczenie Sudetów z Niemców, brzmią jakby mniej wiarygodnie. Do tego czasu w swoich negocjacjach z Londynem i Moskwą czechosłowacki przywódca starannie unikał wszelkich konkretów, dotyczących liczby Niemców, których zamierzał wysiedlić, i mało prawdopodobne, że w Waszyngtonie zdecydował się na ryzykowną próbę skłonienia Roosevelta do zaakceptowania maksymalnych żądań w tej sprawie, poruszając z nim tę kwestię w pierwszej rozmowie. Na rzecz takiej interpretacji faktów przemawia inicjatywa Anthony'ego Edena, który polecił brytyjskiemu posłowi w Waszyngtonie zdementować czeskie doniesienia o tym, jakoby Stany Zjednoczone wyraziły oficjalną zgodę na deportowanie wszystkich Sudetendeutschów, i wskazać, że sprzymierzeni jedynie ogólnie porozumieli się w kwestii powojennych przesiedleń ludności[67].
Mimo wszystko z końcem 1943 roku plany deportacyjne nabrały takiego rozmachu, że jedynie decyzja Wielkiej Trójki mogła to wyhamować. Nie tylko wśród niektórych polityków, ale także w znacznej części anglosaskiej opinii publicznej zamysł przesiedlenia ludności na krótko stał się, jak to scharakteryzował C.A. Macartney, czołowy doradca Ministerstwa Spraw Zagranicznych w sprawach stosunków międzynarodowych, "modnym panaceum na wszelkie trudności związane z mniejszościami narodowymi"[68]. Na przykład były prezydent USA Herbert Hoover nawoływał do rozwagi w tym, co określił mianem "nadzwyczajnego lekarstwa, jakim jest transfer ludności" oraz środka zapobieżenia przyszłemu europejskiemu konfliktowi zbrojnemu[69]. Sumner Welles, wcześniej piastujący drugie pod względem ważności stanowisko w amerykańskim Departamencie Stanu i zarazem człowiek, który jeszcze do niedawna był głównym współpracownikiem Roosevelta w dziedzinie spraw międzynarodowych, również porzucił wiarę w to, że po wojnie "żaden odłam wszelkiej nacji nie zostanie zmuszony do odpokutowania pośrednio za zbrodnie, których się nie dopuścił", i że było nie do przyjęcia, by całe narody zostały "przepędzone, niczym bydło, z jednego państwa do innego". Z czasem pogodził się z myślą, iż "powinniśmy skorzystać z tego momentu zamieszania na świecie i dokonać transferu ludności tam, gdzie to konieczne dla zapobieżenia nowym konfliktom, a tym samym pozwolić ludziom na życie pod takimi rządami, jakie im odpowiadają, bez rasowej dyskryminacji"[70]. Popierający plany Beneša dotyczące wysiedleń oksfordzki historyk A.J.S. Taylor oświadczył, że państwo czechosłowackie można odrodzić przy zastosowaniu tej samej "bezwzględności" i powodując "wiele cierpień", po które Niemcy sięgnęli, gdy je niszczyli[71]. W Izbie Lordów Robert Vansittart, były prominentny dyplomata MSZ, w latach trzydziestych opowiadający się za polityką ustępstw wobec Rzeszy, zanim nie dokonał zwrotu i zaczął się jej przeciwstawiać, w opisywanym okresie najgłośniej ze wszystkich Brytyjczyków domagał się narzucenia Niemcom "kartagińskiego" pokoju, wychwalał cyniczną obojętność Stalina wobec kwestii zbiorowej winy lub niewinności, gdy ten ostatni w 1941 roku wypędził z domów niemieckojęzyczną ludność Związku Radzieckiego. Vansittart twierdził, że zachodni alianci powinni pójść za tym przykładem. "[Stalin] miał tysiąckrotną słuszność, pięćsetkrotną rację. [...] Rzekłbym, że tamci [deportowani] Niemcy nie byli hitlerowcami. Od ćwierćwiecza wbijano im w głowy doktrynę komunizmu. [...] Mimo wszystko zostali uznani za Niemców i element niepewny"[72]. Nawet lord Robert Cecil, brytyjski delegat przy Lidze Narodów i w okresie międzywojennym namiętny obrońca praw mniejszości, w tym czasie przyznał, że Sudetendeutsche "muszą zostać usunięci", a ich los nie powinien zajmować nikogo poza rządem czechosłowackim[73].
W Wielkiej Brytanii pomysły wysiedleń zdobywały coraz liczniejszych zwolenników, a z największym entuzjazmem odniosła się do nich partia laburzystowska (Partia Pracy). Między wojnami laburzyści byli czołowymi orędownikami przestrzegania zasad poszanowania międzynarodowych praw w polityce zagranicznej i stawiali sobie za cel przekształcenie Ligi Narodów w zalążek ogólnoświatowego rządu. Do roku 1942 niewiele pozostało z tego idealizmu. Krach Wilsonowskich koncepcji w obliczu agresji nazistowskiej wywołał ostry zwrot na lewym skrzydle brytyjskiej sceny politycznej w kierunku odmiennego traktowania różnych nacji i nowego porządku świata zdominowanego przez mocarstwa koalicji antyhitlerowskiej. Laburzystowscy politycy uznali, że jeśli jakieś mniejszości etniczne stały na drodze do realizacji tej koncepcji, to należało je wyeliminować - poprzez całkowitą ich asymilację lub przymusowe wysiedlenia. Philip Noel-Baker i John Parker - a obydwaj po 1945 roku zajmowali stanowiska ministerialne - opowiadali się za zorganizowanymi przesiedleniami i uznawali je za niezbędny warunek utrzymania powojennego pokoju; wpływowy laburzystowski intelektualista Harold Laski wysuwał podobne argumenty[74]. Po rozpropagowaniu w dokumencie polityki międzynarodowej, jaką rząd laburzystów zamierzał prowadzić po wojnie, poglądy tego rodzaju stały się obowiązującą doktryną tej partii. Kierownictwo brytyjskiej Partii Pracy ostrzegało etnicznych Niemców, że jeśli sami nie opuszczą obcych ziem, to nie powinni się użalać, jeżeli zostaną do tego zmuszeni i zginą w trakcie tej akcji.
"Mniejszości narodowe" w środkowej Europie, pozostające poza granicami własnych krajów, należy skłonić do powrotu do ojczyzn. W szczególności wszyscy Niemcy, którzy pozostaną poza powojennymi niemieckimi granicami, powinni wrócić do Niemiec, chyba że zechcą stać się lojalnymi poddanymi państwa, w którym się znajdą. W istocie taki powrót leży w ich interesie, gdyż, przynajmniej w początkowych latach powojennych, zapanuje w okupowanych [przez Rzeszę] krajach głęboka nienawiść do Niemców, z której ani my, ani Amerykanie nie możemy zdać sobie w pełni sprawy.
Niemcy w wielu tych regionach mogą stanąć przed wyborem: migracja albo śmierć[75].
To zielone światło, zapalone przez jedną z czołowych brytyjskich partii politycznych wobec posłużenia się terrorem dla przemieszczenia społeczności etnicznych Niemców po wojnie, zostało potraktowane serio, o czym świadczyło przemówienie wygłoszone na dorocznej konferencji tejże partii dwa tygodnie po dniu zwycięstwa nad Niemcami przez Denisa Healeya, który niebawem został sekretarzem Partii Pracy do spraw międzynarodowych, a pełniąc tę funkcję, odgrywał kluczową rolę w kontaktach między ministerstwami gabinetu Clementa Attlee a środkowoeuropejskimi partiami socjalistycznymi. Brytyjska lewica, jak przyznawał, zapewne uzna za "radykalne" pewne poczynania lewicowych przywódców z kontynentalnej Europy, już podejmowane z myślą o powojennym wyrównaniu rachunków. Ale "jeśli ruch robotniczy w Europie uzna za nieodzowne zastosowanie [...] ostrzejszych i drastyczniejszych środków wobec swoich przeciwników, niż my tu w kraju bylibyśmy skłonni tolerować, to trzeba okazać zrozumienie"[76]. Jednak te nawoływania do przesiedleń słyszane w kręgach laburzystów wykraczały poza typowy rewanżyzm. W połowie lat czterdziestych coraz częściej uznawano je na lewicy nie tylko za metodę wprowadzenia zasad sprawiedliwości społecznej, lecz także narzucenia socjalistycznego systemu. O ile tak masowy ruch polityczny miał z definicji zmienić socjoekonomiczne warunki w krajach, w których przejmował władzę, o tyle przy okazji mógł się okazać arcyważnym narzędziem wykorzeniania kapitalizmu i przecierania drogi ku gospodarce planowej, gdyż ta w innej sytuacji musiałaby czekać na jej wprowadzenie przez całe dziesięciolecia. Beneš rozumował podobnie, wskazując w grudniu 1943 roku w rozmowie z liderem Komunistycznej Partii Czechosłowacji Klementem Gottwaldem, że wysiedleniom będą towarzyszyły nadzorowane przez władze państwowe konfiskata i redystrybucja całego poniemieckiego mienia. "To będzie narodowa rewolucja - zapewniał Beneš - połączona z rewolucją społeczną. Za sprawą zajęcia niemieckiego majątku i eliminacji niemieckich cech narodowych otworzymy drogę ku radykalnym przemianom gospodarczym i społecznym na ziemiach czeskich"[77].
W opinii najbardziej skrajnych zwolenników takich metod przesiedlenia ludności miały stanowić panaceum na wszelkie kłopoty, które wynikły w rezultacie rozbieżnej ewolucji dziejowej "narodów" i "państw". Wedle owego poglądu główną przyczyną niezgody na świecie była wspomniana dychotomia w sytuacji, gdy przedstawiciele danej nacji zamieszkiwali na obszarze obcego kraju. Po I wojnie światowej podjęto próby przesunięcia granic państwowych w celu dostosowania ich do geograficznego rozmieszczenia ludności należącej do różnych nacji. Przyniosło to jednak fiasko. Wymieszanie grup etnicznych, istnienie językowych enklaw i wysepek oraz brak dobrej woli zainteresowanych stron zniweczyły usilne starania ekspertów zebranych na paryskiej konferencji pokojowej, którym zależało na uczynieniu z "narodu" i "państwa" synonimów. Wypracowane rezultaty nikogo nie zadowoliły. Obecność "obcych" elementów na obszarze wielu krajów prowokowała rządy w okresie międzywojennym do wprowadzania programów wynaradawiania tychże "obcych" i przymusowej polityki asymilacyjnej, która jeszcze bardziej wrogo usposabiała mniejszościowe populacje. Analogicznie niedole prześladowanych rodaków w sąsiednim państwie stanowiło dla "macierzy" nieustanną pokusę prowadzenia agresywnych wojen w celu - albo, jak w przypadku Hitlera, pod pretekstem - przyjścia z pomocą ziomkom uciskanym pod wrogim panowaniem. Przesiedlenia podsuwały sposób na przecięcie tego węzła gordyjskiego przez doprowadzenie do sytuacji, w której poszczególne nacje rządziłyby się same w granicach jednolitych pod względem narodowościowym państw. Po przeprowadzeniu operacji przesiedleńczej przeobrażony świat miał rozpocząć nowe życie, w warunkach nieporównywalnie lepszych od tych z okresu międzywojennego, a poszczególne kraje nie musiałyby już bronić się przed sąsiadami dążącymi do rewizji granic w imię zasady "narodowego samostanowienia". Ale furtka, jaką wydawała się sposobność do rozwiązania raz na zawsze problemów, wynikających z trwającego od wieków europejskiego osadnictwa, była zaiste ledwie uchylona. I jak twierdziła brytyjska Partia Pracy, należało kuć żelazo póki gorące. Takie wielkie zmiany możliwe były tylko tuż po wielkiej wojnie. Jeśli nadarzająca się okazja nie zostanie w porę wykorzystana, wymieszane grupy ludności znowu "zapuszczą korzenie" i nie będzie ich można ruszyć.
Zorganizowane przemieszczenie ludności w okresie bezpośrednio po wojnie faktycznie może stać się jedną z podstaw lepszych stosunków międzynarodowych w późniejszej fazie. Nie będzie to zresztą bezprecedensowa akcja. W okresie między wojnami wymiana ludności pomiędzy Turcją a Grecją zakończyła się niewątpliwym sukcesem.
Tak czy owak staniemy przed kolosalnym problemem repatriacji i przesiedleń w Europie, kiedy dziesiątki milionów uchodźców, robotników przymusowych i jeńców wojennych odzyskają wolność i zaczną powracać do domów. W porównaniu z tym transfer nawet znacznych mniejszości narodowych, niemieckich czy innych, za powojenne granice będzie pomniejszą kwestią. Jednak gdy sytuacja stanie się tak płynna, nadarzy się wyjątkowa sposobność, która się nie powtórzy, do trwałego uporania się z tą palącą kwestią[78].
Nie znaczy to bynajmniej, że w krajach demokratycznych kiedykolwiek panowała jednomyślność w sprawie masowej wymiany i przesiedleń ludności. Nawet w brytyjskiej Partii Pracy niewielka, acz silna frakcja uważała argumenty na jej rzecz za zupełnie nieprzekonujące. Gazeta "Socialist Commentary" zwracała uwagę na sprzeczność wynikającą z równoczesnych dążeń do przywrócenia często sztucznie wytyczonych europejskich granic z 1939 roku, będących poniekąd skostniałym skutkiem zadawnionych sporów dynastycznych i historycznych wydarzeń. Co więcej, "po ustaleniu granic mają ustać wszelkie dyskusje na temat tego, czy ich przebieg w ogóle wykreślono prawidłowo". We wspomnianej publikacji wskazywano, że bardziej stosowne dla partii, która uważa się za demokratyczną i internacjonalistyczną, jest "zapewnienie sprawiedliwości i swobody narodowym mniejszościom w kwestii wyboru miejsc do życia, a nie podtrzymywanie ohydnej nazistowskiej praktyki przepędzania ludzi niczym bydła"[79]. Parlamentarzysta i przyszły minister George Strauss, choć sam był żydowskiego pochodzenia, na konferencji partyjnej w 1944 roku prosił o odrzucenie idei przesiedleń ludności, które, jego zdaniem, "karzą niewinnych razem z winnymi, szkodzą całej gospodarce europejskiej, doprowadzą do ponownego odrodzenia faszyzmu i wplączą nas w kolejną wojnę światową"[80]. Z kolei przedstawiciele prawicy, wierni swym podszytym przesłankami ideologicznymi skłonnościom do ostrożnego traktowania wszelkich gigantycznych państwowych projektów, które miały na celu radykalne rozwiązanie złożonych problemów, zareagowali chłodno na pierwsze publiczne deklaracje, świadczące o poważnym traktowaniu pomysłu deportacji. Londyńska gazeta "Economist" ostrzegała w tym samym miesiącu, w którym w "Foreign Affairs" ukazał się artykuł Beneša, że karanie Niemców po wojnie "musi się ograniczyć do winnych w sensie moralnym, a nie rasowym. Naziści wybrali swoje ofiary na podstawie przesłanek rasowych; sprzymierzeni nie powinni powielić tego błędu"[81]. W następnym roku, gdy zamiary Czechosłowaków i Polaków stawały się coraz bardziej oczywiste, przemówiono w ostrzejszym tonie. Jeśli, wbrew ustanowionym przez aliantów zasadom, "rozczłonkowanie, masowe przesiedlenia ludności, masakry i nieprzerwane uciskanie mniejszości ma być tym razem elementem powojennego ładu, to należy od razu stwierdzić jasno, że ani Wielka Brytania, ani Ameryka nie kiwną palcem po upływie 10 lat od chwili zawarcia pokoju, aby go utrzymać"[82].
Z zapewne najbardziej przenikliwą krytyką planów wysiedleńczych wystąpili w 1943 roku na łamach prasy Allan Fischer, nowozelandzki ekonomista, oraz David Mitrany, błyskotliwy angielsko-rumuński politolog, który pracował jako doradca do spraw międzynarodowych zarówno dla MSZ, jak i dla brytyjskiej Partii Pracy. Obaj przekonywali, że twierdzenie, jakoby przesiedlenia były uzasadnione faktem wcześniejszego uciekania się do tej praktyki przez władze nazistowskie, sprawiały wrażenie osobliwego reedukowania Niemców "w czasie, kiedy nakłania się ich do wyparcia się Hitlera i wszystkich jego czynów". W każdym razie nie należało się spodziewać, by jakiekolwiek próby tworzenia jednolitych pod względem narodowościowym państw za pomocą deportacji obcych grup etnicznych mogły przynieść trwałe i pożądane skutki, o ile granic wspomnianych krajów w przyszłości nie zamknie się szczelnie przed obcokrajowcami.
Najwyraźniej nie wystarczy zwyczajne utworzenie takich "czystych" państw. Je także, podobnie jak rasę, należałoby utrzymywać w czystości, a dla osiągnięcia zamierzonego celu projektowana polityka przesiedleń musi wiązać się z nieustanną polityką segregacyjną. Migracje lub wszelkie swobodne ruchy ludności musiałyby zostać zakazane, aby nie doprowadziły do stopniowego tworzenia się nowych, niepożądanych i wywołujących zadrażnienia mniejszości. Oznaczałoby to zatem powstrzymanie zwyczajowych, naturalnych ruchów ludności, korzystnych z perspektywy uwarunkowań ekonomicznych, a "nowy [powojenny] świat" zostałby zainaugurowany odebraniem dawnych swobód[83].
Fischer i Mitrany dalekowzrocznie przestrzegali, że zwolennicy przesiedleń, którzy doszli do głosu na Zachodzie, nie powinni żywić złudzeń, iż taki proceder nie zostanie z kolei zastosowany wobec nich samych. W Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie także przecież mieszkały mniejszościowe społeczności Europejczyków. "Ich obecność i interesy zawsze służyły do uzasadniania interwencji podejmowanych w ich imieniu przez metropolie. Dlatego właśnie "rozwiązania" przyjęte w Europie w celu położenia kresu problemom z mniejszościami mogą już wkrótce posłużyć do "przemieszczenia" europejskich mniejszości [poza Europą] [...] do ich ojczystych krajów".
Pomimo takich przekonujących argumentów przeciwnicy wysiedleń nie mieli wielkich nadziei na odwrócenie decyzji politycznych podjętych na najwyższym szczeblu. Począwszy od owego momentu Beneš, jak przyznał później we wspomnieniach, nie widział już powodu, dla którego miałby dalej ukrywać swe zamiary. Podczas ostatniego, jak miało się okazać, spotkania, jakie odbył pod koniec roku 1942 z Wenzlem Jakschem i innymi przywódcami uchodźców z grona Sudetendeutschów, poinformował ich bez ogródek, że uważa zdecydowaną większość Niemców sudeckich za przynajmniej "biernych zbrodniarzy wojennych", a jedyne rozwiązanie, które mógł zaakceptować, to "nasza całkowita separacja"[84]. Gdy jeden ze współpracowników Jakscha, Eugen de Witte, zaprotestował, że taka postawa oznaczała, iż "jeśli Hitler wygra tę wojnę, my, Niemcy sudeccy, znajdziemy się na straconej pozycji, a jeżeli zwyciężą Czechy, to również będzie to oznaczało dla nas przegraną", Beneš odparł, że los Sudetendeutschów jest faktycznie tragiczny, niemniej jednak nie można go zmienić. Ale czeski prezydent dodał też złowieszczo, że opierając się jego planom, Jaksch i inni niemieccy antyfaszyści z Sudetów mogli "niezupełnie jasno zdawać sobie sprawę, iż tym samym automatycznie brali na siebie pełną odpowiedzialność za to, co Niemcy wyrządzili nam jako narodowi podczas tej wojny"[85]. Miesiąc później, w styczniu 1943 roku, Beneš przesłał Jakschowi długie memorandum, w którym oskarżał sudeckich socjaldemokratów o chowanie się za plecami Brytyjczyków, o prezentowanie nielojalności wobec Czechosłowacji przez nieustanne roszczenia do samostanowienia oraz o odmowę zaakceptowania faktu, że to wola większości w powojennej republice [czechosłowackiej] powinna decydować o rozstrzyganiu wszelkich kwestii związanych z przyszłością Czechosłowacji, w tym o przypuszczalnym przesiedleniu Niemców[86]. Zdaniem Jakscha ostatnie z tych żądań stawiało Niemców sudeckich w sytuacji bez wyjścia. Odrzucając je, sami spychali się na margines, przynajmniej z perspektywy czeskich władz emigracyjnych, jako zdrajcy państwa czechosłowackiego, narażając się tym samym na wypędzenie. Z kolei po przyjęciu go uznaliby prawa czeskiej większości do uprawomocnienia swojego wynarodowienia jako "biernych współwinnych zbrodni wojennych" - co przyniosłoby identyczny skutek.
Do początków 1943 roku rozwiały się zatem realne możliwości wypracowania kompromisu. Zgodnie z zapowiedzią złożoną Philipowi Nicholsowi Beneš zerwał wszelkie kontakty z antyfaszystowskimi Sudetendeutschami po tym, jak Jaksch odrzucił jego plan. Od tej pory czechosłowackie władze na uchodźstwie nasiliły coraz bardziej zjadliwą, a w końcu wręcz obsesyjną kampanię propagandową przeciwko Jakschowi i jego współpracownikom, nazywając ich "Wielkoniemcami" kierującymi się ku temu samemu celowi, który przyświecał Konradowi Henleinowi, a nawet samemu Hitlerowi - a mianowicie dążeniu do rozbicia Czechosłowacji. Na poparcie takiego twierdzenia przytaczano prymitywny sylogizm: Jaksch opowiadał się za autonomicznymi Sudetami w składzie powojennej federacji europejskiej; federacja taka musiała nieuchronnie zostać zdominowana przez jej najsilniejszego członka, czyli Niemcy, a więc Jaksch chciał niemieckiego panowania w Sudetach. W charakterystycznie jadowitym tekście, z tych, które zapoczątkowały istny zalew populistycznych publikacji potępiających lidera Sudetendeutschów, pod koniec roku 1943 Hubert Ripka określał Jakscha, wcześniej "naszego dobrego przyjaciela"[87], nie tylko mianem dywersanta, ale także reakcjonisty:
Godnym wzgardy dokonaniem tego niemieckiego socjalisty było i jest nasilanie niszczycielskiej roboty, podjętej i realizowanej przez nazistę Henleina. [...] Nic zatem nie różni wcześniejszych poczynań Henleina i obecnych Jakscha. [...] Oczywiście, istnieje pewna różnica między nazistą Henleinem a socjalistą Jakschem: ten pierwszy pragnie niemieckiej dominacji w ramach reżimu nazistowskiego, ten drugi reżimu socjalistów, ale obaj dążą do identycznego ostatecznego celu: pangermańskiego panowania nad innymi ludami. Henlein i jego poplecznicy należą do zwolenników hitlerowskiego europejskiego "nowego porządku", natomiast Jaksch opowiada się za europejską federacją socjalistyczną, ale zorganizowaną w taki sposób, by socjalistyczne Niemcy były jej najsilniejszym elementem i w praktyce miałyby decydujące słowo, kierując wszystkimi innymi [narodami]. Nic dziwnego, że stronnicy takich socjalistycznych Wielkich Niemiec ledwie skrywają swą niechęć wobec Związku Radzieckiego i dezaprobatę dla przymierza czechosłowacko-radzieckiego[88].
Jak na ironię, po komunistycznym przewrocie w Czechosłowacji w 1948 roku Ripka - który rzadko pozwalał sobie myśleć lub wypowiadać niezgodnie z refleksjami i słowami Beneša - po swojej kolejnej ucieczce z Czechosłowacji i zorganizowaniu następnego rządu na wygnaniu miał opowiedzieć się za "odrodzeniem wolnej Czechosłowacji "w ramach przyszłej federacji europejskiej"[89]. Jednakże w 1944 roku twierdził, że takie zamysły dawały podstawy do wymierzenia kary za zdradę stanu, oświadczając podczas obrad Rady Państwowej, że "z czechosłowackiego punktu widzenia działania Jakscha są antypaństwowe i jako takie muszą zostać osądzone z pełnymi konsekwencjami, jakie z tego wynikają"[90].
Kiedy więc wojna zaczęła powoli zbliżać się do końca, Jaksch miał w ręku coraz mniej kart atutowych, poza apelami do międzynarodowej opinii publicznej, które nie miały przynieść specjalnych rezultatów. Jego protesty dotyczące nastawienia emigracyjnego rządu Beneša wobec "starych sprzymierzeńców stojących u boku narodu czeskiego, gdy wszyscy przyjaciele go opuścili [w czasie konferencji w Monachium]" - ignorowano[91]. Broszura, wydana po angielsku w lipcu 1943 roku, w której wskazywano, że antyfaszyści w Sudetach raczej nie mieli powodu powstawać zbrojnie przeciwko Hitlerowi, skoro cowieczorne audycje BBC nadawane do Czechosłowacji przypominały im, że "po zwycięstwie nad nazizmem nastąpią nowe katastrofy wynikające z ewakuacji i przesiedleń"[92], zwróciły tylko uwagę na fakt, że jeśli opór wobec niemieckiej okupacji na ziemiach czeskich był minimalny, to w Sudetach właściwie nie istniał. Świadom tego, na początku 1945 roku Jaksch skontaktował się z Frankiem Robertsem, jednym ze swoich znajomych z brytyjskiego MSZ, starając się uzyskać zgodę na wyemitowanie na falach BBC ostatniej audycji skierowanej do jego ziomków. Choć, jak przyznawał, była ledwie "minimalna szansa", że taka próba ostrzeżenia mieszkańców Sudetów przed oczekującym ich losem się powiedzie, to jednak wciąż okaże się możliwe zapobieżenie najgorszemu po wojnie, "jeśli antyfaszystowski element w okręgach sudeckich [...] mógłby, w decydującej chwili, zadziałać wspólne z masami ludności w głębi Czech". Ostatecznie przecież w sierpniu 1944 roku słowaccy powstańcy wystąpili zbrojnie przeciwko nazistom, po pięciu latach ochoczej kolaboracji Słowacji z Berlinem, podczas której wojska słowackie wzięły symboliczny udział w agresji na Polskę i ZSRR, by nie wspomnieć już o czynnym asystowaniu w deportowaniu większości słowackich Żydów do hitlerowskich obozów zagłady. I choć wspomniane powstanie zakończyło się klęską, to wystarczyło, aby ustrzec Słowację przed widmem powojennego odwetu na ich kraju. Na początku 1945 roku jedyną nikłą nadzieją dla Sudetendeutschów wydawała się podobna, cokolwiek niewczesna demonstracja gotowości do wystąpienia po stronie aliantów. W tekście przemówienia do niemieckojęzycznej ludności Kraju Sudeckiego Jaksch nie ukrywał, co jej grozi, jeżeli tego nie uczynią:
Tylko powszechny akt nieposłuszeństwa [wobec nazistów], od Asch [Aš] po Jägerndorf [Karniów], może was ocalić przed nadciągającą katastrofą. Los naszej ludności i naszej ojczystej ziemi wisi na włosku. W waszym imieniu Henlein, K.H. Frank, [Hans] Krebs, [Franz] May i ich wspólnicy popełniali mnóstwo zbrodni. [...] Stoicie przed wyborem między postawieniem przed trybunałem ludowym za zbrodnie K.H. Franka w Pradze i Ernsta Kundta [gubernatora dystryktu radomskiego] w Polsce a zerwaniem z nimi w ostatniej chwili.
Apelujemy do wszystkich przyzwoitych Niemców sudeckich, a przede wszystkim do ludzi z batalionów Volkssturmu [pospolitego ruszenia], ażeby za nic nie dali się wykorzystać jako narzędzie do zgniecenia czeskiego powstania zbrojnego. Jeśli dostaniecie rozkaz strzelania do czeskich bojowników o wolność, zwróćcie karabiny w przeciwną stronę. [...] Wy, Niemcy z Protektoratu [Czech i Moraw], musicie się bardzo zmienić. Wszelkie dalsze poparcie dla nazistowskiego reżimu ściągnie nieuchronną katastrofę[93].
W Ministerstwie Spraw Zagranicznych obawy związane z tym wystąpieniem były odwrotne do tych żywionych przez Jakscha: nie tyle, że jego apel nie da efektu, ile że może odnieść skutek. Przyjętą przez czechosłowackie władze na uchodźstwie linią polityczną, jak jeden z brytyjskich dyplomatów przypominał swoim współpracownikom, było usunięcie większości Sudetendeutschów z ziem zamieszkanych przez tych Niemców. W reakcji na napływające z Wielkiej Brytanii wezwania do powstania przeciw nazistom Londyn miał tym samym ponosić "odpowiedzialność za tych Sudetczyków, którzy zareagują na taki apel. Takiej odpowiedzialności nie powinniśmy na siebie brać"[94]. W konsekwencji prośbę Jakscha o umożliwienie mu wygłoszenia przemówienia przez radio odrzucono. Do czasu, gdy wojna się skończyła, nie był w stanie podać choćby jednego konkretnego przykładu pomocy udzielonej przez Niemców sudeckich - czy choćby próby jej udzielenia - sprawie sprzymierzonych.
Edvard Beneš powrócił do Czechosłowacji 3 kwietnia 1945 roku w towarzystwie członków swojego rządu i zorganizował tymczasową siedzibę władz w nieco wcześniej wyzwolonych Koszycach na Słowacji. Mimo że skrajnie silny stres związany z wydarzeniami poprzednich sześciu lat odbił się poważnie na jego zdrowiu, z satysfakcją przywoływał z pamięci to, co osiągnął od chwili, gdy znalazł się na emigracji. Z wyjątkiem niewielkiego skrawka terytorium Rusi Zakarpackiej, już wcześniej obiecanego Stalinowi w zamian za patronat, Czechosłowacja miała się odrodzić w granicach z 1938 roku. Chociaż Beneš stał na czele rządu niewyłonionego w wyniku wyborów, to na razie nikt nie zagrażał jego pozycji przywódcy kraju. Co więcej, problem mniejszości, który trapił Czechosłowację już pod momentu jej powstania, miał zostać rozwiązany raz na zawsze. Oczywiście, pewne trudności pozostały. Choć alianci zgodzili się na wysiedlenie Sudetendeutschów, to jeszcze nie zadeklarowali, kiedy i jak miałaby nastąpić ta operacja. I pozostawali głusi na jego ponawiane żądania, by przyzwolono na podobne potraktowanie 700-tysięcznej węgierskiej mniejszości w Czechosłowacji. Mimo wszystko perspektywa, że ludność tego państwa będzie się składała w przytłaczającej większości z Czechów i Słowaków, wydawała się nader realna. I było to w znacznej mierze zasługą Beneša. Naturalnie nie osiągnął tego samodzielnie. Sprzymierzeni nie po to przyjęli politykę masowych transferów ludności, ażeby zadowolić emigracyjnych polityków środkowoeuropejskich, wobec których wcześniej nie dotrzymali pewnych zobowiązań, lecz dlatego, że odpowiadało to ich interesom. Poza tym Beneš nie musiał narzucać tego pomysłu Czechom i Słowakom - ci sami się ku temu skłaniali. Aby do tego doszło, musiało wyniknąć wiele różnych, sprzyjających okoliczności. Gdyby wojna potrwała krócej lub nieco dłużej, gdyby to amerykańska 3. Armia Pattona, a nie Armia Czerwona wyzwoliła większość Czechosłowacji albo jeśliby wśród Niemców sudeckich działał silny antyfaszystowski ruch oporu, do wysiedleń mogło wcale nie dojść pomimo najszczerszych chęci Beneša. Ale to właśnie on, jak słusznie stwierdził Chad Bryant, "nieprzerwanie forsował tę kwestię, a w ostatecznym rozrachunku uczynił wszystko co w jego mocy, dla wypędzenia Niemców z Czechosłowacji. Gdyby nie on, deportacje nie miałyby takiego przebiegu, o ile w ogóle do nich by doszło"[95].
Z kolei Wenzel Jaksch miał pozostać na wygnaniu. Jednym z pierwszych aktów prawnych wydanych przez rząd Beneša już w kraju był tak zwany wielki dekret, przewidujący ukaranie "nazistowskich zbrodniarzy, zdrajców i ich wspólników". Czwarty punkt tego dekretu wprowadzał karę pozbawienia wolności do lat 20 za wszelkie czyny czechosłowackich obywateli przebywających zagranicą, które "osłabiały ruch wyzwoleńczy w Republice Czechosłowackiej w jej przedmonachijskiej konstytucyjnej formie i jedności lub którzy świadomie szkodzili interesom Republiki Czechosłowackiej". Ten artykuł, na co zwrócił uwagę Benjamin Frommer, "wymierzony był głównie [...] w Wenzla Jakscha" i miał na celu pozbawienie Sudetendeutschów "silnego obrońcy, który mógł wiarygodnie twierdzić, że nie wszyscy jego ziomkowie byli nazistami, a karanie powinno mieć charakter indywidualny, a nie zbiorowy"[96]. Jaksch dobrze wiedział, co czekało go po powrocie do kraju, gdyż już do tego czasu został publicznie ogłoszony winnym przez Huberta Ripkę, wówczas już ministra rządu czechosłowackiego, a jedną z pierwszych inicjatyw Ripki na tym nowym stanowisku było przesłanie amerykańskiego chargé d'affaires formalnej noty z ostrzeżeniem, że nowe władze "nie mogą uznawać za lojalnego obywatela nikogo, kto, choć przebywał na wolności zagranicą, nie działał w sposób właściwy, by stać się obywatelem czechosłowackim. Mam tu na myśli głównie grupę tak zwanych Niemców sudeckich pod kierownictwem W. Jakscha"[97]. Wobec tego, że przyszłość Jakscha malowała się niepewnie, pozostał w Londynie, gdzie kontynuował energiczną kampanię i wiele pisał, ale pogrążał się coraz bardziej w rozpaczy pod wpływem tragedii, której nie był w stanie zapobiec.
Jednakże tak jak plany przesiedleńcze nie były dziełem jednego człowieka, tak samo nikt w pojedynkę nie mógł zahamować ich realizacji. Niewątpliwie niektóre z decyzji Jakscha z czasów wojny można po czasie krytykować. Jego rada, aby niemieccy uchodźcy z Sudetów wstępowali do wojska brytyjskiego, a nie do armii "Wolnych Czechosłowaków", póki jeszcze przyszłość Kraju Sudeckiego pozostawała nierozstrzygnięta, nie przyniosła mu popularności wśród czeskich władz na uchodźstwie i okazała się poważnym błędem taktycznym, choć i takim, który na dłuższą metę nie miał decydującego znaczenia. Jaksch pomylił się też, co z triumfem wypomniał mu Beneš, sądząc, że Brytyjczycy przyjdą mu z pomocą. I wreszcie nie zdołał przewidzieć, jak długotrwała i krwawa będzie ta wojna oraz jak niewielką rolę odegrają tradycyjne koncepcje narodowego samostanowienia w kształtowaniu powojennego porządku światowego.
Jednak nie należy postrzegać tej sprawy w kategoriach pojedynku między Benešem a Jakschem, wygranego przez tego pierwszego. W ostatecznym rozrachunku alianci dali posłuch Benešowi i zignorowali Jakscha, ponieważ Beneš miał wpływ na naród, do którego przemawiał, a Jaksch nie. Do samego końca wojny Sudetendeutsche, czy to entuzjastyczni hitlerowcy, czy też bierni antyfaszyści, służyli Rzeszy, do której, we własnym mniemaniu, przynależeli. Pod tym względem nie odróżniali się od innych społeczności etnicznych Niemców, czyli Volksdeutschów, w Polsce, na Węgrzech, w Jugosławii, w krajach bałtyckich i innych, gdzie, niezależnie od swoich poglądów politycznych, albo działali na rzecz Rzeszy, albo też nie zrobili nic, żeby się jej przeciwstawić.
Zarówno w opisywanym czasie, jak i obecnie obrońcy powojennych wysiedleń postrzegali i nadal upatrują w tym fakcie całkowite usprawiedliwienie przeprowadzonych deportacji ludności. W Czechosłowacji i gdzie indziej w krytycznym czasie Volksdeutsche okazali się bardziej lojalni wobec swoich ziomków - nawet najgorszych hitlerowców - niż w stosunku do państw, których obywatelami nominalnie byli. Da się zatem uzasadnić, że po wojnie musieli się pogodzić z logicznymi konsekwencjami takiego wyboru. Nawet jeśli przyniosło to niesprawiedliwe traktowanie oraz cierpienia tych, którzy byli mniej winni od innych, to nie należało oczekiwać od sąsiadów Niemiec, że będą w nieskończoność tolerować obecność potencjalnej "piątej kolumny" w swoich granicach. A skoro i tak zachodziła konieczność zniwelowania skutków wysiedleń, przeprowadzonych przez nazistów podczas wojny, to nie istniały poważniejsze przyczyny wyrzeczenia się gruntownej akcji przesiedleńczej bez obaw o zakłócenie codziennego bytowania tych narodów, których stanem alianci niezbyt się przejmowali.
Nie ma wątpliwości, że powojennych deportacji nie sposób oddzielić od wydarzeń z czasów wojny, które je poprzedziły. A jednak każdy z tych argumentów przemawiających za wysiedleniem Volksdeutschów bazował na fałszywych założeniach - pomijając nawet kwestie etyczne czy czysto prawne. I jeżeli stanowiłoby przesadę określanie etnicznych mniejszości niemieckich mianem bezradnych ofiar, to w Czechosłowacji i w innych krajach ogólny obraz akcji deportacyjnej jest o wiele bardziej dwuznaczny, niźli sugerowałyby to konwencjonalne, z pozoru racjonalne uzasadnienia przeprowadzonych wysiedleń. Zaplanowana operacja przesiedleńcza nie miała na celu wyłącznie naprawy skutków wcześniejszych nazistowskich deportacji, lecz była demograficznym eksperymentem na skalę bezprecedensową w dziejach ludzkości. A to, czy Volksdeutschów należałoby uważać za wspólników hitlerowców, w stopniu mniejszym bądź większym - i czy w licznych przypadkach można ich było w ogóle uznawać za "Niemców" - stanowi pytanie, na które da się odpowiedzieć tylko za sprawą szczegółowego przebadania ich postawy w okresie wojny.
Przypisy
[1] "The Times", 7 X 1938.
[2] H. Nicolson, Peacemaking 1919, Houghton Mifflin, Boston 1938, s. 279.
[3] Cyt. za: M.J. Heimann, Czechoslovakia: The State that Failed, Yale University Press, New Haven, CT 2009, s. 47.
[4] J.W. Bruegel, Czechoslovakia Before Munich: The German Minority Problem and British Appeasement Policy, Cambridge University Press, Cambridge 1973, s. 65.
[5] R. Jakobson, Problems of Language in Masaryk's Writings, w: J. Novák (red.), On Masaryk: Texts in English and German, Rodipi, Amsterdam 1988, s. 72-73.
[6] R. Vansittart w: "Manchester Guardian", 15 IV 1944.
[7] Por. J. Bradley, Czechoslovakia: External Crisis and Internal Compromise, w: D. Berg-Schlosser, J. Mitchell (red.), Conditions of Democracy in Europe, 1919-39: Systematic Case Studies, Palgrave Macmillan, Basingstoke, Hampshire 2000, zwł. s. 90-91.
[8] T. Zahra, Kidnapped Souls: National Indifference and the Battle for Children in the Bohemian Lands, 1900-1948, Cornell University Press, Ithaca, NY 2008, s. 107, 121.
[9] Z.A.B. Zeman, Czechoslovakia Between the Wars: Democracy on Trial, w: J. Morison (red.), The Czech and Slovak Experience, St Martin's Press, New York 1992, s. 165.
[10] T. Zahra, op. cit., s. 112.
[11] Paryska gazeta "Le Matin", 26 XII 1926.
[12] Cyt. za: L. Rothkirchen, The Jews of Bohemia and Moravia: Facing the Holocaust, University of Nebraska Press, Lincoln, NE 2005, s. 161.
[13] Na temat szczegółowej analizy metod, za pomocą których upowszechniano taki obraz, por. A. Orzoff, Battle for the Castle: The Myth of Czechoslovakia in Europe, 1914-1948, Oxford University Press, Oxford 2009.
[14] A German Bohemian Deputy, National Minorities in Europe: The German Minority in Czechoslovakia, "Slavonic and East European Review" 1936, nr 41 (I), s. 297-298.
[15] M.J. Heimann, op. cit., s. 73.
[16] U. Völklein, "Mitleid war von niemand zu erwarten": Das Schicksal der deutschen Vertriebenen, Droemer, München 2005, s. 10.
[17] Por. np. C. Boyer i in., Die Sudetendeutsche Heimatfront (Partei), 1933-1938): Zur Bestimmung ihres politisch-ideologischen Standortes, "Bohemia" 1997, nr 38/2, s. 357-385; R.M. Smelser, The Sudeten Problem, 1933-1938: Volkstumspolitik and the Formulation of Nazi Foreign Policy, Wesleyan University Press, Middletown, CT 1975.
[18] M. Cornwall, "A Leap into Ice-Cold Water": The Manoeuvres of the Henlein Movement in Czechoslovakia, 1933-1938, w: M. Cornwall, R.J.W. Evans (red.), Czechoslovakia in a Nationalist and Fascist Europe 1918-1948, Oxford University Press, Oxford 2007, s. 141.
[19] M.J. Heimann, op. cit., s. 60.
[20] Por. I. Lukes, Stalin and Czechoslovakia in 1938-39: An Autopsy of a Myth, w: I. Lukes, E. Goldstein (red.), The Munich Crisis, 1938: Prelude to World War II, Cass, London 1999.
[21] P. Neville, Hitler and Appeasement: The British Attempt to Prevent the Second World War, Hambledon Continuum, London 2006, s. 117; tekst wystąpienia Churchilla, 339 H.C. Deb. 5s., s. 364 (5 X 1938).
[22] 110 H.L. Deb. 5s., s. 1306 (3 X 1938).
[23] M.J. Heimann, op. cit., s. 87.
[24] Cyt. za: Z.A.B. Zeman, A. Klimek, The Life of Edvard Beneš, 1884-1948: Czechoslovakia in Peace and War, Clarendon Press, Oxford 1997, s. 141.
[25] M. Hauner, "We Must Push Eastwards!" - The Challenges and Dilemmas of President Beneš after Munich, "Journal of Contemporary History" 2009, nr 44/4 (X) s. 619-656.
[26] E. Beneš, Odsun Němců: Výbor z pamětí a projevů doplněný edičními přílohami, Společnost Edvarda Beneše, Praha 1995, s. 12-13; E. Táborský, Politics in Exile, 1939-1945, w: V.S. Matamey, R. Luža (red.), A History of the Czechoslovak Republic 1918-1948, Princeton University Press, Princeton, NJ 1973, s. 332.
[27] M. Hauner, Introduction, w: E. Beneš, The Fall and Rise of a Nation: Czechoslovakia 1938-1941, M. Hauner (red.), East European Monographs, Boulder, CO 2004, s. xxiii-xxiv.
[28] F.D. Raška, The Czechoslovak Exile Government in London, Karolinum Press, Praha 2002, s. 46.
[29] Cyt. za: Z.A.B. Zeman, A. Klimek, Life of Edvard Beneš, s. 150.
[30] C. Bryant, Prague in Black: Nazi Rule and Czech Nationalism, Harvard University Press, Cambridge, MA 2007, s. 98, 102.
[31] Cyt. za: F.D. Raška, op. cit., s. 44.
[32] Cyt. za: C. Bryant, Prague in Black..., s. 99.
[33] D. Reynolds, Churchill and the British "Decision" to Fight on in 1940: Right Policy, Wrong Reasons, w: R. Langhorne (red.), Diplomacy and Intelligence During the Second World War: Essays in Honour of F.H. Hinsley, Cambridge University Press, Cambridge 1985, s. 147-167.
[34] F.D.Raška, op. cit., s. 40.
[35] Ibid., s. 51.
[36] Ibid., s. 98.
[37] E. Beneš, The New Order in Europe, "Nineteenth Century and After" 1941, IX, s. 154.
[38] E. Beneš, The War of 1939: Two Addresses of the Czechoslovak President at the Edinburgh and the Glasgow University 5th and 7th November, 1941, Společnost Edvarda Beneše, Praha 2005, s. 28.
[39] E. Beneš, The Organization of Postwar Europe, "Foreign Affairs" 1942, nr 20/2 (I), s. 237-238.
[40] Cyt. za: Z.A.B. Zeman, A. Klimek, Life of Edvard Beneš, s. 183.
[41] A. Orzoff, op. cit., s. 206.
[42] R.J. Crampton, Eastern Europe in the Twentieth Century and After, Routledge, London 1997, s. 192-193.
[43] V. Mastny, The Czechs Under Nazi Rule: The Failure of National Resistance, 1939-1942, Columbia University Press, New York 1971, s. 215.
[44] Por. np., J. King, Budweisers into Czechs and Germans: A Local History of Bohemian Politics, 1848-1948, Princeton University Press, Princeton, NJ 2005, s. 187-188.
[45] Cyt. za: S.A. Garrett, Conscience and Power: An Examination of Dirty Hands and Political Leadership, Palgrave Macmillan, Basingstoke, Hampshire 1996, s. 99.
[46] K. Jackson, Humphrey Jennings, Picador, London 2004, s. 268-269; L. Leff, Buried by the "Times": The Holocaust and America's Most Important Newspaper, Cambridge University Press, Cambridge 2005, s. 184.
[47] A.J. Kochavi, Prelude to Nuremberg: Allied War Crimes Policy and the Question of Punishment, University of North Carolina Press, Chapel Hill, NC 1998, s. 22-25.
[48] A.F. Noskova, Migration of the Germans after the Second World War: Political and Psychological Aspects, "Journal of Communist and Transition Politics" 2000, nr 16/1-2 (III), s. 98.
[49] Foreign Research and Press Service, "The Transfer of German Populations (with Notes on the Relevant Evidence from Previous Exchanges and Transfers)", 13 II 1942, FO 371/30930, Public Records Office, Kew, London (dalej jako PRO).
[50] A. Eden, "Anglo-Czechoslovak Relations", 2 VII 1942, cyt. za: D. Brandes, Der Weg zur Vertreibung 1938-1945: Pläne und Entscheidungen zum "Transfer" der Deutschen aus der Tschechoslowakei und aus Polen, Oldenbourg, München 2001, s. 168.
[51] F.K. Roberts do P.B. Nicholsa, 6 X 1942, FO 371/30835, cyt. za: R.J. Hoffmann, K. Heißig, M. Kittel (red.), Odsun: Die Vertreibung der Sudetendeutschen: Dokumentation zu Ursachen, Planung und Realisierung einer 'ethnischen Säuberung' in der Mitte Europas 1848/49-1945/46, Sudetendeutsches Institut, München 2010, t. II, s. 344.
[52] Nichols do Robertsa, 16 X 1942, FO 371/30835, cyt. za: ibid., s. 349.
[53] A.F. Noskova, op. cit., s. 97-98.
[54] K. Cordell, Ethnicity and Democratisation in the New Europe, Routledge, London 1999, s. 170.
[55] Cyt. za: A.J. Prażmowska, Civil War in Poland, 1942-1948, Palgrave Macmillan, Basingstoke, Hampshire 2004, s. 169.
[56] N.M. Naimark, Ethnic Cleansing Between War and Peace, w: A. Weiner (red.), Landscaping the Human Garden: Twentieth Century Population Management in a Comparative Framework, Stanford University Press, Palo Alto, CA 2003, s. 230.
[57] Memorandum Rady Ministrów polskiego rządu na uchodźstwie, 27 IX 1944, w: P. Lippóczy, T. Walichnowski (red.), Przesiedlenie ludności niemieckiej z Polski po II wojnie światowej w świetle dokumentów, PWN, Warszawa 1982, s. 178.
[58] "New York Times", 10 VIII 1944.
[59] F.D. Raška, op. cit., s. 103.
[60] Ibid., s. 107.
[61] Notatka Cadogana, 20 I 1925, FO 371/11070.
[62] P. Wilkinson, Foreign Fields: The Story of an SOE Operative, I.B. Tauris, London 1997, s. 58.
[63] P.J. Noel-Baker, Two Years Ago... And Now, "London Calling", 11 VII 1940.
[64] D. Brandes, "Otázka transferu... Ta je tady Kolumbovo vejce": Českoslovenští komunisté a vyhnání Němců, "Český Časopis Historický" 2005, nr 103/1, s. 89.
[65] E. Táborský, President Edvard Beneš: Between East and West 1938-1948, Hoover Institution Press, Palo Alto, CA 1981, s. 161.
[66] Cyt. za: Z.A.B. Zeman, A. Klimek, Life of Edvard Beneš, s. 185
[67] F.D. Raška, op. cit., s. 58.
[68] Cyt. za: M. Frank, Expelling the Germans: British Opinion and Post-1945 Population Transfer in Context, Oxford University Press, Oxford 2007, s. 50.
[69] Cyt. za: K. Kersten, Forced Migration and the Transformation of Polish Society in the Postwar Period, w: P. Ther, A. Siljak (red.), Redrawing Nations: Ethnic Cleansing in East-Central Europe, 1944-1948, Rowman & Littlefield, Lanham, MD 2001, s. 78.
[70] Tekst przemówienia Wellesa wygłoszonego na cmentarzu wojskowym w Arlington, w: "Life", 15 VI 1942; S. Welles, The Time for Decision, Harper, New York 1944, s. 355; S. Welles, Where Are We Heading?, Hutchinson, London 1947, s. 108.
[71] Cyt. za: C. Wrigley, A.J.S. Taylor: Radical Historian of Europe, I.B. Tauris, London 2006, s. 141.
[72] 126 H.L. Deb. 5s., s. 555-556 (10 III 1943).
[73] 130 H.L. Deb. 5s., s. 1116 (8 III 1944).
[74] Por. R.M. Douglas, The Labour Party, Nationalism and Internationalism, 1939-1951, Routledge, London 2004, s. 84-86.
[75] Labour Party; National Executive Committee, The International Post-War Settlement: Report by the National Executive Committee of the Labour Party to be Presented to the Annual Conference to be Held in London from May 29th to June 2nd, 1944, Co-Operative Printing Society, London 1944, s. 5.
[76] Labour Party; Report of the Forty-Fourth Annual Conference of the Labour Party (dalej jako 44 LPCR), Co-Operative Printing Society, London 1945, s. 114.
[77] Cyt. za: D. Brandes, Edvard Beneš und die Pläne zur Vertreibung/Aussiedlung der Deutschen und Ungarn 1938-1945, w: G. Zand, J. Holý (red.), Transfer-Vertreibung-Aussiedlung im Kontext der tschechischen Literatur, Aktion, Brno 2004, s. 21-22.
[78] The International Post-War Settlement, s. 5.
[79] Labour and the Post-War Settlement, artykuł wstępny w: "Socialist Commentary", VI 1944.
[80] 44 LPCR (1945), s. 135.
[81] "Economist", 17 I 1942.
[82] Ibid., 10 VII 1943.
[83] A.G.B. Fisher, D. Mitrany, Some Notes on the Transfer of Populations, "Political Quarterly" 1943, nr 14/4 (X-XII), s. 370.
[84] E. Beneš, Memoirs of Dr Eduard Beneš: From Munich to New War and New Victory, Houghton Mifflin, Boston, MA 1954, s. 219.
[85] E. Beneš, Memoirs of Dr Eduard Beneš..., s. 219-220.
[86] Ibid., s. 320-334.
[87] S. Grant Duff, The Parting of Ways: A Personal Account of the Thirties, Peter Owen, London 1982, s. 135.
[88] H. Ripka, The Future of the Czechoslovak Germans, Czechoslovak-British Friendship Club, London 1944, s. 13-15.
[89] "New York Times", 10 IX 1948.
[90] Cyt. za: H. Ripka, op. cit., s. 16.
[91] Jaksch do Beneša, 22 VI 1942, cyt. za: Beneš, Memoirs of Dr Eduard Beneš..., s. 307.
[92] W. Jaksch, Can Industrial Peoples Be Transferred? The Future of the Sudeten Population, Sudeten Social Democratic Party, London 1943, s. 10.
[93] Jaksch do Robertsa, 1 II 1945, FO 371/47083.
[94] Notatka F. Warnera, 2 II 1945, FO 371/47083.
[95] C. Bryant, Prague in Black..., s. 210.
[96] B. Frommer, National Cleansing: Retribution Against Nazi Collaborators in Postwar Czechoslovakia, Cambridge University Press, Cambridge 2005, s. 239.
[97] Ripka do R. Schoenfeida, 20 IV 1945, tajne archiwa ambasady USA w Czechosłowacji, 1945-1957, RG 84, 2378A, 350/54/13/03, t. IV, National Archives and Records Administration, College Park, Maryland.