Wypędzanie ducha Hitlera. Okupacja i denazyfikacja Niemiec - Frederick Taylor


Reflow text when sidebars are open.
WYDAWNICTWO CZARNE Sp. z o.o.
www.czarne.com.pl
Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice
tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75
mateusz@czarne.com.pl,tomasz@czarne.com.pl
dominik@czarne.com.pl,ewa@czarne.com.pl
edyta@czarne.com.pl
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
redakcja@czarne.com.pl
Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl
Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,
tel./fax +48 22 621 10 48
agnieszka@czarne.com.pl,dorota@czarne.com.pl
zofia@czarne.com.pl,marcjanna@czarne.com.pl
magda.jobko@czarne.com.pl
Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl
Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl
agnieszka.wilczak@czarne.com.pl,urszula@czarne.com.pl
Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl
Skład: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 52,
info@d2d.pl
Wołowiec 2016
Wydanie I
Wiosną 1945 roku cztery mocarstwa, które zwyciężyły armie Hitlera, wykonały bezprecedensowo drastyczny krok: zniosły suwerenne władze Niemiec i przejęły bezpośrednią kontrolę nad terytorium tego kraju. Kilka miesięcy później aliancki zarząd wojskowy został narzucony także głównemu sojusznikowi Niemiec w II wojnie światowej - Cesarstwu Japonii. W ten sposób zwycięscy alianci rozpoczęli nadzwyczajną i, jak wówczas sądzono, ostatnią w historii okupację niepodległego dotąd kraju przez obce wojska. Później, w wolnym od agresywnych wojen świecie, takie środki miały nie być już więcej potrzebne.
Po części wskutek presji ze strony Ameryki i Rosji, dwóch "postkolonialnych" supermocarstw powstałych w wyniku II wojny światowej, zaczęły kruszeć imperia Wielkiej Brytanii, Francji i Holandii. Indie, Birma i Indonezja szybko uzyskały niepodległość; w pięćdziesiątych i sześćdziesiątych latach XX wieku za ich przykładem poszły olbrzymie połacie Azji i Afryki. Zgodnie z dominującym poglądem, propagowanym głównie przez Amerykę, w powojennym świecie miał obowiązywać model niepodległych, suwerennych narodów. Podejmowane z wyboru wojny agresywne i nieuzasadnione podboje terytorialne nie będą dłużej tolerowane, a odpowiedzialni po stronie wroga za prowadzenie takiej właśnie, jak uważali alianci, wojny w latach 1939-1945 poniosą zasłużoną karę. Stąd procesy zbrodniarzy wojennych w Norymberdze i Tokio, przeprowadzone po kapitulacji Niemiec i Japonii.
Oczywiście istniała zasadnicza różnica pomiędzy okupacją Niemiec a okupacją Japonii po 1945 roku. Chociaż w przypadku obu państw sojusznicy zażądali bezwarunkowej kapitulacji, Japończykom - z powodów pragmatycznych - pozwolono ostatecznie na jeden warunek, a mianowicie na zachowanie cesarza. Tylko w Niemczech w momencie kapitulacji cała władza, od najwyższego szczebla państwowego po najniższe urzędy lokalne, przeszła w ręce zwycięzców, pozostawiając mieszkańców kraju na łasce niedawnych wrogów.
Czy przeszło sześćdziesiąt lat temu komukolwiek przyszłoby do głowy, że w pierwszej dekadzie XXI wieku dwa z zachodnich mocarstw sojuszniczych z okresu II wojny światowej znowu dokonają okupacji niepodległych dotąd państw? I kto umiałby przewidzieć, że te nowe okupacje, pomimo lekcji płynącej z doświadczeń 1945 roku, okażą się do tego stopnia niepewne, niezręczne, brutalne i dramatycznie skomplikowane?
Inwazja na Irak, dokonana przez Amerykę i koalicję jej sojuszników, przyniosła szybki kres pseudofaszystowskiego państwa rządzonego przez partię Baas Saddama Husajna oraz okupację kraju przez obce wojska. Strategia zwycięskich koalicjantów pod wieloma względami przypomina postępowanie zachodnich sojuszników w okresie okupacji Niemiec po upadku narodowego socjalizmu: najpierw natychmiastowa demilitaryzacja pokonanego państwa wraz z tymczasowym zniesieniem suwerennego rządu, a następnie niezakończony do dzisiaj proces likwidacji zagrożeń dla bezpieczeństwa oraz czystki polityczne, w tym przypadku "debaasyfikacja". I wreszcie, na końcu, ukaranie winnych zbrodni politycznych, a dopiero po nim stopniowe wprowadzanie niezależnych instytucji w stylu zachodnim i systemu rządów przedstawicielskich.
Nie wyprzedzając faktów, już teraz możemy stwierdzić, że po 1945 roku taka recepta na uzdrowienie i odbudowę pokonanych narodów okazała się - w dłuższej perspektywie - skuteczna. Wystarczy spojrzeć na Niemcy w XXI wieku. Miało to swoje przyczyny, z których jedne są oczywiste, a inne nie. Po pierwsze, by pozostać przy Niemczech, w maju 1945 roku kraj ten naprawdę został całkowicie rozbity. Zupełnie inaczej było w listopadzie 1918 roku, gdy Niemcy - choć wycieńczone, głodne i ogarnięte rewolucją - zgodziły się na pokój, który zakończył I wojnę światową, kiedy ich wojska wciąż jeszcze toczyły zaciekłe walki na terytorium Francji i Belgii.
Zniesiono autorytarną monarchię, ale państwo niemieckie przetrwało po zawarciu traktatu wersalskiego. Rzesza uzyskała demokratyczny rząd i demokratyczną konstytucję, jednak klasy urzędnicza i wojskowa, nadal bardzo wpływowe i żarliwie nacjonalistyczne, na każdym kroku starały się obchodzić surowe ograniczenia ładu wersalskiego. W sekrecie snuły marzenia o pomszczeniu niesprawiedliwej, jak uważały, klęski, winą za nią obarczając przede wszystkim rewolucjonistów, którzy obalili cesarza.
Zagorzali zwolennicy rządów autorytarnych zaczęli stopniowo odzyskiwać kontrolę nad państwem w czasie wielkiego kryzysu w latach trzydziestych, kiedy ustanowiona w 1918 roku demokracja straciła znaczną część poparcia na rzecz skrajnej lewicy i skrajnej prawicy. To właśnie przedstawiciele przedwojennej elity urzędniczo-wojskowej, a zwłaszcza ludzie z otoczenia zgrzybiałego prezydenta (i byłego feldmarszałka z I wojny światowej) Paula von Hindenburga, 30 stycznia 1933 roku przekazali stery państwa Adolfowi Hitlerowi i jego partii narodowosocjalistycznej.
Wielu Niemców, i to nie tylko nazistów, nie chciało uznać, że ich armia w 1918 roku została pobita. Te zniecierpliwione masy także uważały zawieszenie broni i zawarty następnie ciężki pokój za wynik zdrady demokratycznego rządu, który zastąpił monarchię po rewolucji listopadowej. Ich uparty opór, w połączeniu z nawracającymi problemami gospodarczymi Republiki Weimarskiej, sprawił, że młoda demokracja nigdy nie zdołała okrzepnąć.
W 1918 roku Niemcom pozwolono zachować nie tylko własny rząd, lecz także własną armię, która po zawarciu pokoju wycofała się w granice Rzeszy i przemaszerowała przez Bramę Brandenburską w Berlinie niczym powracający zwycięzca. Wprawdzie zgodnie z warunkami traktatu wersalskiego jej liczebność została drastycznie zmniejszona, ale pod nową nazwą Reichswehra pozostała kluczowym rozgrywającym w państwie. Pozwolono, by śmiertelnie groźny bakcyl (jak to widziano za granicą) niemieckiego autorytaryzmu i militaryzmu przetrwał, a następnie odżył i odzyskał pełnię sił.
W rezultacie - według powyższej interpretacji - niewiele ponad dwadzieścia lat po klęsce Niemiec w Europie znów rozszalała się straszliwa zaraza, tym razem w jeszcze bardziej jadowitej formie narodowego socjalizmu, wzbogaconej o nową truciznę rasizmu, a zwłaszcza zabójczego antysemityzmu.
Jesienią 1944 roku zbliżający się do granic Niemiec alianci byli dobrze przygotowani na to, co ich czeka. W pierwszej kolejności należało oczywiście podbić Trzecią Rzeszę. Spodziewano się fanatycznego oporu Niemców, żołnierzy i cywilów, nie tylko na polu bitewnym, ale także już po zakończeniu walk na terytorium Niemiec. Dlatego było niezwykle istotne, by naród niemiecki zrozumiał, że został całkowicie pokonany. Nieustające naloty bombowe na niemieckie miasta, prowadzone niemal do ostatnich momentów wojny, miały na celu przede wszystkim zniszczenie obiektów wojskowych i przemysłowych, ale przy okazji miały także wywołać poczucie nieuchronnego i ostatecznego upadku państwa, a co za tym idzie - zapobiec powtórzeniu się sytuacji zaistniałej po roku 1918.
Przede wszystkim tym razem miało nie być żadnych negocjacji z nazistami. Inaczej niż w 1918 roku, Niemcy będą musieli zgodzić się na bezwarunkową kapitulację i poddać swój los oraz przyszły kształt rządów pełnej kontroli zwycięskich mocarstw. Tym razem bakcyl zła nie będzie się miał gdzie przyczaić.
Strategię bezwarunkowej kapitulacji zasugerowała prawdopodobnie podkomisja amerykańskiego Departamentu Stanu, a Roosevelt przedstawił ją niechętnemu początkowo brytyjskiemu sojusznikowi na dwustronnej konferencji, która odbyła się w Casablance w Maroku w dniach 14-24 stycznia 1943 roku1.
Mniej więcej tydzień wcześniej Roosevelt nakreślił pokrótce tę koncepcję w wygłoszonym w Kongresie przesłaniu noworocznym, oświadczając przedstawicielom narodu amerykańskiego, że "wzdraga się pomyśleć, co stanie się z ludzkością, nie wyłączając nas samych, jeśli ta wojna zakończy się niepełnym zwycięstwem"2.
Zresztą co takiego alianci, wspólnie lub każdy z osobna, mogliby zaoferować, gdyby doszło do negocjowania porozumienia pokojowego? I komu? Gdyby reżim nazistowski się utrzymał, czy omawialiby warunki z Hitlerem albo jego domniemanym następcą, jakimś Himmlerem, Goebbelsem albo Göringiem? Zbyt wiele krwi przelano i zbyt straszliwych dopuszczono się czynów, by takie rozwiązanie było do przyjęcia. Co więcej, pozwoliłoby przetrwać systemowi politycznemu, w którego istotę wpisana była wojna. A gdyby reżim nazistowski został obalony, dajmy na to, przez uczestników spisku 20 lipca? Czyż większość tych mężczyzn (i nielicznych kobiet) nie popierała Hitlera, dopóki wszystko wydawało się iść tak, jak trzeba? Wielu z nich było przyzwoitymi ludźmi, ale czy nie reprezentowali tych samych klas właścicieli ziemskich i przemysłowców, które zdaniem większości alianckich ekspertów stanowiły źródło "problemu niemieckiego" jeszcze przed przejęciem władzy przez Hitlera w 1933 roku?
Z punktu widzenia koalicji antyhitlerowskiej za koncepcją bezwarunkowej kapitulacji Niemiec przemawiały silne, logiczne argumenty, ale jak wiele tego rodzaju decyzji ta również stwarzała niewiele mniej problemów, niż rozwiązywała. Dostarczyła wody na młyn nazistowskich propagandzistów, którzy mogli teraz mówić Niemcom, że alianci planują całkowitą likwidację niemieckiego państwa narodowego, co w sensie dosłownym było prawdą. Zdając sobie z tego sprawę, sojusznicy starali się przy każdej okazji podkreślać, że zasada bezwarunkowej kapitulacji nie musi koniecznie zapowiadać brutalnego traktowania pokonanych. Na konferencji prasowej po zakończeniu rokowań w Casablance w styczniu 1943 roku Roosevelt powiedział: "Bezwarunkowa kapitulacja nie oznacza zniszczenia narodu niemieckiego, ale oznacza zniszczenie w Niemczech, Włoszech i Japonii filozofii opartej na podboju i ujarzmianiu innych narodów". Dodał też, że "pokój na świecie może zapanować tylko po pełnym wyeliminowaniu niemieckiej i japońskiej potęgi wojennej"3.
Mimo początkowych wątpliwości Churchill poparł publicznie zasadę bezwzględnej kapitulacji, rozumiejąc, że mimo wszystkich swoich wad pomaga ona uniknąć rozłamu wśród aliantów, pomiędzy którymi istniały trudne do pogodzenia różnice. Ostateczne, szczegółowe decyzje dotyczące postępowania z Niemcami po zakończeniu wojny mogły zaczekać do klęski Rzeszy. Starania brytyjskiego premiera, mające na celu złagodzenie obaw ludności Niemiec, nie zawsze jednak były udane. Przemawiając w londyńskiej Izbie Gmin, Churchill powiedział:
Bezwarunkowa kapitulacja daje zwycięzcom wolną rękę. Nie oznacza to, że mają prawo zachowywać się jak barbarzyńcy ani że chcą wymazać Niemcy spośród wolnych narodów Europy. Jeśli coś wiąże nam ręce, to tylko nasze własne zobowiązania wobec cywilizacji. Nie krępują nas żadne zobowiązania wobec Niemców, które by wynikały z zawartej umowy. Do tego sprowadza się znaczenie bezwarunkowej kapitulacji4.
Tego rodzaju niezręczne, nie bardzo przekonujące zapewnienia nie padały jednak zbyt często, może słusznie, bo nawet najbardziej żarliwe frazy Churchilla okazywały się w najlepszym przypadku bezużyteczne, w najgorszym zaś przynosiły efekt przeciwny do zamierzonego.
Nieprzypadkowo inne ważne porozumienie strategiczne, wypracowane w Casablance w styczniu 1943 roku, dotyczyło tak zwanej ofensywy bombowej, czyli skoordynowanej kampanii nalotów brytyjskiego i amerykańskiego lotnictwa, która miała rzucić Niemcy na kolana - a przynajmniej, wobec braku natychmiastowej inwazji zachodnich mocarstw na kontynent europejski, przekonać przyciśniętego do muru Stalina, że jego sojusznicy utworzyli jednak kolejny "front", aczkolwiek w powietrzu. W ciągu następnego roku w ciężkich, coraz intensywniejszych nalotach śmierć poniesie około czterdziestu tysięcy cywilów w Hamburgu i do dziesięciu tysięcy w Kassel. Do tego trzeba doliczyć kolejne dziesięć tysięcy zabitych w systematycznych bombardowaniach Berlina trwających od listopada 1943 do marca 1944 roku. Łącznie do momentu wstrzymania anglo-amerykańskich nalotów pod koniec kwietnia 1945 roku zginie w nich ponad pół miliona cywilów. Zniszczenia osiągną apokaliptyczne rozmiary.
Można więc przypuszczać, że mieszkańcy Niemiec nie do końca wierzyli w prawdziwość "zobowiązań wobec cywilizacji" alianckich przywódców. A ci z nich, którzy zdawali sobie sprawę ze skali nazistowskich okrucieństw w okupowanej Europie i Rosji, mieli jeszcze mniej powodów, by zaufać dobroci nieprzyjacielskich żołnierzy, stukających do bram ich germańskiej ojczyzny.
Tak czy inaczej, po Stalingradzie wielu Niemców, a może nawet większość z nich, straciło złudzenia co do Hitlera. Dla niewielkiej grupy był to moment ostatecznej zmiany zapatrywań.
To prawda, że nawet w częściowo tylko wolnych wyborach, które odbyły się w marcu 1933 roku, wkrótce po dojściu Hitlera do władzy, większość wyborców oddała głos na kogo innego, chociaż razem ze swoim partnerem koalicyjnym DNVP (nacjonalistyczno-konserwatywną Niemiecką Narodową Partią Ludową) zgarnął on wówczas blisko pięćdziesiąt dwa procent całej puli.
Program pilnych działań, zmierzających do rozprawienia się z bezrobociem i kryzysem w przemyśle, przyniósł Hitlerowi dalszy wzrost popularności, który przybrał spektakularne rozmiary, kiedy udało mu się zremilitaryzować Nadrenię i bez jednego wystrzału wcielić do Rzeszy Austrię i Kraj Sudetów. Kiedy przeciągnął strunę i wojna wreszcie wybuchła - nie tylko z Polską, lecz także z Wielką Brytanią i z Francją - społeczeństwo ogarnął nastrój przygnębienia. Większość Niemców gotowa była znosić dyktaturę z wdzięczności za pełne zatrudnienie i politykę zagraniczną, która pozwoliła narodowi odzyskać utraconą dumę. Mieli jednak dosyć rozsądku - a w przypadku starszego pokolenia dostatecznie dobrą pamięć - by nade wszystko lękać się kolejnej wojny, która ogarnęłaby pożogą całą Europę.
Jednakże Hitler podarował swoim rodakom serię zwycięstw, o jakich nawet im się nie śniło. Polska została podbita i podzielona między Rzeszę i Związek Radziecki. Wehrmacht zajął Danię i Norwegię, a następnie rozgromił Francję, odwiecznego wroga Niemiec, oraz armie holenderską i belgijską. Pod przywództwem Hitlera naród pomścił hańbę Wersalu i przyparł Brytyjczyków do morza.
W lecie 1940 roku dla większości Niemców Hitler był bohaterem narodowym, najwybitniejszym mężem stanu od czasów Bismarcka, "największym dowódcą wojskowym wszech czasów". Tym ostatnim wawrzynem ozdobił Führera jego szef sztabu, generał Wilhelm Keitel, po zwycięstwie nad Francją.
Zręczna przeróbka klasycznego pochlebstwa dworaka rozprzestrzeniła się jak wirus, kiedy szturm na Rosję załamał się, niemieccy żołnierze masowo ginęli lub szli do niewoli i rozpoczął się wielki odwrót w kierunku Rzeszy. Począwszy od 1943 roku, zwyczajni Niemcy nazywali Hitlera "Gröfaz" (żartując sobie ze słabości reżimu do akronimów), od Größter Feldherr aller Zeiten (największy dowódca wojskowy wszech czasów). W ten sposób zaczął się gwałtowny spadek popularności Hitlera wśród jego rodaków, trwający aż do jego śmierci 30 kwietnia 1945 roku. Przed Stalingradem, bez względu na to, jak było naprawdę, Hitler uchodził za geniusza. Po Stalingradzie, a zwłaszcza od początku 1945 roku, Niemcy zaczęli uważać go za nieudacznika.
Innym nazistowskim przywódcą, dla którego ulica ukuła przezwisko, był Hermann Göring, marszałek Rzeszy i dowódca Luftwaffe. Na początku wojny wygłosił słynne słowa, że jeśli Brytyjczykom kiedykolwiek uda się zrzucić bomby na niemiecką ziemię, to "nazywam się Mayer"5. I rzeczywiście, kiedy coraz intensywniejsze naloty brytyjskiego, a potem anglo-amerykańskiego lotnictwa obracały w gruzy niemieckie miasta, pulchny i pozornie jowialny Göring zyskał sobie miano "Mayera".
Przedzierzgnięcie się Göringa w Mayera, podobnie jak nadanie Hitlerowi przydomku Gröfaz, odzwierciedlało poważną utratę zaufania do reżimu, którego jedną z czołowych postaci był dowódca sił powietrznych. Od 1943 roku Hitler wyraźnie przegrywał wojnę na lądzie, a powszechnie podziwiany niegdyś twórca Luftwaffe nie potrafił powstrzymać eskadr alianckich bombowców, które obracały w perzynę niemieckie miasta, zabijając i raniąc tysiące zwykłych ludzi, a znacznie więcej pozbawiając dachu nad głową.
Dla takiego reżimu jak nazistowski, którego cała ideologia zasadzała się na kulcie siły i potęgi militarnej, klęska była największym, niewyobrażalnym i niewybaczalnym błędem. Zgodnie z rasistowskimi założeniami darwinizmu społecznego taka klęska powinna być wręcz niemożliwa. Germańska rasa stanowiła szczytowy etap rozwoju ludzkości i dlatego, kierowana przez doskonałego przywódcę (Hitlera) i zorganizowana w doskonałe państwo, musi zatriumfować. W latach 1943-1944 większość Niemców zrozumiała, że tak się nie stanie. W każdym razie jeśli nie nastąpi cud.
Na czym miałby polegać taki "cud"?
Po pierwsze, zagorzali zwolennicy reżimu nadal żywili niejasną nadzieję, że niemieckie armie, zaopatrywane przez wydajny przemysł zbrojeniowy Rzeszy - który do ostatnich miesięcy 1944 roku wytrzymywał nawałę alianckich bombardowań, funkcjonując z przerwami, ale nadal zadziwiająco sprawnie - jakimś nadludzkim wysiłkiem zdołają odeprzeć wroga. Ta nadzieja zmalała niemal do zera, kiedy wojska anglo-amerykańskie wylądowały w Normandii i rozpoczęły błyskawiczne natarcie.
Po drugie, zaskakująco wielu Niemców kurczowo trzymało się wiary w powtarzane przez reżim frazesy o "cudownej broni", która w ostatnim momencie przechyli szalę zwycięstwa na korzyść Rzeszy. Latające bomby V1, a później rakiety V2, choć z pewnością stanowiły wspaniałe osiągnięcia niemieckiej technologii, w praktyce przyniosły rozczarowanie, ponieważ wyrządziły bardzo ograniczone szkody zarówno morale, jak i substancji przemysłowo-architektonicznej aliantów. Mimo wysiłków Goebbelsowskiej propagandy, rozpowszechniającej raporty o apokaliptycznych zniszczeniach, jakich nowe rodzaje broni rzekomo dokonywały w brytyjskich miastach, zwykli obywatele Niemiec i tu szybko przestali się łudzić. To samo dotyczyło niezwykłych okrętów podwodnych typu XXI, tak zwanych elektrobootów (tylko kilka egzemplarzy było gotowych do wypłynięcia na morze przed zakończeniem wojny), i rewolucyjnych myśliwców odrzutowych Messerschmitt, również wyprodukowanych w zbyt małej liczbie, by mogły odegrać znaczącą rolę.
Po trzecie zaś, wielu Niemców - od Hitlera i Goebbelsa począwszy, a na zwykłych obywatelach kończąc - żywiło nadzieję lub wierzyło, że nieprawdopodobna koalicja plutokratów i komunistów, utworzona przez Wielką Brytanię, Amerykę i Związek Radziecki, nie przetrwa do końca wojny; że w obliczu zbliżającego się zwycięstwa ta koalicja z wyrachowania zachwieje się i popęka, odsłaniając głębokie i w ostatecznym rachunku niemożliwe do pogodzenia konflikty ideologiczne i polityczne, ukryte pod jej powierzchnią. Wiele osób oczywiście dobrze pamiętało jeszcze dziwaczniejszy układ Hitlera ze Stalinem z sierpnia 1939 roku, który przetrwał niespełna dwa lata i zakończył się epicką krwawą łaźnią operacji "Barbarossa".
Kiedy w połowie kwietnia 1945 roku zmarł nagle prezydent Roosevelt, przez moment wydawało się, że jego śmierć może być właśnie takim punktem zwrotnym. Goebbels czym prędzej pospieszył do bunkra Hitlera i z przejęciem poinformował Führera: "Caryca nie żyje". Jego słowa musiały wywołać gwałtowny przypływ nadziei w sercu Hitlera, który gorliwie studiował historię panowania Fryderyka Wielkiego, największego monarchy pruskiego.
Słowa ministra propagandy były aluzją do niespodziewanej śmierci cesarzowej Rosji Elżbiety w 1762 roku, w kulminacyjnym momencie wojny siedmioletniej. Rosyjskie wojska okupowały wtedy Berlin, a Fryderyk Wielki przygotowywał się do poproszenia o upokarzający pokój (rozważając jako alternatywę samobójstwo), kiedy śmierć Elżbiety wyniosła na tron młodego cara Piotra III. Nowy władca Rosji, urodzony w Niemczech wielbiciel Prus, szybko wycofał się z wojny, nie wysuwając żadnych roszczeń wobec królestwa, które zaledwie kilka tygodni wcześniej zdawało się chwiać na krawędzi upadku.
Pół roku później Piotr został pozbawiony tronu i zamordowany, a jego następczyni, Katarzyna II, ponownie przystąpiła do wojny po stronie Francji i Austrii, jednak Fryderyk dobrze wykorzystał chwilę wytchnienia. Warunki zawartego w 1763 roku pokoju były korzystne dla Prus i ich głównego sojusznika - Wielkiej Brytanii.
Lecz kiedy Franklina Delano Roosevelta zastąpił na stanowisku prezydenta Harry S. Truman, nowy cud nie nastąpił. Trzeźwo myślący były senator z Missouri różnił się pod wieloma względami od swojego poprzednika, ale nie zamierzał zmieniać zasad gry. Wielka koalicja przetrwała, przynajmniej na razie. Niepowstrzymana ofensywa wojsk alianckich, nacierających na Niemcy od wschodu i od zachodu, nie została przerwana.
Wehrmacht stawiał nadspodziewanie stanowczy opór, nawet na zachodzie, przynajmniej do początku 1945 roku. Postępy wojsk anglo-amerykańskich, zaskakująco szybkie w pierwszej fazie po opuszczeniu przyczółka w Normandii, zostały powstrzymane, równie zaskakująco i nagle, po upadku Paryża i Brukseli. We wrześniu 1944 roku próba zdobycia przez aliantów mostu na Renie w Arnhem zakończyła się katastrofalnym niepowodzeniem. Przez moment istniała szansa przebicia się w Alzacji, jednak wojska amerykańskie nie wykorzystały jej i Niemcy wyraźnie usztywnili opór. Tysiące brytyjskich i amerykańskich żołnierzy zginęło jesienią i na początku zimy, atakując niespodziewanie silne linie niemieckiej obrony. W okresie od września do grudnia dwadzieścia cztery tysiące Amerykanów poniosło śmierć w walkach o las Hürtgen po niemieckiej stronie granicy z Belgią. W ostatnim tygodniu listopada generał Patton stracił ponad dwa tysiące ludzi w bitwie o miasto Metz we wschodniej Francji.
Niecały miesiąc później ruszyła niemiecka kontrofensywa w Ardenach (tak zwana bitwa o wybrzuszenie). Zginęło w niej około dziewiętnastu tysięcy amerykańskich żołnierzy, większość w ciągu kilku pierwszych dni; znacznie więcej zostało rannych lub trafiło do niewoli - były to najcięższe straty, jakie armia amerykańska poniosła we wszystkich walkach w Europie. W tej szokująco krwawej, lecz mimo to zakończonej ostateczną porażką próbie pokazania, że Wehrmacht wciąż jeszcze ma zęby, Niemcy stracili prawie sto tysięcy ludzi.
Nawet kiedy na początku marca 1945 roku wojska sprzymierzonych sforsowały wreszcie Ren w Remagen, niemieccy żołnierze - w dużej części w wieku przed- lub popoborowym albo wcieleni do armii w wyniku rozpaczliwej rekrutacji w zwolnionych dotychczas ze służby wojskowej grupach zawodowych - zmusili aliantów, by drogo zapłacili za każdy zajmowany kilometr ich ojczyzny. Brytyjczycy i Amerykanie (a teraz także siły Wolnej Francji) musieli mozolnie zdobywać wioskę po wiosce i dom po domu, przełamując zaciętą obronę.
Dopiero w drugim tygodniu kwietnia, po złożeniu broni przez ponad trzystutysięczne oddziały broniące kluczowego Zagłębia Ruhry i po rozpoczęciu ostatecznej radzieckiej ofensywy na Berlin, Wehrmacht zaczął się w widoczny sposób rozpadać. Ale nawet wtedy na wschodzie, gdzie od rozpaczy silniejszy był strach przed rosyjską zemstą, wielu Niemców walczyło zaciekle do samego końca. Bili się o swoją stolicę, Berlin - którego zdobycie kosztowało Rosjan osiemdziesiąt tysięcy żołnierzy - i o to, by ich towarzysze oraz jak największa liczba cywilów mogli poddać się wojskom zachodnich aliantów, a nie Sowietom.
Brutalne traktowanie niemieckich jeńców wojennych przez Rosjan (i jeszcze gorsze wziętych do niewoli żołnierzy radzieckich przez Niemców) było już wówczas powszechnie znanym faktem. Jeśli zaś chodzi o zachowanie się wobec cywilów, liczne oddziały Armii Czerwonej zdążyły wsławić się gwałtami, mordami i grabieżą.
Większość walczących w obronie ojczyzny interesowało już tylko uratowanie życia, własnego i możliwie dużej liczby rodaków, oraz tego, co jeszcze się da z dziedzictwa narodu, jednak do końca wojny, a nawet i dużo dłużej, wśród Niemców niewątpliwie byli również fanatycy. Po stronie sprzymierzonych krążyły pogłoski o starannie przygotowanych komórkach ruchu oporu, złożonych głównie ze zindoktrynowanej nazistowskiej młodzieży, o przyczajonych grupach terrorystycznych i o planach wycofania niedobitków nazistowskiego reżimu do tak zwanej Twierdzy Alpejskiej, praktycznie niemożliwej do zdobycia reduty w górach na granicy Niemiec i Austrii.
Rozproszone działania tak zwanego Werwolfu na wschodzie i na zachodzie (do najbardziej spektakularnych należało dokonane w marcu 1945 roku przez członków nazistowskiego ruchu oporu zabójstwo powołanego przez Amerykanów nadburmistrza zachodnioniemieckiego miasta Akwizgran) spowodowały, że żołnierze nacierających niepowstrzymanie wojsk sprzymierzonych starali się zachowywać daleko idącą ostrożność i odnosili się do miejscowej ludności z dużą dozą niechęci. Wyglądało na to, że Niemcy nie chcą przyjąć do wiadomości, iż przegrali wojnę.
Rzekoma Twierdza Alpejska okazała się mitem, ale informacje o aktach oporu (a także makabryczne odkrycia w wyzwalanych obozach koncentracyjnych i nazistowskich więzieniach) wystarczyły, by zatruć nastawienie przeciętnego amerykańskiego lub brytyjskiego żołnierza do pokonanego narodu. W rezultacie w pierwszych miesiącach okupacji w ich relacjach z pokonanymi było wiele nerwowości, zawziętości, a czasem zwykłej agresji, co wydaje się całkiem zrozumiałe w przypadku indywidualnych żołnierzy, którzy czuli się zagrożeni. Co gorsza jednak, podobne postawy dawały o sobie znać w kuluarach i salach konferencyjnych Londynu i Waszyngtonu, gdzie zwolennicy twardej linii zdobywali przewagę nad rzecznikami łagodniejszego kursu. Nie mówiono może otwarcie o "zemście", ale zbiorowa wina Niemców, a co za tym idzie - polityka zbiorowej odpowiedzialności, szybko stała się milczącym założeniem, którym kierowali się zwycięzcy w okresie tuż przed kapitulacją Niemiec i zaraz po niej.
Po przekroczeniu granic Niemiec oficerowie do spraw cywilnych armii amerykańskiej, których przed wysłaniem do Europy przeszkolono w zakresie administrowania wyzwalanymi terytoriami i współpracy z miejscową ludnością, a także ich mniej lub bardziej dokładni odpowiednicy w wojskach rosyjskich, brytyjskich i francuskich, stali się urzędnikami alianckich zarządów wojskowych. Zasady się teraz zmieniły. W krajach wyzwolonych spod okupacji niemieckiej, zgodnie z przewidywaniami, relacje z mieszkańcami były przeważnie przyjacielskie. Mimo (dosyć licznych) przypadków nieporozumień i niewłaściwych zachowań ze strony żołnierzy sił sprzymierzonych po obu stronach było wystarczająco dużo elementarnej dobrej woli, by całościowy obraz przedstawiał się w radosnych barwach. W końcu przeważająca większość cywilów na ziemiach wyzwolonych spod niemieckiej okupacji naprawdę wolała wolność od niewoli. I co ważniejsze, pomimo problemów i braków w zaopatrzeniu istniała nadzieja, że z czasem sytuacja się poprawi.
Po wkroczeniu do Rzeszy żołnierze nacierających wojsk sprzymierzonych natychmiast zorientowali się, że nie znajdują się już wśród przyjaciół. Nie oznacza to wcale, że większość Niemców czuła do nich nienawiść, życzyła im śmierci czy chociażby planowała aktywny opór. Ale wystarczyło porównanie z ostatnim miastem wyzwolonym po francuskiej, belgijskiej lub holenderskiej stronie granicy, by różnica natychmiast stała się widoczna. Tam wyzwoleni mieszkańcy witali alianckie wojska wywieszeniem własnej, często długo przechowywanej w ukryciu flagi, niekiedy razem z flagą wyzwolicieli, jeśli mieli taką albo byli w stanie szybko ją wykonać. W niemieckich wsiach i miasteczkach zwykle nie było żadnej widocznej reakcji. Miejscowa ludność zamykała się w swoich domach. Tylko gdzieniegdzie powiewała biała flaga, często zaimprowizowana ze zwykłego prześcieradła wywieszonego z okna na górnym piętrze budynku, niewyrażająca żadnych treści poza oczywistym przesłaniem kapitulacji.
W momencie przejścia pod kontrolę aliantów Niemcy stanowiły czystą tablicę. Wszystkie instytucje władzy i przejawy życia politycznego istniejące do tej pory w oczach zwycięzców uchodziły za niereformowalne zło. W Belgii, Holandii albo Norwegii, a nawet w bardziej burzliwych i skomplikowanych uwarunkowaniach Włoch i Grecji dążono do przywrócenia struktur podobnych do tych, które funkcjonowały przed dojściem do władzy faszystów (sytuacja w Polsce i Europie Wschodniej była inna z wielu powodów, głównie dlatego, że sowieccy "wyzwoliciele" wprowadzali tam własny, agresywnie radykalny program polityczny). Jednakże w Niemczech najpilniejszym celem było pozbycie się reliktów dawnego systemu, zniszczenie tkanki nazistowskiego totalitaryzmu nie tylko w administracji państwowej, lecz także na polu przemysłu, sztuki, edukacji i nauki.
Odpowiedź na pytanie, czym trzeba lub czym można zastąpić te złowrogie struktury, rysowała się już znacznie mniej wyraźnie i - na początkowym etapie - w dużej mierze wydawała się nieistotna. Najpierw trzeba było podbić Niemcy i wyeliminować bezpośrednie zagrożenia, co wcale nie zapowiadało się na łatwe zadanie. Oprócz prawdopodobieństwa napotkania fanatycznego ruchu oporu w stylu Werwolfu była jeszcze ogromna, pięciomilionowa armia pokonanego wroga, którą należało rozbroić i internować, a następnie wyłowić z jej szeregów zbrodniarzy wojennych i osoby politycznie niebezpieczne. Oddzielenie i zneutralizowanie tych dwóch kategorii ludzi miało kluczowe znaczenie dla realizacji obu najpilniejszych zadań okupantów: zabezpieczenia okupacji przed zagrożeniem ze strony potencjalnych wrogich elementów oraz politycznego oczyszczenia pokonanego narodu.
Kiedy alianccy przywódcy spotkali się po wojnie w Poczdamie, tuż obok świeżo zdobytego Berlina, sytuacja w Europie nie wyglądała już tak samo jak wtedy, gdy omawiali ją po raz ostatni na konferencji w Jałcie w lutym 1945 roku, kiedy do zakończenia wojny wciąż jeszcze brakowało kilku miesięcy.
Tymczasem ze sceny zeszli Hitler i Mussolini; umarł także jeden z wielkich alianckich przywódców - Roosevelt. Ale wydarzyły się również rzeczy znacznie straszliwsze: krwawe bitwy i rzezie, wypędzenia milionów Niemców ze wschodnich Niemiec, Polski i Kraju Sudetów, apokaliptyczne bombardowania Drezna, Pforzheimu i Würzburga, szturm Berlina, "marsze śmierci" z opróżnianych obozów koncentracyjnych i jenieckich. Przede wszystkim wprawiono w ruch migracje ogromnych mas ludności, jakich Europa nie widziała od upadku Cesarstwa Rzymskiego; objęły one nie tylko Niemców, ale także Polaków, Ukraińców, Węgrów, Włochów i inne narody. Churchill podporządkował się w końcu woli brytyjskich wyborców i 26 lipca 1945 roku ustąpił ze stanowiska premiera. Lider głoszącej radykalne hasła społeczne Partii Pracy Clement Attlee został wyniesiony do władzy miażdżącą przewagą głosów, co dowodziło, że brytyjski elektorat przeniósł zainteresowanie z szumnych frazesów na praktyczne problemy czasów pokoju i odrzucając sentymenty, dobitnie wyraził wolę polityczną.
Triumfalna, lecz jednocześnie pełna niepokoju militarna obecność aliantów w Niemczech zderzyła się więc z oszołomieniem i rozgoryczeniem niemieckiego społeczeństwa, pośród ruin miast, w sytuacji generalnego załamania komunikacji i zaopatrzenia w najlepiej niegdyś zorganizowanym państwie Europy. Jak się wydaje, zrozumienie, że brutalne lub choćby surowe traktowanie byłej Rzeszy w okresie powojennej okupacji może się w pewien sposób kłócić z dążeniem do osiągnięcia wytyczonego celu, czyli przygotowaniem przyszłych Niemiec do włączenia się w pokojową rodzinę narodów, zajęło aliantom dość dużo czasu.
W Wielkiej Brytanii panowało powszechne przekonanie, że Niemcy mają to, na co zasłużyli, niepodzielane jedynie przez garstkę krytyków pod wodzą posła partii laburzystowskiej Richarda Rapiera Stokesa i biskupa Chichesteru George'a Bella (obaj w czasie wojny ostro krytykowali dywanowe naloty bombowe na niemieckie miasta) oraz płomiennego, acz nieco ekscentrycznego lewicowego publicysty i wydawcy Victora Gollancza. Publikowane w prasie relacje z wyzwalania obozów koncentracyjnych przyczyniły się do jeszcze większej izolacji skłonnej do wybaczenia mniejszości.
Również w Ameryce wiele wysoko postawionych osób, na czele z sekretarzem skarbu Henrym Morgenthauem, opowiadało się za rygorystycznym potraktowaniem Niemiec, likwidacją przemysłu produkującego na potrzeby wojny, pełną decentralizacją państwa, a nawet za przekształceniem Rzeszy w kraj wyłącznie rolniczy. Ta radykalna, na swój sposób idealistyczna propozycja rozwiązania istniejącego problemu zakładała utrzymanie dobrych relacji pomiędzy sojusznikami z czasów wojny i co za tym idzie - sytuację trwałego pokoju, któremu tylko odradzająca się potęga militarna Niemiec byłaby w stanie zagrozić. Głównym, a nawet jedynym celem okupacji byłoby więc zapobieżenie owemu odrodzeniu, w pierwszym rzędzie poprzez likwidację przemysłu zbrojeniowego, stanowiącego jego niezbędny warunek.
Z drugiej strony większość urzędników Departamentu Stanu i Departamentu Wojny - włączając sekretarza wojny Henry'ego Stimsona - propagowała stanowczą, lecz przy tym elastyczną politykę wobec podbitego narodu, która zneutralizowałaby zagrożenie nazizmem, a jednocześnie pozwoliła Niemcom stanąć na nogi. Początkowo chodziło przede wszystkim o to, by Niemcy nie stały się nadmiernym ciężarem dla zwycięzców, lecz szybko ważną rolę zaczęły odgrywać również względy polityczno-wojskowe. Wkrótce po zakończeniu wojny (a nawet zapewne wcześniej, zważywszy na konflikty pomiędzy sojusznikami w sprawie przyszłości Polski, które ujawniły się pod koniec wojny) stało się jasne, że gładkie funkcjonowanie Niemiec pod wspólną kontrolą Wielkiej Brytanii, Związku Radzieckiego, Stanów Zjednoczonych i Francji, sprawowaną z głównej kwatery sojuszników w Berlinie, jest mało prawdopodobne. Zwłaszcza Francuzi starali się sabotować ten układ. Bezwzględne działania Sowietów w Europie Wschodniej i Środkowej oraz wyraźne przejawy komunistycznych ambicji w innych miejscach, w połączeniu z uświadomieniem sobie przez administrację Trumana, że pięćdziesiąt milionów głodnych i bezrobotnych Niemców w strefach kontrolowanych przez zachodnich sojuszników nie stanowi dobrego budulca do wzniesienia w podnoszącej się ze zniszczeń wojennych Europie Zachodniej zapory przed komunizmem, także przyczyniły się do niepowodzenia grupy Morgenthaua.
Musiało upłynąć trochę czasu od zakończenia wojny i dojść do kilku ostrych spięć w łonie władz okupacyjnych, by pragmatyści uzyskali wyraźną przewagę nad idealistami. Jednak kiedy to nastąpiło, polityka wobec ludności niemieckiej, nazistowskiej czy nie, obrała znacznie bardziej pragmatyczny kierunek, co niektórzy przyjęli z rozczarowaniem. Plan Morgenthaua, zakładający podział Niemiec i zbudowanie ich niejako na nowo, ustąpił miejsca wizji odbudowania trzech czwartych Niemiec na nowym, demokratycznym fundamencie, ale bez naruszania ich potencjału przemysłowego i w ramach dotychczasowych struktur, z wykorzystaniem starego, podejrzanego materiału, który w pierwszym upojeniu zwycięstwem zamierzano całkowicie odrzucić. Oczywiście zupełnie nowe Niemcy w końcu powstaną - ale ich zbudowanie zajmie prawie pięćdziesiąt lat.
Jeśli chodzi o Rosjan, powojenny kształt okupowanej przez nich części Niemiec, jak i wszystkich innych obszarów Europy Wschodniej i Środkowej "wyzwolonych" przez Armię Czerwoną, został narzucony siłą. Dlatego w przypadku Sowietów rozważania dotyczyły głównie taktyki, a nie strategii.
Utworzenie we wschodnich Niemczech totalitarnego, komunistycznego państwa satelickiego było niewątpliwym sukcesem Moskwy. Prawdopodobieństwo, że bez rosyjskich wytycznych i nadzoru - nie wspominając o kohortach uległych niemieckich komunistów - takie państwo spontanicznie wyewoluowałoby na gruzach nazizmu, jest bardzo niewielkie. Forma państwowości osiągnięta pod koniec lat czterdziestych przez tę część Niemiec, która znalazła się pod okupacją mocarstw zachodnich, miała być może bardziej skomplikowane początki i potrzebowała więcej czasu, by się ostatecznie wykrystalizować. Przede wszystkim zorientowana na Zachód Republika Federalna, niemal dokładnie cztery lata po zakończeniu wojny utworzona ze stref brytyjskiej, amerykańskiej i francuskiej, przynajmniej w pierwszym okresie w znacznie większym stopniu przypominała przedwojenne Niemcy niż jej rywalka, kontrolowana przez Związek Radziecki Niemiecka Republika Demokratyczna.
Ocena, czy okupacja/okupacje Niemiec zakończyła/zakończyły się sukcesem czy niepowodzeniem, wahała się i zmieniała przez cały okres powojenny. W szczytowym momencie zimnej wojny, kiedy Niemcy Zachodnie stały się cenionym sojusznikiem i ważną zaporą przeciwko komunizmowi, przeważał pogląd, że po 1945 roku kraj ten szybko przyswoił sobie demokrację - w każdym razie tam, gdzie mu na to pozwolono, to znaczy na zachodzie. Według tej wersji wydarzeń zachodni sojusznicy w kontrolowanych przez siebie strefach dali Niemcom struktury i edukację, stanowiące niezbędny warunek udanej transformacji. Wystarczyło kilka lat, by Niemcy przeobraziły się w wiernego przyjaciela Ameryki, Francji i Wielkiej Brytanii, swoich sojuszników z NATO. Uznano to za naturalną konsekwencję mądrej polityki okupacyjnej. Zachodnie mocarstwa tym razem zastosowały łagodniejsze środki niż po I wojnie światowej, a zwłaszcza mniej odwetową politykę gospodarczą.
Tę pozytywną narrację przyjęły elity wszystkich zaangażowanych państw, łącznie z samymi Niemcami Zachodnimi, Francją (od lat sześćdziesiątych splecioną w miłosnym wręcz uścisku ze swoim byłym odwiecznym wrogiem), Ameryką (której wolna, lekkostrawna popkultura oraz zdecentralizowany ustrój polityczny również wywarły istotny wpływ na kształt nowych Niemiec) i Wielką Brytanią (szczycącą się podarowaniem Niemcom liberalnego systemu oświaty i sprawnych związków zawodowych).
Sowieci wystartowali jeszcze gorzej niż ich zachodni sojusznicy: masowymi wypędzeniami, gwałtami i grabieżami. Spóźnione i często niezręczne próby przypochlebiania się miejscowej ludności, by zyskać jej przychylność albo choć trochę zmniejszyć własną niepopularność, nie mogły zamaskować faktu, że rząd wschodnich Niemiec był po prostu marionetkowy. Niezadowolenie mieszkańców kraju wymusiło fortyfikację granic, najpierw (1952) niemiecko-niemieckiej, biegnącej przez środek dawnego państwa od Lubeki do Hofu, a następnie (1961) w ostatniej enklawie międzysojuszniczej administracji - Berlinie. W 1953 roku w strefie sowieckiej wybuchł otwarty bunt, który stłumiono przy użyciu siły i surowych środków represji; setki osób stracono, a kilka tysięcy otrzymało długoletnie wyroki więzienia. Siedemnaście milionów Niemców, którzy po dwunastu latach nazistowskiej dyktatury mieli pecha znaleźć się w sowieckiej strefie okupacyjnej, gładko przeszło pod czterdziestoletnie panowanie konkurencyjnej odmiany totalitaryzmu, nieznacznie mniej brutalnej i w każdym razie nie rasistowskiej, ale przez to wcale nie mniej opresyjnej. Co gorsza, nowi, komunistyczni bonzowie chełpili się, że ich kraj całkowicie zerwał z nazistowską przeszłością, co rzekomo dawało im przewagę moralną nad zachodnioniemieckimi elitami.
W obu narracjach z okresu zimnej wojny tkwi ziarnko prawdy, a w każdym razie żadna z nich nie jest rażąco fałszywa. Niemcy Zachodnie nie zostały od razu cudownie wskrzeszone jako bastion wolności i tolerancji, jak to niektórzy przedstawiali. Istniały po temu odpowiednie ramy, podobnie jak w latach 1918-1933. Jednakże, jak się przekonamy, kiedy w 1949 roku powstawało to okrojone państwo, sześćdziesiąt procent spośród pięćdziesięciu milionów jego mieszkańców nadal uważało nazizm za słuszną ideę, która została wypaczona; w istocie odsetek ten był znacznie większy niż we wcześniejszych badaniach opinii publicznej, przeprowadzonych bezpośrednio po wojnie. Zapytani, czy gdyby kazano im wybierać, przedłożyliby bezpieczeństwo nad wolność słowa, w większości przypadków uznawali bezpieczeństwo za większe dobro. Poza tym wiele osób wciąż hołdowało różnym formom antysemityzmu.
W strefach kontrolowanych przez zachodnich sojuszników znaczna liczba nazistów, w tym wielu odpowiedzialnych za zbrodnie popełnione nie tylko na niewinnych mieszkańcach podbitych krajów, lecz także na własnych rodakach, uniknęła kary za swoje czyny. Nawet jeśli wszczynano przeciwko nim postępowanie, często znajdowali obrońców w rozmaitych sektorach powojennego establishmentu. Przez mniej więcej pierwsze piętnaście lat swojego istnienia pod względem społecznym i kulturowym Niemcy Zachodnie pozostawały głęboko, momentami wręcz opresyjnie konserwatywne.
Polityczno-kulturowa rewolucja lat sześćdziesiątych, będąca dziełem głównie młodych ludzi, którzy w momencie zakończenia wojny byli co najwyżej w wieku przedszkolnym, wstrząsnęła Niemcami znacznie silniej niż jakimkolwiek innym państwem zachodnim, nie wyłączając Ameryki. Nagle, po dwudziestu latach rekonstrukcji i odbudowy, ale stosunkowo niewielkich przewartościowań, przed zachodnioniemieckimi sądami stawali starzejący się zbrodniarze wojenni, zaczęto mówić o Holokauście (pomijanym milczeniem w latach pięćdziesiątych), cały naród dyskutował o swojej przeszłości i o tym, w jakim kierunku ma zmierzać kraj. W rzeczywistości debata, która mogła się odbyć w pierwszych latach po klęsce nazistowskiego państwa (jak pragnęli tego wówczas okupanci i niewielka garstka żarliwych niemieckich antynazistów), rozpoczęła się wreszcie dwadzieścia lat później. To ona nadała i nadal nadaje kształt zróżnicowanym, dynamicznym i tolerancyjnym Niemcom, jakie widzimy w XXI wieku.
Nie oznacza to jednak, że różne formy faszyzmu, często oparte bezpośrednio na modelu nazistowskim, zostały w tych nowych Niemczech wykorzenione bez śladu. Denazyfikacja, nawet w przeprowadzonej własnymi rękami, delikatnej i długofalowej wersji, która ostatecznie zatriumfowała, w żadnym razie nie mogła być i nie była kompletna. W zjednoczonej Republice - trzeba uczciwie przyznać, że podobnie jak w całej Europie - mroczne, ksenofobiczne fantazje o czystości rasowej i idealnym "porządku" wciąż cieszą się poparciem istotnej mniejszości wyborców. W porównaniu z latami trzydziestymi różnica polega na tym, że obecnie liczba zwolenników tego rodzaju ideologii jest stosunkowo niewielka i że nie zyskują one aprobaty elit kultury, polityki czy gospodarki.
Jeśli chodzi o Niemcy Wschodnie, mimo pretensji do ideologicznej czystości i przechwałek, że tylko one oczyściły się po wojnie z nazistowskiej zarazy, istnieją silne dowody, że urok marksizmu-leninizmu, pod którym wbrew swojej woli znaleźli się ich mieszkańcy, miał równie destrukcyjne działanie jak zachodnioniemiecka hiperkapitalistyczna orgia niepamięci. A może nawet dokonał większych zniszczeń, bo - inaczej niż po zachodniej stronie granicy - nie było tam lat sześćdziesiątych ani młodego pokolenia, które stawiało swoim rodzicom niewygodne, często niesprawiedliwe pytania. Niemcy Wschodnie twierdziły, że rozwiązały problem narodowy na drodze komunizmu, ale po 1989 roku okazało się, że w tak zwanej Niemieckiej Republice Demokratycznej bakcyl nazizmu przetrwał w znacznie bardziej zjadliwej formie niż w konkurencyjnym państwie kapitalistyczno-demokratycznym. To właśnie na wschodzie neonaziści mają obecnie najsilniejszy elektorat i w niektórych bardziej podatnych miastach wywierają istotny wpływ na jakość życia mieszkańców.
We współczesnych Niemczech dużo się mówi o grzechach przeszłości, ale jednocześnie toczy się coraz żywsza debata na temat cierpień doznanych przez Niemców w XX wieku w wyniku alianckich nalotów dywanowych na niemieckie miasta, masowych wypędzeń z rodzinnych ziem oraz w czasie mściwego i często zwyczajnie nieudolnego interregnum zwycięskich aliantów. Wydana w 2003 roku Pożoga[1], namiętna, tendencyjna opowieść Jörga Friedricha o wojennych bombardowaniach, mimo swoich wad rozpętała oczyszczającą ogólnonarodową debatę o ofiarach poniesionych przez samych Niemców. Podobnie bestsellerowe prace na temat "transferu ludności" ze wschodnich prowincji, na czele z wydaną w 2008 roku Kalte Heimat [Zimna ojczyzna] Andreasa Kosserta, spowodowały, że ten aspekt niemieckich cierpień jest dziś przedmiotem racjonalnej dyskusji, a nie tylko pretekstem do miotania oskarżeń.
Jeżeli chodzi o zasadniczy temat niniejszej książki, okres powojenny i denazyfikacja stały się modne (zwłaszcza gdy po zjednoczeniu Niemiec otwarto wschodnioniemieckie archiwa). Rosnąca liczba publikacji umożliwia badaczom bardziej zróżnicowane i zniuansowane spojrzenie na to, co udało się (i czego się nie udało) osiągnąć w procesie uwalniania Niemiec od cienia nazizmu.
Autorzy pochodzący z byłych krajów koalicji antyhitlerowskiej, zwłaszcza z Wielkiej Brytanii i z Ameryki, podejmują również - po części zachęceni rozkwitem "studiów okupacyjnych" po inwazji na Afganistan i Irak - wnikliwe badania nad różnymi aspektami alianckiej okupacji Niemiec. Książki w rodzaju After the Reich [Po III Rzeszy] Gilesa MacDonogha przyjmują agresywnie prokuratorski ton, słusznie wyliczając błędy i akty okrucieństwa, ale często nie zadają sobie trudu przyjrzenia się potwornościom nazistowskiej polityki w krajach okupowanych w ciągu poprzedzającego sześciolecia, które dały sojuszniczym mocarstwom i ich indywidualnym przedstawicielom (aż po najskromniejszego, wystraszonego, niekiedy wściekłego szeregowca) asumpt do mściwych zachowań. Bardziej wyważone dzieła, takie jak niezastąpiona The Denazification of Germany Perry'ego Biddiscombe'a (która wiele interesujących spostrzeżeń zawdzięcza wcześniejszej pracy tego samego autora na temat nazistowskiego ruchu oporu Werwolf i jego odgałęzień), siłą rzeczy również nie mogły poświęcić zbyt wiele miejsca badaniom korzeni i konsekwencji omawianego procesu.
Z ważnych opracowań, takich jak Biddiscombe'a, wynika wyraźnie, że doświadczenie denazyfikacji, które stało się udziałem Niemiec mniej więcej w latach 1944-1949, nie było ani jednoznaczne, ani pełne. Początki niemieckiej drogi do odzyskania szacunku na arenie międzynarodowej i osiągnięcia dobrobytu, a w końcu nawet do odbudowania dobrego samopoczucia moralnego - krótko mówiąc, tego, co w społeczności narodów uchodzi za normalność - były niezdecydowane i niepewne, czasem mężne i szlachetne, czasem wymuszone albo wyrachowane, ale przede wszystkim były tym tylko właśnie: początkami.
Jak każdy postęp w dziejach ludzkości rozwój Niemiec wspomagały i hamowały siły zewnętrzne oraz moc przypadku. W tle nadal toczyła się historia, enigmatyczna i niewyobrażalnie wręcz skomplikowana, nic sobie nie robiąc z wysiłków zwycięzców i zwyciężonych, którzy próbowali wyłowić jakiś sens z przeszłych i aktualnych wydarzeń. To były naprawdę straszliwe lata; nadejście pokoju nie położyło bynajmniej kresu nieszczęściom. Wiele spraw potoczyło się gorzej, niż miano nadzieję, inne za to, zwłaszcza pod koniec, lepiej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać.
Opowieść o wymuszonych początkach niemieckiej transformacji zaczyna się, jakżeby inaczej, w ogniu wojny, kiedy wciąż jeszcze nieujarzmione serce Niemiec przygotowuje się do nieuniknionej inwazji nieprzyjaciela. Chociaż alianci mieli ogólne wyobrażenie o tym, co będą musieli zrobić po przejęciu kontroli nad wrogim państwem, ich strategia istniała jednak tylko w ogólnym zarysie i była precyzowana z marszu, zależnie od wymogów i obaw chwili.
Dołączmy więc do nacierających wojsk sprzymierzonych w momencie, gdy stawiają pierwsze, niepewne i ostrożne kroki na terytorium Trzeciej Rzeszy.
Tak się złożyło, że był to 11 września 1944 roku.
Dziewięćdziesiąt sześć dni po lądowaniu aliantów na plażach Normandii siedmioosobowy patrol drużyny B drugiego plutonu 85 Szwadronu Rozpoznawczego Kawalerii, przydzielonego do 5 Dywizji Pancernej 1 Armii Stanów Zjednoczonych Ameryki, sforsował rzekę Our, wkraczając w ten sposób z Luksemburga na przedwojenne terytorium Trzeciej Rzeszy.
Most, który normalnie łączył granice obu państw, zniszczyły wycofujące się oddziały Wehrmachtu, ale rzeka była dostatecznie płytka, by sierżant Warner W. Holzinger i jego ludzie zdołali przejść ją w bród i dotrzeć na drugi brzeg. Nie napotkawszy żołnierzy wroga, wspięli się na skarpę po niemieckiej stronie.
Wkrótce Amerykanie dostrzegli pracującego w polu rolnika. Sierżant Holzinger - urodzony w Ameryce w niemieckiej rodzinie i władający językiem swoich przodków - przemówił do Niemca, który zaofiarował się pokazać Amerykanom system wrogich bunkrów. Prowadzeni przez rozbrajająco przyjacielskiego tubylca, weszli mniej więcej półtora kilometra w głąb terytorium Rzeszy i rzeczywiście niebawem oglądali niemieckie umocnienia, w tym miejscu złożone z dziewiętnastu albo dwudziestu betonowych bunkrów. Do jednego z nich, zupełnie bez sensu, przylegał zbudowany przez miejscowych mieszkańców kurnik. Nigdzie nie było widać śladu wrogich wojsk6.
Nie chcąc kusić losu, amerykańscy żołnierze po własnych śladach wrócili na drugi brzeg rzeki, znajdujący się w rękach aliantów. Mniej więcej kwadrans po szóstej po południu 11 września 1944 roku zameldowali się u dowódcy swojego plutonu porucznika Lorena L. Viponda.
Informacja o wypadzie na terytorium Niemiec szybko została przekazana przez radio do kwatery generała porucznika Courtneya Hodgesa, dowódcy 1 Armii, skąd lotem błyskawicy długo wyczekiwana wiadomość - sprzymierzeni przebili się w końcu na terytorium Rzeszy - rozeszła się po całym świecie7.
Wypad patrolu drugiego plutonu na drugą stronę granicy był pierwszym z kilku przeprowadzonych tego samego dnia przez amerykańskie jednostki. We wczesnych godzinach wieczornych kompania ze 109 Pułku Piechoty 28 Dywizji Piechoty przekroczyła Our po moście pomiędzy Weiswampach na północnym krańcu Luksemburga i niemiecką miejscowością Sevenig. W pobliżu Saint-Vith w Belgii patrol 22 Pułku Piechoty 4 Dywizji Piechoty również przekroczył granicę niedaleko wsi Hemmeres i przez pewien czas krążył po okolicy. Żołnierze spotkali kilku cywilów i wdali się z nimi w rozmowę. Znaczna część ludności została ewakuowana przez SS (Schutzstaffel der NSDAP, Sztafety Ochronne NSDAP). Ci, którzy zostali, przeważnie ukryli się w pobliskim lesie, szybko jednak okazało się, że warunki wojenne nie sprzyjają wykonywaniu gospodarskich obowiązków. Mieszkanka rolniczej osady Heckuscheid opisała sytuację z pewną dozą melodramatyzmu: "Nagle zorientowaliśmy się, że ludzie, którzy poszli do wsi, żeby nakarmić zwierzęta, już stamtąd nie wrócili: zostali aresztowani przez Amerykanów, którzy tu tymczasem dotarli"8. Na dowód powodzenia misji zwiadowcy przynieśli z wyprawy niemiecką czapkę, trochę niemieckich pieniędzy i próbkę ziemi.
Zdecydowane wtargnięcie znacznymi siłami na terytorium przeciwnika musiało zaczekać do następnego dnia, 12 września, i nastąpiło około stu kilometrów na północ od miejsca pierwszych rekonesansów. Tuż przed trzecią po południu shermany pancernego zespołu taktycznego pułkownika Williama B. Lovelady'ego, elitarnej jednostki w sile batalionu, która przeszła cały szlak bojowy z plaży Omaha, przetoczyły się obok ostatniego gospodarstwa po stronie belgijskiej, w oczekiwaniu na wyzwolenie ozdobionego już belgijską flagą. Dalej, po drugiej stronie torów kolejowych, znajdowało się następne skupisko budynków, ale tam widać już było tylko białe flagi. Za torami leżało terytorium wroga.
Zespół taktyczny "Lovelady" wjechał do malowniczego przygranicznego miasteczka Roetgen i zajął je, nie napotkawszy oporu. Ci z mieszkańców, którzy odważyli się opuścić domy, by popatrzeć na zwycięzców, często wręczali im nawet kwiaty, a w jednym przypadku poczęstowali kawą. Wydawało się, że amerykańską inwazję witają raczej z ulgą niż z lękiem9. Łącznościowcy zameldowali o zajęciu miasta bezpośredniemu przełożonemu oddziału generałowi majorowi Boudinotowi, dowódcy Grupy Bojowej "B" 3 Dywizji Pancernej. Porywczy, urodzony w stanie Iowa generał - znany kawalerzysta i były uczestnik zawodów balonowych - odpowiedział: "Przekażcie Lovelady'emu, że jest sławny! Pogratulujcie mu i powiedzcie, żeby parł naprzód!"10.
W rzeczywistości świeżo okryty chwałą pułkownik był zmuszony się zatrzymać. Na wschodnich obrzeżach miasteczka znajdowały się broniące dostępu w głąb Rzeszy "smocze zęby", potężne zapory przeciwczołgowe słynnej linii Zygfryda, zbudowanej w latach trzydziestych na rozkaz Hitlera i od tamtej pory solidnie wzmocnionej. Kiedy porucznik Burroughs, dowódca grupy rozpoznawczej, która oczyściła drogę do Roetgen, wysiadł z czołgu, by obejrzeć lej na skraju miasteczka, zastrzelił go niemiecki snajper. Lovelady zrozumiał aluzję. Postanowił zatrzymać się i zaczekać.
Tak czy inaczej, armia amerykańska wkroczyła na niemiecką ziemię. To była wiadomość dnia. Zespołowi taktycznemu Lovelady'ego, inaczej niż patrolom z dnia poprzedniego, towarzyszyła niewielka, za to entuzjastycznie nastawiona grupka dziennikarzy. "The New York Times" obwieścił, że "padło pierwsze niemieckie miasteczko". Inna gazeta zauważyła, że "Niemcy serdecznie witali najeźdźców"11.
Niejaki Herr Schleicher został powołany na nowego burmistrza Roetgen, a jego zadaniem było przekazywanie mieszkańcom rozkazów amerykańskiego dowódcy12. Od tego momentu zajęte już definitywnie miasteczko, jako pierwsze z kilkuset, które zostaną zdobyte w kolejnych tygodniach i miesiącach, zaczęło funkcjonować w warunkach okupacji.
Kilkaset kilometrów od Roetgen przyszli zwycięzcy kończyli właśnie ustalać, w jaki sposób ta okupacja ma być realizowana.
Lancaster House, okazałe późnogeorgiańskie gmaszysko wzniesione z brązowego kamienia z Bath, do dziś stoi w samym sercu ekskluzywnej dzielnicy Londynu Mayfair, dokładnie naprzeciwko pałacu St. James i kilka kroków od pałacu Buckingham. I rzeczywiście powstało z inicjatywy osoby blisko związanej z dworem: wuja królowej Wiktorii, księcia Yorku i Albany, drugiego syna króla Jerzego III i niedoszłego następcy brytyjskiego tronu, który zlecił jego budowę w 1825 roku.
Jednak niespełna dwa lata później książę umarł bezpotomnie w wieku sześćdziesięciu trzech lat (podobno w wyniku rozmaitych chorób spowodowanych rozwiązłym stylem życia), pozostawiając swoim spadkobiercom pustą skorupę niedokończonej rezydencji. Mimo to przez kilka lat nosiła ona nazwę York House. Następnie przeszła w posiadanie markiza Staffordu i przez blisko dziewięćdziesiąt lat nazywała się Stafford House. Później dom został kupiony przez hołdującego ideom obywatelskim fabrykanta mydła z Lancaster lorda Leverhulme'a i natychmiast podarowany - już jako Lancaster House - narodowi.
Wcześniej, w 1799 roku, pierwotnemu budowniczemu gmachu powierzono dowodzenie brytyjskim korpusem ekspedycyjnym, który miał przemaszerować przez błotniste niziny Holandii i podbić Francję. Młody książę, któremu nie pomogły ani brak doświadczenia, ani żałosny stan brytyjskich wojsk lądowych, poniósł sromotną klęskę. Jak na ironię sto czterdzieści pięć lat po legendarnej brytyjskiej porażce w jego dawnej rezydencji ulokowała się kwatera główna Europejskiej Komisji Doradczej (European Advisory Commission, EAC), zajmującej się w pierwszym rzędzie rozdzielaniem owoców jednego z największych zwycięstw w historii.
Europejska Komisja Doradcza wprowadziła się do Lancaster House w styczniu 1944 roku. Na konferencji w Teheranie w listopadzie 1943 roku Roosevelt, Churchill i Stalin podjęli kluczowe decyzje dotyczące przyszłości Niemiec po zakończeniu wojny: po pierwsze, znaczne obszary wschodnich prowincji mają zostać przyłączone do Polski; po drugie, niemiecki rząd zostanie zlikwidowany, a potężna niegdyś Trzecia Rzesza - podzielona na strefy okupacyjne.
EAC miała opracować szczegółowe procedury realizacji tych postanowień oraz tryb przyjęcia kapitulacji wroga. W tym celu każde ze sprzymierzonych mocarstw wydelegowało swojego przedstawiciela. W przypadku Wielkiej Brytanii był nim wpływowy urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych w randze ambasadora, pięćdziesięciodwuletni sir William Strang, który pełnił także funkcję pełnoetatowego sekretarza generalnego organizacji. Na czele delegacji amerykańskiej i radzieckiej stanęli ambasadorowie tych krajów, uprzejmy i życzliwy John G. Winant oraz nieposiadający żadnej z tych zalet Fiodor Gusiew. Współcześni opisywali Gusiewa - który nie mając jeszcze czterdziestu lat, na polecenie Stalina jesienią poprzedniego roku zastąpił towarzyskiego kosmopolitę Iwana Majskiego - jako niesympatycznego stalinowskiego biurokratę o ciasnych horyzontach13. Jednakże obaj, Gusiew i Majski, angażowali się w prace komisji w znacznie mniejszym zakresie niż Strang. Większość żmudnej, codziennej roboty spadła naturalnie na doradców wojskowych, ekonomicznych i politycznych.
Po dziewięciu, jak przystało, miesiącach mozolnej pracy, 12 września - kiedy pierwsze amerykańskie patrole ostrożnie zapuszczały się na terytorium Rzeszy - Europejska Komisja Doradcza wydała na świat protokół kapitulacji i okupacji Niemiec. Delegaci trzech mocarstw złożyli na nim swoje podpisy pośród przepychu wytwornych wnętrz Lancaster House, umeblowanych w stylu fałszywego Ludwika XIV.
W skrócie rzecz ujmując, przyjęty dokument okrawał obszar Niemiec do granic z 1937 roku, to jest sprzed aneksji Austrii i Kraju Sudetów - i oczywiście sprzed wchłonięcia ogromnych połaci Polski w latach 1939-1940.
Przewidywał także utworzenie trzech stref okupacyjnych, które będą zarządzane oddzielnie. Miały one powstać z uwzględnieniem istniejących granic administracyjnych i liczby ludności. Ponadto sprzymierzeni zgodzili się wspólnie zarządzać stolicą kraju, Berlinem, przy pomocy organu, który będzie później znany pod nazwą Kommandatura.
O ile okupacja "strefy wschodniej" i wschodniej części Berlina przez wojska radzieckie była już ostatecznie postanowiona, o tyle kwestie dokładnej alokacji "strefy północno-zachodniej" (brytyjskiej) i "strefy południowo-zachodniej" (amerykańskiej) oraz brytyjskiego i amerykańskiego sektora Berlina pozostawiono formalnie otwarte.
Porozumienie więcej zagadnień pomijało, niż doprecyzowywało - w szczególności wciąż nie uzyskano prawdziwej zgody co do ewentualnego utworzenia w przyszłości zjednoczonego państwa niemieckiego - ale określało przynajmniej z grubsza granice obszarów, które po wojnie miały znaleźć się pod kontrolą poszczególnych mocarstw. O tym, gdzie w momencie kapitulacji zatrzymają się armie sprzymierzonych, zadecyduje oczywiście wojenny przypadek. Ustalono jednak, że gdy wybije godzina zwycięstwa, każdy z aliantów wycofa się do przydzielonej sobie strefy i podejmie niezwykle skomplikowane zadanie zarządzania ludnością podbitych Niemiec (a także jej nakarmienia i zapewnienia należytego schronienia).
To tyle, jeśli chodzi o teoretyczną mapę powojennych Niemiec. Jesienią 1944 roku wojna nie była jeszcze zakończona. Chociaż wszystko wskazywało na to, że wygrają ją alianci, liczyły się przede wszystkim fakty w terenie, a te wciąż jeszcze trzeba było ustalić. Ostateczną mapę powojennych Niemiec kreślono nie tuszem, lecz krwią.
To niezupełnie prawda, że amerykańskie patrole były pierwszymi alianckimi jednostkami, które przeniknęły na teren Niemiec. W czerwcu 1944 roku, wykorzystując zniszczenie Grupy Armii "Środek", Armia Czerwona zbliżyła się na wschodzie do przedwojennej granicy Niemiec. Marszałek Żukow zaproponował Stalinowi, żeby wyzyskać zdobytą przewagę i wkroczyć do Prus Wschodnich, zanim Niemcy zdążą się przegrupować i zorganizować obronę. Radziecki dyktator uparł się jednak, że pierwszeństwo ma front w Polsce i na Bałkanach. Tak czy inaczej, 17 sierpnia radziecki patrol zapuścił się na chwilę do Prus Wschodnich w pobliżu przygranicznej miejscowości Stołupiany (Stallupönen), zamieszkanej przez sporą mniejszość litewską. W 1938 roku naziści przemianowali miasteczko na Erbenrode, ponieważ pierwotna nazwa raziła ich jako zbyt "nieniemiecka" (bo taka rzeczywiście była).
Dyszący żądzą zemsty żołnierze Armii Czerwonej musieli jednak poczekać jeszcze dwa miesiące z rozpoczęciem inwazji z prawdziwego zdarzenia. Generał Iwan Czerniachowski, dowodzący 3 Frontem Białoruskim, 16 października sforsował w końcu Niemen na wysokości Gołdapi i wkroczył z dużymi siłami do Prus Wschodnich. Wydał rozkaz zniszczenia formacji niemieckich wokół ważnych miast Insterburg (Wystruć) i Tilsit (Tylża) oraz oczyszczenia drogi do natarcia na stolicę prowincji i drugie co do wielkości miasto w całych Prusach - Königsberg (Królewiec).
Po początkowych sukcesach bezwzględnego natarcia Sowietów, którzy szybko zajęli kilka kolejnych miasteczek, niemiecka 4 Armia, dając dowody prawdziwego męstwa i wytrwałości, zdołała zatrzymać Czerniachowskiego, a nawet zmusić go do odwrotu. Ambitny trzydziestoośmioletni dowódca Armii Czerwonej, najmłodszy generał w II wojnie światowej, stracił w tak zwanej operacji gołdapsko-gąbińskiej siedemnaście tysięcy ludzi. Miał szczęście, że go za to nie zdegradowano, jak to się przytrafiło dowódcy 2 Frontu Białoruskiego Gieorgijowi Zacharowowi, który został w ten sposób ukarany za nieudaną, zakończoną krwawą rzezią próbę zajęcia dwóch przyczółków na rzece Narew na północny wschód od Warszawy14.
Dopiero na początku następnego roku Sowieci ponownie wkroczą do Niemiec, tym razem z naprawdę znacznymi siłami. Wcześniej jednak dadzą Niemcom i światu przerażający przedsmak tego, jak - przynajmniej na wschodzie - będzie przebiegała okupacja.
Wczesnym rankiem 21 października 1944 roku nad pofałdowanym krajobrazem Prus Wschodnich unosiła się jesienna mgła. Ciężkie pojazdy opancerzone drugiego batalionu radzieckiej 25 Brygady Pancernej toczyły się z łoskotem główną drogą prowadzącą na zachód, w głąb Prus Wschodnich, w kierunku ważnego miasta Gumbinnen (Gąbin). Po pięciu dniach od rozpoczęcia ofensywy przebiły się około pięćdziesięciu kilometrów w głąb Niemiec. Większość miejscowej ludności zdążyła uciec razem z wycofującymi się (chwilowo) oddziałami Wehrmachtu. Mimo to tamtego ranka Rosjanie napotkali konie i wozy czekające w kolejce przed mostem na rzece Angerapp (Węgorapa). Wjechali swoimi T-34 na most, miażdżąc pod gąsienicami wozy, zwierzęta i ludzi, i wtargnęli do opuszczonej, jak się wydawało, i bezbronnej wsi po drugiej stronie rzeki.
Nemmersdorf.
Większość z sześciuset trzydziestu siedmiu zarejestrowanych mieszkańców Nemmersdorfu (obecnie Majakowskoje w obwodzie kaliningradzkim) została ewakuowana. Ale, jak odkryli Rosjanie, nie wszyscy. Tych, którzy pozostali na miejscu, niewątpliwie spotkał przerażający los, ale źródła historyczne są tak zagmatwane, cała sprawa została tak ponaginana do bieżących potrzeb polityki czasu wojny, że trudno mieć pewność co do wszystkich szczegółów. Pewne wydaje się tylko to, że niemieckie oddziały szybko wróciły i podjęły kilka nieudanych prób odbicia miasteczka oraz mostu.
W czasie jednego z nalotów towarzyszących kontratakom wroga radzieccy żołnierze schronili się w zaimprowizowanym bunkrze, w którym jak się okazało, już wcześniej ukryło się czternaścioro niemieckich cywilów. Kiedy zagrożenie z powietrza ustało, sowiecki oficer rozkazał wszystkim opuścić schron. Wydaje się, że wkrótce potem rozpoczęła się rzeź cywilów. Niektórzy - na pewno wszystkie osoby z bunkra - zostali zastrzeleni z bliskiej odległości, inni skatowani na śmierć kolbami karabinów i narzędziami do kopania rowów.
Później tego samego dnia radzieckie jednostki pancerne otrzymały rozkaz wycofania się na łatwiejsze do obrony pozycje na wschodnim brzegu rzeki. Niemcy ponownie zajęli miasteczko i odkryli miejsce zbrodni oraz - rzekomo - pozostawioną obok wypalonego budynku tablicę z namalowanym ręką rosyjskiego żołnierza napisem: "Oto one, przeklęte Niemcy".
Po ponownym zajęciu Nemmersdorfu przez Wehrmacht - i po wycofaniu się Sowietów, którzy na kolejne dwa i pół miesiąca pozostawili Prusy Wschodnie w rękach Niemców - rozpętała się jedna z największych bitew propagandowych II wojny światowej. Nie ulega wątpliwości, że Rosjanie dopuścili się w Nemmersdorfie (a także okolicznych miejscowościach, ale to nie na nich skoncentrowała się niemiecka propaganda) zbrodni i że z ich rąk śmierć poniosło kilkudziesięciu cywilów. Po ponad trzech latach patrzenia, jak niemiecka nawała pustoszy ich ojczyznę, wielu pełnych gniewu żołnierzy Armii Czerwonej uważało, że mają prawo do straszliwej i, w ostatecznym rachunku, niemożliwej do usprawiedliwienia zemsty. Niemniej jednak decyzja szefa hitlerowskiej propagandy Josefa Goebbelsa, by wykorzystać masakrę w Nemmersdorfie jako broń w walce o wzmocnienie niemieckiego oporu, a przy okazji oczernić aliantów w oczach neutralnego świata, doprowadziła do poważnego zafałszowania rzeczywistego przebiegu wydarzeń.
Już kilka dni po "krwawym, bestialskim czynie" rozpisywała się o nim cała nazistowska prasa i trąbiły kroniki filmowe, publikując drastyczne zdjęcia zwłok. Goebbels, który bardzo zaangażował się w tworzenie "ostatniej linii oporu" -- Volkssturmu, czyli oddziałów pospolitego ruszenia złożonych z ludzi zbyt młodych lub zbyt starych, by walczyć na froncie, albo po prostu trwale niezdolnych do służby wojskowej - postanowił zmienić taktykę w wojnie propagandowej. Pod koniec 1944 roku sytuacja była tak rozpaczliwa, że przestało wystarczać triumfowanie przy każdym zwycięstwie i wypieranie się porażek. Nowa metoda Goebbelsa polegała na systematycznym rozbudzaniu w ludności niemieckiej strachu, który miał wzmocnić wolę oporu. Siłą rzeczy Niemcy musieli kontynuować walkę nie z wiary w ostateczne zwycięstwo, lecz z lęku przed klęską i rzezią z rąk słowiańskich "podludzi". Minister propagandy konsekwentnie i bez skrupułów pokazywał przerażające obrazy trupów.
Kiedy wiadomość o zbrodniach sowieckich żołnierzy dotarła do Berlina, Goebbels natychmiast zdecydował, że "wykorzysta je do przeprowadzenia wielkiej kampanii agitacyjnej w prasie"15. Powstała "międzynarodowa" komisja badania zbrodni wojennych (w rzeczywistości złożona niemal wyłącznie z przedstawicieli państw kolaborujących z Niemcami), utworzona w pośpiechu przez Eberharda Tauberta, jednego z najbliższych współpracowników ministra propagandy. Wstrząsające zdarzenia w Prusach Wschodnich zostały szeroko nagłośnione w Niemczech i na ziemiach okupowanych. Również w państwach neutralnych prasa podchwyciła ten temat.
W ulotkach i gazetach drukowano zdjęcia martwych kobiet i dziewcząt z zadartymi spódnicami, jakby najpierw zostały zgwałcone (komisja medyczna kierowana przez Karla Gebhardta, osobistego lekarza Reichsführera-SS Himmlera, stwierdziła, że na wszystkich kobietach dokonano gwałtu). Pewne przesłanki wskazują na to, że ubrania kobiet zostały ułożone w ten sposób przez zespół fotografów w celu wywołania odpowiedniego wrażenia; istnieją bowiem kolejne zdjęcia z tej samej kliszy, najpierw ukazujące kobiety ubrane normalnie, a następnie z odzieżą w nieładzie16.
Nie ulega wątpliwości, że masakra w Nemmersdorfie wydarzyła się naprawdę. Mniej pewne wydaje się, że wszystkie kobiety schwytane przez sowieckich żołnierzy rzeczywiście zostały zgwałcone. Jedyny naoczny świadek, postrzelona i zostawiona na pewną śmierć kobieta, był w stanie potwierdzić jedynie zbrodnicze zamiary rosyjskich okupantów.
Częściowo niepełnosprawna Gerda Meczulat mieszkała ze swoim siedemdziesięciojednoletnim ojcem na zachodnim brzegu rzeki. Herr Meczulat odmówił opuszczenia wioski wraz z innymi uciekinierami i schronił się z córką w bunkrze. Jej świadectwo potwierdza niebezpieczną nieprzewidywalność, która stanie się typową cechą zachowania radzieckich żołnierzy w Niemczech. Z początku, w bunkrze, wydawali się dosyć życzliwie odnosić do wystraszonych Niemców - chociaż to prawda, że w oczekiwaniu na odwołanie alarmu przetrząsnęli ich torby. Dopiero kiedy pojawił się oficer, atmosfera się zmieniła. W sposób drastyczny i tragiczny w skutkach. Oficer zaczął wyszczekiwać ostrym tonem rozkazy. Niemieckim cywilom kazano opuścić bunkier.
"Kiedy wychodziliśmy - powiedziała niemieckim władzom Fräulein Meczulat po ponownym zajęciu Nemmersdorfu przez Niemców - po obu stronach wyjścia stali żołnierze z karabinami w pogotowiu. Upadłam, bo od urodzenia jestem ułomna, szarpnięciem poderwano mnie na nogi, ale byłam tak osłabiona, że straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, usłyszałam krzyk dzieci i strzały. A potem wszystko ucichło"17.
Niedoszły zabójca Gerdy Meczulat chybił. Dlatego jako jedyna z kilkudziesięciorga cywilów ocalała.
Już w pierwszych dniach po masakrze zaczęły krążyć podsycane przez kampanię prasową Goebbelsa historie o nagich kobietach ukrzyżowanych na drzwiach stodół, masowych gwałtach i rzeziach. Nemmersdorf stał się symbolem "bolszewickiego" barbarzyństwa (oczywiście niewiązanego nigdy z potwornościami rutynowo popełnianymi przez najbardziej zdziczałe z niemieckich oddziałów w okupowanej Rosji).
W istocie wydaje się, że we wszystkich tych opowieściach tkwi ziarno prawdy, ale - podobnie jak publikowane przez niemieckie gazety zdjęcia - zostały one pozbierane z różnych miejsc zbrodni i zestawione tak, by pasować do zdarzenia w Nemmersdorfie, na którym zdecydował się skupić reżim. Według bardziej chyba wiarygodnego raportu, sporządzonego pięć dni później przez majora sztabowego Wehrmachtu, który z ramienia armii prowadził dochodzenie w sprawie wszystkich zbrodni popełnionych tamtego dnia na drodze do Gąbina, w Nemmersdorfie znaleziono dwadzieścia sześć ciał (trzynaście należących do kobiet, osiem do mężczyzn i pięć do dzieci). W większości przypadków przyczyną śmierci był strzał w głowę lub w klatkę piersiową. Na czaszkach niektórych małych dzieci pozostały wgniecenia od uderzenia kolbą karabinu. Jednej z kobiet po śmierci odcięto piersi. Raport nie wspomina o gwałtach. Jednakże opisując kolejne trzynaście ciał (trzy męskie, cztery kobiece i sześć dziecięcych), znalezionych dwa kilometry dalej na tej samej drodze, gdzie mała grupa pechowych uciekinierów wpadła w ręce sowieckich żołnierzy, major zauważa, że "części intymne wszystkich kobiecych zwłok były obnażone. W przypadku trzech kobiet należy przyjąć, że doszło do gwałtu"18.
Bez względu na to, jak przedstawia się pełna prawda o wydarzeniach w Nemmersdorfie - a nawet poważnym źródłom wciąż zdarza się dopuszczać szalonej przesady19 - nie ulega wątpliwości, że doszło tam do niewybaczalnej zbrodni, pierwszej z wielu popełnionych przez radzieckich żołnierzy na niemieckiej ziemi, kiedy "wojna wróciła do Rzeszy". Z pewnością sytuacja w Prusach Wschodnich wyglądała zupełnie inaczej niż w zajętym miesiąc wcześniej Roetgen.
Był to początek męczeństwa Niemców na wschodnich ziemiach dawnej Rzeszy.
W końcu października 1944 roku Sowieci, nękani przez skuteczne niemieckie kontrnatarcia, wycofali się z Prus Wschodnich. Chociaż nagłośnienie przez Goebbelsa masakry w Nemmersdorfie z pewnością ułatwiło pobór do Volkssturmu, wywołało również coś bardzo bliskiego paniki wśród cywilnych mieszkańców prowincji. Mimo utrzymującego się przez kolejne dwa miesiące niepewnego impasu oraz wyraźnej niechęci niemieckich władz na zachód popłynęła rzeka uciekających przed Sowietami uchodźców.
Sam Hitler również wyruszył na zachód. 21 listopada 1944 roku opuścił kwaterę główną w Prusach Wschodnich, Wilczy Szaniec (Wolfsschanze), z której niemal od samego początku dowodził wojną z Rosją, by nigdy już tam nie powrócić. Przebywanie w oddalonym o niespełna sto kilometrów od linii frontu Wolfsschanze stało się po prostu zbyt ryzykowne.
Tak czy inaczej, po gwałtownym załamaniu się frontu wschodniego latem 1944 roku sytuacja, przynajmniej tymczasowo, nieco się ustabilizowała. Z nadejściem ostatniej wojennej zimy postępy wojsk radzieckich zostały w znacznym stopniu zahamowane. Przed następnym wielkim natarciem Armia Czerwona musiała skonsolidować linie uzupełnień, zaopatrzenia i łączności.
Podobny impas nastąpił na zachodzie. Po desancie w Normandii wojska anglo-amerykańskie początkowo parły do przodu jak burza. Zaledwie trzy miesiące po uchwyceniu przyczółka we Francji przekroczyły granice Niemiec. Upadły Paryż i Bruksela. Po 15 sierpnia drugi desant na francuskie wybrzeże Morza Śródziemnego o kryptonimie operacja "Dragoon" błyskawicznie wyparł Niemców z południowej i południowo-wschodniej Francji. Naziści stracili wiele tysięcy doświadczonych żołnierzy, zabitych, rannych lub wziętych do niewoli. Zaczął się chaotyczny odwrót. Mówiło się, że wojna zakończy się jeszcze w 1944 roku, że siły anglo-amerykańskie dotrą do serca Rzeszy, zanim Hitler zdąży przygotować obronę.
Ale Niemcy także mobilizowali wszystkie swoje siły na zachodzie. Wojska sprzymierzonych, zmęczone po trzech miesiącach bojów z marszu, walczące na końcu bardzo długich i narażonych na ataki wroga linii zaopatrzenia, stanęły przed naturalną zaporą Renu oraz porośniętych puszczą Wogezów i Ardenów. Znów trzeba było płacić wysoką cenę za każdy zdobyty kilometr. Brytyjski desant powietrzny w dolnym biegu Renu na wysokości Arnhem w trzecim tygodniu września skończył się heroiczną - i krwawą - katastrofą, pierwszą poważną porażką aliantów od lądowania w Normandii.
W innych miejscach postępy wojsk sprzymierzonych były skromne. Pierwszym zajętym przez aliantów dużym skupiskiem ludności niemieckiej było historyczne miasto Akwizgran. To właśnie tam jedenaście i pół wieku wcześniej odbyła się koronacja Karola Wielkiego, pierwszego Świętego Cesarza Rzymskiego, i tam znajdują się groby wielkiego władcy i jego następcy. Akwizgran leży zaledwie dwadzieścia kilometrów na północny zachód od Roetgen.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.
Wprowadzenie
1 Zob. M. Balfour, Another Look at Unconditional Surrender, "International Affairs" 1970, vol. 46, no. 4, s. 720 i nn. Radziecki dyktator został zaproszony, ale odmówił przybycia, tłumacząc się, że jest zbyt zajęty zwycięską walką z Wehrmachtem pod Stalingradem. Pierwsza konferencja Wielkiej Trójki odbyła się dopiero w listopadzie tego samego roku w Teheranie.
2 Cyt. tamże, s. 728.
3 Zob. M. Beschloss, The Conquerors: Roosevelt, Truman and the Destruction of Hitler's Germany 1941-1945, s. 13. Beschloss podkreśla (s. 11), że pod koniec I wojny światowej Roosevelt, wówczas młody asystent sekretarza marynarki wojennej, także zajmował twarde stanowisko, twierdząc, że Niemcy muszą zostać "okrojone i oczyszczone, oraz bez powodzenia nawołując do alianckiej ofensywy w głąb terytorium Niemiec". Oświadczył, że "tylko klęska może czegoś Niemców nauczyć".
4 Hansard, HC Deb, zapis obrad Izby Gmin z 22 lutego 1944, vol. 397, CC663-795 (debata przed zamknięciem sesji parlamentu): przemówienie premiera dotyczące sytuacji międzynarodowej.
5 W tłumaczeniu na angielski "...to ja jestem Holendrem" (po polsku powiedzielibyśmy "...Chińczykiem").
1 W głąb Rzeszy
6 K. D. H§enke, Die Amerikanische Besetzung Deutschlands ("Quellen und Darstellungen zur Zeitgeschichte", Hrsg. Institut für Zeitgeschichte, Bd. 27), s. 122.
7 Ch. B. MacDonald, The Siegfried Line Campaign, s. 3. Także dla dalszego ustępu.
8 Za V. Koop, Besetzt: Amerikanische Besatzungspolitik in Deutschland, s. 25 i nn.
9 Henke, dz. cyt., s. 169 i nn.
10 Relacja naocznego świadka przekroczenia granicy zob. w: A. E. Roberts, Five Stars to Victory: A True Story of Men and Tanks, rozdział III:Rhineland (bez nru strony), zawierająca opis bohaterskich czynów zespołu taktycznego "Lovelady", opublikowana prywatnie w 1949 roku, a obecnie dostępna również online: http://www.3ad.com/history/wwl/features.pages/five.stars.htm. Kapitan Roberts, z zawodu lekarz, przeszedł kampanię w Europie jako główny oficer medyczny tego oddziału.
11 Henke, dz. cyt., s. 170.
12 Strona internetowa Roetgen: http://de./lokales/geschichteo3.php.
13 Zob. S. Kudryashov, Stalin and the Allies: Who Deceived Whom?, "History Today" 1995, vol. 45, no. 5. Sir Archibald Clark Kerr, ambasador brytyjski w Moskwie, opisał go Churchillowi jako "grubiańskiego, niedoświadczonego faceta o złych manierach".
14 O początkowej fazie walk o Prusy Wschodnie zob. E. Mawdsley, Wojna nazistowsko-sowiecka, s. 400 i nn.
15 Zob. artykuł B. Fischa Nemmersdorf, Oktober 1944, nach wie vor ungeklärt, w: G. Überschär, Hrsg., Orte des Grauens: Verbrechen im Zweiten Weltkrieg, s. 161 i nn.
16 Dyskusja na ten temat i inne zob. tamże, s. 155 i nn. Fisch rozważa nawet poważnie - chociaż w końcu ją odrzuca - możliwość, że całe to wydarzenie było niemiecką prowokacją, przeprowadzoną przez oddział niemiecki przebrany w mundury Armii Czerwonej. Zob. także G. Knopp, Die grosse Flucht: Das Schicksal der Vertriebenen, s. 37 i nn.
17 Cyt. w: "Der Spiegel", 2/2002 (1 czerwca 2002), Der Treck nach Western, s. 10.
18 Raport majora Hinrichsa z 29 października 1944 roku - facsimile w posiadaniu autora.
19 Por. I. Denny, Upadek twierdzy Hitlera. Bitwa o Królewiec, s. 121. Pani Denny pisze: "Schwytano i zgwałcono wszystkie kobiety, a niektóre zostały ukrzyżowane na drzwiach domów i wrotach stodół. [...] Wojska niemieckie odbiły wieś po dwóch dniach. Znaleziono tam ciała prawie wszystkich 635 mieszkańców". Ponieważ wiadomo dokładnie, że prawie wszyscy mieszkańcy Nemmersdorfu uciekli przed nadejściem Sowietów, trudno zgadnąć, gdzie uzyskała taką informację i dlaczego postanowiła jej nie kwestionować. Jak się wydaje, zostało również dowiedzione, że choć rzeczywiście torturowano i zabijano w ten sposób kobiety, te akty przemocy wydarzyły się gdzie indziej. Nemmersdorf, jak wiele innych symbolicznie ważnych miejsc masowych zbrodni, musiał zostać wyposażony w cały repertuar dodatkowych potworności.
W serii ukazały się:
Christian Ingrao Czarni myśliwi. Brygada Dirlewangera
Christopher R. Browning Pamięć przetrwania. Nazistowski obóz pracy oczami więźniów
Gao Ertai W poszukiwaniu ojczyzny. Wspomnienia z chińskiego obozu pracy
Jael Neeman Byliśmy przyszłością
Božidar Jezernik Naga Wyspa. Gułag Tity
Frank Dikötter Wielki głód. Tragiczne skutki polityki Mao 1958-1962
Huszang Asadi Listy do mojego oprawcy. Miłość, rewolucja i irańskie więzienie
Szimon Peres, David Landau Ben Gurion. Żywot polityczny
Christian Ingrao Wierzyć i niszczyć. Intelektualiści w machinie wojennejSS
Julius Margolin Podróż do krainy zeków
Patrick Montague Chełmno. Pierwszy nazistowski obóz zagłady
Calder Walton Imperium tajemnic. Brytyjski wywiad, zimna wojna i upadek imperium
Piotr Osęka My, ludzie z Marca. Autoportret pokolenia '68
Wendy Lower Furie Hitlera. Niemki na froncie wschodnim
John Dinges Czas Kondora. Jak Pinochet i jego sojusznicy zasiali terroryzm na trzech kontynentach
Jacques de Saint Victor Niewidoczna siła. Mafia w społeczeństwach demokratycznych
Gary J. Bass Telegram konsula Blooda. Nixon, Kissinger i zapomniane ludobójstwo
Götz Aly Obciążeni
Ben Urwand Kolaboracja. Pakt Hollywoodu z Hitlerem
Dennis E. Showalter Pancerz i krew
Gerald Steinacher Zbiegli naziści. Jak hitlerowscy zbrodniarze uciekli przed sprawiedliwością (wyd. 2)
Następna książka w serii:
Adam Hochschild Pogrzebać kajdany. Wizjonerzy i buntownicy w walce o wyzwolenie niewolników