Wypadki małżeńskie - Randy Susan Meyers

Reflow text when sidebars are open.
Maddy przesunęła językiem po zębach, wyobrażając sobie gorzki smak pokruszonej tabletki xanaxu. Po męczącym dniu w szpitalu kusiło ją, żeby zrobić sobie lekowe wakacje. Gotowanie obiadu wydawało się jej udręką. Wzburzone - w pracy - kwasy żołądkowe w połączeniu ze strachem, że Ben wróci do domu równie wściekły jak wtedy, kiedy wychodził, odbierały jej resztki apetytu.
Mogłaby zbić majątek na tej recepcie na odchudzanie.
Każdego ranka kręciła kołem fortuny Bena, łudząc się, że strzałka zatrzyma się na polu z napisem "Szczęśliwy mąż" albo przynajmniej "Zwykły facet". Dzisiaj strzałka trafiła w pole "Skończony sukinsyn": obarczył ją osobistą odpowiedzialnością za histerię Caleba, która - o zgrozo! - kosztowała Bena dwadzieścia minut pracy.
Zastanawiała się nad zażyciem tabletki, ale rytuały rodzinnego szczęścia wymagały jej uwagi. Gracie i Caleb leżeli rozciągnięci na dywanie, dochodząc do siebie po dniu na półkoloniach: siedmioletni Caleb przysypiał, masując kciukiem policzek, a dziewięcioletnia Gracie wbiła mętniejący wzrok w ekran telewizora. Emma, najstarsza córka i opiekunka dzieci na półkoloniach - choć ma zaledwie czternaście lat - wróci niedługo do domu.
Ociężałość i rozleniwienie przykuły Maddy do sofy, choć lista rzeczy do zrobienia ciągnęła się w nieskończoność. Posiekać warzywa, zapłacić hipotekę, zrobić pranie, zanim dzieciakom skończą się czyste skarpetki. Znaleźć znaczek pocztowy gdzieś w bałaganie, który nosił nazwę jej biurka, i odesłać rachunek za prąd. Zapewnić dzieciom poczucie wartości. A oprócz tego, ponieważ pokłóciła się rano z Benem, musi go ugłaskać. Jedyne, co przychodziło jej do głowy, to wziąć go do ust.
Niezniszczalna tkanina - taka, którą wybierają na obicia mebli rodzice dzieci pożywiających się lepkimi batonami - kłuła ją w gołe ramiona. Marzyła o klimatyzacji, tak jak niegdyś marzyła o pokoju, sprawiedliwości i mężu. Każdego dusznego bostońskiego lata ich źle wyposażony wiktoriański dom stawał się coraz bardziej nieznośny, a ją coraz mniej wzruszały ponure prognozy Bena o globalnym ociepleniu. Według Bena jej zapatrywania na ochronę środowiska zmieniały się na gorsze z każdą kolejną kroplą potu.
Uciskanie dłońmi krzyża nie złagodziło ciągłego bólu umiejscowionego gdzieś nisko i głęboko, podobnie jak wsunięcie pod krzyż małej twardej poduszki. Burczało jej w brzuchu, chociaż nie była głodna.
Rybne paluszki to nic trudnego, ale nie mogła się zmusić do zapalenia gazowego piecyka.
Trzasnęły tylne drzwi. Emma rzuciła plecak na stół. Był to jej sposób na oznajmianie wszystkim: "Wróciłam do domu".
- Emma?
- Co?
- Upewniam się, że to ty. - Maddy z trudem podniosła się z sofy i ruszyła do kuchni.
- Spodziewałaś się kogoś innego? - zapytała.
- Myślałam, że to może tata.
- Jasne. - Słowo "jasne" stało się w ich rodzinie wszystko mówiącym wytrychem, uprzejmym sposobem na poinformowanie: "Przyjmuję do wiadomości, że coś powiedziałaś, ale nie mam zamiaru prowadzić z tobą żadnej sensownej rozmowy". Ostatnio wszyscy go nadużywali.
Połowę stołu zaścielały gazety, które usiłowali czytać przy śniadaniu. Emma wpatrywała się w lodówkę, a Maddy zbierała papierowe płachty, nie mając pewności, czy powinna wrzucić je do kosza do recyklingu. Czy Ben skończył czytać "Boston Globe"? "New York Timesa"?
- Nie ma nic do jedzenia - stwierdziła Emma. - W domu Caro...
Brzęk tłuczonej szklanki, a po nim krzyk Caleba przerwał wywód Emmy o najlepszym zaopatrzeniowcu, którym była mama Caro.
- Mamusiu! - pisnęła Gracie. - Chodź tutaj!
Maddy pobiegła do salonu, a Emma tuż za nią.
- Jezu, co się stało? - Maddy przykucnęła przy Calebie, czując ucisk w żołądku na widok krwi płynącej ze stopy syna. Otaczały go odłamki szkła z widocznymi na nich kropelkami mleka, a na drewnianej podłodze rozlała się większa biała kałuża. Chwyciła pogniecioną serwetkę, żeby zatamować krew, przyklękając szeroko, by nie pokaleczyć kolan.
Gracie drżały wargi.
- Ja tylko wstałam, nic więcej, i przewróciłam szklankę z mlekiem. A on się wściekł i zaczął wrzeszczeć, a potem się zerwał i kopnął szklankę, i wszystko się potłukło. Stanął na niej. To nie moja wina!
- Już dobrze, Gracie. - Krew przesączała się przez serwetkę, rozpuszczając papier. - Emmo, przynieś mi zmoczony ręcznik.
"Temu można było zapobiec - powiedziałby Ben. - Po to kupiliśmy plastikowe szklanki".
- Zatamuj ją, mamusiu! - Łzy płynęły po brudnych policzkach Caleba.
Przycisnęła mocniej. Gracie wycierała rozlane mleko znoszoną koszulką, którą wyjęła z plecaka.
- Masz. - Emma podała jej ociekającą wodą kuchenną ścierkę.
- Musisz ją wyżąć, Emmo. Nieważne, przynieś czystą.
Emma odmaszerowała, ciągnąc za sobą Gracie. Mokra ściera plasnęła o zlew.
- Idź, daj to mamie! - Dobiegający z kuchni głos Emmy był o oktawę wyższy niż normalnie.
Maddy przycisnęła serwetkę rąbkiem czarnej bawełnianej spódnicy. Gracie wróciła z kuchni z czystą ścierką. Emma przyglądała się temu, stojąc w kuchennych drzwiach i kręcąc na palcu końcówkę długiego kasztanowego warkocza.
Maddy zastąpiła własną spódnicę ścierką, a Caleb zaczął biadolić:
- Muszę jechać do lekarza? - Zamknął oczy, kiedy zaglądała pod ścierkę. Krwawienie ustawało.
- Rana nie jest zbyt głęboka, ale trzeba ją zdezynfekować - oznajmiła. - Lekarz chyba nie będzie konieczny. - Tętno Maddy wracało do normy. Przestała pisać w głowie czarne scenariusze: o bandażowaniu stopy Caleba, żeby zatamować krew do czasu, aż znajdą się w izbie przyjęć, o pakowaniu dzieciaków do auta, o telefonie do Bena. Jeszcze raz zajrzała pod ścierkę, żeby upewnić się, czy jej decyzja opiera się na faktach, a nie na pobożnych życzeniach. Rana nie otwierała się. Krwawienie prawie ustało.
- Nie! Żadnego dezyn... tego... Będzie bolało! - Caleb zaczął wyrywać stopę.
Emma przykucnęła obok.
- Pozwolisz mamie zdezynfekować ranę, a ja zagram z tobą w Monopol.
Na buzi Caleba pojawił się promienny uśmiech.
- Jesteś kochana, skarbie. - Maddy powinna bardziej doceniać dobroć córki i nie wpadać w złość na jej dąsy i przewracanie oczami. - Dziękuję ci.
- Czy ja też mogę zagrać? - zapytała Gracie.
- Nie! - sprzeciwił się Caleb. - Tylko ja i Emma.
Wargi Gracie znów zadrżały po słowach brata, a Maddy już sama nie wiedziała, co robić - czy pocieszać ją, czy krzyknąć "Przestań!", kiedy zobaczyła, jak Gracie żegna się znakiem krzyża, który podpatrzyła u babci Frances, matki Bena, kobiety żegnającej się odruchowo przy każdej okazji. Ten gest zaniepokoił Maddy. Bo za chwilę Gracie będzie leżała krzyżem u Najświętszej Marii Panny. Musi kupić jej gwiazdę Dawida albo unitariański płonący kielich, zanim babcia Frances powiesi krucyfiks nad jej łóżkiem. W dwuwyznaniowych małżeństwach trzeba stawiać jakieś granice.
- Calebie, w Monopol gra się lepiej przy większej liczbie graczy.
- Nie. Chcę grać tylko z Emmą!
Gracie szarpała brudne po półkoloniach palce u stóp.
- A co powiesz, Gracie, na coś takiego: pozwolimy im zagrać, a same przygotujemy polewę czekoladową - zaproponowała Maddy. - I zjemy na obiad lody z gorącą czekoladową polewą.
- Lody na obiad? - Gracie uniosła podbródek.
- A dlaczego nie? - Odgarnęła z czoła córki przepocone kruczoczarne loki - jedyne, co Gracie odziedziczyła po niej. Dzieci podzieliły między siebie cechy po rodzicach i niewiele z nich pozostało wspólnych: chudy jak patyk Caleb miał gęste kasztanowe włosy Bena, długie rzęsy Maddy i jej wąskie ramiona. Nieszczęsna Gracie odziedziczyła po tacie tendencję do tycia w talii, a Emma, szczupła jak Maddy, miała ojcowskie wystające kości policzkowe.
- Dbająca o zdrowie mama! - Emma przewróciła oczami.
- Zamknij się, Emma - zawołał Caleb.
- Sam się zamknij albo z tobą nie zagram.
- Ja zagram - wpraszała się Gracie.
- Nie! Emma mnie wybrała. Przemyj mi ranę, mamusiu.
Na każdym jej ramieniu opierało się dziecko. Maddy położyła nogi na stoliczku do kawy i zapadała w drzemkę, by zaraz się z niej wyrwać. W całym salonie walały się brudne puchary po lodach z kleksami stwardniałej polewy. Po szybkiej głupawce przy lodowym obiedzie wszyscy zapadali w mdlącą cukrzycową śpiączkę.
Obudziły ich dopiero odgłosy powrotu Bena: samochodu toczącego się po żwirze; skrzypiących drzwi spęczniałych od upału; kluczyków rzucanych na stoliczek w korytarzu; aktówki łomoczącej o podłogę; westchnień ulgi lub irytacji, wskazujących na jego nastrój. Pomimo porannej kłótni Ben wydawał z siebie całkiem dobrotliwe pohukiwania. Chwała Bogu. Może wieczorem znów będzie jak w Szwajcarii, a salon okaże się prawdziwym państwem neutralnym.
Wszedł do salonu i rozejrzał się po półleżących ciałach i porozrzucanych kartach Monopolu. Gracie zerwała się, podbiegła do ojca i objęła go w pasie. Pogładził ją po czarnych loczkach, które zbiły się w mały koczek na potylicy, a ona tuliła się do ojcowskiego coraz bardziej wystającego brzucha. Ben ma ciało czterdziestotrzylatka, który walczy z grawitacją, grając dwa razy w tygodniu w squasha, lecz zrezygnował z innych ćwiczeń. Nie wygląda źle, ale gorzej od Maddy, która biega, wymachuje hantlami i korzysta ze stojącego w piwnicy sprzętu wioślarskiego. Walka Bena z upływem czasu przynosi mniej widoczne efekty.
- Co się stało? - zapytał. - Wygląda tu jak po wojnie.
- Mieliśmy mały problem. Nasz syn skaleczył się w nogę.
Caleb podniósł wysoko zabandażowaną stopę, nie odrywając wzroku od telewizora.
- Nic ci nie jest? - zapytał Ben. Poklepał Gracie po raz ostatni i podszedł do sofy. - Bardzo bolało?
Caleb wzruszył ramionami.
- Trochę. Nie bardzo. - Wbił wzrok w Maddy, jakby szukając właściwej odpowiedzi.
- Możesz chodzić? - Ben położył dłoń na łydce syna.
- Tak jakby. Stawiam stopę na pięcie.
- Skaleczył się w śródstopie. Po wewnętrznej stronie - wytłumaczyła Maddy.
- Jak to się stało? - Ben potarł podbródek: znak pokerzysty, że zaraz może wybuchnąć.
Maddy pochyliła się nad Calebem i pocałowała męża, trafiając w nadstawiony kącik ust.
- Nie zapomniałeś czegoś? - zapytała. - Cześć, Maddy? Jak się dzisiaj miewasz?
- Nie zaczynaj. Miałem ciężki dzień.
Pocałunek może być zaczepką? "Owszem, gdy jest sarkastyczny", odpowiedziała sobie pouczającym tonem Bena.
- Caleb usnął i zapomniał, że obok niego stoi szklanka z mlekiem. To był wypadek. - Wiedziała, że to szyte grubymi nićmi kłamstwo, ale miała nadzieję, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, Ben nie zamieni się w oskarżyciela publicznego.
- Gdzie usnął? W kuble na śmieci?
- Bardzo zabawne. Szklanka się stłukła. Koniec historii. - Masz. Ziarenko prawdy.
- Dlaczego dzieci nie mogą jeść i pić przy stole, tak jak powinny? Dlaczego nie używają plastikowych szklanek? Spójrz na ten pokój. Spójrz na ten bałagan. Nic dziwnego, że ciągle zdarzają się tu wypadki.
Caleb pocierał kciukiem kolano. Gracie się przeżegnała.
- Nie teraz, dobrze? Proszę. - Posłała mu znaczące spojrzenie.
Ben napiął ramiona, oparł się o sofę i wbił wzrok w sufit. Wciągnął głęboko powietrze w płuca, przypominając sobie niewątpliwie zalecenia broszury o sposobach radzenia sobie ze złością - broszury, którą Maddy wcisnęła mu przed pół rokiem, kiedy rzucił w nią butem. "W ścianę - upierał się za każdym razem, kiedy wspominała ten incydent. - Nie w ciebie". Ale jej przekaz trafił do celu. Po raz pierwszy udało jej się przebić przez mechanizm zaprzeczeń, za pomocą których odrzucał prowadzone przez nią nieustannie obserwacje zmian jego nastroju.
Dobre i to. Bo wcześniej tylko zaciskała zęby podczas napadów wściekłości, ale nie miała zamiaru dopuścić do tego, by ich dom stał się polem bitewnym, na którym panuje fizyczna przemoc. Przestraszył się, rzuciwszy tym butem, tak jak przed laty, kiedy rozbił o ścianę butelkę z detergentem. Zmieniło się tylko to, że za drugim razem jej posłuchał. Przeczytał broszurę, choć nienawidził tego, że go socjalizuje. "Zostaw to dla swoich klientów - wrzeszczał, kiedy go pouczała. Dzieci. Ich małżeństwo. - Jesteś moją żoną, a nie moim psychiatrą".
Nawet jeśli nie chciał, żeby go socjalizowała, pragnęła z całego serca, żeby nauczył się panować nad własnymi nastrojami. Siostra Maddy upierała się, że nadejdzie taki dzień, kiedy broszury o radzeniu sobie ze złością i inne sztuczki na niewiele się zdadzą. Vanessa nie znosiła napadów wściekłości Bena, ale Maddy obwiniała siebie o wrogość, jaką jej rodzina żywiła wobec Bena. Dzieliła się z nimi zbyt wieloma nieprzyjemnymi szczegółami. W zasadzie wszystkim, co było niedobre. Kiedy ostatni raz zadzwoniła do siostry, żeby powiedzieć jej, że wszystko jest w porządku? Czy pochwaliła Bena za to, że wziął dzień urlopu, żeby nauczyć Gracie jeździć bezpiecznie na rowerze? Czy wspomniała kiedyś, że Ben zabrał dzieci do kina, kiedy ona poszła na masaż?
Mama przynajmniej udawała, że uwielbia Bena, za co Maddy była jej wdzięczna.
- Jedliśmy lody na obiad - pochwalił się Caleb.
Emma opuściła ręce. Gracie wtuliła się w Maddy.
- Lody? - Ben spojrzał na syna.
- Z gorącą polewą - dodał Caleb.
- Fajna nagroda za stłuczenie szklanki, hm? - Ben zzuł buty. - A czy ja, choć niczego nie stłukłem ani się nie przewróciłem, dostanę coś na obiad?
- Zrobić ci jajecznicę, tatusiu? - Emma zerwała się na równe nogi.
- Dziękuję, kochanie. Byłoby wspaniale. - Oparł się o sofę i przymknął oczy.
Gracie zastukała paluszkiem w jego czoło. Mrugnął powiekami i obdarzył ją znużonym uśmiechem.
- O co chodzi, kwiatuszku?
- Chcesz, żebym pokroiła ci marchewkę?
Maddy chwyciła kosz z praniem, który zostawiła w rogu salonu, i wyszła pospiesznie, żeby nie widzieć, jak córki obsługują ojca. Doprowadziły niemal do perfekcji sztukę obłaskawiania wściekłego mężczyzny, co z kolei doprowadzało ją do szaleństwa, ale czy można coś z tym zrobić? Bo niby dlaczego córka nie może nakarmić głodnego ojca?
Wrzuciła białą bieliznę do pralki i poszperała na pozastawianych półkach w poszukiwaniu środka do zmiękczania tkanin, a potem przyciągnęła mały zakurzony stołeczek, stanęła na nim i wyciągnęła się jak struna, by sięgnąć za proszki i płyny. Wyjęła stamtąd przybrudzoną plastikową torebkę z kilkoma tabletkami, znalazła żółtą, przegryzła ją na pół i połknęła bez popijania. Czasem zadawała sobie pytanie, czy pamięta wszystkie swoje schowki. Były porozrzucane po całym domu, co zapewniało jej pokrętne poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Bywało tak, że sięgała po tabletkę tylko raz w tygodniu, albo i tak, że łykała coś każdego dnia. Tak czy inaczej, świadomość, że od tabletek dzieli ją zaledwie kilka kroków, przynosiła jej ulgę.
Na blacie w kuchni walały się resztki jajecznicy z marchewką Bena. Odsunęła je na bok, żeby zrobić dzieciom kanapki na jutrzejszy lunch. Kiedy smarowała chleb zmarzniętym na kość masłem orzechowym, szczerze nienawidziła matki Bena. Frances poświęciła czterdzieści sześć lat na zmaganie się z nerwicami ojca Bena, co wymagało utrzymywania domu w nienagannej czystości, mrożenia masła orzechowego, wystrzegania się zepsutego jedzenia, bakterii i kurzu.
To z powodu Frances jedli mrożone masło orzechowe.
Chleb kruszył się. Rozerwaną kromką nabrała kawałek masła i włożyła chleb do ust. Potem wyjęła nową kromkę i zaczęła wszystko od początku: dżem winogronowy dla Caleba, jagodowy dla Gracie, a dla Emmy pomarańczowa konfitura usmażona przez matkę Maddy.
Złość ją spalała. Czekała na pocałunek xanaxu - księcia z bajki, który osłaniał tarczą jej nerwy.
Kiedy się poznali, Ben nie przejmował się tym, czy jedzą ciepły majonez i sypiają na zadżumionych materacach - wszystko to trwało, dopóki nie wypalił się żar pierwszych lat zauroczenia. Podziwiała go, swojego Bena, obrońcę z urzędu, adwokata ubogich żądającego, by świat dał tym nieszczęśnikom drugą szansę - odrobinę sprawiedliwości, możliwość obrony. Kiedy stał przy niej, zupełnie ją zatykało i jakaś jej część bez przerwy chciała go dotykać. Kładła mu dłoń na ramieniu, opierała raz po raz stopę na jego łydce.
Ben rozjeżdżał wszystkich, tocząc się przez życie jak czołg strzelający na wszystkie strony wykrzyknikami. Ubóstwo na bok? Bum! Rasizm? Trach! Czyściciele kamienic? Mam was!
Kto mógł przypuszczać, że jego zaangażowanie i sprawiedliwy gniew zmienią się we wściekłość za spóźnioną ratę za samochód? Oderwany guzik?
Na nią.
Ben wyłączył budzik pięć minut przed nastawioną godziną, zadowolony, że pokonał zegar. Każdy dzień pracy zaczynał się od zwycięstwa lub przegranej - w zależności od tego, jak sprawowała się jego podświadomość.
Maddy spała zwinięta na boku, odwrócona do niego plecami, z głową ukrytą w ramionach. Wyłączył drugi budzik - jej - żeby mogła pospać jeszcze pół godziny, a potem wstał z łóżka, by zaparzyć kawę. Obudzi ją, podsuwając jej pod nos parującą aromatycznie filiżankę, tak jak robił kiedyś od poniedziałku do piątku.
Uszczęśliwianie Maddy nie było trudne, ale i tak rozczarowywał ją przynajmniej raz dziennie. Czuł się przez to jak skurwiel. Wydawało się jej, że jest nieświadomy własnych przewinień i przestępstw, choć w rzeczywistości zaledwie czwartą część grzechów popełniał bezwiednie. To nieprawda, że nie wiedział, że postępuje źle. Był samolubny. Albo pozwalał kierować się impulsom. "Dlaczego krzyczysz?", pytała go, ale nie potrafił powiedzieć jej prawdy. Gdyby stwierdził: "Bo to działa", wyszedłby w jej oczach na potwora. Nie mógł udawać, że krzyk i awantury są miłe, są wyrazem miłości - wyszedłby na szaleńca. Więc przeważnie mamrotał coś pod nosem i zmywał się jak niepyszny.
Po prysznicu zszedł na dół, nie chcąc budzić dzieci - zależało mu na odrobinie ciszy, żeby zaplanować dzień i przeczytać spokojnie gazetę. Musi wcześnie pojechać do pracy, bo umówił się z Elizabeth, swoją ulubioną obecnie aplikantką. Tego popołudnia złożą przygotowany przez nią wniosek o odrzucenie dowodów przeciwko B-birdowi - komikowi, którego show chwycił Elizabeth za serce, choć ich klient oskarżony jest o morderstwo.
Ben przypuszczał, że rozpieszcza Elizabeth, pozwalając jej nieprzyzwoicie długo zajmować się tym manipulującym ludźmi oszustem. Bez wątpienia wkrótce i ona straci pełne współczucia nastawienie wobec klientów, ale teraz - póki nosi na czole plamkę popiołu po popielcowym nabożeństwie - jest święcie przekonana, że ci, którzy wychowywali się na komunalnych blokowiskach, mają w sobie wewnętrzny potencjał świętości.
Kiedy mielił kawę, pot wystąpił mu na czoło. Było dopiero piętnaście po szóstej, a w kuchni panował nieznośny upał. Przestawił radio ze słuchanego przez Maddy NPR[1] na jakąś stację nadającą hard rocka, ale nie potrafił cieszyć się taką muzyką graną zbyt cicho. Zabrał gazetę z werandy. Na piętrze rozległo się szuranie, ale o tej porze to pewnie któreś z dzieci poszło się wysiusiać i wraca do łóżka.
- Tato? - Emma stanęła w kuchennych drzwiach, odgarniając długie, kasztanowe, falujące włosy ze spuchniętej od snu twarzy. - Mama prosi, żebyś przyszedł do pokoju Caleba.
- Już idę. - Przesypał zmieloną kawę do filtra.
- Powiedziała, żebyś przyszedł natychmiast - upierała się Emma.
Nalał wody, włączył ekspres i pobiegł po schodach do pokoju syna, gdzie Caleb płakał na kolanach Maddy. Przyklęknął i pogłaskał syna po ramieniu.
- Hej, kowboju. Przyśnił ci się koszmar?
- Boli. - Caleb skrzywił się i pokazał palcem stopę.
- Zaraz to obejrzymy. - Ben uścisnął uspokajająco kolano Maddy.
- Co się dzieje? - Kiedy odwijał bandaż, do pokoju przydreptała Gracie.
- Caleba boli noga - odpowiedziała Emma.
Gracie przysunęła się do siostry, patrząc z przejęciem, jak tata odsłania pod bandażem różową obrzmiałą skórę wokół rany.
- Mogło dojść do infekcji. - Maddy przyłożyła policzek do czoła syna, całując go delikatnie w potargane włosy. - Trzeba go zawieźć do lekarza.
- Nieeeee... Muszę być na półkoloniach. Dziś jest bitwa barw! A ja jestem kapitanem zielonych. - Caleb pokręcił głową.
Ben poczuł dumę na myśl, że jego syn został wybrany na kapitana, choć był zaskoczony, że na dziecięcych obozach wciąż organizuje się takie gry jak bitwy barw. Był pewien, że dzieciom zakazano już wszelkiej rywalizacji, a po barwach został tylko dzień miłości do którejś z nich. Odwrócił delikatnie stopę syna, szukając czerwonych plam.
- Co o tym myślisz? - zapytała Maddy.
Ben zacisnął usta i przesunął palcem po skórze wokół rany.
- Au! - Z oczu Caleba popłynęły łzy.
Maddy znów dotknęła czoła syna, jakby gwałtownie podskoczyła mu gorączka.
- Nie podoba mi się to. Zawiozę go do lekarza, a ty zabierzesz Gracie na półkolonie - powiedziała.
Ben znów dotknął ramienia syna. Było ciepłe, za ciepłe, choć niegorące.
- Nie możesz podrzucić jej po drodze?
- Izbę przyjęć otwierają o siódmej i chcę, żebyśmy byli pierwsi. Półkolonie zaczynają się za piętnaście dziewiąta.
- Więc zabierz Gracie ze sobą. Jestem zajęty przez cały dzień. - Ben wstał.
- Podobnie jak ja.
Wet za wet. Ton Maddy zaczął działać mu na nerwy.
- Posłuchaj - powiedział - jest mi strasznie przykro, ale jestem umówiony przed ósmą, żeby przygotować się do sprawy.
Młodsze dzieci wodziły wzrokiem od twarzy ojca do twarzy matki. Emma wyszła, parsknąwszy z niesmakiem.
- O której zaczyna się rozprawa? - Maddy wyjęła chusteczkę higieniczną i wytarła nos zapłakanemu Calebowi.
Jezu. Te negocjacje nigdy się nie skończą.
- O której? - powtórzyła pytanie.
- To nieistotne. Muszę się przygotować. Zabierz Gracie ze sobą. Proszę. - Dlaczego o wszystko trzeba się z nią kłócić?
- Czy możemy porozmawiać przez chwilę w korytarzu? - Maddy zdjęła Caleba z kolan. - Gracie, przynieś bratu trochę soku, okej? I poczytaj mu, skarbie.
Ben przykucnął przed synem i ujrzał przed sobą dwa piwne duplikaty własnych oczu.
- Wszystko będzie dobrze, kowboju - powiedział. - Bądź twardzielem, okej?
- Mamusiu? - Gracie spojrzała na Bena, zanim zdecydowała się mówić dalej. - Ale ja pojadę na półkolonie, prawda? Bo jestem zastępczynią kapitana.
Maddy poklepała ją po ramieniu.
- Nie martw się, kochanie. Jakoś to załatwimy. - Przed wyjściem z pokoju nie spojrzała nawet na męża.
Cudownie. Znów znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. Choć w zasadzie wszystko gra, bo wszystko się spieprzyło. Kolejny promienny poranek w rodzinie Illiców. Ben poszedł za Maddy do sypialni, gdzie wyszarpnęła z szuflady majtki i biustonosz.
- Ben, nie mogę jej zabrać ze sobą. W izbie przyjęć możemy czekać godzinami. - Wyjęła z garderoby jasnoróżową letnią sukienkę. - Nie zdążę nawet wziąć prysznica.
- Ale w czym problem? - Ben zdjął szlafrok i wyjął z szuflady skarpetki. - Gracie do szczęścia potrzebna jest tylko książka.
- W tym domu nic nie stanowi dla ciebie problemu, prawda, Ben? Problemem są tylko twoje sprawy. - Weszła do łazienki i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Ben uderzył w nie dłonią.
- Owszem, bo od nich zależy przyszłość paru dzieciaków - wrzasnął, przekrzykując szumiący strumień wody.
Maddy zakręciła kran i wypadła z łazienki, wycierając ręcznikiem twarz.
- Moją pierwszą klientką jest ciężarna, uzależniona od cracku kurwa, która straciła troje dzieci. Jej dzieci staną się twoimi nieocenionymi klientami, jeśli coś szybko się nie zmieni, więc przyszłość paru dzieciaków zaczyna się u mnie. U mnie! Mimo to zadzwonię do biura, żeby przełożyć to spotkanie. A ciebie proszę tylko o to, żebyś spóźnił się o pół godziny.
- Dlaczego nie podrzucisz komuś Gracie? - zapytał.
Maddy usiadła na nieposłanym łóżku, w prawej ręce trzymała sandałki.
- Jest szósta trzydzieści. Do kogo mam ją podrzucić?
- Nie mówię o wystawianiu jej na sprzedaż, tylko o sąsiedzkiej pomocy. - Ben chwycił wyprasowaną koszulę i szukał w garderobie pasującego do niej krawatu. Zmarszczył czoło, kiedy dotarła do niego absurdalność własnych słów. - Okej, zapomnij o tym. To był głupi pomysł. Wiem.
Maddy wyszczotkowała włosy kilkoma energicznymi ruchami i spięła je z tyłu dużą brązową zapinką.
- Więc odwieź ją, proszę.
Ben wyczuł wahanie w jej głosie i pojął, że ma przewagę.
- Nie mogę czekać, aż otworzą półkolonie.
- Mamo. Mamusiu. - Gracie stanęła w progu, miętosząc w dłoniach przód za dużej fioletowej nocnej koszuli. Odezwała się tak cicho, że Ben prawie jej nie słyszał. - Nie muszę jechać na półkolonie.
- Nie martw się, maleńka - odpowiedziała Maddy. - Odstawimy cię jakoś. Tylko szybko się ubierz, okej?
Gracie kiwnęła głową.
- Chcesz, żebym zrobiła kanapki z serem na śniadanie? Możemy je zabrać ze sobą.
Udawany zapał córki łamał Benowi serce.
- Będę ci wdzięczna. - Maddy spojrzała na Bena. - Życzę ci powodzenia.
- Dziękuję. - Ujął jej dłoń i podniósł do ust.
Uśmiechnęła się zbyt wylewnie z wdzięczności za ten drobny gest.
Gracie podbiegła do ojca i objęła go mocno w pasie.
- Kocham cię. Powodzenia, tatusiu - powiedziała.
- Ja też cię kocham, kwiatuszku. Przepraszam, że nie mogę cię odwieźć. - Pochylił się i pocałował ją w głowę, czując zapach zasypki dla niemowląt, którą Gracie ostatnio się pudrowała.
- Nic się nie stało. Mam nadzieję, że wygrasz sprawę w sądzie.
Idąc do garażu, Ben uśmiechnął się zdawkowo do pani Gilman, unikając kontaktu wzrokowego. Gdyby go przydybała, rozprawiałaby przez dziesięć minut bez przerwy o wszystkim, począwszy od zaśmiecania ulicy przez listonoszy, a na zagrodzeniu ulicy w poprzek skończywszy.
Ich ukryty zaułek - prywatną drogę za gwarną Centre Street - dzieliło zaledwie piętnaście minut od śródmieścia Bostonu, ale gdyby ktoś nigdy nie opuszczał werandy, nie miałby pojęcia, że znajduje się niemal w samym sercu miasta.
Duży dom, w którym mieszkali, prawie nie mieścił się w zasięgu jego możliwości finansowych, kiedy kupowali go przed ślubem, ale teraz był wart cztery razy tyle. Może nawet więcej. Z każdym mijającym rokiem Jamaica Plain[2], którą wszyscy nazywali JP, stawała się coraz atrakcyjniejsza ze względu na modę i kulturowe zróżnicowanie mieszkańców. W jego ocenie kiedy ktoś, kto się tutaj wprowadzał, chwalił "zróżnicowanie mieszkańców", miał na myśli to, że będzie mógł żyć wśród ludzi o przeróżnych kolorach skóry i wyznaniach, lecz z podobnymi wpływami na konto w banku. Nikt nie palił się do chwalenia "zróżnicowania" w blokowiskach oddalonych stąd o kilometr. Ben wychował się tutaj, w JP, i nienawidził rozmów z mieszkającymi tu od dwóch lat przybyszami, którzy dokładnie wiedzieli, czego "tamtym" trzeba.
Przed odjazdem za pomocą starej karty bibliotecznej zeskrobał z przedniej szyby cholerne ptasie gówna, które zalegały na niej co rano. Powtarzał Maddy bez przerwy, żeby parkowała inaczej, aby nie musiał stawać pod tym drzewem, na którym mieszkały wszystkie wróble z miasta. Maddy nazywała jego samochód "kochanką" - z czego się śmiał - ale nie mogła być bliższa prawdy. Z tym że nikt nie uznaje camaro 2010 SS V8 za kobietę. Camaro był facetem, ba, przypominał mu kumpli, z którymi dorastał w Jamaica Plain, zanim dzielnica stała się modna. Jego dom rodzinny stał w Moss Hill, bogatszym rejonie, ale Ben kręcił się po mniej zamożnej okolicy Monument. Ciągle pamiętał jedno popołudnie, kiedy brat kumpla przyjechał całkiem nowym camaro IROC-Z 1985 i zabrał ich na autostradę. Jezu! To był lot, a nie jazda.
Kiedy przed dwoma laty wrócił do domu z własnym latającym samochodem, nie potrafił przewidzieć, czy Maddy zacznie krzyczeć, czy się uśmiechnie. Nie poinformował jej wcześniej, że planuje uczcić awans w hierarchii palestry, kupując sobie camaro 2010 SS V8. Zupełnie niepotrzebny samochód, w którym nie mieściła się cała rodzina, ale, cholera, taki, który rozpędzał się od zera do stu kilometrów na godzinę przez mniej niż pięć sekund. Po trzynastu sekundach jechał już ponad sto siedemdziesiąt. Oczywiście słowem nie wspomniał o tym Maddy, przedstawiając camaro jako przyjazną zabaweczkę. Dzieciom się spodoba! Zobacz, jaki jest cudowny! Wyobraź sobie, jak pędzimy nim we dwoje na Cape Cod, kiedy dzieci zostaną u twoich rodziców.
Zapomniał dodać, że ten seksowny wygląd, ta długa skośna maska sprawiają, że jazda jest czymś w rodzaju wyzwania, że samochód prawie nie nadaje się na wąskie, kręte drogi, nie mówiąc już o sprawdzaniu czegokolwiek we wstecznym lusterku czy oglądaniu się przez ramię. Zmiana pasów bywała czasem bardzo karkołomna, ale camaro miał mięśnie.
Uśmiechnął się do Maddy jak chłopiec, którego nie da się nie kochać. Żydowska dziewczyna wychowana w zielonym zamożnym Brookline w otoczeniu książek i szlachetnych intencji - jak mogła pojąć miłość chłopaka z Bostonu do takiego auta?
Kiedy się uśmiechnęła, o mało się nie rozpłakał.
- A niech mnie... - powiedziała wtedy. - Lepiej rozjechać kryzys wieku średniego takim samochodem, niż chodzić z nim do cudzego łóżka.
Kiedy ojciec zobaczył camaro, na jego twarzy odmalował się gniew rodem ze starego świata. Wszyscy nazywali go "Sędzią", choć był już na emeryturze. Ale przydomek przetrwał, zarówno w rodzinie, jak i w kręgach zawodowych. Nie potrzebował zbyt wielu słów, żeby okazać niezadowolenie, ale niezadowolenie Sędziego sprawiało, że wóz stał się jeszcze bliższy sercu Bena.
Ben pokonał kilka ostatnich schodów w budynku obrońców z urzędu, otworzył drzwi z napisem "Poziom 5" i ruszył do swojego gabinetu bez najmniejszej zadyszki. Wygrał z Andrew, swoim bratem, w trzech ostatnich meczach squasha i miał zamiar zrobić to samo w najbliższy piątek. Drzwi do gabinetu były otwarte. Za jego biurkiem siedziała Elizabeth, pochylona nad żółtym arkuszem papieru kancelaryjnego.
- Mówiłeś, że będziesz wcześniej. - Zdjęła szylkretowe okulary do czytania i uśmiechnęła się.
- Kwadrans po siódmej można uznać za "wcześniej" - odrzekł.
Uśmiech Elizabeth zamienił się w udawaną dezaprobatę, może niezupełnie udawaną - była taka młoda i przepełniona idealizmem.
- Powiedziałeś, że będziesz przed siódmą. - Wyciągnęła grubą pomarańczową teczkę z aktami spod sterty standardowych beżowych dossier. Oznaczanie kolorem ważnych spraw było jedną z wielu innowacji, do których zdołała przekonać wszystkich. - Przyjechałam o szóstej.
- I dlatego jesteś klejnotem w tym oceanie, w którym topimy się każdego dnia.
- Zgromadziłam wszystko, co moim zdaniem będzie nam potrzebne.
Musi na nią uważać. Już i tak za bardzo przypadł mu do gustu jej chłodny, jasny odcień włosów, a ona zadurzyła się chyba w jego randze starszego radcy procesowego Bostońskiego Wydziału Obrońców z Urzędu. Podziw uzależnia nie gorzej od kokainy.
- Nie mogłem uniknąć spóźnienia - wytłumaczył jej. - Problemy w domu.
- Poważne? - Sądząc po jej zatroskanej minie, spodziewała się jakiejś niezwykłej historii! Pożaru! Połamanych kończyn! Ben miał zamiar przedstawić jej dobrze skonstruowaną bajkę, żeby nie stracić tego zatroskanego spojrzenia.
- Caleb ma od wczoraj otwartą ranę na stopie. Dziś rano wyglądało to jeszcze gorzej.
Elizabeth wyglądała na zmieszaną, nie zrobiło to na niej wrażenia.
- Musi pojechać do lekarza, a Gracie na półkolonie.
Ten poranny dramat wypadł blado. W zasadzie co ich tak bardzo wkurzyło?
- Ale jakoś się z tym uporaliśmy i w rodzinie zapanował spokój.
Elizabeth podniosła się zza biurka, chcąc zwrócić należne mu miejsce. Powstrzymał ją gestem. Usiadł w starym, zniszczonym skórzanym fotelu dla gości, który ciągnął za sobą od awansu do awansu w hierarchii obrońców z urzędu. Wcześniej próbował pracować u ojca, ale Benedikte Illica Sen. prowadził swoją kancelarię prawną jak imperium osmańskie. Nie było tam miejsca dla dwóch władców.
Usiadł wygodniej w fotelu, który zaskrzypiał usłużnie, zanim Ben sam strzelił palcami.
- Przypomnij mi raz jeszcze, co dla mnie masz, okej, Lissie?
Elizabeth kokieteryjnie spiorunowała go wzrokiem. Powtarzała mu bez przerwy, że "Lissie" to niestosowne zdrobnienie. Wyszczerzył zęby.
- Najpierw podsumowanie? - zapytała.
Ben poprawił opadające na czoło włosy i na żółtej karteczce w pamięci zapisał "fryzjer", a obok przypomnienie, żeby zajść do sklepu z pamiątkami. Zbliżały się dwudzieste trzecie urodziny Elizabeth, na które chciał jej sprezentować plakietkę z wyrytym cytatem z Olivera Wendella Holmesa: Młody człowieku, tajemnica mojego sukcesu polega na tym, że bardzo wcześnie odkryłem, iż nie jestem Bogiem.
Maddy powiedziałaby, że taka plakietka przydałaby się jej znacznie bardziej niż Elizabeth. I rzecz jasna byłaby bardzo ciekawa, dlaczego chce kupić aplikantce urodzinowy prezent. "To z jej powodu musiałeś pędzić do biura!"
Ale kupował urodzinowe prezenty również aplikantom, prawda?
Prawda.
- Na pewno nie chcesz usiąść za biurkiem? - Elizabeth oparła nogi o wysuniętą dolną szufladę, którą potraktowała jak podnóżek.
Ben uniósł dłoń w geście wspaniałomyślności i wskazał palcem dokumenty na jej kolanach.
- Strzelaj.
- Okej, pokrótce - to, co mamy, i to, co powie strona przeciwna: prokuratura twierdzi, że B-bird, czyli Barry Robinson, zamordował rzekomo w styczniu Josepha Kelleya. B-bird przyznaje, że był wściekły na ofiarę, bo Kelley podrywał mu dziewczynę, ale przysięga, że go nie zabił...
Ben splótł palce na potylicy i opadł na oparcie fotela, żeby spłaszczyć brzuch. Kiedy Elizabeth odczytywała fakty, które znał już na pamięć, skupił się na przyjemności oceniania jej i jej występu.
Skończyła i skrzyżowała ramiona.
- Czy tyle wystarczy?
- Dziewczyna B-birda. Co z nią?
- Nie było jej na miejscu zbrodni. - Elizabeth zdjęła nogi z szuflady.
- Dziewczyna stała się powodem kłótni, tak? Będzie po jego stronie? Zobaczymy ją w sądzie?
Zaskoczenie, które odmalowało się na twarzy Elizabeth, sprawiło, że poczuł się niemal winny.
- Nie martw się - powiedział. - Rozmawiałem z nią. Będzie siedziała obok mamy B-birda.
- Wybacz. Myślałam, że zajęłam się wszystkim.
- Nie bądź dla siebie zbyt surowa. Na tym polega nauka.
Elizabeth załamała ręce, teraz wyglądała jak Oliver Twist czekający bardziej na kaszę niż na plakietkę z cytatem z Olivera Wendella Holmesa. Zbierając dokumenty, uśmiechnęła się z determinacją i wstała.
- Następnym razem niczego nie przegapię.
Spódnica opinała jej biodra, kiedy się wyciągnęła, żeby odłożyć teczkę do drucianego koszyka na blacie biurka.
Ben starał się nie patrzeć na idealny kształt jej pośladków. Musi na siebie uważać, jeśli chce pozostać wśród trzydziestu procent wybranych. Maddy przypominała mu regularnie - niby w żartach, niby nie - że siedemdziesiąt procent mężczyzn zdradza żony. Po piętnastu latach małżeństwa zapewniali się o swojej wierności za pomocą umownych znaków. Maddy spoglądała na niego i podnosiła wysoko siedem palców. Ben odpowiadał, podnosząc trzy - słowo skauta - że wciąż należy do trzydziestoprocentowej mniejszości.
Tak, potrafił być strasznym skurwielem, ale nigdy jej nie zdradził - to było nienaruszalną granicą wytyczoną na piasku. Zdarzało mu się ją przekroczyć - flirtując, używając kobiecego podziwu jako balsamu dla duszy, szczególnie podczas najgorszych dni małżeństwa - ale nigdy nie znalazł się całkiem po drugiej stronie. Nigdy.
Czuł się tak wymięty jak jego koszula, kiedy o wpół do ósmej wieczorem wkładał klucz do zamka drzwi wejściowych. Na ulicach panował straszny ruch, jak zwykle. Ten, kto powiedział, że Boston wyludnia się latem, na pewno nie jeździł samochodem. Rzucił marynarkę na krzesło, a zaraz za nią krawat, który zdjął już w samochodzie. Byłby najszczęśliwszy, gdyby mógł wejść prosto na górę, wziąć prysznic i położyć się do łóżka. W korytarzu było ze czterdzieści stopni. Założenie klimatyzacji w tym starym domu, w którym cała instalacja elektryczna trzymała się na drucikach jak do nocnej lampki, było niemożliwe. Maddy domagała się wymiany całej sieci, ale ciekawe, czyje oszczędności na studia chciała na to poświęcić?
W holu usłyszał jazgoczący telewizor. Jezu, czy oni nic innego nie robią?
- Spóźniłeś się na obiad - oznajmiła Maddy, kiedy wszedł do salonu.
Nie odwróciła wzroku od ekranu. Simpsonowie? Dlaczego pozwala im oglądać takie gówno?
- Tatusiu, spójrz! - Caleb podniósł grubo obandażowaną nogę.
- I co się wydarzyło, mistrzu? - Ben przykucnął na podłodze obok syna.
- Musieli mnie szyć.
- Jak tak dalej pójdzie, zamienisz się w poduszeczkę na igły. - Spojrzał na Maddy. - Wszystko okej?
Zmarszczyła brwi i podrapała się w miejsce po ugryzieniu komara na gołym udzie - jeszcze opalonym po weekendowej wycieczce do Singing Beach. Jej skóra, podobnie jak jego, piła słońce. Na plaży Maddy wyglądała świetnie, choć ukrywała krągłości w staromodnym jednoczęściowym kostiumie. Jej opalona skóra, gęste przesycone solą loki, ciemne piwne oczy obrysowane naturalną czarną kreską, z którą przyszła na świat - wszystko to sprawiało, że czuł podniecenie przez cały dzień. To swędzące uczucie, które do niej żywił, kazało mu zaproponować, żeby dzieci spędziły noc u dziadków.
Tamtej nocy, jęcząc w łóżku, Maddy nie była pomarszczona jak suszona śliwka - tak jak teraz.
- Lekarz założył dwa szwy - powiedziała w końcu.
Oczywiście. Tylko suche fakty, proszę pani. Jakie grzechy popełnił Ben, kiedy go nie było?
- Kiedy mu je zdejmą? - zapytał.
Ach, kolejne ciężkie westchnienie jego odwiecznie rozczarowanej pani.
- Same się rozpuszczą. Nic mu nie będzie. Musi tylko dbać o czystość nogi. Ale równie dobrze można prosić psa, żeby zaczął czytać. Dlatego założyli mu taki gruby bandaż. Nie doszło do zakażenia, ale chcą zapobiec dalszym kłopotom. Powinnam była zawieźć go tam od razu, wieczorem. Głupia jestem. Strasznie głupia. Niewiele brakowało, a nie mogliby go zszyć.
Czuł się jak kutas, bo Maddy o wszystko obwiniała siebie, a nie jego.
- Hej, nie da się zawsze wszystkiego przewidzieć.
Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, wstała i przytuliła go mocno. W odpowiedzi pogłaskał ją po plecach.
- Wygrałam, tatusiu! - pochwaliła się Gracie. - W bitwie barw.
Uśmiechnął się do rozpromienionej córki.
- Wygrałaś? To cudownie, kochanie.
- Wcale nie ona wygrała. - Caleb spojrzał na Gracie. - Twoja drużyna wygrała, głupi tłuściochu. A nie ty.
- Caleb, przestań - ostrzegła go matka. - I nie używaj takich słów w tym domu.
- Chcesz spędzić resztę wieczoru w swoim pokoju? - zapytał syna Ben.
Maddy zerknęła na męża i pokręciła głową. Co? Czyżby ją poparł?
Po policzkach Gracie płynęły łzy. Caleb zadarł wysoko brodę.
Maddy znów pokręciła głową. Co ją naszło, na rany Chrystusa? Czego ona chce? To ciekawe, że on może spieprzyć wszystko z automatu. Więc chyba lepiej ręcznie sterować małżeństwem.
***
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji