Wypadek - Danielle Steel

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy Allyson biegła po ścieżce, wyrwawszy się wreszcie z domu, była już pięć minut spóźniona na spotkanie z Chloe. Aby dojść do jej domu, musiałaby minąć trzy przecznice, ale tym razem nie było takiej potrzeby. Uzgodniły z Chloe, że spotkają się na rogu Shady Lane i Lagunitas, w połowie drogi pomiędzy ich domami, a tuż za rogiem domu Chloe.
Kiedy Allyson, zadyszana i prawie purpurowa od biegu, dotarła wreszcie na miejsce, Chloe już tam była.
- No! No! Ale elegantka! - zawołała z podziwem Chloe. - To twojej mamy? - W jej domu nie było już olbrzymiej szafy z ubraniami mamy, z której mogłaby korzystać. Czarny sweter, który miała na sobie, pożyczyła od starszej siostry pewnej dziewczyny ze szkoły. Prawdę mówiąc, przyjaciółka Chloe buchnęła ten sweter swojej starszej siostrze i dając go Chloe, jednocześnie podkreśliła, iż jeśli do niedzielnego poranka nie zostanie zwrócony, i to bez żadnych wad, obie będą mogły uważać się za martwe. Był to bardzo elegancki czarny golf. Włożyła do niego czarną skórzaną spódniczkę mini, którą pożyczyła od innej przyjaciółki, oraz czarne rajstopy, które jej matka przez zapomnienie zostawiła w szufladzie, kiedy wyjeżdżała do Anglii.
- Wyglądasz szałowo! - Allyson nie ukrywała, że jest pod wrażeniem wyszukanego stroju przyjaciółki. Zaczęła się nagle obawiać, że przy Chloe ona sama wygląda jak szara myszka. W każdym razie prezentowały się zupełnie inaczej. Czarny sweter i spódnica na tle błyszczących ciemnych włosów Chloe ostro kontrastowały z jej kremowobiałą cerą. Była bardzo ładną dziewczyną.
Kiedy tak stała obok Allyson, wyglądała jak stremowana solistka baletu tuż przed wyjściem na scenę. Jedenaście lat uczęszczała do szkoły baletowej i widać to było w każdym najdrobniejszym ruchu. Od dawna marzyła o San Francisco Ballet School, do której po całej serii wyczerpujących prób została w końcu przyjęta. Allyson spoglądała na nią z niepokojem, podczas gdy Chloe bez przerwy zerkała to na zegarek, to na ulicę.
- Przestań! Denerwujesz mnie! Może nie powinnyśmy tego robić - prawie płacząc, odezwała się Allyson, nagle ogarnięta wyrzutami sumienia.
- Jak możesz tak mówić?! - z oburzeniem zawołała Chloe. - To dwóch najprzystojniejszych chłopaków w całej szkole. A Phillip Chapman jest studentem ostatniego roku! - Phillip miał być chłopakiem Allyson, a nieco od niego młodszy Jamie Applegate przeznaczony był dla Chloe. Chloe marzyła o nim od chwili, kiedy go po raz pierwszy ujrzała. Obaj chłopcy należeli do tej samej drużyny pływackiej.
To Jamie wystąpił z propozycją randki, a Chloe ją zaaranżowała. Natychmiast skontaktowała się z przyjaciółką, ale Allyson powiedziała, że matka nigdy jej nie pozwoli umówić się z nieznajomym chłopakiem. Miała do tej pory zaledwie kilka nic nieznaczących randek. Zazwyczaj szła do kina z chłopakami, których znała od lat, bądź też w dużej grupie przyjaciół, i zawsze była zawożona i odbierana przez rodziców. Żaden z jej przyjaciół nie miał jeszcze prawa jazdy, tak więc transport był niezwykle ważny. Zdarzały się oczywiście różne imprezy i raz wyjechała nawet na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem, ale zanim minął Nowy Rok, wszyscy mieli już siebie po dziurki w nosie. Nigdy nie przeżyła prawdziwej randki z prawdziwym chłopakiem, który zabrałby ją prawdziwym samochodem na prawdziwą kolację. Tak było do dzisiejszego wieczoru. Teraz marzenia miały się wreszcie zrealizować, i to ją trochę przerażało.
Po dokładnym rozważeniu wszystkiego z Allyson i innymi przyjaciółkami Chloe doszła do wniosku, że ojciec nie pozwoliłby jej wybrać się dokądkolwiek z Jamiem Applegate'em, a przynajmniej nie jego samochodem. Przewidywała, że upierałby się, iż ona prawie wcale go nie zna. Może gdyby Jamie spędził z nimi trochę czasu, przyszedł raz czy dwa na kolację, może wtedy ojciec zmieniłby zdanie. Ale teraz z pewnością by się nie zgodził. A to była być może jedyna w jej życiu okazja i ona nie miała zamiaru jej zmarnować. Carpe diem. Chwytaj dzień. I ona to właśnie robiła. Przekonała Allyson, że jedynym sposobem, aby zrealizować plan, było okłamanie rodziców. Ten jeden jedyny raz. Przecież nikogo w ten sposób nie skrzywdzą. A jeśli później polubią tych chłopców i będą chciały z nimi ponownie gdzieś wyjść, wtedy już wszystko uzgodnią z rodzicami. Ta randka będzie czymś w rodzaju generalnej próby.
Z początku Allyson miała wiele wątpliwości, ale Phillip Chapman był taki piękny i tak bardzo jej imponował powagą i opanowaniem, że w żaden sposób nie mogła się oprzeć pokusie umówienia się z nim. Chloe miała rację. Po nieskończonej ilości rozmów telefonicznych i szeptów w szkole przyjęły zaproszenie i ustaliły, że spotkają się z nimi w pobliżu domu Chloe.
- Nie wolno ci wychodzić z chłopcami? - z drwiną w głosie zapytał Jamie, kiedy podała mu adres i poinformowała, gdzie będą na nich czekać.
- Oczywiście, że wolno. Nie chcę po prostu, by moi starsi bracia pobili cię, gdybyś się im nie spodobał - powiedziała, próbując ratować twarz, ale chyba jakoś nie bardzo w to uwierzył. Zapisał adres i obiecał przekazać go Phillipowi Chapmanowi. Phillip dysponował samochodem, i to on miał ich zawieźć na kolację do Luigiego.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
To było jedno z tych wspaniałych, niezwykle ciepłych wiosennych popołudni, kiedy powietrze delikatnymi jak jedwab muśnięciami dotyka twoich policzków i kiedy jedynym twoim pragnieniem jest, aby to trwało bez końca.
Długi, skąpany w słońcu kwietniowy dzień miał się już ku końcowi, gdy Page przejeżdżała przez most Golden Gate do Marin, z zachwytem patrząc na rozciągającą się przed nią przepiękną panoramę. Kątem oka zerknęła na siedzącego obok syna, który wyglądał dosłownie jak jej mała blond replika. Jedynie jego włosy sterczały w miejscu, gdzie jeszcze tak niedawno spoczywała czapka bejsbolowa, a na twarzy widniały ślady rozmazanego brudu. Andrew Patterson Clarke w ubiegły wtorek skończył siedem lat. Kiedy tak siedział, odpoczywając po męczącej grze w piłkę, nie sposób było nie dostrzec, jak silna więź łączyła tych dwoje. Page - dobra matka i równie dobra żona - była jednocześnie przyjacielem, o jakim zwykle się marzy. Troskliwa, kochająca, cokolwiek robiła, wkładała w to całą swą duszę. W kręgu znajomych i przyjaciół cieszyła się opinią osoby, na którą zawsze można liczyć, a jej fantazja i dużej klasy uroda sprawiały, że była prawdziwą duszą towarzystwa.
- Byłeś dzisiaj znakomity, kochanie. - Uśmiechnęła się do syna i puszczając na chwilę kierownicę, jedną ręką zmierzwiła jego i tak już potarganą czuprynę. Andy miał takie same jak ona grube, jasne włosy o odcieniu dojrzałego zboża, takie same niebieskie oczy i jasnokremową skórę, z tym że jego była gęsto usiana piegami. - Nie mogłam wprost uwierzyć, że udało ci się złapać tę piłkę. To była pewna bramka. - Page zawsze jeździła z synem na jego mecze oraz szkolne zawody i wycieczki w plener z jego klasą i przyjaciółmi. Bardzo go kochała i każda spędzona z nim chwila sprawiała jej ogromną radość. Wyraz twarzy Andy'ego, kiedy patrzył na matkę, nie pozostawiał cienia wątpliwości, że chłopiec doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
- Ja też myślałem, że będzie bramka. - Uśmiechnął się, ukazując dziąsła, w których jeszcze do niedawna tkwiły obydwa przednie zęby. - Sądziłem, że Benjie nie zmarnuje takiej okazji... - Przejechali właśnie most i znaleźli się po stronie Marin County, kiedy Andy, krztusząc się od śmiechu, z satysfakcją dodał: - ...ale mu się nie udało!
Page śmiała się razem z synem. To było sympatyczne popołudnie. Żałowała, że Brad nie mógł być z nimi. W każde sobotnie popołudnie grywał w golfa z kolegami z pracy. Była to dla nich znakomita okazja zarówno do relaksu, jak i przedyskutowania różnych niecierpiących zwłoki spraw biurowych. Rzadko się zdarzało, aby spędzali sobotnie popołudnia tylko we dwoje. A nawet jeśli czasem się na to zanosiło, to i tak w ostatniej chwili wypadało coś, co burzyło ich plany. Na przykład jakiś mecz Andy'ego; jedno z kolejnych słynnych organizowanych przez Allyson spotkań dla znajomych z drużyny pływackiej, których charakterystyczną cechą było to, że zawsze odbywały się w zapomnianych przez Boga i ludzi miejscach; jak na zawołanie pies kaleczył sobie łapę; przeciekał dach albo nagle wysiadała hydraulika. W tej sytuacji leniwe, sobotnie popołudnia pozostawały jedynie w sferze marzeń. Tak było już od wielu lat i ona zdążyła się do tego przyzwyczaić. Kradli więc każdą wolną chwilę pomiędzy jego podróżami w interesach czy też podczas rzadkich weekendów sam na sam, aby być razem w nocy, gdy dzieci spały. Znalezienie czasu na miłość w tym pędzącym szybko życiu nie było łatwe. Jednak jakoś im się to udawało.
Po szesnastu latach małżeństwa i urodzeniu dwojga dzieci Page wciąż była w Bradzie szaleńczo zakochana. Miała wszystko, czego pragnęła: męża, którego uwielbiała i który ją bardzo kochał, spokojne, bezpieczne życie oraz dwoje wspaniałych dzieci. Ich dom w Ross początkowo niczym szczególnym się nie wyróżniał, był jednak pięknie położony i bardzo wygodny. Z biegiem lat Page, dzięki nieustannym zabiegom, uczyniła z niego coś wyjątkowo uroczego. Nareszcie mogła wykorzystać wiedzę zdobytą w czasie studiów na historii sztuki, popartą praktyką u dekoratora wnętrz w Nowym Jorku. Zaczęła malować dla siebie i dla przyjaciół piękne freski, wśród których wyjątkową urodą wyróżniał się fresk wykonany dla szkoły średniej w Ross. Jej własny dom stał się z czasem oazą autentycznego piękna. Malowane przez nią obrazy i freski oraz coś tak nieuchwytnego, co przyjęło się nazywać ręką artysty, sprawiły, że ten zwykły wiejski dom stał się przedmiotem podziwu i zazdrości każdego, kto chociaż raz miał okazję go zobaczyć, i nikt nie miał wątpliwości, że to wszystko było wyłączną zasługą Page.
W ubiegłym roku tuż przed Bożym Narodzeniem na jednej ze ścian pokoju syna namalowała grę w bejsbol. Andy'emu bardzo się to spodobało. Kiedy była bez pamięci zakochana we wszystkim co francuskie, namalowała dla Allyson scenkę z życia paryskiej ulicy. Niedługo po tym, zainspirowana twórczością Degasa, sznur tancerek, a całkiem niedawno, jak czarodziej za pomocą magicznego dotyku, przeobraziła pokój Allyson w basen kąpielowy. Nawet meble pomalowała w taki sposób, aby to wrażenie jeszcze bardziej spotęgować. Allyson i jej przyjaciele stwierdzili, że osiągnięty efekt był zdumiewający, a pod adresem Page posypały się pełne uznania okrzyki w rodzaju: "Ale fajne... niesamowite... fantastyczne", co było najwyższą oceną w ustach zgrai piętnastolatków. Patrząc na nich, Page ogromnie żałowała, że nie miała więcej dzieci. Zawsze chciała mieć ich więcej, ale Brad akceptował najwyżej dwoje, nie ukrywając, że najchętniej pozostałby przy jednym. Był nieprzytomnie zakochany w swojej małej córeczce i nie rozumiał, dlaczego mieliby mieć więcej dzieci. Potrzebowała aż siedmiu lat, aby go przekonać, że powinni mieć przynajmniej jeszcze jedno.
Andy - ich maleńki skarb - jak go nazywała, przyszedł na świat niedługo po tym, kiedy przeprowadzili się z miasta do własnego domu w Ross. Poród nastąpił dwa i pół miesiąca przed czasem, kiedy Page spadła z drabiny, malując w dziecięcej sypialni prześliczny fresk o tematyce bajkowej. Kiedy pospiesznie wieziono ją ze złamaną nogą do szpitala, dziecko było już w drodze. Przez dwa miesiące Andy leżał w inkubatorze, ale kiedy Page odbierała go ze szpitala, był już pod każdym względem doskonały. Uśmiechnęła się, przypominając sobie, jaki był maleńki i jak bardzo się obawiała, że go utraci. Nawet nie była w stanie sobie wyobrazić, aby mogła to przeżyć. Chociaż zdawała sobie sprawę, że w końcu musiałaby... dla Allyson i dla Brada. Bez tego dziecka jednak życie Page nie byłoby już takie jak dawniej.
- Może masz ochotę na loda? - zapytała, gdy skręcili w Sir Francis Drake.
- Jasne. - Andy znowu się roześmiał, ukazując bezzębne dziąsła. Jego buzia wyglądała przy tym tak zabawnie, że Page nie mogła się powstrzymać, aby mu nie zawtórować.
- Kiedy wreszcie będziesz miał nowe zęby, Andrew Clarke? Może należałoby sprawić ci sztuczne?
- Nooo... - Andy zachichotał.
Cudownie było przebywać z nim sam na sam. Zazwyczaj wracała z meczu samochodem pełnym dzieciaków, ale tym razem miała ją w tym wyręczyć inna matka. Pojechała jednak na mecz, obiecała to przecież synowi. Allyson spędzała właśnie popołudnie ze swymi przyjaciółmi, a Brad jak zwykle grał w golfa. Page była więc wolna, tym bardziej że uporała się wreszcie z zaległymi projektami. Teraz planowała wykonanie kolejnego fresku dla szkoły. Obiecała również wpaść do przyjaciółki i wymyślić coś do jej salonu. To wszystko mogło jednak poczekać.
Andy otrzymał podwójną porcję lodów w cukrowym rożku z wiórkami czekoladowymi. Page, aby uspokoić sumienie, że nie robi niczego grzesznego, zadowoliła się beztłuszczowym mrożonym jogurtem o smaku kawowym.
Przez jakiś czas siedzieli na zewnątrz, obserwując przechodniów i rozkoszując się łagodnym ciepłem późnego popołudnia. Andy umorusał całą twarz lodami, które skapywały teraz na jego ubranie, ale Page powiedziała, żeby się tym nie przejmował. Wszystko, co miał na sobie, i tak nadawało się już tylko do prania. To był wspaniały dzień. Page wspomniała, że mogliby wybrać się w niedzielę na piknik.
- Byłoby fajnie! - zawołał z zachwytem Andy. Grudka lodów znalazła się na czubku jego nosa i spływając, połączyła się z linią brody. Page spoglądała na niego z bezmierną czułością.
- Jesteś wspaniały, Andrew Clarke... wiesz o tym? Chyba nie powinnam ci tego mówić, ale ty naprawdę jesteś znakomity i do tego jeszcze fantastycznie grasz w bejsbol. Jestem z ciebie taka dumna. - Znowu się uśmiechnął, teraz nawet szerzej, i lód był już absolutnie wszędzie, nawet na nosie Page, kiedy ucałowała syna. - Jesteś wspaniały.
- Ty też jesteś niezła... - Znowu utonął w lodowych słodkościach, po czym spojrzał na nią pytająco:
- Mamo...?
- Tak? - Page prawie już skończyła pić jogurt, ale lodowy rożek Andy'ego wyglądał tak, jakby miał zamiar w nieskończoność się topić, kapać i ciec. Lody w rękach małych dzieci mają jakąś dziwną zdolność do odradzania się.
- Czy będziemy mieli kiedyś jeszcze jednego dzidziusia?
Page zdawała się być zaskoczona pytaniem. Chłopcy zazwyczaj nie interesowali się takimi sprawami. Allyson kiedyś również ją o to pytała. Ale teraz Page miała już trzydzieści dziewięć lat i urodzenie trzeciego dziecka nie wydawało się jej możliwe. Nawet nie dlatego, aby czuła się za stara czy też żeby naprawdę taką była. W obecnych czasach nawet starsze kobiety mają dzieci. Wiedziała jednak, że nigdy nie namówi Brada na jeszcze jedno dziecko. Zawsze powtarzał, że te sprawy ma już za sobą.
- Nie sądzę, kochanie. Dlaczego pytasz? - Czyżby się tym martwił, a może po prostu był tylko ciekawy? Bardzo ją to zaintrygowało.
- Mama Tommy'ego Silverberga w zeszłym tygodniu urodziła bliźniaki. Widziałem je, kiedy byłem u niego. Są śliczne! I wiesz, zupełnie takie same - wyjaśniał, wyraźnie podekscytowany. - Każdy z nich waży ponad trzy kilogramy. To więcej niż ja, kiedy się urodziłem.
- O, z pewnością. - Jako wcześniak ważył zaledwie dwa kilogramy. - Jestem pewna, że są śliczne. Ale nie sądzę, abyśmy mogli mieć nie tylko bliźniaki, ale... nawet tylko jedno dziecko... - Było jej przykro, kiedy to powiedziała. Właściwie zawsze zgadzała się z Bradem. W jednym tylko przypadku nie mogła przyznać mu racji. Nie uważała, aby dwójka dzieci była dla nich idealnym rozwiązaniem. Wciąż jeszcze zdarzały się chwile, kiedy bardzo tęskniła za kolejnym dzieckiem. - Może powinieneś porozmawiać o tym z tatą - poddała synowi myśl.
- O bliźniakach? - Zdawał się zaintrygowany.
- O kolejnym dzidziusiu.
- Byłoby fajnie... mieć coś takiego... ale to nie jest takie proste. U Tommy'ego jest teraz straszny bałagan. Wszędzie łóżeczka, kocyki... kołyski i do tego wszystko podwójnie... Pomagała tam jego babka. Gotowała obiad i przypaliła go. Ojciec Tommy'ego potwornie wrzeszczał.
- To rzeczywiście nie wygląda zbyt zachęcająco. - Page uśmiechnęła się, wyobrażając sobie scenę totalnego chaosu, towarzyszącego pojawieniu się bliźniaków w domu, którego organizacja pozostawiała wiele do życzenia i gdzie była już dwójka dzieci. - Na początku zwykle tak bywa.
- Kiedy ja się urodziłem, to też był taki bałagan? - Nareszcie skończył jeść loda i otarł usta rękawem, a ręce o spodnie. Page, obserwując to, roześmiała się.
- Nie, ale ty teraz z pewnością wyglądasz jak jeden wielki bałagan, kochanie. Może lepiej będzie, jak pojedziemy do domu i poddamy cię generalnym porządkom.
Wsiedli do samochodu i ruszyli w stronę domu, rozmawiając o różnych sprawach. Ale w uszach Page wciąż brzmiało zadane przez syna pytanie. Przez chwilę poczuła dobrze jej znane ukłucie tęsknoty. Może spowodował to ciepły, słoneczny dzień i to, że była wiosna, ale nagle znowu chciała mieć więcej dzieci... odbywać romantyczne podróże... spędzać więcej czasu z mężem... przeżywać leniwe popołudnia w łóżku, kiedy nie musi nic robić i jedynym jej zajęciem jest kochanie się z Bradem. Była szczęśliwa, ale zdarzały się chwile, kiedy miała ochotę cofnąć czas.
Obecnie jej życie bez reszty pochłaniały samochody, prowadzenie domu i praca w komitecie rodzicielskim. Z Bradem w ciągu dnia spotykała się jedynie w przelocie albo wieczorem po zakończeniu wszystkich tak bardzo wyczerpujących ją zajęć. Mimo to wciąż jednak łączyła ich miłość i pożądanie... tylko czasu na to było jakby wciąż mniej.
Kilka minut później, gdy wjeżdżali na podjazd przed domem, Page zauważyła samochód Brada. Kiedy Andy pospiesznie zbierał swoje rzeczy, spojrzała na syna z dumą.
- To był wspaniały dzień - powiedziała.
Wciąż jeszcze czuła ciepło popołudniowego słońca, a jej serce przepełniała miłość do syna. To był jeden z takich szczególnych dni, kiedy człowiek uświadamia sobie, jaki jest szczęśliwy i jak bardzo wdzięczny losowi za każdą podarowaną mu chwilę.
- Dla mnie również... Dzięki, że byłaś ze mną, mamo. - Wiedział, że nie musiała. I cieszył się, że mimo to przyszła. Bardzo go kochała i on doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Był dobrym chłopcem i w pełni na to zasługiwał.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panie Clarke. A teraz niech pan pójdzie do taty i opowie mu o tym wspaniałym złapaniu piłki. Ten wyczyn z pewnością zapewni panu miejsce w historii. - Roześmiał się i wbiegł do domu.
Page podniosła rower Allyson porzucony na ścieżce. Wrotki córki oparte były o garaż, a rakieta tenisowa tkwiła na krześle tuż przed kuchennymi drzwiami wraz z puszką piłek, które "pożyczyła" od taty. Najwyraźniej miała za sobą bardzo pracowity dzień i kiedy tylko Page weszła do domu, ujrzała córkę przyklejoną do słuchawki kuchennego aparatu telefonicznego, wciąż w stroju do tenisa. Długie blond włosy miała splecione we francuski warkocz, a plecami zwrócona była do matki. Gdzieś się umawiała. Po chwili odłożyła słuchawkę i odwróciła się w jej stronę.
To była piękna dziewczyna i ten fakt wciąż zdawał się Page zaskakiwać. Wyglądała tak imponująco i tak wyjątkowo dojrzale. Kształty miała kobiece, jednak umysł młodej dziewczyny. Zawsze była w ruchu, zawsze miała coś do powiedzenia, coś do zrobienia, wyjaśnienia, gdzieś musiała się znaleźć, i to natychmiast, dwie godziny temu, w tej sekundzie... naprawdę musiała! Andy był zupełnie inny i Page po spokojnym popołudniu spędzonym z synem gwałtownie się teraz przestawiała na znacznie wyższe obroty.
Allyson, podobnie jak Brad - bardzo energiczna, bezustannie w ruchu, wciąż czymś zajęta - zawsze wiedziała, co chce zrobić, gdzie ma być i co jest dla niej naprawdę ważne. Była bardziej żywiołowa niż Page i bardziej od niej zdecydowana, ale nie tak miła i delikatna, jak Andy będzie za jakiś czas. Imponowała sprytem, inteligencją i niewiarygodną wprost pomysłowością. Od czasu do czasu zdarzało się jej tracić zdrowy rozsądek i wtedy pomiędzy nią a matką dochodziło do awantury z powodu jakiegoś popełnionego przez nią typowego dla nastolatek błędu. Zawsze jednak potrafiła się w końcu opanować, przynajmniej na tyle, aby wysłuchać racji rodziców.
Obecnie, mając piętnaście lat, potrafiła się zdobyć na każde, największe nawet szaleństwo. Próbowała wszystkiego. Testowała swoje możliwości, aby się przekonać, kim w końcu ma być. W przeciwieństwie do Andy'ego - który zawsze marzył, aby kiedyś stać się takim jak ojciec - Allyson, pomimo zewnętrznego podobieństwa do rodziców, nie chciała być ani Bradem, ani Page. Chciała być po prostu sobą. Andy'ego traktowała wciąż jak małe dziecko. Miała osiem lat, gdy się urodził, i uważała, że to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziała. Był tak maleńki i kruchy, że podobnie jak rodzice bardzo się bała, iż w każdej chwili może umrzeć. A kiedy w końcu przywieziono go do domu, była najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Nosiła go bez przerwy z pokoju do pokoju i kiedy tylko Page nie mogła synka znaleźć, wiedziała, że z pewnością tkwi w łóżku Allyson, przytulony do niej jak żywa lalka.
Allyson od początku obłędnie kochała Andy'ego. I nawet teraz po cichu go rozpieszczała, obsypując prezentami i kupując bilety na mecze bejsbolowe. Czasami szła nawet na te rozgrywki, w których on uczestniczył, chociaż tak naprawdę nigdy nie znosiła bejsbolu.
- Jak ci dzisiaj poszło, mały? - ciągle się z nim droczyła, przypominając, jak bardzo był maleńki, kiedy się urodził. Chociaż teraz przewyższał już wzrostem większość kolegów w klasie.
- W porządku - odpowiedział skromnie.
- Twój brat był prawdziwą gwiazdą meczu - wyjaśniła Page.
Andy zaczerwienił się i szybko odszedł, aby odszukać ojca, podczas gdy Page rzuciła tylko w kierunku sypialni krótkie "halo", chcąc przygotować kolację, zanim przywita się z mężem.
- Jak minął dzień? - zwróciła się do córki, otwierając lodówkę. Tego wieczoru nie mieli nic szczególnego w planie. Pomyślała, iż jest tak ciepło, że można by zrobić kolację na powietrzu, a może uda się namówić Brada, aby zrobił dla nich coś z rusztu w ogrodzie. - Z kim grałaś w tenisa?
- Z Chloe i z innymi. Dzisiaj w klubie było trochę ferajny z Branson i Marin Academy. Najpierw graliśmy w debla, później grałam z Chloe, a potem poszliśmy popływać - relacjonowała obojętnym tonem.
Podobnie jak jej kalifornijscy rówieśnicy prowadziła wesołe i całkowicie beztroskie życie. Dla niej nie było w tym nic nadzwyczajnego - w Kalifornii się przecież urodziła. Dla Brada pochodzącego ze Środkowego Zachodu i Page z Nowego Jorku wspaniała kalifornijska pogoda i nieograniczone wprost możliwości osiągnięcia sukcesu wciąż miały w sobie coś z magii. Jednak nie dla tych dzieciaków. Dla nich to wszystko było czymś zupełnie normalnym i czasami Page tego właśnie im zazdrościła. Cieszyła się oczywiście, że mają łatwiejszy start. Zawsze przecież pragnęła, aby ich życie było wygodne, beztroskie i bezpieczne, a więc wolne od jakichkolwiek zmartwień i kłopotów. Zrobiła, co tylko mogła, aby to wszystko im zapewnić, i cieszyła się, obserwując, jak dobrze się rozwijają i jak odnoszą sukcesy.
- A więc całkiem dobrze się bawiłaś. Czy masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór? - Jeśli nie miała lub jeśli Chloe wybierała się do niej na plotki, to może ona i Brad poszliby do kina, a Allyson mogłaby zająć się Andym. Jeśli to niemożliwe, będą musieli zostać w domu, ale to przecież żaden problem. Nie poczynili z Bradem żadnych specjalnych planów na ten wieczór. Miło będzie posiedzieć na zewnątrz w ciepłą noc, porozmawiać ze sobą i trochę się zrelaksować. Będą mieli dla siebie nareszcie dużo czasu. - A więc jakie masz plany?
Allyson odwróciła się do niej nerwowo, a jej spojrzenie zdawało się mówić: złamiesz mi życie, jeśli nie pozwolisz mi na to, o czym myślę przez cały dzień.
- Ojciec Chloe obiecał, że zabierze nas na kolację i do kina.
- OK. Nie ma sprawy. Jedynie pytałam. - Page uśmiechnęła się, widząc, że twarz Allyson niemal natychmiast się rozpogodziła. Czasami łatwo można ich przejrzeć. Dorastanie wcale nie było łatwe, wręcz przeciwnie: często nawet bolesne. Nawet w normalnym szczęśliwym domu nie dało się tego uniknąć. Najwyraźniej każdy musi przez to przejść.
- Na jaki film? - Page włożyła na chwilę mięso do kuchenki mikrofalowej, aby je rozmrozić. Zamierzała przygotować coś prostego.
- Jeszcze nie wiem. Są chyba ze trzy filmy, które chciałabym zobaczyć.
Wciąż nie widziałam Woodstock. Grają go na festiwalu. Ojciec Chloe zabiera nas na kolację do Luigiego.
- Wspaniale. To bardzo miło z jego strony.
Page wyjęła trochę ziemniaczanych chipsów i zaczęła przygotowywać sałatkę. Co pewien czas spoglądała przez ramię na córkę. Była taka śliczna, kiedy siedziała na stołku przy ladzie kuchennej. Wyglądała jak modelka.
Miała ogromne, brązowe oczy, takie same jak Brad; złociste włosy matki; piękną cerę, która gdy tylko ujrzała słońce, natychmiast przybierała miodowy odcień; długie, niezwykle kształtne nogi oraz wyjątkowo szczupłą talię. Nic dziwnego, że przechodnie często zatrzymywali się na jej widok, ostatnio szczególnie dotyczyło to mężczyzn. Page czasami mówiła Bradowi, że chciałaby umieścić na niej napis, że ma tylko piętnaście lat. Nawet trzydziestoletni mężczyźni odwracali się na ulicy, aby się jej dokładnie przyjrzeć. Z łatwością mogła uchodzić za osiemnastolatkę lub nawet za dwudziestkę.
- To niezwykle miłe ze strony pana Thorensena, że chce z wami spędzić sobotni wieczór.
- Nie ma nic lepszego do roboty - powiedziała po prostu Allyson. W tym momencie była znowu zwyczajną piętnastolatką i Page, dostrzegłszy to, roześmiała się. Młodzież w tym wieku jest taka bezwzględna w wygłaszaniu swoich opinii i widzi znacznie więcej, niż dorosłym się wydaje.
- Skąd wiesz?
- Jego żona zostawiła go rok temu i zaraz po rozwodzie związała się z pewnym agentem teatralnym w Anglii. Zaproponowała, że zabierze ze sobą trójkę dzieci i umieści je w angielskich internatach. Wprawdzie była Amerykanką, ale uważała, że angielski system szkolnictwa jest zdecydowanie lepszy. Trygve Thorensen nie zgodził się jednak na to i zatrzymał dzieci przy sobie. To smutne, ale po dwudziestu latach życia na obrzeżach miasta pani Thorensen była tak potwornie zmęczona rolą kierowcy, pokojówki i opiekunki własnych dzieci, że w końcu zdecydowała się porzucić rodzinę i wszystko, co wiązało się z Ross. Od zawsze tego wszystkiego nie znosiła, aż w końcu podjęła decyzję. Od dawna próbowała powiedzieć mężowi o swoich problemach, lecz Trygve jej nie słuchał. Własne wyobrażenia brał za rzeczywistość i nie chciał widzieć tego, co dzieje się z jego żoną.
Kiedy Dana odeszła, komentarzom i plotkom w Ross nie było końca. Page przeżyła prawdziwy szok, nie mieściło się jej w głowie, że matka może zostawić dzieci, ale wszystko wskazywało na to, że Dana od dawna się z tym zamiarem nosiła. Mieszkańcy Ross podziwiali Trygvego, widząc, jak znakomicie daje sobie radę z dziećmi i że tak bardzo się im poświęca. Obowiązki rodzicielskie w przeciwieństwie do Dany nigdy nie zdawały się go nużyć; przyjął je z typową dla siebie pogodą i oddaniem. Nie było to wcale łatwe, do czego od czasu do czasu się przyznawał, ale dawał sobie jakoś radę, a jego dzieciaki wyglądały na znacznie szczęśliwsze, niż były do tej pory. Czas na pracę zawodową znajdował, kiedy dzieci szły do szkoły i późnym wieczorem, kiedy już spały. Poza tym poświęcał im każdą wolną chwilę. Był znany wszystkim ich przyjaciołom i bardzo przez nich lubiany. Nie dziwiło więc Page, że zgodził się wziąć całą zgraję do kina, a później na kolację do Luigiego.
Obydwaj synowie Trygvego uczęszczali do college'u. Chloe - rówieśnica Allyson - na Boże Narodzenie skończyła piętnaście lat i urodą dorównywała swojej przyjaciółce, chociaż jednocześnie bardzo się od niej różniła. Była filigranowa, włosy miała ciemne, podobnie jak matka, duże niebieskie oczy ojca oraz bardzo jasną cerę. Rodzice Trygvego byli Norwegami i mieszkał on w Norwegii do dwunastego roku życia. Jednak teraz był już stuprocentowym Amerykaninem, chociaż jego przyjaciele drażnili się z nim, nazywając go wikingiem. Kobiety uważały go za atrakcyjnego mężczyznę i przez jakiś czas po rozejściu się z żoną był obiektem westchnień miejscowych rozwódek, ale jakoś nic z tego nie wychodziło. Poza pracą i swymi dziećmi Trygve zdawał się w ogóle nie mieć czasu dla kobiet. Jednak Page podejrzewała, że nie była to kwestia czasu, lecz raczej braku do nich zaufania.
Dla nikogo nie było tajemnicą, że bardzo kochał swoją żonę, ale tajemnicą nie było również, że żona zdradzała go przez ostatnie kilka lat, zanim go w końcu zostawiła. Życie mężatki, wiernej jednemu mężczyźnie, nie bardzo jej odpowiadało. Trygve próbował wszystkiego: prosił, groził, dwukrotnie decydował się nawet na separację, ale wciąż nie przestawał marzyć o czymś, czego ona nie mogła mu dać. Chciał prawdziwej żony, pół tuzina dzieci, prostego życia i urlopów pod namiotem. Ona natomiast Nowego Jorku, Paryża, Hollywood czy też Londynu.
Dana Thorensen była jego absolutnym przeciwieństwem. Poznali się w Hollywood, tuż po skończeniu szkoły. On próbował wtedy swoich sił w pisaniu scenariuszy, a ona była początkującą aktorką. Kochała swoją pracę i bardzo trudno było jej zaakceptować propozycję Trygvego, aby się przenieść do San Francisco. Jednak jej miłość do Trygvego była na tyle silna, że zdecydowała się na ten wyjazd. Przez jakiś czas usiłowała dojeżdżać, próbowała również swoich sił w pracy reporterskiej dla ACT w San Francisco, lecz nic z tego nie wyszło. Tęskniła za przyjaciółmi oraz rozrywkami Los Angeles i Hollywood, a nawet za pracą statystki. Nieoczekiwanie zaszła w ciążę i Trygve zaskoczył ją, nalegając, aby się pobrali. Potem wszystko już jakoś samo się potoczyło. Musiała grać rolę, której tak naprawdę nigdy nie chciała. Ale kiedy ich drugie dziecko - Bjorn - urodziło się z zespołem Downa, nie mogła się z tym pogodzić. Zaczęła zachowywać się tak, jakby całą winą za to obciążała męża. Nie chciała mieć już więcej dzieci. Nie była nawet pewna, czy jeszcze zależy jej na małżeństwie. I nagle pojawiła się Chloe i wtedy Dana zupełnie się załamała. Życie stało się dla niej prawdziwym koszmarem.
W tym czasie Trygve stawał się coraz bardziej popularny. Jego polityczne artykuły ukazywały się w "New York Timesie" i w wielu renomowanych magazynach oraz zagranicznych czasopismach. Ale Dany zupełnie to nie interesowało. Od dawna już ledwie męża tolerowała. Marzyła tylko o jednym - chciała być wolna. Natomiast on chciał, aby wszystko było jak dawniej. Najbardziej irytowało Danę to, że Trygve okazał się wprost idealnym ojcem. Chodzący ideał z jednej strony i okropna żona z drugiej. Był cierpliwy, łagodny i bardzo szczęśliwy, ilekroć otoczony dzieciarnią mógł im poświęcić swój czas. Zabierał ze sobą całe ich gromady. Organizował wycieczki z noclegami pod gołym niebem i łowił z nimi ryby. Był jednym z głównych organizatorów specjalnych zawodów sportowych, w których Bjorn odniósł duży sukces ku ogromnej radości wszystkich przyjaciół. Wszystkich, tylko nie Dany. Nie czuła się z nimi absolutnie związana, a Bjorn był uosobieniem jej życiowej klęski i rozczarowania. W efekcie nikt jej nie darzył sympatią, nie mogąc pojąć, dlaczego się buntuje przeciwko życiu, które wcale nie było złe. Miała wspaniałe dzieci, nie wyłączając Bjorna o urzekającej słodyczą twarzy, a Trygve był mężem, którego zazdrościła jej większość kobiet w okolicy. Kiedy zaczęła mieć coraz częstsze romanse, nikogo to nawet nie zaskoczyło. Dana zdawała się nie przywiązywać żadnej wagi do tego, czy ktoś wie o jej przygodach, a już szczególnie Trygve. Prawdę mówiąc, to nawet chciała, aby się o wszystkim dowiedział. Kiedy go w końcu zostawiła, wszyscy jakby odetchnęli.
Trygve przez długie lata jak przysłowiowy struś chował głowę w piasek, próbując udawać, że nie jest tak źle. Wmawiał sobie różne rzeczy, w które sam tylko wierzył. "...Przyzwyczai się... trudno jej było zrezygnować z kariery... porzucenie Hollywood nie przyszło jej łatwo... małżeństwo kosztowało ją wiele wyrzeczeń... no i oczywiście Bjorn, który sprawił jej taki zawód..." Usprawiedliwiał ją od dwudziestu lat i nie mógł uwierzyć, że go jednak zostawiła. Ale w pewnej chwili ku swemu wielkiemu zaskoczeniu poczuł się tak, jakby wyrwano mu od dawna bolący ząb. I co było jeszcze bardziej zaskakujące, absolutnie nie miał już ochoty z kimkolwiek ponownie się wiązać. Bał się, że ten ból znowu powróci. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, jak bardzo było źle. Nie mógł sobie wyobrazić, aby miał znowu kogoś poślubić czy też zdecydować się na jakiś poważniejszy związek. Początkowo nawet randki budziły w nim odrazę. Wszystkie kobiety w mieście zdawały mu się czekającymi na świeży łup sępami, a on nie chciał być ich kolejną ofiarą. Teraz, kiedy został z dziećmi sam, był bardzo szczęśliwy. I to mu wystarczało, przynajmniej na razie.
- Od kiedy mama Chloe odeszła, to znaczy już od ponad roku, nie ma żadnej dziewczyny, przynajmniej żadnej poważnej. Cały czas spędza z dziećmi albo pisząc o polityce. Tym jednak zajmuje się w nocy. Chloe twierdzi, że pisze teraz książkę. Ale on lubi nas ze sobą zabierać, mamo. Tak przynajmniej mówi.
- Macie szczęście. Jednak pewnego dnia może znaleźć kogoś trochę bardziej... hm... jakby to powiedzieć, dojrzałego, z kim będzie chciał spędzać czas. - Uśmiechnęła się, kiedy Allyson wzruszyła ramionami. Nie mogła sobie wyobrazić, aby chciał robić cokolwiek innego. Jak daleko sięgała pamięcią, Trygve Thorensen bez reszty poświęcał się swoim dzieciom. Nigdy nie przyszło jej nawet na myśl, że mogłoby być inaczej. Nie tylko dlatego, że je kochał i chciał z nimi być, ale również dlatego, że bronił się w ten sposób przed pustką nieudanego małżeństwa.
- Poza tym on lubi spędzać czas z Bjornem. Pan Thorensen uczy go prowadzić samochód.
- To przyzwoity facet. - Page skończyła płukać sałatę i przełożyła ją do miski, podczas gdy Allyson całą uwagę skupiła na chipsach ziemniaczanych. - A propos, jak się ma Bjorn? - Page już od dawna go nie widziała. Choroba nie dotknęła go w takim stopniu jak innych, ale była jednak widoczna.
- Jest wspaniały. W każdą sobotę gra w bejsbol, a teraz dosłownie oszalał na punkcie gry w kręgle.
To było zdumiewające. Ile trzeba mieć silnej woli, aby się z tym uporać? W pewnym sensie Page mogła nawet zrozumieć, że Dana Thorensen była tym przybita, ale w żaden sposób nie mogła pojąć jej późniejszego zachowania. Znała Trygvego Thorensena od lat i bardzo go lubiła. Nie zasługiwał na te wszystkie nieszczęścia, które go spotkały. Nikt zresztą nie zasługiwał. Poza tym wiedziała, że był znakomitym ojcem.
- Czy spędzisz noc u Thorensenów? - zapytała Page, gdy ułożyła w misce ostatnie liście sałaty i wytarła ręce. Od chwili, gdy wróciła do domu, nie widziała się jeszcze z Bradem. Chciała pójść do niego, przywitać się i zobaczyć, co z Andym.
- Ależ skąd. - Allyson pokręciła przecząco głową. Podniosła się, porzucając na ladzie ziemniaczane chipsy, i chwyciła jabłko. Jej ciało przyciągało wzrok smukłością linii. Przerzuciła długi blond warkocz przez ramię. - Powiedzieli, że odwiozą mnie po kinie. Chloe jutro z samego rana ma zawody sportowe.
- W niedzielę? - Page wyglądała na zaskoczoną, kiedy wychodziły z kuchni.
- Taa... Nie wiem... może to tylko trening... coś w tym rodzaju.
- O której wychodzisz?
- Obiecałam, że spotkam się z nią o siódmej. - Milczała jakiś czas, a jej ogromne brązowe oczy zatrzymały się na twarzy matki. Było w nich coś, czego Page nie mogła określić. Po chwili to coś zniknęło tak samo szybko, jak się pojawiło. Jakaś tajemnica, jakaś uporczywa myśl, coś bardzo osobistego, czym nie chciała się podzielić nawet z własną matką. - Czy mogę pożyczyć twój czarny sweter, mamo?
- Ten kaszmirowy z koralikami? - Dostała go od Brada na Boże Narodzenie. Był zbyt strojny i stanowczo za drogi dla piętnastoletniej dziewczyny. Kiedy Allyson potwierdziła skinieniem głowy, dodała:
- Nie bardzo mi się ten pomysł podoba. To nie jest chyba najwłaściwszy strój do Luigiego, a tym bardziej do kina, nie sądzisz?
- Taa... OK... A ten różowy?
- To już lepiej.
- Mogę?
- OK... - Westchnęła i pokręciła głową z rezygnacją, udając się na poszukiwanie męża.
Czasami miała uczucie, jakby pomiędzy nią a Bradem wyrastał jakiś niewidzialny mur, jakby codziennie musieli pokonać setki kilometrów, aby się wreszcie spotkać i wymienić kilka zdawkowych słów w rodzaju: zabierz mnie... podrzuć mnie... przyjedź po mnie... daj mi... czy mogę... czy mógłbyś... gdzie jest mój... gdzie... jak... kiedy...
Gdy weszła do sypialni, na widok męża dosłownie dech zaparło jej w piersiach. Wciąż tak na niego reagowała. Brad Clarke był wysokim, niezwykle przystojnym mężczyzną. Miał sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu, krótkie ciemne włosy, duże brązowe oczy, silne ramiona, wąskie biodra, długie nogi oraz uśmiech, który wciąż tak samo ją zniewalał. Pochylony nad rozłożoną na łóżku walizką zajęty był układaniem w niej rzeczy.
Kiedy Page ukazała się w drzwiach, wyprostował się i spojrzał na nią przeciągle.
- Jak udał się mecz? - Uśmiechnął się smutno. Już nie jeździł na mecze Andy'ego, był na to zbyt zajęty.
- Znakomicie. Twój syn był prawdziwym bohaterem spotkania. - Uśmiechnęła się i stanęła na palcach, aby go pocałować.
- Już mi o tym powiedział. - Wyciągnął do niej ręce i przyciągnął ją do siebie. - Tęskniłem za tobą.
- Ja również... - Przytuliła się do niego. Po chwili wysunęła się z jego objęć, przeszła przez pokój i usiadła w fotelu, podczas gdy Brad powrócił do pakowania.
Zazwyczaj, kiedy udawał się w podróż w interesach, pakował się w niedzielę po południu i wyjeżdżał tego samego dnia wieczorem. Niekiedy jednak, gdy czas mu na to pozwalał, pakował się już w sobotę, aby w niedzielę mogli być ze sobą jak najdłużej.
- Masz ochotę na mięso z rusztu? Tak pięknie jest dziś na dworze, a ja właśnie rozmroziłam kilka steków. Tylko nas dwoje i Andy. Allyson wychodzi z Chloe.
- Bardzo bym chciał. - Był wyraźnie zmartwiony, kiedy ruszył w jej stronę. - Lecz nie udało mi się zarezerwować miejsca na jutrzejszy lot do Cleveland. Pozostaje mi tylko dzisiejszy lot o dziewiątej. Aby zdążyć na czas, będę musiał wyjść z domu około siódmej. - Zrobiło się jej smutno. Cały dzień nie mogła się doczekać, aby go zobaczyć i spędzić z nim spokojny wieczór, może nawet przy blasku księżyca w ogrodzie. - Kochanie, naprawdę mi przykro.
- Taak... mnie również... cały dzień o tobie myślałam. - Uśmiechnęła się, kiedy usiadł na oparciu jej krzesła. Próbowała być dzielna. Powinna się już przyzwyczaić do jego podróży, ale jakoś wciąż jej się to nie udawało. Zawsze bardzo za nim tęskniła. - Wiem, że Cleveland w niedzielę to nie atrakcja. - Żal jej go było. Agencja reklamowa, w której pracował, wiązała z nim tyle nadziei i nic dziwnego. Był ich najlepszym pracownikiem, człowiekiem, który jak maszyna prowadził ich do sukcesu. W biznesie opowiadano o nim legendy, podziwiając, z jaką łatwością zdobywał nowych klientów i jak potrafił ich utrzymać.
- Pomyślałem, że mogę pograć trochę w golfa z prezesem firmy, do której właśnie jadę. Zadzwoniłem do niego tego popołudnia i mamy się spotkać w jego klubie jutro rano. Przynajmniej nie będzie to dla mnie zmarnowany czas. - Kiedy ją pocałował, poczuła, jak znajomy dreszcz przeszywa jej ciało. - Wolałbym zostać tu z tobą i dziećmi - wyszeptał, a jej ramiona objęły jego szyję.
- Nie myśl o dzieciach... - powiedziała zduszonym głosem, a Brad zaśmiał się.
- To mi się podoba... Bądź taka we wtorkową noc... Wrócę, zanim pójdziesz spać.
- Będę czekała - szepnęła Page i kiedy znowu się pocałowali, do sypialni wpadł Andy.
- Allie zostawiła na wierzchu chipsy i Lizzie się do nich dobrała! Zabrudzi całą kuchnię! - Lizzie, ich ukochany złocisty labrador, miała niezwykły apetyt i ogromnie delikatny żołądek. - Chodź, mamo! Ona się rozchoruje, jeśli pozwolisz jej zjeść wszystko!
- OK... Już idę... - Page uśmiechnęła się z rezygnacją do Brada, a on delikatnie poklepał ją po plecach, kiedy ruszyła za Andym.
Cała podłoga w kuchni zasłana była chipsami, a Lizzie buszowała wśród nich ogromnie z siebie zadowolona.
- Świnia z ciebie, Lizzie - powiedziała Page znużonym głosem, kończąc sprzątanie walających się pod nogami resztek jedzenia.
Żałowała, że Brad musiał jechać do Cleveland. Bardzo chciała spędzić z nim trochę czasu. Ich życie zdawało się należeć do wszystkich, tylko nie do nich. Szczególnie dziś to odczuła i zatęskniła za cichym, pogodnym wieczorem z mężem. Odwróciła się do Andy'ego, podczas gdy Lizzie próbowała chwycić ostatniego chipsa, który jej pozostał.
- Masz ochotę na randkę ze swoją starą matką? Tata musi dzisiaj jechać do Cleveland. Moglibyśmy wybrać się na pizzę. - Równie dobrze mogliby zjeść pizzę w domu albo przyrządzić steki, które niedawno rozmroziła. Ale nagle przestała mieć ochotę na pozostanie w domu bez Brada. Poza tym doszła do wniosku, że wyprawa z Andym może być zupełnie sympatyczna. - A więc, co ty na to?
- Super! - Wyglądał na zachwyconego, kiedy wraz z Lizzie wychodził z kuchni. Page z powrotem włożyła do lodówki sałatę i steki, po czym wróciła do sypialni, aby jeszcze zobaczyć się z mężem.
Dochodziła osiemnasta trzydzieści. Brad skończył się już pakować i prawie był gotowy do wyjścia. Miał na sobie ciemnoniebieski dwurzędowy blezer oraz beżowe spodnie. Kołnierzyk niebieskiej koszuli był odpięty. Wyglądał młodo i bardzo atrakcyjnie. I nagle, kiedy tak na niego patrzyła, poczuła się zmęczona i stara. Wyjeżdżał w świat, załatwiał tyle różnych spraw, spotykał klientów, prowadził interesy, spędzał czas z ciekawymi ludźmi, a ona siedziała w domu, prasowała jego koszule i pilnowała dzieci. Próbowała mu to powiedzieć, kiedy myła twarz i czesała włosy, a on się z tego śmiał.
- Taa... jasne... nic nie robisz... Po prostu prowadzisz dom, i to lepiej niż ktokolwiek na świecie... znakomicie opiekujesz się naszymi dziećmi i nie tylko naszymi... A w "wolnej chwili" wykonujesz freski dla szkoły i wszystkich swoich przyjaciół, doradzasz moim klientom, jak urządzić biuro, oraz naszym znajomym, jak urządzić dom, a do tego jeszcze malujesz. Rzeczywiście, wstydź się, Page, ty naprawdę nic nie robisz.
Drażnił się z nią, ale taka była prawda i ona doskonale o tym wiedziała. Po prostu czasami to wszystko wydawało się jej tak mało ważne, jakby rzeczywiście nic nie robiła. Może dlatego, że pracowała dla przyjemności i nie brała za to żadnego wynagrodzenia. Tak zresztą było od lat, od kiedy tylko skończyła szkołę plastyczną i zaczęła staż jako asystentka na Broadwayu. Kochała swoją pracę. Zdawało się jej, że to było wieki temu, kiedy malowała dekoracje i projektowała scenografię do sztuk teatralnych. Zasięgano nawet u niej porad w sprawie kostiumów. A teraz pozostało jej tylko projektowanie dla własnych dzieci strojów na Halloween.
- Uwierz mi - ciągnął Brad, gdy wystawił walizkę do hallu i odwrócił się, aby znowu ją objąć. - Wolałbym raczej robić to co ty, a nie spędzać sobotniego wieczoru w podróży do Cleveland.
- Przykro mi. - Jej życie było znacznie prostsze niż jego, nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Jemu to zawdzięczała. Ciężko pracował, aby ich utrzymać, i znakomicie mu to wychodziło. Jej rodzice mieli trochę pieniędzy, ale jego przez całe życie nie mieli nic. I wszystko, co Brad osiągnął, sobie tylko zawdzięczał. Pracował jak wół, cały czas piął się w górę, aż w końcu pewnego dnia prawdopodobnie sam poprowadzi agencję reklamową, w której teraz pracował. Jeśli nawet nie tę, to z pewnością jakąś inną.
Miał wiele ofert pracy, był bardzo podziwiany i agencja robiła wszystko, aby go utrzymać. Chociażby dzisiaj będzie leciał pierwszą klasą i zatrzyma się w Tower City Plaza w Cleveland. Jego pracodawcy nie chcieli ryzykować, że go stracą, ponieważ otrzyma lepszą ofertę.
- Wrócę we wtorek wieczorem... zadzwonię do ciebie później. - Zajrzał do sypialni dzieci i ucałował Allyson, która w różowym kaszmirowym swetrze matki oraz leciutkim makijażu wyglądała wyjątkowo dorośle. Sweter miał okrągły dekolt i krótkie rękawy. Do niego włożyła krótką białą spódniczkę. Jej długie blond włosy były rozpuszczone i sięgały prawie do pasa. Uwodzicielsko opadając kaskadą wokół jej twarzy, otaczały ją niczym aureola. - No, no! Kto jest tym szczęściarzem? - Nie można było nie zwrócić na nią uwagi. Była prawdziwą pięknością.
- Ojciec Chloe. - Szeroki uśmiech rozjaśnił jej twarz.
- Mam nadzieję, że młode dziewczyny nie są w jego guście. W przeciwnym wypadku nigdy już nie puszczę cię z Chloe. Wyglądasz obłędnie, księżniczko!
- Och, tato! - Zamrugała oczami z zakłopotaniem, ale bardzo lubiła, gdy mówił jej takie miłe rzeczy. Zawsze chętnie obdarzał ją komplementami. Zresztą nie tylko ją, matkę i Andy'ego również. - On jest przecież stary!
- No, wspaniale! Dziękuję ci bardzo. Trygve Thorensen jest młodszy ode mnie o jakieś dwa lata. - Brad miał czterdzieści cztery, choć wcale na tyle nie wyglądał.
- Przecież wiesz, co mam na myśli.
- Taa... niestety tak... W każdym razie bądź dobra dla mamy, mała. Zobaczymy się we wtorek wieczorem.
- Do widzenia, tatusiu. Baw się dobrze.
- O tak. Wspaniale. W Cleveland. Poza tym, jak mógłbym się dobrze bawić, nie mając was przy sobie?
- Już wyjeżdżasz, tatusiu? - Nieoczekiwanie tuż przy nim pojawił się Andy. Uwielbiał przebywać w pobliżu ojca.
- Tak. Zostawiam cię na straży. Opiekuj się mamą, proszę. Zdasz mi relację we wtorek wieczorem i powiesz, czy panie dobrze się sprawowały. - Andy obnażył w uśmiechu bezzębne dziąsła. Uwielbiał, gdy ojciec tak do niego mówił. Czuł się wtedy taki ważny.
- Zabieram dzisiaj mamę na kolację - oświadczył z wielką powagą. - Na pizzę.
- Tylko nie pozwól jej zjeść zbyt dużo... mogłaby się rozchorować... - powiedział Brad konspiracyjnym szeptem do swego młodziutkiego zastępcy. - Wiesz, tak jak Lizzie!
- Nno! - Andy wykrzywił się i obaj się roześmiali.
Andy poszedł za rodzicami do frontowych drzwi. Brad wyprowadził samochód z garażu, po czym wrzucił walizkę do bagażnika i objął Page i Andy'ego.
- Będzie mi was brakowało. Uważajcie, proszę, na siebie - powiedział i ponownie wsiadł do samochodu.
- Bądź spokojny. - Page uśmiechnęła się. Dawno już powinna się przyzwyczaić do jego wyjazdów. Niestety, jak do tej pory nic z tego nie wychodziło. Łatwiej było, gdy wyjeżdżał w niedzielę wieczorem. Spodziewała się, że i tym razem tak będzie, i dlatego czuła się trochę oszukana. Tak bardzo chciała z nim spędzić trochę czasu, a on właśnie teraz musiał ich opuścić. Te częste wyjazdy powodowały, że obsesyjnie wręcz myślała o związanych z podróżami niebezpieczeństwach. A jeśli coś mu się stanie pewnego dnia? A jeśli... wiedziała, że tego by nie przeżyła. - Uważaj na siebie... - wyszeptała, nachylając się do okna po stronie kierowcy, aby jeszcze raz ucałować męża. Pomyślała, że sama powinna go odwieźć. Ale Brad, kiedy wracał do domu, lubił, aby jego samochód czekał na niego na lotnisku. Niestety, we wtorek wieczorem nie będzie mogła po niego pojechać, tak więc to rozwiązanie wydawało się najlepsze. - Kocham cię.
- Ja też cię kocham - powiedział miękko, po czym wychylił się z samochodu i jeszcze raz pomachał Andy'emu. Page cofnęła się i razem z synem machała mu, zanim samochód nie zniknął im z oczu. Była dokładnie osiemnasta pięćdziesiąt pięć.
Wrócili do domu, trzymając się za ręce, i Page, chociaż bardzo się przed tym broniła, znowu poczuła się samotna. Wiedziała, że to głupie. Była przecież dorosłą kobietą i nie powinna być od Brada aż tak bardzo uzależniona. Poza tym on przecież wróci za trzy dni. Po tym jak się czuła, można by sądzić, że nie będzie go co najmniej miesiąc.
Allyson była już gotowa do wyjścia. Wyglądała prześlicznie. Odrobina tuszu podkreślała piękno jej oczu, a na ustach delikatnie połyskiwała bladoróżowa szminka. Była okazem zdrowia, młodości i urody. Zdjęcia takich dziewcząt jak ona zdobią okładki "Vogue'a". Właściwie, pomyślała Page, ona wygląda nawet lepiej od nich.
- Dobrze się baw, kochanie. Chcę, żebyś wróciła najpóźniej o jedenastej. - O tej godzinie Allyson zawsze musiała być w domu, co do tego Page była nieugięta.
- Ależ mamo!
- Nie będziemy o tym dyskutować. Dobrze wiesz, że i tak jestem tolerancyjna. - Dopiero co skończyła piętnaście lat i Page nie widziała powodu, aby córka miała być dłużej poza domem.
- A jeśli film będzie trwał dłużej?
- A więc dwudziesta trzecia trzydzieści. Minuta później i możesz pożegnać się z kinem.
- Wielkie dzięki!
- Nie ma za co. Chcesz, abym cię podwiozła do Chloe?
- Nie, dziękuję. Przejdę się. Do zobaczenia. - Wymknęła się z domu, podczas gdy Page poszła do sypialni po sweter i torebkę.
Kiedy wychodziła z pokoju, odezwał się telefon. To była jej matka. Dzwoniła z Nowego Jorku. Page wyjaśniła, że właśnie wychodzi razem z Andym na kolację i że zadzwoni do niej następnego dnia. Kiedy wreszcie znalazła się wraz z synem w samochodzie, Allyson dawno już wyszła i prawdopodobnie zdążyła nawet dotrzeć do Chloe.
- A więc, młody człowieku, co wybierasz? Domino czy Shakey?
- Domino. W Shakey byliśmy ostatnim razem.
- W porządku. - Page włączyła radio i pozwoliła Andy'emu nastawić coś ciekawego. Wybrał ulubioną stację Allyson nadającą rock and rolla. Jak na siedmioletniego chłopca miał dosyć dziwne upodobania muzyczne, chyba w znacznej mierze przejął je od swojej starszej siostry.
W ciągu pięciu minut znaleźli się w restauracji. Page czuła się już znacznie lepiej. Nastrój melancholii gdzieś się ulotnił i teraz wraz z Andym miło spędzała czas. Zawsze tak było, ilekroć wybierali się gdzieś razem. On opowiadał jej o swoich przyjaciołach, o tym, co robili w szkole, i że kiedy był mniejszy, postanowił zostać nauczycielem. Gdy go zapytała o powody tej decyzji, odpowiedział, że lubi zajmować się małymi dziećmi, no i że lubi długie letnie wakacje.
- A może zostanę gwiazdą bejsbola w Giants albo Mets.
- To również byłoby wspaniałe. - Uśmiechnęła się. Zawsze miło spędzało się jej z nim czas, i tak jakoś beztrosko.
- Mamo?
- Tak?
- Czy ty jesteś artystką?
- Powiedzmy. Kiedyś naprawdę nią byłam, ale od pewnego czasu nie zajmuję się już tym na poważnie.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, zastanawiając się nad tym, co mu powiedziała.
- Podoba mi się ten fresk, który namalowałaś dla szkoły.
- Cieszę się. Mnie też się podoba. Miałam taką frajdę, kiedy go malowałam. Chyba namaluję jeszcze jeden. - Zdawał się z tego zadowolony. Kiedy skończyli jeść pizzę, zapłacił rachunek, zostawiając napiwek, tak jak mu kazała, po czym objął ramieniem matkę i wrócili do samochodu zaparkowanego na zewnątrz.
Dziesięć minut później byli już w domu. Po kąpieli Andy przyszedł do niej, aby oglądać telewizję. W końcu pozwoliła mu zasnąć w swoim łóżku i uśmiechnęła się, gdy go otuliła i ucałowała na dobranoc.
Miał siedem lat i wyrósł na dużego chłopca. Jednak dla niej wciąż był dzieckiem i zawsze nim będzie. W pewnym sensie Allyson również nim była. A może dla rodziców dzieci nigdy nie przestaną być dziećmi, i to bez względu na wiek? Uśmiechnęła się, pomyślawszy o córce w pożyczonym różowym kaszmirze, o tym, jak pięknie wyglądała, kiedy wychodziła na kolację z Thorensenami.
Nagle Page pomyślała o Bradzie. I gdy włączyła automatyczną sekretarkę, odkryła, że zdążył już do niej dzwonić z lotniska. Prawdopodobnie wiedział, że ich nie będzie, ale mimo to zadzwonił, aby powiedzieć, że ją kocha.
Zaczęła oglądać telewizję. Była zmęczona i chętnie poszłaby spać. Chciała jednak zaczekać na Allyson. Musiała widzieć, że córka wróciła do domu. Musiała być tego pewna. Siedziała więc i czekała.
O jedenastej oglądała wiadomości. Nic godnego uwagi się nie wydarzyło i Page z ulgą stwierdziła, iż nie było żadnych katastrof ani w powietrzu, ani na lądzie. Za każdym razem, gdy Brad podróżował, bardzo się denerwowała, że coś strasznego może mu się przydarzyć. Jak do tej pory nic takiego się nie stało. W Oakland jak zwykle miała miejsce strzelanina, mówiono o wojnach gangów, o politykach oskarżających się nawzajem oraz o drobnej awarii w systemie uzdatniania wody. Poza tym na moście Golden Gate miał miejsce wypadek i kilka minut temu go zamknięto. Ale Page wiedziała, że nie musi się tym martwić. Brad był w powietrzu, Allyson przebywała w Marin z Thorensenami, a Andy spał obok niej w łóżku. Wszystkie jej kurczątka były dzięki Bogu bezpieczne.
Spojrzała na zegarek, spodziewając się, że Allyson wróci do domu przed jedenastą trzydzieści. Było już prawie dwadzieścia minut po jedenastej i Page, doskonale znając swoją córkę, wiedziała, że o jedenastej dwadzieścia dziewięć pojawi się zadyszana w drzwiach z błyszczącymi oczami, rozwianymi włosami... oraz prawdopodobnie olbrzymią plamą po sosie ze spaghetti na pożyczonym od niej różowym kaszmirowym swetrze. Page uśmiechnęła się do swoich myśli i zagłębiwszy się w pościeli, z zainteresowaniem śledziła prognozę pogody.