Rozdział 1
NIEDZIELA
Wyrzucam piłkę wysoko, wstrzymuję oddech i uginam kolana. "To z kolan pochodzi największa siła" - powtarzano mi zawsze na tych wszystkich długich treningach. Biorę zamach, uderzam odpowiednio precyzyjnie, aby piłka wleciała w karo serwisowe, ale zbyt lekko, aby zakończyć zagranie asem. Piłka wraca blisko prawego korytarza deblowego, zrywam się więc i odpowiednio przenosząc ciężar ciała, odgrywam forhendem. Mój przeciwnik stoi chwilę w bezruchu i ostatecznie reaguje zbyt późno, aby zagrać czysto. Wykorzystuję sytuację i podbiegam do siatki. Zagrywam agresywnie, ścinając piłkę w górze. Profesor bije brawo i śmieje się pod nosem.
- Znów to samo - mówi. Wygrałem pierwszy gem, kolejny rozpoczyna on. - Dynamika to twoje drugie imię, co? Chyba muszę zmienić taktykę.
Puszczam do niego oczko i ustawiam się do przyjęcia serwisu. Ocieram twarz z potu i chwilę później przełamuję gem. Jestem w znakomitej formie, chyba nigdy wcześniej nie szło mi tak dobrze. Triumfuję, profesor kręci głową. Uśmiecham się. Gramy na zewnątrz, na jednym z tych kortów niedaleko Warty. Jest niedziela, pogoda dopisuje. Cieszę się słoneczną końcówką sierpnia. Wierzę, że z każdym dniem jest coraz lepiej, zwłaszcza po tych wszystkich wydarzeniach, o których najchętniej bym zapomniał. Nie myślę więc długo o przeszłości, spycham ją na drugi plan. Teraz wkracza teraźniejszość - miękkość powierzchni pod stopami, rakietka mocno trzymana w prawej dłoni, skupienie przy wyrzucie piłki, oczy przykute do kortu. Uderzam, zaliczając as serwisowy. Profesor mruczy pod nosem.
W przerwie siedzę na drewnianej ławce i piję wodę. Mój przeciwnik przegryza baton proteinowy.
- Nieźle grasz - oznajmia. - Jeszcze niedawno nie miałeś ze mną szans. Co się zmieniło?
Wzruszam ramionami. W rzeczywistości znam odpowiedź na to pytanie, ale przykrywam ją żartem.
- Wie pan, panie profesorze, tak naprawdę to trenuję pod okiem samego Rogera.
Śmiejemy się. Zanim jeszcze wracamy do gry, zerkam na ekran smartfona. Widzę SMS-a od ojca. Krótki, precyzyjny, rzeczowy: "Zadzwoń w wolnej chwili". W odpowiedzi wysyłam łapkę z kciukiem w górę i wstaję. Energia mnie rozpiera, mam ochotę robić wszystko w jednej chwili. Skupiam myśli na meczu, wizualizuję udaną rozgrywkę. Po długiej wymianie decyduję się na wolno opadającą piłkę, ale profesor dobiega do siatki na czas i odgrywa tym samym. Posyłam piłkę w aut, kręcę głową i wzdycham.
Po godzinie kończymy mecz. Wygrywam w setach dwa do zera. Kwadrans później wsiadam na rower i mknę przez wyjątkowo mało ruchliwe tego dnia ulice Poznania. Mijam AWF, niedługo potem wjeżdżam na Stary Rynek. Zatrzymuję się przy stoisku z domowymi lemoniadami. Na Winogrady zajeżdżam już zdyszany, mięśnie nóg wciąż płoną po intensywnej grze. Mieszkam w wysokim bloku, w jednym z tych starszych już budynków. Wjeżdżam windą na czwarte piętro i przekraczam próg dużego mieszkania, które właściciel postanowił podzielić na trzy osobne pokoje.
Wyczuwam kwaśny zapach zioła. Ostatnio przywykłem do niego na tyle, że mnie to nie rusza. Otwieram okno w czterech ścianach, które ozdobiłem plakatami zespołów rockowych, zdjęciami rodzinnymi i tymi zrobionymi podczas sportowych zawodów. Tuż obok wisiały medale, ale tylko srebrne i brązowe. Tego jednego do tej pory nie mogę sobie przebaczyć - faktu, że już dawno zagrzebałem marzenia o zdobyciu złota. Wzruszam ramionami, postanawiam dłużej nie obcować z tą myślą. Ściągam mokrą koszulkę i wychodzę z pokoju.
W tym samym czasie drzwi od pokoju Tośki otwierają się ze skrzypnięciem. Dostrzegam współlokatorkę stojącą w progu. W lewej dłoni trzyma skręta, prawą teatralnie zakrywa oczy dłonią, ale w komicznym geście zerka przez palce. Śmieje się, nagle zapach trawki uderza mnie z podwójną siłą. Tosia jest w moim wieku, razem studiujemy na tej samej uczelni, ale na innych wydziałach, więc często spędzamy wieczory w swoim towarzystwie, upojeni albo zjarani, i mówimy o tym wszystkim, co dzieje się w naszym otoczeniu. Kiedyś poświęcaliśmy sobie więcej czasu, mógłbym nawet pokusić się o stwierdzenie, że byliśmy nieoficjalną parą, ale nigdy o tym nie rozmawialiśmy i w zasadzie temat przepadł jak kamień w wodę.
- Och, przepraszam, Eryk!
Wzdycham. Tośka zwinnie przemyka mi za plecami, słyszę już tylko, że buszuje w lodówce.
- Wyluzuj, nie pierwszy raz widzisz mnie bez koszulki.
- I oby nie ostatni, przystojniaku. - Znów się śmieje, a potem ostatni raz się zaciąga i dusi kiepa w popielniczce na stole. - Ale jestem głodna! Zjadłabym konia z kopytami! Chyba zamówię wielką pepperoni, zrzucasz się?
- Nie, dzięki. Ostatnio dbam o linię.
Zamykam się w łazience i staję przed lustrem. Ciemny zarost wymaga zadbania. Przeczesuję włosy, spomiędzy których wysuwa się pasmo siwizny. Kręcę głową z ciężkim westchnieniem. Myśl o Tośce miesza mi się z dzisiejszym meczem, a pod prysznicem wyobrażam sobie, że stoję pod wodospadem, otoczony ogromnym masywem górskim, świergotem ptaków, szumem strumienia, trzaskami kołysanych wiatrem koron... Wreszcie wracam do rzeczywistości.
Niegdyś te powroty naznaczone były niechęcią. Bywały tygodnie, podczas których uciekałem przed samym sobą, przepełniony lękiem - nie byłem wtedy w stanie nawet na siebie patrzeć. Doskonale pamiętam ponure zimowe dni, dni z czarnymi jak węgiel chmurami, mroźnymi porankami, popołudniami i wieczorami, dni, kiedy wszyscy mijani na ulicy ludzie sprawiali wrażenie, jakby chcieli skręcić mi kark. Długo walczyłem, ale ostatecznie ratunkiem okazały się używki. Tośka paliła regularnie, więc nie było problemu, aby załatwiła towar ze sprawdzonego źródła. Pogrążony w gęstym, cuchnącym dymie siedziałem na łóżku i patrzyłem na te cholerne medale. Zasypiałem w ciemności i budziłem się w ciemności. Wraz z nadejściem wiosny czułem, że nie tylko natura powraca do żywych, ale i ja.
Teraz wszystko się wygładza. Gram w tenisa coraz częściej, dobrze się uczę, może powalczę nawet o stypendium na uczelni. Dodatkowo dorabiam w pobliskiej knajpie. Codziennie jeżdżę na rowerze, zwiedzam Poznań, który z początku tak bardzo dla mnie okryty tajemnicą, dziś stał się już drugim domem.
Przed wyjściem z łazienki dokładnie się golę. Wkładam czyste ubrania i ciągnę za klamkę. Zza pleców lecą kłęby pary. Tośka siedzi przy stole w kuchni, lekko zgarbiona, z głową podtrzymywaną na dłoni. Zatopiona w internetowym świecie nawet na mnie nie patrzy. Jest ładna, ma długie, ciemne włosy i oczy w kolorze szmaragdu. Śmiało mogłaby brać udział w konkursach piękności. Potrafi grać na skrzypcach, trochę też śpiewa, a raczej śpiewała, bo trawa zupełnie zdegradowała jej pokłady motywacji. Zauważam, że ostatnio trochę przesadza z paleniem, ale w tej kwestii milczę. Łączy nas tylko studencka znajomość i wspólne rachunki, nic więcej.
Wchodzę do swojego pokoju i padam na łóżko. Chwytam telefon i oddzwaniam do taty. Odbiera po dwóch sygnałach.
- No cześć, synek.
- Co u was? Wszystko w porządku?
Odpowiada mi chwila przerwy. Jego słowa nie brzmią przekonująco.
- Pewnie. Słuchaj, mamy taką małą sprawę... Wiem, że jest niedziela, zaraz wieczór, ale mógłbyś do nas przyjechać? Mama tęskni, dawno cię nie widziała i chciała ci coś powiedzieć.
Jestem zaskoczony. Nie wiem, jak zareagować. Odczuwam dyskomfort, zaczynam nerwowo przebierać nogami. Myśli w głowie mnożą się w wyjątkowo szybkim tempie.
- Wiesz, tato, mam jutro pracę. - Zapada chwila ciszy. - Ale wcale nie muszę iść. Zmyślę coś, że jestem chory. Na pewno wszystko dobrze?
- Po prostu przyjedź, synku.
Rozłącza się. Tkwię zawieszony w próżni, zaczynam odtwarzać tę rozmowę raz po raz. Tępo patrzę w sufit, myślami wędruję w jakimś dziwnym kierunku. Jestem niezdatny do ruchu. Ostatecznie uznaję, że im szybciej wyjadę, tym lepiej. Próbuję usprawiedliwiać słowa ojca, może tak naprawdę planują zrobić mi niespodziankę z okazji nadchodzących urodzin? Tyle że urodziny mam dopiero za miesiąc. Kolejną myślą jest śmierć kogoś bliskiego. Wujek? Ciocia? Babcia? Dziadek? Może ktoś z dalszej rodziny. Nie mogę przerwać tego cyklu domniemań i nawet kiedy pakuję najpotrzebniejsze rzeczy do podręcznego plecaka, głowę wypełnia mi kłąb scenariuszy.
Wracam do łazienki i zabieram swoje rzeczy. Tośka nadal siedzi przy stole, ale zauważając mnie, wyraźnie się ożywia. Wstaje, po czym podchodzi bliżej. Drgam, czując delikatny dotyk dłoni na przedramieniu.
- Eryk?
Mam nieregularny oddech, nogi sztywne jak dwa kije.
- Muszę jechać do Gostynina - mówię. - Chyba coś jest nie tak. Dzwonił tata. Ja... Nie wiem, mam jakieś dziwne wrażenie, że...
Nagle milknę. Odwracam się. Tośka stoi niecały metr ode mnie. Chwilę później jej drobne ciało wtapia się w moje, dużo większe. Czuję dotyk splecionych na plecach dłoni. Odwzajemniam gest, ale z lekką rezerwą, nie bardzo wiem, jak się zachować, co mam zrobić w tej sytuacji. Powoli uspokajam oddech.
- Dasz radę prowadzić? Jest późno, na pewno jesteś zmęczony.
- Pewnie. To niezbyt wymagająca trasa - stwierdzam.
- Założę się, że w domu wszystko w porządku. Nie martw się na zapas, to niepotrzebne.
Kiwam głową. Tośka patrzy na mnie, z tej perspektywy jej delikatna twarz jest jeszcze ładniejsza. Dostrzegam rozszerzone źrenice i zaczerwienione białka. Uśmiecham się nieznacznie.
- Dziękuję - szepczę. Czuję dreszcz na ciele, w objęciach Tośki jest mi dobrze. Ostatecznie odsuwa się, poklepuje mnie po ramieniu i idzie do siebie. Wraca po chwili, w dłoni trzyma niewielki fioletowo-czarny kamień.
- Weź go. To ametyst. Przynosi spokój, równowagę i harmonię. I chroni przed negatywnymi myślami. Zobaczysz, że poczujesz się dużo lepiej, ale musisz uwierzyć w jego działanie.
- Ja... ja chyba nie wierzę w takie rzeczy, Tośka.
- Zaufaj mi. Wsuń go po prostu do kieszeni i zapomnij.
Robię to, o co mnie prosi. Kiwam głową. Zastanawiam się, od kiedy moja współlokatorka jest kolekcjonerką kamieni szlachetnych. Długo jednak o tym nie myślę, bo w międzyczasie przyjeżdża kurier z pizzą i Tośka jest w innym świecie. Dopakowuję to, co najistotniejsze, cały czas myśląc o tamtej krótkiej chwili bliskości. Kiedy opuszczam pokój, jest już po osiemnastej.
Wkładam buty. Tośka patrzy na mnie z uśmiechem, który raczej jest wywołany nagłą dopaminą wytworzoną przez jej mózg po odbiorze parującej kolacji. Macha do mnie i ostatni raz powtarza, żebym uważał. Chwilę później zbiegam po schodach, wychodzę z klatki i staję na parkingu pod blokiem. Astra stoi tam, gdzie stała wcześniej; między lampą a innym samochodem. Z trudem dostaję się na miejsce kierowcy i ostrożnie wycofuję.
Jadę w stronę ronda Rataje, tam odbiję w kierunku autostrady. Podkręcam głośność w radiu i mknę ulicami, co jakiś czas zatrzymując się na światłach. Patrzę na ludzi spacerujących chodnikami, na rowerzystów i biegaczy, na szczęśliwe pary idące z wózkami, na grupki znajomych, na starców. Prowadzę ostrożnie, przypominając sobie, że od wszystkiego, co złe, chroni mnie ametyst. Prycham na tę myśl. Na moje nieszczęście na każdym skrzyżowaniu stoję na czerwonym.
Niedługo potem wjeżdżam na autostradę.