Rozdział 7
7
PONIEDZIAŁEK
Jak na niespełna pięciolatkę Daisy zajmuje całkiem sporo miejsca, kiedy
śpi. Jakimś cudem udało jej się zawładnąć większością naszego łóżka.
Ramiona rozrzuciła niczym rozgwiazda, co ostatnim razem robiła jeszcze w niemowlęctwie. Jess i ja nieświadomie odturlaliśmy się na boki i teraz
każde z nas rozpaczliwie wczepia się w swoją krawędź łóżka. Jesteśmy jak
dwie podpórki na książki. Zimne powietrze liże mi obnażoną skórę
grzbietu, bo koc został odkopany na bok.
Jest też ciepły ciężar. To kot, zwinięty w kłębek w nogach łóżka i mruczący w ukontentowaniu przez sen. Przez moment przyglądam się
spokojnym rysom Daisy. Patrzę na nią w bladym świetle poranka, na
kosmyki blond włosów okalające jej twarz. Koszmar, który przebudził ją w środku nocy, najwyraźniej dawno rozpłynął się w nicości. Z trójki
naszych dzieci to ona najmocniej sprzeciwiała się przeprowadzce, co było
osobliwe, ponieważ spędziła w naszym poprzednim domu najmniej czasu.
Szesnastoletnią Leah ucieszyła perspektywa pokoju dwa razy większego niż
dotychczasowy. Oznaczało to więcej miejsca na jej bogatą kolekcję
ciuchów, torebek, książek, butów i wszelkich innych skarbów. Niemal
dziewięcioletni Callum z początku nie był zachwycony, ale przekonał się
do przeprowadzki, kiedy już zdał sobie sprawę, że nie będzie zbyt daleko
od swoich kolegów i szkoły oraz że nadal będzie mógł grać w piłkę nożną
i rugby. Tymczasem w Daisy perspektywa opuszczenia ciasnego wspólnego
pokoju najpierw wywołała dezorientację, później lęk, a wreszcie
strumienie łez. To w tamtym miejscu miała swoje pierwsze porządne łóżko,
pierwszą skrzynkę na zabawki, to tam spędziła pierwsze święta,
wypatrując prezentów od Mikołaja.
Być może incydent ze zmoczeniem łóżka był odbiciem tych wszystkich
tęsknot.
Pół godziny później oboje wcinamy tosty z dżemem truskawkowym, podczas
gdy Callum wsypuje sobie do ust płatki Rice Krispies, jakby nie jadł od
kilku dni. Jess właśnie bierze szybki prysznic, a Leah jeszcze się nie
pojawiła. W dni, kiedy musi iść do szkoły, zwleka się z łóżka dosłownie
w ostatniej chwili.
W kuchni wciąż panuje rozgardiasz. Pełno tu kartonów, różnych urządzeń
rozłożonych na podłodze, puszek, paczek i butelek, zastawiających każdą
możliwą powierzchnię. Wszystko to będzie musiało poczekać, aż potraktuję
stare szafki i półki wybielaczem w sprayu oraz środkiem dezynfekującym.
To jedno z wielu zadań na mojej "liście rzeczy do zrobienia".
Daisy wcina tosta przy kuchennym blacie, wydając się niezrażona
wypadkami z wczoraj. Mogę mieć nadzieję, że już całkiem o nich
zapomniała.
Callum bierze łyk soku pomarańczowego. Podobnie jak siostra ma na sobie
szkolny mundurek w odcieniach ciemnej zieleni i szarości.
- Dlaczego Daisy płakała? - pyta. - W nocy.
- To bez znaczenia, Cal.
- Przecież słyszałem - upiera się mój syn. - Aż mnie obudziła.
- Miała zły sen, to wszystko. Nic strasznego się nie stało.
Daisy marszczy czoło i potrząsa głową.
- Nie sen.
- Mówiłaś, że ktoś tam jest - dorzuca jej brat. - Słyszałem, co mówiłaś.
No więc kto to był?
- Nie sen - odpowiada tylko.
Przykrywam jej małą dłoń swoją.
- Wiesz, że nic, co ci się przyśni, nie może ci zrobić krzywdy, prawda,
Daisy? To nie jest prawdziwe, więc nie ma się czym przejmować.
- Nie sen.
- No dobrze, w takim razie co...
- Duch - odpowiada zdecydowanie. - W moim pokoju. Za drzwiami.
Wolno i ostrożnie odstawiam filiżankę z kawą. Po krzyżu przebiega mi
nieprzyjemny dreszcz, gdy wspominam jej słowa z zeszłej nocy. "Ratuj
mnie przed nim". Nigdy nie zdarzyło jej się mówić niczego podobnego.
Od czasu do czasu Daisy miewała złe sny o potworach. Przeszła też okres
panicznego lęku przed posągami (po tym, jak Callum skłonił ją, żeby
obejrzała z nim wyjątkowo przerażający odcinek Doktora Who). Lecz
nigdy dotąd jej lęki nie przybrały tak konkretnej formy.
- Duch... - powtarzam, dokładając starań, by mój ton brzmiał lekko. -
Rety. Ale wiesz, że duchy nie mogą ci nic zrobić, prawda, ptysiu?
Callum przestał pakować sobie chrupki do ust. Spojrzenie jego brązowych
oczu wędruje pomiędzy mną a młodszą siostrą.
- Słyszałem w nocy różne dziwne dźwięki - oświadcza.
- To po prostu dom, Callum. Każdy budynek wydaje w nocy dźwięki. Zajmie
nam trochę czasu, zanim się do tego przyzwyczaimy.
- To brzmiało tak, jakby ktoś po nim chodził - dodaje ciszej.
- Nikt poza mną, koleżko. Przysięgam. To teraz nasz dom i nikogo więcej
tu nie ma. Tylko my.
- I duch - mruczy Daisy z ustami pełnymi tosta.
W kuchni pojawia się Leah, ubrana w swój granatowy mundurek szkolny.
Ręce ma złożone na piersi, a spomiędzy jej palców wygląda para
paciorkowatych czarnych oczek i różowy, ruchliwy, węszący nos.
- Patrzcie, kogo znalazłam - oznajmia.
Callum upuszcza łyżkę do miski z mlekiem. Robi to z takim impetem, że
mleko strzela fontanną.
- Pan Pianka! - woła, wyciągając ręce. - Gdzie był?
Leah ostrożnie podaje bratu małego brązowego chomika, noszącego imię na
cześć postaci z pierwszego filmu Ghostbusters.
- Znalazłam go w połowie schodów. Pędził do wyjścia, jakby postanowił
odzyskać wolność. - Podchodzi do zlewu, żeby umyć ręce. - Nie powinieneś
zostawiać klatki otwartej, Cal. Musisz go lepiej pilnować.
- Zamknąłem ją! - odpowiada Callum podniesionym z przejęcia tonem. -
Przysięgam.
Opieram się o kuchenny blat.
- Pewnie to on wczoraj tak hałasował...
Ale syn już mnie nie słucha. Całkiem zapomniał o śniadaniu. Podąża w stronę schodów, tuląc chomika i przemawiając do niego czule. Daisy zsuwa
się ze stołka i biegnie w ślad za bratem, upierając się, że chce mu
pomóc, że chce zobaczyć klatkę, potrzymać Pana Piankę. Wnieść wkład.
Na scenę wkracza Jess, która sprawnie napełnia opróżniony kubek z kawą.
Ma na sobie robocze ubrania, sprane dżinsy i stary szary podkoszulek.
Jej krótkie ciemne włosy wciąż lśnią od wilgoci po prysznicu. W ciągu
kilku ostatnich lat tak bardzo znielubiła swoją pracę (jest menadżerką w dużej firmie ubezpieczeniowej), że rozkoszuje się każdym dniem urlopu,
nawet jeśli będzie to dzień pełen rozpakowywania pudeł i skręcania
mebli.
- Co tu zaszło? - pyta.
Streszczam jej rewelacje o śnie Daisy i o ucieczce chomika.
Moja żona popija kawę.
- Wiedzieliśmy, że przeprowadzka nie będzie dla niej łatwa... nowy pokój,
nowy dom. Wszystko jest zupełnie inaczej niż przedtem, a ona ma bujną
wyobraźnię.
- Wiem. - Sięgam po kolejnego tosta.
Jess rzuca mi zaskoczone spojrzenie.
- Ale?
- Ale... chodzi o sposób, w jaki to wszystko opisała, tego człowieka w swoim pokoju. - Potrząsam głową. - To było takie... konkretne. Kiedy
wczoraj do niej przyszedłem, cała się trzęsła. Bóg jeden wie, skąd jej
się to przyplątało.
- Biedactwo. Potrzebuje czasu, żeby się przestawić. Musi rozpakować
zabawki, znaleźć każdej miejsce i tak dalej.
- Gdyby potrzebowała kolejnej akcji ratowniczej, to dzisiaj twoja kolej.
Jess uśmiecha się szelmowsko, pochyla nade mną i całuje mnie w policzek.
- Ale zawsze, kiedy jest przestraszona, woła tylko ciebie. Zawsze
"tatusiu" i "tatusiu".
- Bo tak ją nauczyłaś.
- A ty znakomicie sobie z tym radzisz. - Zadowolona z siebie Jess
odłącza swoją komórkę od ładowarki leżącej na kuchennym blacie i w roztargnieniu wpatruje się w wyświetlacz.
- Nie dostałaś odpowiedzi, prawda? Wiesz, po tym jak zostawiłaś im
wiadomość.
Przewija ekran.
- Jaką wiadomość?
- Wczoraj - przypominam jej. - Na ten numer, który znaleźliśmy w starym
telefonie.
- Nie, zero odzewu. - Jess wsuwa smartfona do kieszeni i znów chwyta
kubek z kawą. - Co dziś robisz w pracy? Są jakieś szanse na to, że uda
ci się wyjść wcześniej?
Zaczynam zbierać naczynia po śniadaniu.
- Nic specjalnego, kilka spotkań, a potem muszę skończyć raport. - Czuję
w ustach gorycz. Tak łatwo przyszło mi ją okłamać. - Urwę się z biura
tak wcześnie, jak się da, a wieczorem zrobię jeszcze kilka rzeczy w domu.
- Czy którakolwiek z tych rzeczy wymaga, żebyś zniknął w swoim sekretnym
ustroniu na drugim piętrze?
- Skąd.
- Jesteś pewien? - Jess unosi brew. - Bo dobrze cię znam. Wiem, jaki
jesteś, Adamie Wylie.
- No jaki?
- Uparty jak osioł.
Wzruszam ramionami, zadowolony, że moja praca przestała być tematem tej
rozmowy.
- Nie uważasz, że to miejsce jest bardzo interesujące? Nikt nie
przebywał w nim od lat. To taka kapsuła czasu, idealnie zakonserwowany
okruch przeszłości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
1
NIEDZIELA
Dzień przeprowadzki chyli się już ku końcowi, gdy dokonuję odkrycia.
Dzień spędzony na dźwiganiu, przenoszeniu, parzeniu kolejnych filiżanek
herbaty dla ekipy przeprowadzkowej, bieganiu tam i z powrotem po
szerokich schodach, dzień rozpakowywania pudeł, montowania łóżek i zlecania dzieciom drobnych zadań, żeby zająć czymś ich uwagę. Dzień
wypełniony ożywioną działalnością, mającą tchnąć w ten stary dom nowe
życie.
Wciąż trudno mi w to wszystko uwierzyć, mimo że rozmawiamy z Jess o tym,
który pokój wyremontujemy jako pierwszy. Żaden z nich od dekad nie
widział nowego dywanu ani warstwy świeżej farby. Dom wymaga gruntownej
renowacji, jak oznajmił agent nieruchomości, uśmiechając się do nas z nadzieją. Rzecz w tym, że oboje zakochaliśmy się w tym miejscu od
pierwszego wejrzenia. Uderzyła nas świadomość, że to rozległe
wiktoriańskie domostwo o wysokich sufitach i oknach, ze strzelistymi
kominami i szachulcowymi ścianami szczytowymi jest absolutnie jedyne w swoim rodzaju. Nad głównym wejściem widnieje rok jego powstania, wyryty
kunsztownie na kamiennej elewacji: 1889. Sześć pokoi, trzy łazienki, dwa
korytarze, piwnica, spiżarnia i kącik wypoczynkowy. Całe mnóstwo
miejsca.
Było dla nas jasne, że dom wymaga porządnego remontu - między innymi
dlatego mogliśmy sobie na niego pozwolić. The Park jest drogą dzielnicą.
Nazwano ją tak z powodu starego, położonego na podzamczu jeleniego
parku, który ongiś utrzymywano na potrzeby królewskich polowań. Obecnie
stanowi enklawę wystawnych dziewiętnastowiecznych domów i szerokich
ulic, obsadzoną drzewami oazę pełną skrytych za murami ogrodów, spokoju
i zieleni w samym sercu Nottingham.
Późnym popołudniem zbieram śmieci z podłogi na drugim piętrze. Nogi mam
jak z ołowiu i zaczął mnie już boleć krzyż od znoszenia po schodach
pozostałości po poprzednich lokatorach. Dźwigałem dziś stosy starych
gazet, składane łóżko, które ktoś zostawił na półpiętrze, szczątki
połamanego regału, kartony pełne kafli czy plastikowe worki wypchane
starymi ubraniami.
W domu jest też wypełniony zatęchłym powietrzem najmniejszy pokój na
poddaszu. Ze ściany zwisają w nim pozostałości starej szafy. Półki z płyty wiórowej są połamane, jedno skrzydło drzwi zatrzasnęło się na
amen, a drugie wypadło z prowadnic. Z potrzaskanej ramy mebla sterczą
gwoździe i śruby, tylko czekające ciekawskich dziecięcych rączek. Całość
wygląda, jakby w każdej chwili miała runąć z hukiem. Nie czekam więc,
tylko biorę się do dzieła. Po chwili szczątki starej szafy wnękowej
zostają oderwane od ściany. Spłaszczam gwoździe łomem i łamię całą
konstrukcję na kawałki, które następnie układam w rogu pokoju.
Jak dotąd każdy pokój w tym domu objawił nam jakąś zagadkę, jakiś
dziwaczny detal, którego nikt z nas się nie spodziewał.
Z tym pomieszczeniem jest podobnie.
Nie patrzę bowiem na ściankę działową z malowanego gipsu, warstwę starej
tapety czy rzędy cegieł. Zamiast tego stara szafa skrywała za sobą
boazerię z ciemnego drewna, taką samą jak ta w holu na parterze.
Orzechową albo tekową, trudno powiedzieć. Panele rozciągają się od
sufitu aż do podłogi. Wygląda to zdecydowanie lepiej niż stara szafa.
Szkoda, że ktoś postanowił przesłonić tę urodziwą powierzchnię tak
szpetnym meblem. Doliczam się siedmiu paneli wzwyż i tuzina wszerz.
Wykonał je znakomity rzemieślnik. Każdy panel został starannie wpasowany
w poprzedni. Jedyną skazą na równej powierzchni są otwory wywiercone w miejscach, gdzie przymocowano szafę.
Przesuwam dłońmi po jednym z paneli, rozkoszując się gładkością drewna.
Robię krok w tył, żeby przyjrzeć mu się jak należy, i strzelam szybką
fotkę telefonem, żeby pokazać Jess, co właśnie odkryłem. Późne
popołudniowe słońce wpadające przez świetlik w suficie sprawia, że
drewno niemal lśni, jaśnieje niczym wypolerowany mosiądz, jakby powstało
z jednego kawałka...
Zerkam na zdjęcie, a potem znów na boazerię. Porównuję fotografię w wysokiej rozdzielczości z obrazem, który mam przed sobą.
Promień słońca padł na gładką powierzchnię pod takim kątem, że pozornie
nieskazitelne rzemiosło, którym właśnie się zachwycałem, ujawniło swoje
braki. Być może panele z czasem trochę się poprzemieszczały - tak bywa,
gdy dom przeciąga swoje stare kości. Na zdjęciu widzę cienką, lecz
wyraźną pionową linię, pęknięcie dzielące dwa panele przy samym skraju
ściany.
Ale tylko na zdjęciu. Nie jestem w stanie dostrzec tej szpary gołym
okiem. Przeciągam dłonią pomiędzy dwoma panelami przy prawym krańcu
ściany. Nie widzę, ale czuję. Opuszki moich palców natrafiają na niemal
niedostrzegalny szew w gładkim drewnie. Przesuwam dłoń nieco wyżej, a potem w dół, aż do samej podłogi. A potem znowu w górę, w poprzek i ponownie w dół.
To nie jest szew... a przynajmniej nie tylko.
To zarys drzwi.
Być może ukryto za nimi stare rury. Boazeria to sprytne rozwiązanie, w razie kłopotów umożliwiające dyskretny dostęp. A może drzwi skrywają
trochę dodatkowej przestrzeni na poddaszu, schowanej pod okapem
spadzistego dachu. Nie jestem w stanie dostrzec żadnej dziurki od
klucza, zamka czy zatrzasku. Niczego, co mogłoby je otworzyć lub
zamknąć.
Spędzam dobrą minutę, macając przestrzeń wokół szczeliny, ale nie
znajduję niczego, co pełniłoby funkcję dźwigni. Niczego, co mógłbym
pociągnąć, popchnąć lub przekręcić. Żadnego przycisku, żadnego uchwytu.
W przypływie frustracji przykładam dłoń do środkowego panelu i pcham
lekko.
Drzwi uchylają się w moją stronę z niechętnym kliknięciem. Nieznacznie,
o kilka centymetrów. Na chwilę zamieram w bezruchu, biorę głęboki wdech,
a potem otwieram je na całą szerokość. Zawiasy chodzą bezszelestnie.
Za progiem czeka na mnie idealna ciemność. Powietrze jest tu zastałe i stęchłe. Unosi się w nim tępa, gorzkawa woń starych cegieł i powolnego
rozkładu. Woń, której nikt nie wdychał od bardzo, bardzo dawna. Moje
serce odrobinę przyspiesza bieg, gdy wyjmuję z kieszeni telefon i włączam funkcję latarki. Strumień białego światła rzuca chybotliwe
cienie na to, co mam przed sobą: fotel, boczny stolik, dosuniętą do
ściany komodę. Wszystko pokryte kurzem i pajęczynami.
To nie tylko panel skrywający nieestetyczne rury.
Nie jest to też dodatkowa przestrzeń do przechowywania.
To osobny pokój, z jakiejś przyczyny ukryty za ścianą.
Rozdział 2
2
Wiedziałem, że z tą sypialnią na najwyższym piętrze jest coś nie tak.
Wymiary pomieszczenia wydawały się dziwnie wąskie, a ściana nie pasowała
do tej w pokoju obok. Ukryta przestrzeń, którą właśnie ujawniłem, jest
niewielka i ciasna niczym schron. Być może to kryjówka dla księdza,
pochodząca z czasów prześladowań katolików? Z drugiej strony dom nie
jest dość stary, by mógł być świadkiem tamtego okresu w historii. Jeżeli
wierzyć cyfrom nad frontowym wejściem, powstał w 1889 roku. Wiem też, że
od tego czasu rozbudowywano go przynajmniej dwa razy. Otwieram w telefonie stronę agencji nieruchomości i wpatruję się w rozkład
pomieszczeń. Powiększam plan górnego piętra i sprawdzam wymiary pokoju,
w którym się znajduję: mniej więcej trzy na ponad trzy i pół metra. To
by się zgadzało. Plan kondygnacji nie wspomina o żadnej dodatkowej
przestrzeni z boku, o żadnym ukrytym aneksie, który wbudowano tak dawno
temu, że ludzie zapewne całkiem o nim zapomnieli. Dodatkowy metr z kawałkiem przestrzeni, którą przekształcono w osobne pomieszczenie.
Schylam się i przestępuję próg.
Powietrze jest tu gęste od zwałów wieloletniego kurzu. Woń starego
drewna i pokruszonych cegieł wypełnia mi nozdrza.
Deski podłogi skrzypią ostrzegawczo. Zamieram w bezruchu, ogarnięty
dziwnym poczuciem, że wkraczam na cudze terytorium. Wiem, że to bez
sensu. Ten dom odtąd należy do nas - razem ze wszystkim, co znajdziemy w jego czterech ścianach. Od jaskrawych dywanów z lat siedemdziesiątych,
którymi pokryto szczyt schodów, po stertę pordzewiałych puszek z farbami
w piwnicy. Spłowiałe książki kucharskie porzucone w spiżarce i ozdobny
teksturowany sufit w salonie, który z czasem zżółkł i zmatowiał od dymu
z papierosów. Wszystko to jest teraz nasze. Zostało porzucone przez
poprzedniego właściciela, człowieka w sędziwym wieku. Możemy z tym
zrobić, co nam się podoba.
Ostre światło z mojego telefonu omiata otoczenie, wydobywając z mroku
serię ruchliwych cieni. Wszystkie kąty zarosły grubą warstwą pajęczyn.
Po jednej stronie dostrzegam stare dywany, przybite gwoździami do nagiej
cegły, po drugiej - krzywiznę skośnego sufitu. Stoi tam niski, wysłużony
fotel z dostawionym do niego małym bocznym stolikiem, na którym leży
brązowa ceramiczna podkładka. Wiele lat temu ktoś mógł stawiać na nim
filiżankę z herbatą. Pod ścianą stoi sfatygowany kredens z ciemnego,
niemal czarnego drewna. Z sufitu zwisa naga żarówka. Pociągam za sznur
włącznika, ale bez skutku; już dawno wyzionęła ducha.
Po prawej stronie kredensu dostrzegam pojedyncze duże drzwiczki, a po
lewej osiem małych szuflad, uszeregowanych w dwóch kolumnach. Pociągam
za gałkę i drzwiczki uchylają się, skrzypiąc.
Szafka jest pusta, jeśli nie liczyć kolejnej warstwy pajęczyn i wyschniętych zwłok różnych insektów. Próbuję otworzyć górną szufladę.
Zamknięta. Ta obok także, podobnie jak ta niżej.
Moja ciekawość została rozbudzona, a do tego czuję, jak rośnie we mnie
frustracja. Te dwie emocje wpędzały mnie w kłopoty, odkąd byłem
dzieckiem. Kredens zamknięty na klucz, ukryte drzwi, sekretne
pomieszczenie. Teraz zdecydowanie chcę zobaczyć, co jest w środku. Może
schowano tu coś cennego? Pieniądze, kosztowności, kolekcję złotych monet
albo klucz do skrytki w jakimś prywatnym banku? Przydałoby mi się każde
z tych znalezisk, szczególnie teraz, gdy kupiliśmy dom.
Jestem przekonany, że poradzę sobie z tymi szufladami. Wystarczy
połączyć ignorancję z odrobiną brutalnej siły. Pochylam głowę,
przeciskając się przez niskie wejście, i wychodzę z powrotem do głównego
pokoju, a potem idę do mojej skrzynki z narzędziami leżącej na
półpiętrze. Wybieram największy z płaskich śrubokrętów, stare dłuto i wreszcie środek ostateczny: mój wierny łom, gładką stal ciążącą mi w dłoni. Od prymitywnego, przez bardziej prymitywne, aż do
najprymitywniejszego z narzędzi.
Zaczynam od dłuta, którego ostrze wsuwam w szczelinę pomiędzy górną
szufladą i drewnianym blatem kredensu. Odginam rączkę do tyłu i napieram
na nią całym ciężarem ciała...
Ostrze dłuta odpada z głuchym dźwiękiem.
Zostaję ze starą drewnianą rączką w zaciśniętej garści. Wysuwam ze
szpary uwolnione ostrze i przyglądam się kredensowi, czując wzmożoną
ciekawość.
Ten stary rupieć zbito naprawdę solidnie. Zanim zaatakuję antyczny mebel
z łomem w ręku, powinienem przynajmniej porządnie mu się przyjrzeć.
Schodzę dwa piętra niżej i wkraczam do korytarza na parterze, wyłożonego
wiktoriańskimi płytkami. Z jednego z pudeł, na którym ręka Jess wypisała
schludnymi wielkimi literami "POTRZEBNE DO PRZEPROWADZKI", wyjmuję
sześćdziesięciowatową żarówkę. W misce ustawionej na parapecie okna leży
kilka różnych kluczy. Wręczono nam je w dniu, w którym podpisaliśmy
umowę kupna. Niektóre z nich zamykają drzwi frontowe. Są też klucze od
garażu, szopy i parę takich o nieznanym jeszcze przeznaczeniu.
Zgarniam je wszystkie i wracam do ukrytej wnęki, a potem wypróbowuję
każdy klucz po kolei, starając się dopasować którykolwiek do zamków w kredensie. Przyświecam sobie telefonem, przycupnięty na skraju starego
fotela.
Żaden z tych kluczy niczego nie otwiera.
Żaden z nich nie pasuje do ośmiu identycznych dziurek w małych
szufladach.
Wzdycham głośno, wciskam klucze do kieszeni dżinsów, czując, jak
ciekawość rozpala się we mnie jasnym płomieniem. Właściwy klucz zapewne
przepadł bez wieści w jakimś pudełku, w jakiejś szufladzie albo w starym
słoju pełnym przydasiów. Być może spoczywa pod toną śmieci na wysypisku,
na zawsze rozłączony z szufladami, którym służył.
Albo... albo i nie. Czy ktokolwiek zadałby sobie tyle trudu, żeby stworzyć
sekretne pomieszczenie, a potem zostawił klucz na wierzchu? Gdzieś,
gdzie łatwo byłoby go znaleźć?
Wymieniam żarówkę na nową i ponownie ciągnę za sznur włącznika, a potem
mrugam raptownie, gdy moje oczy przyzwyczajają się do nagłego blasku.
Pokój wydaje się starszy i wygląda bardziej zwyczajnie - ostre białe
światło odebrało mu nieco posępności. Podejrzewam, że w ciemności
wszystko robi się niepokojące. Pomagam sobie latarką z telefonu. Omiatam
snopem blasku cały kredens i ścianę za nim, a także drewnianą framugę,
którą skrywał. Podłoga znów wydaje z siebie ostrzegawczy trzask.
Przykucam w miejscu i ostrożnie sprawdzam każdą z desek osobno, żeby
zidentyfikować tę poluzowaną. Przyglądam się rzędom cegieł i przesuwam
palcami po szorstkiej powierzchni zaprawy, szukając jakichkolwiek
szczelin. Cegły się łuszczą, a zaprawę zaaplikowano nierówno i byle jak,
ale nie jestem w stanie znaleźć żadnej oczywistej skrytki, która mogłaby
mieścić w sobie klucz. Odsłonięte drewno drzwi jest niczym kulisy
dekoracji teatralnej. To ta strona muru, której nikt nigdy nie ogląda,
więc drewno pozostało surowe i szorstkie. Jest lite, porządne i dość
szerokie, żeby zmieścić w nim klucz. Wyciągam rękę i obmacuję górną
krawędź framugi. Niemal natychmiast natykam się na coś ostrego i czuję,
jak mój palec wskazujący przeszywa nagły ból.
Cofam rękę, klnąc przez zęby. Widzę, jak pod paznokciem rośnie
połyskliwy, ciemny półokrąg krwi.
Kieruję snop światła z latarki bezpośrednio w to miejsce i natychmiast
dostrzegam, co przeoczyłem. Gwoździe, które najwyraźniej wbito z przeciwnej strony. Niemal półtoracentymetrowe ostrza sterczą wokół
drzwi, wystają z drewnianych paneli, a niektóre połyskują słabo tuż pod
spadzistym sufitem nad moją głową. Jest ich co najmniej tuzin; zostały
gęsto rozmieszczone na niewielkiej powierzchni. Maleńkie pułapki na
nieuważnych ludzi.
Robię krok w tył, ssę zraniony palec i wpatruję się w ciemne drewno
kredensu. Omiatam wzrokiem nienaruszoną warstewkę kurzu pokrywającą
wszystkie jego płaszczyzny. Rząd drobnych mosiężnych uchwytów od szuflad
drwi ze mnie, rzuca mi wyzwanie.
Pewnie i tak są puste. Ale nie w tym rzecz.
Moją uwagę zwraca jeszcze jedna dziwna okoliczność. Ten mebel jest o wiele za duży, by zmieścić się w drzwiach wiodących do niewielkiego
pokoju. Kredens nie jest jakiś szczególnie ogromny, ale tak czy siak
zbyt szeroki i zbyt wysoki, żeby dało się go przetransportować tak
wąskim przejściem - zahaczyłby o nie z wielu stron. Podobnie jak stary
niski fotel, w którym właśnie siedzę. A zatem najpierw znalazły się tu
meble, a dopiero potem zbudowano dodatkową ścianę. Zamurowano je tutaj
raz na zawsze. Miały nigdy więcej nie ujrzeć światła dnia.
Ważę w ręce stalowy łom, gotów wepchnąć jego ostrze w szczelinę pomiędzy
szufladami i skruszyć drewno, zniszczyć zamek, zmusić go, żeby się
otworzył.
Pokażę temu staremu gratowi, kto tu jest szefem.
Cały się wzdrygam, gdy za moimi plecami rozlega się czyjś głos. Prostuję
się raptownie i uderzam głową w niski sufit.
- Będziesz to rozwalał, tato?
Odwracam się i widzę smukłą postać w dżinsach i podkoszulku, skąpaną w świetle wpadającym tu z pokoju za ścianą. Właśnie przełazi przez niskie
przejście. To moja najstarsza córka. Rozgląda się po ciasnym
pomieszczeniu i marszczy nos, czując panujący tutaj kwaskowaty zaduch.
- No cześć, Leah. - Odkładam łom. - Jak ci idzie rozpakowywanie?
- Powoli. - Wpatruje się w mrok. - Co to niby jest?
- Jakiś schowek - odpowiadam.
- Schowek? Na rzeczy, których nie chcesz więcej widzieć?
- Może i tak - mruczę pod nosem. - Myślę, że ktoś zapomniał, że ten
pokój w ogóle istnieje. Musiał powstać dawno temu.
- Trochę tu upiornie...
- No wiem.
- Moglibyśmy trzymać tu Calluma - proponuje Leah z zawadiackim
uśmiechem. - Jak będzie niegrzeczny.
Przysuwa się bliżej, a ja unoszę dłoń.
- Nie wchodź, wszędzie tu pełno sterczących gwoździ.
- Krew ci leci - oznajmia, wskazując na moją rękę.
- Nadziałem się na gwóźdź.
Wąska strużka czerwieni spływa po mojej dłoni i kapie z nadgarstka.
Ciemne krople plamią starą podłogę.
- Na półpiętrze został ręcznik papierowy, przyniesiesz mi trochę?
Leah znika na moment i wraca z kilkoma kawałkami papieru.
- Na razie lepiej tutaj nie wchodź, okej? - Owijam ręcznik wokół
krwawiącego palca. - Przynajmniej zanim nie pozbędę się tych gwoździ i nie zrobi się tu bezpieczniej. Niech twój brat i siostra też trzymają
się z daleka.
- Jasne. - Kiwa głową, znudzona i gotowa już zająć się czymś innym. - A,
mama kazała cię spytać, co ty właściwie wyprawiasz, i powiedzieć, żebyś
zszedł na dół i pomógł jej z tym wihajstrem.
- Z czym?
- Z tym ustrojstwem... No wiesz, bojlerem czy czymś w tym rodzaju. Po
prostu kazała ci zejść. - Leah się uśmiecha. - Jak już skończysz
demolować stare meble.
Odwraca się i znika. Słyszę jej lekkie kroki oddalające się w stronę
półpiętra.
Z powrotem wbijam wzrok w stary kredens. Teraz, gdy to dziwne miejsce
pobrało ode mnie daninę krwi, być może naprawdę rozprawię się z nim
przemocą.
Ale jeszcze nie teraz.
Odsuwam narzędzia na bok i klękam na odsłoniętej powierzchni, po czym
sięgam pod kredens, ostrożnie badając palcami każdy centymetr
przestrzeni, żeby uniknąć dalszych kłujących niespodzianek. Przechylam
kredens do siebie. Jest ciężki, więc jego nóżki trzeszczą w proteście,
rysując drewnianą podłogę. Czuję na wierzchu dłoni dyskretne kroki
przebiegającego pająka.
Przyklękam i ciągnę mebel do siebie. Między ścianą a murem tworzy się
przestrzeń, szeroka mniej więcej na trzydzieści centymetrów. To pierwszy
raz od wielu lat, kiedy te dwie powierzchnie zostały rozdzielone.
Spowija mnie chmura leciwego kurzu unosząca się w skisłym powietrzu.
Plecy kredensu nie powstały z jednej, równo licowanej płyty, tylko są
lekko wpuszczone w korpus we wręgu; solidne prostokątne drewniane
płyciny, jakich nie uświadczysz w meblach z Ikei. Żadnego MDF-u, żadnych
płyt wiórowych ani kołków trzymających to wszystko w kupie.
Odchylam się do tyłu, tak żeby światło żarówki padło na tylny panel.
Widzę drewno pokryte warstwą starych pajęczyn i szczątków wysuszonych
insektów czekających na powrót pająka. Po chwili dostrzegam coś jeszcze.
Na samym dole w litym drewnie wyryto wąski otwór, długi mniej więcej na
trzy centymetry. Musiał powstać z pomocą dłuta czy innego ostrego
narzędzia.
W tym płytkim zagłębieniu leży klucz.
Rozdział 3
3
Klucz jest krótki i gruby - bryłka ciemnego matowego żelaza, długa
zaledwie na jakieś sześć centymetrów. Wyłuskuję go z kryjówki,
rozgarniając pajęczyny, i dmucham na znalezisko, żeby usunąć warstwę
kurzu. Wygląda jak klucz do starej szkatułki na biżuterię albo do
szuflady biurka. Jest zimny i zaskakująco ciężki, gdy ważę go w dłoni.
Mam wrażenie, jakby przez te wszystkie lata czekał właśnie na mnie.
Słyszę, jak Leah nawołuje mnie u podnóża schodów, ale tu, na najwyższym
piętrze, jej głos wydaje się bardzo odległy.
Zejdę do nich. Za moment.
Wsuwam klucz do otworu jednej z najwyższych szuflad po lewej. Wchodzi
gładko i obraca się w zamku z suchym kliknięciem.
Pociągam za okrągły mosiężny uchwyt i odsuwam szufladę. Chodzi dość
opornie, ale wystarczy nieco więcej siły, tak by drewno zaskrzypiało. Z początku widzę tylko spłowiały kwiecisty papier wyścielający wnętrze,
taki jak w kredensie mojej babci. Pomarszczył się i zawinął na
krawędziach ze starości. A potem dostrzegam coś jeszcze: stary portfel z brązowej skóry, również powyginanej i pomarszczonej na krawędziach.
Podnoszę go szybko i przesuwam palcami po inicjałach DF wybitych w rogu.
Portfel jest pusty.
W następnej szufladzie znajduję schludnie złożony wełniany szalik w fioletową kratkę. Obracam go w palcach, zastanawiając się, jak to
możliwe, że wciąż jest miły w dotyku. W moje nozdrza uderza delikatny
powiew perfum - widmo zapachu, ulotne i blade niczym kwiat zasuszony
między stronami książki. Subtelna woń kontrastuje z suchym, pełnym kurzu
powietrzem w pomieszczeniu.
Kolejna szuflada skrywa starą psią obrożę z czarnej skóry. Smyczy brak.
Mała okrągła zawieszka jest porysowana i znoszona, a wyryte na niej imię
brzmi Woody. Po drugiej stronie wytrawiono adres - Sumner Street 167.
Jest też numer telefonu, ale bez kierunkowego. Nie znam tej dzielnicy
dość dobrze, by wiedzieć, jak daleko od ulicy Sumner się znajdujemy.
Poza tym drogi, stary Woody na pewno już od dawna gryzie ziemię.
Następna szuflada grzechocze lekko, gdy ją otwieram. W środku znajduję
dwa pierścionki - zwykłą złotą obrączkę i wąski sygnet z czarnym
kamieniem. Żaden z nich nie wygląda, jakby był wiele wart. Oba zostały
nawleczone na kółko, na którym wisi pojedynczy mosiężny kluczyk, sądząc
po kształcie, otwierający jakieś drzwi. Cienki metalowy łańcuszek łączy
ten klucz z brelokiem, który jest płaski, lecz odwzorowuje kształt piłki
tenisowej. Może to klucz do naszych drzwi wejściowych? Będę musiał
wyrobić kolejny zestaw, ale póki co przyda mi się zapasowy dla brata.
Wsuwam klucz do kieszeni, zapisując w pamięci, żeby zająć się tym
później. Otwieram piątą szufladę. Czuję się jak w jakiejś dziwnej,
kiepsko oświetlonej wersji starego programu telewizyjnego Co jest w tej
skrzynce? albo Skarb czy rupieć? Albo też w jakiejś osobliwej edycji
Antiques Roadshow, w której żaden z eksponatów nie jest wart złamanego
grosza.
W ostatniej szufladzie znajduję parę prostokątnych okularów w subtelnych
szylkretowych oprawkach. Zauszniki zostały schludnie złożone, tak jakby
ktoś je odłożył, szykując się do snu, i zapomniał o nich raz na zawsze.
Jedno ze szkieł jest przekreślone pęknięciem, wąskim niczym pojedynczy
włos, widocznym w dolnej części plastiku. Wyjmuję okulary z szuflady,
rozkładam zauszniki i mrużąc oczy, spoglądam przez silne szkła, pokryte
matowym osadem wieku, kurzu i starego brudu - jak wszystko inne co tu
znalazłem. Składam je i umieszczam z powrotem w szufladzie. Przez chwilę
rozglądam się za futerałem, który być może przeoczyłem. Bez skutku.
Kolejna szuflada z początku wydaje się pusta. Przysuwam telefon dość
blisko, żeby rozświetlić ją snopem światła z latarki. Z mroku wyłania
się jakiś matowy przedmiot z metalu i szkła. To zegarek ze skórzaną
bransoletą zniszczoną przez czas. Przyświecam sobie, żeby odczytać słowa
widoczne na środku cyferblatu, tuż pod symbolem korony. Rolex Explorer.
Nie znam się na tym, ale wiem, że Rolex to kosztowna marka. Ktoś
przeszukał cały dom, próbując go znaleźć. Jeśli sądzić po warstwie kurzu
spowijającej wszystko wokół, było to dawno temu.
Wyjmuję znalezisko z szuflady i kładę je na dłoni, czując, jak metal
chłodzi mi skórę. Wskazówki zamarły na godzinie jedenastej dziesięć.
Kiedy to było? Przed rokiem? Dziesięć lat temu, a może dwadzieścia?
Mrużę oczy w mętnym świetle, usiłując dostrzec maleńkie cyfry w okienku
datownika, które zatrzymały się na dwudziestym piątym dniu miesiąca. Z tyłu koperty zegarka odkrywam wyryte inicjały i datę: EJS 29-11-75.
Czyjaś umiłowana własność, która przestała działać zgodnie z przeznaczeniem, a naprawa kosztowałaby zbyt wiele. Ale właściciel nie
był w stanie się z nią rozstać, więc wylądowała tutaj, zapomniana i porzucona w tym czyśćcu dla przedmiotów. Dobrze znałem to uczucie. Nasz
stary garaż pękał w szwach od rozmaitych szpargałów, starych rowerów,
różnych gadżetów i zabawek o wartości czysto sentymentalnej.
Śmieci, tak mówiła o tym wszystkim Jess. Większość z nich trafiła na
wysypisko, dopiero gdy nadszedł czas na przeprowadzkę. Moja żona w końcu
postawiła na swoim.
Potrząsam zegarkiem. Bez skutku. Z pewnością jest to precyzyjny
czasomierz, prawdziwy klasyk w swojej kategorii. Kimkolwiek był EJS,
miał farta, że został posiadaczem takiego pięknego egzemplarza. Nakręcam
go odruchowo i jestem bardzo zdumiony, gdy zaczyna tykać. Działa. Nie
jest zepsuty, po prostu ktoś go porzucił. Schował tutaj i całkiem
zapomniał o jego istnieniu.
Zostały już tylko dwie szuflady. Jakiś mały, twardy przedmiot grzechocze
lekko, gdy otwieram tę po lewej. Światło z latarki odbija się od matowej
srebrnej powierzchni. Plastik. Zajmuje mi chwilę, zanim pojmę, na co
patrzę: to stary telefon komórkowy. Jego srebrna obudowa z wiekiem
pokryła się matowym nalotem. Mój pierwszy telefon wyglądał bardzo
podobnie, miał klapkę i uważałem, że to czaderski bajer. Teraz jest
przestarzałym rupieciem, wrzuconym do szuflady i zapomnianym podobnie
jak miliony innych. Pamiętam, że gdzieś miałem trzy lub cztery stare
telefony, każdy wymieniony na nowy pod koniec umowy. Trzymałem je na
wszelki wypadek. Jess zawsze sprzedawała swoje na eBayu, ale ja lubiłem
trzymać przestarzałą elektronikę, w razie gdyby nowy model został
upuszczony, zgubiony lub skradziony - choć jak dotąd nie miałem okazji
pogratulować sobie własnej przezorności.
Mała motorola wydaje się cięższa, bardziej treściwa niż mój iPhone,
będący rozmiarów małej tabliczki czekolady. Klapka modelu, który trzymam
w ręku, odskakuje sprężyście, a ekran wewnątrz jest maleńki i czarny,
tylko odrobinę większy od znaczka pocztowego. Poniżej znajduje się
klasyczna dwunastoprzyciskowa klawiatura i kilka innych guzików. Ikonka
telefonu do odbierania połączeń i rozłączania się oraz cztery strzałki
wskazujące w górę, w dół, w lewo i w prawo. Ten telefon nie może być aż
tak stary, ale sprawia wrażenie obiektu muzealnego, reliktu prostszych
czasów, kiedy te przedmioty służyły nam tylko do dzwonienia i niekiedy
do wysyłania SMS-ów.
Kręcę głową i uśmiecham się do siebie. Boże, brzmię jak mój własny
ojciec. Jednak przyjemnie jest mieć w ręku telefon z fizycznymi
przyciskami. Ten styl wyszedł z mody tak dawno temu, że zatoczył koło i stał się czymś w rodzaju uroczego, staroświeckiego gadżetu, podobnie jak
płyty winylowe i polaroidy. Po prawej stronie dostrzegam przycisk z symbolem on/off. Krótka pozioma linia zamknięta w okręgu. Wiedziony
ciekawością przyciskam go kciukiem.
Nic się nie dzieje. Mały ekran pozostaje uśpiony. Oczywiście, że tak -
prawdopodobnie telefon nie zaznał prądu od lat, a bateria rozładowała
się dawno temu. Gniazdko zasilania jest małe i okrągłe. Przypominam
sobie, że w którymś z kartonów powinienem znaleźć stary kabel, który
będzie do niego pasował.
Ostatnia szuflada jest pusta, nie licząc wyblakłego papieru w kwiatki.
Sięgam aż do samego jej końca, czując przypływ rozczarowania. Wolałbym,
żeby ten ciekawy zakątek mojego domu przyniósł więcej łupów.
Siadam ostrożnie w starym fotelu, a sprężyny skrzypią pod moim ciężarem.
Przesuwam dłonią po ciemnym drewnie kredensu. Zdecydowanie mnie
zaintrygował. Znalazłem w nim dość przypadkową kolekcję przedmiotów, a co najdziwniejsze, każdy z nich miał swoją własną szufladę. Na myśl
przychodzi mi dziecko układające na półkach ulubione zabawki; każda
rzecz na swoim miejscu. Zamykam każdą szufladę z osobna i dosuwam mebel
do ściany. Będziemy musieli zdecydować, co dalej z tym pokojem i tymi
starymi przedmiotami. Ale nie dziś.
Nagle gdzieś pode mną wybucha zamieszanie i rozlega się gwar. Słyszę
tupot kroków na schodach i głosy moich dzieci, które przekrzykują się
nawzajem. Pies Coco szczeka entuzjastycznie w odpowiedzi. Odwracam się,
żeby wyjść, a potem właściwie bez namysłu otwieram dolną szufladę i wyjmuję z niej mały telefonik. Przez moment trzymam go w ręku, czując
ten ciężar i kształt, znajomy i obcy zarazem. Ma w sobie urok prostej
technologii, która w czasach mojej młodości była najnowocześniejsza pod
słońcem, a dziś jej miejsce jest w muzeum.
Wsuwam telefon do kieszeni dżinsów i przechodzę przez niskie wyjście.
Zamiast tego powinienem był zatrzasnąć te drzwi i zabić je gwoździami.
Zastawić ścianę regałami na książki i raz na zawsze zapomnieć o tym
zakurzonym ustroniu. Pewne sprawy najlepiej obejść szerokim łukiem.
Ale na to było już za późno.
Rozdział 4
4
Mosiężny kluczyk z brelokiem w kształcie piłki tenisowej nie pasuje do
żadnych drzwi. Ani wejściowych, ani tylnych, ani żadnych innych.
Podejrzewam, że pochodzi z czasów sprzed wymiany zamków. Wrzucam go do
miski z kluczami przy wejściu. W końcu gdzieś go dopasuję.
Sam wybrałem nasz pierwszy posiłek w nowym domu. Jest nim ryba z frytkami i papkowatym groszkiem, przyniesiona w styropianowych
pojemnikach z baru przy Derby Road. Stół w jadalni wkrótce zapełniają
papierowe talerze, nierozpakowany jeszcze posiłek, saszetki z solą i pieprzem. Gdy jemy, powietrze przesyca woń octu oraz para unosząca się
ze świeżo panierowanego dorsza i słonych, grubo pokrojonych frytek.
Nie zdawałem sobie sprawy, jaki jestem głodny. Moim obiadem była dziś
połowa kanapki i jabłko - jedno i drugie pożarte w pośpiechu podczas
wnoszenia do domu kolejnych pudeł. Wygląda na to, że wszyscy są równie
wygłodniali. Nawet Daisy zajada się bez marudzenia, zanurzając frytki w kałuży keczupu. Jej starsza siostra pochyla się nad stołem, żeby pokroić
sobie langustynki na drobne kęsy. Callum cisnął gdzieś drewniany nóż i widelec, dołączone do opakowań na wynos. Pożera kawałek dorsza,
trzymając go niczym nogę od kurczaka. Jess stoi u szczytu stołu, unosząc
telefon, żeby utrwalić tę scenę dla potomności.
- No, kochani - mówi. - Szeroki uśmiech!
Leah robi zdegustowaną minę.
- Oj, mamo. Serio?
- No co, pierwsza kolacja w naszym uroczym nowym domu - odpowiada jej
matka, stojąca tyłem do nas, żeby zrobić zdjęcie. Jedno, a potem
kolejne. - To wyjątkowa okazja.
Daisy posłusznie rozpromienia się w uśmiechu, a siedzący za nią Callum
pochyla się do przodu i wystawia język. Siedzę na przeciwległym końcu
stołu, więc tylko spełniam toast plastikowym kubeczkiem prosecco. Jess
robi jeszcze kilka zdjęć i siada. Leah zagląda jej przez ramię, sprawnie
przesuwając palcem kolejne ujęcia.
- To nie - wyrokuje nasza najstarsza córka. - To też nie, jest okropne.
Możesz wrzucić to ostatnie, jeżeli naprawdę musisz, tylko nigdzie mnie
nie taguj.
- Nawet mi to przez myśl nie przeszło, kochanie. - Jess się uśmiecha i całuje córkę w policzek.
Daisy wstaje ze swojego miejsca.
- Mamusiu, pokaż, pokaż!
Nasza najmłodsza latorośl uśmiecha się szeroko na widok własnej
rozradowanej twarzy na ekranie. Ma dopiero cztery lata, więc zjawisko
selfie wciąż pozostaje dla niej świeże i fascynujące. Reszta z nas wraca
do ryby i frytek. Jess szybko przebiera palcami na klawiaturze telefonu,
po czym elektroniczny świergot oznajmia, że zdjęcie zostało
opublikowane.
Przyglądam się stercie kartonowych pudeł, pijąc prosecco. Słodkie
bąbelki musują mi na języku. Wysokiemu pomieszczeniu z gołą żarówką pod
sufitem brakuje zasłon, dywanów czy jakichkolwiek dekoracji. To miejsce
wydaje się puste i niekochane, niczym przestrzeń, która przez długi czas
nie gościła nikogo, czekając, aż ktoś znów ją zaludni. Długie kartony
ostemplowane czarno-żółtym logo firmy przeprowadzkowej Robinson Removals
piętrzą się do połowy ściany pod oknem wychodzącym na podjazd. Coco,
nasza golden retrieverka, umościła sobie legowisko na stosie starych
pokrowców na meble rzuconych w kąt.
W całym tym pokoju znajduje się jedno jedyne zdjęcie. Jess wygrzebała z któregoś kartonu naszą oprawioną fotografię ślubną i postawiła ją na
honorowym miejscu, na kominku. Przedstawia nas stojących na stopniach
urzędu stanu cywilnego, tak niedorzecznie młodych. Jess zaśmiewa się w swojej kreacji z kremowo-szkarłatnego jedwabiu, a ja zadaję szyku w płaszczu do połowy łydki, kamizelce i czerwonym krawacie. Tamtego
czerwcowego dnia niemal dekadę temu taki strój był ostatnim krzykiem
męskiej mody.
Leah wygląda na tym zdjęciu jak sama słodycz; nasza mała druhna w kremowym jedwabiu, ściskająca dłoń swojej matki. Najstarsze dziecko było
niespodzianką. Poczęliśmy ją zaledwie kilka miesięcy po pierwszym
spotkaniu. Zanim zostaliśmy małżeństwem, miała już siedem lat. Ślub
niezwykle jej się podobał; uparła się, żeby nosić swoją sukienkę druhny
każdego dnia przez cały następny tydzień. Jess nigdy nie była w stanie
zmusić się do sprzedaży czy oddania komuś tej kreacji. O ile wiem, mała
sukienka jest gdzieś w tym domu, wśród dziesiątek pudeł, skrzyń i walizek czekających na rozpakowanie.
Nasz kot Steve wskakuje na krzesło obok Leah. Podbródek ma na wysokości
stołu i wpatruje się głodnym wzrokiem po kolei w każdy z naszych
talerzy. Rudy nos drga mu od woni świeżego żarcia. Jess odcina kawałek
dorsza spod panierki i wyciąga rękę w stronę kota, a ten zeskakuje z krzesła, porywa kąsek i żuje głośno, jednocześnie zanosząc się
mruczeniem.
- Myślałem, że ten krągły koleżka jest na diecie? - zauważam.
- Nie marudź. Miał stresujący dzień. W końcu się przeprowadził -
odparowuje Leah, odkrawając kolejny kawałek rybiego mięsa. Rzuca go na
podłogę. - Czy nie tak, Stevie? Poza tym przez najbliższy tydzień nie
wolno mu nigdzie wychodzić.
- Weterynarz powiedział, że i tak już jest dość spasiony. - Nie mogę
sobie darować tej uwagi.
Jess żartobliwie marszczy nos.
- Czyżbyś zawstydzał mojego rudego syna z powodu jego wagi?
- Jeszcze trochę przytyje i nie przepchnie się przez kocią klapkę -
oznajmiam.
Moja żona drapie kocura po wielkim, obłym łbie.
- Nie słuchaj tego okropnego człowieka, Stevie. Jesteś wcieleniem
perfekcji.
Kot mruczy w odpowiedzi, mrugając z zadowoleniem.
- Wystarczy, że zmuszasz go do noszenia tej obroży.
Czerwone akcesorium z napisem "Proszę mnie nie karmić" było daremną
próbą zniechęcenia naszych leciwych sąsiadek do dalszego tuczenia kota.
Chrząkam znacząco.
- Nie jestem pewien, czy tym wszystkim starszym paniom, które odwiedzał,
zrobiło to jakąś różnicę.
- W każdym razie - mówi Jess - nawet jeszcze nie mamy nowej klapki dla
kota.
- To jeden z punktów na mojej liście rzeczy do zrobienia. Muszę tylko
wygrzebać z któregoś kartonu odpowiednie narzędzia.
- Jak długa jest ta twoja lista?
- Tylko trochę dłuższa niż Wojna i pokój.
- Może by się skróciła, gdybyś mniej przesiadywał w tym kąciku na
najwyższym piętrze - zauważa Jess.
- Wcale aż tak dużo tam nie przesiaduję - odpowiadam, zaskoczony własnym
obronnym tonem. - Ale jest naprawdę ciekawy.
- Może i tak... ale przyznasz, że niezbyt ważny.
Wzruszam ramionami. Trudno to wyjaśnić. Zdaję sobie sprawę, że moja
bystra, logiczna, twardo stąpająca po ziemi żona tego nie zrozumie.
Prawda jest taka, że to ukryte za ścianą pomieszczenie nie jest
szczególnie istotne, ale za to mocno mnie frustruje. Oznacza coś
nieznanego. Jest niczym pytanie bez odpowiedzi, zaburzenie porządku,
tajemnica - wszystko to naraz. Nie ma żadnej oczywistej przyczyny, dla
której istnieje. Przestarzały telefon to kusząca wskazówka odnośnie do
okresu, który upłynął za tą ścianą. Ten pokój to wcielenie chaosu,
domagającego się, żebym go uporządkował. Muszę nadać temu mętlikowi
sens. Przypuszczam, że to po prostu część mojej natury. Od zawsze tak
właśnie patrzyłem na świat.
- Po prostu chciałbym to rozgryźć - mówię. - To wszystko. Teraz ten dom
jest nasz i zamierzam poznać wszystkie jego tajemnice.
- Swoją drogą, fajny ten twój nowy telefon. - Jess uśmiecha się do mnie
figlarnie, wskazując ruchem głowy na mały aparat leżący na bocznym
stoliku w rogu. - Bardzo retro.
- Znalazłem go na piętrze. - Wcześniej podłączyłem starą motorolę do
ładowarki, wiedziony bardziej nadzieją niż oczekiwaniem konkretnych
efektów. - To prawie ten sam model, który miałem w wieku dziewiętnastu
lat. Ty też taki miałaś, prawda?
Potrząsa głową.
- Nie, ja miałam nokię.
- Pomyślałem sobie, że może uda się go rozruszać, pokazać naszym
dzieciom, jak kiedyś wyglądały telefony, chociaż nie jestem pewien, czy
da się go w ogóle uruchomić, czy bateria całkiem nie padła...
- Owszem - odpowiada Jess. - Podładowałam go, kiedy poszedłeś po frytki.
- I co, zaczął działać?
- Cóż. - Jess wstaje i podnosi telefon ze stolika. - Włączył się, ale
niewiele się w nim dzieje.
Daisy wyciąga małą rączkę, lepką od keczupu.
- Mogę zobaczyć, mamusiu?
Jess szybko przeciera dłoń dziewczynki skrawkiem papierowego ręcznika.
- Kiedyś uwielbiałam te stare komórki - mówi, podsuwając mi motorolę. -
Wasz tata zaprosił mnie na randkę SMS-em wysłanym z takiego właśnie
telefonu.
- Fuj! - wtrąca Leah. - Zachowajcie niesmaczne detale dla siebie, bardzo
proszę.
Daisy przesuwa po ekranie drobnymi paluszkami, ściągając brwi z frustracji, gdy nic się nie dzieje.
- Zepsuty - oznajmia, stukając i przesuwając palcem tam i z powrotem. -
Co z nim nie tak?
- On ma przyciski zamiast ekranu, Daisy.
- Dlaczego?
- Tak kiedyś wyglądały telefony. To było, zanim urodziła się twoja
siostra.
Ten model przypomina mi dziecięcą zabawkę. Musi być o jakieś pięć,
sześć, siedem generacji starszy od mojego iPhone'a. To jego
praprapradziadek, stary ford cortina zestawiony z teslą.
- No dobrze, a są w nim jakieś gry?
Jess kręci głową.
- Nie sądzę. Niech tata rzuci okiem.
Nasza najmłodsza córka robi rozczarowaną minę i wraca do taplania frytek
w jeziorku keczupu na swoim talerzu. Zamiast niej telefon podnosi
Callum. Kilka razy otwiera i zamyka klapkę, po czym traci
zainteresowanie. Przesuwa go w moim kierunku między opakowaniami po
grubo krojonych frytkach.
Ekran małej motoroli pokazuje ikonkę w połowie naładowanej baterii.
Wyświetla godzinę dwadzieścia dziewięć minut po północy. Zegar
zresetował się po włączeniu. Kiedy uchylisz klapkę, wita cię błękitne
mżenie pod przyciskami. W tamtych czasach zapewne był to technologiczny
bajer, za to dziś wygląda po prostu dziwacznie. Wiem, że karta SIM już
dawno przestała działać, ale telefon emanuje aurą nostalgii, której nie
potrafię uzasadnić. Czuję, że natknąłem się na skrawek historii, niczym
na starego przyjaciela z dawnych lat. Na głównym ekranie wyświetlacza
znajduje się dziewięć ikonek ułożonych w kwadrat. Zawierają podstawowe
opcje dotyczące SMS-ów, połączeń, ustawień i tak dalej. W jego pamięci
nie ma zapisanych wiadomości, wysłanych czy odebranych. Rejestr połączeń
jest pusty. Czy te modele w ogóle miały funkcję wysyłania maili?
Wybieram ikonkę małej niebiesko-zielonej kuli ziemskiej, ale bez skutku.
Opcja kalendarza też nic nie ujawnia. Prymitywna gra o nazwie "Głodne
rybki" nie zawiera zapisów punktacji, nie ma paska odbioru czy sieci na
liście. Zakładam, iż telefon jest tak stary, że funkcjonował w sieci 2G,
a może nawet 1G - to zdecydowanie zbyt prymitywna technologia, żeby mógł
połączyć się z dzisiejszą nowoczesną siecią 5G. O ile ktoś nadal płaci
rachunki, w co mocno wątpię.
- Trochę kiszka z tym telefonem - wyznaję, wracając do głównego menu. -
Wygląda na to, że nie był używany.
Jess odsuwa swój talerz, podchodzi do stołu i siada obok, moszcząc się
na stosie plastikowych skrzynek.
- Znalazłam tu kilka ciekawych rzeczy, kiedy cię nie było - mówi. - Sam
zobacz. - Pochyla się i kolejno naciska małe srebrne guziki.
Menu działa strasznie powoli, a ekran główny tego zabytku ma więcej
wspólnego z topornym wyświetlaczem telefonu stacjonarnego niż z jakimkolwiek smartfonem. Opcja "Multimedia" raportuje jedno jedyne
zdjęcie, ale ekran jest tak mały i rozpikselowany, że trudno określić,
co przedstawia. Jest lekko rozmazane. Może to dłoń, kciuk albo czyjaś
twarz? Aparat jest bardzo prymitywny, a maleńki kwadratowy ekran ma ze
trzy centymetry przekątnej i boleśnie wolno ładuje nawet tę pojedynczą
fotkę.
- Co to? - pytam.
Jess wzrusza ramionami.
- Może poprzedni właściciel? A, i jest jeszcze coś. To trochę zagadkowe.
- Wciska srebrne przyciski, aby dostać się do książki telefonicznej
zawierającej listę numerów. Zamiast nazwiska widzimy numer zapisany po
prostu jako UŻYJ TEGO.
Żadnej podpowiedzi, do kogo miałby należeć.
- Może to był nieudany prezent - mówię. - Albo zapasowy telefon dla
dziadków, przeznaczony do kontaktu z dorosłymi dziećmi? Tylko jeden
numer, żeby maksymalnie uprościć im zadanie. Oszczędzili starszej osobie
żmudnego przeklikiwania się przez strony z nazwiskami czy numerami.
Jess kiwa głową.
- Mama próbowała czegoś podobnego z dziadziem.
Jej dziadek Eric odmówił jakichkolwiek prób dołączenia do ery telefonów
komórkowych. Nigdy w życiu nie wysłał nawet jednego SMS-a, a telefon
uruchamiał tylko po to, by od czasu do czasu zadzwonić. Po zakończonej
rozmowie wyłączał go ponownie i wkładał do kuchennej szuflady,
zapominając o nim na tydzień lub dwa.
- Może właścicielem był ktoś taki jak on.
Moja żona miała szczególny sentyment do Erica, który stracił żonę na
długo przed tym, zanim go poznałem. Starszy pan nigdy się ponownie nie
ożenił.
- Myślisz, że powinniśmy zadzwonić i sprawdzić?
- Są spore szanse na to, że ten numer już nie działa.
Żona daje mi żartobliwego kuksańca.
- Nie bądź takim nudziarzem. Nie wiesz tego na pewno.
- A założysz się?
- Przegrany sprząta po kolacji i kładzie dzieci spać?
Unoszę brew.
- Wysoka stawka. Wchodzę w to.
Jess kładzie własną komórkę na stole obok i wybiera numer. Zanim
naciśnie zieloną słuchawkę, przełącza telefon na tryb głośnomówiący.
Oboje pochylamy się, żeby tego posłuchać. Spodziewam się automatycznej
sekretarki z informacją, że numer jest niedostępny. Zamiast tego
następuje krótka pauza. Kliknięcie. A potem telefon realizuje
połączenie.
Rozdział 5
5
Sygnał wybrzmiewa sześć razy. Potem słyszę kolejne kliknięcie, jeszcze
jedną pauzę i nie jestem pewien, czy nas rozłączono, czy nie.
- Halo? - mówi Jess w powstałą ciszę.
Automat o damskim głosie prosi, żebyśmy zostawili wiadomość po
usłyszeniu sygnału.
- Dzień dobry. - Żona rzuca mi niepewne spojrzenie. - Mam na imię Jess.
Właśnie znalazłam stary telefon z tym numerem i chciałabym zwrócić go
właścicielowi.
Callum wybiera akurat ten moment, żeby zwędzić z talerza siostry
ostatnie dwie frytki.
- Kradziej! - Głos Daisy aż wibruje oburzeniem. Wskazuje sprawcę palcem.
- Callum, oddaj Daisy frytki, proszę.
Callum niechętnie odkłada łup z powrotem na jej talerz.
- W każdym razie - ciągnie Jess po chwili przerwy - czy mogliby państwo
do mnie oddzwonić, jeżeli odsłuchają tę wiadomość? - Przyciska czerwoną
ikonkę, żeby zakończyć połączenie, a potem siada na krześle i unosi w moją stronę plastikowy kubek prosecco. - Wygląda na to, że wygrałam nasz
mały zakład, więc chyba utnę sobie teraz drzemkę. - Posyła mi triumfalny
uśmiech.
- Chcesz podbić stawkę? - pytam.
- Mowy nie ma. Poza tym - ciągnie Jess - wracając do tego twojego
tajemniczego pokoju. Powinniśmy wezwać fachowca, żeby wycenił, ile nas
to będzie kosztowało. Ale nie teraz. Kiedy już się porządnie
rozpakujemy.
- Kosztowało? Co?
- Zburzenie tej ściany. Odzyskamy przestrzeń, prawie półtora metra.
Spokojnie zmieści się tam podwójne łóżko.
Na myśl o kolejnej rundzie poważnych wydatków czuję, jak oblewa mnie
zimny pot.
- Uważasz, że powinniśmy pozbyć się tego schowka?
Jess wzrusza ramionami, jakby odpowiedź była oczywista.
- A jest jakiś powód, żeby tego nie robić?
- Nie wiem - odpowiadam. - Może to coś istotnego z punktu widzenia
historii tego miejsca? Taki ekscentryczny detal. Coś niespotykanego.
Moja żona marszczy brwi.
- Wiesz, co jest ekscentryczne, Adam? Willa z wieżyczką. Wolnostojąca
sauna w ogrodzie. Ale klitka z zabitymi oknami, w której nie można się
porządnie wyprostować? To po prostu marnowanie miejsca.
- Nie jesteś ani trochę ciekawa tych staroświeckich detali?
- W tym domu aż się roi od staroświeckich detali. Gdziekolwiek
spojrzysz, tam jakiś detal. W mniejszej łazience została szczotka
klozetowa, którą trzeba by datować węglem, żeby stwierdzić, ile ma lat.
Niektóre śmieci w garażu są starsze niż my wszyscy razem wzięci.
Sugerujesz, żebyśmy zatrzymali cały ten szmelc? Tak dla zasady?
Wszystkie te przypadkowe przedmioty?
- Pewnie, że nie - odpowiadam. - Po prostu niektóre rzeczy są ciekawsze
niż inne, to wszystko.
Leah celuje we mnie długą frytką nadzianą na drewniany widelec.
- Tato. To, że coś jest stare, nie oznacza jeszcze, że jest
interesujące.
- Czasami właśnie to oznacza.
Ta wymiana zdań nie jest niczym nowym. Odbyliśmy ją wiele razy, zwykle w czasie wakacji, ilekroć uparłem się na co najmniej jednodniową wycieczkę
do najbliższego zamku. Potrzebowałem urozmaicenia wielu dni spędzanych
na plaży i przy basenie. Leah zwykle podsumowywała moje wysiłki słowami:
"Tata znowu włóczy nas wokół sterty jakichś starych kamieni".
Moje dzieci nie zawsze wspominały właśnie te dni urlopu najczulej. Mimo
to miałem nadzieję, że w końcu udzieli im się choć odrobina mojego
zamiłowania do historii. Póki co była to nadzieja pozbawiona podstaw.
- Albo coś po prostu jest stare i dotąd nikt się tego nie pozbył -
oznajmia Leah, kładąc stopę w biało-czerwonym trampku marki Converse na
kartonowym pudle. Odchyla się do tyłu. - Mamo, ojciec znowu ma tę swoją
minę.
- Wiem - odpowiada Jess, podając kotu ostatni kąsek dorsza. - Nie
rozzuchwalaj go.
Unoszę ręce w obronnym geście.
- Jaką znowu minę?
- No wiesz... - Leah macza kolejną frytkę w brązowym sosie. - To
spojrzenie, które zawsze masz, kiedy coś naprawiasz albo rozbierasz na
części.
- Dlaczego się na mnie uwzięłyście? - pytam żartobliwie.
- Ale podoba ci się tam, prawda, tato?
- Gdzie?
- W tym aneksie, tajemniczym pokoju, jak zwał, tak zwał. Zawsze chciałeś
mieć swoją męską jaskinię, co nie?
- Nie wiem, czy można to nazwać męską jaskinią.
- No to czym?
- Tego też jeszcze nie wiem - odpowiadam, sięgając po ostatnią frytkę. -
Ale zamierzam się dowiedzieć.
Rozdział 6
6
Ktoś płacze.
Gwałtownie zrywam się ze snu, czując, jak moje serce boleśnie uderza o żebra. Przez moment nie mam pojęcia, gdzie jestem ani która jest
godzina. Czyżbym był w hotelu?
Ściągam kołdrę i opuszczam nogi na podłogę, przeklinając cicho, gdy
uderzają w coś w ciemności. Twardy drewniany mebel pojawił się nie tam,
gdzie powinien. Mrugam oczami, jakby to mogło rozpędzić gęsty mrok.
Unoszę ręce i przesuwam je w lewo i w prawo. Nadal czuję się zupełnie
zagubiony.
Wtedy przypominam sobie, że nie jestem już w naszej starej sypialni. To
nowy pokój. Nowy dom.
Znów ten krzyk. Wybrzmiewa w nim pojedyncze słowo, tym razem głośniej. Z każdym powtórzeniem brzmi bardziej nagląco:
- Tato! Tatoo!
Wciąż jestem zdezorientowany i nic nie widzę. Wyciągam przed siebie ręce
i obmacuję przestrzeń, obchodząc dookoła wielkie małżeńskie łóżko.
Wychodzę na półpiętro. Tu również panuje nieprzenikniona ciemność.
Mrugam przez minutę, starając się zorientować w swoim położeniu, i czekam, aż moje oczy się przystosują. Ten dom pogrążony w ciemności, w samym środku nocy to dziwny, nowy krajobraz, w którym nigdy wcześniej
nie musiałem funkcjonować.
Krzyki powracają, przechodząc w szlochanie.
Wchodzę do małego pokoiku i potykam się o pudło pełne pluszaków. Nocna
lampka w kształcie grzybka mży na błękitno. W jej blasku dostrzegam małe
pojedyncze łóżko dosunięte do przeciwległej ściany. Moja najmłodsza
córka siedzi wyprostowana wśród rozrzuconej pościeli. Blond kosmyki
sterczą w najróżniejsze strony, upodabniając jej głowę do ptasiego
gniazda.
Wyciąga rączki i przywiera do mnie niczym zdeterminowany małż. Jej
wilgotny od łez policzek opiera się o moje ramię. Córka przyciska się do
mnie, wstrząsana szlochami i dygotem, a ja wiem, co się stało, jeszcze
zanim ostra woń moczu dotrze do moich nozdrzy.
Daisy siedzi na mokrym prześcieradle. Zawsze dobrze sypiała, od co
najmniej kilku lat nie zdarzyło jej się zmoczyć łóżka. Ale ta nowa
sypialnia w nowym domu musiała ją jakoś rozstroić. Może chodzi o to, że
nie dzieli już pokoju z bratem, o poczucie samotności w nieoswojonym
jeszcze miejscu?
Teraz, gdy jestem przy niej, powtarza coś raz po raz, gwałtownie
wciągając powietrze pomiędzy szlochami. Mija chwila, zanim zrozumiem, o co jej chodzi.
- Wszystko w porządku - mówię czule. - Nikogo tu nie ma, tylko ja. To
był zły sen, to wszystko. Nic ci nie jest. Chodź, ogarniemy ten bałagan
i znajdziemy ci suchą piżamkę. - Niosę ją do łazienki. Lampkę nocną na
półpiętrze włączam palcem u nogi. - Zasłoń na chwilę oczy, Daisy.
Robi, co jej każę, chowając twarz w swojej muślinowej szmatce, a ja
włączam światło w łazience. Mrużę oczy od ostrego blasku żarówki.
Odkładam córkę ostrożnie, zwilżam kawałek flaneli i trochę ją myję.
Potem owijam jej ręcznik wokół talii, żeby wyschła, zanim przyniosę
świeżą piżamę z szafy w jej pokoju. Kiedy już tam jestem, ściągam poszwę
z kołdry, zwijam prześcieradło oraz plastikowy ochraniacz na materac,
przynoszę to wszystko z powrotem do łazienki i porzucam w kabinie
prysznicowej. Ten problem może poczekać do jutra.
Daisy stoi w miejscu, spowita jarzącym blaskiem. Wciąż cicho płacze,
ukrywając buzię w miękkim muślinie. W tym wysokim pomieszczeniu wygląda
na drobniutką niczym mały ptaszek, który wypadł z gniazda. Przyklękam,
żeby pomóc jej uporać się z czystą piżamą. Wciąga ją z trudem, a jej
drobne ramionka wciąż napinają się przy każdym szlochu.
- Już dobrze - mówię łagodnie. - Nic się nie stało. Już wszystko dobrze,
jestem tutaj.
- Nie lubię tego nowego domu... - mamrocze, wciągając koszulkę przez
głowę. - Chcę do starego.
- Chcesz spać w dużym łóżku razem ze mną i mamusią?
Kiwa głową, przejęta nagłym entuzjazmem, a jej oczy wyglądają zza
muślinowej szmatki.
Podnoszę córkę, a ona chwyta się mnie niczym małpka, oplata mnie chudymi
kończynami i kładzie głowę na moim ramieniu. Ostrożnie kroczę po słabo
oświetlonym półpiętrze.
- Chcę spać na środku - mamrocze w moją szyję.
Wracam do naszej sypialni, podnoszę kołdrę i pozwalam jej pod nią
wpełznąć. Moja senna żona bez słowa unosi ramię, a Daisy wtula się w nią
niczym kociak, z kciukiem w ustach i ze szmatką wciąż zaciśniętą w drobnej pięści.
Nie mija nawet kilka minut, a znów śpi twardo, oddychając powoli i regularnie.
Mimo późnej pory ja nie jestem w stanie zasnąć. Przeszkadzają mi dziwne
odgłosy dochodzące z nowego domu, łagodne skrzypienie starych desek,
rytm powietrza wędrującego po nieznanych pomieszczeniach.
Dręczy mnie pytanie, które zadaję sobie przez ostatnie dwa tygodnie.
Czyżbyśmy przeliczyli się w naszych rachubach? To największy kredyt
hipoteczny, jaki kiedykolwiek zaciągnąłem. Największy dług, największe
zobowiązanie. Najdonioślejszy z podjętych w życiu kroków.
Jest coś jeszcze - złe wieści, którymi nadal nie podzieliłem się z żoną.
Nie pisnąłem o nich nikomu ani słowa.
"Nie myśl o tym. W ciemności, w ciszy, w środku nocy wszystko zawsze
wydaje się dwa razy bardziej przerażające".
Słowa Daisy wciąż odbijają mi się echem pod czaszką, kłujące niczym drut
kolczasty. Słowa, które powtarzała raz po raz, kiedy wszedłem do jej
pokoiku.
- Ratuj mnie przed nim, tatusiu... - To był tylko rozdygotany szept. -
Ratuj mnie przed nim.
Ratuj mnie przed nim.