ROZDZIAŁ I
W Zielonych Szczytach na strychu
- CO ZA SZCZĘŚCIE, że już koniec z geometrią! - westchnęła z mściwą satysfakcją Anne Shirley, wrzucając do wielkiego kufra z książkami wysłużone dzieło Euklidesa.
Zatrzasnąwszy triumfalnie wieko, usiadła na nim i spojrzała szarymi jak niebo o brzasku oczami na Dianę Wright, która przyglądała się jej z drugiego końca strychu.
Strych był mrocznym, tajemniczym i rozkosznym miejscem, takim jak wszystkie strychy być powinny. Przez otwarte okno, przy którym siedziała Anne, wpadało ciepłe, aromatyczne powietrze sierpniowego popołudnia; za oknem szeleściły targane wiatrem gałęzie topoli. Dalej ciągnęły się lasy z magiczną Aleją Zakochanych oraz stary jabłoniowy sad, gdzie obficie dojrzewały już różowe owoce, a nad tym wszystkim, na tle błękitnego nieba, kłębił się wał śnieżnobiałych obłoków. Za drugim oknem przebłyskiwały w oddali zwieńczone bielą fale Zatoki Świętego Wawrzyńca, na której niczym klejnot unosiła się Abegweit. Ta łagodniejsza, śliczna indiańska nazwa[1] już dawno odeszła w zapomnienie, zastąpiona bardziej prozaiczną - Wyspa Księcia Edwarda.
Diana Wright, z którą ostatnio widzieliśmy się trzy lata wcześniej, zdążyła w tym czasie upodobnić się nieco do statecznej matrony, ale jej czarne oczy pozostały równie błyszczące, policzki równie różowe, a dołeczki równie czarujące jak za dawnych lat, kiedy to z Anne Shirley w ogrodzie Sadowej Górki przysięgały sobie wieczną przyjaźń. W ramionach trzymała uśpione stworzonko z czarnymi loczkami, które mieszkańcy Avonlea od dwóch lat znali jako małą Anne Cordelię. Dlaczego Anne - oczywiście wiedziano, natomiast wszystkich intrygowała owa Cordelia, gdyż ani w rodzinie Wrightów, ani w rodzinie Barrych jako żywo nigdy nie było nikogo o tym imieniu. Pani Harmonowa Andrews rozpowiadała, że Diana musiała je znaleźć w którymś z powieścideł, i dziwowała się, dlaczego Fred nie miał dość rozumu, by do tego nie dopuścić. Ale Diana i Anne tylko się do siebie uśmiechały. Obie dobrze wiedziały, skąd wzięło się drugie imię małej Anne Cordelii.
- Ty zawsze nienawidziłaś geometrii - przypomniała jej Diana z uśmiechem. - I chyba cieszysz się, że wreszcie kończysz z nauczaniem.
- Ach, ja przecież zawsze lubiłam uczyć! Wszystkiego oprócz geometrii. Te trzy lata w Summerside były naprawdę przyjemne. Pani Harmonowa uprzedziła mnie, kiedy już wróciłam, żebym się nie spodziewała po życiu małżeńskim czegoś lepszego niż po nauczaniu. Najwyraźniej uważa, podobnie jak Hamlet, że lepiej "znosić zło znane, niż rzucać się w nowe"[2].
Śmiech Anne, tak samo beztroski i urzekający jak niegdyś, ale bogatszy o nutę słodyczy i dojrzałości, wypełnił cały strych. Marilla, która w kuchni na dole smażyła konfitury ze śliwek, aż się rozpromieniła, ale zaraz westchnęła, przypomniawszy sobie, jak rzadko w Zielonych Szczytach będzie teraz rozbrzmiewał ten miły dźwięk. W całym życiu nic nie uszczęśliwiło jej tak, jak wiadomość o spodziewanym ślubie Anne z Gilbertem Blythe'em, a jednak się okazało, że na każdą radość musi nałożyć się leciutki cień smutku. Przez ostatnie trzy lata Anne często przyjeżdżała do domu na wakacje i weekendy, podczas gdy w najbliższej przyszłości będzie to możliwe najwyżej dwa razy w roku.
- Nie możesz martwić się gadaniem pani Harmonowej - przekonywała przyjaciółkę Diana ze spokojną pewnością czteroletniej małżonki. - Życie małżeńskie ma oczywiście swoje blaski i cienie, więc nie spodziewaj się, że wszystko zawsze będzie usłane różami. Ale zapewniam cię, że jeśli wychodzi się za właściwego człowieka, to można się czuć szczęśliwą.
Anne powstrzymała się od uśmiechu. Te pozy "doświadczonej matrony", które czasem przybierała Diana, zawsze ją trochę bawiły.
"Pewnie po czterech latach małżeństwa też będę się tak wymądrzać - myślała. - Chociaż może ustrzeże mnie przed tym moje poczucie humoru".
- Czy już ustaliliście, gdzie zamieszkacie? - spytała Diana, przytulając córeczkę typowym dla matek, niepowtarzalnym gestem.
Na ten widok serce Anne zawsze przeszywał przyjemny, acz dziwnie bolesny dreszcz, który napełniał je słodyczą, niewypowiedzianymi marzeniami i nadziejami.
- Tak. To właśnie chciałam ci powiedzieć, kiedy przez telefon prosiłam, żebyś tu dziś przyszła. Nawiasem mówiąc, w głowie mi się nie mieści, że już mamy w Avonlea telefony. To się wydaje tak absurdalnie nowoczesne jak na tę starą, poczciwą wioskę!
- Możemy za to dziękować Kołu Entuzjastów Avonlea. Gdyby nie wzięli sprawy w swoje ręce, nigdy byśmy się nie doczekali dociągnięcia linii. Wylano na nich tyle kubłów zimnej wody, że każde inne stowarzyszenie dawno by się zniechęciło, a oni jednak wytrwali. Tak bardzo przysłużyliście się Avonlea, zakładając to Koło! A jak świetnie bawiliśmy się na zebraniach! Czy da się zapomnieć o pomalowanej na niebiesko świetlicy albo o udaremnionym pomyśle Judsona Parkera, żeby obwiesić płot reklamami lekarstw?
- Wcale nie wiem, czy tak bardzo jestem wdzięczna KEA za te telefony. Owszem, są wygodniejsze niż nasz dawny system sygnalizacji za pomocą świecy. I jak mówi pani Rachel: "Avonlea musi iść z postępem, ot co!". Ale mimo wszystko nie chcę, żeby nasza wioska została skażona tymi "nowoczesnymi niewygodami", jak powiada pan Harrison, kiedy chce być dowcipny. Wolałabym, żeby wciąż wszystko było jak za starych, dobrych czasów. To głupie, sentymentalne i niemożliwe, toteż natychmiast stanę się rozsądna, praktyczna i ustępliwa. Telefon, jak przyznaje pan Harrison, to "dobry wynalazek", nawet jeśli wiesz, że prawdopodobnie pół tuzina ciekawskich słucha twojej rozmowy.
- To właśnie jest najgorsze - westchnęła Diana. - Ten trzask podnoszonych słuchawek, kiedy do kogoś dzwonisz! Podobno pani Harmonowa Andrews uparła się, żeby założono jej aparat w kuchni, tak aby mogła podsłuchiwać rozmowy, a jednocześnie mieć oko na garnki. Dzisiaj, kiedy do mnie dzwoniłaś, wyraźnie słyszałam bicie tego dziwnego zegara Pye'ów, więc z pewnością słuchała nas Josie albo Gertie.
- Ach, to dlatego zapytałaś, czy mamy w Zielonych Szczytach nowy zegar! Nie rozumiałam, o co ci chodzi, ale rzeczywiście usłyszałam potem ten charakterystyczny trzask. Na pewno ktoś u Pye'ów odwieszał ze złością słuchawkę. Ale to nieważne. Jak mówi pani Rachel: "Pye'owie zawsze byli i pozostaną Pye'ami na wieki wieków, amen". Pomówmy o czymś przyjemniejszym, na przykład o moim przyszłym domu.
- Och, Anne, i gdzie on będzie? Oby gdzieś niedaleko!
- No niestety nie, to jest ten minus. Gilbert chce osiąść w Four Winds Harbour, sześćdziesiąt mil stąd.
- Sześćdziesiąt! Równie dobrze mogłoby być sześćset - westchnęła Diana.
- Musisz koniecznie tam przyjechać. To najpiękniejsza zatoka na Wyspie. Jest tam na cyplu wioska o nazwie Glen St. Mary, gdzie od pięćdziesięciu lat praktykuje doktor David Blythe, stryjeczny dziadek Gilberta. Teraz wybiera się na emeryturę, a jego miejsce ma zająć Gilbert. Doktor Blythe chce jednak zatrzymać swój dom, więc będziemy musieli poszukać jakiegoś miejsca dla siebie. Nie wiem jeszcze, jak będzie wyglądało i gdzie je znajdziemy, ale w wyobraźni mam już ten mój wymarzony domek całkowicie urządzony: taki malutki, uroczy zameczek ze snu.
- A dokąd pojedziecie w podróż poślubną?
- Donikąd. Nie rób takiej zgorszonej miny, kochana, bo wyglądasz jak pani Harmonowa Andrews. Ona bez wątpienia raczy zauważyć, że jak kogo nie stać na "poślubną turę", to rozsądnie zrobi, jeśli będzie siedział na miejscu. A potem nie omieszka wspomnieć, że Jane na swoją wyjechała do Europy. Ja zaś chcę spędzić miodowy miesiąc w Four Winds, w moim kochanym, wymarzonym domku.
- I postanowiłaś nie mieć druhen?
- Tak, bo nie widzę nikogo, kto by się nadawał. Ty, Phil, Priscilla i Jane wyprzedziłyście mnie na ślubnym kobiercu, a Stella pracuje w Vancouver. Poza wami nie mam żadnych pokrewnych dusz, a nie chcę druhny, która nią nie jest.
- Ale welon chyba będziesz miała? - zaniepokoiła się Diana.
- O tak, inaczej nie czułabym się jak panna młoda. Pamiętam, jak powiedziałam Matthew tego dnia, kiedy przywiózł mnie do Zielonych Szczytów, że pewnie nigdy nią nie zostanę, bo kto by zechciał poślubić kogoś tak brzydkiego, chyba że jakiś zagraniczny misjonarz. Pomyślałam sobie, że zagraniczni misjonarze nie mogą sobie pozwolić na wybrzydzanie w kwestii urody, skoro chcą narażać dziewczynę na życie wśród ludożerców. A tymczasem... Szkoda, że nie widziałaś tego misjonarza, za którego wyszła Priscilla! Jest tak przystojny i nieprzenikniony jak ci wszyscy bohaterowie naszych dawnych marzeń, a poza tym ubiera się najlepiej ze wszystkich znanych mi mężczyzn i zachwyca go "eteryczna, złocista" uroda Priscilli. Ale oczywiście w Japonii nie ma kanibali.
- Twoja suknia ślubna to istne marzenie - westchnęła Diana z zachwytem. - Wyglądasz w niej jak królowa, taka wysoka i smukła... Jak ci się udaje zachować szczupłą figurę? Ja jestem już taka gruba, że niedługo w ogóle nie będę miała talii.
- Tusza i szczupłość to chyba kwestia przeznaczenia. W każdym razie nie usłyszysz od pani Harmonowej tego, co mi powiedziała, kiedy wróciłam z Summerside: "No cóż, Anne, jesteś tak samo koścista jak zawsze". "Smukła" brzmi całkiem romantycznie, ale "koścista" to zupełnie co innego.
- Pani Harmonowa opowiada o twojej wyprawie. Przyznaje, że jest tak ładna jak jej córki, chociaż Jane poślubiła milionera, a ty wychodzisz tylko za "biednego młodego lekarza bez centa przy duszy".
Anne się zaśmiała.
- Moje suknie rzeczywiście są śliczne. Lubię ładne rzeczy. Pamiętam swoją pierwszą wyjściową sukienkę w życiu, z brązowej wełenki z jedwabiem, którą Matthew podarował mi na szkolny koncert. Przedtem wszystko, co miałam, było strasznie brzydkie. W tamten wieczór wydało mi się, że wkroczyłam do nowego świata.
- Gilbert recytował wtedy Bingen nad Renem[3] i przy słowach "Jest tam też inna dziewczyna, nie siostra" patrzył prosto na ciebie[4]. A ty się wściekłaś, bo włożył sobie do kieszonki bibułkową różę, która wypadła ci z włosów. Nie wyobrażałaś sobie nawet, że kiedyś za niego wyjdziesz.
- No dobrze, to kolejny dowód na to, że naszym życiem rządzi przeznaczenie - przyznała Anne ze śmiechem, kiedy schodziły na dół.