Rozdział I
Na poddaszu Zielonego Wzgórza
- Dzięki Bogu, skończyłam z geometrią raz na zawsze, nie będę jej już
ani uczyć, ani studiować - oznajmiła Ania Shirley z niekłamaną
satysfakcją i wrzuciwszy podniszczony podręcznik do wielkiej skrzyni
pełnej książek, zatrzasnęła z triumfalnym hukiem jej pokrywę, po czym
siadła na niej, patrząc oczami szarymi jak poranne niebo na Dianę
Wright. Działo się to na poddaszu domu na Zielonym Wzgórzu.
Poddasze było cieniste, przyjemne, podobne do innych mansardowych
pomieszczeń. Przez otwarte okno, przy którym siedziała Ania, wpadało
słodko pachnące, nagrzane słońcem powietrze sierpniowego popołudnia. Na
zewnątrz szemrały na wietrze gałęzie topoli, a w lasach w oddali wiła
się zaczarowana Dróżka Zakochanych, dalej zaś różowiły się stare sady z drzewami jabłoni uginającymi się od wspaniałych, dojrzewających jabłek.
Nad tym wszystkim górował wielki łańcuch śnieżnobiałych chmur na
błękitnym, południowym niebie. Przez drugie okno widać było odległe,
turkusowe morze pokryte białą kołdrą spienionych fal i piękną Zatokę
Świętego Wawrzyńca. To na niej unosiła się jak klejnot wyspa Abegweit,
której ta delikatniejsza i ładniejsza nazwa indiańska dawno temu została
porzucona dla bardziej prozaicznej - Wyspa Księcia Edwarda.
Diana Wright, starsza o trzy lata od naszego ostatniego spotkania na
kartach poprzedniego tomu, od owego czasu wyrosła z dziewczęcej urody,
lecz oczy miała nadal czarne i błyszczące, policzki podobnie
zaróżowione, a dołeczki równie zachwycające jak w dawnych dniach, kiedy
wraz z Anią Shirley poprzysięgły sobie wieczną przyjaźń w ogrodzie
Sosnowego Wzgórza. W objęciach trzymała uśpioną maleńką osóbkę o czarnych lokach, która od dwóch radosnych lat znana była w świecie
Avonlea jako Ania Kordelia. Mieszkańcy Avonlea wiedzieli oczywiście,
dlaczego Diana nazwała dziewczynkę Anią, ale zadziwiło ich imię
Kordelia. W rodzinie Wrightów czy Barrych żadna kobieta nie miała tak na
imię. Pani Harmonowa Andrews przypuszczała, że Diana znalazła je w jakiejś niestosownej powieści i zastanawiała się, jak Fred mógł się na
to zgodzić. Diana i Ania tylko uśmiechały się do siebie; one wiedziały,
skąd wzięło się drugie imię dziewczynki.
- Zawsze nienawidziłaś geometrii - powiedziała Diana z uśmiechem. - Na
pewno jesteś zadowolona, że zrywasz wreszcie z nauczaniem.
- Jednakże pomijając geometrię, lubię przecież uczyć. Minione trzy lata
w Summerside były bardzo przyjemne. Kiedy wróciłam do domu, pani
Harmonowa Andrews orzekła, że prawdopodobnie życie małżeńskie nie
spodoba mi się bardziej niż nauczanie, mimo moich oczekiwań. Bez
wątpienia pani Harmonowa wyznaje opinię Hamleta, że lepiej znosić
nieszczęścia, które znamy, niż poszukując nowości, narażać się na dotąd
nieznane.
Śmiech Ani, równie niefrasobliwy i porywający jak dawniej, z pewną nutą
słodyczy i dojrzałości, wypełnił całe poddasze. Maryla, przygotowująca
powidła śliwkowe w kuchni piętro niżej, uśmiechnęła się. Następnie
westchnęła na myśl, jak rzadko będzie słyszeć ten kochany śmiech na
Zielonym Wzgórzu w najbliższych latach. Maryla z radością przyjęła
wiadomość o ślubie Ani z Gilbertem Blythem, ale ta nowina, jak każda
radość, przyniosła ze sobą pewną dozę smutku. W ciągu trzech lat pobytu
w Summerside Ania przyjeżdżała często - na wakacje i weekendy, po
zamążpójściu jednakże Maryla będzie mogła spodziewać się najwyżej jej
dwukrotnych wizyt w ciągu roku.
- Nie przejmuj się tym, co mówi pani Harmonowa - stwierdziła Diana ze
spokojną pewnością mężatki z czteroletnim stażem. - Małżeństwo ma
oczywiście swoje wzloty i upadki. Nie spodziewaj się, że wszystko zawsze
będzie się układać perfekcyjnie. Ale mogę cię zapewnić, Aniu, że jeśli
poślubisz właściwego mężczyznę, życie przyniesie ci wiele radości.
Ania poskromiła uśmiech. Przybierane przez Dianę miny doświadczonej
mężatki zawsze nieco ją bawiły.
Niewykluczone, że sama będę się tak zachowywać, kiedy będę żoną od
czterech lat - pomyślała. - Chociaż mam nadzieję, że poczucie humoru
przed tym mnie uchroni.
- Czy ustaliliście już, gdzie zamieszkacie? - zapytała Diana, tuląc Annę
Kordelię matczynym gestem, który zawsze wzruszał Anię do głębi serca,
przepełniał niewyrażonymi marzeniami i nadziejami i przejmował dreszczem
oraz przyjemnością wymieszaną z eterycznym bólem.
- Tak, chciałam ci o tym powiedzieć, dlatego zatelefonowałam z prośbą,
żebyś do mnie dziś wpadła. A przy okazji: nie mogę się nadziwić, że
rzeczywiście mamy telefony w Avonlea! Zdają się być zbyt nowoczesne dla
tego kochanego, spokojnego miejsca.
- Możemy podziękować za to Stowarzyszeniu. Nigdy nie zdobylibyśmy tej
linii, gdyby nie wzięło się za sprawę i nie przeprowadziło jej do końca.
Wszyscy starali się ich zniechęcić do tego pomysłu. Ale na szczęście się
uparli. To ty wykonałaś wspaniałą robotę dla Avonlea, kiedy założyłaś
Stowarzyszenie, Aniu. Jak świetnie bawiłyśmy się na jego spotkaniach!
Nigdy nie zapomnimy błękitnej świetlicy i planowanego przez Judsona
Parkera malowania reklam farmaceutycznych na płocie.
- Nie wiem, czy powinnam być rzeczywiście wdzięczna Stowarzyszeniu za
telefon - zawahała się Ania. - To prawda, że jest szalenie wygodny,
nawet bardziej niż nasz stary system komunikowania się za pomocą
świeczki. Jak mówi pani Małgorzata, "Avonlea musi nadążać za postępem.
Ot co!". Lecz w jakiś sposób cały czas męczy mnie myśl, że nie chciałam,
żeby Avonlea zostało zepsute tym, co pan Harrison - kiedy chce być
dowcipny - określa jako nowoczesne niedogodności. Chciałabym, żeby
pozostało na zawsze takie jak w starych, dobrych czasach, choć wiem, że
to niemądre i sentymentalne, a poza tym niemożliwe. Postanowiłam więc
natychmiast zmienić się w mądrą i praktyczną dziewczynę. Telefon, jak
przyznaje pan Harrison, to wspaniała rzecz. Nawet jeżeli zdasz sobie
sprawę, że prawdopodobnie słyszy cię wielu ciekawskich, do których wcale
nie dzwonisz.
- To najgorsze ze wszystkiego - westchnęła Diana. - Wściekam się, jak
słyszę odkładanie słuchawki podczas rozmowy telefonicznej. Mówią, że
pani Harmonowa Andrews nalegała, żeby aparat zamontowano jej w kuchni,
dla ułatwienia odbierania telefonów przy jednoczesnym gotowaniu obiadu.
Dzisiaj, kiedy zadzwoniłaś do mnie, wyraźnie usłyszałam bicie tego
dziwnego zegara Pye'ów. A więc bez wątpienia albo Józia, albo Gertie
przysłuchiwały się naszej rozmowie.
- A, to dlatego zapytałaś: "Czyżbyś miała nowy zegar na Zielonym
Wzgórzu?". Nie zrozumiałam o co ci chodzi, i jak tylko wypowiedziałaś te
słowa, usłyszałam złowróżbne kliknięcie. Teraz myślę, że to u Pye'ów
ktoś rzucił słuchawkę na widełki. No cóż, nie przejmujmy się Pye'ami.
Jak twierdzi pani Małgorzata, "Pye'owie zawsze istnieli i będą istnieć
po wsze czasy. Amen". Chcę porozmawiać o czymś przyjemniejszym. Już
ustaliliśmy, gdzie będzie nasz dom.
- Och, Aniu, gdzie?! Mam nadzieję, że blisko!
- Nie. Na tym polega problem. Gilbert zamierza osiedlić się w porcie
Czterech Wiatrów, ponad sześćdziesiąt kilometrów stąd.
- Sześćdziesiąt?! Równie dobrze mogłoby to być sześćset - westchnęła
Diana. - Nie jestem w stanie pojechać dalej niż do Charlottetown.
- Będziesz musiała przyjechać do Czterech Wiatrów! To najpiękniejszy
port na wyspie. Jest tam malutka wioska o nazwie Glen St Mary, gdzie
doktor Dawid Blythe praktykuje od pięćdziesięciu lat. To brat dziadka
Gilberta. Przechodzi na emeryturę, a Gilbert ma przejąć jego praktykę.
Doktor Blythe zatrzyma swój dom, więc musimy znaleźć coś dla siebie. Nie
mam jeszcze pojęcia, co to będzie ani gdzie, ale w wyobraźni mam
całkowicie umeblowany, mały, rozkoszny zamek w Hiszpanii.
- A dokąd udajecie się w podróż poślubną?
- Nigdzie. Nie miej takiej przerażonej miny, kochana Diano. Przypominasz
mi panią Harmonową Andrews. Ona bez wątpienia zrobi protekcjonalną
uwagę, że ci, których nie stać na wesele i podróż poślubną, nie powinni
zawierać małżeństwa. A potem przypomni mi, że Janka pojechała w swoją
podróż do Europy. Ja chcę spędzić miesiąc miodowy w Czterech Wiatrach, w moim wymarzonym domu.
- I zdecydowałaś też, że nie będziesz miała druhny?
- Po prostu nie ma nikogo, kogo mogłabym poprosić o pełnienie tej roli.
Ty i Iza, także Priscilla i Janka wyprzedziłyście mnie z zamążpójściem,
a Stella uczy w Vancouver. Nie mam żadnej bratniej duszy, a nigdy w życiu nie zaakceptuję jako druhny osoby, która nią nie jest.
- Ale welon będziesz miała? - zaniepokoiła się Diana.
- O, tak! Bez welonu nie czułabym się panną młodą. Pamiętam rozmowę z Mateuszem tego wieczoru, kiedy przywiózł mnie na Zielone Wzgórze.
Oświadczyłam, że nigdy nie zostanę panną młodą, ponieważ jestem tak
brzydka, że nikt nie zechce mnie poślubić, chyba że jakiś misjonarz
przebywający w odległych krajach. Wówczas żywiłam przekonanie, że
misjonarze pracujący za granicą nie mogą pozwolić sobie na grymasy co do
wyglądu dziewczyny, którą zamierzają wystawić na ryzyko życia wśród
kanibali. Powinnaś zobaczyć misjonarza, którego poślubiła Priscilla!
Równie przystojny i nieprzenikniony jak bohaterowie naszych marzeń,
których kiedyś planowałyśmy poślubić, Diano. Był najlepiej ubranym
mężczyzną wśród mych znajomych i zachwycał się "złotą, eteryczną urodą"
Priscilli. Ale trzeba przyznać, że w Japonii nie ma kanibali.
- Twoja suknia ślubna jest jak sen - zachwyciła się Diana. - Będziesz w niej wyglądała jak prawdziwa królowa. Jesteś taka wysoka i szczupła! Jak
ty to robisz, Aniu, że zachowujesz taką linię? Ja strasznie się
roztyłam, wkrótce nie będę miała w ogóle talii.
- Tusza i szczupłość to kwestie przeznaczenia - odparła Ania - w każdym
razie pociechą jest to, że pani Harmonowa Andrews nie może określić
ciebie słowami, jakimi zwróciła się do mnie, kiedy wróciłam z Summerside: "Muszę przyznać, Aniu, że nigdy dotąd nie byłaś tak
koścista". Brzmi dość romantycznie, kiedy mówisz "szczupła", "koścista"
ma jednak zupełnie inny wydźwięk.
- Pani Harmonowa mówi wiele o twojej ślubnej wyprawie. Przyznaje, że
jest równie ładna jak Janki, chociaż Janka poślubiła milionera, a ty
wychodzisz za mąż za biednego doktora bez grosza przy duszy.
Ania zaśmiała się.
- Mam bardzo przyjemne stroje. Kocham piękno. Pamiętam moją pierwszą
ładną suknię: była brązowa, dostałam ją w prezencie od Mateusza na nasz
szkolny koncert. Wszystko, co nosiłam przed tą suknią, było brzydkie, a tej nocy wydawało mi się, jakbym przeszła do nowego świata.
- To tego wieczoru Gilbert recytował Bingen on the Rhine i spojrzał na
ciebie, mówiąc: "Jest jeszcze ktoś, nie siostra". A ty byłaś wściekła,
ponieważ włożył twoją różową, jedwabną różyczkę do butonierki! W tamtych
czasach na pewno nie przyszłoby ci do głowy, że go poślubisz.
- To kolejny dowód na istnienie przeznaczenia - zaśmiała się Ania,
schodząc na dół po schodach.
Rozdział II
Wymarzony dom
Na Zielonym Wzgórzu panowało niezwykłe podniecenie. Nawet Maryla nie
umiała ukryć, że jest wytrącona z równowagi, co stanowiło rzecz
niezwykłą.
- To pierwsze wesele w tym domu - rzekła na wpół przepraszającym tonem
do pani Małgorzaty Linde. - Kiedy byłam dzieckiem, nasz stary pastor
twierdził, że budynek staje się prawdziwym domem dopiero, kiedy zostanie
uświęcony narodzinami, weselem i zgonem. - Przeżyliśmy tu zgony moich
rodziców i Mateusza, a nawet urodziny. Dawno temu, tuż po naszym
wprowadzeniu się, pracował dla nas przez jakiś czas pewien żonaty
człowiek i tu właśnie jego żona urodziła pierwsze dziecko. Ale wesela do
tej pory nie organizowaliśmy. Myśl o tym, że Ania wychodzi za mąż,
wydaje mi się niestosowna. To przecież wciąż ta malutka dziewczynka,
którą Mateusz przywiózł do domu czternaście lat temu. Nie dotarło do
mnie, że już dorosła. Nigdy nie zapomnę, co czułam, kiedy zobaczyłam
Mateusza z dziewczynką! Zastanawiam się, jaki los spotkał chłopca, który
zamieszkałby u nas, gdyby nie popełniono błędu. Ciekawe, jak ułożyło się
jego życie.
- Cóż, przyznać trzeba, że to szczęśliwy zbieg okoliczności -
powiedziała pani Linde. - Chociaż pamiętam, że w pewnym momencie nie
byłam o tym przekonana - tego wieczoru, kiedy przyszłam zobaczyć Anię, a ona zrobiła straszną scenę. Od tej pory wiele się zmieniło - Pani
Małgorzata westchnęła, ale za chwilę znowu się ożywiła; na myśl o weselu
potrafiła szybko zapomnieć o przeszłości.
- Mam zamiar ofiarować Ani dwie bawełniane kapy na łóżko - podjęła swój
tok myślenia - jedną w paski a drugą z liśćmi jabłoni. Okazuje się, że
stają się na nowo modne. Modne, niemodne, uważam, że nie znajdzie nic
ładniejszego na łóżko w pokoju gościnnym niż kapa w liście jabłoni.
Muszę dać je do wybielenia. Po śmierci Tomasza dałam je zaszyć w bawełniane worki. Pozostał jeszcze miesiąc i bez wątpienia wybielenie na
rannej rosie przyniesie cudowny efekt.
- Jedynie miesiąc! - Maryla westchnęła, a następnie powiedziała z dumą -
A ja dam Ani sześć plecionych dywaników, które przechowuję na poddaszu.
Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że je zechce. Są takie staromodne i nikt już takich nie używa. Wszyscy zastępują je wykładzinami. Ale ona
poprosiła o nie. Powiedziała, że nie ma nic odpowiedniejszego do
położenia na podłogę. Są ładne, zrobiłam je z najładniejszych szmatek,
formując paski z różnych kawałków. Dostarczały mi zajęcia przez kilka
ostatnich zim. Przygotuję też tyle powideł, że zapełnią spiżarnię na
cały rok. To takie dziwne! Te węgierki nie kwitły przez trzy lata i myślałam, że będę musiała je ściąć. Tej wiosny pokryły się kwieciem, i tak obfitych zbiorów śliwek na Zielonym Wzgórzu nie pamiętam.
- Cóż, na szczęście Ania i Gilbert mają zamiar zawrzeć wreszcie ślub.
Zawsze się o to modliłam - powiedziała pani Małgorzata tonem osoby
przekonanej, że zawdzięczają to wszystko jedynie jej modlitwom. - Z wielką ulgą przyjęłam wiadomość, że odmówiła poślubienia tego człowieka
z Kingsport. Oczywiście był bogaty, a Gilbert jest biedny, ale
najważniejsze, że to chłopiec z Wyspy.
- To Gilbert z Blythe'ów - powiedziała z zadowoleniem Maryla. Maryla
wolałaby paść nagłą śmiercią, niż wyrazić słowami myśl, która błąkała
się jej po głowie za każdym razem, gdy patrzyła na Gilberta, poczynając
od jego dzieciństwa aż do dorosłości. Myślała mianowicie, że gdyby nie
jej zbytnia duma dawno, dawno temu, Gilbert mógł być jej synem. Maryla
żywiła przekonanie, że jakimś dziwnym sposobem to małżeństwo z Anią
naprawi stary błąd. Dobro powstało ze starej, gorzkiej złości. Co do
samej Ani, była tak szczęśliwa, że napawało ją to prawie przerażeniem.
Jak mówi stary zabobon, bogowie nie lubią zbyt szczęśliwych
śmiertelników. Pewne jest także, że podobnie reagują na szczęście innych
niektórzy znajomi. Dwie takie śmiertelniczki stawiły się u Ani pewnego
wieczoru o fioletowym zmierzchu i przystąpiły do dzieła, które miało
przekłuć balonik tęczowego szczęścia Ani. Jeżeli jest ona zdania, że
poślubiając doktora Blythe'a, dostaje gwiazdkę z nieba, lub jeżeli
wyobraża sobie, że ten młody człowiek jest nadal tak w niej rozkochany
jak w latach młodzieńczych, to niewątpliwie ich obowiązkiem jest
naświetlić Ani całą sprawę z innego punktu widzenia. Dodać należy, że te
dwie szlachetne damy nie były wcale wrogami Ani. Wręcz przeciwnie,
całkiem ją lubiły i broniłyby jej jak lwice swoich młodych, gdyby
ktokolwiek próbował ją zaatakować. Okazuje się, że natura ludzka
niekoniecznie musi być logiczna.
Pani Inglis, de domo Janka Andrews, aby zacytować gazetę "Daily
Enterprise", przybyła do Ani wraz z matką i panią Jasperową Bell.
Zauważyć należy, że lata małżeńskich sprzeczek Janki nie zwarzyły jej
uprzejmości. Była nadal bardzo miłą osobą. Mimo faktu - jak określiłaby
to pani Małgorzata Linde - że poślubiła milionera, żyła w bardzo
szczęśliwym związku. Bogactwo jej nie zepsuło. Była to ta sama spokojna,
miła, zaróżowiona Janeczka z dawnego kwartetu, która wspólnie ze swoją
przyjaciółką przeżywała radość i była niezwykle zainteresowana nawet
najdrobniejszymi szczegółami wyprawy ślubnej Ani, mimo że zapewne nie
bardzo mogła równać się jej własnej, pełnej jedwabi i klejnotów. Janka
nie była specjalnie błyskotliwa, a jej uwagi rzadko zasługiwały na
uważne słuchanie, ale za to nigdy nie powiedziała słowa, które zraniłoby
uczucia innych.
- A więc mimo wszystko Gilbert nie wycofał się z obietnicy małżeńskiej -
zauważyła pani Harmonowa Andrews, podkreślając głosem zdziwienie. - Cóż,
Blythe'owie zazwyczaj dotrzymują słowa, kiedy już je dali, niezależnie
od tego, co zdarzy się później. Pomyślmy tylko, masz dwadzieścia pięć
lat, Aniu, prawda? W czasach, gdy ja miałam dwadzieścia pięć lat, wiek
ten traktowano jako początek staropanieństwa, ale ty wyglądasz całkiem
młodo. Normalne dla rudych.
- Rude włosy są teraz bardzo modne - powiedziała nieco chłodno Ania,
starając się uśmiechnąć. Rozwinęła w sobie poczucie humoru, które
pomagało jej przejść do porządku dziennego nad różnymi problemami. Do
tej pory jednakże nie udało jej się zwalczyć nieodmiennie bolesnej
reakcji na komentarze o włosach.
- Podobno, podobno - zgodziła się pani Harmonowa. - Niesamowite, to, co
dzieje się w modzie, jest niesamowite. Cóż, Aniu, masz niezłą wyprawę
ślubną, w sam raz odpowiednią dla pozycji, którą będziesz zajmować.
Prawda, Janko? Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa. Życzę ci bardzo
dobrze! Długie zaręczyny nie zawsze wychodzą na dobre. Cóż, w twoim
przypadku nie można było temu zapobiec.
- Gilbert wygląda zbyt młodo jak na lekarza. Obawiam się, że ludzie nie
będą mu okazywali zaufania - powiedziała pani Jasperowa Bell. Następnie
ścisnęła usta, jakby zaznaczając, że powiedziała coś, co uważała za
obowiązek, i teraz może odejść z czystym sumieniem. Należała ona do typu
kobiet, które zawsze mają czarne pióra w kapeluszu i tłuste strąki
włosów na szyi.
Powierzchowna radość Ani ze ślubnych przygotowań została tymczasowo
zakłócona. Ale nic nie mogło naruszyć głębi jej szczęścia. Drobne
szpilki pań Bell i Andrews popadły w zapomnienie, kiedy nieco później
nadjechał Gilbert, z którym powędrowali aż do brzózek przy strumyku.
Ania pamiętała, że były to malutkie drzewka, kiedy pojawiła się na
Zielonym Wzgórzu. Dzisiaj jednakże zastąpiły je wysokie kolumny z kości
słoniowej w czarodziejskim pałacu zmierzchu i gwiazd. W ich cieniu Ania
i Gilbert rozmawiali ściszonym tonem zakochanych o nowym domu i życiu.
- Znalazłem dla nas gniazdko, Aniu.
- Naprawdę? Gdzie? Mam nadzieję, że nie w samej wsi. Nie chciałabym tam
mieszkać.
- Nie. We wsi nie było, niestety, odpowiedniego domu. To mały biały
domek przy samym porcie, w połowie drogi pomiędzy Glen St Mary a Czterema Wiatrami. Trochę na uboczu, ale kiedy uda nam się założyć
telefon, nie będzie to miało znaczenia. Położenie jego jest piękne. Okna
wychodzą na zachód, a przed domem rozciąga się wielki, błękitny port.
Piaszczyste wydmy także nie są daleko - wieje nad nimi morska bryza,
spryskując je wodą.
- A sam dom, Gilbercie? Nasz pierwszy dom? Jak wygląda?
- Nie jest specjalnie duży, ale wystarczający. Na dole jest wspaniały
salonik z kominkiem, jadalnią, która wychodzi na port, i mały pokój,
który będzie w sam raz na mój gabinet. Ma około sześćdziesięciu lat,
jest najstarszą siedzibą w Czterech Wiatrach. Utrzymany jest w dobrym
stanie. Dokładny remont przeszedł około piętnastu lat temu; pokryto go
nowym gontem, wybielono ściany i wymieniono podłogi. A zacząć trzeba od
tego, że stawiając go, budowniczowie wykonali dobrą robotę. Słyszałem,
że z tym budynkiem wiąże się jakaś romantyczna historia, ale człowiek,
od którego go wynająłem, nie znał szczegółów. Twierdził, że kapitan Jim
może doprowadzić cię po nitce do kłębka zdarzeń.
- Co to za kapitan Jim?
- Latarnik na przylądku Czterech Wiatrów. Pokochasz to światło Czterech
Wiatrów, Aniu. Obraca się i błyska jak wspaniała gwiazda, przeszywając
mrok. Widoczne jest z okien saloniku i frontowych drzwi.
- A do kogo należy ten dom?
- Powiem tak: jest własnością kościoła prezbiteriańskiego Glen St Mary i wynajmuję go od jego zarządu. Należał do bardzo leciwej damy, niejakiej
panny Elżbiety Russell. Zmarła zeszłej wiosny, a ponieważ nie miała
krewnych, zostawiła cały majątek kościołowi z Glen St Mary. W domu nadal
znajdują się jej meble, z których większość zakupiłem za marne grosze,
ponieważ są tak staromodne, że zarząd zdawał sobie sprawę, że to jedyna
okazja, aby je sprzedać. Mieszkańcy Glen St Mary wolą pluszowe brokatowe
fotele i szafki ze zwierciadłami i ozdobami. Meble panny Russell są
całkiem niezłe i jestem pewien, że przypadną ci, Aniu, do gustu.
- Jak dotąd, bardzo dobrze - skomentowała Ania, zatwierdzając
sprawozdanie skinieniem głowy. - Jednakże, jestem przekonana, Gilbercie,
że ludzie nie mogą ograniczać swoich potrzeb do mebli. Nie powiedziałeś
nic na temat bardzo ważnej rzeczy: drzewa, Gilbercie! Czy widziałeś
drzewa?
- Całe mnóstwo, mała driado! Cały zagajnik jodeł za domem, dwa rzędy
topoli przy podjeździe i pierścień białych brzóz dookoła zachwycającego
ogrodu. Nasze drzwi frontowe wychodzą bezpośrednio do ogrodu, ale jest
jeszcze jedno przejście - malutka furtka zawieszona pomiędzy dwiema
jodłami. Zawiasy są na jednym pniu, a zamek na drugim. Gałęzie tworzą
łuk nad głowami.
- O, jakże się cieszę! Nie mogłabym żyć w domu, gdyby nie było dookoła
drzew. Moje żywotne potrzeby zostałyby skazane na niezaspokojoną
tęsknotę. Po tym wszystkim nie ma sensu już pytać, czy gdzieś w pobliżu
znajduje się strumyk, oznaczałoby to, że mam nadmierne wymagania.
- Ależ tak, jest strumyk. Przecina kawałek ogrodu.
- W takim razie - westchnęła Ania z wielką satysfakcją - znalazłeś
właśnie mój wymarzony dom.
Rozdział III
Kraina marzeń
- Czy podjęłaś decyzję, kogo zamierzasz zaprosić na wesele? - zapytała
pani Małgorzata Linde, wykańczając pieczołowicie serwetki stołowe. -
Pora na wysłanie zaproszeń, nawet jeśli mają być nieformalne.
- Nie mam zamiaru zapraszać zbyt wielu gości - stwierdziła Ania. -
Chcemy, żeby świadkami naszego ślubu byli tylko ci, których najbardziej
lubimy. Rodzina Gilberta, państwo Allanowie i Harrisonowie.
- Był czas, kiedy z trudnością można by potraktować tego sąsiada jako
jednego z twoich najlepszych przyjaciół - zaoponowała sucho Maryla.
- To prawda, podczas naszego pierwszego spotkania nie nabrałam do niego
specjalnej sympatii - Ania potwierdziła ze śmiechem. - Ale pan Harrison
w miarę kontynuowania znajomości wiele zyskał, a pani Harrison jest
naprawdę bardzo kochana. No i oczywiście pani Lawenda i Jaś.
- Czy zdecydowali przyjechać na wyspę tego lata? Miałam wrażenie, że
wybierają się do Europy?
- Zmienili decyzję, kiedy napisałam, że wychodzę za mąż. Otrzymałam
dzisiaj list od Jasia. Mówi, że musi przyjechać na moje wesele;
nieważne, co stanie się w Europie.
- To dziecko zawsze darzyło cię bałwochwalczą miłością - zauważyła pani
Małgorzata.
- To dziecko jest już dziewiętnastoletnim mężczyzną.
- Ależ czas pędzi - odpowiedziała błyskotliwie i oryginalnie pani Linde.
- Niewykluczone, że przyjedzie z nimi Karolina Czwarta. Korzystając z listu Jasia przesłała wiadomość, że przyjedzie, jeśli uzyska pozwolenie
od męża. Zastanawiam się, czy nadal nosi te wielkie błękitne kokardy i czy jej mąż mówi do niej "Karolino", czy też "Leonoro"? Bardzo bym się
ucieszyła, gdyby przyjechała na moje wesele. Dawno temu byłyśmy razem z Karoliną na innym weselu. Prawdopodobnie będą w Chatce w przyszłym
tygodniu. Poza tym jeszcze jest Iza i Józek.
- Spoufalasz się okropnie, mówiąc w ten sposób o pastorze, Aniu -
powiedziała surowo Małgorzata.
- Ale jego żona tak się do niego zwraca.
- Ona też powinna mieć więcej szacunku dla jego świątobliwej funkcji.
- Sama słyszałam, jak wielokrotnie krytykuje pani ostro pastorów -
droczyła się Ania.
- To prawda, ale robię to z należytym szacunkiem - protestowała pani
Linde. - Nigdy nie słyszałaś, żebym zdrabniała imię pastora.
Ania z trudem powstrzymywała uśmiech.
- No dobrze, a więc wracając do tematu, jest jeszcze Diana i Fred, i mały Fred, i mała Ania Kordelia, i Janka Andrews. Chciałabym też
zaprosić pannę Stacy, ciotkę Jakubinę, i Stellę. Ale Stella jest w Vancouver, Pris w Japonii, panna Stacy wyszła za mąż w Kalifornii, a ciotka Jakubina wyjechała do Indii, aby zbadać miejsce misji swojej
córki, mimo przerażenia, jakim napawają ją żmije. To naprawdę straszne,
jak ludzie są porozrzucani po całym świecie.
- Pan Bóg na pewno nigdy tego nie przewidywał, ot co - powiedziała
autorytatywnie pani Małgorzata. - Za czasów mojej młodości ludzie
zmieniali stan cywilny i osiedlali się tam, gdzie się urodzili albo w najbliższej okolicy. Na szczęście ty, Aniu, trzymasz się wyspy. Bałam
się, że Gilbert będzie nalegał, by zabrać cię ze sobą na koniec świata
po ukończeniu akademii.
- Gdyby wszyscy pozostawali w miejscach swojego urodzenia, stałyby się
one w szybkim czasie strasznie przeludnione.
- Och, nie mam zamiaru się z tobą kłócić, ja nie jestem licencjatką! O której godzinie ma się zacząć ceremonia?
- Zdecydowaliśmy, że w południe. W samo południe, jak opisują reporterzy
kolumny towarzyskiej. To da nam czas na złapanie wieczornego pociągu do
Glen St Mary.
- A ślub odbędzie się w salonie?
- Tylko jeżeli będzie padać. Chcemy zawrzeć ślub w sadzie, z błękitem
nieba nad nami i słońcem dookoła. Wiecie, kiedy i gdzie chciałabym wyjść
za mąż, gdybym miała wybór? Byłoby to o świcie czerwcowym z niezwykłym
wschodem słońca i różami kwitnącymi w ogrodach. Wykradłabym się na dół
na spotkanie z Gilbertem i razem poszlibyśmy do samego środka bukowych
lasów, i tam - pod zielonym sklepieniem kojarzącym się ze wspaniałą
katedrą - zawarlibyśmy ślub.
Maryla prychnęła pogardliwie, zaś pani Linde wyglądała na zaszokowaną.
- Ależ to by było strasznie dziwne, Aniu. A nawet nie wyglądałoby na
pełnoprawny związek. I co powiedziałaby na to pani Harmonowa Andrews?!
- W tym szkopuł - westchnęła Ania. - Tyle rzeczy na świecie nie możemy
robić tylko dlatego, że pani Harmonowa Andrews powiedziałaby: "Szkoda i żal, że to prawda". Jakież cudowne czynności moglibyśmy wykonywać, gdyby
nie pani Harmonowa Andrews!
- Bywają takie momenty, Aniu, że nie bardzo jestem pewna, czy ciebie
rozumiem - narzekała pani Linde.
- Wiesz przecież, że Ania była zawsze romantyczką - próbowała jej bronić
Maryla.
- Cóż, zapewne pożycie małżeńskie wyleczy ją z tego - odpowiedziała
pocieszająco Małgorzata.
Ania zaśmiała się i wykradła na Dróżkę Zakochanych, gdzie zastał ją
Gilbert i żadne z nich nie wydawało się odczuwać specjalnego strachu czy
też nadziei, że ich pożycie małżeńskie będzie lekarstwem na
romantyczność.
Goście z Chatki przyjechali w następnym tygodniu i Zielone Wzgórze
zapełniło się dźwiękiem licznych głosów. Pani Lawenda zmieniła się tak
mało, że trzy lata od jej ostatniego pobytu na Wyspie mogłyby być
mgnieniem oka, ale Ania westchnęła ze zdumienia, patrząc na Jasia. Czy
to możliwe, że ten wspaniały, prawie dwumetrowy mężczyzna to malutki Jaś
ze szkoły w Avonlea?
- Przy tobie czuję się staro, Jasiu - powiedziała. - Muszę na ciebie
patrzeć do góry.
- Moja droga nauczycielko, pani nigdy się nie zestarzeje - odparł Jaś. -
Jest pani jednym z uprzywilejowanych śmiertelników, którzy odnaleźli
fontannę młodości i zdołali z niej się napić. Pani i mama Lawenda. Ale,
ale! Kiedy wyjdzie pani za mąż, nie będę zwracał się do pani per pani
Blythe. Dla mnie będzie pani zawsze nauczycielką prowadzącą najlepsze
zajęcia, jakie kiedykolwiek miałem w szkołach. Chcę pani coś pokazać.
Tym czymś było kieszonkowe wydanie wierszy. Jaś przelał swoje fantazje w wersy, a wydawcy magazynu - mimo złej opinii, jaką większość z nich się
zazwyczaj cieszy - zdołali docenić jego pracę. Wydrukowali wiersze
Jasia, które Ania czytała z prawdziwą rozkoszą.
Były pełne uroku i z łatwością uznała, że chłopca czeka obiecująca
przyszłość.
- Zapewne zyskasz sławę, Jasiu. Całe życie marzyłam, żeby mieć chociaż
jednego słynnego ucznia. W moich marzeniach miałby zostać rektorem
uniwersytetu, ale wielki poeta to nawet lepsze. Pewnego dnia będę mogła
się przechwalać, że udało mi się dać klapsa wybitnemu Jasiowi Irvingowi.
Ale w gruncie rzeczy nigdy ciebie nie uderzyłam, Jasiu. Co za stracona
okazja! Myślę, że jednak udawało mi się ciebie dyscyplinować bez tego.
- Niewykluczone, że pani sama będzie sławna, nauczycielko. W ciągu
minionych lat widziałem mnóstwo pani utworów.
- Nie. Wiem, na co mnie stać. Potrafię nieźle pisać, umiem opowiadać
fantastyczne historie, które kochają dzieci i za które wydawcy
przesyłają pożądane czeki, ale nie jestem w stanie zrobić nic wielkiego.
Moją jedyną szansą na uzyskanie nieśmiertelności na naszym globie jest
kącik w twoich pamiętnikach.
Karolina Czwarta porzuciła niebieskie kokardy, natomiast jej piegi nie
utraciły wyrazistości.
- Nigdy nie przyszło mi do głowy, że skończę, poślubiając jankesa, panno
Shirley. Ale z góry nie wiadomo, co człowieka czeka, a to przecież nie
jego wina, że jest jankesem. Taki się urodził.
- Sama jesteś jankeską, Karolino, odkąd wyszłaś za Amerykanina.
- Panno Shirley, proszę pani, nie jestem! Na pewno nigdy nie zostałabym
jankeską, nawet gdybym poślubiła ich cały tuzin! Tom jest miły, a poza
tym doszłam do wniosku, że lepiej złapać tę okazję, bo inna może się nie
zdarzyć. Tom nie pije i nie zrzędzi, że musi pracować między posiłkami,
i rozważając wszystkie za i przeciw, mam wszelkie powody do zadowolenia,
panno Shirley, proszę pani.
- Czy zwraca się do ciebie per Leonora?
- A skąd! Panno Shirley, proszę pani, nie wiedziałabym, kogo ma na
myśli, gdyby tak robił. Oczywiście, kiedy braliśmy ślub musiał
powiedzieć "Biorę cię, Leonoro" i muszę pani wyznać, panno Shirley,
proszę pani, że przyjęłam to ze strasznym uczuciem. Z wrażeniem, że nie
mnie składa obietnicę i nie zostałam w sposób należyty przez niego
poślubiona. A teraz pani sama ma wyjść za mąż, panno Shirley, tak?
Zawsze myślałam, że wyjdę za lekarza, co byłoby bardzo dogodne w przypadku odry czy kokluszu dzieci. Tom jest tylko murarzem, ale
naprawdę ma bardzo dobry charakter. Kiedy powiedziałam: "Tom, mam zamiar
pojechać na wesele panny Shirley. Mam zamiar i tak pojechać, ale
chciałabym mieć twoją zgodę", on po prostu odparł: "Zrób, jak ci się
podoba, Karolino, a ja to zaakceptuję". To naprawdę bardzo miły mąż,
panno Shirley.
Izabela i pastor Józek przybyli na Zielone Wzgórze w przeddzień wesela.
Ania i Iza przywitały się entuzjastycznie, co przekształciło się
następnie w poufną pogawędkę na temat zdarzeń z przeszłości i bliskiej
przyszłości.
- Królowo Anno, jesteś jak zawsze dostojna. A ja strasznie schudłam po
urodzeniu dzieci i nie wyglądam w połowie tak korzystnie jak wcześniej.
Myślę jednak, że podobam się mojemu Józkowi. Teraz już nie ma między
nami takiego kontrastu. Wspaniale, że twoim wybrańcem jest Gilbert!
Robert Gardner nie pasowałby do ciebie zupełnie. Widzę to teraz, choć
wówczas byłam bardzo rozczarowana. Wiesz, Aniu, potraktowałaś Roberta
bardzo źle.
- Ale słyszałam, że wrócił do formy. - Uśmiechnęła się Ania.
- No tak, ożenił się z uroczą kobietą i są naprawdę bardzo szczęśliwi.
Wszystko działa na ich korzyść. Józek i Biblia tak twierdzą, a to są
prawdziwe autorytety.
- A Alec i Alonzo? Czy ożenili się?
- Alec tak, Alonzo nie. Kiedy rozmawiam z tobą, Aniu, powracają
wspomnienia tych wspaniałych dni w Domku Patty! Jak świetnie się
bawiłyśmy!
- Czy byłaś tam ostatnio?
- O tak, często tam chodzę. Panna Patty i panna Maria nadal siedzą przy
kominku i dziergają na drutach. A to mi przypomina, że przywiozłam ci,
Aniu, ślubny prezent od nich. Zgadnij, co to jest?
- Nigdy w życiu nie zgadnę. Skąd się dowiedziały, że wychodzę za mąż?
- Och, powiedziałam im! Byłam tam w zeszłym tygodniu. Wykazały wielkie
zainteresowanie. Dwa dni temu panna Patty napisała do mnie liścik,
prosząc, żebym do niej wpadła. Poprosiła mnie wówczas, żebym zabrała dla
ciebie prezent. Co najbardziej chciałabyś dostać z Domku Patty?
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że panna Patty podarowała mi swoje
porcelanowe pieski?
- Właśnie pieski! Znajdują się w mojej torbie podróżnej. I mam dla
ciebie list. Poczekaj chwilę, już go przynoszę!
"Droga Panno Shirley - pisała panna Patty. - Maria i ja z wielkim
zainteresowaniem przyjęłyśmy wiadomość o zbliżającym się pani ślubie.
Wysyłamy najlepsze życzenia. My z Marią nigdy nie wyszłyśmy za mąż, ale
nie przeszkadzają nam zamążpójścia innych. Wysyłamy pani porcelanowe
pieski. Zamierzałam zostawić je pani w testamencie, wiedząc, że jest
pani w nich rozkochana, ale wraz z Marią zamierzamy żyć jeszcze parę
lat, więc zdecydowałam się przekazać pani te pieski za pani młodości. I proszę nie zapomnieć, że Gog ma wzrok skierowany na prawo a Magog na
lewo".
- Wyobrażam sobie te urocze stare pieski siedzące przy kominku w moim
wymarzonym domu - powiedziała Ania z entuzjazmem. - Nigdy nie
spodziewałam się czegoś równie zachwycającego!
Tego wieczoru na Zielonym Wzgórzu słychać było szmery głosów osób
zajętych przygotowaniami na następny dzień, ale o zmierzchu Ania
wykradła się. Miała do odbycia małą pielgrzymkę w ostatnim dniu swojego
panieństwa. Musiała zrealizować ją samotnie. Poszła na grób Mateusza na
małym, ocienionym topolami cmentarzu Avonlea i tam przeżyła milczące
spotkanie ze starymi wspomnieniami i niezapomnianymi uczuciami.
- Mateusz byłby taki zadowolony, gdyby mógł być tutaj - westchnęła. -
Ale jestem przekonana, że wie o tym i cieszy się. Jest gdzieś tu, w najbliższej okolicy. Przeczytałam gdzieś, że nasi zmarli nigdy nie
umierają, dopóki o nich pamiętamy. Mateusz nigdy nie umrze, bo ja nie
potrafię o nim zapomnieć.
Zostawiła na grobie kwiaty, które przyniosła ze sobą, i zeszła powoli ze
wzgórza. Był to uroczy wieczór pełen rozkosznych świateł i cieni. Na
zachodzie niebo pokrywały chmurki w kształcie szkarłatnobursztynowych
rybek, z długimi pasami zielonkawego nieba pomiędzy nimi. W głębi
połyskiwała promienność słońca skąpanego w zachodzie, a z wybrzeża
dochodził szmer wody. Dokoła niej w pięknej, wiejskiej ciszy zatopione
były wzgórza, pola i lasy, które znała i kochała od tak dawna.
- Historia się powtarza - powiedział Gilbert, przyłączając się do niej,
gdy przechodziła przez furtkę Blythe'ów. - Czy pamiętasz nasz spacer po
tym wzgórzu, Aniu, prawdę mówiąc, nasz pierwszy wspólny spacer
dokądkolwiek?
- Wracałam do domu o zmierzchu z grobu Mateusza, a ty stanąłeś w tej
bramie, i strząsnęłam z siebie dumę tych wszystkich lat, i odezwałam się
do ciebie.
- A przede mną otwarło się niebo - uzupełnił Gilbert. - Od tej chwili
nie mogłem doczekać się następnego dnia. Kiedy odprowadziłem cię do domu
owej nocy i wracałem do siebie, byłem najszczęśliwszym chłopcem na
świecie. Ania wybaczyła mi!
- Myślę, że to ty miałeś najwięcej do wybaczenia. Byłam taką
niewdzięczną małą czarownicą i to nawet po uratowaniu mi życia na
stawie. Jakże na początku nienawidziłam tego zobowiązania wobec ciebie.
Nie zasługuję na szczęście, które stało się moim udziałem.
Gilbert zaśmiał się i ścisnął mocniej dziewczęcą dłoń, na której lśnił
pierścionek od niego. Pierścień zaręczynowy Ani był kółeczkiem z pereł.
Odmówiła noszenia diamentu.
- Właściwie nigdy nie podobały mi się diamenty od chwili, gdy
przekonałam się, że nie mają purpurowego koloru, o jakim marzyłam.
- Ale perły przynoszą smutek, jak mówi stare porzekadło - sprzeciwił się
Gilbert.
- Ja się tego nie boję. Łzy mogą wiązać się tak samo ze szczęściem, jak
i ze smutkiem. Moje najszczęśliwsze momenty zdarzyły się, kiedy oczy
zalane miałam łzami; kiedy Maryla powiedziała, że mogę pozostać na
Zielonym Wzgórzu; kiedy Mateusz dał mi pierwszą śliczną sukienkę; kiedy
dowiedziałam się, że wracasz do zdrowia po gorączce. Więc daj mi perły
jako pierścionek zaręczynowy, a ja chętnie, z prawdziwą radością przyjmę
smutek, jaki przyniesie życie.
Ale dziś wieczorem nasi oblubieńcy myśleli jedynie o radości, a smutki
nie przychodziły im do głowy. Jutro przecież miał odbyć się ich ślub, a wymarzony dom czekał na mglistym, purpurowym wybrzeżu portu Czterech
Wiatrów.
Rozdział IV
Pierwsza panna młoda z Zielonego Wzgórza
Gdy Ania obudziła się rankiem w dniu swego ślubu, słońce mrugało do niej
promieniami przez okno małego pokoiku nad gankiem, a wrześniowa bryza
poruszała zasłonami.
Tak się cieszę, że będziemy mieli piękną pogodę - pomyślała,
promieniejąc radością.
Przypomniała sobie pierwszy ranek, gdy obudziła się w tym maleńkim
pokoju, do którego z trudem przedostawało się słonko przez ukwiecone
gałęzie starej Królowej Śniegu. Wówczas nie było to radosne
przebudzenie, gdyż przyniosło wspomnienie gorzkiego rozczarowania
poprzedniego wieczoru. Ale od owego czasu mały pokoik zmienił się wraz z latami szczęśliwego dzieciństwa, snami i wizjami panieńskimi. Do tego
pokoiku wracała radośnie po każdym wyjeździe. Przy jego oknie klęczała
owej nocy gorzkiej rozpaczy, kiedy była przekonana, że Gilbert umrze, i przy nim siedziała w milczącej radości w wieczór zaręczynowy. Tu
wielokrotnie czuwała przepełniona radością lub smutkiem, a dzisiaj go
opuści na zawsze. Od tej pory nie będzie to już jej pokój. Po wyjeździe
Ani ma go odziedziczyć piętnastoletnia Tola. Zresztą Ania nie chciała,
żeby było inaczej. Mały pokoik będzie dobrze służył młodej dziewczynie,
a jej przeszłość dzisiaj zostanie zamknięta, gdyż otwiera się przed nią
etap życia kobiety zamężnej.
Zielone Wzgórze było tego ranka ruchliwe i radosne. Diana przyszła
wcześnie do pomocy z malutkim Fredem i Anią Kordelią, a Tadzio i Tola,
bliźnięta z Zielonego Wzgórza, zabrały je do ogrodu.
- Nie pozwólcie Ani Kordelii ubrudzić się - ostrzegła niespokojna Diana.
- Nie musisz się bać, polecając ją Toli - uspokoiła ją Maryla. - To
dziecko ma więcej rozumu i staranności niż niektóre znane mi matki.
Naprawdę, pod wieloma względami to prawdziwy cud. Nie bardzo podobna do
tego drugiego czupiradła, które wychowałam.
Maryla uśmiechnęła się do Ani znad sałatki z kurczaka. Łatwo było
domyślić się, że to właśnie czupiradło kocha mimo wszystko najbardziej.
- Te bliźnięta to naprawdę miłe dzieci - skomentowała pani Małgorzata,
kiedy upewniła się, że są daleko i nie usłyszą. - Tola jest taka kobieca
i pomocna, a Tadzio rośnie na bardzo mądrego chłopca. Nie jest to ten
psotny malec, którego kiedyś znaliśmy.
- Nigdy nie byłam tak oszołomiona jak w czasie pierwszych sześciu
miesięcy jego pobytu - przyznała Maryla. - Później przyzwyczaiłam się.
Ostatnio bardzo zainteresował się uprawą roli i chce, żebym pozwoliła mu
prowadzić farmę. Mogę, gdyż pan Barry nie zamierza już dzierżawić
naszego gospodarstwa i trzeba będzie podjąć nowe decyzje.
- Bez wątpienia, to uroczy dzień na twój ślub, Aniu - powiedziała Diana,
zakładając obszerny fartuch na sukienkę. - Trudno byłoby o ładniejszy,
nawet na zamówienie ze sklepu Eaton.
- Rzeczywiście. Przyznać trzeba, że wyspiarze wyrzucają w błoto zbyt
wiele pieniędzy w tym właśnie Eatonie - oburzyła się pani Linde.
Miała bardzo zdecydowane poglądy na temat domu towarowego podobnego do
kałamarnicy i nigdy nie traciła okazji, żeby je wyrazić.
- A co do ich katalogów, stanowią dzisiaj biblie dla dziewczyn z Avonlea, ot co! To prawda, oglądają je w niedziele zamiast studiować
Pismo Święte.
- Przyznać trzeba, że wspaniale potrafią zabawić dzieci - uzupełniła
Diana. - Fred i mała Ania potrafią godzinami patrzeć na obrazki.
- Ja wychowałam dziesięcioro dzieci bez pomocy katalogu pana Eatona -
obruszyła się surowo pani Małgorzata.
- Dajcie spokój, przestańcie się kłócić z powodu jakiegoś katalogu
Eatona. To mój najważniejszy dzień, chyba o tym wiecie? Jestem tak
szczęśliwa! Chcę, by wszyscy cieszyli się razem ze mną.
- Miejmy nadzieję, że tego szczęścia starczy ci na całe życie, dziecko -
westchnęła pani Małgorzata. Rzeczywiście miała taką nadzieję i wierzyła
w to, ale bała się, że ten, kto tak otwarcie przechwala się swoim
szczęściem, wyzywa los. Ania dla własnego dobra powinna nieco stonować
wypowiedzi.
Szczęśliwa i piękna panna młoda zeszła w to wrześniowe południe po
utkanych metodą domową dywanach rozesłanych na starych schodach.
Pierwsza panna młoda z Zielonego Wzgórza: szczupła, z błyszczącymi
oczami za mgiełką panieńskiego welonu i rękami pełnymi róż. Gilbert,
oczekując jej w holu poniżej, patrzył wzrokiem pełnym adoracji. Wreszcie
była jego, ta długo wyczekiwana Ania, zdobyta po latach starań! To do
niego właśnie zbliża się ze słodkim oddaniem panny młodej. Czy jest jej
godzien? Czy potrafi ją uszczęśliwić tak, jak miał nadzieję? A co, jeśli
ją rozczaruje? Jeżeli nie spełni jej oczekiwań? W tej chwili wyciągnęła
do niego dłoń, ich oczy spotkały się i wszelkie wątpliwości zniknęły, a ich miejsce zajęła radosna pewność. Należeli do siebie i - nieważne co
przyniesie im życie - to nigdy się nie zmieni! Ich szczęście spełni się,
a oboje patrzą z optymizmem w przyszłość.
Ślub zawarli w starym sadzie otoczeni miłymi twarzami od dawna znanych
przyjaciół. Pastor Allan udzielił im ślubu, a pastor Józek wygłosił
kazanie, które pani Małgorzata Linde określiła jako najpiękniejszą
modlitwę weselną. Ptaki nieczęsto śpiewają we wrześniu, ale jeden ukryty
w gałązkach śpiewał niezwykle pięknie, podczas gdy Gilbert i Ania
powtarzali przysięgę dozgonnej wierności. Ania usłyszała go i słuchała z zachwytem, Gilbert pomyślał, że wszystkie ptaki na świecie powinny
uczcić ten moment radosną pieśnią. I Jaś usłyszał go, a potem napisał
liryczny utwór, który spotkał się z pełnym podziwem i wydrukowany został
w pierwszym tomie jego wierszy. Karolina Czwarta też go usłyszała i natychmiast nabrała przekonania, że oznacza pełnię szczęścia dla
uwielbianej panny Shirley. Ptak śpiewał, aż ceremonia się skończyła, a wówczas jeden szalony, krótki, prosty trel uwieńczył ten niespodziewany
koncert.
Stary szarozielony dom wśród sadów nie przeżył nigdy dotąd równie
radosnego popołudnia. Wszystkie stare kawały i żarty, które pełniły
służbę na weselach od czasów edenu, powtórzono znów i wydawały się one
nowe, błyskotliwe oraz zabawne, jak gdyby nigdy przedtem ich nie
opowiadano. Panował śmiech i radość, a kiedy Ania i Gilbert wyszli, aby
udać się na pociąg do Carmody, z Jasiem jako kierowcą, bliźnięta już
stały w pogotowiu z ryżem i starymi butami, w rzucaniu którymi Karolina
Czwarta i pan Harrison odegrali niepoślednią rolę. Maryla stała przy
bramie i patrzyła na odjeżdżający długim podjazdem powóz. Ania odwróciła
się na jego końcu i pomachała na pożegnanie. Odjechała. Zielone Wzgórze
już nie było jej domem. Twarz Maryli była szara i stara, kiedy wróciła
do domu, który Ania zapełniała przez czternaście lat, nawet podczas
nieobecności, światłem i życiem.
Ale Diana i jej maluchy, goście z Chatki i Allanowie pozostali, aby
pomóc dwóm starszym paniom przeżyć osamotnienie pierwszego wieczoru.
Razem spędzili przyjemny czas przy kolacji, gawędząc przy stole o różnych zdarzeniach tego dnia. Siedzieli tam, gdy Ania i Gilbert
wysiadali z pociągu w Glen St Mary.
Rozdział V
Przyjazd do domu
Doktor David Blythe wysłał im na spotkanie powozik konny, a chłopiec,
który pełnił funkcję woźnicy, usunął się z serdecznym uśmiechem,
zostawiając im w ten piękny wieczór przyjemność samotnej jazdy do nowego
domu.
Ania nigdy nie zapomniała uroczego widoku, jaki roztoczył się przed nimi
w czasie jazdy po wzgórzu za wioską. Nie było jeszcze widać jej nowego
domu, ale przed nią jak wielkie lśniące lustro różu i srebra leżał port
Czterech Wiatrów. W oddali zobaczyła wejście do portu: pomiędzy
piaszczystą mierzeją z jednej strony i stromym, wysokim, nieco ponurym
klifem z czerwonego piaskowca z drugiej. Dalej, za mierzeją, spokojne i uroczyste morze lśniło odbitym światłem. Mała wioska rybacka
zagnieżdżona w zatoczce, gdzie piaszczyste wydmy podchodziły aż do
krawędzi portu, wyglądała jak kopuła klejnotów, z której wylewał się
zmierzch. Powietrze odświeżała lekka morska bryza, a cały widok był
baśniowo nasycony nadmorskim wieczorem. Kilka ledwo widocznych żagli
unosiło się na tle ciemniejącego brzegu portu przybranego jodłami. Z wieży maleńkiego białego kościoła odezwał się dzwon miłym, rozmarzonym
dźwiękiem, który unosił się nad wodą, mieszając się z jękiem morza.
Wielkie obrotowe światło na klifie przy kanale pobłyskiwało ciepłym,
złotym światłem na tle jasnego północnego nieba - drżąca gwiazda dobrej
nadziei. Daleko, wzdłuż horyzontu widoczna była długa wstęga
przepływającego parowca.
- Ależ pięknie - wyszeptała Ania. - Pokocham Cztery Wiatry, Gilbercie. A gdzie nasz dom?
- Jeszcze go nie widać, zakrywa go pas brzóz przebiegających od
zatoczki. Znajduje się ponad dwa kilometry od Glen St Mary, a z kolei od
niego do latarni jest jeszcze jeden kilometr. Wiesz, Aniu, nie będziemy
mieli wielu sąsiadów. Obok znajduje się tylko jeden dom i nawet nie
wiem, kto w nim mieszka. Czy nie będziesz czuła się samotnie, gdy
wyjadę?
- Na pewno nie w towarzystwie tego blasku i uroczych widoków. A kto
mieszka w tym domu, Gilbercie?
- Nie wiem. Ale nie wydaje mi się, żeby jego mieszkańcy byli bratnimi
duszami, prawda Aniu?
Dom, obok którego przejeżdżali, był wielki, pomalowany na taki żywy
zielony kolor, że przez kontrast okoliczna natura zdawała się całkiem
wyblakła. Za domem znajdował się sad, a przed nim ładnie utrzymany
trawnik, ale wszystko w jakiś sposób cechowała nadmierna surowość. Być
może wynikało to z przesadnej schludności. Cała posesja, dom, stodoły,
sad, ogród, trawnik i dróżka - wszystko było niezwykle zadbane.
- Mam wrażenie, że ktoś gustujący w takim kolorze farby nie ma szans być
bratnią duszą - przyznała Ania. - Chyba że to skutek wypadku, jak nasza
błękitna świetlica. Jestem przekonana, że nie mieszkają tu dzieci.
Posesja jest nawet schludniejsza niż Old Copp Place na Tory Road, a przyznam, że nigdy nie spodziewałam się, że uda mi się natrafić na
równie czyste gospodarstwo.
Nie spotkali nikogo na wilgotnej, czerwonej drodze, która wiła się
wzdłuż wybrzeża aż do portu, ale zanim dotarli do pasa brzóz, które
skrywały ich dom, Ania zobaczyła dziewczynę pędzącą stado śnieżnobiałych
gęsi po krawędzi aksamitnego, zielonego wzgórza po prawej stronie.
Dookoła rozrzucone były wielkie jodły. Pomiędzy ich kibiciami widać było
żółte pola zbóż przetykane złotym piaskiem wzgórza, a gdzieniegdzie
widoczne było morze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki