Wylecz się sam. Megadawki witamin - Andrew W. Saul

Kup ebooka

46.95 zł
38.97 zł (39,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podziękowania

Chciałbym podziękować wielu nauczycielom, którym zawdzięczam to, kim dzisiaj jestem i to, co i w jaki sposób opisuję. Na świetnych mentorów trafiłem już na wczesnym etapie edukacji, a moja dobra passa trwała przez cały koledż, studia i studia doktoranckie. Profesor Wilfrid Douglas Laidlaw Crow z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego nauczył mnie w 1973 roku podstaw chemii organicznej, wykorzystując do tego inspirującą kombinację inteligencji, humoru, życzliwości i cierpliwości. Dr Walter Brautigan, dr Betsy Balzano, dr Hugh Ratigan i dr John Mosher nauczyli mnie, jak nauczać. Frances Newburg, Donald Lee i Martha Palmer - trójce najlepszych nauczycieli na świecie - zawdzięczam wskazanie mi kursu, który obrałem, by zostać autorem, mówcą i redaktorem. Chciałbym podziękować też Richardowi Hicksowi - człowiekowi, który mimo wszystkich przeszkód natury czysto lotniczej nauczył mnie pilotażu. Jego słowa brzmiały w mojej głowie, kiedy musiałem posadzić samolot z pękniętą oponą i dzięki jego naukom udało się! Szczególne uznanie należy się mojemu wydawcy - Normanowi Goldfindowi, który wykazał się wyjątkową determinacją i zachęcił mnie do drukowania i dystrybuowania moich tekstów, które ukazały się w ponad dwudziestu książkach.

Dziesiątki lat minęło od czasu, kiedy moi rodzice przekazali mi - wtedy jeszcze małemu dziecku - tak dużo życiowej wiedzy. Moja wspaniała mama, kiedy tylko dowiedziała się, że jest ze mną w ciąży, z radości przebiegła ponadkilometrową drogę dzielącą gabinet od domu. Jako doświadczona nauczycielka podsuwała mi wciąż nowe komiksy i sprawiła, że już w wieku czterech lat zacząłem czytać. Mój ojciec nauczył mnie setek różnych rzeczy, pozwalając mi obserwować siebie przy pracy. Kiedy miałem dwanaście lat, kupił mi mój pierwszy mikroskop, ale ulubionym prezentem, jaki mi podarował, pozostaje do dziś kompletny zestaw oryginalnego sprzętu wojskowego z demobilu.

Chciałbym podziękować Stevenowi Carterowi i doktorowi Jonathanowi Prousky'emu za pozwolenie na wykorzystanie materiałów opublikowanych po raz pierwszy w magazynie "Journal of Orthomolecular Medicine". Dziękuję także Richardowi Bennettowi, Jackowi Challemowi, księdzu Jamesowi R. Hughesowi, doktorowi Robertowi G. Smithowi, doktorowi Thomasowi E. Levy'emu, doktorowi Steve'owi Hickey'owi, doktor Hilary Roberts, doktorowi Williamowi B. Grantowi, doktorowi Erikowi Patersonowi, doktorowi Damienowi Downingowi, doktorowi Atsuo Yanagisawie, doktorowi Gertowi E. Schuitemakerowi, doktorowi Jaganowi N. Vamanowi i wszystkim innym koleżankom i kolegom, którzy zachęcili mnie do napisania tej książki i wzbogacili ją o swoją wiedzę. Dziękuję redakcji i autorom "Orthomolecular Medicine News Service", których artykuły zostały włączone w skład mojej książki. Robert K. McClain, Robert Sarver, Bob C. Kennedy, doktor Ahmed Nuriye i Mike Stewart sprawili, że byłem na bieżąco i nauczyli mnie, jak sprawnie posługiwać się komputerem. Wyrazy niezmiernej wdzięczności należą się doktorowi Hugh Riordanowi i doktorowi Abramowi Hofferowi - moim kolegom i mentorom. Dziękuję też mojej lepszej połówce Colleen, która jest jednocześnie moją największą fanką.

Alergie

"Nie wiem, czy świat jest pełen mądrych ludzi udających idiotów,

czy po prostu zaludnia go tylu kretynów."

stwierdzenie przypisywane MORRIEMU BRICKMANOWI

Alergie pokarmowe to problem jednego na trzynaście amerykańskich dzieci, co oznacza, że w samych Stanach Zjednoczonych zmaga się z nim prawie sześć milionów najmłodszych (Gupta et al. 2011; Tanner 2011).

Wiele alergii znika z upływem czasu, jednak zanim to nastąpi, najlepiej stosować najtańszy, najbezpieczniejszy i najbardziej skuteczny środek antyhistaminowy o działaniu detoksykującym, czyli... witaminę C! Zdaję sobie sprawę, że pewnie mi nie wierzysz. Jak bowiem tak prosta witamina może zastąpić złożone lekarstwa? Cóż, nawet jeśli wydaje się to dziwne - taka jest prawda. Możesz więc spokojnie założyć objazdową klinikę alergiczną, wiedząc tylko to, a następnie jeździć po kraju i mówić swoim pacjentom: "Proszę brać witaminę C. To będzie... 40 dolarów za konsultację. Czy podać do tego frytki?".

Pamiętaj, że mądrość opiera się na prostocie i bezpieczeństwie. Hipokrates, którego nazywa się ojcem medycyny, powiedział kiedyś: "ze wszystkich dostępnych środków, lekarz powinien wybierać ten najmniej zjawiskowy". To genialna i praktyczna rada dla współczesnych specjalistów - kuracja witaminą C jest bezpieczna, prosta i efektywna.

Czy mimo tego, co przeczytałeś, tego typu podejście wydaje ci się naiwne? Jeśli tak - masz do tego prawo, jako że od początku uczy się nas, że w świecie medycyny coś, co bezpieczne i proste, nie może być skuteczne. Posłuchaj jednak historii mojego przyjaciela Tima, która być może zmieni twoje nastawienie.

Pewnego dnia Tim przyszedł do mnie ze swoją rodziną, by porozmawiać o szkarlatynie. Podczas spotkania dokładnie omówiliśmy rolę witaminy C jako środka przeciwgorączkowego i jej wysoką skuteczność jako antybiotyku. Bliscy Tima przystali na zaproponowany przeze mnie plan kuracji, mgliście wspominając też o jego kłopotach z alergią. Napomknąłem wówczas, że w przypadku alergii witamina C także świetnie sobie radzi.

Po kilku tygodniach Tim zadzwonił do mnie, by podzielić się dobrą nowiną. "To był naprawdę dobry pomysł!" powiedział. "Podaliśmy wszystkim dzieciom dużo witaminy C i tylko u Jeffrey'a pojawiły się objawy szkarlatyny, które zniknęły zresztą o wiele szybciej niż przewidywał to nasz lekarz".

"To świetnie, bardzo się cieszę" powiedziałem, ale Tim dodał szybko:

"To nie wszystko. W zeszłym tygodnie ukąsiła mnie pszczoła".

"I... co?".

"I to, że jestem uczulony na ich jad".

Ups! Nigdy wcześniej o tym nie mówił.

"Miałem przy sobie leki, inhalator i witaminę C. W pierwszej godzinie po ukąszeniu wziąłem 25 000 miligramów, a łącznie - w ciągu dnia - 100 000. I wiesz co? Zero objawów, nawet lekkiego swędzenia! Z trudem udało mi się odnaleźć miejsce, w które mnie ugryzła".

"Ale oprócz witaminy wziąłeś też swoje leki, tak?" spytałem.

"Nie!" odparł Tim. "I to właśnie jest najbardziej niesamowite! Normalnie musiałbym je wziąć, bo inaczej mógłbym nawet umrzeć. Tym razem wziąłem jednak tylko witaminę C i okazuje się, że to, co mówiłeś o jej antyhistaminowym i antytoksycznym działaniu, to szczera prawda!".

W pierwszej chwili zdenerwowałem się, że mój przyjaciel zdecydował się na tak duże ryzyko, ale z drugiej strony byłem pod wrażeniem tego, co mówił.

Nazwa "alergia" - podobnie jak nazwy innych chorób - nie mówi nam nic na temat kuracji i bardzo niewiele na temat przyczyny. To właśnie dlatego doktor Robert F. Cathcart nie patrzy na dolegliwości przez pryzmat ich nazwy lub opisu, ale przez pryzmat dawki witaminy C wystarczającej, by je wyleczyć. Cathcart ma duże doświadczenie w pracy lekarza, jest autorem wielu artykułów i... po prostu ma rację.

WIADOMOŚĆ OD CZYTELNIKA:

"Jestem 26-letnim chłopakiem o sceptycznym podejściu do życia. Trafiłem na twoją stronę, ponieważ znalazłem się w stanie letargu, z którego nie mogłem wyjść. Skorzystałem z przewodnika dla osób cierpiących na chroniczne zmęczenie i... w ciągu kilku tygodni moje permanentne zobojętnienie stało się tylko nieprzyjemnym wspomnieniem! Oprócz ciągłego ziewania i braku sił miałem też problem z hemoroidami i krwią, która pojawiała się w moim kale. Dzięki witaminom te kłopoty również minęły! Przede wszystkim chciałem jednak opowiedzieć o alergii na skorupiaki, która męczyła mnie od wczesnego dzieciństwa. Kiedy ostatni raz spróbowałem homara, na mojej twarzy pojawił się ogromny obrzęk, który stał się powodem niemałej traumy. Kiedy więc przeczytałem twój tekst o alergiach, postanowiłem zwiększyć dawkę witaminy C, a następnie namówiłem moją partnerkę, by w ramach eksperymentu dała mi spróbować krewetkę.

Moja dziewczyna była przerażona, ale ostatecznie nic się nie stało! Moje serce waliło jak młot, moje dłonie pociły się w ogromnym tempie, a wszystko to przez strach przed nawrotem uczulenia. Mimo nerwów sięgnąłem jednak po kraba i... nic! Moja alergia zniknęła, a ja mogę cieszyć się smakiem skorupiaków, za którym tęskniłem przez wiele lat.

Moja partnerka nadal nie może w to uwierzyć i kiedy jemy owoce morza - na wszelki wypadek ma przy sobie Benadryl (* popularny w USA lek antyhistaminowy). Ja jestem jednak przekonany, że alergia nie wróci, ponieważ odkąd zacząłem przyjmować witaminy, nie doświadczyłem nawet najmniejszych objawów. Odkąd zdałem sobie sprawę, jak silne może być ich działanie, przyjmuję je każdego dnia, pomimo tego, że w pracy pytają mnie, czy nie przesadzam. Dla mnie nie ma to jednak większego znaczenia, bo wiem, że to właśnie witaminy pomogły mi wrócić do zdrowia. To wielki wstyd, że środowisko lekarskie nie zwraca na nie uwagi, a cała ta sytuacja pokazuje, jak daleko sięgają dziś wpływy branży farmaceutycznej".

Pewnego razu dwudziestoletnia dziewczyna opowiedziała mi o swojej alergii na konie i siano. W związku z tym, że sama uwielbiała jeździć konno, a jej rodzice trzymali w stajni kilka koni, był to dla niej ogromny problem. Moja rozmówczyni nie była wprawdzie skłonna do zmiany diety, ale przystała na kurację wysokimi dawkami witaminy C. Wkrótce okazało się, że to wystarczyło:

"Gdy tylko brałam 20 000 miligramów witaminy C dziennie, moja alergia znikała. Uczulenie powracało wyłącznie wtedy, gdy sięgałam po piwo, dlatego starałam się go unikać, a jeśli już je piłam, ordynowałam sobie dodatkową dawkę w wysokości 10 000 miligramów. Od tej pory ani siano, ani konie nie wywołują u mnie żadnych niepożądanych objawów".

Inna z moich klientek była uczulona dosłownie na wszystko. Kiedy zrobiła testy, okazało się, że ma alergie na siedemdziesiąt dwa różne alergeny. Ani ja, ani jej alergolog nie słyszeliśmy nigdy o podobnym przypadku. Zdezorientowany lekarz zaproponował jej "megadawkę" witaminy C w wysokości 1000 miligramów na dzień. Niestety - kobieta nie odczuwała żadnej poprawy. Kiedy trafiła do mnie, poleciłem jej dozę, która nie wywoływałaby u niej luźnego stolca, ale jednocześnie plasowała się tuż pod granicą tolerancji jelit. Wkrótce okazało się, że taka dawka to aż 40 000 miligramów dziennie. Kobieta zaczęła przyjmować więc ogromne ilości witaminy C i już wkrótce jej siedemdziesiąt dwie alergie po prostu zniknęły.

Co więcej - podobne przypadki obserwowałem u wielu dzieci i nastolatków, przyjaciół i sąsiadów w każdym wieku i na każdym etapie życia. Jeśli więc potrzebujesz uniwersalnej rady dotyczącej witaminy C, oto ona - bierz tyle, by pozbyć się objawów choroby, jednak trzymaj się o kilka tysięcy miligramów poniżej granicy, po przekroczeniu której dręczy cię biegunka. Granica tolerancji jelit to jedyna granica, jako że bezpieczeństwo witaminowej terapii jest niepodważalne. Doktor Frederick Robert Klenner słusznie zauważa, że "witamina C to najbezpieczniejszy środek, jaki może przepisać nam lekarz".

Ponadto - jeśli opisane przeze mnie osoby pozbyły się dzięki niej swoich alergii - także ty i twoje dzieci powinniście przekonać się o jej skutecznym działaniu. Wśród najmłodszych pacjentów najbardziej popularne alergeny to orzechy, mleko i skorupiaki. Reakcje uczuleniowe, jakie mogą pojawiać się po ich spożyciu, są naprawdę niebezpieczne, dlatego pragnę podkreślić, że w żadnym razie nie namawiam cię do igrania ze zdrowiem twojej pociechy. To, co proponuję, to wzbogacenie kuracji zapisanymi przez specjalistę lekami określoną przez doktora Klennera ilością witaminy C. Zalecaną dawkę łatwo jest policzyć, wystarczy bowiem pomnożyć wiek dziecka przez 1000. Jeśli więc wasza córeczka ma trzy lata dawka dla niej to 3000 miligramów dziennie, a jeśli wasz synek liczy sobie osiem lat - doza dla niego to 8000 miligramów. Od tej reguły istnieją oczywiście wyjątki. Niektóre dzieci potrzebują mniejszej ilości witaminy C, lecz w przypadku większości określona w ten sposób porcja może okazać się niewystarczająca. Kiedy uda ci się już określić dawkę idealną, podziel ją na kilka mniejszych, aby zapewnić jak najlepsze wchłanianie. Więcej informacji na ten temat znajdziesz w rozdziale Terapia megadawkami witaminy C. Pamiętaj, że we współpracy z lekarzem możesz doprowadzić do sytuacji, w której - regularnie podając witaminy - możesz uwolnić swoje dziecko od konwencjonalnych leków.

Na razie posłuchaj jednak kolejnej historii o dziecięcych alergiach. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku alergolog Benjamin Feingold zauważył, że niektóre dzieci wyjątkowo silnie reagują na sztuczne barwniki i inne dodatki, jakie znaleźć można w wielu produktach spożywczych. Feingold pracował głównie z dziećmi cierpiącymi na nadpobudliwość, które jednak przestawały być nadpobudliwe, kiedy ich rodzice eliminowali z ich diety przetworzoną, niezdrową żywność. Opisany przełom stał się podstawą klasycznej dziś książki Why Your Child Is Hyperactive (Dlaczego twoje dziecko jest nadpobudliwe).

Feingold był świetnie wykształconym specjalistą, a opracowana przez niego dieta okazała się tak skuteczna, że wkrótce w całym kraju zaczęły pojawiać się kolejne filie Stowarzyszenia Feingolda zakładane z oddolnej inicjatywy rodziców. Ich głównym celem było wykreślanie z jadłospisu najmłodszych śmieciowego jedzenia, co - rzecz jasna - bardzo nie spodobało się przedstawicielom przemysłu spożywczego.

Wielkie koncerny zaczęły więc sponsorować badania, które zgodnie wykazywały, że cukier i wszelkie dodatki stosowane w produkcji żywności nie mają jakiegokolwiek negatywnego wpływu na zachowanie dzieci. No jasne! Czy byliście ostatnio na przyjęciu urodzinowym kilkulatka? Czy zdarzyło wam się uczyć w szkole w tygodniu po Halloween? Czy kiedykolwiek usypialiście malucha, który właśnie zjadł całą paczkę cukierków? I co najważniejsze - czy kiedykolwiek natknęliście się na książkę Feingolda? Ten człowiek naprawdę wie, co mówi i może pochwalić się świetnymi wynikami. Pamiętajmy więc, że dopóki będziemy karmić nasze dzieci chemicznie barwionym jedzeniem i pozwalać im pić kolorowe napoje, ich zdrowie z pewnością się nie poprawi. Równie dobrze moglibyśmy położyć im na stole łyżkę i otwartą puszkę olejnej farby.

DODATKI DO ŻYWNOŚCI? PROBLEM, KTÓRY POWRACA

Kongres Stanów Zjednoczonych już w 1906 roku uchwalił ustawę o czystości żywności i leków (U.S. Pure Food and Drugs Act). Pierwszym szefem amerykańskiego Biura do Spraw Chemii - instytucji przekształconej następnie w Agencję Żywności i Leków (FDA) - był natomiast lekarz - doktor Harvey W. Wiley. Wiley przeprowadził obszerne i bardzo szczegółowe badania nad dodatkami do żywności, by stwierdzić, czy faktycznie są one szkodliwe dla zdrowia. W swojej - trudnej dziś do dostania - książce A History of a Crime Against the Food Law (Historia zbrodni przeciwko ustawie żywnościowej) z 1929 roku napisał on: "Jeżeli ktokolwiek miał jakiekolwiek wątpliwości na temat szkodliwości danego dodatku, w żadnym razie nie mógł on trafić do produkowanej żywności". Niestety, od tamtego czasu wiele się zmieniło.

Współczesna nauka dotycząca jedzenia dysponuje świetnymi narzędziami, ale jest też silnie manipulowana. Zabierając się do czytania etykiety przetworzonego produktu, musimy przygotować się jednocześnie na nudę i zaskoczenie. Nudę, ponieważ lista składników jest zazwyczaj niemiłosiernie długa, i zaskoczenie - ponieważ nazwy większości z nich są nie tylko niemożliwe do wymówienia, ale też nie mówią nam nic o ich pochodzeniu.

Idea oczyszczania żywności ze sztucznych dodatków nie jest nowa. W latach pięćdziesiątych Kongres przyjął opartą na dziele doktora Wiley'a tak zwaną Poprawkę Delaney'a, w której mówi się między innymi o tym, że nie ma czegoś takiego jak bezpieczna dawka szkodliwej substancji. Niestety, lobbyści - wydający zarówno własne, jak i państwowe pieniądze - zadbali o to, by te gwarantujące bezpieczeństwo zapisy nigdy nie weszły w życie, a już wkrótce dobrą ustawę zastąpiły nowe, liberalne, nastawione na interesy producentów żywności regulacje.

Tymczasem z punktu widzenia społeczeństwa legalizowanie jakichkolwiek środków, które mogą wywoływać choroby, nie ma najmniejszego sensu. Jeśli nadal nie jesteś o tym przekonany, zastanów się, ile kropli szczurzej uryny pozwoliłbyś sobie dolać do lemoniady. Dwanaście? Pięć? Dwie? Choćby pół kropli? Kilka kropli nikogo przecież nie zabije! Mówisz, że z sanitarnego punktu widzenia byłoby to niedopuszczalne? OK, w takim razie przed użyciem mocz byłby gotowany. Na ile przegotowanych kropli jesteś w stanie przystać?

Niestety, ta niesmaczna analogia nie jest tak niedorzeczna, jak mogłoby się wydawać. Każdego dnia ludzie jedzą farbę (sztuczne barwniki) i całe mnóstwo mikrodawek trucizny pod postacią wszechobecnych konserwantów. Substancje, które znajdują się w naszym pożywieniu, mogą - w większych dawkach - wywoływać choroby, a nawet prowadzić do śmierci. I nawet jeśli do naszego pokarmu trafia ich stosunkowo niewiele, nie powinniśmy się na to godzić, ponieważ świeża żywność, której nam potrzeba, nie musi być niczym wspomagana. Mówiąc "tak" konserwantom, mówimy "tak" nieświeżym produktom, a żeby zdać sobie sprawę ze skali tego problemu, wystarczy rozejrzeć się po supermarketowych półkach.

Jedynym zarzutem, jaki można postawić terapii Feingolda, jest to, że nie działa ona na wszystkie dzieci. Poprawę odczuwa około połowa z nich i choć na podobnym poziomie kształtuje się teoretycznie skuteczność placebo, warto spróbować, ponieważ jest ona zupełnie bezpieczna i nieszkodliwa. Skuteczność chemioterapii określa się na poziomie poniżej 30%, a mimo tego, że wywołuje ona silne skutki uboczne, lekarze decydują się na jej stosowanie. Tymczasem cóż może być złego w wykreśleniu z menu naszych dzieci sztucznych barwników? W jaki sposób zaszkodzić im może brak chemicznych dodatków?

To, co naprawdę mnie złości, to fakt, że alergolodzy mówią dziś głównie o alergiach na pleśnie, pyłki, sierść czy pokarmy, które są z nami od milionów lat. Kiedy idziesz z dzieckiem do lekarza, bardzo często słyszysz, że jest ono uczulone, jednak bardzo rzadko, że ma ono alergię na chemiczne barwniki. Pacjenci i rodzice mogą więc odnieść wrażenie, że tylko naturalne substancje mogą być silnymi alergenami, a żywność nafaszerowana połową tablicy Mendelejewa w żadnym razie nie może być przyczyną nadpobudliwości.

Pamiętajcie też, że faszerowanie waszego nadpobudliwego dziecka cukrem jest - zdaniem niektórych - jak najbardziej w porządku! Czy takie tezy nie wydają się szalone już na pierwszy rzut oka?

Zastanów się, jak wyglądałby świat, w którym każdy cieszyłby się dobrym zdrowiem. W którym wszyscy odżywialiby się w odpowiedzialny sposób i regularnie przyjmowali witaminy. Co by było, gdyby szpitale i apteki, które czerpią zyski z naszych chorób, przestały być potrzebne? W Stanach Zjednoczonych chorzy obywatele to po prostu duże pieniądze, a na zapobieganiu dolegliwościom zarabia się o wiele mniej niż na ich leczeniu.

Obowiązujące w USA zalecane dzienne dawki (RDA), zwane też wartościami referencyjnymi, to nic innego jak rodzaj żywieniowego komunizmu. Ich istnienie opiera się bowiem na przekonaniu, że to rząd ustala obowiązującą wszystkich normę i na tym kończy się jakakolwiek dyskusja. W komunistycznym kraju rząd może powiedzieć ci, że twoje zarobki powinny wystarczać ci wyłącznie na podstawowe wydatki i kształtować się na poziomie niewiele wyższym od ustawowej granicy ubóstwa. Jednak czy zarabiając tak śmieszne pieniądze, naprawdę byłbyś w stanie zaspokoić wszystkie swoje potrzeby? Czy byłabyś szczęśliwa? Czy byłoby ci lepiej? A może chciałbyś jednak mieć szansę zarabiać nieco więcej? Czy nasze rządy naprawdę mają prawo i wiedzę, która pozwalałby decydować o zarobkach i żywieniu każdego z nas?

W przypadku RDA - ujednolicony "rozmiar" to rozmiar, który nie pasuje nikomu. Jeśli nawet założymy na chwilę, że ortodoksyjni dietetycy mają rację i przy pomocy witamin można wyleczyć tylko choroby wynikające z ich niedoboru, każdy objaw, który znika po ich przyjęciu, powinien być wskazówką istnienia takiego deficytu. Jeśli więc - jak twierdzą naukowcy - cynk przyspiesza proces zdrowienia w przypadku zwykłego przeziębienia, przeziębieni to ludzie z niedoborem cynku. Jeśli witamina C odpowiada za skrócenie czasu i intensywności przeziębienia (co również potwierdza szereg naukowych badań) - ludzie, którzy chorują, cierpią na jej braki. Zalecane dzienne dawki i żałosna ilość spożywanych przez Amerykanów witamin są więc - jak widać - zupełnie niewystarczające, a ogromne deficyty witamin i minerałów to bez wątpienia powód wielu alergii.

ADHD i trudności w uczeniu się

"Żadna choroba, którą da się wyleczyć przy pomocy diety,

nie powinna być leczona w jakikolwiek inny sposób."

MAJMONIDES - żyjący w XII wieku lekarz i filozof

Suplementy diety wykorzystuje się - z pewnymi sukcesami - w przezwyciężaniu u dzieci trudności w uczeniu się. Odpowiednio zaprojektowane badanie kliniczne wykazało, że megadawki witamin to bezpieczny i wyjątkowo skuteczny środek, który można stosować nawet u osób z zespołem Downa.

Już w 1981 roku doktor Ruth F. Harrell i jej współpracownicy opublikowali w tej sprawie na łamach "Proceedings of the National Academy of Sciences" swoje ważne odkrycia, jednak pomimo podchwycenia tematu przez "Medical Tribune", twój lekarz prawdopodobnie nadal o nich nie słyszał. Ja sam dowiedziałem się o nich w roku 1993, kiedy pokazał mi je jeden z moich studentów.

Oczywiście - metoda opisana na początku lat osiemdziesiątych ani trochę nie straciła na swojej skuteczności.

Badania Harrell okazały się sukcesem dlatego, że jej zespół ordynował badanym dzieciom znacznie większe dozy witamin niż inni badacze. W przypadku niacyny, podawanej pod postacią niacynamidu - dawka wyniosła 37 razy więcej niż RDA (* zalecana dzienna doza, w Polsce oznaczana czasem jako ZDS - zalecane dzienne spożycie), w przypadku witaminy E 40 razy więcej niż RDA, a w przypadku tiaminy aż 150 razy więcej niż RDA. To właśnie takie ilości witamin gwarantują bowiem zarówno skuteczne działanie, jak i bezpieczeństwo, a w dziedzinie terapii opartej na składnikach odżywczych bezpieczeństwo i skuteczność to reguła, a nie wyjątek. Szczerze zachęcam do zapoznania się z treścią całego artykułu: Harrell RF, Capp RH, Davis DR, Peerless J, and Ravitz LR. Can nutritional supplements help mentally retarded children? An exploratory study. (Czy suplementy diety mogą pomóc dzieciom opóźnionym w rozwoju umysłowym? Badanie rozpoznawcze). Proc Natl Acad Sci USA 78 (1981): 574-8.

Warto dodać, że badania doktor Harrell - opisywane przez nią przez ponad trzydzieści lat - nie były jednak kamieniem węgielnym nowej terapii. Historia tego rodzaju kuracji jest znacznie dłuższa i sięga wczesnych lat pięćdziesiątych, kiedy to zajmujący się psychiatrią Abram Hoffer jako pierwszy zaczął prowadzić w tej sprawie wnikliwe badania. Niestety, po upływie ponad półwiecza, ich wyniki nadal są ignorowane przez większość lekarzy, tymczasem doktor Hoffer wyleczył przy pomocy witamin mnóstwo cierpiących na ADHD dzieci!

Osobiście znam dziesięciolatka, który miał spore problemy z nauką i zachowaniem i - co ciekawe - był już leczony zapisaną mu przez lekarza niacyną przyjmowaną w dawkach po 150 mg dziennie. Doza spora - biorąc pod uwagę fakt, że RDA dla dzieci to niecałe 20 mg na dzień - jednak niewystarczająca, by wyleczyć chłopca i uchronić go przed kuracją Ritalinem. (* metylofenidat - inhibitor zwrotnego wychwytu dopaminy i noradrenaliny używany w leczeniu ADHD). Doktor Hoffer zasugerował podawanie młodemu pacjentowi 500 mg niacynamidu trzy razy dziennie, co łącznie składało się na dzienną porcję w wysokości 1500 mg. To dużo, ale weźmy pod uwagę, że niacynamid to nic innego jak bezpieczna, wodnorozpuszczalna forma witaminy B3. Mama chłopca zdecydowała się spróbować i wkrótce okazało się, że kuracja działa! Zachęcona sukcesem zwiększyła dawkę do 3000 mg dziennie i okazało się, że wyniki są jeszcze bardziej imponujące. Jej syn zaczął się wysypiać, a koszmary przestały go męczyć. Co więcej - załamania nerwowe zdarzały się coraz rzadziej, a chłopiec stał się mniej kłótliwy, mniej pobudzony i mniej agresywny. Cieplej i z większą miłością odnosił się do rodziców i łatwiej akceptował odstępstwa od swojej codziennej rutyny. Krótko mówiąc - dzięki witaminom powrócił on do stanu, w jakim znajduje się normalne, szczęśliwe dziecko. Stanu, którego nie można kupić niczym butelki Ritalinu.

Ludzie często mówią: "Skoro ta terapia jest tak skuteczna, jak to możliwe, że mój lekarz nie ma o niej pojęcia? Jakim cudem nie mówi się o niej w mediach?". Powodem takiej sytuacji nie jest nauka, a polityka. W swoim artykule dr Hoffer w następujący sposób opisuje problem nadpobudliwości psychoruchowej: "System DSM [standard stosowany przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne] ma niewielkie lub wręcz żadne znaczenie dla diagnozy. Co więcej - nie jest on również przydatny przy doborze terapii, ponieważ niezależnie od czynników branych pod uwagę przy klasyfikacji chorych dzieci, każdemu z nich i tak zaleca się kurację lekami", połączoną czasami z innymi, niezwiązanymi z wykorzystaniem witamin formami leczenia. "Jeśli więc obowiązujący schemat postępowania miałby trafić dziś do kosza, nie zmieniłoby to niczego w sposobie, w jaki postępujemy z chorymi na ADHD pacjentami, ani w wynikach wybieranej przez nas terapii. Innymi słowy - dzieci nie odczułyby w związku z tym ani poprawy, ani pogorszenia". Przyznacie, że tego rodzaju stwierdzenia nie dają nam wielu powodów, by pałać uczuciem do środowiska medycznego.

"Wolność słowa jest zagwarantowana wyłącznie właścicielom gazet."

ABBOTT JOSEPH LIEBLING

Kiedy czasopisma psychiatryczne odmówiły Abramowi Hofferowi opublikowania wyników jego badań wykazujących, iż niacyna może leczyć wiele chorób psychicznych, naukowiec postanowił założyć swój własny magazyn i nadać mu nazwę "Journal of Orthomolecular Medicine". Archiwalne wydania z ponadczterdziestoletniej historii pisma można przeglądać bezpłatnie pod adresem http://orthomolecular.org/library/jom/.

Dr Hoffer nie ograniczył się jednak wyłącznie do gorzkiej konstatacji i postanowił opisać alternatywne, oparte na żywieniu metody leczenia ADHD u dzieci i opublikować je pod wspólnym tytułem Dr. Hoffer's ABC of Natural Nutrition for Children (Podstawy naturalnego żywienia dzieci autorstwa doktora Hoffera). Jego książka ukazała się w 1999 roku nakładem wydawnictwa Quarry Press, a na jej kartach znaleźć można między innymi szczegóły dotyczące dawkowania witamin, tabele dotyczące konkretnych pokarmów, a także odnośniki do ponad stu pięćdziesięciu źródeł. Co więcej - w swoim dziele Hoffer opisuje sto dwadzieścia osobniczych przypadków, publikuje listę "złych produktów żywnościowych", podsumowuje liczne badania naukowe, zaleca optymalną dietę, porównuje leki z witaminami, porusza temat alergii i modyfikowanej żywności, dostarcza czytelnikom gotowe do samodzielnego przeprowadzenia testy behawioralne i - co najważniejsze - dzieli się z nimi swoim bogatym zawodowym doświadczeniem.

Dziś wiele osób ostro krytykuje Ritalin i inne wpływające na zachowanie dzieci środki uspokajające, jednak ani krytyka, ani pozwy nie uleczą twojego dziecka. "Zmaltretowani rodzice" - jak nazywa ich sam Hoffer - wiedzą już, co robić. Mówiąc "nie" lekom, musimy powiedzieć "tak" innej metodzie. Ta metoda to prawidłowe odżywianie i suplementowanie diety.

Dla przykładu: kuracja oparta na podawaniu magnezu i witaminy B6 grupie 52 nadpobudliwych dzieci przyniosła następujące rezultaty: "W przypadku wszystkich pacjentów objawy nadpobudliwości (fizyczna agresja, niestabilność, nieumiejętność skupienia na nauce, hipertonia, skurcze, mioklonie) zmalały w przeciągu 1-6 miesięcy trwania terapii" (Mousain-Bosc, et al. 2004).

Zauważmy, że tak dobre rezultaty osiągnięto przy pomocy ledwie dwóch składników odżywczych!

Ludziom, którzy wciąż twierdzą, że naukowe dowody na skuteczność terapii żywieniowej w leczeniu behawioralnych zaburzeń u dzieci są niewystarczające, mówię więc - nie szukaliście ich wystarczająco dokładnie. Hoffer i jego współpracownicy przeprowadzili pierwsze podwójnie ślepe badania witamin w historii psychiatrii już w 1952 roku. Co więcej - doktor Hoffer był pierwszym lekarzem, który skutecznie wykorzystał witaminę C jako antyutleniacz, witaminę B jako lek na choroby serca i niacynę jako środek leczący zaburzenia zachowania.

W świetle tych faktów strategia "wszystko, byle nie witaminy", stosowana przez dużą część środowiska medycznego pozostaje wielką zagadką, jednak nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, abyście sami przekonali się o mocy witamin, podając je własnym dzieciom!

Przedmowaautorstwa doktora Abrama Hoffera

Kiedy w 1952 roku wraz z kolegami po fachu zaczęliśmy badać terapeutyczne właściwości witaminy B3 w leczeniu schizofrenii, nie czuliśmy się pionierami. Nasze działanie ograniczało się bowiem do stosowania znacznie większych ilości B3 od tych, które wystarczały, by uchronić pacjenta przed zapadnięciem na pelagrę. W owych czasach lekarze nie mogli współpracować z osobami praktykującymi medycynę alternatywną, takimi jak homeopaci, kręgarze czy naturopaci. Co więcej, nawet dzielenie z nimi biura mogło doprowadzić do utraty licencji medycznej, a w konsekwencji do zawodowego i finansowego samobójstwa. W związku z tym na własną rękę prowadziliśmy badania, gromadząc coraz więcej danych wskazujących na niezwykle silne działanie niacyny i niacynamidu w terapii schizofrenii, czyli bez dwóch zdań jednej z najgorszych możliwych chorób.

Niestety, kiedy zaczęliśmy publikować je w psychiatrycznej prasie i literaturze, czekał nas zimny prysznic. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że naszych wniosków nie przyjęto z sympatią i zaciekawieniem, a środowisko uznało je za nudne i odrzuciło z wyraźną wściekłością. Pełniłem wtedy funkcje profesora psychiatrii i dyrektora badań psychiatrycznych i w związku z pracą nad wykorzystywaniem witamin znalazłem się w dziwnej sytuacji. Wiedziałem, że jeśli nadal będę opowiadał się za wykorzystywaniem ogromnych dawek niacyny, to, patrząc z punktu widzenia politycznej poprawności, nie będę mógł pozostać lojalny wobec akademii medycznej. W końcu zdecydowałem się wybrać uczciwość względem pacjentów.

Z czasem kilku odważnych lekarzy, z których większość stanowili amerykańscy psychiatrzy szkoleni wcześniej na analityków, zaczęło stosować opisaną przez nas kurację, co sprawiło, że mogliśmy ruszyć dalej. Instytucje medyczne prowadziły z nami zaciętą walkę, ale zainteresowanie naszym odkryciem ciągle rosło. Wprawdzie nie my pierwsi podkreślaliśmy znaczenie dobrej diety dla zdrowia człowieka (zdaje się, że najwcześniejsze tego typu otwarte badanie pojawia się w pierwszym rozdziale biblijnej Księgi Daniela!), ale to właśnie my po raz pierwszy udowodniliśmy, że tak zwane "megadawki" niektórych witamin wykazywały działanie lecznicze, w przeciwieństwie do zwykłych dawek tych samych związków.

Dziś medycyna ortomolekularna (czyli taka, która z zasady opiera się na naturalnych dla organizmu substancjach terapeutycznych, jak witaminy czy minerały) zaczyna przeżywać rozkwit. W niedalekiej przeszłości doszło bowiem do istotnej zmiany starego paradygmatu głoszącego, że kilka łatwych zasad odżywiania (promowanych przez rządy i stowarzyszenia medyków) może zapewnić każdemu z nas zdrowe życie. Z każdym rokiem ilość autorów piszących o medycynie ortomolekularnej wzrasta, a ich publikacje - opisując fakty na temat witamin - przekazują władzę w ręce pacjenta.

Jedną z takich prac jest bez wątpienia Wylecz się sam. W książce Andrew Saula czytelnik znajdzie informacje na temat leczenia wielu dolegliwości, takich jak zaburzenia koncentracji u dzieci, choroba Alzheimera, zapalenie stawów, alkoholizm, rak, cukrzyca, problemy związane ze szczepieniami i wiele innych.

Autor pokazuje nam, że we wszystkich wymienionych przypadkach naturalny powrót do zdrowia jest możliwy. Co więcej, to właśnie naturalne metody okazują się najbardziej skuteczne.

Najwyższa pora, by zacząć mówić o tym głośno, tym bardziej, że medycyna naturalna jest dziś niemal kompletnie ignorowana. Tymczasem nasze ciało składa się z niezliczonej ilości cząsteczek powstałych w ramach trwających miliardy lat testów na przetrwanie. Nasz organizm to precyzyjnie nastrojony instrument pełen najróżniejszych występujących w naturze związków i reakcji. Pomysł, że aby go naprawić, należy umieścić w nim obcą molekułę, wydaje się w świetle tych faktów szczytem głupoty. Jedyne cząsteczki, które są w stanie zdziałać w naszym ciele coś dobrego, to cząsteczki ortomolekularne, czyli takie, które są w nim obecne i przez to są mu znane. Szczerze mówiąc, nie jestem w stanie wymienić ani jednej toksycznej cząsteczki, której udało się kogokolwiek wyleczyć. Jedyne składniki, które z powodzeniem stosuje się w przewlekłych schorzeniach, to składniki odżywcze, witaminy, minerały, aminokwasy, kwasy tłuszczowe i hormony, a jeśli ktoś próbuje zastąpić je podobnie zbudowanymi sztucznymi środkami tylko po to, by uzyskać na nie patent, rezultaty są bardzo niepokojące.

Przedmowa, którą czytasz, ma być przede wszystkim wyrazem uznania dla doktora Saula i innych autorów przygotowujących grunt pod sukces bezpiecznej i skutecznej medycyny żywieniowej na polu szeroko pojętej opieki zdrowotnej. Wylecz się sam to nowa odsłona kompleksowego informatora medycznego i wielki wkład w połączenie dostępnych informacji na temat stale rozwijającej się naturalnej medycyny ortomolekularnej i zebranie ich w jednym miejscu. W przyszłości ignorowanie przez lekarzy roli odżywiania i optymalnej gospodarki składnikami odżywczymi będzie uznawane za błąd w sztuce. Między innymi z tego powodu zachęcam wszystkich czytelników, aby powiedzieli o tej książce swojemu lekarzowi. Pewnego dnia może im za to podziękować.

Alkoholizm

"Przeczytałem książkę o tym, że picie to zło i w związku z tym rzuciłem czytanie."

HENNY YOUNGMAN

Była piękną kobietą, żoną chirurga i... nieuleczalną alkoholiczką. 56-letnia Betty odwiedziła wszelkie możliwe ośrodki odwykowe - te drogie, te dobre i te znane, jednak żadna siła nie była w stanie powstrzymać ją przed zaglądaniem do kieliszka.

Statystyki prowadzone w USA jasno wykazują, że 1/3 dorosłych Amerykanów w ogóle nie pije alkoholu, 1/3 pije go w sposób umiarkowany i odpowiedzialny, za to pozostała 1/3 zdecydowanie go nadużywa. Co więcej - 10% społeczeństwa można określić mianem prawdziwych alkoholików, spożywających połowę całego wypijanego przez naród alkoholu.

Jak widać Betty nie jest wyjątkiem, lecz mimo wszystko muszę przyznać, że czułem się dziwnie, kiedy usiadła naprzeciwko mnie i w uporządkowany sposób zaczęła opowiadać mi o swoim nieszczęściu. Do tej pory moje doświadczenie z alkoholikami ograniczało się do wolontariatu w jednej z miejskich jadłodajni. Poznani tam ludzie - zaniedbani faceci popijający brandy z butelek schowanych w brudnych papierowych torebkach - o wiele bardziej pasowali do stereotypu pijaka. Tymczasem prawda jest taka, że większość z nas nie rozpoznałaby na ulicy większości alkoholików. Większości z nich udaje się bowiem jakoś sobie radzić. Najłatwiej mają ci ze stałym dopływem pieniędzy i dużą ilością wolnego czasu, a więc ci, których włosy przyprószyła już siwizna. Wierzcie lub nie - w 1991 roku 70% przypadków hospitalizacji osób starszych wynikało z problemów związanych z nadużywaniem alkoholu (dane za Biuletynem Stanowego Biura ds. Nadużyć Alkoholu i innych Substancji stanu Nowy Jork, wrzesień-październik 1992).

Pamiętam jak Betty zapytała mnie: "Czy możesz mi pomóc", a ja pomyślałem sobie: no, nieźle, nikomu się nie udało, więc jasne, czemu nie? W tym samym momencie, kiedy kreskówkowy diabeł namawiał mnie do porzucenia nadziei, jego antagonista - anioł wyszeptał mi na ucho: Roger J. Williams!

Wziąłem oddech i powiedziałem: "Istnieje sprawdzona terapia alkoholizmu oparta na odżywianiu. Roger Williams, profesor chemii na Uniwersytecie w Teksasie i były prezes Amerykańskiego Towarzystwa Chemicznego, wiele o niej pisał. Jego książki pochodzą wprawdzie z lat pięćdziesiątych, ale zawarte w nich informacje są tak aktualne, jakby spisano je wczoraj".

"Co poleca?" spytała Betty.

"Megadawki witamin i aminokwasu zwanego L-glutaminą", odparłem i dodałem: "Byłoby dobrze, gdybyś to sobie zanotowała. Tysiące miligramów witaminy C podawane w określonych dziennych dawkach, wszystkie witaminy z grupy B, a zwłaszcza tiamina przyjmowane w postaci suplementu witaminy B-kompleks pięć razy dziennie i dodatkowo około trzech gramów L-glutaminy. To wszystko oraz dobra dieta z jak najmniejszym udziałem cukru. Dasz radę?". Betty uśmiechnęła się i spytała: "Tak naprawdę pytasz, czy w ogóle spróbuję?".

"Spróbuj" powiedziałem. "Wszystko inne zawiodło".

Kilka tygodni później Betty zadzwoniła do mnie z dobrymi wieściami. "Sprawy mają się naprawdę dobrze" powiedziała. "Od dnia, kiedy się spotkaliśmy, nie wypiłam ani kropli alkoholu!".

"Znakomicie!" odparłem, zastanawiając się, czy w tym wytrwa. "Pamiętaj tylko, że jeśli wrócisz do picia, suplementy na nic się zdadzą. Musisz wytrzymać!".

Minęły kolejne miesiące, a wraz z życzeniami bożonarodzeniowymi otrzymałem wiadomość, że Betty nadal nie pije. W kolejne święta dotarły do mnie kolejne pozytywne informacje. Betty napisała, że wraca na studia, a na dodatek "może pozwolić sobie na drinka lub dwa, bo wie, kiedy przestać". Moja "pacjentka" dodała też, że nadal bierze witaminy i zakończyła swój list, po raz kolejny dziękując mi za radę.

WIADOMOŚĆ OD CZYTELNIKA:

"Dziękuję ci za rozdział poświęcony problemom z alkoholem. To dzięki niemu udało mi się odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Odkąd zacząłem przyjmować polecane przez ciebie suplementy, czuję się dobrze, lepiej śpię i łatwiej dogaduję się z bliskimi. Co więcej - jestem też mniej roztrzęsiony i bardziej cierpliwy".

Po raz kolejny musiałem zmienić swoje myślenie o alkoholizmie, zgodnie bowiem z ogólnie przyjętą zasadą "człowiek uzależniony od alkoholu pozostaje alkoholikiem przez całe życie". Ja sam wykładałem kiedyś na temat uzależnień w ramach programu szkoleniowego dla certyfikowanych doradców w sprawie walki z alkoholizmem i wiedziałem, że to, o czym pisze Betty, nie wpisuje się w to, czego nas uczono i to, czego sami uczyliśmy. Zgodnie z dogmatami, które nam wpajano, Betty nigdy, przenigdy nie powinna sięgać po alkohol. Tymczasem kobieta pisała, że podobnie jak każdy normalny człowiek czasami pozwala sobie na kieliszek czegoś mocniejszego, ponieważ wie, że nie przekształci się to w przymus czy uzależnienie. Betty nie tylko lepiej sobie radziła i nie tylko dochodziła do siebie. Betty została wyleczona.

Wspomniane przeze mnie nauki doktora Williamsa to podwaliny kluczowej koncepcji żywienia ignorowanej przez wielu lekarzy i dietetyków, a opartej na założeniu, iż różni ludzie mają różne zapotrzebowanie na składniki odżywcze. Założenie to powinno być jasne dla każdego, kto kiedykolwiek kupował sobie bieliznę, bo jak wiadomo - nie wszystkim pasuje ten sam rozmiar. W przypadku żywienia problem jest bardziej złożony, ponieważ nawet ludzie podobnej postury, reprezentujący tę samą grupę wiekową mogą różnić się pod względem zapotrzebowania na witaminy i minerały ze względu na geny czy styl życia. Nie bez powodu alkoholicy potrzebują znacznie więcej konkretnych witamin niż osoby, które stronią od alkoholu.

Podstawowym składnikiem różnego rodzaju trunków jest etanol - związek chemiczny z grupy alkoholi o wzorze C2H5OH, który podobnie jak cukier dostarcza nam dużo energii, nie oferując jednocześnie żadnych składników odżywczych. Tiamina (witamina B) odgrywa ważną rolę w procesie metabolizmu węglowodanów, dlatego im więcej przyjmujemy węgli (w tym - więcej pijemy alkoholu), tym bardziej jej potrzebujemy. W związku z tym, że alkohol wypiera znacznie bardziej odżywcze składniki naszej diety, jego nadużywanie prowadzi do niedożywienia i niedoboru tiaminy.

To właśnie dlatego alkoholik czy alkoholiczka o wiele rzadziej spożywają zalecaną dzienną dawkę tiaminy, a tymczasem powinni przyjmować jej o wiele więcej. Gdyby tego było mało - alkohol powoli, ale skutecznie niszczy mózg i wątrobę, co sprawia, że nasz organizm potrzebuje jeszcze większej ilości składników odżywczych, aby naprawiać te kluczowe organy. Co więcej - nadużywanie napojów alkoholowych prowadzi do słabej absorpcji i gorszego wykorzystywania niewielkiej ilości dostarczanych naszemu ciału witamin z grupy B, a sam alkohol może dosłownie unicestwić kwas foliowy.

Zgodnie z treścią uznanego podręcznika zatytułowanego Terapia żywieniem i dietą (Nutrition and Diet Therapy) niedobory samej tiaminy mogą wywoływać następujące objawy:

Objawy w obrębie układu pokarmowego: anoreksja, niestrawność, ciężkie zaparcia, atonia żołądka, niedostateczne wydzielanie kwasu żołądkowego. Wszystkie wymienione symptomy wynikają zwłaszcza z niedostatecznej ilości energii dostarczanej komórkom przewodu pokarmowego. Brak tiaminy to brak energii, a brak energii to słabe funkcjonowanie.

Objawy w obrębie układu sercowo-naczyniowego: rozszerzenie (obrzęk) obwodowych naczyń krwionośnych, osłabienie mięśnia sercowego, niewydolność serca.

Objawy neurologiczne: gorszy refleks, zmniejszona czujność, zmęczenie, apatia. Dłuższe okresy niedoboru wywołują uszkodzenia lub zwyrodnienia osłonek mielinowych (osłonek włókien nerwowych).

Jeśli przeglądając te symptomy, widzisz podobieństwa do symptomów charakterystycznych dla stwardnienia rozsianego - masz rację. Brak tiaminy wywołuje większą drażliwość nerwów, ból, w tym ból kłujący, tłumienie zmysłów, a także - jeśli nie zdiagnozuje się go na czas - paraliż. Związane z niedoborem tiaminy uszkodzenia nerwów mogą wywoływać także majaczenia alkoholowe i halucynacje.

Wszystko to z braku zaledwie jednej witaminy.

Zalecana RDA tiaminy w USA to zaledwie 1-2 mg, tymczasem nawet osoby stroniące od alkoholu mogą potrzebować dziennie od 25 do 65 mg tej jakże cennej substancji. Uboga dieta, wysokie zapotrzebowanie na tiaminę oraz związane z piciem uszkodzenia organizmu osób z problemem alkoholowym sprawiają natomiast, że w ich przypadku optymalna dzienna doza powinna wynieść aż 100 mg witaminy B1.

Tymczasem jedno z trwających rok badań, które swoim zakresem objęło 2000 amerykańskich gospodarstw domowych, wykazało, że ponad 65% dorosłych Amerykanów nie przyjmuje dziennie nawet określanego RDA minimum w wysokości 1-2 miligramów. Taki wynik oznacza, że dwie trzecie Amerykanów cierpi na niedobór tiaminy, pomimo tego, że nie piją oni alkoholu. Tiaminę można znaleźć w niemal wszystkich naturalnych produktach spożywczych, jednak w bardzo niewielkich ilościach. Niestety, zaledwie niewielka część niepijących Amerykanów (nie mówiąc już o alkoholikach) spożywa dużo pełnoziarnistych produktów i roślin strączkowych (takich jak groch, fasola czy soczewica), które stanowią naturalne źródło tiaminy.

To właśnie dlatego suplementacja witaminy B1 wydaje się być niezbędna, jednak decydując się na nią, nie zapominajmy też o uzupełnianiu innych składników odżywczych.

Których?

1. Witaminy C w wielkich ilościach rzędu co najmniej 10 000-20 000 mg dziennie. Wysokie dawki witaminy C chemicznie neutralizują toksyczne produkty uboczne metabolizmu alkoholu. Witamina C wspomaga także wątrobę w odwracaniu powszechnego wśród alkoholików procesu gromadzenia się tłuszczu.

2. Witaminy B-kompleks zawierającej 50 miligramów każdej z głównych witamin z grupy B. Witamina B-kompleks powinna być przyjmowana sześć razy dziennie. Wchodzące w jej skład związki działają synergicznie.

3. L-glutaminy w dawkach 2000-3000 miligramów na dzień. L-glutamina to aminokwas, który pomaga zmniejszać fizjologiczny głód alkoholowy.

4. Lecytyny w dawkach 2-4 łyżki stołowe dziennie. Lecytyna dostarcza nam inozytolu i choliny, których działanie wiąże się z działaniem witamin z grupy B. Ta wszechstronna substancja pomaga również w wyprowadzaniu tłuszczów poza wątrobę.

5. Chromu - w dawkach od 200 do około 400 miligramów polinikotynianu chromu dziennie. Chrom silnie wspiera metabolizm węglowodanów i pomaga kontrolować poziom cukru we krwi. Większość, o ile nie wszyscy alkoholicy cierpią na hipoglikemię.

6. Silnych preparatów multiwitaminowych, a także suplementów minerałów zawierających magnez (400 miligramów) i przeciwutleniacze - karoten i witaminę E (d-alfa-tokoferol).

WIADOMOŚĆ OD INNEJ CZYTELNICZKI:

"Jestem żoną alkoholika, który dwa miesiące temu przerwał trzydziestodniowy detoks, tygodniami nie pojawiał się w pracy, nie wykazywał chęci poprawy i co trzy-cztery dni wracał do picia. Wszystko to zmieniło się w ubiegłym tygodniu. Chciałam rozwodu, ale postanowiłam zwrócić się do życia z ostatnią prośbą... modlitwą... z całkowitym otwarciem się na odpowiedź. Od kilku dni mój mąż przyjmuje zasugerowane przez ciebie wysokie dawki witamin, je dużo pełnoziarnistych produktów, warzyw i owoców, unika cukru i pije dużo wody. Od tego czasu ani razu nie wystąpiło u niego silne łaknienie alkoholu, jednak dziś wieczorem postanowił wypić "jedno piwo" i "jednego kielicha". Do tej pory "jedno piwo" i "jeden kielich" były wstępem do alkoholowego ciągu i naszej wspólnej udręki. Tym razem było jednak zupełnie inaczej! Mój mąż napił się alkoholu, powiedział, że smakuje okropnie i nie daje mu żadnej przyjemności, dlatego nie zamierza sięgać po kolejne piwo. To coś wspaniałego, niemal niewiarygodnego! Teraz siedzi przy mnie popijając wodę i herbatę, trzeźwy, pełen skruchy i zachowujący całkowitą kontrolę nad swoim zachowaniem. W imieniu swoim, w imieniu mojego męża i w imieniu mojego zmarłego ojca, który także był alkoholikiem, pragnę poinformować o tej metodzie wszystkich wspaniałych ludzi, którzy uważają, że ich "choroba" jest nieuleczalna i jedyne, co mogą zrobić, to jedynie zwalczać jej objawy".

Podając wysokie dawki witamin (zwłaszcza z grupy B) poważnie opóźnionym w rozwoju dzieciom, dr Ruth Harrell potwierdziła przytoczoną przeze mnie teorię doktora Williamsa. Jej podopieczni w ciągu zaledwie kilku miesięcy zaczęli lepiej się uczyć i osiągać lepsze wyniki w testach inteligencji. Spektakularne postępy osiągały także dzieci z zespołem Downa. Zdarzenia, o których piszę, miały miejsce w 1981 roku, a dotyczący ich raport został opublikowany w Proceedings of the National Academy of Sciences.

Dlaczego więc przedstawiciele medycznego establishmentu ukrywali przed ludźmi odkrycia doktora Williamsa? Niestety, po raz kolejny potwierdziło się, że jeśli nie wiadomo, o co chodzi - zapewne chodzi o pieniądze.

W Stanach Zjednoczonych chorzy obywatele to duże zyski, a na zapobieganiu dolegliwościom zarabia się o wiele mniej niż na ich leczeniu. Gdyby nie było alkoholików, nie byłoby pieniędzy generowanych przez walkę z alkoholem. Niestety, to właśnie "społeczne koszty" chorób sprawiają, że generują one przychody. Na początku może się to wydawać dziwne, ale zastanówcie się sami: na rynku brakuje specjalistycznie wyszkolonych nauczycieli. Sądy i więzienia są przepełnione. Aby dostać się do domu opieki trzeba zapisać się na listę kolejkową. Aby otrzymać przeszczep także należy ustawić się w kolejce. Koszty opieki zdrowotnej są gigantyczne. Jaki z tego wniosek? Interes się kręci! W wyemitowanym przez sieć PBS programie Affluenza (* połączenie słów affluence - dostatek, dobrobyt i influenza - grypa; używane zwłaszcza przez krytyków konsumpcjonizmu i określające stan skupienia się na materialnych zyskach) pada teza, iż każdy zdiagnozowany przypadek raka korzystnie wpływa na amerykańskie PKB.

Cóż więc robić, jeśli zależy nam na realnych wynikach i realnym leczeniu? Pierwszy krok należy do ciebie, dlatego na własnej skórze wypróbuj plan stworzony przez Rogera Williamsa i sam zaobserwuj rezultaty, jakie mi udało się zaobserwować u Betty.

Jeżeli ktoś upija się do nieprzytomności, nigdy nie wiemy, czy kolejnym razem nie zapije się na śmierć. Nie patrz więc biernie, czy tobie lub komuś z twoich bliskich uda się "przespać" ten problem, bo z alkoholowego koszmaru nie zawsze można się obudzić. Jeśli natomiast faktycznie chcemy się obudzić, nie możemy pozwolić sobie na dalsze ignorowanie opartej na witaminach terapii.

WIADOMOŚĆ OD INNEJ CZYTELNICZKI:

"Pewnego dnia, nie tak dawno temu, zaczęłam przetrząsać Internet w poszukiwaniu cudu, który sprawi, że przestanę pić. Od dwudziestu pięciu lat ukrywałam swój problem, choć każdego dnia myślałam tylko o tym, jakie wino kupię na wieczór, by móc się zrelaksować. Puste butelki chowałam w mojej pracowni, w szafie i w piwnicy. Kiedy było mi wstyd, uzupełniałam butelki tak, by wyglądało, że wypiłam zaledwie jeden kieliszek. W dni wolne od pracy zaczynałam pić już około jedenastej. Kiedy mój mąż wracał do domu, ja opróżniałam już drugą flaszkę. Gdy spotykałam się ze znajomymi, rzadko kiedy zdarzało mi się pamiętać prowadzone z nimi rozmowy.

Moje środowisko uznawało mnie za lubiącą wino snobkę, a moje dzieci wyszukiwały dla mnie na urodziny wyjątkowe butelki. Muszę jednak przyznać, że smak wina zupełnie mnie nie interesował.

Każdego ranka budziłam się z kacem i nienawiścią do samej siebie. Każdego dnia obiecywałam sobie, że dziś wypiję jeden, góra dwa kieliszki, jednak po szóstej wieczorem mój alkoholowy głód stawał się nie do zniesienia.

Prowadząc swoje poszukiwania, natknęłam się na napisany przez ciebie artykuł, następnie kupiłam twoją książkę i postanowiłam spróbować witaminowej terapii, wychodząc z założenia, że nawet jeśli się nie uda - nie stracę na tym ani zdrowia, ani zbyt wiele pieniędzy. Bardzo szybko okazało się jednak, że kuracja naprawdę mi pomaga! Już od miesiąca nie piję, a co więcej - nie mam na to ochoty. Uwierzyłam w moc witamin i suplementów i powoli przyzwyczajam się do myśli, że tym razem naprawdę mi się uda. Dziś nie tęsknię już za alkoholem, nie czuję, że czegoś mi brakuje i nie jest mi żal, że "nigdy nie będę już pić". Po raz pierwszy od wielu lat wypełnia mnie nadzieja i dziękuję ci za to, że coś, co do tej pory wydawało mi się niemożliwe do pokonania, jawi się jako problem, który można rozwiązać".

Polecana literatura

Hotter A. and Saul A. W. The Vitamin Cure for Alcoholism. Laguna Beach, CA: Basic Health Publications, 2009.

Choroba refluksowa przełyku /Przepuklina rozworu przełykowego

"Świat nie dba o to, co wiesz. Liczy się to, co możesz z tym zrobić."

BOOKER T. WASHINGTON

Rozwiązanie problemu wykracza czasem poza jego ramy, a pogoń za kolejnymi objawami może zaprowadzić cię w ślepą uliczkę.

Jeśli więc cierpisz na chorobę refluksową przełyku, a twoim celem nie jest nabijanie kabzy koncernów farmaceutycznych, z pewnością powinieneś sięgnąć po opisane poniżej metody.

1. Zjedz swój główny posiłek w porze lunchu i nie jedz niczego po godzinie 17:00. To niesamowite, jak wielu objawów niestrawności można w ten sposób uniknąć.

2. Bardzo starannie przeżuwaj swoje jedzenie. Ta rada wydaje się zbyt prosta, by była skuteczna i właśnie dlatego ignoruje ją tak wiele osób. Nie bądź jedną z nich!

3. Wybieraj lekkostrawne dania. W twoim jadłospisie powinny znaleźć się owoce, ryż, gotowane na parze warzywa, kiełki, ziarna, dojrzewające sery, jogurty, twaróg, a przede wszystkim soki warzywne. Unikaj smażonej żywności. Całkowicie zrezygnuj z mięsa (a jeśli nie jesteś w stanie - unikaj wędlin, szynki, pastrami i pepperoni).

NIESTRAWNOŚĆ CZY NIEMOŻNOŚĆ STRAWIENIA?

Pewien cierpiący na niestrawność młody człowiek wyznał mi kiedyś, że uwielbia hot dogi. Kiedy jednak przestawał je jeść, jego problemy z trawieniem znikały.

Zbyt proste, by było prawdziwe? Bynajmniej.

"Niektóre hot dogi znalezione na wysypiskach znajdowały się w tak głębokich warstwach odpadów, że wskazywało to, iż mogły leżeć tam przez ponad kilkadziesiąt lat." ("Smithsonian", lipiec 1992, s. 5).

Jak widać - od każdego można się czegoś nauczyć.

4. Wypróbuj enzymy trawienne w tabletkach, zwłaszcza jeśli nie stosujesz się do rady numer 2.

5. Najlepiej zdaj się jednak na naturalne sposoby i wpisz do swojego menu figi, ananasy, kiwi, mango i papaję. Te owoce to skarbnica enzymów, które odwalą za ciebie kawał dobrej roboty. Pamiętaj jednak, że mówimy tu o świeżych produktach, a nie tych, które możemy kupić w puszkach. Różnica wynika w tym wypadku z faktu, że wysoka temperatura, jakiej poddawane są puszkowane owoce, zabija związki, na których zależy nam w przypadku problemów z trawieniem. Owoce suszone w niskiej temperaturze także mogą okazać się pomocne. Najprościej spróbować!

6. Inni sprzymierzeńcy na drodze do dobrego przetwarzania żywności to wysokiej jakości jogurty, obfitujące w pożyteczne bakterie. Kupując jogurt, upewnij się, że na etykiecie umieszczona jest informacja o żywych kulturach. W Indiach jogurt rozpuszcza się często w wodzie w proporcjach 1:1. Możesz skorzystać z tej sztuczki, aby jeszcze silniej wspomóc trawienie i uniknąć zatkanego nosa.

7. Śpij z uniesioną głową. Ułóż się na dwóch cieńszych poduszkach lub jednej grubszej, ewentualnie zainwestuj w specjalnie wyprofilowaną poduszkę z pianki.

8. Skorzystaj z pomocy kręgarza. Już po trzech wizytach powinieneś odczuć efekty.

9. Wypróbuj środki homeopatyczne (takie jak Natrum Phos 6X) i mineralne sole Schuesslera.

10. Przestań się stresować! Pomyślałeś pewnie: "Łatwo powiedzieć!", ale wiedz, że medytacja, relaks, masaż, kojąca muzyka czy po prostu chwila samotnego wytchnienia naprawdę mogą ci pomóc.

11. Jeśli objawy, których doświadczasz, są naprawdę uciążliwe - umów się na wizytę lekarską, a w międzyczasie przejdź (na trzy do siedmiu dni) na dietę opartą wyłącznie na sokach warzywnych. Wiele osób, które zdecydowało się na ten krok, musiało odwołać swoją wizytę w gabinecie!

12. Na swojej drodze spotkałem wiele osób, których problemy z refluksem były na tyle poważne, że zdążyły doprowadzić już do bliznowacenia przełyku. W przypadku wielu z nich dieta również okazała się idealnym rozwiązaniem. Polecony przeze mnie plan działania, oparty na spożywaniu czterech szklanek soku z kapusty dziennie został opracowany przez doktora Garnetta Cheney'a, a następnie przetestowany w warunkach szpitalnych. Początkowo korzystano z niego wyłącznie w leczeniu chorób żołądka i dolnego odcinka przewodu pokarmowego, jednak w końcu dostrzeżono jego szersze działanie. Doktor Cheney wykazał, że cały przewód pokarmowy - od gardła po jelita - można leczyć przy pomocy świeżego soku z surowej kapusty, jeśli tylko przyjmuje się go regularnie i w odpowiednich ilościach. Prace Cheney'a to nie nowinki, jednak zapewniam was, że od czasu ich publikacji kapusta nie straciła swoich leczniczych właściwości.

ZATRUCIA POKARMOWE

Pozdrowienia z Meksyku! Piszę do pana, aby podzielić się moim najnowszym sukcesem związanym z przyjmowaniem witaminy C. Książka How to Live Longer and Feel Better Paulinga wpadła mi w ręce dosłownie kilka dni przed tym, jak polecił ją pan w swoim tekście. Muszę przyznać, że jestem podwójnym szczęściarzem, bo kupiłem ją w antykwariacie za - bagatela - 25 pesos!

W Meksyku mieszkam od ponad dziesięciu lat i za każdym razem, gdy zdarzało mi się zatruć się jedzeniem, sięgałem po ten sam antybiotyk. Tym razem zdecydowałem się jednak na witaminę C. Zacząłem przyjmować dawki 2000-4000 mg co kilka godzin i naprawdę mi to pomogło! Mimo tego, że kiedy piszę te słowa, jestem zaledwie po jednym dniu kuracji, już teraz czuję się naprawdę nieźle.

Kiedy pierwszy raz zdarzyło mi się zatruć, w ciągu trzech czy czterech dni straciłem na wadze około siedmiu kilogramów! Z Montezumą nie ma żartów! Mil gracias! Salud y saludos!

Polecana literatura

Cheney C. Antipeptic ulcer dietary factor. "American Dietetics Association" 26 (1950): 9.

Cheney C. The nature of the antipeptic ulcer dietary factor. "Stanford Medical Bulletin" 8 (1950): 144.

Cheney C. Prevention of histamine-induced peptic ulcers by diet. "Stanford Medical Bulletin" 6 (1948): 334.

Cheney C. Rapid healing of peptic ulcers in patients receiving fresh cabbage juice. "California Medicine" 70 (1949): 10.

Cheney C. Vitamin U therapy of peptic ulcer. "California Medicine" 77, no. 4 (1952).

Zwolnij swojego lekarza

"Sztuka medycyny opiera się na zabawianiu pacjenta,

w czasie gdy natura leczy chorobę."

WOLTER

"Jeśli chcesz zrobić coś dobrze - zrób to sam" - ta zasada w szczególny sposób odnosi się do opieki nad zdrowiem.

Ja sam po raz pierwszy zwolniłem swojego lekarza, kiedy miałem piętnaście lat. Byłem wtedy w szkole i doświadczałem pewnych objawów stanu lękowego. Pamiętam, że szkolny lekarz bez wahania i bez żadnych wyjaśnień wręczył mi niewielką białą kopertę pełną małych zielonych kapsułek. Przed opuszczeniem gabinetu zgodnie z poleceniem zażyłem dwie z nich i zanim doszedłem na stołówkę, czułem się jak na ogromnym haju. Kiedy podszedłem do stołu, mój współlokator i najlepszy przyjaciel Dean obrzucił mnie pytającym spojrzeniem, a ja po prostu się uśmiechnąłem. Uśmiechnąłem się, bo tylko na to było mnie stać. Wszystko było absolutnie pozytywne i wspaniałe, bo kiedy naszprycujesz się tak bardzo, zmartwienia po prostu przestają istnieć. Nie miało znaczenia, czy zjem coś, czy nie, obowiązki szkolne wyparowały, a rozmowa czy jakikolwiek wysiłek w ogóle nie wchodziły w grę. Po pewnym czasie okazało się, że owe małe zielone kapsułki były wypełnione silnym środkiem uspokajającym.

Cała sprawa była bardzo dziwna, ponieważ w 1970 roku wszyscy uczniowie, jakich znałem (z wyjątkiem Deana i mnie), stale szukali sposobu, by kupić narkotyki, które ja dostałem całkowicie legalnie i które dodatkowo zostały mi zasponsorowane przez służbę zdrowia i przekazane przez starego, dobrego doktora.

Nigdy więcej nie tknąłem zielonych kapsułek. Być może dlatego, że byłem dobrym, prostolinijnym chłopakiem, choć raczej dlatego, że po prostu zależało mi na zdrowym życiu. To właśnie wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że lekarz może się mylić i było to dla mnie naprawdę duże odkrycie. Nigdy więcej nie wróciłem do gabinetu.

Zwolnienie lekarza nie musi polegać na kreskówkowym kopnięciu go w cztery litery. Zwolnienie lekarza to raczej uznanie, że nie jest ci on potrzebny, to zgromadzenie wiedzy, której on nie posiada, to stwierdzenie, że informacje, którymi dysponuje, są błędne lub niekompletne i nabranie przeświadczenia, że jego zdolności nie są na tyle duże, aby oddać mu pod opiekę twoje życie.

Zwolnienie lekarza to także zatrudnienie w jego roli siebie samego.

Na początku może ci się wydawać, że to nie dla ciebie. Nie masz przecież odpowiedniego wykształcenia i nie chodziłeś do szkoły medycznej. Cóż, ja też nie, ale zastanów się, jak bardzo ogranicza nas definicja tak zwanej "medycyny". Nawet lekarze potwierdzają, że ich wykładowcy mówili głównie o lekach i operacjach, pomimo tego, że program nauczania jest o wiele szerszy. Zapytaj jednak swojego lekarza, ile kursów klinicznego żywienia odbył w swojej karierze. Zapytaj, ile godzin poświęcił na zgłębianie medycyny homeopatycznej, medycyny opartej na ziołach czy medycyny ortomolekularnej. Bardzo szybko zorientujesz się, że te "medycyny" nie są na tyle godne, by opowiadać o nich studentom.

Takie podejście to jednak wielki błąd. Homeopatia od ponad 200 lat stosowana jest na świecie z dużym powodzeniem. Kiedy "zwykli" lekarze faszerowali ludzi śmiertelnymi dawkami arsenu i rtęci, homeopaci podawali im nietoksyczne dawki naturalnych substancji. Historia zielarstwa (którym tradycyjnie parały się przede wszystkim kobiety) to całe stulecia wykorzystywania ziół, które bardzo często okazywały się skutecznym zamiennikiem chirurgicznego skalpela. Jeśli więc którąś gałąź można określić mianem alternatywy, to właśnie "medycyna" pigułki i noża wydaje się być nie najlepszą alternatywą medycyny niekonwencjonalnej.

A co z opartą na megadawkach witamin medycyną ortomolekularną? Jej skuteczność potwierdzają dziesiątki tysięcy naukowych źródeł, do których odnośniki znajdziecie chociażby na stronie www.doctoryourself.com. Czy ich autorzy, badacze i specjaliści mogą być głupsi od reportera straszącego nas, że "witaminy mogą być niebezpieczne, a jedyne co robią, to podbijanie wartości naszego moczu"?

Zdecydowanie nie, dlatego otwarcie myślący lekarze zaczynają ponownie odkrywać fakt leżący u podstaw medycyny - vis medicatrix naturae, czyli uzdrawiającą moc natury. Najczęściej do tego rodzaju przemyśleń skłaniają ich sami pacjenci, z których większość przynajmniej raz w roku konsultuje się ze specjalistą medycyny naturalnej. Rynek kocha sukces, a doświadczeni lekarze czują pismo nosem i starają się dowiedzieć czegoś o "naturalnych metodach", które lubią nazywać "medycyną komplementarną". Odrzucając obawy, powinniśmy skupić się na fakcie, że nasi lekarze wiedzą o naturalnym leczeniu niewiele więcej niż my, a często o wiele mniej! Wyścig do wiedzy na temat naturalnych terapii jest sprawiedliwy, ponieważ wszyscy ruszamy z tego samego punktu. Ty sam możesz przyswoić ją sobie w takim samym stopniu i tempie jak lekarz i co więcej - masz nad nim pewną przewagę.

Po pierwsze - grasz na własnym boisku, bo nikt tak jak ty nie zna twojego ciała. Żyjesz ze sobą w każdej sekundzie twojej egzystencji i właśnie dlatego możesz najtrafniej obserwować swoje potrzeby i wychodzić im naprzeciw.

Po drugie, możesz skupić się na wycinku informacji dotyczących chorób trapiących ciebie i twoich bliskich, pomijając fragmenty, które was nie dotyczą. Takie podejście może uczynić z ciebie specjalistę bardziej kompetentnego niż twój "ogólnie wykształcony" lekarz.

Trzeci z twoich atutów to przewaga "altruistyczno-osobista", ponieważ ucząc się, robisz to dla siebie i własnej rodziny, a twoją zapłatą nie są pieniądze, lecz zdrowie i miłość.

Taki pakiet startowy to świetna, zdrowa podstawa, która pozwoli ci zrobić pierwszy krok.

Zatrudnij swojego lekarza

Skoro zwolniłeś już swojego lekarza, najwyższy czas, by... ponownie go zatrudnić! Prawda jest taka, że podobnie jak dekarz czy hydraulik, czasem może okazać się on przydatny, jednak pamiętaj, że tak jak wymienieni specjaliści - to lekarz powinien pracować dla ciebie, a nie odwrotnie. Stawką jest twoje ciało, dlatego to ty decydujesz, a ekspert, którego zatrudniasz, jest wyłącznie podwykonawcą, który nigdy nie powinien znajdować się ponad tobą i twoją wolą. To właśnie w tej kwestii wielu pacjentów nabiera wody w usta i dba wyłącznie o to, by nie urazić pana doktora. Tymczasem, aby znaleźć się na jego czy jej poziomie, wystarczy poczytać i zdobyć wiedzę, która daje nam siłę. To właśnie dlatego polecam ci wgryźć się w literaturę dotyczącą dolegliwości, z którymi się zmagasz i dowiedzieć się jak najwięcej o alternatywnych formach ich leczenia. Idź do biblioteki, przeszukaj strony internetowe i nie przestawaj, dopóki nie uda ci się zgromadzić arsenału wiarygodnych źródeł.

Kolejnym krokiem będzie odnalezienie skłonnego do realnej współpracy lekarza. Jeżeli twój obecny lekarz nie zapewni ci opieki, której potrzebujesz, może wynikać to z dwóch powodów. Pierwszy z nich to nieporozumienie, czyli sytuacja, w której niezbyt jasno określiłeś swoje oczekiwania. Drugi to niezgoda, czyli okoliczności, w których lekarz wie, czego oczekujesz, ale mimo to nie zamierza ci tego dać.

Oba wspomniane problemy są bardzo powszechne, zauważmy jednak, że tylko pierwszy z nich jest - przynajmniej pozornie - łatwy do rozwiązania. Nie chcę powiedzieć, że każdy lekarz, który nie podporządkuje się twojej woli, to kandydat do "zwolnienia", pragnę jednak podkreślić, że na samym początku wspólnej pracy powinieneś zawrzeć z nim umowę, która umożliwi wam sprawną wymianę informacji.

Niestety, nawet uprzejmi i kulturalni lekarze potrafią mieć bardzo paternalistyczny stosunek do swoich pacjentów i przyjemnym głosem oświadczać im, by pozostawili skomplikowane kwestie ich ocenie. Nonsens, podobnie jak bzdurą byłaby sytuacja, w której mechanik, hydraulik czy polityk nie chcieliby wytłumaczyć nam istoty problemu, nad którym pracują. Pamiętaj więc, by nie zgadzać się na takie stanowisko, ponieważ w przypadku lekarza owym problemem jest twoje zdrowie i życie. Miła aparycja i aksamitny głos nie zastąpią dokładności i uczciwej pracy, podobnie jak niejasne naukowe wywody nie zastąpią zrozumiałej, konkretnej informacji. Nie rezygnuj więc z jasnej umowy z własnym lekarzem i poproś, by w sposób jednoznaczny przyjął lub odrzucił twoje wymagania. Deklarując je, miej na uwadze fakt, że nie ma usprawiedliwienia dla sytuacji, w której specjalista - którego rolę można przyrównać także do roli drugiego pilota - nie sięga wraz z tobą po alternatywne metody leczenia. Zioła i witaminy nie są panaceum na wszystkie choroby, ale pamiętajmy, że są one po stokroć bezpieczniejsze od konwencjonalnych leków.

Jeżeli jesteś gotowy, przejdźmy do dziesięciu zasad, które pomogą ci wybrać lekarza lub zmienić relacje, jakie cię z nim łączą.

Dziesięć metod, które sprawią, że twój lekarz stanie się naturopatą

1. Wybierz lekarza skłonnego do współpracy. Jak to sprawdzić? Po prostu z nim porozmawiaj! Ja sam bardzo dokładnie przyglądam się wszystkim specjalistom, z którymi mam zamiar się skonsultować. W związku z tym, że bardzo często już "wstępna konsultacja" wiąże się z koniecznością zapłaty, niejednokrotnie zwracam się do kierownictwa przychodni, pielęgniarki lub asystenta, aby przekazali lekarzowi moje trzy konkretne pytania: 1) "Przyjmuję witaminy. Co Pan/Pani na to?". 2) "Uważam, że mój lekarz powinien ze mną pracować, szanując fakt, że to ja jestem odpowiedzialny za własne zdrowie. Czy taka teza jest zgodna z Pana/ Pani wizją opieki?". 3) "Nie szczepię się. Czy jest Pan/Pani skłonna zaakceptować tę decyzję?". Jeżeli lekarz pozytywnie ustosunkuje się do wszystkich kwestii - zaczynamy współpracę. Jeśli nie - szukam dalej. Decydując się na nowe relacje z lekarzami, musisz przygotować się na to, że szukanie odpowiedniego specjalisty może potrwać. Wiedz jednak, że w tym przypadku cierpliwość z pewnością się opłaci.

2. Zwróć uwagę, że nie wszyscy eksperci, którzy swoje podejście określają mianem "holistycznego" lub "alternatywnego", faktycznie stosują niekonwencjonalne metody i przyglądają się naszemu zdrowiu w szerszym wymiarze. Wygłaszanie frazesów na temat naturalnych sposobów leczenia to co innego niż zalecanie otyłym postu czy leczenie zapalenia płuc witaminą C. Zatrudnienie lekarza to proces wymagający drobiazgowej oceny, którą ostatecznie oprzeć można wyłącznie na osobistym doświadczeniu. Mimo to warto zasięgnąć opinii innych pacjentów, którzy mieli okazję współpracować z naszym kandydatem.

3. Ułatw zadanie swojemu lekarzowi. Dbaj o zdrowie. Dobrze się odżywiaj. Nie pal papierosów. Unikaj alkoholu i stroń od narkotyków. Prowadź zdrowy tryb życia. Pokaż, że potrafisz o siebie zadbać.

4. Przygotuj się do wizyty i zgromadź niezbędne informacje. Dowiedz się więcej o swojej chorobie, sięgnij po poradnik diagnostyki i terapii, taki jak Merck Manual i sprawdź, co konwencjonalna medycyna ma ci do zaoferowania. Następnie poczytaj o alternatywach. Na początek możesz sięgnąć po pozycje wymienione w bibliografii, którą znajdziesz na końcu tej książki. Pamiętaj - nic nie zastąpi rzetelnej wiedzy!

5. Jeśli potrzebujesz diagnozy - zdobądź ją. Bądź odpowiedzialny. Wykorzystuj nowe technologie. Wsłuchaj się w słowa swojego lekarza, ale dopiero wówczas, gdy odhaczysz wszystkie zadania z punktu czwartego.

6. Skorzystaj z technik "sugestywnej sprzedaży". Zaproponuj lekarzowi niekonwencjonalną alternatywę dla każdej oferowanej ci metody leczenia. Wiedz, czego chcesz i upewnij się, że to dostajesz.

7. Spójrz na swoją sytuację z perspektywy lekarza. Zastanów się, jak jako lekarz ograniczany prawnymi i zawodowymi regulacjami zareagowałbyś na pacjenta, który wkracza do gabinetu i dyktuje warunki? Aby nie spychać specjalisty do defensywy, unikaj zapędzania go do narożnika w jakiejkolwiek kwestii. Zamiast tego przynieś ze sobą materiały napisane przez lekarzy stosujących naturalne metody terapii. Jeśli pokażesz, że taki a taki specjalista z powodzeniem stosuje daną kurację, twojemu lekarzowi łatwiej będzie pozbyć się presji i przystąpić do działania na twoich warunkach. Poproś też o dokładny wywiad.

8. Wypróbuj metodę "dobrego i złego policjanta". Zaproponuj podpisanie deklaracji, w której oświadczysz, iż nie pozwiesz lekarza, jeśli naturalna terapia okaże się nieskuteczna. Jednocześnie delikatnie zasugeruj, że pacjent ma prawo pozwać lekarza, jeśli ten nie zgodzi się na stosowanie alternatywnych metod leczenia.

9. Idź na kompromisy. Lepiej odnieść niewielki sukces niż utknąć w martwym punkcie. Pamiętaj, że twój lekarz nie musi zgadzać się z tobą w każdej kwestii. Aby przekonać się, czy masz do czynienia ze specjalistą otwartym na alternatywne metody leczenia, wystarczy, że usłyszysz od niego jedną z tego rodzaju opinii:

"Przyjmowanie witamin nie wpłynie negatywnie na twoje zdrowie".

"Wiem, że coraz więcej osób decyduje się na ich przyjmowanie".

"Niedawno brałem udział w seminarium w tej sprawie".

"Spróbujmy!".

"Proszę dać mi znać, jak sprawdza się kuracja".

"Wspominałem o tym innym pacjentom".

10. Nie kryj się z pozytywnymi opiniami. Lekarze uwielbiają słyszeć, że "ich" leczenie przynosi efekty, kiedy więc tylko uznasz to za stosowne - informuj swojego specjalistę, że dobrze się czujesz. W odpowiedzi usłyszysz prawdopodobnie: "Cokolwiek robisz - rób to dalej", czyli słowa potwierdzające twój samodzielny sukces.

Pieniądze czy zdrowie?

Na pewno zorientowałeś się już, że polityka dostępności leków dla wszystkich nie rozwiąże naszego problemu z chorobami, podobnie jak wręczenie wszystkim karabinów nie rozwiąże problemów związanych z przestępczością. Kolejne szczepionki nie zapobiegną rozwojowi chorób układu krążenia, odpowiedzialnych za około połowę wszystkich zgonów w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem przynajmniej połowie chorób można zapobiegać, ponieważ wynikają one wyłącznie z niezdrowego trybu życia i nieodpowiednich nawyków żywieniowych. O prewencji mówi się jednak wyłącznie przy pomocy frazesów, ignorując jednocześnie fakt, że styl uprawiania medycyny w USA (opierający się na rozróżnieniu między stanem przewlekłym a stanem kryzysowym) przekłada się na straty w wysokości ponad biliona dolarów rocznie.

Ja sam mocno wierzę w to, że inna, rzadziej uczęszczana droga jest lepsza i powinniśmy wybrać ją już dawno. Ścieżka, o której mówię, to droga osobistej odpowiedzialności za zdrowie, kapitalnego przebudowania naszej diety, a czasem - o ile wymaga tego sytuacja - agresywnej kuracji dużymi dawkami witamin, która powinna zastąpić kurację konwencjonalnymi lekami. Najbliższa profesjonalnego opisu takiego podejścia jest naturopatia, czyli uporządkowana nauka dotycząca naturalnego uzdrawiania. Droga naturopatii wciąż stoi przed nami otworem i bardzo ważne jest, byśmy mówili o tym lekarzom, studentom i pacjentom, którzy zmieniając swoje życie, mogą w znacznym stopniu poprawić stan swojego zdrowia.

Misja, która przed nami stoi, nie będzie jednak łatwa. Osobiście znam lekarzy, którzy za paranie się naturalnymi metodami leczenia zostali wygryzieni ze stanu Nowy Jork przez swoich "kolegów" po fachu. Taka sytuacja nie jest zresztą niczym nowym. Już od XIX wieku Amerykańskie Towarzystwo Medyczne (AMA) i jego klony prowadzą otwartą wojnę z jakąkolwiek konkurencją, która mogłaby zagrozić ich lukratywnemu monopolowi na rynku zdrowia. Do czego doprowadziło nas takie działanie? Odpowiedź należy do ciebie. Ja dodam tylko, że jednym z najczęściej zadawanych mi przez czytelników pytań pozostaje: "Czy możesz powiedzieć mi, gdzie mogę znaleźć lekarza stosującego naturalne metody terapii?".

Amerykański system opieki zdrowotnej jest drogi, nieskuteczny i dysfunkcyjny i nawet najbardziej kreatywne finansowe manewry nie są w stanie tego zmienić. Ignorowanie skuteczności kuracji wysokimi dawkami witamin i bagatelizowanie znaczenia wegetariańskiej diety skazuje go na porażkę, a przekazywanie odpowiedzialności za zdrowie pacjenta w cudze ręce przyczynia się do jego klęski. Jedyną metodą objęcia opieką zdrowotną wszystkich ludzi jest przekazanie im odpowiedzialności za własne zdrowie. Ludzie potrzebują konkretnych instrukcji, które umożliwią im zadbanie o swój organizm, jednak mimo to nie mają do nich dostępu.

Największy wpływ na nasze ciało ma to, w jaki sposób postępujemy z nim każdego dnia, fundamentalne znaczenie mają więc tryb życia i wybory, których dokonujemy. W tej bitwie nie ma zewnętrznego wroga, a "kolejne badania" nad minerałami i witaminami naprawdę nie są konieczne. Ciężka praca została już wykonana, wyniki opublikowano, a mimo to opinia publiczna pozostaje w stanie beztroskiej niewiedzy. Jak to możliwe?

Jednym z domniemanych wyjaśnień jest fakt przyjaznych relacji medycznego i medialnego establishmentu. Koneksje lobby firm farmaceutycznych i środowisk lekarskich z mediami głównego nurtu przekładają się na zalewanie świata informacji przekazem pochodzącym od najsilniejszych, największych i najbogatszych.

To, co poprawne polityczne, popularne i proste do przekazania staje się słyszalne, to, co słyszalne, jest finansowane, a to, co jest finansowane, staje się rzeczywistością. Medyczne polowanie na czarownice, promowanie "cudownych" leków na raka czy AIDS... wszystko to wpisuje się w opisany stan rzeczy. Inwestycje branży farmaceutycznej w tego rodzaju projekty są bardzo wysokie, a co za tym idzie - wysokie są również przeznaczane na nie fundusze. Media bardzo chętnie godzą się na współpracę z branżą, ponieważ celebrycki styl medycznej krucjaty świetnie sprzedaje zarówno kolejne numery gazet, jak i poświęcony na reklamy czas antenowy. Gdyby tego było mało - wspomniani już lobbyści AMA to najwięcej wydająca grupa nacisku w całych Stanach Zjednoczonych. Taka sytuacja sprawia, że wyczuwający koniunkturę politycy uchwalają dziś coraz to nowe prawa sprzyjające konwencjonalnym rozwiązaniom medycznym i rozdają coraz to nowe fundusze potrzebne do ich rozwoju.

Biorąc pod uwagę, jak nikłym zainteresowaniem cieszą się badania nad witaminami i jak słabo są one dofinansowane, fakt, jak dobrze się je prowadzi, może wydawać się zaskakujący. Zaskakująca jest również zgodność pracujących nad nimi badaczy, którzy jednogłośnie podkreślają trzy zawstydzające, płynące z nich konkluzje:

1. Dieta przeciętnego Amerykanina jest naprawdę fatalna i obfituje w zastraszające ilości chemikaliów, kalorii i białka zwierzęcego. Jednocześnie brak w niej najczęściej błonnika i wielu najważniejszych witamin i minerałów.

2. Zmiana krajowych zaleceń dietetycznych dotyczących zarówno diety, jak i jej suplementów jest niezbędna, ponieważ nawet niewielki wzrost spożycia witamin i minerałów może zapobiegać występowaniu wielu chorób, w przypadku których konieczne jest leczenie kliniczne.

3. Większość obywateli posiada wyłącznie mgliste pojęcie o problemie opisanym w punkcie pierwszym, zupełnie nie zdaje sobie sprawy z potrzeby opisanej w punkcie drugim, a dodatkowo nie jest zainteresowana podjęciem w tej sprawie jakiegokolwiek działania.

Ja sam nie jestem w stanie uwierzyć, jak wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, że wysokie dawki witaminy C mogą być stosowane jako bezpieczny antybiotyk, lek antywirusowy i środek przeciwhistaminowy. Najbardziej dziwi mnie jednak skala żywieniowej dezinformacji wśród lekarzy, z których większość nie czyta chyba przeznaczonych dla nich czasopism.

Zabiegani specjaliści zdają się polegać na informacjach dostarczanych im przez koncerny farmaceutyczne, ponieważ podobnie jak dzisiejsi telewidzowie szukają oni skondensowanej "wiedzy", którą można przyswoić w kilka minut. Tymczasem firmy farmaceutyczne czerpią zyski z produkcji opatentowanych leków, a nie sprzedaży witamin. Na handlu prednizonem można dorobić się bowiem o wiele bardziej niż dostarczając ludziom pirydoksyn (witamin B6). Recepty generują sprzedaż, a lekarze nie muszą wydawać na to ani centa. Zauważmy jednak, że niezależnie od tego, czy brak zainteresowania odżywianiem wynika ze słabej opłacalności, braku politycznego przebicia czy braku odpowiednich nawyków, jego efekt jest identyczny: pogorszenie stanu zdrowia, czyli totalna porażka pacjentów.

Celem tej książki jest rozwiązanie tego problemu i dostarczenie ci zarówno faktów, jak i motywacji. Od tej chwili, tylko od ciebie zależy, czy zaczniesz żyć zdrowo, korzystając ze wszystkich dostępnych ci narzędzi. Drobiazgowa wiedza na temat odżywania i działania wysokich dawek witamin połączona z wewnętrzną potrzebą dbania o swoje zdrowie to iskra, która może rozniecić wielki ogień. Lektura mojego poradnika ma być tą iskrą i właśnie dlatego zawarłem w niej osobiste przekonania, treści, które pomogą ci się zmotywować, oraz tak często przeoczaną naukową wiedzę, potrzebną zarówno studentom, jak i wszystkim pacjentom. Mój projekt to rezultat ponadtrzydziestopięcioletniej pracy autora tekstów medycznych i pedagoga w dziedzinie naturopatii.

Jednym z popularnych haseł lat sześćdziesiątych był slogan "A gdyby wszczęli wojnę i nikt się nie stawił?". Dziś możemy zastanowić się, co by się stało, gdyby każdy z nas zaczął regularnie ćwiczyć, odpowiednio się odżywiać, pozbywać się złych nawyków i przyjmować witaminy? Pytanie na nowe czasy mogłoby wówczas brzmieć: "A gdyby każdego objęła opieka zdrowotna, lecz nikt by jej nie potrzebował?". Krok po kroku, osoba po osobie, możemy stworzyć system ogólnego zdrowia, o wiele cenniejszy niż system opieki zdrowotnej.

Naszym problemem może być fakt, że zamiast przyglądać się problemom pojedynczych drzew, patrzymy na problem całego lasu. Zdrowie publiczne to twardy orzech do zgryzienia, jednak jeśli podzielić go na małe cząstki, problem staje się znacznie mniejszy. Zdrowy świat to wielkie wyzwanie, a twierdzenie, że możemy mu sprostać refinansując ten sam, oparty na chorobach model jest niedorzeczne.

Zmiana nawyków i przyzwyczajeń może wydawać się bardzo trudna, ale jest to jedyna pewna metoda umożliwiająca poprawę stanu naszego zdrowia i jedyny sposób na prawdziwe zainspirowanie do tego innych. Moja książka opiera się na edukacji i motywacji tylko jednej osoby. Tą osobą jesteś właśnie ty.

Edukowanie może być kwestią wyboru, motywacja może być traktowana jako oferta. Wiedz więc, że istnieje rozwiązanie i tylko od ciebie zależy, czy zdecydujesz się po nie sięgnąć. Podczas katastrofy Titanica łodzie ratunkowe mogły przyjąć kilkaset pasażerów więcej, jednak aby znaleźć się w szalupie trzeba było:

1) wiedzieć, że statek tonie,

2) zdecydować się na ewakuację. Niestety, wiele z osób, które zginęły, zbyt późno zdało sobie sprawę z możliwości ratunku.

W dzisiejszych czasach mamy dostęp do prawdziwych zdrowych alternatyw, jednak wciąż niewiele wiemy o bezpieczeństwie ich stosowania, stojącej za nimi nauce i prawdziwej leczniczej mocy najprostszych składników odżywczych. Moja książka ma pomóc ci w odkryciu drogi, która wyprowadzi cię z tonącej łajby konwencjonalnej medycyny opartej na skalpelach i tabletkach. Łódź ratunkowa, którą po ciebie wysłałem, może wydawać się niewielka, ale uwierz, że lepiej na nią wsiąść niż zostać na pokładzie statku skazanego na rychłą zagładę.

Uznanie dla książki

Wylecz się sam. Megadawki witamin

To jedna z najlepszych dostępnych na rynku pozycji. Wylecz się sam uwzględnia ogromną ilość informacji na temat stosowania żywieniowej (ortomolekularnej) medycyny w leczeniu niemal wszystkich dolegliwości. Andrew W. Saul okrasza swoje porady szczyptą humoru, co sprawia, że tę ważną książkę świetnie się czyta. Jeśli w każdym amerykańskim domu znajdowałby się egzemplarz Wylecz się sam, nasz świat mógłby wyglądać zupełnie inaczej.

TOWNSEND LETTER FOR DOCTORS AND PATIENTS

Aktualna, dobrze napisana, przystępna pozycja, która pomoże czytelnikom zadbać o swoje zdrowie i może uchronić ich przed poważnymi chorobami.

DR ABRAM HOFFER

Wylecz się sam to wspaniała książka, którą należy docenić zwłaszcza za szczerość przekazu.

Dla wielu z nas może okazać się ona niesłychanie ważna.

DR HUGH D. RIORDAN

Fantastyczna i napisana w naprawdę błyskotliwy sposób książka. Andrew Saul uczy nas poznawania samych siebie.

MARGOT KIDDER

Wylecz się sam to cała masa dobrych rad. Andrew, dziękuję za wszystko, co robisz, by edukować społeczeństwo w sprawie kluczowych aspektów zdrowego życia oraz za to, że pomagasz ludziom unikać konsekwencji korzystania z tradycyjnego systemu opieki zdrowotnej.

DR JOSEPH MERCOLA

Prowokująca i ekscytująca.Wylecz się sam to medycyna żywienia w akcji i choćby dlatego jest to pozycja, która powinna znaleźć się w biblioteczce każdego, kto poważnie myśli o dbaniu o własne zdrowie.

VITALITY MAGAZINE

Wylecz się sam to napisana przez profesjonalistę książka pełna niezwykle przydatnych wskazówek, o których nie pisze się w większości innych pozycji poświęconych odżywaniu.

MIDWEST BOOK REVIEW

Pomimo tego, że Saul w swojej książce cytuje wiele naukowych źródeł i odnosi się do wyników skomplikowanych badań, czyta się ją zaskakująco łatwo.

Przyjęty przez autora styl oparty na rozmowie z czytelnikiem sprawia, że czujemy się jak pacjent, któremu dostarcza się wiedzy i którego otacza się opieką.

NATIONAL LIBRARY BOARD OF SINGAPORE

Propagując kurację witaminami i jednocześnie atakując lekarzy i farmaceutów, Saul nie stroni od ciętych dowcipów.

BATAVIA DAILY NEWS

Wylecz się sam to zachęcająca do działania, praktyczna książka, którą świetnie się czyta. Polecam ją wszystkim, również lekarzom, którzy chcieliby wdrożyć w swojej praktyce program naturalnej opieki zdrowotnej.

DR JOHN I. MOSHER

Fantastyczna pozycja, wielki wkład do nauki.

DR RONALD HOFFMAN

Przez 25 lat pracowałem jako pediatra gastroenterolog. Niestety, w trakcie mojej praktyki lekarskiej niektórzy z moich młodych pacjentów zmarli, ponieważ nie mogłem zaoferować im nic ponad metody, które czasami czyniły ich życie jeszcze mniej szczęśliwym.

Kłopoty z własnym zdrowiem skłoniły mnie do lektury na temat Linusa Paulinga i medycyny ortomolekularnej, która była dla mnie objawieniem na miarę odkrycia ogromnej starożytnej cywilizacji, o której nikt wcześniej nie miał bladego pojęcia.

Po lekturze Wylecz się sam Andrew Saula wezbrała we mnie prawdziwa złość.

Zdałem sobie bowiem sprawę z faktu, że przez 25 lat dawałem zarabiać koncernom farmaceutycznym, sprawiając jednocześnie, że moi pacjenci czuli się coraz gorzej.

Dopiero wtedy pojąłem, że młodzi ludzie cierpiący na przewlekłe zapalenie wątroby, którzy zmarli w oczekiwaniu na przeszczep, mogli zostać wyleczeni, gdyby tylko zastosowano w ich przypadku kurację witaminą C.

Dziś wiem, że moja "toksymolekularna" edukacja medyczna przyniosła moim pacjentom więcej szkody niż pożytku.

To okropne uczucie, a ja wiele oddałbym dziś za to, by moi poważnie chorzy pacjenci w porę sięgnęli po książkę Saula i zrezygnowali z mojej opieki.

Oprócz gorzkich refleksji Wylecz się sam wyzwoliła jednak we mnie także chęć do działania i pchnęła mnie do otwarcia nowej praktyki lekarskiej dla dzieci i dorosłych,

opartej wyłącznie na medycynie ortomolekularnej. W mojej poczekalni z pewnością znajdzie się kilka egzemplarzy Wylecz się sam.

Tak jak wspomniałem - w przeszłości nie udało mi się pomóc niektórym z moich pacjentów. Wierzę, że tym razem będzie inaczej.

EDWARD CICHOWICZ, PEDIATRA GASTROENTEROLOG

Książka Wylecz się sam została przetłumaczona między innymi na język hiszpański, włoski, hindi i chiński.

Skargi i narzekania

"Jeżeli mógłbyś kopnąć poniżej pasa osobę odpowiedzialną za większość

twoich problemów, przez dobry miesiąc nie mógłbyś usiąść."

THEODORE ROOSEVELT

Wdzisiejszych czasach bardzo często stykamy się z działem obsługi klienta, jednak gdy byłem dzieckiem, komunikacja ze sklepami i instytucjami odbywała się za pośrednictwem księgi skarg i zażaleń.

Jasne stawianie sprawy zawsze do mnie przemawiało, dlatego poniżej staram się odpowiedzieć na kierowane w moim kierunku zastrzeżenia:

"Promuje pan wyłącznie produkty, na których jest pan w stanie zarobić".

Nieprawda. Po pierwsze - nie sprzedaję produktów zdrowotnych, witamin ani suplementów diety i nie mam żadnych finansowych związków z ich producentami. Po drugie - celowo unikam promowania jakichkolwiek firm lub preparatów, ponieważ zrujnowałoby to moją wiarygodność. Nie sprzedając tego, co polecam, tracę być może trochę łatwych pieniędzy, jednak zyskuję setki tysięcy czytelników, którzy cenią sobie rzetelne informacje.

"Twój stosunek do spraw, które opisujesz, jest bardzo zdecydowany".

Oj tak! Przez wiele lat powtarzałem studentom i przyszłym pisarzom, że powinni bronić swojego zdania, a moja książka prowokuje nie bez przyczyny. Mahatma Ghandi powiedział kiedyś: "Zadaniem buntownika jest prowokowanie odpowiedzi. Będziemy więc prowokować, dopóki ich nie uzyskamy. To my mamy kontrolę. Nie oni". Moi najbardziej zajadli krytycy to mój największy kapitał. To oni prowokują mnie do pisania kolejnych książek i to im zawdzięczacie pojawienie się drugiej edycji Wylecz się sam.

"W pana książce niewiele mówi się o ziołach".

Cóż, trudno się nie zgodzić, bo choć jestem biologiem, nie jestem zielarzem i znawcą opartej na ziołach medycyny. Wierzę, że pierwsza zasada pisarza powinna brzmieć: "Pisz o tym, na czym naprawdę się znasz" i trzymałem się jej podczas przygotowywania drugiego wydania mojej książki. Dodam jednak, że zawarłem w niej kilka przydatnych i prawdopodobnie unikatowych informacji na temat żywokostu, nagietka i dziurawca.

"Nie jest pan lekarzem".

To prawda, ale pragnę zauważyć, że wielu lekarzy napisało niesłychanie słabe książki na temat zdrowia. Przez moje ręce przewinęło się mnóstwo pozycji na temat depresji, chorób zakaźnych, zapalenia stawów, chorób serca, bezpłodności, ADHD, tocznia, alergii i wielu innych dolegliwości, w których ani słowem nie wspomina się o naturalnym leczeniu i terapeutycznej roli odżywiania. Wszystkie były napisane przez praktykujących specjalistów, którzy tego typu nastawieniem sprawiają, że społeczeństwo nie ma pojęcia o możliwościach medycyny naturalnej w leczeniu poważnych schorzeń. Wylecz się sam to książka, w której zawarłem wiele czysto naukowych odniesień, które sprawią, że powiesz "To jest to!" albo "Oni wszyscy kłamią!". Myślę, że ludzie są zmęczeni dużymi dawkami leków i gotowi na dużą dozę nauki, która przedstawiona w przystępny sposób na pewno padnie na podatny grunt.

Jak (nie) powiedział doktor Leonard McCoy: "Cholera, Jim, jestem nauczycielem, nie lekarzem!", lecz zamiast przepisywać, sam opisuję swoje doświadczenia, bo wiem, że ludzie potrzebują wiedzy na temat alternatywnych metod leczenia. Oferuję ci przydatne informacje. To, jak je wykorzystasz, zależy wyłącznie od ciebie.

"Na rynku istnieją już podobne książki".

W tym takie, które naprawdę warto przeczytać! W bibliografii znajdziesz ich wyczerpujący wykaz, więc jeśli tylko chcesz - zamknij tę książkę i pędź do księgarni!

Zanim to zrobisz, wiedz jednak, że nawet najlepsze książki o naturalnej terapii cechuje często jedna wspólna wada. Zawierają dużo cennych informacji, które czyta się... bardzo źle. Wylecz się sam to inna bajka. To książka, którą naprawdę polubisz, bo choć nie do końca rozumiem dlaczego, mój styl bywa określany między innymi jako "skandaliczny". Myślę, że po lekturze ocenisz to sam i dorzucisz być może kilka innych epitetów.

Moim zdaniem lektura książek o samopomocy powinna być przyjemna. Wiele ważnych informacji na temat medycyny naturalnej nigdy nie trafiło do szerokiej grupy odbiorców tylko dlatego, że okazały się zbyt skomplikowane. Według mnie autor powinien relacjonować czytelnikom wyniki naukowych badań w sposób, w jaki komentator opisuje słuchaczom przebieg meczu. Taki efekt staram się właśnie osiągnąć. Jednocześnie wierzę, że książka na temat zdrowia powinna zawierać mnóstwo praktycznych porad popartych konkretnymi źródłami naukowymi i doświadczeniem ich twórców. Obiecuję, że na kolejnych stronach znajdziesz wiele tego rodzaju wskazówek. Jako wykładowca zawsze lubiłem kołysać naukową łódką i wyławiać z morza nauki coraz to nowe badania potwierdzające istnienie naturalnych alternatyw dla opartej na lekach medycyny.

"Hej, gdzie jest moja choroba?".

Jeżeli przejrzałeś spis treści i indeks i nie znalazłeś interesującego cię tematu, założyłeś być może, że ta książka nie jest dla ciebie. Zauważ jednak, że nie jestem w stanie opisać każdej z tysięcy znanych nam chorób. Książka, która traktowałaby o pełnym spektrum schorzeń, byłaby tak ciężka, że nikt nie byłby w stanie donieść jej do domu!

Jeśli jednak chcesz poćwiczyć swoje bicepsy, możesz wybrać się do księgarni po inną napisaną przeze mnie pozycję - Fire Your Doctor: How to Be Independently Healthy (Zwolnij swojego lekarza, czyli jak być niezależnie zdrowym). Opisuję w niej kwestie, których nie zdołałem poruszyć w Wylecz się sam w podobnym stylu i z tym samym nastawieniem. Dodatkowo jestem redaktorem serii publikacji The Vitamin Cure, ukazujących się nakładem wydawnictwa Basic Health Publications (obecnie Turner Publishing Company). Każda z nich skupia się na konkretnym problemie, w tym na alkoholizmie, alergiach, zdrowotnych kłopotach u dzieci i niemowląt, chronicznym zmęczeniu, depresji, cukrzycy, chorobach oczu, chorobach serca, migrenach czy problemach kobiecych. Kiedy piszę te słowa, wydawnictwo przygotowuje kolejne "odcinki" serii.

Z mojego doświadczenia wynika, że większości czytelników odpowiada poświęcanie poszczególnych rozdziałów konkretnym schorzeniom, jednak muszę podkreślić, że podstawowym założeniem medycyny naturalnej jest "leczenie osoby, nie choroby". W związku z tym wiele poruszanych w niniejszej książce tematów nakłada się na siebie, a informacje dotyczące jednego schorzenia mogą mieć zastosowanie także w przypadku innego. Mówiąc nieco bardziej ogólnie - zmiana diety i stylu życia wpływa na nasze zdrowie w bardzo szerokim wymiarze. Jeśli tylko żyjesz, oddychasz i znasz kogoś, kto kiedykolwiek chorował - ta książka jest właśnie dla ciebie.

"Kładzie pan zbyt duży nacisk na wykorzystywanie witaminy C".

Niestety nie mogę się z tym nie zgodzić. Doktor Abram Hoffer nauczył mnie, że witamina C była ulubioną witaminą Linusa Paulinga. Doktor Pauling ma natomiast o dwa Noble więcej ode mnie, co stanowi dla mnie wystarczający argument, by go słuchać.

"Terapia witaminami to obiecujący obszar opieki zdrowotnej, jednak zanim zaczniemy nimi leczyć, powinniśmy przeprowadzić więcej badań".

Nonsens! Już w 1953 roku istniały tysiące badań, które Bicknell i Prescott skompilowali w podręczniku zatytułowanym The Vitamins in Medicine (Witaminy w medycynie). Lekarze leczący przy pomocy witamin (określani często lekceważącym mianem "szarlatanów") opracowali skuteczne metody leczenia zapalenia płuc, fibromialgii, zapalenia stawów, chorób układu krążenia, przewlekłego zmęczenia, zapalenia mózgu, a nawet polio. Praca więc została już wykonana, a jedyne, co musimy zrobić, to poinformować o niej ludzi. Czy naprawdę tak ciężko w to uwierzyć?

W rzeczywistości nie jest to zresztą kwestia wiary, bo skuteczność terapii witaminami została udowodniona. Dziś nie powinniśmy mieć żadnych wątpliwości, że całe stulecie badań nad witaminami pokazało każdemu czytającemu medyczną prasę lekarzowi, że tak właśnie jest. Niestety, wielu z nich nie zadaje sobie tego trudu lub rezygnuje z lektury, gdy tylko natknie się na kolejny sponsorowany przez branżę farmaceutyczną artykuł lub kolejne wypisywane przez niektórych dietetyków brednie. Jako nauczyciel tysięcy studentów wiem co nieco o byciu zniechęconym i dlatego uważam, że najważniejsze to dostrzec w tym, co nazywamy suplementami, podstawę naszej terapii. Spróbuj i przekonaj się sam. Tak naprawdę liczą się konkretne wyniki, a tu witaminy naprawdę "mają się czym pochwalić". Większość kochających leki lekarzy i dietetyków w końcu to dostrzeże, ale zastanów się, czy opłaca się czekać?

Za każdym razem, kiedy nieugięte siły nauki badają witaminowe terapie, wyniki tych badań są dla nich niezwykle korzystne. Każdego dnia przybywa dowodów na ich skuteczność i każdy może je odnaleźć, chociażby w Internecie. Przeciwnicy witaminoterapii nie mają już dziś żadnych poważnych argumentów i muszą pogodzić się z tym, że odpowiednio wysokie dawki witamin leczą choroby, tak jak ludzkość musiała przyjąć do wiadomości, że ziemia jest okrągła, a ból głowy nie wynika z niedoboru aspiryny.

Oferuję moim czytelnikom to, czego się nauczyłem, co wypróbowałem i co sprawdziłem i pokazuję im, jak zapobiegać i leczyć poważne schorzenia w bezpieczny, niedrogi i skuteczny sposób, bez sięgania po leki. Ja sam bardzo chwalę sobie działanie i rezultaty naturalnej kuracji, a moje nastoletnie dzieci nigdy nie miały do czynienia z antybiotykami. Jedna z telewizyjnych dziennikarek powiedziała mi, że to świadectwo jest najlepszą zapowiedzią programu, jaką mogła sobie wymarzyć, a najwspanialsze jest to, że to wszystko prawda.

Wylecz się sam - zasady naturalnej terapii

Ludzie bardzo często chcą dowiedzieć się o mnie nieco więcej. Niektórzy z nich twierdzą, że jeśli całe to "naturalne leczenie" faktycznie byłoby tak skuteczne, ich lekarz z pewnością by im o tym powiedział. Inni zastanawiają się, dlaczego moje lekcje tak bardzo różnią się od innych wykładów na temat zdrowia. Ja sam zdaję sobie sprawę z tego, że mój czytelnik od początku powinien wiedzieć, jaką ścieżkę obieram i dokąd zaprowadzę go jako przewodnik. I to właśnie dlatego już teraz zapraszam cię do zapoznania się z wyznawanymi przeze mnie "zasadami naturalnej terapii".

ZASADA 1:

Zazwyczaj cena żywności jest odwrotnie proporcjonalna do jej wartości odżywczej. Innymi słowy - najlepsze produkty, które możemy znaleźć w marketach, są często najtańsze, a najgorsze kosztują najwięcej. Brązowy ryż, fasola, warzywa z ogrodu, kiełki z własnej hodowli, owoce z własnych drzew i krzaków... wszystko to jest o wiele lepsze od drogich gotowych dań.

ZASADA 2:

Większość chorób wynika z nieprawidłowego odżywiania. Zasada ta dotyczy nie tylko chorób przewlekłych, ale również chorób wirusowych i bakteryjnych, których moc potęguje się w związku z wybieraniem przez nas nieodpowiedniego pokarmu.

ZASADA 3:

"Leczenie" chorego organizmu lekami to jak czyszczenie zanieczyszczonego jeziora trucizną. Zabijanie drobnoustrojów i maskowanie przyczyn trapiących nas dolegliwości to bardzo krótkowzroczne działanie.

ZASADA 4:

Podstawą przywracania zdrowia powinno być dobre odżywianie, a nie leczenie farmakologiczne. Wszystkie nasze komórki składają się z tego, co jemy i co pijemy. Żadna z nich nie składa się z leków.

ZASADA 5:

Podobnie jak chemiczne opryski nie zastąpią chorej roślinie naturalnego nawozu, tak chemiczne środki nie zastąpią choremu dziecku dobrej diety.

ZASADA 6:

Terapia żywieniowa zwiększa naszą odporność na choroby. Terapia oparta na lekach zwykle ją obniża. Zdrowe rośliny, zdrowe zwierzęta i zdrowi ludzie nie chorują. Lekarze nie przyznają tego otwarcie, bo zdrowi ludzie to nie najlepsi klienci...

ZASADA 7:

W przypadku terapii witaminami tempo powrotu do zdrowia jest proporcjonalne do wysokości zastosowanej dawki. Podobnie jak samolot, potrzebujący do startu odpowiedniej ilości paliwa, ludzkie ciało potrzebuje określonej ilości składników odżywczych, aby zwalczyć chorobę.

ZASADA 8:

Ilość suplementów diety potrzebnych do wyleczenia choroby określa poziom witaminowego niedoboru pacjenta. Zamiast o megadawkach witamin możemy więc mówić o meganiedoborach składników odżywczych.

ZASADA 9:

Terapia żywieniowa jet niedroga, skuteczna i - co najważniejsze - bezpieczna. Wskutek przyjmowania witamin nie umiera ani jedna osoba rocznie.

ZASADA 10:

Suplementacja witamin to nie problem. Problemem jest raczej niedobór substancji odżywczych, a witaminy właśnie go rozwiązują.

ZASADA 11:

Podawana w ilościach nieprzekraczających indywidualnego poziomu nasycenia (tolerancji jelit) witamina C może zastąpić antybiotyki, leki antyhistaminowe, środki przeciwgorączkowe, a także antytoksyny i leki przeciwwirusowe. Poziom "nasycenia" organizmu jest o wiele wyższy, niż mogłoby się wydawać, a "tolerancja jelit" oznacza dokładnie to, o czym myślisz.

ZASADA 12:

Powodem, dla którego jedna substancja może zwalczać tak wiele różnych chorób, jest fakt, że niedobór zaledwie jednej substancji może je wywoływać.

ZASADA 13:

Witaminy mogą działać jak leki, jednak leki nigdy nie działają jak witaminy.

ZASADA 14:

W przypadku witaminoterapii - niezależnie od wielkości dawki, częste, odpowiednio podzielone dozy są bardziej skuteczne. Zasada ta jest szczególnie istotna w przypadku rozpuszczalnych w wodzie witamin B i C.

ZASADA 15:

Aby wyleczyć się samemu, potrzeba mniej, niż ci się wydaje, jednak więcej, niż byś sobie tego życzył. Pamiętaj, nie ma nic za darmo.

ZASADA 16:

Poziom poprawy jest proporcjonalny do włożonego wysiłku. Nie musisz od razu decydować się na idealnie zdrowy styl życia... ale nie zaszkodzi, jeśli spróbujesz!

ZASADA 17:

Za zamieszanie związane z definicją odpowiedniej opieki zdrowotnej odpowiedzialni są ludzie. Przekłamania na temat działania witaminowych suplementów pochodzącą od osób, które straciłyby na triumfie naturalnej medycyny. Szpitale, lekarze, pielęgniarki, dietetycy, politycy, firmy farmaceutyczne - wszyscy mają swój interes w naszych chorobach.

ZASADA 18:

Nieprawdziwe informacje rozsiewają także osoby zajmujące się naturalnym leczeniem. Mowa tu o dystrybutorach witamin, firmach produkujących suplementy, a nawet o lekarzach próbujących zagarnąć jak największe udziały w rynku. Ignoruj ich wysiłki i pamiętaj, że autor tej książki nie ma żadnych finansowych związków z przedstawicielami branży.

ZASADA 19:

Wartościowa wiedza na temat zdrowia nie przeterminuje się ani za dziesięć, ani za sto lat. "Nowy" nie oznacza automatycznie lepszy lub bardziej dokładny, a "stare" badania są często bardziej wiarygodne. To, co prawdziwe i skuteczne, nigdy nie staje się nieaktualne. Posty, dieta wegetariańska i jej warianty, stosowanie suplementów diety oraz inne niefarmaceutyczne metody przetrwały próbę czasu, podobnie jak teorie Einsteina czy Karta Praw.

Wstęp do drugiego wydania

Przez prawie dziesięć lat kompilowałem "listę życzeń" tworzoną na bazie uwag przesyłanych mi przez czytelników z całego świata. Pierwsze wydanie Wylecz się sam ukazało się łącznie jedenaście razy i zostało przetłumaczone na kilka obcych języków, w tym chiński. W nowej edycji mojej książki pragnę wykorzystać cierpliwość, jaką darzą mnie moi czytelnicy, i przedstawić nowe, alternatywne metody leczenia dolegliwości, o których wcześniej nie wspomniałem. W związku z tym, że ich lista jest dość długa, w niektórych przypadkach omówię je skrótowo.

Na początku chciałbym jednak odnieść się do waszego zdrowego rozsądku i zaznaczyć, że nie jestem lekarzem, a przedstawione tu metody to opinie, które można rozważyć. Proste recepty na trapiące nas schorzenia to prawdziwa rzadkość, dlatego chciałbym, abyście nie traktowali tego, co tu przeczytacie, jako pełnej wiedzy czy kompletnej historii. Jeśli jednak przedstawiony przeze mnie pomysł wyda wam się czymś nowym lub - co więcej - będzie czymś nowym dla waszych lekarzy - być może warto przyjrzeć mu się bliżej?

Pragnę podkreślić, że jeśli naprawdę chcemy żyć w zdrowiu i zapewniać zdrowie naszym rodzinom, musimy być ciekawi i poddawać się naszej chęci poznania. Znany uczony, laureat Nagrody Nobla, Linus Pauling, powiedział kiedyś: "Sposobem na dobry pomysł jest mieć jak najwięcej pomysłów", a pierwsze słowa, jakie doktor Abram Hoffer usłyszał w szkole medycznej, brzmiały: "Połowa rzeczy, których was nauczymy, to nieprawda... I niestety - nie wiemy, która to połowa".

Czy takie nastawienie to powód do zmartwień? Być może tak, ale wiecie, co martwi mnie bardziej? Fakt, że Stany Zjednoczone wydają prawie trzy biliony dolarów rocznie na opiekę nad chorymi... Opiekę, która bardzo często nie działa i która prawie nigdy nie opiera się na odpowiednim odżywianiu. Tymczasem już pół wieku temu doktor Roger J. Williams powiedział: "Jeśli masz wątpliwości, najpierw zajmij się odżywianiem", a my wciąż nie doceniamy profilaktycznych właściwości dobrej diety i zdrowego trybu życia, a kiedy jesteśmy chorzy, w pierwszej kolejności sięgamy po leki. Lekarze prawie zawsze zamiast witamin przepisują nam lekarstwa, ale musimy wiedzieć, że możemy i powinniśmy to zmienić.

Pewnego razu wygrałem z moją dorosłą córką partię Scrabble zaledwie jednopunktową różnicą. Jej zdaniem nie była to imponująca wygrana, ale ja uważałem, że zwycięstwo to zwycięstwo.

Pamiętajmy, że siedemnasty prezydent USA - Andrew Johnson uniknął impeachmentu ledwie jednym senatorskim głosem, a nie tak dawno Al Gore przegrał wybory prezydenckie dosłownie o włos. Niewielki, ale wystarczający, by uniemożliwić mu przeprowadzkę do Białego Domu. Mnóstwo decydujących o mistrzostwie meczów zakończyło się bardzo nieznaczną wygraną, a wiele decyzji sądu najwyższego przeszło tylko jednym głosem.

Pewnie domyślacie się, co chcę powiedzieć, ale to naprawdę niezwykle ważne. Jedna osoba naprawdę się liczy i sama może zmienić świat.

Legenda głosi, że w latach trzydziestych ubiegłego wieku humorysta Will Rogers zasiadał w radzie nadzorczej jednej z linii lotniczych. Podczas jednego z zebrań włodarze rozważali możliwość wyposażenia pasażerów w spadochrony, z których mogliby oni skorzystać w nagłych wypadkach. Omawiając tę sprawę, uznali jednak, że większość nie zdążyłaby ich założyć, a ci, którym by się to udało, mieliby trudności z dotarciem do wyjścia ewakuacyjnego. W końcu stwierdzono, że na kilkunastu pasażerów zaledwie jeden ocalałby dzięki spadochronowi. Rogers miał wówczas odchylić się na fotelu, położyć stopy na stole, zsunąć na oczy kapelusz i powiedzieć: "Ale czyż szczęśliwiec nie poczułby się mile połechtany?".

Krytycy naturalnych metod leczenia często chwytają się argumentu, że nie są one w stanie uzdrowić wszystkich pacjentów. Warto spytać jednak - jakie to ma znaczenie? Przecież chodzi ci przede wszystkim o to, by uzdrowiły ciebie lub kogoś z twoich bliskich.

Współczesna medycyna oparta na lekach i zabiegach to - lekko licząc - trzecia wiodąca przyczyna zgonów w Stanach Zjednoczonych. Niektóre szacunki stawiają ją na pierwszym miejscu śmiertelnego rankingu.

Null G, Dean C, Feldman M, Rasio D. 2005. Death by medicine. J "Orthomolecular Med" 20(1):21-34 http://orthomolecular.org/library/jom/2005/pdf/2005-v20n01-p021.pdf.

Linus Pauling obliczył, że współczynnik zapadania na choroby i związana z nimi śmiertelność mogą być obniżone nawet o 25%, jeśli tylko każdy z nas przyjmowałby codziennie duże dawki niezbędnych witamin. Załóżmy jednak, że jest to zbyt optymistyczne założenie i przyjmijmy, że poprawa wyniosłaby "ledwie" 5%. Zakładając, że każdego roku umiera ponad dwa miliony Amerykanów, możemy obliczyć, że taka zbiorowa kuracja uratowałaby życie 100 000 osób. Tak wielu pogrzebów rocznie można by uniknąć.

Kiedy ja sam będę odchodził z tego świata, mam nadzieję, że będę mógł myśleć, że udało mi się uratować komuś życie. Wiedząc, że ocaliłem sto tysięcy osób, byłbym znacznie bardziej szczęśliwy. Co więcej - Linus Pauling miał rację i z czasem bylibyśmy w stanie ocalić miliony istnień.

Pamiętajmy, że na świecie istnieją dwa rodzaje ludzi, którzy kupują cadillaki - ci, których na to stać i ci... których na to nie stać. Jeśli chodzi o chorych, oni także dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to ci, którzy nie chcą zmienić swojego stylu życia, a druga - ci, którzy chcieliby to zrobić, ale nie wiedzą, od czego mieliby zacząć. Poszukiwaczy złota i poszukiwaczy lepszego zdrowia łączą przynajmniej trzy rzeczy:

Po pierwsze - muszą chcieć się wzbogacić.

Po drugie - muszą wiedzieć, gdzie szukać.

Po trzecie - muszą zacząć szukać!

Więc szukajcie. Zdobywajcie wiedzę. Bądźcie okazami zdrowia i pokażcie światu, na co was stać. Nigdy nie zapominajcie o tym, że sami możecie wiele zmienić, a wyruszając w swoją podróż, zabierzcie ze sobą tę książkę.

Jeśli nie ze względu na zawarte w niej rady, to choćby dlatego, że papier to papier, a w publicznych toaletach czasami go brakuje! Z drugiej strony... zastanówcie się: stosując megadawki witaminy C, certyfikowany przez komisję zdrowia pulmonolog Frederick Klenner wyleczył ostre zapalenie wątroby w dwa dni, a wirusowe zapalenie płuc w trzy.

I między innymi dlatego - uwielbiam tę pracę.

Andrew W. Saul, lipiec 2012 r.

Jak korzystać z tej książki

1. Możesz odszukać konkretną chorobę w spisie treści bądź indeksie lub:

2. Możesz przeczytać tę książkę od deski do deski i przekonać się, w jak dowcipny i fascynujący sposób piszę, lub:

3. Możesz przeczytać tę książkę od deski do deski, aby dostrzec wyłaniający się z niej holistyczny obraz naturalnego stylu życia i na tej podstawie zmienić swoje nawyki.

Nikt nie interesuje się witaminami i to właśnie dlatego nikt nie troszczy się o zdrowie tak, jak powinien. Zarówno zajęci lekarze, jak i zdesperowani pacjenci chcą wiedzieć jedynie jak leczyć choroby. Od ponad trzydziestu pięciu lat wykładam na temat naturalnej opieki zdrowotnej i prawie nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć: "Opowiedz mi więcej o biochemii stojącej za witaminoterapią". Moi słuchacze zadają mi zazwyczaj to samo, wszechobecne pytanie - "Po które witaminy mam sięgnąć, by wyleczyć taką a taką chorobę?".

W związku z tym moja książka nie traktuje o witaminach, ale o chorobach, które da się z ich pomocą wyleczyć. Jest też o tym, jak (na wiele różnych sposobów) możesz "zwolnić swojego lekarza". Jeśli kiedykolwiek zechcesz wywołać u kogoś senność, zacznij opowiadać mu o odżywianiu, witaminach od A do E i produktach, w których można je odnaleźć. Gwarantuję ci, że twój słuchacz zdąży usnąć, zanim skończysz omawiać witaminy z grupy B.

Mam nadzieję, że moja książka i zamykająca ją bibliografia przyda się pacjentom, którzy starają się przekonać swoich "farmakofilnych" (to jest: kochających leki) lekarzy, aby przynajmniej w pewnym stopniu zainteresowali się witaminoterapią. Wkrótce przekonasz się, że uczucie towarzyszące uciszeniu zgryźliwych komentarzy lekarza serią naukowych odnośników i cytatów jest naprawdę bezcenne. Nawet największe lekarskie konserwy nie oprą się bowiem sile argumentów zgromadzonych w recenzowanych czasopismach medycznych.

Jeśli łakniesz dodatkowego zastrzyku informacji lub jeśli wciąż potrzebujesz odpierać argumenty, że badania na temat witamin są niewystarczające, zaopatrz się w Orthomolecular Medicine for Everyone (Medycyna ortmolekularna dla każdego) Abrama Hoffera i How to Live Longer and Feel Better (Jak żyć dłużej i czuć się lepiej) Linusa Paulinga.

Jeśli jednak mimo to (a uwierz mi - jest to możliwe!) - twój lekarz nadal nie będzie przekonany - wiedz, że taka postawa, choć zgodna z ludzką naturą, jest jednak zupełnie nienaukowa. Specjaliści czują dyskomfort, kiedy pacjent, którym się opiekują, wie więcej niż oni sami, jednak to nie powinno odstraszać ich od racjonalnego działania. Jeśli dana terapia jest przebadana i bezpieczna, naprawdę nie ma powodów, by po nią nie sięgnąć. Lekarze zdają sobie z tego sprawę, ale ich wiedza na temat odżywiania jest zazwyczaj na tyle mała, że nie czują się na siłach, by oprzeć na niej kurację. Stąd właśnie bierze się ich zażenowanie, ale również stąd powinna brać się chęć dostarczania im wiedzy, której tak bardzo potrzebują.

Oczywiście, zanim zaczniesz uczyć swojego lekarza, musisz trochę poczytać, ale podobnie jak słowników, książek na temat witamin nie trzeba czytać od początku do końca. Fakt, że nie przeczytałeś jeszcze o alergii, nie znaczy, że nie możesz wypowiadać się na temat zapalenia, dlatego zacznij od schorzeń, które naprawdę cię interesują.

Większość z nas sięga po zdrowotne poradniki w celu szybkiego wyleczenia własnych dolegliwości lub zwalczenia choroby, która dotknęła ich bliskich. Właśnie dlatego Wylecz się sam przedstawia wiele protokołów (ułożonych w plan działania instrukcji), dzięki którym w naturalny sposób można poradzić sobie z danym problemem. Oprócz konkretnych poleceń w mojej książce znajdziesz również opisy doświadczeń i osobistych przeżyć. I przyznam ci się, że to właśnie o nich pisze mi się najprzyjemniej.