Anna
Anna Maria przyszła na świat w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku.
- Urodziłam się w niewielkiej i pięknej miejscowości w południowej Polsce, o statusie uzdrowiska, usytuowanej nad malowniczo wijącą się rzeką. Moja pięcioosobowa rodzina funkcjonowała skromnie w niewielkim domku przytulonym do zbocza wzgórza, na uboczu miejscowości. Miałam już znacznie starsze rodzeństwo, dwóch braci i siostrę. Dla nas wszystkich niewiele było miejsca w małym domu, więc kolejno każde z nich dążyło do ukończenia potrzebnych szkół i usamodzielnienia się. Ojciec prowadził małą piekarnię i sklepik z nabiałem, mama pomagała mu w pracy. Dobrze radziła sobie z rachunkami, więc zajmowała się w piekarni prowadzeniem księgowości i sporządzaniem niezbędnej korespondencji. Była na stałej rencie z powodu dużej niesprawności prawej i częściowo lewej ręki. Przyczyną tego stanu był nieszczęśliwy wypadek w dzieciństwie, pod koniec wojny jej brat przyniósł do domu niewybuch i dał do przytrzymania młodszej siostrze. Pocisk wybuchł. Dziesięcioletnia wówczas mama doznała dotkliwych obrażeń rąk. Z powodu tej kontuzji przeszła w wieku dorosłym na rentę. Mając już po wielu latach rodzinę, zajmowała się, oprócz pracy w piekarni, przydomowym dobytkiem i wychowywaniem dzieci. O okolicznościach mojego przyjścia na świat opowiadała mi nieraz po latach. Przedstawiało się to nawet humorystycznie.
Mama, krzątając się po podwórku któregoś ciepłego sierpniowego dnia, usłyszała wesoły głos sąsiada z pobliskiego gospodarstwa:
- Witam, sąsiadko. Przyjemną mamy pogodę, sierpień całkiem ładny. Zauważyłem, że coś nasz bocian już dosyć długo krąży nad waszym domem - zakończył z przyjaznym uśmiechem.
- Jakby chciał co przynieść - odparła mama, odwzajemniając uśmiech, chociaż nie było jej tak całkiem do śmiechu.
Mama potwierdziła, że bocian rzeczywiście z upodobaniem krążył wtedy w pobliżu i nadlatywał nad nasz niewielki domek. Bociania rodzina gniazdowała od lat nad pobliskim potokiem. Młode prawie dorosły i zbierały siły do opuszczenia gniazda. A mama faktycznie od niedawna czuła się inaczej. Miała już trójkę dzieci, więc znała to przeczucie. Mojemu tacie nic na razie nie wspominała, chociaż zaskoczył ją pewnego dnia komplementem:
- Coś ostatnio pięknie wyglądasz, jak różyczka.
- Oj, niedługo rozkwitnę. Zobaczysz, jaki będziesz zaskoczony - odparła mama niby zdawkowo, ale też nieco rozbawiona.
Mimo wszystko czuła się dziwnie, bo trójka dzieci była już duża, w wieku niemal od jedenastu do osiemnastu lat...
- Ale co robić- rozmyślała. - Jak Bóg daje życie, to trzeba je przyjąć.
Miesiące mijały na zwyczajowych zajęciach. Praca, dzieci, dom. Nadeszła wiosenna pora i czas moich narodzin, kolejnego członka rodziny. Kiedy tato przyjechał do szpitala, okazało się, że urodziła się dziewczynka.
- No to mamy drugą córkę - zagadnął do mamy. - Jest ich teraz po równo, dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Katarzyna już duża, to się zajmie małą, jak będzie trzeba.
Kiedy wrócił do domu, oznajmił wyczekującej niecierpliwie trójce rodzeństwa, że mają siostrę.
- U mamy i małej wszystko w porządku - powiadomił spokojnie i zaraz dodał poważnym tonem. - To macie teraz bojowe zadanie. Zanim mama wróci ze szpitala, macie wymyślić dla siostry imię.
Mimo że moje rodzeństwo było już duże, wesoło i z zapałem zabrało się do wymyślania imienia, jak wynikało z ich późniejszych wspomnień. Opowiadali, ile mieli przy tym zabawy.
- Może damy Radosława, Radzia? - zaproponował rozbawiony najstarszy brat.
- Co ty, takie głupie? - odparowała siostra. - Ja chciałabym Zosię.
- A ja wolałbym Pelagia - zaproponował Wojtek.
Wszyscy wybuchli śmiechem na dźwięk imienia, które było znane z satyrycznych wówczas programów kabaretowego duetu, Bohdana Smolenia i Zenona Laskowika, gdzie pierwszy z nich komicznie odgrywał rolę Pelagii.
- A ja chcę Petronelę - ponownie zawołał wesoło najstarszy z rodzeństwa.
Pomysły się mnożyły i długo padały żartobliwe propozycje, a rodzeństwo świetnie się bawiło, wymyślając dla mnie kolejne imiona.
- Klaudyna, Bronia, Lilunia. O! Albo Agata.
- Tak, ta co nogą zamiata - zawołała rozbawiona Kasia.
I znowu śmiech i wymyślanie następnych, coraz zabawniejszych imion. Zaśmiewali się podobno do łez.
Wreszcie mama wróciła do domu z małą dziewczynką.
- No to mamy w domu Annę - oznajmił zdecydowanie tata. - Będzie miała na imię Anna Maria.
- No tak! - odezwała się rozczarowana Kasia - bo twoja ulubiona piosenka, to Anna MariaCzerwonych Gitar. To po co kazałeś nam wymyślać imiona?
- A po to, żebyście mieli zajęcie - odparł zadowolony ojciec.
- Przynajmniej mieliśmy dobrą zabawę - dodał ugodowo Wojtek. - Żebyście wiedzieli z mamą, jakie mieliśmy pomysły?
- To lepiej się stało, że ja wymyśliłem - podsumował wtedy tata.