ROZDZIAŁ I
Od kilku dni nieustannie mżyło, ale tego ranka gęste drobne kropelki deszczu zmieniły się w prawdziwą ulewę. Dopiero po południu zaczęło się przejaśniać. Ulica Staffa zawsze wyglądała ponuro, a odkąd deszcz nie ustępował, nad kamienicami unosiła się mglista szaruga. Tego lipcowego dnia 2008 roku nie przejechał tędy żaden samochód, dlatego widok tylu rozgniecionych żab wzdłuż asfaltowej drogi był zjawiskiem co najmniej dziwnym.
Dziewczyna w ciemnej kurtce i czarnych kaloszach omijała małe trupki płazów, dopatrując się przeróżnych szlaczków ułożonych z ich małych ciałek. Spod kaptura wystawały czarne kosmyki włosów, których długość z obu stron była różna. Z jednej strony pasma sięgały jej do ramion, z drugiej natomiast głowę miała ogoloną, co uwidaczniało czarnego pająka – tatuaż, który zafundowała sobie na piętnaste urodziny. Odsłonięte ucho było poprzekłuwane różnymi kolczykami. Jeden z nich tworzył tunel – niezbyt duży, ale wystarczający, żeby przełożyć przez niego palec.
Deszcz siąpił lekko, a mimo to odgłos uderzających o kaptur kropel przypominał jej odgłos gradu uderzającego o blachę. Szła lekko pochylona, trzymając ręce w kieszeniach, co jakiś czas podskakiwała, chcąc ominąć stado zdechłych żab. "Ale tu tego cholerstwa! " – pomyślała, gdy któryś raz z rzędu przechodziła obok stosika umarłych. Wzdrygnęła się z obrzydzenia, choć wiedziała, że za pięć minut przyjdzie ulewa, dzięki której wszystkie trupki spłyną wraz z deszczem do studzienki, a ze studzienki być może przedostaną się do podziemnych bunkrów.
Liczba korytarzy, komór i przejść składająca się na podziemny schron nikomu nie była znana, ale każdy mieszkaniec wiedział, że w 1988 roku znaleziono tam zwłoki chłopaka. Idąca ulicą dziewczyna nie przypuszczała, że historia się powtórzy i od tego lipcowego popołudnia minie raptem parę dni do chwili, gdy w podziemiach znów będzie leżało czyjeś ciało.
Wiele osób pamięta ten tragiczny sierpień 1988 roku. Dwa makabryczne wydarzenia wstrząsnęły wtedy miasteczkiem. Najpierw wybuchł pożar w budynku dla niepełnosprawnych, później w bunkrach zmarło dziecko. Choć od tamtych wydarzeń minęło dwadzieścia lat, ci, co je pamiętają, straszą tych, którzy o wstrząsającej historii dowiedzieli się z opowieści. I straszą ich skutecznie, bo niemal wszystkie dzieciaki omijają bunkier szerokim łukiem, jakby to on był źródłem potworności.
Z daleka dobiegał stukot przejeżdżającego pociągu. Wszyscy w tym miasteczku byli przyzwyczajeni do tego hałasu, bo pojawiał się średnio co dwanaście minut. Z ulicy Staffa nie dochodził natomiast żaden odgłos, prócz tego, który powodowały ulewa i kalosze dziewczyny wpadające w kałuże i bryzgające dookoła wodą. Asfalt już dawno zaczął przypominać dziurawy papier ścierny, dlatego w wyszczerbieniach i zapadlinach gromadziła się woda.
Dziewczyna przechodziła właśnie obok szeregu przedwojennych kamienic, oddzielonych podwórkami – to właśnie te budynki czyniły tę ulicę ponurą i mroczną. Były stare, zniszczone i wyglądały jak wyjęte z czarno-białej fotografii, której właściciel nie darzył szczególnym sentymentem. Znajdowały się po obu stronach ulicy Staffa, były identyczne, co z kolei przechodnie nazywali fatamorganą.
Gdy weszła do jednej z klatek, woda z jej kurtki zaczęła skapywać na kamienną podłogę, pozostawiając mokre plamy. Rozejrzała się wokół siebie, próbując dostrzec cokolwiek, czego mogłaby się chwycić, ale panowały tu egipskie ciemności.
– Nienawidzę tego miejsca! – powiedziała do siebie ze złością. – Nie ma tu nawet normalnego włącznika światła.
Trochę czasu minęło, zanim dziewczynie udało się oświetlić klatkę. Żarówka wydawała odgłos jakiegoś bzyczenia, jakby zaraz miała się spalić.
Czarny kot sąsiadki zdążył ją minąć i zatrzymać się na jednej z wycieraczek, kiedy zorientowała się, że ktoś ściągnął z drzwi tabliczkę z nazwiskiem pana, który zmarł tydzień temu. Ogarnęło ją jakieś przygnębienie. Patrzyła na ślady świeżo ściągniętej tabliczki, wspominając pogrzeb sąsiada – pierwszy pogrzeb człowieka, którego znała. Nie płakała; nigdy nie płakała publicznie, uważała to za obciach.
– Odczep się – powiedziała, gdy miauczenie kota wyrwało ją z rozmyślań.
Z piwnicy dochodził zapach wilgoci i starego grzyba. Czasami docierały odgłosy miauczących kotów. Weszła na pierwsze piętro i otworzyła drzwi znajdujące się najbliżej schodów. Wchodząc do przedpokoju, rzuciła na podłogę służący jej za torbę czarny worek, z przyszytą przez siebie białą czaszką. Klamkę od drzwi pokoju młodszego brata miała na wysokości brzucha, ale rzadko z niej korzystała. Z całej siły kopała, póki nie wyważyła drzwi.
– Dostałeś od ojca kasę?! – krzyknęła, ale siedzący przy biurku chłopiec nie oderwał oczu od kartki papieru.
Malował żaby, widocznie nie tylko dziewczynę poruszył widok ich trupków, ale w jego wersji wydarzeń spotkał je inny los niż w rzeczywistości – przeskakiwały z zielonej trawy i wpadały do kałuży.
– Odpowiadaj, gnoju, dostałeś czy nie?! – Chłopiec nie reagował. – Dostałeś, kurwa?! – wrzasnęła raz jeszcze i uderzyła brata w głowę.
Na kartkę papieru natychmiast chlusnęła krew. Teraz urocze żabki topiły się w plamie rzadkiej czerwonej farby, razem z okularami, które zleciały dziecku z nosa.
Gdy człowiek patrzył na tego chudego, wątłego chłopca o zbyt bladej i lekko wykrzywionej buzi, myślał: "Ale mi go szkoda " lub "Dobrze, że ja nie jestem taki brzydki ". Rzadko u kogo potrafił wzbudzić agresję. Wygląd kogoś upośledzonego wywołuje raczej dwa uczucia: współczucie lub wstręt, albo współczucie i wstręt jednocześnie. U Olgi wywoływał coś więcej niż wstręt – kierowała nią nienawiść, ale nie do chłopca, a do czegoś lub kogoś, kto pozwolił mu się takim urodzić; niektórzy nazywają go Bogiem, inni genetycznym przypadkiem. Za każdym razem, gdy patrzyła na brata, myślała, że świat jest cholernie niesprawiedliwy. Więc w jej przypadku agresję wywoływał żal, taki ogólny, na całokształt rzeczywistości.
– Olga, wyjdź! Co ty wyprawiasz?! – usłyszała za sobą głos ojca. – Przynieś ręcznik, szybko! Coś ty narobiła?! – krzyczał ojciec, ale rozległ się trzask i dziewczyny już nie było w mieszkaniu, a chłopiec pochylał się nad swoją pracą i patrzył, jak krew i kapiące mu z oczu łzy topią żaby, dlatego płakał jeszcze mocniej.
*
Olga wybiegła na zewnątrz. Już nie padało. Sięgnęła do swojej torby i wyciągnęła paczkę papierosów. Pierścionki o dziwnych kształtach zdobiły jej każdy palec. Odpaliła pierwszą fajkę, ale wypadła jej z dłoni, wpadając prosto do kałuży.
– Kurwa! – mruknęła ze złością i sięgnęła po kolejną.
– Hej, Olga! Chodź tutaj! – usłyszała głos dochodzący od strony boiska. Odwróciła się. – Tu, spójrz na lewo!
Zaraz za huśtawką, za pniem ogromnego starego dębu stała Maja – przyjaciółka Olgi.
– Co ty się tu tak ukrywasz?
– Z tego samego powodu, co ty – powiedziała, rozglądając się na boki i wstrzymując oddech, ilekroć ktoś przechodził.
– Ja się nie ukrywam. Jak chcę palić, to palę.
– Słyszałaś to? – przerwała nagle Maja, wbijając wzrok w ziemię. Przechyliła się na bok, przystawiła palec do ust, na znak milczenia, i nasłuchiwała.
– Jakieś odgłosy z bunkra – odpowiedziała Olga, wzruszając ramionami i przerywając chwilę absolutnej ciszy. – Nie martw się. Wątpię, żeby twoi starzy chodzili po podziemiach i stamtąd kontrolowali liczbę wypalanych przez ciebie fajek – dodała, przytrzymując w buzi resztki dymu, które wypuściła dopiero, gdy zaczęła się śmiać.
A śmiała się z Majki. Wszyscy znajomi uważali ją za największego mięczaka, ponieważ bała się wszystkiego: owadów, wysokości, psów, strasznych historii, dalekich podróży, wody itd. Można by wyliczać w nieskończoność. Nie umiała jeździć na rowerze. Jeden upadek spowodował, że nigdy więcej nie wsiadła na damkę, którą dostała od rodziców na Komunię. Nie wstydziła się tego, że pali, tylko bała się reakcji staruszków, jakby obawiała się, że dostanie karę jak wtedy, gdy była dzieckiem.
– Już któryś raz je słyszę – powiedziała Majka, nie reagując na zaczepki Olgi. – Wydaje mi się, że ktoś kręci się po bunkrach.
– Nie fantazjuj.
– A coś ty taka nieswoja?
– Pokłóciłam się z młodym. Właściwie to go wyzwałam, jak zwykle, i wyszłam.
– Nie szkoda ci go? Olga, przecież on jest...
– Wiem, jaki jest, i to mnie najbardziej wkurza. Chodź nad zalew.
– Teraz? Przecież jest zimno i przed chwilą padało! – powiedziała Majka, próbując zniechęcić koleżankę do tego pomysłu. Nawet zaczęła przeskakiwać z nogi na nogę, udowadniając, że dopadł ją nagły chłód.
– Idziesz czy nie?! – niecierpliwiła się Olga, rzucając niedopałek papierosa w wilgotną trawę. Znała Majkę i wiedziała, że do wszelkich spacerów na świeżym powietrzu zawsze trzeba ją zachęcać albo po prostu stawiać przed faktem dokonanym.
Maja nie odpowiedziała. Szły przez siedem minut, nie mijając po drodze żywej duszy. Chodnik wyglądał, jakby ktoś dotąd uderzał w niego siekierą, aż wszystkie płyty będą przypominały niesymetryczne puzzle, albo jakby na nim wybuchały granaty, rozwalając wszystko wokół w drobny mak. Wzdłuż całego chodnika, w odległości trzydziestu metrów od niego, biegły tory.
Ilekroć przechodziły obok przejazdu kolejowego, Olga przypominała sobie artykuł z jednej z lokalnych gazet. Ktoś napisał, że łącznie na tych torach zginęło ponad dwieście osób. Nie była to liczba powalająca na kolana, biorąc pod uwagę, że pociągi przejeżdżały tymi torami średnio co dwanaście minut. Wiosną 1996 roku dróżnik zapomniał opuścić szlaban. Nieważny był powód, nikogo nie interesowało, czy facet walnął sobie w pracy drzemkę, czy po prostu gorzej się poczuł i zasłabł, w każdym razie szczątków ponad pięćdziesięciu osób, które wracały tego dnia z pierwszej zmiany zatłoczonym autobusem, można było szukać w promieniu stu metrów. Jadący pośpiech nawet nie zdążył zacząć hamować. Mieszkańcy pobliskich kamienic mówili, że takiego hałasu w życiu nie słyszeli. Majka zobaczyła wtedy ludzką głowę i wskazując na nią paluszkiem, zapytała taty: "A co to? ". Widok nie okazał się dla niej traumą, dziewczynka miała wtedy trzy lata, więc uznała ściętą głowę za włochatą piłkę.
Dziewczyny weszły na tereny tak zwanych "skałek " – tak mieszkańcy mówili na ścieżkę prowadzącą nad zalew, którą otaczały głazy i kamienie wyglądające niemal jak skały. Wokół rosły same krzaki, krzewy i drzewa. Nocą nie docierało tutaj światło żadnej ulicznej lampy. Skręcając w lewo, w ciągu minuty dochodziło się do lasu. Idąc prosto, mijało się osiedle baraków.
Wszystko to, co składało się na osiedle baraków, nie wyglądało jak należy: ani ludzie, ani mieszkania, ani kontenery. Bliźniacze budynki, nie pokryte żadną farbą, albo do siebie bezpośrednio przylegały, albo był między nimi metrowy odstęp tworzący błotne przejście i służący mieszkańcom za wysypisko śmieci.
Przechodziły obok jednego z takich przejść, kiedy kilku dorosłych mężczyzn zaczęło się ze sobą przepychać. Powód bójki był nieznany. Uspokoili się dopiero wówczas, gdy dostrzegli mijające ich dziewczyny.
– Ta czarna smarkula z moim synem do klasy chodzi – wybełkotał jeden z nich, trzymając w ręku butelkę z piwem.
Olga wiedziała, że to ojciec Drągala – jednego z chłopców, który po raz trzeci próbuje skończyć gimnazjum. Drągal był tak samo wysoki jak jego ojciec. Wydawało się, że ich długie pokraczne nogi chwieją się, ilekroć mocniej zawieje wiatr, a swoje małe głowy mogliby wsadzić między sztachety w płocie. "Pewnie tępotę też ma po ojcu " – pomyślała zaraz po tym, jak stary krzyknął, że baraki to dziadostwo i należy wyjechać do Stanów, bo w Londynie przynajmniej ludzi nie oszukują.
– Najwidoczniej jego mapa uwzględniała tylko to miasteczko – powiedziała Olga, spoglądając na chichoczącą Majkę.
Dziewczyny wiedziały, że kiedy kilku cepów zaczyna dyskutować na temat polityki, bezrobocia lub ekonomii, należy bez słowa ich ominąć.
Nigdzie nie spotkało się tyle patologii co tutaj. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przechodził tędy samotnie, a jeśli przypadkiem znalazł się w tym miejscu, później opowiadał znajomym, że chyba przyśnił mu się koszmar. Trudno było odróżnić wariatów od pijaków, bo i jedni, i drudzy wyglądają jak zniszczone karykatury ludzkie. Ubrani są podobnie. Noszą wymiętoszone dżinsy, na których osiadły różne odpady spożywcze lub – co gorsza – naturalne. Często zakładają buty nie do pary. Potrafią mieć na jednej nodze dziurawego trampka, a na drugiej psu z gardła wyjętego sandała. Nie było tajemnicą, że po tylu nocach spędzonych na schodach, niskich murkach albo w przydrożnych zaroślach, zapach ich przepitych i przepoconych ciał jest odrażający.
Aby najkrótszą drogą dostać się nad zalew, trzeba przejść przez osiedle baraków i przez tory... Przejście jest o tyle niebezpieczne, że należy zdać się na słuch, ponieważ pociąg w ciągu sekundy może wyłonić się zza zakrętu. Miejsce, w którym tory gwałtownie zmieniają kierunek, jest całkowicie zasłonięte drzewami i dzikimi gąszczami, dlatego niektórzy radzą, aby pochylić się i sprawdzić, czy szyny drgają – jeżeli tak, to znaczy, że pociąg jest już blisko.
Tutejsze dzieci organizują tu bardzo niebezpieczną zabawę... Testują swoją odwagę. Stają między jedną a drugą szyną i czekają na nadjeżdżający pociąg. Gdy natężenie hałasu wzrasta i słychać stukot kół, dzieciaki nie ruszają się z miejsca. Kto najdłużej wytrzyma, nie uciekając przed nadjeżdżającym pociągiem, ten ma jaja wielkości arbuza.
Dziewczyn nie zdziwił fakt, że i tym razem staną się świadkami głupiej gry.
– Ale, frajerze, nie oszukuj! – krzyczał może ośmioletni blondynek do swojego przestraszonego kolegi. – Jedną nogą stajesz na prawej szynie, drugą na lewej! – Buszmen, spójrz, jak mu się nogi trzęsą, zaraz popuści!
Buszmen, czyli drugi kumpel blondynka, chłopiec o pyzatej, piegowatej twarzy, w odpowiedzi zaśmiał się, ale wcale nie wyglądał na wyluzowanego. Mrugał powiekami dwukrotnie częściej, niż robi się to normalnie i przygryzał wnętrze własnego policzka.
– Pęka siusiumajtek! – dodał Buszmen po chwili, chcąc zapunktować. Wiedział, że jest tchórzem, ale umiał to skrzętnie ukryć. Miał dziecięcy bebech, który wypływał w postaci galaretowatego tłuszczyku znad krótkich spodek, ale widocznie mu to nie przeszkadzało, bo ani razu nie próbował go schować. Ciemnozielona rozciągnięta koszulina chłopaka miała wyszczerbione brzegi, jakby ktoś przeciął ją nożyczkami, aby wiecznie spocone dziecko nie ugotowało się pod warstwą sztucznego materiału.
Wszyscy wyglądali, jakby przed chwilą skończyli bójkę w brudnej piaskownicy. Mieli poobijane kolana, które drapali, chcąc zedrzeć świeże strupy. Często wybuchali śmiechem, rzucając się małymi kamykami i żwirem, które mieli pod stopami. Ponieważ dopiero przestało mżyć, dzieciaki brudziły się błotem za każdym razem, gdy sięgały po leżące w wilgotnej ziemi kamienie.
Teraz chłopcy stali jeden obok drugiego i czekali na pierwszy sygnał nadjeżdżającego pociągu, czyli na drganie szyn pod butami. Ręce unieśli do góry, jakby mierzono do nich z pistoletu.
– Łapy do góry, Buszmen, takie są zasady! – krzyknął któryś z nich.
Mijały sekundy, ale tym chłopcom wydawało się, że czekają tu dobre kilka minut. Każdy z nich traktował tę grę jak prawdziwy test wytrzymałości psychicznej. Na tym osiedlu, aby zostać bohaterem, trzeba przyłączyć się do zabawy. Jeżeli się nie zdecydujesz, to wśród dzieciaków zawsze będzie miał opinię tchórza i frajera.
– Lolo, chyba coś słyszę, a Ty?! – krzyczał Buszmen, wywołując przedwczesny skok adrenaliny. Stanął na palcach i przechylał się na bok, niemal spadając z szyny, ale nie udało mu się zobaczyć, co dzieje się za zakrętem, bo zarośla zbyt gęsto rosły na poboczu.
Blondynek o przezwisku Lolo wyszczerzył małe kiełki, skupiając wzrok na torach.
– Nic nie słyszę, a ty zawsze gadasz bzdury! – odpowiedział obruszony.
Tylko raz, w 1998 roku, zginął tu chłopiec, który zbyt długo wpatrywał się w zakręt, a tymczasem pociąg nadjechał z drugiej strony.
Hałas potrafi zmylić i nie zawsze wiadomo, skąd dobiega.
Olga nie miała w zwyczaju sprawdzać, czy szyny drgają. Przechodziła przez tory, licząc na szczęście. Nawet się nie zawahała, zanim zrobiła krok naprzód.
– Olga, stój! – krzyknęła za koleżanką Maja, ale tamta była już po drugiej stronie.
– Jeszcze trochę tam postoisz i noc nas zastanie! No dawaj, nic nie jedzie!
Maja kucnęła i przyłożyła dłoń do torów. Nic nie wskazywało na to, aby miał za chwilę nadjechać pociąg, więc obrawszy sobie za punkt Olgę, biegła, nie patrząc na boki ani pod nogi. Ledwie zeskoczyła z torów, kiedy usłyszała głośne trąbienie i w ciągu ułamka sekundy pośpiech już przejeżdżał im przed twarzami. Później usłyszały dziecięce wrzaski po drugiej stronie. Buszmen, Lolo i ich kolega zdążyli zbiec i już śmiali się, przybijając sobie piątki. Dziewczyny poczuły ulgę, bo żadna z nich nie chciała być świadkiem śmierci któregoś z tych małolatów.
Przeszły wolno wzdłuż ścieżki, a mokre od deszczu chwasty porastające całe pobocze uderzały je po nogawkach dżinsów. Wzdrygały się za każdym razem, kiedy tędy przechodziły, bo tereny były niemal bagniste. Kiedy zdołały uporać się z wielkimi głębokimi kałużami, docierały do dzikich wysypisk śmieci. To miejsce było chyba jeszcze gorsze. Nic tak nie budzi wstrętu, jak widok zniszczonej przez człowieka przyrody. A ludzie wyrzucali tu dosłownie wszystko, nawet fotele. Ilekroć mijały porozdzierane worki, zatykały nosy. Bały się zaczerpnąć powietrza, które tym razem ze świeżością nie miało nic wspólnego.
Z oddali już wyłaniała się brązowo-zielona woda. Zawsze taka była, niezależnie od pory roku, a wszystko przez gliniaste dno i wodne rośliny, które porastały cały zalew. Kiedyś panowie tu wędkowali, teraz mawiali, że "ryby nie biorą ".
Gdy dotarły do plaży, Majka powiedziała, że chciałaby zatopić to miasto.
– Jego się nie da zatopić... – Olga kopnęła plastikową butelkę, jakby czuła się tym faktem rozczarowana. – Bunkry wchłonęłyby całą wodę! – dodała.
– Przydałby się jakiś porządny kataklizm, który zmyłby tę dziurę z powierzchni Ziemi.
Dziewczyny niby żartowały, ale nienawidziły tego miejsca. Wydawało im się, że dawno temu ktoś zakleszczył je w jakieś pułapce i nie zamierza wypuścić, a tą pułapką było to miasteczko.
– Może porządny kataklizm zmyłby to miasto, ale tylko to, co nad ziemią. Bunkrów nic nie ruszy.
– Dobre byłoby i to.
Plaża – kilka lat temu będąca prawdziwą czystą piaszczystą plażą – w tej chwili była na wpół zarośnięta trawą, chwastami; piach był brudny i wychodziły spod niego papierki, pety, butelki plastikowe, szklane i kamienie. Nikt nie zadał sobie trudu, aby ją uprzątnąć.
Parę metrów za plażą znajdowała się betonowa muszla koncertowa. Drewniana scena umieszczona była pod kamienną kopułą. Wokół pozostały jeszcze cztery ławki i rozsypujący się parkiet do tańczenia. W ciągu dziesięciu lat nie odbył się tu żaden koncert. Mieszkańcy wspominają często, że tereny nad zalewem tętniły życiem. Odbywały się tu festyny, zawody sportowe, wszyscy mieli dostęp do łodzi, żaglówek.
Kilkanaście metrów dalej mieścił się duży basen dla dzieci z kamienną ślizgawką. Mimo okresu wakacyjnego nikt jednak nie napełnił go wodą. Wzdłuż całej plaży znajdowały się drewniane domki, w których kiedyś zatrzymywali się turyści. Teraz lepiej prezentowały się już baraki.
Na tym terenie było wszystko: boiska, baseny, domki, muszla koncertowa, stara, zamknięta od kilku lat restauracja, wieża ratownika, a nawet drążki do wykonywania ćwiczeń gimnastycznych. Cały obiekt niszczał i na dodatek straszył – wchodzący tu narażony był na widok czterech wbitych na wysokich palach tuż przy ogrodzeniu drewnianych kotów. Z pewnością nie były one ozdobą i właściwie nie wiadomo ani po co, ani kiedy, ani przez kogo zostały tam umieszczone.
Dziewczyny weszły na jeden z pomostów, z którego rozpościerał się widok na cały zalew, a także na tory, dlatego nawet będąc nad wodą, słyszy się przejeżdżające pociągi.
– Olga, co ty robisz?! – krzyknęła przerażona Maja, patrząc na koleżankę, która wspinała się po wąskich szczeblach drabiny.
– Wchodzę na górę!
– Drabina jest śliska! To niebezpieczne! – Maja zawsze panikowała, więc Olga nie zwracała uwagi na jej krzyki.
Metalowe poręcze i szczeble były wilgotne po deszczu. Niższa skocznia miała trzy metry wysokości, wyższa pięć. Gdyby którakolwiek z dziewczyn straciła równowagę, spadłaby albo na betonowy pomost, albo do wody. Pierwsza wersja upadku zakończyłaby się kalectwem lub śmiercią.
– Możesz mi wytłumaczyć, po co tam wchodzisz? – dopytywała Maja z rezygnacją.
– Byłaś tu kiedykolwiek? Na górze? – Maja pokręciła głową. – No właśnie, więc nie wiesz, co zyskujesz.
– Wiem natomiast, co stracę, jeżeli spadnę – dodała i zaczęła powoli wchodzić za Olgą.
– Daj rękę – zaproponowała Olga, będąc już na skoczni.
Gdy Maja wyciągnęła dłoń, aby Olga mogła ją chwycić, zobaczyła, że pod skocznią ktoś stoi. Postać mignęła jej przed oczami tak szybko, że dziewczyna nie zdążyła dokładnie zarejestrować jej twarzy, mimo to przestraszyła się i nieświadomie, mimowolnie puściła poręcz i natychmiast straciła równowagę. Wisiała niemal w powietrzu, wierzgała jedną nogą, drugą na szczęście opierała na szczeblu.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że Olga usiłuje ją przytrzymać, ściskając mocno jej rękę.
– Przestań panikować i skup się! – krzyczała. Maja nie reagowała. – Spójrz na mnie!
Maja w końcu przestała wrzeszczeć.
– Trzy centymetry dzieli twoją lewą nogę od drabinki. Nie patrząc w dół, przesuń tam powoli nogę, ja cię trzymam – mówiła Olga, podpowiadając Mai, co powinna zrobić. Po chwili obie znalazły się na skoczni. Były bezpieczne.
Maja była przeciętnej urody nastolatką, a wszystko przez nienaturalnie wypukłe oczy, które – odnosiło się wrażenie – zaraz niepostrzeżenie wystrzelą. Poza tym miała mocno ścięte ramiona, które przy kobiecych, szerokich biodrach czyniły sylwetkę nieproporcjonalną i niezgrabną.
– Mówiłam ci, że to głupi pomysł! Mogłam spaść! – krzyczała, dygocąc jeszcze z nerwów.
– No i pewnie gdyby nie ja, to byś spadła.
– Śliskie te poręcze, prosiłam cię, żebyśmy nie wchodziły! – powiedziała Majka z wyraźną pretensją.
– Nie moja wina, że jesteś fajtłapą! – śmiała się Olga, uważając, że jej koleżanka to zwykły cykor wyolbrzymiający swoją krzywdę.
– A w ogóle, to ja kogoś tam widziałam, dlatego puściłam poręcz! – dodała nagle Maja.
Wziąwszy pod uwagę, że były tam obie, a na pomoście i za pomostem nikt nie stoi, Olga uznała, że się przesłyszała, albo koleżanka ze strachu postradała zmysły.
– Co?
– Ktoś stał pod skocznią z... psem; białym dużym kudłatym psiurem – sprecyzowała.
– Majka rozejrzyj się. Nie ma tu nikogo!
Nad dziewczynami kołowało stado ptaków. Przelatywały tuż nad ich głowami, jakby pragnęły wykurzyć je ze skoczni.
– Nie jestem ślepa i jeżeli mówię, że ktoś tu był, to znaczy, że ktoś tu był!
– Twoja wyobraźnia mnie czasami przeraża... – rzuciła Olga i położyła się na betonowej skoczni.
Ptaki odfrunęły i pozajmowały gałęzie pobliskich drzew, by za moment znów bujać po zachmurzonym niebie, tuż nad dziewczynami.
Majka nie miała wybujałej wyobraźni i nie myliła się, mówiąc, że ktoś stał na pomoście z białym kudłatym psem, ale gdy tylko dziewczyna spojrzała w dół, postać i kundel zniknęli.
– Wiesz... moja mama opowiadała mi, że jej kolega z klasy, to było bardzo dawno temu, skoczył z tej skoczni na główkę – tylko nie trafił do wody... – powiedziała Majka, zmieniając temat.
– Co ty opowiadasz?!
– Naprawdę! Nie ściemniam. Ponoć stał tu, gdzie my teraz leżymy, i krążył po skoczni, przygotowywał się do skoku, a później okazało się, że chciał popełnić samobójstwo, bo przeskoczył przez tę barierkę – mówiła Majka, dotykając żółtej rurki – i centralnie upadł łbem z pięciu metrów na pomost...
– Ohydna historia... – skrzywiła się Olga. Chyba w każdym wizja chłopaka upadającego głową na betonowy pomost wzbudziłaby przerażenie. Po takich opowieściach człowiek aż czuje ból takiego upadku i mimowolnie łapie się za własną potylicę, jakby chciał się upewnić, że wszystko z nią w porządku.
– Wcale nie, bo gość nie umarł. Dostał wylewów, miał złamany kręgosłup w iluś miejscach...
– I stał się warzywem... – przerwała Olga. – Chyba wolałabym umrzeć. Być dla całej rodziny ciężarem, a samemu nie móc żyć i przede wszystkim być pozbawionym nadziei na poprawę, jest czymś niewyobrażalnie okropnym. W takich przypadkach los udowadnia, że potrafi być wstrętny.
– Może i masz rację... Po co tu w ogóle jesteśmy?
– Wczuj się w klimat. Złap oddech i nie odzywaj się do mnie przez piętnaście minut – powiedziała Olga, po czym wyciągnęła papierosa i obie położyły się twarzami do ledwie świecącego słońca.
Chyba tylko ona potrafiła znaleźć w tym miasteczku miejsce, gdzie można było się zrelaksować. Z lotu ptaka wyglądało jak zniszczone dawno temu gniazdo, z którego wypadły pisklęta i teraz świeci pustką, będąc całkiem zapomniane.
Wszystko, co zostało tu stworzone przez człowieka, rozsypywało się. Skocznia, na której leżały dziewczyny, stoi tu od przeszło osiemdziesięciu lat. Betonowy filar dawno temu popękał, a z poręczy odrywają się resztki żółtej farby. Uchwyty częściowo zżera rdza. Tu niemal czuje się ich wiek. Po drugiej stronie pomostu umieszczono pięć słupków startowych. Kiedyś organizowano tu zawody pływackie. Teraz są to po prostu zniszczone sterczące kwadratowe stopnie. Pięćdziesiąt metrów od tego pomostu znajduje się drugi, identyczny, ale zamiast dwóch skoczni, przyczepione są tam stare, brudne, przez nikogo nieużywane kajaki i rowery wodne, które obijają się o siebie, ilekroć zawieje wiatr. Kiedyś z tamtego pomostu ratownicy obserwowali plażę i kąpiących się w wodzie, teraz nie ma kto obserwować ani nie ma kogo obserwować.
– Wiesz, czego się najbardziej boję? – zapytała Majka, wyrywając Olgę z drzemki.
– Nie wiem. Po tobie wszystkiego można się spodziewać. Może... zamkniętych pomieszczeń, wizji spędzenia nocy w studni albo w bunkrach... – wyliczała leniwie Olga.
– Nie. Chociaż niepotrzebnie wypaliłaś z tymi nocami w bunkrach. – Majka wzdrygnęła się na samą myśl. – Najbardziej boję się, że tu zostanę. Czasami odnoszę wrażenie, że to miasto wysysa z ludzi siłę... Naprawdę – dodała. – Jakby pozbawiało mieszkańców ich życiowej energii.
– Co ty pieprzysz, Majka?! – śmiała się Olga, chociaż w głębi duszy się z nią zgadzała. Niczego nie pragnęła bardziej od wydostania się z tego chlewu, jak nazywali to miasto młodzi.
*
W drodze powrotnej z zalewu dziewczyny szły obok siebie, ale myślami odpłynęły w dwie zupełnie różne strony. Gdy zeszły na szkolne boisko, ciszę przerwała Majka:
– Widzisz tę dziewczynę? Wydaje mi się, że to właśnie ją widziałam nad zalewem...
– A kto to jest? Jakaś nowa? – dopytywała Olga, mrużąc oczy.
– Nie spotkałam jej tu wcześniej. Ale jestem niemal pewna, że to... – Nie zdążyła dokończyć, bo Olga już podbiegła do nieznajomej dziewczyny i zapytała:
– Cześć. Jesteś tu nowa?
– Tak jakby – odpowiedziała tamta niechętnie. Miała specyficzną urodę. Jej twarz była niemal przeźroczysta, wyglądała na chorą i osłabioną, bo czoło pokrywały jej kropelki potu.
– Byłaś już tu kiedyś? Do kogo przyjechałaś? – dopytywała Olga, ale nieznajoma dziewczyna odpowiedziała tylko na pierwsze pytanie.
– Okolica wydaje się znajoma... Kto to? – zapytała nagle, patrząc w okno jednej z kamienic. W oknie stała kobieta. Wyglądała na wychudzoną i bladą. Intensywnie spoglądała w ich stronę.
– A, to obłąkana Wanda. Stara i tragiczna historia.
– Aha... Nie wychodzi z domu?
– Nie no, wychodzi, ale czasami myślę, że byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby nie wychodziła.
– Dlaczego?
– Bo jest... wiesz... – Olga zawiesiła głos, kręcąc palcem kółeczko wokół własnej skroni.
– A dlaczego stara i tragiczna historia? – dopytywała nieznajoma.
– Dwadzieścia lat temu znaleźli jej martwego syna w okolicznych bunkrach. Nigdy nie odnaleziono sprawcy – mówiła z taką obojętnością, jakby opowiadała o robieniu kanapki.
– Jak umarł?
– Nie wiem do końca. Niektórzy mówią, że tak po prostu. Nie znaleźli żadnego śladu. A dlaczego cię to tak interesuje?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Ostatni raz zerknęła w stronę kobiety, którą w miasteczku nazywano obłąkaną, odwróciła się i odeszła. Ktoś, kto przysłuchiwałby się tej rozmowie, z pewnością stwierdziłby, że nieznajoma dziewczyna jest wyjątkowo oszczędna w słowach. A ktoś inny pomyślałby, że w tym miasteczku nawet ludzie są dziwni – i miałby rację, niektórzy przerażali.
Mieszkańcy długo żyli śmiercią syna obłąkanej kobiety. Nastolatek wszedł do bunkra i z jakiegoś powodu tam umarł. Poza tym pani Wanda mówiła, że widziała sprawcę, ale nikt jej nie uwierzył, sądząc, że to banialuki. Tym bardziej, że rysopis, jaki podawała, nie pasował do żadnego mieszkańca. Był bardzo niedokładny, mglisty i nieco irracjonalny.
*
Olga wróciła do domu. Przeszła przez salon. Pokój był skromnie urządzony. Panował tu porządek. Nie było w tym mieszkaniu nic nadzwyczajnego, oprócz tego, że brakowało kwiatów, ozdób, obrazów, zdjęć. Wyglądało tak, jakby ktoś wprowadził się tu godzinę wcześniej i nie zdążył jeszcze rozpakować wszystkich pudeł. Minęła salon. Po lewej stronie znajdował się pokój Mikołaja – młodszego brata Olgi – po prawej mieścił się jej pokój.
Na drzwiach wisiała tabliczka z napisem: "Zakaz wstępu ". Za drzwiami panował ogromny bałagan. Na niższych pułkach porozrzucane były kolczyki, wisiorki, pierścionki, rzemyki i bransolety. Dwie ściany były w kolorze ciemnej zieleni, dwie kolejne w kolorze bordo. Mnóstwo dziwnych przedmiotów leżało na parapecie, zwisało z firanek, było przyklejone do mebli, m.in.: plakaty, breloczki, własnoręcznie szyte torby, otwieracze do butelek, kilka starych zegarów, skrzypce bez strun, a przy oknie stało akwarium z brązową jaszczurką.
– Olga, kolacja! – usłyszała zza ściany głos ojca.
Ojciec postawił przed Olgą talerz makaronu z sosem.
– Nie umiesz gotować – zaczęła, wsysając ostentacyjnie spaghetti. Ojciec nie odpowiedział, zwrócił się jednak do Mikołaja:
– Chcesz jeszcze żółtego sera? Posypać ci nim makaron? – Chłopiec kiwnął głową.
– Nie umiesz gotować – powtórzyła. – Mama pewnie umiała – dodała, chcąc jak zwykle sprowokować ojca do wybuchu.
Ojciec uderzył pięścią w stół. Rzadko bywał nerwowy, ale w stosunku do Olgi szybko tracił cierpliwość. Był wysokim, postawnym mężczyzną o ostrych rysach twarzy.
– Dość tego! Umyj po sobie talerz i idź do swojego pokoju!
Olga nie ruszyła się z miejsca.
– To powiedz, co się z nią stało? – dopytywała.
– Mówiłem ci już setki razy!
– Jakoś mi trudno ci uwierzyć. Jesteś kłamcą. Mówiłeś, że się tu przeprowadziliśmy, bo w Gdańsku straciłeś pracę! A ja wiem, że uciekłeś na jakieś zadupie, żeby cię nikt nie znalazł!
– Co ty wygadujesz? Matka nas wszystkich zostawiła. Tu mieliśmy mieszkanie po babci.
Olga przerwała rozmowę. Spojrzała na brata. Chłopiec odłożył już talerz i rysował coś na kartce papieru.
– A ty jedz i odłóż chociaż na chwilę te bazgroły! Zachowuj się, przy stole jesteś!
Chłopiec, nie patrząc na siostrę, odłożył kredki i zaczął jeść.
– Olga, ja nie wiem, jak powinienem z tobą rozmawiać – powiedział ojciec.
– Nie rozmawiaj, daj mi kasę na pociąg. Chcę wrócić do Gdańska.
– Nie ma mowy, nigdzie nie pojedziesz.
– Jak zwykle. Wszystko musi być po twojej myśli! – powiedziała i wstała od stołu. – Prędzej czy później i tak pojadę i nie będę się ciebie pytała o zgodę – rzuciła i skierowała się w stronę wyjścia. – Nienawidzę ciebie, tych ludzi i tego przeklętego miejsca, gdzie człowiek codziennie umiera! – krzyczała, będąc już na klatce.
Olga większość czasu przesiadywała poza domem. Denerwował ją jej niepełnosprawny brat, a jeszcze bardziej ojciec, który poświęcał mu każdą wolną chwilę. Wiedziała, że gdyby nie ojciec, Mikołaj nie poradziłby sobie z najprostszymi czynnościami. Wiedziała też, że poświęcanie mu stuprocentowej uwagi jest konieczne, bo chłopiec nie może pozostać bez opieki nawet podczas kąpieli, ale nie mogła odpędzić myśli, że życie nie powinno tak wyglądać. Ani życie jej ojca, ani brata – i to doprowadzało ją do szału.
ROZDZIAŁ II
Na dworze było już ciemno i jak na lipcowy wieczór – zimno. Tylko ulica Staffa została oświetlona. Jedna lampa rzucała światło również na szkolne boisko. Reszta osiedla była pogrążona w całkowitym mroku.
Olga przeszła wzdłuż kamienic i wyszła na ścieżkę prowadzącą na szkolne boisko. Pojedyncza latarnia to zdecydowanie za mało, aby rozjaśnić cały szkolny teren. Minęła parking i przykucnęła na krawężniku. Za jej plecami znajdowały się: ogrodzenie, studnia oraz stara świetlica, służąca kiedyś za dom weselny. Od kilku lat dyrekcja szkoły organizowała tam apele i raz w roku bal maturalny.
Olga nigdy nie bała się ciemności, a te tereny znała jak własną kieszeń – przynajmniej tak jej się wydawało. Kiedy odpaliła papierosa, usłyszała dźwięki dochodzące zza jej pleców. Odwróciła się gwałtownie, ale nie ujrzała niczego, prócz własnego odbicia w rozbitej szybie okna świetlicy. Dopiero gdy usłyszała czyjś głos, stanęła i wyrzuciła niedopalonego papierosa pod swoje stopy. Pierwszy raz, odkąd tu przychodzi, poczuła dreszczyk emocji, bo sytuacja, w której się znalazła, powodowała coraz mocniejszy niepokój. Olga słyszała swój własny oddech. Rozejrzała się wokół siebie. Nie było żywej duszy. Liście przestały szeleścić, a wszystkie gałęzie wisiały nieruchomo ponad jej głową. Na ziemi leżała tylko reklamówka, która pod wpływem wiatru, zmieniała swoje położenie. W końcu zahaczyła o pobliski krzak i tam drażniąco kołysała się w powietrzu. Wszystkie zmysły Olgi odbierały bodźce z większą intensywnością. Dostrzegała szczegóły, których w normalnych okolicznościach, w ciągu dnia, nigdy by nie zauważyła. Zwróciła uwagę na głuchą ciszę, na ten martwy krajobraz. Postanowiła nie stać w miejscu, choć strach niemal przygwoździł ją do podłoża.
Dziewczyna należała do osób posiadających sporo odwagi, dlatego byle jaki dźwięk nie zaniepokoiłby jej tak mocno, by miała szukać jego źródła. Niewykluczone, że inni, gdyby znaleźli się w podobnej sytuacji, po prostu biegliby, ile sił w nogach, do własnego domu i nie obejrzeliby się za siebie ani razu. Olga na wszelkie niezwykłe zjawiska reagowała trzeźwo. Zazwyczaj bez powodu nie przychodziły jej na myśl duchy, zjawy i inne postacie z horrorów, ale też nie ignorowała tego, co działo się wokół niej. A musiała w tej chwili przyznać, że od stóp do głów padł na nią blady strach, którego pozbędzie się dopiero, gdy pojmie, co się za tym wszystkim kryje.
Zaczęła iść do głównego wejścia dawnego domu weselnego. Budynek mieścił się parę kroków od niej. Nikt nie zamykał głównych drzwi, bo gdyby ktoś zechciał wejść do środka, to i tak mógł dostać się przez jedno z okien, które się nie domykało. Pojedyncze nie miały nawet szyb, więc chronienie świetlicy przed niechcianymi gośćmi mijało się z celem. "Czy w tym mieście wszystko musi się rozsypywać? " – myślała, krzywiąc buzię z irytacji.
Wokół starego domu weselnego rosły chwasty osiągające wysokość jednego metra. Oprócz chwastów pojawiła się tu inna dzika roślinność, na którą księżyc rzucał teraz odrobinę światła, dzięki czemu Olga najpierw zobaczyła, a dopiero później usłyszała krążące tam robactwo. Przede wszystkim docierało do niej brzęczenie much, które najpewniej zgromadziły się wokół jakichś odpadów. Wzdrygnęła się z obrzydzenia i machała rękami, jakby chciała je odgonić, chociaż one wcale nie były zainteresowane oblepianiem jej, ale gówna albo resztek jedzenia, które ktoś tam pozostawił.
Olga była tu ostatnio na szkolnych jasełkach sześć miesięcy temu. Wtedy oprócz niej, było osiemdziesięcioro innych uczniów. Na dworze było jeszcze widno i nikt nie zwracał uwagi na mroczny klimat tego miejsca. Dopiero teraz, gdy stała tu sama, a wokół panowała absolutna cisza, którą zakłócały tylko owady, nie czuła się bezpieczna. Poza tym ciemność potrafi rozbudzić wyobraźnię, a już na pewno wyobraźnię kogoś, kto uwielbia przed snem obejrzeć horror. Fabuły w nich zawartej nigdy wprawdzie nie traktowała poważnie, ale perspektywa nieco się zmienia, gdy odnosi się wrażenie, że jest się właśnie główną bohaterką jednego z nich.
Gdy nacisnęła klamkę, drzwi mocno zaskrzypiały, a stare deski pod ciężarem dziewczyny zaczęły się uginać. Słychać było każdy stawiany przez nią krok. Gdy weszła do środka, próbowała odnaleźć włącznik światła. Przesuwała dłonią po ścianie. W końcu natrafiła na coś, co dało się przekręcić, niestety żadna żarówka się nie zaświeciła.
– Oczywiście, kurwa, nie zadziała, bo po co – powiedziała sama do siebie.
W tym momencie jeszcze nie bała się tak mocno, bo było za ciemno, aby cokolwiek zobaczyć. Dopiero gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności i wewnątrz zaczęła dostrzegać kształty przedmiotów, krzyknęła z przerażenia. Nie miała wątpliwości, że w oddali, na podwyższonej scenie, stoją jacyś ludzie. Znieruchomiała. Czuła uderzenie gorąca, ze strachu zaczęła głośniej oddychać, a serce podeszło jej do gardła.
– Kim jesteście?! – wydusiła po chwili.
Odpowiedziało jej echo. Niczego nie pojmowała. Przyglądała się stojącym postaciom. Widziała ręce, nogi, pochylone sylwetki. Od razu przypomniała jej się scena z filmu Świt żywych trupów albo jeszcze inna, w każdym razie z tej serii horrorów o łażących truposzach.
Zaczęła powoli się wycofywać, kiedy potknęła się o stojące za nią krzesło. Runęła na ziemię. Łokciem przesunęła coś, co przeturlało się po parkiecie z ogromnym hałasem. Najprawdopodobniej była to szklana butelka.
– Kurwa! – mimowolnie krzyknęła.
Zamknęła oczy i czekała na reakcję stojących w oddali ludzi, ale nikt nie podszedł, nikt nic nie powiedział. Wstała, a serce tak mocno łupało, jakby chciało wyskoczyć z jej piersi. Aż sprawiało jej ból. Jakiś przedmiot ranił ją w udo. Gdy masowała sobie nogę, dotarło do niej, że w prawej kieszeni ma telefon. Natychmiast go wyjęła. Ręce drżały jej z nerwów, ledwie utrzymywała komórkę w dłoni. Nie potrafiła odblokować klawiatury. Wciskała kilka przycisków jednocześnie. Telefon w jednej chwili stał się jej wrogiem, z którym człowiek walczy, ale którego jednocześnie nie chce puścić.
Kiedy ekran się zaświecił, natychmiast skierowała go na stojących w głębi ludzi. Przez moment miała pustkę w głowie. Nie do końca docierało do niej, co właśnie spostrzegła.
– Ja pierdolę – powiedziała do siebie. – Jak mogłam być taka głupia.
Dopiero po minucie zrozumiała, że nieruchome postacie to manekiny wykorzystane na potrzeby szkolnej sztuki teatralnej.
W ciągu trzech sekund znalazła się na zewnątrz. Odpaliła papierosa i już chciała stamtąd odejść, kiedy ponownie usłyszała ten dźwięk – znów dochodził gdzieś od strony świetlicy. Oświetliła sobie drogę i bez chwili zawahania zaczęła szukać źródła hałasu.
"Może manekiny ożyły? " – pomyślała, ale dźwięk dochodził spod jej stóp. Przesunęła się i skierowała strugę światła na ziemię. Oprócz kawałków potłuczonego szkła i zwykłej czarnej ziemi, niczego tu nie było, mimo tego przycisnęła but do podłoża. Wyczuła pod nogą coś twardego. Przykucnęła i odgarniała butem ziemię. Odkopała metalowy uchwyt, przypominający zwykły półkolisty pręt. Usłyszała dobiegający spod jej stóp hałas. Zaczęła nasłuchiwać. Nie miała wątpliwości, że pod ziemią ktoś lub coś chodzi. Aby odkryć, co dzieje się w głębi, musiała podnieść betonową płytę chodnikową. Udało się. Skierowała w dół świecący ekran telefonu i zobaczyła, że coś się porusza.
– Halo! Jest tu ktoś? – zapytała, coraz bardziej zainteresowana ruchomym kształtem.
Nikt nie odpowiedział, za to jakieś światło dochodzące z dołu, spod ziemi, całkowicie ją oślepiło.
– Ona wróciła, słyszysz?! Wróciła! – usłyszała nagle.
Głos docierający z podziemi był ochrypły, głęboki, jakby wydostawał się prosto z trzewi. Dziewczyna znała to charczenie, które u niej samej wywoływało nieprzyjemne uczucie bólu gardła. Odnosiła wrażenie, że dźwięk, aby wydobyć się z ust tej kobiety, musi przecisnąć się przez tkwiące w podniebieniu gwoździe.
– Nie rozumiem. Kto wrócił? – dopytywała Olga. Można było nawet pomyśleć, że kierowała nią teraz zwykła ludzka troska.
– Ta, która zabiła mojego syna wróciła!
Olga poczuła, że dopadła ją nagła wściekłość. "Jak można pieprzyć takie bzdury! " – pomyślała.
– Co pani plecie?! Co pani tu w ogóle robi?! – krzyknęła, nie starając się ukryć złości, która narastała w niej z każdą sekundą. Olga zrozumiała bowiem, że właz to nic innego jak drugie wejście do bunkra, a dźwięki dochodzące z dołu to nawoływania obłąkanej Wandy.
Kobieta podeszła bliżej. Zatrzymała się kilka centymetrów przed Olgą, więc ekranik komórki rzucił światło na jej twarz. Olga w pierwszej chwili miała ochotę odskoczyć, bo widok obłąkanej Wandy nawet z daleka wywoływał przerażenie. Była śmiertelnie blada. Pod oczami pojawiły jej się sine podkowy, a po policzkach, między zmarszczkami, ciekły łzy. Wygląd zdradzał, że tę kobietę od lat przytłaczają zmartwienia, które wręcz wyniszczają ją od środka. Miała nieco ponad pięćdziesiąt lat, ale wyglądała na dużo starszą. Zaraz po śmierci dziecka włosy zaczęły jej siwieć i wypadać. Z roku na rok pochylała się coraz bardziej i coraz rzadziej wychodziła z domu. Niedługo potem przypominała staruszkę, a jedynym miejscem, które regularnie odwiedzała, był podziemny schron.
– Kto panią wypuścił z psychiatryka?! – zapytała Olga i nie czekając na odpowiedź, skierowała się w stronę domu Majki. Dla Olgi Wanda była uosobieniem słabości, bezradności, jakiegoś ludzkiego ograniczenia, czyli tego wszystkiego, z czym miała do czynienia, patrząc na brata.
Majka nie mieszkała w kamienicy. Kilkadziesiąt metrów za rzędem kamienic stały dwa olbrzymie domy, a dalej jeszcze jeden, mniejszy, najbardziej wysunięty na północ, mieszczący się najbliżej rzeki, należący do rodziców Majki. Wszystkie trzy budynki stały przy ulicy Reymonta – właściwie przy ścieżce pokrytej czarnym żużlem. Jeden z tych dwóch zaniedbanych i zniszczonych dworków – stał od lat pusty. Właścicielem drugiego był "Pan na Wózku ". Etymologia tego przezwiska była oczywista – staruszek miał sparaliżowane nogi i od lat poruszał się na wózku inwalidzkim.
Oba budynki były do siebie podobne i przypominały stare zamczyska. Olga, ilekroć szła do Majki, odnosiła wrażenie, że na jednym z zamków, na prawym skrzydle dachu, które wyglądało jak stercząca wieża pnąca się w górę, stoi nieboszczka. Dopiero gdy podchodziła bliżej, upewniała się, że to biała rzeźba Matki Boskiej, która pochylała się wysoko nad ziemią, jakby szykowała się do skoku. Chcąc nie chcąc, dziewczyna odwracała wzrok. W końcu matka całej ludzkości karciła ją wzrokiem. "Współczuj komuś innemu " – myślała Olga, przyspieszając kroku. Dwory stały tu od przeszło stu lat i chyba nigdy nie były odnawiane. Nie można było odmówić im wyjątkowości, ale z czasem przestawały być ozdobami i chlubą miasteczka, a zaczęły po prostu popadać w ruinę.
Gdy minęła nachylającą się z czarnego nieba Matkę nad matkami, dotarła do drugiego zamczyska. To, które zamieszkiwał Pan na Wózku, przypominało zaklęty dwór, jakby wyjęty z powieści grozy i postawiony tu, aby straszyć. Olga, prócz staruszka, nie znała nikogo, kto kiedykolwiek przechodziłby salami ponurego dworu, ale nie wiedzieć czemu, wyobrażała sobie wiszące na ścianie wzdłuż całego przedpokoju portrety przodków, które, podobnie jak Matka Boska, gromią wzrokiem przechodniów. Dlatego podziwiała Pana na Wózku, że potrafił spokojnie zasnąć w tym nawiedzonym przez dawnych krewnych zamczysku.
Dom rodziców Majki, oprócz tego, że stał najbliżej rzeki i do jego głównych drzwi dochodziło się od strony wału, miał odmienny kształt i w porównaniu z sąsiednimi budynkami prezentował się bardzo skromnie. Każdy, kto spacerował wzdłuż rzeki, na pewno nie przeszedł obok niego obojętnie. Po pierwsze, dom Majki to tak naprawdę... pół domu. Budynek wyglądał tak, jakby ktoś postanowił za pomocą noża przekroić go na dwie równe części i tę drugą część po prostu usunąć. Po drugie ściana od strony południa postawiona była z drewnianych belek a od strony północy – z czerwonej cegły. Dach pokryty był różną blachą, w szarych i niebieskich kolorach. Dom wyglądał na zaniedbany, rozsypujący się i pozlepiany z różnych materiałów.
Olga dotarła tam po niespełna siedmiu minutach od wyjścia spod starego domu weselnego. Na dworze było już całkiem ciemno. Za niskim żywopłotem znajdowała się furtka, która latem zatrzymywała się na zbyt wysokiej, nieskoszonej trawie i zawsze wydawała skrzypiący dźwięk, jakby jęczała, żeby jej nie otwierać.
– Dłużej się nie dało?! Wskakuj! – powiedziała Majka, która wychyliła głowę zza drzwi, gdy usłyszała trzeszczący odgłos dobiegający z podwórka.
– U ciebie jest zawsze zimniej o jakieś sześć stopni – zauważyła Olga, dygocąc z zimna. Miała rację. Od strony rzeki docierało tu chłodniejsze powietrze. – Pogryzło mnie jakieś gówno – oburzyła się, rozdrapując bulwy po ugryzieniach komarów. Owady powinna dopisać do listy rzeczy i osób, których nienawidziła, podobnie jak całą tę dzicz, która otaczała ten dom i całe miasteczko.
– Wejdź, a ja idę odebrać telefon! – krzyknęła Majka, słysząc brzęczenie telefonu dochodzące z któregoś z pokojów.
Pozarastane chodniki, domy osaczone świeżą i starą roślinnością wywoływały poczucie, że utknęło się w środku gąszczu, z którego nie da się wyplątać. Znad zaklętych zamczysk i białej rzeźby gromiącej Matki Boskiej świecił blady księżyc. Olgę przeszywał jakiś niepokój, dlatego gdy usłyszała odgłos czyichś kroków, mimowolnie nacisnęła klamkę, aby wejść za Majką do środka.
– Buu! – usłyszała i poczuła, że ktoś kładzie rękę na jej ramieniu.
– Ale się przestraszyłam! – powiedziała z ironią.
Zza Olgi wyłoniło się dwóch chłopaków, a za nimi przystanęła dziewczyna, opierając się o framugę drzwi.
Ani Mateusz, ani Karol niczym szczególnym się nie wyróżniali. Obaj wyglądali przeciętnie, twarze pokrywała im zbyt duża liczba pryszczy. Chodzili z dziewczynami do jednej podstawówki i często razem z nimi spędzali czas. Wszyscy znali się jak łyse konie. Mniej więcej rok temu, kiedy Mateusz zobaczył, że pojawia mu się zarost, próbował inicjować spotkania tylko z Moniką – trzecią z dziewczyn – zdecydowanie najładniejszą, ale po tym, jak kazała mu spadać, zrozumiał, że nie ma u niej szans i dziewczyny powinien szukać poza własnym podwórkiem. Nie obraził się, przyjął do wiadomości, że Monika dała mu kosza i więcej nie podejmował tematu.
Wyszli z całkowitych ciemności na jedyną na tym osiedlu oświetloną ulicę. Przechodzili w poprzek jezdni, mijali kolejne identyczne szare kamienice, na końcu których znajdowała się szkoła – oczywiście, wybudowana z tego samego szarego kamienia.
– Wiedzieliście, że za parkingiem, obok świetlicy, jest jeszcze jedno wejście do bunkra? – zapytała Olga.
– Wiedzieliśmy, ale z niego nie korzystaliśmy – odezwała się Monia.
– A ja swego czasu, jako dziecko, bywałam w bunkrach codziennie i umknęło mi to przejście – kontynuowała temat Olga.
– Ja słyszałem, że nikt do końca nie wie, jak głębokie, szerokie i długie są te bunkry i podobno łatwo się w nich zgubić – skomentował Karol.
Karol nie powiedział niczego odkrywczego, bo każdy, nawet najmłodszy mieszkaniec, słyszał o tym, że bunkry rozciągają się na całą długość i szerokość miasta, a może wychodzą i poza jego obręb.
– Spotkałam tam dzisiaj obłąkaną Wandę – wypaliła Olga.
Wszyscy przystanęli i wlepili w Olgę zszokowany wzrok.
– Co?! Żartujesz?! Po jakiego grzyba ona tam łazi? – pytała Majka, obracając swoimi wypukłymi oczami we wszystkie strony.
Młodzi przystanęli, widocznie byli zaciekawieni losem obłąkanej kobiety. Jej syna znali jedynie ze skąpych opowieści rodziców, bo z jakiegoś powodu nie chciano o nim mówić, dlatego historia chłopaka owiana była rąbkiem tajemnicy. Wśród młodzieży narodził się pogląd, że dorośli nie chcą mówić o zmarłym, bo należy mieć do niego szacunek; jedyne co powinno się robić, to modlić się, aby tam na górze było mu dobrze. Nie wolno tragedii zamieniać w sensację, a więc o synu obłąkanej Wandy wiedziano jedynie tyle, że był młody i umarł w bunkrach. A Wanda po prostu oszalała po jego śmierci. Pan na Wózku powiedział kiedyś dzieciom, że nigdy nie można upraszczać historii i poznawać jej z jednej perspektywy, bo prawda ma wiele obliczy.
– Ponoć śladów szuka – odpowiedziała Olga, z charakterystyczną dla siebie ignorancją.
– Biedna, jeszcze ma nadzieję, że winny się znajdzie. Co jej to da?
– Jak to co?! Przecież dla niej koszmar trwa nadal. Mnie też nie wystarczyłaby informacja: "Pani syn umarł, bo mu serce stanęło ". Chciałbym poznać prawdę, ale taką całkowitą, nie taką, którą wciskają mi inni ludzie od lat. Według mnie ona szuka właśnie tej prawdy – powiedział Mateusz.
– Czasami warto zaufać innym ludziom i nie zawsze jesteśmy w stanie wszystkiego się dowiedzieć... – wtrąciła Olga.
– To nie znaczy, że nie powinniśmy słuchać własnego sumienia. Nawet jeżeli nie znajdzie odpowiedzi, będzie wiedziała, że zadawała pytania. Poza tym ona ma swoją teorię, to nic, że szaloną i abstrakcyjną, ale ją ma i szanuję ją za to, że jest w stanie jej bronić. A to niełatwe w naszym miasteczku. Tu bycie innym jest niemal grzechem.
Nastała jakaś krępująca cisza. Młodzi poczuli się zmęczeni wałkowaniem po raz setny tego samego tematu, ale z drugiej strony, co mieli robić? Historia Wandy i jej syna wciąż fascynowała i budziła wątpliwości.
Majka, chcąc przerwać doskwierające milczenie, wypaliła nagle ze swoim planem, na który najpewniej właśnie wpadła.
– Skoro już o bunkrach mowa... mam propozycję... Ten, kto wejdzie do bunkra i wytrzyma w środku w całkowitych ciemnościach dziesięć minut, dostanie ode mnie stówę!
To był jeden z tych głupich zakładów, które zwykle kończą się śmiechem. Gdyby młodzi wiedzieli, że staną się niejako ofiarami przypadku, nie podjęliby się zadania.
– Umowa stoi – powiedziała Olga i natychmiast zeszła ścieżką w stronę parkingu.
– Zwariowaliście?! – zaczęła panikować Monia. Nie mam zamiaru nigdzie schodzić!
– Oj, daj spokój, to tylko dziesięć minut, nie cała wieczność.
Noc była ciepła. Od strony południa wiał delikatny wietrzyk. Majka wlepiła wzrok w karuzelę, która mimo braku napędu obracała się, wydając odgłos ocierającego się o siebie metalu.
Gdy dotarli na miejsce, Olga bez wahania oddała komórkę Mateuszowi, otworzyła właz i natychmiast wsunęła jedną nogę do środka.
– Nie bądź głupia – rzuciła jeszcze Majka, ale dziewczyna znikła już w podziemiach.
– Pani Wandziu, jest pani tam!? – krzyknęła Olga zaraz po tym, gdy znalazła się na dole. – Nie ma jej! Zamykajcie właz i przyjdźcie po mnie za dziesięć minut.
Głos Olgi brzmiał inaczej. Zduszony przez grube ściany, wydawał się słabszy i bardziej dziecinny.
Mateusz przesunął beton z powrotem na miejsce i po bunkrze nie było śladu.
– Ona jest jednak wariatką! – podniecał się Karol, z uznaniem kręcąc głową.
– Słyszę was! Idę trochę głębiej, w razie czego szukajcie mnie.
Po dziesięciu minutach dyskusji i podziwu nad odwagą Olgi, dzieciaki odsunęły właz. Olgi nie było.
– No, wyłaź, wygrałaś stówę! – krzyknął Mateusz, ale nikt nie odpowiadał. – Olga, zimno nam. Gratulujemy odwagi, ale ruszaj tyłek!
Z bunkra nie było słychać żadnego odzewu.
– Dobra, schodzę za nią – zaproponował Mateusz. – Przytrzymaj mnie! – zwrócił się do Karola i po chwili znalazł się na dole. Oświetlił telefonem schron i zobaczył metr od siebie uśmiechniętą buzię Olgi, która przyciskała palec do ust na znak całkowitego milczenia.
– Mateusz, jesteście tam?! – usłyszeli z góry. Olga powstrzymywała wybuch śmiechu, a Mateusz stał, nie wiedząc, jak powinien się zachować. Zatrzasnął klapę telefonu, likwidując strumień światła. Oboje udawali, że ich nie ma.
– To, co robicie, nie jest śmieszne! Jak gówniarze!
– Za dużo filmów się naoglądali. Tak czy owak – schodzimy – oświadczył Karol i za chwilę wszyscy byli już pod ziemią. Monia jeszcze nie dotknęła stopami podłoża, kiedy oświetliła wnętrze bunkra.
– Wiedziałam, że próbujecie być zabawni! – skwitowała, gdy zeskakując, niemal przewróciła Olgę.
W ciemnym jak grobowiec bunkrze, dzięki telefonicznym aparatom, pojawiło się kilka świecących punkcików. Będąc w grupie i trzymając w dłoni komórkę, czuli się odrobinę bezpieczniej, chociaż każdemu z nich serce waliło mocniej niż zwykle.
– Inaczej wyobrażałam sobie to miejsce – stwierdziła Majka. – Szczerze? Zwyczajnie tu.
– Serio? To my idziemy na górę, a ty sobie tu zostań... – powiedział Mateusz.
– No, może nie aż tak zwyczajnie... Czujecie ten zapach?
– Jak w piwnicy – zauważyła Monia.
W powietrzu czuć było stęchliznę i wilgoć. Choć nie było tu mowy o jakiejkolwiek szczelinie w suficie, ziemia była wilgotna, a gdzieniegdzie pojawiała się nawet niewielka kałuża.
– Kojarzycie te bloki przy Norwida? – zapytała Majka.
– Kojarzymy. Co z nimi?
– Tam jest jedna wspólna piwnica dla wszystkich klatek i bloków. Idzie się przejściem przypominających tunel. Wchodzisz na początku ulicy do jakiegoś bloku, a wychodzisz na końcu. Po drodze mijasz pomieszczenia właścicieli mieszkań. Poza tym słychać bojlery, jakieś piecyki gazowe, rury przechodzą przez całą długość korytarza. Ten bunkier też, mam wrażenie, że nie ma końca, z tą różnicą, że tu panuje jakaś cholerna głucha cisza... Patrzcie nad nami jest jakaś rura...
– Pewnie za chwilę zobaczę jakiegoś szczura...
– Weź, Monia, zamknij się!
– No co?! Stwierdziłam tylko fakt...
Dzieciaki szły przed siebie, mijały boczne przejścia i zakamarki. Nie do końca zdawały sobie sprawę z tego, ile osób byłby w stanie pomieścić ten schron.
– Wydaje mi się, że gdzieś na końcu znaleziono tego chłopca – wypaliła nagle Olga.
– Skąd wiesz?
– Nie wiem, tak ludzie gadali – odpowiedziała, wzruszając ramionami. – Uważajcie, tu jest jakiś schodek. Pochylcie się teraz, bo przechodzimy pod jakimiś kablami... Jakim potworem musi być morderca, żeby zabić trzynastolatka – ciągnęła Olga.
– A może jeszcze tu jest? Nigdy nie odnaleziono sprawcy – zauważyła Monia.
– Tak, od dwudziestu lat żyje w podziemiach! Wy to naprawdę za dużo horrorów widziałyście – skwitował Mateusz. – Prędzej podejrzewałbym, że mijacie go codziennie na ulicy i nie wiecie, że miły sąsiad, którego znacie od dziecka, to tak naprawdę zwykły psychopata.
Olga zatrzymała się, po czym powiedziała:
– Pogaduszki, pogaduszkami, ale straciłam orientację i nie wiem, w którą stronę mamy iść...
– Chyba żartujesz!? Nie dość, że to miejsce, gdzie zamordowano chłopaka, to jeszcze cholerny labirynt! Zaraz się rozpłaczę. Dosłownie! – mówiła Majka.
– Niech się zastanowię – zaczęła Olga. – Cały czas szliśmy prosto. Majka zaplątała się w te sznury zaraz po tym, jak nad głową mieliśmy kable. Oświetlcie mi sufit.
Wszystkie komórki skierowały się ku górze. Nad dzieciakami zwisało mnóstwo pajęczyn.
– Fuj! – wrzasnęła Majka. – Zwymiotuję, jak mnie to muśnie... albo wejdzie mi coś we włosy! – krzyknęła i zaczęła gwałtownie odgarniać je rękami.
– Tam idziemy – zakomunikowała Olga, a cała reszta poszła za nią.
– Ała! – krzyknęła nagle Monika. – Uderzyłam o coś łokciem.
– To tylko klamka – wyjaśnił Mateusz i bez chwili zastanowienia pociągnął za mosiężny uchwyt ozdobiony głową meduzy. Zielone jednoskrzydłowe małe drzwiczki o nietypowym kształcie stawiały opór. Zakończone półkoliście drzwi miały z przedniej strony nabite deski, układane w romby.
Mateusz nie dawał za wygraną.
– Gdzieś musi być zamek – oświadczył. – Poświećcie mi na dole – poprosił i za chwilę dostrzegł bardzo starą kutą kłódkę, na korpusie której umieszczono znak "X "; do jej trzpienia przymocowano metalowy łańcuszek. – Nie dostaniemy się, nie mamy kluczyka.
– Szkoda, może byśmy odkryli jakieś przedwojenne skarby – rozmyślała Monika.
– Jak nie można się do czegoś dostać albo czegoś zobaczyć, to dopiero wtedy ciekawość zaczyna szaleć... – dodała po chwili. – Ale pomyślcie, pomijając wszystko, tyle lat te drzwi są zamknięte i jeszcze nikt nie próbował ich otworzyć, dziwne, prawda?
– Niby tak, ale ty będziesz kolejną, która tędy przeszła i ich nie otworzyła. Po prostu nikomu nie chce się wysilać i w ciemnościach niszczyć, bądź co bądź, całkiem przyjemnych drzwiczek – odpowiedział Mateusz, odwracając się plecami od ciekawego znaleziska.
Szli w stronę wyjścia. Poruszali się bardzo powoli i ostrożnie. Majka opuściła głowę najniżej, jak potrafiła, bojąc się, że zahaczy włosami o zwisające z góry pajęczyny. Mateusz oświetlał betonowe podłoże, aby nie wejść w kałużę; Monia rozglądała się wokół, wyobrażając sobie, co stałoby się z nimi wszystkimi, gdyby nie odnaleźli wyjścia; Karol szedł za wszystkimi, co jakiś czas odwracając się za siebie. Olga starała się panować nad sytuacją i nie stracić orientacji w tej podziemnej plątaninie korytarzy, pokojów i schowków. Nagle, tuż przed nimi, przy suficie przesunęła się czarna plama.
– Co to?! – wrzasnęła Monia. W jednej chwili wszyscy stanęli jak wryci, gapiąc się na niewyraźny zarys czegoś lub kogoś. Mateusz wskazał palcem ścianę i z wytrzeszczonymi oczami stał, nie potrafiąc zebrać myśli. Panowała grobowa cisza. Wszyscy nabrali powietrza w płuca i bali się je wypuścić. Milczenie przerwał przeraźliwy krzyk Majki.
– Ratunku! Wypuście nas! Chcę stąd wyjść! Chcę stąd wyjść!
– Zamknij się, głupia! To był cień Karola! – powiedziała Olga, z trudem idąc dalej.
Majka nie ruszyła się z miejsca.
– Olga, czekaj! Majka musi się uspokoić.
– Wysilcie się i zróbcie jeszcze dwa kroki, bo nade mną jest już wyjście – oznajmiła spokojnym głosem. Nie zdążyła się odwrócić, kiedy Majka była już na zewnątrz, pochylając się i łapiąc głęboko powietrze.
– Ale panikara – skwitowała Olga, śmiejąc się z Majki i poklepując ją po plecach, zaraz po tym, jak wszyscy wyszli z bunkra.
Majka nie od razu zareagowała na zaczepkę Olgi.
– Mówcie sobie, co chcecie. Zgrywajcie teraz bohaterów, ale wszyscy wiemy, że to nie był cień Karola! Bo w tym samym czasie, kiedy to coś przesuwało się po ścianie metr od nas, Karol stał za mną wbity z przerażenia w ziemię!
– No dobra, może i była to z mojej strony nadinterpretacja, ale wymyślona na potrzeby chwili. W każdym razie, przestańmy wyolbrzymiać i po prostu podejdźmy do tego logicznie – tłumaczyła Olga. – Wszystko stało się przed samym wyjściem. Właz jest nieszczelny, tak?
– No tak – przyznał rację Mateusz.
– Więc najprawdopodobniej ktoś odjeżdżał z parkingu i światła samochodu przedostały się do środka i odbiły coś, co kształtem przypominało, wiecie co. Po czym, wyjeżdżając z parkingu i zmieniając kąt padania światła, samochód wprawił cień w ruch – oznajmiła Olga, na moment zdobywając nawet zwolenników swojej teorii.
– Koncepcja wyssana z palca – podsumowała Majka.
Każdemu zrodziła się w głowie inna hipoteza co do zajścia w bunkrze, ale żadna z nich nie była na tyle mocna, aby je wyjaśnić.
– Wiem jedno – odezwała się nagle Monia – będę to miejsce omijać szerokim łukiem.
– Ja również – zawtórowała Majka.
– A ja nie zamierzam i uważam, że zachowujecie się jak dzieci – skomentowała Olga.
Atmosfera zrobiła się nieco napięta. Kierowali się w stronę nocnego osiedlowego sklepu, kiedy odezwał się Karol:
– Zawsze znajdzie się jakieś miejsce, gdzie ktoś kiedyś umarł i nagle ludzie zaczynają tego miejsca unikać. Przy Reymonta stoi od lat wielki pusty dom, z tą Maryjką na dachu...
– Wiem, ten sąsiadujący z domem Pana na Wózku – wtrąciła Majka.
– Właśnie ten. Jest ogromny, liczy ponoć dziesięć pokojów, ma ogromną działkę. Wygląda jak dworek. Dałbym wszystko, żeby móc w nim zamieszkać. Wiecie, dlaczego od lat nikt go nie kupił? – spytał, ale nie czekając na odpowiedź, kontynuował. – Bo pod nieobecność właścicieli jakaś starsza kobieta, która sprzątała w tym domu, zmarła tam. Najprawdopodobniej wzięła garść jakichś tabletek nasennych i dopiero po miesiącu, jak właściciele wrócili, znaleźli ją martwą w łóżku. Smród był niewyobrażalny. I mimo tego, że budynek już dawno został wywietrzony, to każdy, kto tam był, twierdzi, że śmierdzi trupem.
– A ja słyszałam, że została znaleziona w wannie, że najprawdopodobniej zasłabła i się utopiła.
– Widzicie! Jedna samobójczyni, a tyle domysłów i historii. W przypadku bunkra jest podobnie – jedno morderstwo, a tyle wersji. Nikt się nie dowie, co tak naprawdę się tam wydarzyło. Skoro tyle lat już minęło, to sprawca nigdy nie zostanie odnaleziony, bo sprawą już nikt się nie zajmuje. Możemy sobie zatem gdybać i gdybać, ale faktem jest, że nie my pierwsi i nie ostatni prowadzimy dyskusję nie mającą najmniejszego sensu.
Dom przy ulicy Reymonta, o którym opowiadał Karol, rzeczywiście stał pusty od wielu lat, ale nie dlatego, że śmierdziało w nim trupem, ani też nie dlatego, że znaleziono tam jakąkolwiek kobietę w wannie. Po prostu był drogi i żadnego mieszkańca nie było stać na jego remont, a ludzie spoza miasta nie chcieli się tu osiedlać.
– Wiecie, co mnie zastanawia? – zaczęła nagle Olga. – Że tam nie było żadnego śladu czyichkolwiek kroków, jakby nigdy nikt nie postawił w tym bunkrze stopy. Ani jednego odcisku palca. Nic.
– Może wszyscy, którzy tam wchodzili, mieli wzdęcia i lewitowali nad ziemią – wtrąciła Majka, najwidoczniej całkowicie już uspokojona.
– Bardzo śmieszne. Dla kogoś to była tragedia – odpowiedziała Olga, otwierając drzwi nocnego sklepu.
Pozostali spojrzeli po sobie, wzruszając ramionami, bo Olga rzadko dawała się poznać od tej ludzkiej strony, a przynajmniej jej przyjaciele już dawno uznali ją za pozbawioną głębszych uczuć i wrażliwości.