ROZDZIAŁ II
RAI
Rai, R?ine alie ilane, co w wolnym przekładzie można brać za Czas i Sen [...].
Przekłady i tłumaczenia. Dziesięć lat antyku lyryjskiego
*
Przez główną bramę miasta przepychały się tłumy różnorakiej gawiedzi. Kupcy z wyładowanymi towarem wozami, samotni wędrowcy w zakrywających twarze kapturach płaszczy, chłopi, którzy najprawdopodobniej szukali sposobu na ucieczkę z prowincji, drobni rzemieślnicy, kapłani i reszta niezidentyfikowanego pospólstwa.
Mimo ogólnego ścisku przedostać się za mury było wyjątkowo łatwo. Stojący na posterunku strażnicy nie robili nikomu problemów, nawet na wnoszoną przez najemników broń przymykali oko, jakby wiedząc, że takiej masy nie da się kontrolować.
Raven naciągnęła kaptur trochę mocniej, świadoma licznych świadków jej obecności w tym miejscu. Uciekając przed wysłannikami cesarzowej, bardzo rzadko odwiedzała większe miasta, jednak teraz miała dość znaczący powód.
Zerknęła w stronę Alyane, której zachowanie przy przejściu przez bramę do najnormalniejszych nie należało. Czarownica rozglądała się wokoło z dziwnym podenerwowaniem, zamiennie spuszczała wzrok i odwracała się w różne strony. Gdyby Raven miała obstawiać, prawdopodobnie uznałaby, że to właśnie Alyane dopuściła się kradzieży cesarskiej kosztowności.
- Niech zgadnę - zaczęła niespodziewanie.
Czarownica drgnęła i prawie wpadła na kierującą się w drugą stronę tęgą kobietę z workiem pod pachą.
- Pokłóciłaś się ze swoim panem. Albo z jakąś nadpobudliwą koleżanką czarownicą, której zemsta byłaby wyjątkowo nieprzyjemna.
- Co? - Alyane zmarszczyła brwi. Poruszając się z coraz większą pewnością w rzednącym tłumie, wyminęła kolejną mieszczkę. - Czemu niby coś takiego miałoby się stać?
- Wędrujesz bocznymi traktami - zaczęła spokojnie Raven. - Masz na sobie drogie, ale zniszczone szaty podróżne, na każdym zakręcie oglądasz się za siebie, a czując na sobie wzrok strażników, próbujesz zapaść się pod ziemię. Uciekasz jak nic - dokończyła z mądrą miną, której efekt odrobinę zepsuł fakt, że znowu musiała przepchać się obok upierdliwej grupki podróżnych.
Usta Alyane zacisnęły się w cienką, prostą kreskę. Minęło kilka chwil, nim czarownica westchnęła z rezygnacją i w końcu zdecydowała się zabrać głos:
- Nie pokłóciłam się ze swoim panem ani tym bardziej z koleżanką. Ja... - zawahała się, na jej bladą twarz padł cień niepewności. - To bardziej skomplikowana sprawa, ale... I tak pewnie się domyślisz - dokończyła ciężko. - Odebrali mi w Lyr patent. Zostałam stamtąd wydalona, wyklęta, oficjalnie nieuznawana przez Sabat - wyrzuciła jednym tchem.
Cóż, Raven nie musiała się za bardzo wysilać z wyciąganiem tej informacji. Albo czarownica była naprawdę głupia, albo od dawna nie odzywała się do nikogo. Takie wyznania zakrawały na szaleństwo.
- Dobrze, że ci tylko patent zabrali - odparła Raven ponuro, przypominając sobie liczne przedstawienia na pięknych rynkach pomniejszych, urokliwych miasteczek. Mimo swojej świetności i bogactwa Lyr nigdy nie wydawało jej się przyjemnym miejscem. Tam należało uważać na każde słowo, na każdy gest, a wszystko było obserwowane. Nie to co tutaj, w zaściankowym królestwie, gdzie prawo i władza królewska wciąż ginęły w nieprzebytych puszczach i kniejach, a wszystko przykrywała ochronna warstwa tradycji.
Czarownica pokiwała smutno głową.
- To ja wiem. Szczęście miałam okropne, a wszystko przez złodzieja cesarzowej. Podobno przez to taki bałagan w Sabacie.
Raven o mało się nie zakrztusiła, przełykając ślinę.
- S... Sabat szukał tego złodzieja cesarskiego...?
Alyane skierowała na nią zdumiony wzrok.
- A więc już o tym wiesz? Tak, chciała, żeby czarownice go dla niej znalazły. I chyba za bardzo nie zdawała sobie sprawy, że zbytnio nie ma jak...
Rai miała nadzieję, że nie zbladła za mocno. Nie mogła zrozumieć, dlaczego zwykła kradzież przeciętnej błyskotki wywołała aż taką zawieruchę. Oddziały pościgowe, grupy gończe, cuda na patyku. A teraz do tego jeszcze dochodził Sabat, potężny i działający na całym Kontynencie. Fantastycznie.
W tym całym szaleństwie musiało istnieć jakieś logiczne wyjaśnienie.
Rozmowa ucichła. Obie umilkły mimowolnie, instynktownie kierując się w stronę centrum Damary - największego miasta dzikiej północy i jednoczesnej stolicy niewielkiego królestwa Arian, które graniczyło z potężnym cesarstwem.
Tutaj wszystko było małe i ciasne. Wąskie kamienice budowano na wyrost, dodając coraz to wyższe piętra. Każdy kolejny poziom dobudowywano z innego materiału i inną techniką. Sprawiało to piorunujące wrażenie, tworząc coś w rodzaju upiornej mozaiki miasta, która była jego wizytówką. Również gospody, sklepy, wszelakie przedsiębiorstwa usługowe stawały nie wszerz, lecz wzwyż. Tylko place świątynne i domy poszczególnych bóstw wyróżniały się od reszty. Szerokie i okazałe, zapewniały przelotną chwilę wytchnienia, która na gromadzącą się ludność, szukającą głębszego oddechu i ucieczki od niesamowitej ciasnoty, działała jak lep na muchy.
Wszystko przypominało balon, który sprawiał wrażenie, że lada moment pęknie.
Takie ciasne budownictwo miało swoje powody. Arian nie należało do królestw z oszałamiającą ilością miejsca pod zabudowę. Każdy kawałek ziemi, na którym coś stanęło, był cholernie drogi, a podatki tak wysokie, że nie opłacało się budować niczego, co miało więcej niż kilkanaście stóp szerokości i długości.
Oczywiście budynków świątynnych to nie dotyczyło. Wszyscy wiedzieli, że bogowie muszą mieć swoje miejsce.
Ścisk spowodowany ogólną ciasnotą nie przeszkadzał Raven. Ludzie parli na siebie, przekrzykiwali się nawzajem, ktoś kogoś szturchnął, ktoś popchnął, ktoś wzywał pomocy, kogoś okradziono. Nikt nikogo nie interesował i każdy zwracał uwagę wyłącznie na siebie. Oraz na swoją sakiewkę.
- Wiesz co? - zagaiła Raven, mając dość tego milczenia. Doszła do wniosku, że przytrafiła jej się okazja, której niewykorzystywanie byłoby grzechem. - Myślę, że możemy sobie pomóc. Wzajemnie. Skoro już wspomniałaś o tych gwiezdnych więziach i innych bzdurach.
- Wiele czarownic uznałoby twoje słowa za urągające - odparła spokojnie Alyane. - Silnie wierzymy w ingerencję gwiazd w nasz los.
Raven mimowolnie przypomniała sobie o własnym pechu, który świecił na niebie każdej bezchmurnej nocy. Wiedziała, że w tych bajkach było coś, czego nie powinno się ignorować, niemniej jednak wolała do sprawy podchodzić ze sceptycznym dystansem.
- Tak, tak. Porzućmy dywagacje i przejdźmy do współpracy, z której wyciągniemy daleko idące korzyści. Obopólne, rzecz jasna.
- Współpracy? - zagaiła czarownica, nieco bardziej zaciekawiona.
- Jest w Damarze taki człowiek - Rai zawahała się na krótką chwilę - który może nam pomóc. Ja też mam swój interes w tym, by zniknąć na jakiś czas. Co powiesz na to, że w rozmowie z nim wspomnę także i o... tobie? - zaproponowała ostrożnie.
Czarownica nie namyślała się długo.
- A co właściwie ty będziesz z tego miała? - zapytała, upewniając Raven w przypuszczeniu, że nie była aż tak przesadnie lekkomyślna, jak mogłoby się wydawać.
- Powiedzmy, że ten człowiek jest w stanie zrobić dużo, ale należy do typu graczy - odparła ostrożnie. - Każdy uczynek traktuje jak przysługę, a jeśli nie ma się odpowiednich kart, to cóż... ciężko cokolwiek u niego wynegocjować.
- Chcesz, żebym była twoją kartą przetargową? - Brwi Alyane uniosły się z lekkim oburzeniem.
- Nie, no skąd - zaprzeczyła prędko Raven, czując, że wchodzi na grząski grunt. - Mówię tylko, że w czasie rozmowy wspomnę o tobie oraz twojej wdzięczności. W takim świetle ten człowiek przychylniej będzie patrzył na moją propozycję i razem uzyskamy upragniony azyl.
Alyane wciąż nie wyglądała na przekonaną. W jej głowie pojawiła się jednak uporczywa myśl, z którą najwyraźniej nie potrafiła sobie poradzić. Dług za dług. Przeznaczenie i więzi nie były w odczuciu czarownicy czymś, z czym łatwo dało się pogrywać.
- Sabat może sobie o mnie w każdej chwili przypomnieć - oznajmiła, nie kierując bynajmniej tych słów do siebie. - Gdzie go znajdziemy?
Obie automatycznie zatrzymały się na rogu bocznej uliczki prowadzącej w głąb rynku.
- Lubi urzędować w zamku - odparła Raven trochę niewyraźnie, jakby przyznawanie się do takich znajomości przychodziło jej z trudem. - Ale uwierz mi, lepiej będzie, jeśli pójdę tam sama. Ten człowiek nie jest przychylnie nastawiony do obcych.
- Ty obca nie będziesz? Czyli mam rozumieć, że...
- Powiedzmy, że miałam nieprzyjemność - wyjaśniła Raven ponuro. - Chodź, ustalimy miejsce późniejszego spotkania.
*
- Czy wiadomo ci cokolwiek o kradzieży jakiejś błyskotki z letniej rezydencji Cesarzowej Naherys?
Komnata nie emanowała przepychem i nie czuć tu było królewskiej rozrzutności. Nawet kilka nędznych portretów, które wisiały na ścianie, nie robiło wielkiej różnicy. Obrazy po prostu znajdowały się tu z obowiązku. Meble, dywany, arrasy i kominek. Wszystko to sprawiało wrażenie służbowe i oficjalne. Zupełnie odmienne od kunsztownego wystroju obecnego na zamku.
Nie było powodów, by chwalić się bogactwem i zasobnością królewskiego skarbca. Człowiek, który siedział za skromnym, zdawałoby się mizernym biurkiem, nie musiał nikogo przekonywać o swojej władzy.
Albert Tierra, strateg i perfidny sukinsyn. A Raven chciała mu właśnie opowiedzieć o najnowszej głupocie, której dokonała.
Zdziwił się pytaniem. Nieznacznie. Jego skupiona, poważna twarz rozświetliła się na moment istną paletą emocji, których pobieżny obserwator prawdopodobnie wcale by nie dostrzegł.
Tierra wyglądał bardzo przeciętnie. Chudy, niewysoki, ni to blondyn, ni brunet. Jedynym charakterystycznym elementem były ciemne, gęste brwi, które unosiły się w stronę wąskiego czoła za każdym razem, gdy ich właściciel chciał pokazać zdumienie lub niedowierzanie.
- Wiadomo - odparł ostrożnie.
- Cieszę się. Będziemy mogli przejść do konkretów. Wiesz cokolwiek o złodzieju, który dopuścił się tego karygodnego czynu?
Poruszył się niespokojnie.
- Wiem całe mnóstwo, czyli nic. Same plotki. - Wzruszył ramionami. - Rabunek był przytomny, a złodziej najprawdopodobniej szalony. Bo chyba trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby dopuścić się tego akurat w czasie wizyty prawie całego dworu cesarskiego. Ukradł jakąś błyskotkę, niektórzy mówią, że zwykły naszyjnik. Inni znowu, że jakiś pierścień wielkiej mocy. Informacje dziwne i niedokładne. Zresztą ze mnie żaden czarownik. Na rzeczy się nie znam. Cokolwiek to było, było cholernie potrzebne cesarzowej. Rozesłała swoje najlepsze psy w pogoń. Uzbrojoną po zęby watahę. Nie wiem, o co tak naprawdę tam chodziło. I wątpię, żeby o zwykłą błyskotkę. - Skrzywił się w charakterystycznym grymasie. - Ale co ci do tego wszystkiego, moja droga?
Raven długo nie odpowiadała.
Cholera. Gdyby tylko mogła udać się gdzieś indziej, z pewnością by z tego skorzystała. Jednak na tę chwilę Arian było jej ostatnim wyjściem.
Tierra musiał coś sobie uzmysłowić. W jego oczach mignęło zrozumienie.
- Nie chcesz mi chyba wmówić, kochana, że tobie fach złodzieja się spodobał? Bo mnie się zdawało, że w waszym kodeksie, w waszym spisie świętych wręcz zasad, złodziejstwo jest zabronione i karane dość surowo.
Raven milczała chwilę. W tym milczeniu Tierra wyczytał wszystko, co miał wyczytać.
Westchnął ciężko.
- Ja się dziwię, naprawdę się dziwię, że nie wpadłem na to wcześniej. Zatrudniałem wielu różnych ludzi, oj, wielu. Najróżniejszych z każdego chyba zakątka kraju, ba, z każdego prawie zakątka świata. I jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktokolwiek z nich ściągnął na siebie tyle kłopotów, co ty. Co ja mówię! Oni wszyscy razem w ciągu dwóch lat nie mieli tylu problemów, co ty w jednym miesiącu. Błędny rycerz to mógłby sobie pomarzyć, oj mógłby co najwyżej.
- Mógłby - przyznała obojętnie. - Ale wątpię, czy byłby w stanie. Żaden błędny rycerz nie urodził się w dzień gwiazdy Iri?l, dzień gwiazdy zwykłego, ludzkiego pecha. Za to ja urodziłam się właśnie w ten dzień. Już zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Myślałam, że ty też.
Pokręcił głową.
- Całe życie zasłaniałaś się tą gwiazdą. To zabobony. - Machnął ręką. - Wróćmy do twojego... występku. Nie wiem, czy chcę znać powód. Chyba nie chcę. Ale mów, bo ja niestety wiedzieć muszę wszystko. Taki zawód.
- Powód? - Wzruszyła ramionami. - A bo ja wiem, jaki jest powód, dla którego cesarzowa Naherys wysłała za mną połowę swojej armii, oficerów, generałów i nie wiadomo co jeszcze? To był zwykły naszyjnik. Zwykły, najzwyklejszy. Taki sam znalazłbyś na miejskim targowisku. Ale to tyle. Żadnych kamieni, nic jakoś specjalnie drogiego i szczególnego.
- Nie miał jakiegoś emblematu, herbu... bo ja wiem... inskrypcji jakiejś?
- Nic, cholera, nic. Sama szukałam całą noc, jak się dowiedziałam, że pościg wysłali. Bo niby co takiego mogło w nim być? Słowo daję, większe skarby widziałam na szyjach u waszych szlachcianek zagonowych.
No tak. Raven wiedziała, że Tierra tak zareaguje. Przychodzenie tutaj mogło wydawać się błędem, ale nie miała już gdzie się podziać. Z Lyr należało uciekać. Uciekać prędko i efektywnie. Arian, sąsiednie królestwo, zdawało się jedynym alternatywnym i rozsądnym pomysłem. I właśnie dlatego udała się do Tierry. On był oczami i uszami królestwa.
- Powiedzmy, że się nie mylisz. - Postukał palcami o blat biurka. - A na cholerę tam się pchałaś? Lekka sakiewka zaczęła dokuczać? Naprawdę nie mogłaś sobie znaleźć innej ofiary niż sama Cesarzowa Imperium Lyr? Pomijając fakt, który już przywoływałem. Rai nie parają się złodziejstwem, a bractwo, jeśli mnie pamięć nie myli, nie pochwala kradzieży w imię własnego dobra. No chyba że się coś w kodeksie twego cudownego bractwa zmieniło, coś, o czym nie mam pojęcia...
- Bractwo nic nie wie. Jeszcze. A sakiewka jak sakiewka. - Wzruszyła ramionami. - Tu nie o ten idiotyczny naszyjnik, nawet nie o cały cesarski kuferek chodziło.
- A o co?
- O zakład.
Przez chwilę wyglądał, jakby nie dosłyszał.
- O zakład?
- No mówię przecież, że o zakład. Myślisz, że ja bym się zniżała do zwykłego złodziejstwa? Mnie się bractwo, wbrew wszystkiemu, co myślisz, bardzo podoba i bycie Rai złe nie jest. Myślałam, że przejdzie bez zbędnego rozgłosu. W końcu to był zwykły, srebrny naszyjnik. Cesarzowa ma pewnie piętnaście tysięcy takich samych. Czemu robisz taką zdziwioną minę? Daj spokój. Przecież mnie znasz.
Potrzebował chwili, żeby to przyswoić.
- Znam, ale mimo to... - Pokręcił głową. - Powiedz mi, że chociaż zakładałaś się o coś wartego tego cyrku. Bo ja cię znam i wiem, że to mogło być takie nic. Że to mogła być sama adrenalina. Bo jedni uzależniają się od gorzałki, inni od proszków rozprowadzanych przez tych cudotwórców, jeszcze inni od kobiet czy władzy. A ty jesteś chyba po prostu uzależniona od działania. Jakkolwiek głupie by to działanie nie było. Po prostu musisz się zawsze w coś wpakować, co?
- To nie ja, to moja gwiazda - odparła obojętnie. - A zakład szedł o coś cennego. Bardzo cennego. Nie powiem ci co. Wiem, wiem. To twój zawód, żeby wiedzieć. Jakoś przeżyjesz bez tego. Uciekłam stamtąd cudem i zupełnie przypadkiem. Psy gończe dość łatwo zgubiłam, oni to w sumie mało doświadczeni i jak ktoś pomyśli trochę, to im ten cały pościg nie wychodzi. Potem znalazłam się daleko i zrobiło się miło.
- Eee tam, miło. Imperium Lyr to nie jest wróg, którego można sobie zignorować. Przyznaj, że się na każdym kroku rozglądałaś. Przyznaj, że spałaś z nożem pod poduszką. Albo może wcale nie sypiałaś.
- Mnie dużo osób nie lubi, Tierra, i to nie lubi o wiele dłużej niż Imperium Lyr. - Skrzywiła się z niesmakiem. - Ja się przyzwyczaiłam, że na rogu trzeba się ładnie obrócić i dać jasno do zrozumienia wszystkim, którym przyjdzie jakaś głupota na myśl, żeby z każdego przedsięwzięcia z udziałem noża czy innej kuszy prędko zrezygnowali.
- Ale cesarzowa na pewno nie będzie czaić się za rogiem z nożem czy naładowaną kuszą. Cesarzowa będzie wygodnie siedzieć w swoim wygodnym pałacu z ogrzewaniem i czekać. Ona może i wydaje się niecierpliwa, ale poczekać potrafi. Poczeka, aż skończy się lato. Skończy się jesień. Zacznie się zima. A ona będzie nadal siedzieć w swoim ogrzewanym pałacu. Nie wyśle jednego człowieka z nożem. Nie wyśle nawet i dwudziestu ludzi z kuszami. Wyśle coś o wiele gorszego, coś, co najprawdopodobniej wyskoczy zza rogu, zanim w ogóle się zorientujesz, że idziesz ciemną uliczką, a przed tobą jest róg.
Raven przypomniała sobie stare opowieści. Był powód, dla którego wszyscy bali się cesarzowej.
- Tyle to i ja zdołałam zauważyć, Tierra, i dziękuję bardzo za takie rady. - Przeciągnęła się. - Nie mają pojęcia, jak wyglądam. Nikt mnie nie widział, tego jestem pewna. Czas stał po mojej stronie - dodała przekornie.
Nie zamierzał zaprzeczać. Doskonale o tym wiedział.
- Tego przeklętego naszyjnika też się pozbyłam. Nie, nawet tak na mnie nie patrz. Oczywiście, że go nie sprzedałam. Masz mnie za idiotkę? Wylądował w rzece zaraz po zajściu.
- Masz na myśli po kradzieży.
Na twarzy Raven zagościł niezadowolony grymas.
- Zwał jak zwał. W każdym razie nie mam pojęcia, jak trafili na mój ślad. Czary nie czary, może cesarzowa rzeczywiście para się nekromancją i okultyzmem? Magia tak po prostu nie działa. Po dwóch miesiącach spokoju znowu musiałam uciekać, ale tym razem było blisko, Tierra, naprawdę blisko.
- No dobrze. Skądś wiedzą. Ale jak nie czary, to co? Może wydał cię ten, z którym się tak głupio założyłaś?
- Odpada. Nie pytaj, dlaczego i skąd wiem. Uwierz na słowo.
Wzruszył ramionami. Co mu pozostawało?
- To w takim razie nie wiem. Niewiedza jest rzeczą straszną, dlatego spróbuję się jej pozbyć. - Uśmiechnął się złośliwie, z perfidnym błyskiem w oku. - I to właśnie dlatego przyszłaś do mnie, prawda? Chcesz wiedzieć, skąd oni wiedzą. I chcesz, żebym cię... hmm... przechował do czasu, kiedy zrobi się bezpiecznie.
Nie musiała odpowiadać. On już cel jej wizyty.
- A co ja za to dostanę? - zapytał po chwili dość brutalnie. - Bo ja po odcisku Cesarstwa Lyr wcale deptać nie będę. Wybacz kochana, ale to by było niebezpieczne. Oddawać cię w ręce oddziału specjalnego też nie mam ochoty.
- Uważaj, bo się wzruszę - odparła bez entuzjazmu. - Doskonale wiesz, jakimi... umiejętnościami dysponuję. Możesz ze mną zrobić, co tylko będziesz chciał. W granicach rozsądku oczywiście - dodała, widząc iskrę rozbawienia w jego oczach. - Do tego mam dla ciebie prezent specjalny.
- Prezent specjalny? - powtórzył z rosnącym zaciekawieniem.
- Tak. W drodze do Damary natknęłam się na czarownicę, która też z pewnych powodów szuka schronienia poza granicami cesarstwa. Jestem pewna, że z chęcią wyraziłaby swoją wdzięczność za pomoc, której jej udzielisz.
Tierra przez chwilę przyswajał jej słowa, a później zachichotał na swój charakterystyczny, nieznośny sposób.
- Oj, Raven. Nic się nie zmieniłaś. Przychodzisz do mnie, prosząc o schronienie, i targujesz się potrzebą i nieszczęściem innych.
- Handluję tym, czym przyszło mi handlować - odparła nieskromnie.
Zachichotał ponownie i wyjął z szuflady kawałek pergaminu. Zanotował kilka słów i pociągnął za sznurek. Po upływie kilku sekund zjawiła się służka. Bez pytania wzięła od niego papier i natychmiast opuściła komnatę.
- Będziesz musiała coś dla mnie zrobić w zamian za taką przysługę. Mam dla ciebie misję, Raven. Wręcz wymarzoną.
- Umieram z niecierpliwości, żeby się dowiedzieć - oznajmiła sucho, przyjmując kpiący ton. Podejrzewała, że trik z Alyane nie przejdzie tak gładko, ale słysząc słowa o pracy, odetchnęła z lekką ulgą. To oznaczało, że Tierra udzieli jej upragnionego azylu. - Mam zrobić to samo, co ostatnio? Dobrać się do prywatnej korespondencji? Ośmieszyć jakiegoś barona? A może jeszcze raz sprawdzić, czy księżniczka aby na pewno jest na tyle cnotliwa, na ile się wydaje?
Roześmiał się.
- Nie, nie. Widzisz, mam już innych ludzi do takich zadań. Sprawniejszych i bieglejszych we wspomnianych sztukach.
- Bieglejszych i sprawniejszych? - powtórzyła z udawanym niedowierzaniem. - Myślałam, że na całym Kontynencie nie znajdziesz nikogo sprawniejszego i bieglejszego ode mnie.
- Cieszę się, że przez te wszystkie lata pielęgnowałaś w sobie mój ulubiony egoizm. Czy możemy zatem przejść do rzeczy? - Nawet nie czekał na jej potwierdzenie. Po prostu sięgnął po kolejny pergamin i westchnął przeciągle. - Mam problem, z którym jeszcze nigdy się nie zetknąłem. Nie sądziłem, że do tego dojdzie, i w sumie twoje problemy są mi wyjątkowo na rękę.
- I kto tu handluje cudzą potrzebą i nieszczęściem! - wtrąciła z oburzeniem.
- Nie zachowuj się jak dziecko, proszę cię - zganił ją niecierpliwym tonem. - Na zachodzie od Damary pojawił się problem. Kupcy odmawiają podróżowania tamtym traktem, ludność z wiosek uciekła do miasta i nawet okoliczni bandyci wolą stronić od tamtego miejsca. Wysyłałem wprawdzie zaufanych ludzi, ale cóż... Większość nie wróciła, a ci, którzy wrócili, powtarzali rzeczy niestworzone. Mówili o... - zawahał się - zjawach. Duchach i niewidzialnych marach.
Raven uniosła brwi, podziwiając teatralność strachu Tierry. Jeszcze trochę i mogłaby uwierzyć, że tamten faktycznie się boi.
- Plaga - podsumowała z prostotą. - Masz pod nosem wyjątkowo niewygodną Plagę i chcesz, żebym ją dla ciebie wyeliminowała.
Rozłożył ręce, jakby nie miał już nic więcej do dodania.
- W końcu do tego zostałaś wyszkolona, czyż nie? Zamkowe igraszki byłyby szkalowaniem twoich talentów i umiejętności.
- Cholera, Tierra, wiesz jak ja dawno Plagi na oczy nie widziałam? - Westchnęła z przejęciem, z zastanowieniem pocierając podbródek. Plaga nie była czymś, co mogła spokojnie zlekceważyć.
- Nie mów mi, że mam szukać sobie innego Rai - wtrącił Tierra z lekkim niedowierzaniem.
- Nie, nie. Zrobię to - zdecydowała Raven niepewnym głosem. - Kiedy?
- Najlepiej, gdybyś za sprawę zabrała się od razu. Wskazówek raczej nie potrzebujesz. Zachodni trakt nie jest jakoś szczególnie rozległy, a myślę... myślę, że czegoś takiego jak Plaga nie da się przeoczyć - dokończył ciężko. - A, i jeszcze jedno. Z chęcią porozmawiałbym również z tą twoją czarownicą.
- Niech ci będzie - odpowiedziała po chwili milczenia. - Usunę ci to uroczysko najdalej jutro w nocy. Alyane, jak podejrzewam, również zjawi się tu jutro.
- Nie, nie - zaprzeczył prędko. - Jutro mam trochę... ważniejsze sprawy. Muszę też postarać się o jakiejś dogodniejsze miejsce do przechowania was, prawda? Zjawcie się tu razem pojutrze, a wszystko będzie przygotowane.
Przelotne i prawie niezauważalne drgnięcie powieki powinno dać Raven do myślenia. Niestety Rai była zbyt wygodna, by uznać to za coś niepokojącego. Wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę wyjścia.
- Raven... - zaczął Tierra cicho.
Odwróciła się z ociąganiem.
- Dlaczego nie uciekłaś do Anden? Dlaczego nie wróciłaś do swojego kraju na zachód?
Skrzywiła się, ale po krótkiej chwili wahania odpowiedziała:
- Tam? Po co tam? Do bractwa? Do ojca? Myślisz, że by się przejął, gdybym mu powiedziała, że mam na ogonie najlepsze psy cesarstwa i nawet do końca nie rozumiem dlaczego? On by im jeszcze pokazał, gdzie jestem, żebym pojęła lekcję. Nie... nawet gdybym zdążyła. Do Anden nie ma już po co wracać. Pozostali Rai mi nie pomogą.