Wyklęci. (#1). Wiedźma - Nancy Holder

-
Proszę czekać

Podziękowania

Dziękuję Ci, Debbie, za to, że jesteś nie tylko wspaniałą pisarką, ale także przyjaciółką. Dziękuję również Lisie Clancy, naszej Ostatecznej Redaktorce, oraz jej nieustraszonym, byłym i obecnym pomocnicom: Liz Shiflett, Micoli Ostow oraz Lisie Gribbin. Mojemu agentowi Howardowi Mor­haimowi, który potrafi zdziałać cuda... Dziękuję Dawidowi Hahnowi za pomoc techniczną, jak również tym, którzy brali czynny udział w procesie powstawania tej książki - Melissie, Vonowi oraz Jenn. Mahalo* Johnowi, Shannon Tulius i Liz Engstrom z Konferencji Pisarzy na Maui. Jesteście no ka oi!** Dziękuję także Christopherowi Voglerowi za napisanie Podróży autora.

* Wspaniałemu.

** Najlepsi.

N. H.

Chciałabym podziękować Nancy, mojej przyjaciółce i współautorce książki, której wielkoduszność zarówno jako pisarki, jak i osoby wzbogaciła moje życie. Dziękuję Lisie Clancy - naszej nieocenionej redaktorce, której poczucie humoru oraz wyrozumiałość sprawiły, że praca nad tekstem była prawdziwą przyjemnością. Dziękuję z całego serca organizatorom Konferencji Pisarzy na Maui, którzy nie tylko pomogli autorom dojrzewać w ich fachu, ale także przyczynili się do nawiązania wielu przyjaźni - w sferze prywatnej oraz zawodowej. Na koniec chciałabym serdecznie podziękować ludziom, którzy zawsze we mnie wierzyli i mi kibicowali: moim dziadkom, Haroldowi i Mildred Trentom - za to, że zachęcali mnie do bycia twórczą; Mattowi Washburnowi - jedynemu w swoim rodzaju pisarzowi i mojej prawdziwej ostoi; Chrissy Hadley - mojej wielbicielce numer jeden; Juliette Cutts oraz Ann Liotcie - przyjaciółkom, które zawsze z entuzjazmem czytały to, co napisałam; Michaelowi Muellerowi - najbardziej lojalnemu przyjacielowi, jakiego można sobie wyobrazić. Dziękuję Peggy Hanley za to, że zawsze była przy Scotcie, a teraz jest również przy mnie. Dziękuję innym kolegom i koleżankom po fachu, którzy z anielską cierpliwością brnęli przez setki stron i zawsze służyli konstruktywnymi radami: Penny Austen, Johnowi Oglesby'emu oraz Kelly Watkins. Dziękuję też Jennifer Harrington za to, że zawsze chciała mnie wysłuchać.

Z wyrazami miłości

D.V.

Wydawnictwo Bukowy Las poleca młodym czytelniczkom inne ciekawe tytuły

Courtney Allison Moulton

Anielski ogień

Powieść z żywiołową akcją, niesamowitymi scenami walki i silną bohaterką, która świetnie włada starożytną bronią. Ellie jest współczesną dziewczyną, która nie przepada za szkołą, za to lubi imprezy i modne ubrania. Martwi się kłótniami rodziców i kiepskimi stopniami. Do czasu. Najpierw pojawiają się koszmary. Każdej nocy Ellie dręczą sny o potworach, które polują na nią i ją zabijają. Potem przychodzą wspomnienia. Odległe czasy, nieznane miejsca... Kiedy Ellie spotyka Willa, odnosi wrażenie, że jej dusza zna go od wieków, lecz nie potrafi tego uchwycić pamięcią. W prezencie na 17. urodziny Ellie dostaje luksusowy samochód. W tym też dniu tajemniczy Will uświadamia jej, kim naprawdę jest i jaką rolę odgrywa w odwiecznej wojnie dobra ze złem. Budzi w Ellie jej moc. Od tej chwili to ona musi polować. Walczyć na śmierć i życie z istotami, które czyhają na nią w ciemności.

Carrie Jones

Pragnienie

Pierwsza część bestsellerowej serii dla młodzieży. Tajemnice, romans, bohaterowie z różnych światów sprawiają, że to jedyny w swoim rodzaju thriller dla nastolatków. "Książka dla tych, którzy kochali Zmierzch i odczuwają po nim Pragnienie czegoś więcej".

Carrie Jones

Zniewolenie

Zara i jej przyjaciele zakładają, że skutecznie rozprawili się z piksami. W pewnym sensie im się to udało, gdyż wszystkie piksy zostały uwięzione głęboko w lesie. Ale pragnienie króla jest coraz większe...

Carrie Jones

Oczarowaniee

Zara jest rozdarta między dwoma mężczyznami - królem piksów Astleyem oraz uwięzionym w legendarnej Walhalli Nickiem. Za wszelką cenę chce do niego dotrzeć i sprowadzić do krainy żyjących, ale to trwa i okazuje się niezwykle niebezpiecznym zadaniem.

Alexandra Bullen

Życzenie

Tragiczna przeszłość. Zakazana miłość nastolatki. Trzy życzenia, które mogą odmienić wszystko. Czy także wskrzesić ukochaną siostrę bliźniaczkę Olivii?

Alexandra Bullen

Złudne marzenia

Zagadkowa przeszłość. Przejmująca samotność. Trzy życzenia, które mogą odmienić życie Gdybyś dostała magiczną sukienkę spełniającą życzenia, o co byś poprosiła?

I

PORA JĘCZMIENIA

Bądź pozdrowiony, Światła Panie, Wrócisz, nim święto Jul nastanie, Ognie Ciemności zbiorą swój plon, Jak głosi wróżba Domu Deveraux.

By jeszcze raz odrodzić Ziemię, Powietrze natchnie wiedźm Cahors plemię Krwią Przyjaciela i Krwią Wroga, Z Nadobnej Pani pucharu dna.

76 mil od miejsca zwanego Lee's Ferry, rzeka Kolorado, 1 sierpnia (święto Lammas)

Wspaniale. Burza. Na dokładkę.

Zapominając na chwilę o kłótni siedzących na dziobie pontonu rodziców, Holly popatrzyła na wąskie pasmo błękitu prześwitującego pomiędzy ścianami kanionu. Oślepiona niklowomiedzianymi promykami słońca, gwałtownie odwróciła wzrok. Chmury, podobne do zaciśniętych szarych pięści, przetaczały się po niebie, a wylatujące z kryjówek ptaki nawoływały niespokojnie.

Usłyszała, jak stojący tuż za nią dobrze zbudowany instruktor raftingu, który co roku nadzorował z ramienia Uniwersytetu Kalifornijskiego tego typu letnie eskapady, westchnął głęboko i chrząknął. W przeciwieństwie do rodziców, nie wcisnęła go do szuflady z napisem: "Cześć, mam na imię Ryan i będę waszym przewodnikiem". Zarówno ojciec, jak i matka dawali się wszystkim we znaki - jemu, jej oraz jej przyjaciółce, która miała pecha pojechać na te koszmarne wakacje. Tina była zapraszana wszędzie, gdziekolwiek się wybierali. Obie dobrze wiedziały, że bycie jedynaczką ma swoje zalety.

Mama Tiny wycofała się w ostatniej chwili, tłumacząc swoją decyzję trudnościami z ustaleniem grafiku w Marin County General, ale Holly podejrzewała, że ta drobna brunetka dobrze wiedziała, co się święci. Barbara Davis-Chin była przyjaciółką mamy Holly, a przyjaciółki zawsze mówią sobie wszystko, nawet kiedy są już dorosłe.

- Już wiem, o co chodzi! - pomyślała Holly. - Widziałam coś podobnego w serialu Seks w wielkim mieście.

Pięć dni temu, kiedy Holly wróciła ze stadniny, domyśliła się, że coś się wydarzyło za drzwiami tego na pozór typowego dla San Francisco domu. Krzyki rodziców, które jeszcze przez moment odbijały się echem od gipsowych ścian, ucichły wraz ze szczękiem przekręcanego w drzwiach klucza. Holly słyszała rytmiczne postukiwanie, zupełnie jakby ktoś zamiatał podłogę. A kiedy była już w holu i zdejmowała kurtkę, znajdujące się tuż nad jej głową deski podłogi sypialni rodziców zatrzeszczały donośnie.

- Hej, to ja, wróciłam! - zawołała, lecz nikt nie odpowiedział.

Po chwili ojciec Holly zszedł na dół i uśmiechając się z zakłopotaniem, rzucił.

- Cześć, łobuzie. Co tam słychać u koni?

Tego wieczoru nikt nie mówił o tym, co się stało. Jej rodzice, Elise i Daniel Cathersowie, jakby połączeni tajemną zmową milczenia, byli dla siebie chłodni. Tłumacząc się podenerwowaniem przed lotem do Las Vegas, mechanicznie pakowali bagaże. Na szczęście Holly i Tina miały miejsca w innej części samolotu, a w apartamencie w Bellagio czekał na nie osobny pokój.

Kiedy rodzice Holly udali się na pokaz Cirque du Soleil, mogły wreszcie swobodnie porozmawiać o planach związanych ze studiami oraz nadchodzącym rokiem szkolnym. Tina wybierała się na Uniwersytet Kalifornijski, a Holly na uczelnię w Santa Barbara.

Rodzice wrócili nadzwyczaj późno, w dodatku byli pijani; przynajmniej tak wolała myśleć Holly. Chciała wierzyć, że na trzeźwo nigdy by się tak do siebie nie odnosili. Obrzucali się wyzwiskami, a ostre niczym noże słowa wypowiadali tylko po to, by się wzajemnie ranić. Holly naiwnie tłumaczyła sobie, że ojciec nie mówił "dziwka", ale "wiedźma", nawet jeśli w pierwszej chwili mogło to tak brzmieć zza zamkniętych drzwi sypialni. I nawet jeśli Tina też to słyszała.

Rano cała czwórka spotkała się z Ryanem w holu hotelu Bellagio, po czym razem udali się na przystań. Podczas trwającego cały dzień szkolenia mama i tato nawet nie silili się na uprzejmości wobec siebie. Kiedy Ryan zwodował tratwę i wskazał wszystkim ich miejsca, rodzice Holly, jakby nastrojeni wzburzonymi wodami Kolorado, powrócili do sporu, który stopniowo narastał, w miarę jak spływali w dół rzeki.

Tymczasem Holly i Tina, pochylone nad wiosłami, wypełniały polecenia Ryana. Wiosłowały w skupieniu, jakby chciały przekonać wszystkich dookoła, że nic się nie dzieje. Były ubrane w jasnopomarańczowe kamizelki ratunkowe i tego samego koloru kaski; przy czym kask Tiny, wyraźnie ciążąc jej na głowie, niemal całkowicie przykrywał włosy - przefarbowane z okazji wyjazdu na kolor morski. Holly, z burzą ciemnych wilgotnych loków, siedziała wciśnięta obok przyjaciółki w samym środku pontonu, który niczym gruby obwarzanek krążył pomiędzy pniami drzew i śliskimi czarnymi głazami. I chociaż ze wszystkich stron pryskała na nich zimna woda, a warunki naturalne ich nie rozpieszczały, było to niczym w porównaniu z tym, jak zachowywali się jej rodzice.

- Hej, stara, co ich ugryzło? Dlaczego są tacy wściekli? - wyszeptała Tina. - Kogo zamierzają wykończyć? Siebie nawzajem czy nas?

- Proszę, adoptuj mnie, kiedy wrócimy do domu - odparła Holly ze smutkiem.

- Niedługo będziemy mogły się pobrać - Tina popatrzyła znacząco, po czym uniosła brwi i posłała przyjaciółce buziaka. - Nie udawaj, mała. Wiem, że tego pragniesz.

Holly, nieco rozbawiona tym stwierdzeniem, pokręciła głową i westchnęła:

- Twojej mamie by się to z pewnością spodobało.

- Moja mama jest bardziej liberalna niż cała twoja rodzinka razem wzięta - powiedziała Tina. - Nie może doczekać się naszych zaręczyn, kochanie.

Holly i Tina roześmiały się. Ale już po chwili dobiegły je gniewne głosy rodziców przekrzykujących już nie tylko siebie nawzajem, ale i szum wartkiego nurtu w przewężeniu rzeki.

- ...nie wracamy wcześniej - syknął ojciec Holly.

- Nigdy mi o tym nie mówiłeś - odparła mama. - A powinieneś...

Holly westchnęła głęboko. Napięcie między nimi, które było wręcz namacalne, ponownie napełniło ją strachem. Nie miała wątpliwości, że w jej rodzinie dzieje się coś złego i gdyby chciała być wobec siebie szczera, musiałaby przyznać, że jest tak już od roku.

- Ten koszmar trwa nie od dziś - przyznała w duchu.

Kiedy ojciec zaczął unikać spojrzenia mamy, jej również z czasem przestało zależeć na ich relacjach. Zachowywali się niczym dwa nieprzyjazne sobie osobniki, które przypadkiem znalazły się na tym samym terytorium. Oboje, jak na ludzi po czterdziestce, wyglądali dość atrakcyjnie. Tato był wysoki i szczupły, miał bujną czuprynę ciemnych włosów i piwne, niemal czarne oczy. Uroda mamy Holly była wprost zjawiskowa. Włosy miała tak jasne, iż czasem trudno było uwierzyć, że są naturalne, a oczy tak błękitne, że przywodziły na myśl sukienki druhen. Dla wielu tworzyli bez mała filmową parę i tylko nieliczni, wliczając Holly, wiedzieli, że ich rozmowy żywo przypominają dialogi z horrorów.

- Dobra, trzymajcie się - powiedział Ryan, wyrywając Holly z zamyślenia i ucinając na ułamek sekundy toczący się między rodzicami spór. - Zbliżamy się do przewężenia Hance Rapids. Pamiętajcie, trzymamy się lewej strony. - Ryan spojrzał w górę na złowieszcze chmury i wymamrotał: - A niech to!

Holly uniosła głowę i popatrzyła na niego. Wyglądał niezwykle poważnie jak na swoje dwadzieścia jeden lat i miał posępny, nieco surowy wyraz twarzy.

- Zanim skończy trzydziestkę, będzie wyglądał jak kawałek suszonej wołowiny - pomyślała, po czym powiedziała lekko podniesionym głosem, obawiając się, że zostanie zagłuszona przez szum wody i trzeszczenie pontonu:

- Zanosi się na burzę!

Ryan spojrzał w jej kierunku i odparł:

- Niestety. Chyba skończymy dzisiaj wcześniej. - A po chwili, zerkając na jej rodziców, dodał: - Zresztą, wygląda na to, że wszyscy potrzebujemy odpoczynku.

- Oni nie zawsze tak się zachowują - zaczęła tłumaczyć Holly, lecz szybko urwała, skinęła potakująco głową i zabrała się do wiosłowania.

Wartki strumień rzeki wrzał niczym woda w czajniku. Holly i Tina, przygotowane na ostry ślizg w dół, odchyliły się nieco do tyłu. Spływ przewężeniem uchodził za najbardziej emocjonującą część wyprawy; atrakcję, na którą wszyscy czekali. Ale Holly miała dość wrażeń jak na jeden dzień i marzyła o powrocie do hotelu.

Nurt rzeki wyraźnie przyspieszył. Woda, rozdzielając się, to znów łącząc, uderzała o wystające ponad powierzchnię skały, tworząc podwodne wiry przypominające wyboje na ulicach. Ponton gwałtownie sunął w dół i Holly doświadczyła nieznanego jej wcześniej uczucia strachu pomieszanego z rozkoszą. Po plecach przebiegł jej dreszcz podniecenia, a w piersiach odczuła nagły skurcz.

- Ji-ha! - krzyknęła, a Tina zawtórowała bez chwili wahania. Roześmiały się i ich głosy odbiły się głośnym echem od ścian kanionu. Po chwili do wrzawy przyłączyły się okoliczne ptaki i z nieba dobiegł ich donośny grzmot. Widząc, że rodzice w dalszym ciągu skaczą sobie do oczu i nie zwracają uwagi na to, co się dzieje wokół, Holly poczuła, jak przeszywa ją nagła złość.

Ponton nabierał prędkości. Żołądek Holly podskoczył gwałtownie, a przestraszona Tina krzyknęła z zachwytu. Wkrótce zagrzmiało kilka razy i z nieba spadła ściana deszczu, zalewając ich doszczętnie. Ciężkie krople boleśnie uderzały o ramiona Holly, która usiłowała założyć swój żółty sztormiak. Ponton kiwał się na wszystkie strony i uczestnicy wyprawy, zaskoczeni przez ulewę, poruszali się chaotycznie.

- Do wioseł! - ryknął Ryan.

Rodzice Holly bez chwili wahania zabrali się do roboty, prowadząc ponton tak, jak ich wcześniej poinstruował. Niebawem ulewa zmieniła się w kaskadę. Woda rozbryzgiwała się na wszystkie strony, rozbijając się o olbrzymie głazy, a w głowie Holly kołatały jedynie słowa Ryana, aby trzymać się lewej strony.

- Cokolwiek będzie się działo, trzymajcie się lewej strony - powtarzała w myślach.

Nagle na horyzoncie ukazały się wielkie granitowe skały, których powierzchnia, w przeciwieństwie do tego, czego można by się spodziewać, była nie obła, lecz ostra i poszarpana.

- O rany! - zawołała Tina, wskazując na zbliżającą się przeszkodę.

Deszcz padał coraz mocniej, smagając wszystkich bezlitośnie. Holly desperacko walczyła z wiatrem, próbując nałożyć na głowę kaptur. Potoki wody lały się z nieba, tak że wkrótce nie można już było dostrzec niczego dookoła.

- Jezu Chryste, schylcie głowy! - wrzeszczał Ryan.

Holly pochyliła się, próbując bezskutecznie dostrzec to, do czego nieuchronnie się zbliżali. W jednej sekundzie wszyscy zamarli, po chwili zaś, niczym ludzie kryjący się przed nalotem podczas II wojny światowej, rzucili się do wioseł. Walczyli o życie, stawiając czoło bezlitosnej rzece, która usiłowała roztrzaskać ich ponton o granitowy głaz.

- Nie! - krzyknęła Tina, kiedy fala porwała jej wiosło. Zaczęła wrzeszczeć, gdy tratwa zanurzyła się pod kątem czterdziestu pięciu stopni, a spieniona woda zalała całą piątkę po pas. Tina piszczała bez przerwy, daremnie uderzając rękoma naokoło, a Holly usiłowała przywołać Ryana.

- Co robić? Co mamy robić? - krzyczała.

- Zachowajcie spokój - odpowiedział, wrzeszcząc ile sił w płucach. - Na lewo, na lewo, na lewo!

Wiosło Holly było zbyt kruche i niewystarczające, by zmienić kierunek, w którym pchała ich woda, a zarazem za ciężkie i nieporęczne, by dziewczyna mogła nim operować.

Wtem rozległ się rozpaczliwy krzyk rodziców Holly.

Rzeka przemieniła się w ogromny wir, a wszystko dookoła wydawało się szare, zimne, bezwzględne i złowieszcze. Szara woda opływała szare kamienie. Mieli wrażenie, że jakaś tajemnicza moc z siłą katapulty pcha tratwę w stronę głazu.

Choć nie miało to w tej chwili żadnego znaczenia, Holly wiosłowała bez ustanku. Przerażona, ściskając w dłoniach drążek, wykonywała mechaniczne ruchy. Ktoś wołał do niej po imieniu.

Nagle usłyszała głos Ryana:

- Skacz! Teraz!

Rozkaz wyrwał ją z osłupienia. W jednej chwili, gdy próbowała rozpiąć pasy i wyskoczyć, ogromna fala wzniosła się ponad tratwę, zalewając ją zupełnie. Zimna, bezwzględna woda otoczyła Holly, tak że jej głowa i ramiona znalazły się głęboko pod powierzchnią. Nie pozostało nic innego jak czekać, aż rzeka się wycofa. Tymczasem spienione fale otaczały ją ze wszystkich stron i Holly zamarła z przerażenia. Nie mogąc oddychać i nie pamiętając, jak rozpiąć pasy, zaczęła rozpaczliwie się szamotać.

- Utopię się. Umrę...

Ciężka niczym stal woda zgęstniała jeszcze bardziej i ogarnęła ją falą ciemności. Holly nic nie widziała i nic nie czuła z wyjątkiem przerażającego zimna. Wiedziała, że tratwa koziołkuje, a przed oczami miała jedynie ogromną skałę. Gdyby uderzyli w nią z tą prędkością, byłoby to porównywalne z wypadnięciem z okna i rozbryźnięciem się na ulicy.

Holly czuła, że ma w płucach wodę. I choć nie mogła oszacować, jak dużo, obawiała się, że za chwilę rozerwie jej klatkę piersiową. Wiedziała, że musi zrobić wydech i nabrać więcej tlenu. Szarpała za pas, ale w dalszym ciągu nie miała pojęcia, jak się uwolnić z zapięcia. W piersiach czuła gwałtowne pulsowanie i uderzała nieudolnie to w wodę, to w oplecione linkami kolana i ramiona, próbując z całych sił pozbyć się więzów.

- Umieram. Umieram... - powtarzała w duchu.

Jej zdolność racjonalnego myślenia stopniowo zanikała. W końcu Holly zupełnie przestała analizować i w miarę rozwoju sytuacji wziął górę instynkt przetrwania. Z coraz większym trudem walczyła z tym, co ją ograniczało; wkrótce zapomniała, dlaczego w ogóle to robi. Nie pamiętała także, że jeszcze przed chwilą siedziała w jednym pontonie z trójką najdroższych sobie osób, że jest nastolatką o imieniu Holly, i że ma włosy, oczy, nogi i ręce.

Przepełniała ją szarość i wszystko dookoła było koloru mgły - wszystko, co widziała, myślała i czuła. Odrętwiała i pusta, dryfowała w bezdennej studni nicości, opadając, stając się coraz bardziej bierna. Nie mogła powiedzieć, że było to przyjemne. Właściwie nic już nie mogła powiedzieć.

I chociaż o tym nie wiedziała, w końcu wypuściła powietrze, wsysając przy tym dużą ilość wody. Słonawy płyn napełnił jej płuca i Holly przewróciła oczami w agonii. Szamocząc się, wijąc niczym złapana na haczyk ryba, na próżno próbowała odkaszlnąć, usunąć dławiącą ciecz. Nie było ratunku, śmierć była blisko, jej rozedrgane oczy się zamknęły.

Po chwili przez zamknięte powieki ujrzała światło w najpiękniejszym odcieniu błękitu. Choć nie umiała tego dokładnie określić, przypominał jej kolor, który zdobi egzotyczne rybki. Światło migotało niczym prześwitujące przez taflę wody promienie słońca. Holly nie wykonywała żadnych ruchów, jej mózg nie wysyłał najmniejszych sygnałów. Spragniona tlenu, balansowała na krawędzi śmierci. Połyskiwało tak jeszcze przez chwilę, po czym promienie połączyły się i utworzyły postać. Gdyby Holly była przytomna, zobaczyłaby piękną kobietę z burzą czarnych, unoszących się w wodzie loków, ubraną w szarą wełnianą suknię z długimi rękawami i złotymi dodatkami. Nieznajoma popatrzyła na nią pełnymi współczucia hebanowokasztanowymi oczami, po czym wyciągnęła do niej rękę i rzekła:

- Biegnij. Uciekaj, nie zatrzymuj się, aby zabrać swe rzeczy. Ona zginie, jeśli nie odejdziesz. Maintenant, a ce moment-la; vite, je vous en prie...*

* Teraz, w tej chwili, szybko, proszę.

- Koszmar - pomyślała mętnie Holly. - Ostatni rok był prawdziwym koszmarem...

Postać uniosła prawą dłoń w skórzanej rękawicy, na której siedział olbrzymi szary ptak. Zwierzę machnęło skrzydłami i poszybowało przez rwący potok wody w kierunku Holly.

- Nie jesteśmy wiedźmami! - odbijał się echem w jej głowie krzyk ojca.

- Wiem, co widziałam w pokoju Holly! - krzyczała matka.

- Idź, zabierz ją stąd; inaczej znajdą ją i zabiją... Je vous en prie...** je vous en prie... Danielu de Cahors... - odezwał się głos.

** Proszę.

- Je vous en prie - wyszeptał rozpaczliwie mężczyzna w masce jelenia.

Była to Pora Jęczmienia, czas żniw. Las był wilgotny i ciepły jak kobieta. Mężczyzna stał przywiązany do kasztana, z torsem zalanym własną krwią. Potężne świece oświetlały wyznaczony Krąg.

- Tak bardzo mi go żal, maman*** - powiedziała szeptem Isabeau. Dziedziczka, podobnie jak wszyscy zebrani w Kręgu, miała na sobie kruczoczarną jedwabną szatę przetkaną tu i ówdzie srebrnymi i szkarłatnymi nićmi. Było ich trzynastu, wliczając Roberta, świeżo owdowiałego nowego małżonka matki, będącego zarazem bratem swego nieżyjącego poprzednika, oraz mężczyznę w masce jelenia, który stanowił tej nocy ofiarę i który wiedział, iż czeka go niechybna śmierć.

*** Mamo.

Wspaniale prezentujący się jastrząb o imieniu Pandion zadzwonił dzwoneczkami, obserwując całą scenę ze stosu utworzonego z kości członków rodu Deveraux. Nie mógł doczekać się mordu, pragnął schwytać duszę mężczyzny, gdy tylko ta opuści jego wątłe ciało, i uszczknąć dla siebie parę smakowitych kąsków, nim inni przechwycą resztę.

- To dobra śmierć - przekonywała Catherine de Cahors, uśmiechając się do córki i gładząc ją po włosach. W drugiej ręce trzymała zakrwawiony sztylet, którym chwilę wcześniej na klatce piersiowej ofiary wyrzeźbiła sigile. Jej mąż, Robert, choć milczał przez cały czas, czuł się w obowiązku powstrzymać ją przed tym i przypomnieć, że tortury nie są częścią ceremonii. Miała to być dobra, czysta egzekucja.

- To, że nie umiem trzymać języka za zębami, w końcu posłałoby mnie na stos. Spłonąłbym w strasznych męczarniach... - pomyślał.

Nagle ich oczom ukazała się postać ubrana w srebrno-czarne szaty rodu Cahors. Tajemniczy osobnik wdarł się w Krąg, podbiegł do zamaskowanego i odzianego w pelerynę Roberta, po czym rzucił się przed nim na kolana.

- Musiała go wydać jego postura - pomyślała Isabeau.

- Ród Deveraux... Ogień - wydyszał sługa. - Udało im się.

Na te słowa Pandion odrzucił łeb do tyłu i podniósł krzyk. Wszyscy zebrani popatrzyli na siebie spod zwierzęcych masek z przerażeniem, a kilkoro upadło na kolana w rozpaczy.

Isabeau zastygła w bezruchu. Ród Deveraux dociekał tajemnicy Ognia Ciemności od wieków i teraz ją poznał...

- Co się stanie z rodem Cahors? Co czeka tych, którzy odważą się stanąć na drodze Deveraux? - pomyślała.

Matka Isabeau położyła dłonie na sercu i gorzko zapłakała.

- O, Bogini! Otocz nas tej nocy swoją opieką!

- To niezwykle mroczna noc - dodał jeden z uczestników. - Noc rządów zła. Co za nieszczęście! I to właśnie wtedy gdy zapowiadało się na radosne święto Lammas, kiedy śmierć tego człowieka była już blisko, kiedy miała zostać włączona do darów Żniw...

- Jesteśmy zgubieni - lamentowała kobieta w pelerynie. - Jesteśmy skazani na zagładę.

- Bądźcie przeklęci, wy i wasze tchórzostwo - powiedział Robert niskim, groźnym głosem. - Nie jesteśmy zgubieni.

Zdarł maskę, po czym wyjął z ręki żony sztylet i podszedł spokojnym krokiem do ofiary. Bez chwili wahania złapał mężczyznę za włosy, odciągnął jego głowę do tyłu i podciął mu gardło. Krew trysnęła naokoło, obmywając obficie tych, którzy stali w pobliżu; inni zaś gorączkowo rzucili się naprzód, aby otrzymać błogosławieństwo. Pandion zeskoczył ze stosu i poszybował w stronę buchającego źródła ciepła, a przymocowane do jego kostek dzwonki pobrzękiwały donośnie. Matka zaś pchnęła Isabeau w kierunku ciała mężczyzny.

- Przyjmij błogosławieństwo - rozkazała. - Mamy wiele do zrobienia, musisz być gotowa, aby wypełnić swe przeznaczenie.

Isabeau zamknęła oczy i nie patrząc na ofiarę, niepewnie zrobiła krok naprzód. Widząc reakcję córki, Catherine ujęła ją za podbródek, po czym stanowczo zwróciła jej twarz ku parującej szkarłatnej cieczy.

- Non, non****- protestowała Isabeau, gdy krew spływała jej do ust. Czuła się skalana, a to, co się z nią działo, budziło w niej obrzydzenie. Tryskająca krew zdawała się jej zasłaniać całe pole widzenia...

**** Nie, nie.

Kiedy Holly się obudziła, leżała na brzegu rzeki, a przynajmniej tak jej się wydawało. Dźwięk płynącej wody wypełniał jej obolałą głowę, a całe ciało wiło się w silnych drgawkach. Głośno szczękając zębami, usiłowała poruszyć którąś z kończyn, ale zupełnie nic nie czuła.

- Mmm... - próbowała zawołać mamę.

Słyszała donośny szum rzeki oraz... trzepot skrzydeł. Miała wrażenie, iż jakiś ogromny ptak zanurkował i wyciągnął ją na powierzchnię jak małą, podtopioną mysz. Kiedy uniosła lekko powieki, zobaczyła niezwykły, unoszący się na tle księżyca kształt. Po chwili ponownie straciła przytomność, a przejmujący chłód jej ciała ustąpił miejsca kojącemu ciepłu...

- Krew jest tak gorąca - pomyślała, dryfując. - Widać, jak paruje w świetle nocy...

Ponownie usłyszała szum wody, poczuła oddech śmierci. Rozległ się krzyk drapieżnego ptaka...

Holly ujrzała gorącą, parującą krew i poczuła obrzydliwy, drażniący zapach, który zazwyczaj panuje w kostnicach lub więziennych lochach. Coś bardzo złego, bardzo niepokojącego, bardzo głodnego skradało się do niej, obejmowało powoli niczym smuga mgły, podchodziło ukradkiem, oplatało gałęzie i skały w poszukiwaniu jej nadgarstków, otaczało je, spowijało. Ktoś - albo coś - szeptał głębokim, niskim, uwodzicielskim głosem:

- Zaklinam cię, Isabeau Cahors, na noc i Porę Jęczmienia. Jesteś moja.

Z ciemności rozciągającej się ponad Kręgiem poszybował w dół ogromny sokół, po czym wbił swe dzikie, połyskujące szpony i dziób w Pandiona...

- Nie! - krzyknęła Holly, a jej głos rozbrzmiewał w ciemnościach.

Skrzydła ptaka załopotały, a po chwili całkowicie ucichły. Holly trzęsła się z zimna.

Nagle oślepiło ją jaskrawe żółte światło. Na widok poruszającego się to w górę, to w dół jasnego punktu Holly załkała. Snop światła obniżył się, a sterująca nim postać przykucnęła i spojrzała na nią badawczo. Była to mocno zbudowana kobieta ubrana w strój strażnika leśnego.

- Już dobrze, słoneczko... Już jesteśmy - powiedziała, po czym obróciła głowę i krzyknęła: - Mamy rannego!

Okrzyki stawały się coraz głośniejsze i przerażona Holly wybuchnęła gwałtownym płaczem.

Seattle, Waszyngton, Lammas

Kari Hardwicke owinęła się skąpym, przezroczystym kawałkiem materiału, którego nierówna faktura przylgnęła szczelnie do jej nagiego ciała. Wplótłszy we włosy kilka dzikich kwiatów, przypudrowała ramiona i policzki, po czym skropiła nadgarstki olejkiem paczuli. Wiedziała, że ludzie rzucający zaklęcia kochają ten zapach. Z czułością objęła siedzącego w zamyśleniu przed kominkiem Jera Deveraux, który chwilę wcześniej wpadł niczym burza do jej mieszkania. Choć nie potrafił podać przyczyny swego rozdrażnienia, był wściekły i wzburzony. Przyjął zaoferowany przez nią kieliszek wina i opadł na stojące przed kominkiem krzesło. Gdy tak sączył trunek w zupełnej ciszy, wpatrując się gorączkowo w ogień, miało się wrażenie, że to jego oczy rozpalają polana.

- Nie ma większego gniewu niż gniew Jerauda Deveraux, kiedy wyprowadzi się go z równowagi - pomyślała podekscytowana.

Jer miał w sobie coś, czego nie umiała wyjaśnić. I choć potrafił każdego obezwładnić swym przenikliwym spojrzeniem, nie była to jedynie jego charyzma. Nie były to również jego dowcip czy jego energia, wpływ, jaki miał na niemal każdą napotkaną osobę; fascynacja, towarzysząca poznającym go ludziom, bez względu na ich płeć, którzy zaczynali mówić o nim, gdy tylko opuszczali pomieszczenie.

Było to zapewne powiązane z jego niezwykłą urodą. Miał brązowoczarne, głęboko osadzone oczy, ciemnobrązowe brwi oraz nadzwyczaj wyraziste rysy. Mocno wystające kości policzkowe rzucały widoczny cień na dolną część twarzy, a kanciasta szczęka dodawała ustom pewnej miękkości. W przeciwieństwie do swego ojca i brata był zawsze gładko ogolony. Jego rozbudowane ramiona przykrywał w tej chwili czarny sweter. Podobnie jak pozostali członkowie rodziny, prawie zawsze ubierał się na czarno, co przydawało mu niebezpiecznej tajemniczości i zmysłowości.

- Jednak to nie tylko to - pomyślała Kari. - On jest... jak w tej znanej piosence... A magic man...

Krople deszczu uderzały ciężko w okno jej studenckiego mieszkania na poddaszu. Choć pogoda doskonale odzwierciedlała panującą w pokoju atmosferę, Kari postawiła sobie za cel jak najszybciej ich z tego otrząsnąć. Była to noc Lammastide; czas, w którym czarownice zbierają żniwo. Wiedziała, że Jeraud niebawem opuści jej mieszkanie i pospieszy, by wraz z ojcem, Michaelem Deveraux, oraz bratem odprawiać rytuały. On i Eli byli jedynie widzami, a przynajmniej Jer lubił myśleć o sobie w ten sposób... Kari chciała, aby tej nocy zabrał ją ze sobą. Była ciekawa ich sekretnych obrządków. Ich czarów, ich zaklęć... wszystkiego.

- Mężczyźni z rodu Deveraux to czarnoksiężnicy - pomyślała, wiedząc, że Jer zaprzeczyłby.

Rok temu, kiedy się poznali, był gotów zdradzić jej rodzinne sekrety. Była wówczas asystentką jego wykładowcy, a on nowicjuszem na studiach licencjackich. Po tym jak pierwszy raz poszli ze sobą do łóżka, obiecał, że wyjawi jej wszystkie swoje tajemnice. Wspominał też o bardzo starej, przechodzącej z pokolenia na pokolenie Księdze Zaklęć.

Kari nie posiadała się z radości. Pisała doktorat z folkloru. Temat ten był jedynie pretekstem, aby uczelnia otworzyła przed nią swoje archiwa, a ona mogła w pełni poświęcić się szamanizmowi i magii. Uniwersytet Waszyngtona w Seattle podchodził do wierzeń rdzennych Amerykanów z najwyższym szacunkiem, z tego też powodu zawsze zachęcano ją do badań, a dziedzina, którą się zajmowała, nigdy nie była kwestionowana.

Jednakże ona nie interesowała się jedynie magią praktykowaną w Ameryce Północnej. Fascynowała ją również ta, która właściwa jest kulturom europejskim... a w szczególności czarna magia. I chociaż Jer zaprzeczał zarówno temu, że jest prawdziwym czarnoksiężnikiem, jak i temu, że jego rodzina para się Sztuką Ciemności, Kari była pewna, iż spędzają więcej czasu w strefie mroku niż w rozproszonym świetle kultu Bogini. Niemniej utrzymywała zasłyszaną od Jera wersję, że ród, z którego się wywodzi, praktykuje wicca.

- Czy nie przypominam ci Pani Jęczmienia? - wyszeptała, poruszając się zmysłowo pomiędzy krzesłem a kominkiem i wyciągając ku Jerowi ramiona. Wyglądał na zaskoczonego i choć ciężko było jej się do tego przyznać, poirytowanego tym, że wyrwała go z zamyślenia.

- Kiedyś mnie kochałeś, Jer - pomyślała z niepokojem. - Podniecało cię, że wyrafinowana kobieta, absolwentka, pragnie ciebie, studenta pierwszego roku. Gdzie zatem popełniłam błąd? Chcę, abyś znowu był ze mną. Chcę wrócić do trawiącego uczucia, które było kiedyś między nami, które kiedyś we mnie rozpaliłeś. Płonęliśmy... topiliśmy się z podniecenia... - Po chwili zaś powiedziała, uśmiechając się lubieżnie: - Czytałam, że jeśli dzisiejszej nocy będziemy się kochać, każdy czar, jaki rzucimy później, będzie miał większą moc.

- To prawda - odrzekł Jer, cedząc słowa, po czym uniósł kąciki ust w lekkim, zabarwionym smutkiem uśmiechu i dodał: - Ty już mnie oczarowałaś, Kari. Jesteś piękna.

Chciała wierzyć w szczerość jego słów. Jer podniósł się z krzesła, pochwycił ją w swoje silne ramiona i ruszył w kierunku sypialni.

II

PORA WINA

Wino i mądrość jednym się stają, Jeżeli wrogów nie napotkają. O Panie, uchyl swej łaski drzwi, Daj nam skosztować ich słodkiej krwi.

Ty także, o Pani jasności, Wnet udziel nam swojej mądrości. Wiesz dobrze, jak snadnie sprawić, By króla korony pozbawić.

Seattle, Waszyngton, 1 sierpnia (Lammas)

Nad posiadłością Andersonów w luksusowej dzielnicy Seattle rozległ się potężny grzmot pioruna. Na tyle donoś­ny, że stuletnie belki ich wiktoriańskiego domu naprężyły się, jakby miały za chwilę popękać. Krople deszczu stukały niecierpliwie w szyby jak palce kościotrupa, domagając się wpuszczenia do środka.

Śmierć czekała tuż za rogiem, a Michael Deveraux, wielki czarnoksiężnik północnego zachodu, robił wszystko, aby otworzyć jej drzwi swego domu.

- Jeśli nie ustąpią, spłoną - pomyślał, a głośno dodał:

- Przysięgam, że je zniszczę. Wszystkie wróżby, wszystkie znaki runiczne mówią jedno. Wszystko na niebie i ziemi zwiastuje, że dzisiejszej nocy Michael Robert Deveraux posiądzie Ogień Ciemności, którym zwycięży ród Cathersów raz na zawsze.

Zniecierpliwiony zamknął oczy, a zaciśnięte do czerwoności pięści przytknął do piersi. Poczuł łomot serca, które niczym werbel wybijało rytm płynącej w jego żyłach krwi. - Może to oznaczać tylko jedno: już wkrótce ród Deveraux obejmie panowanie. Zwyciężymy po wiekach uległości i akceptowania porażek. Nareszcie wysuwamy się na prowadzenie, teraz nasz ruch. Nadeszła upragniona chwila dla mnie i moich synów.

W wigilię Domu Zbiorów o trzeciej rano, a więc w Godzinie Ciemności, Michael Deveraux otworzył Księgę Cieni i przygotowywał się w skupieniu do odprawienia rytuałów święta Lammas. W starej tradycji pogańskiej w ów dzień oddawano cześć Bogini, składając jej w darze wszelkie plony, jednak dla czarnoksiężnika, wyznawcy Rogatego Boga, obrządek polegał na czymś zgoła innym - była to pora żniw; czas, w którym życie i dusze wrogów rodu Deveraux ulegały jego mocy.

Wybiła dziewiąta. Synowie czarnoksiężnika, Jer i Eli, mieli jeszcze dwie godziny, aby przyjść i wziąć udział w zaplanowanej na jedenastą ceremonii. Tegoroczne Lammastide znacznie różniło się od poprzednich i Michael Deveraux, nie chcąc nikomu wyjawić szczegółów swych obrządków, zakazał im udziału w przygotowaniach. W przeciwieństwie do Jerauda, który wpadł we wściekłość na wieść o postanowieniu ojca, Eli łatwo pogodził się z tym faktem. Zdawało się, iż tak długo, jak może on czerpać z magii przyziemne korzyści w postaci kobiet, pieniędzy i samochodów, nie ma nic przeciw temu, aby ojciec i brat zajmowali się całą resztą. Jeraud próbował wymusić na ojcu zmianę decyzji, rzucając groźby, ciskając wszystkim dookoła, posyłając mu gniewne spojrzenia i popełniając kilka niezbyt mądrych uczynków. Ale Michael Deveraux pozostał nieugięty. Ostrzegł syna, iż może wkrótce pożałować swego postępowania, i przypomniał, że jego zaklęcia posiadają o wiele większą moc, niż Jer to sobie wyobraża. Świadomość racji ojca doprowadzała chłopaka do szału.

- Jer przeczuwa, że coś się dzisiaj wydarzy. Powinienem był docenić jego spostrzegawczość i nie mówić mu o niczym, nie zdradzać żadnych tajemnic. Cóż... Jeśli dziś wszystko się powiedzie, zrozumie, dlaczego tak postąpiłem. Nie mogę ryzykować. Gdyby tylko był bardziej podobny do brata, zwyczajnie chciwy i naiwny... Nic dziwnego, że Sasha chciała go ze sobą zabrać, kiedy odchodziła. - Michael otworzył oczy i uśmiechnął się złowieszczo na widok swoich poranionych do krwi dłoni. - Nie będę dzielił władzy z moimi bezwzględnymi synami. Eli zniszczyłby mnie bez chwili wahania, jeśli tylko miałby pewność, że ujdzie mu to na sucho. Ale ja zamierzam panować jeszcze długo. Miejcie się zatem na baczności, młodzieniaszki. Jeden fałszywy ruch, a gorzko tego pożałujecie - pomyślał, po czym zapytał na głos:

- Czy widzisz to, Ducu Laurencie? Nareszcie otrzymasz to, o co tyle zabiegałeś. Wybacz mi zatem i zapomnij. Z twoją pomocą dzisiejszej nocy zdobędziemy Ogień Ciemności. Udziel mi swej mocy.

Duch zmarłego przed siedmioma wiekami wielkiego czarownika z rodu Deveraux nie odpowiadał na wezwania. Co gorsza, Duc Laurent nie dawał znaku od prawie sześciu miesięcy. Czarnoksiężnik podejrzewał, iż milczenie to związane jest z jego romansem z czarownicą Marie-Claire Cathers-Anderson. Michael zniewolił ją i podobnie jak w dawnych czasach, kiedy wiedźmy bratały się z czarownikami podczas święta Imbolc, posiadł duchem i ciałem. Żywił tym samym nadzieję, że stanie się panem potężnych mocy powstałych w wyniku połączenia dwóch rodów - Cahors i Deveraux.

- Jestem przekonany o słuszności tego, co zrobiłem - pomyślał. - I nawet jeśli związek ten nie okaże się korzystny z punktu widzenia magii, nie mogę powiedzieć, że nie było przyjemnie. Tak więc Laurent miał zapewne rację: ta część przepowiedni była tylko legendą. - Michael wzruszył ramionami i zaraz potem, znając skłonność swojego krewnego do sprawowania kontroli, zaczął się zastanawiać, czy nie znajduje się pod jego obserwacją. - Szkoda, że Marie-Claire musi umrzeć, ale może przynajmniej to obłaskawi Laurenta. Sprzeciwiał się temu romansowi od samego początku.

Kilka metrów od niego, na czerwonej aksamitnej sofie wspartej na nogach do złudzenia przypominających ptasie szpony, leżała nieprzytomna kobieta. Bezwładne ciało Marie-Claire, odziane jedynie w czarny satynowy szlafrok, z jedną ręką wyciągniętą nad głową, spoczywało na plecach, a profil jej wciąż pięknej twarzy delikatnie rysował się na tle ciemnoczerwonego pluszu. Rubinowe kolczyki o głębokim krwistym odcieniu korespondowały z pomalowanymi na ten sam kolor paznokciami u stóp, ale czerwień jej warg była efektem pocałunków, a nie makijażu. Pomimo swoich czterdziestu dwóch lat wyglądała olśniewająco, a gęste rzęsy i zmysłowe usta jeszcze bardziej podkreślały jej urodę.

- Ciekawe, jak wyglądałoby jej ciało pokryte pęcherzami, rozkładające się, jej rozpadające się usta i oczy - pomyślał.

Rozkochanie w sobie Marie-Claire nie było trudne i Michael wolał żyć w przekonaniu, iż dokonał tego bez użycia magii. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jest bardzo przystojny. Wiedział, że zarówno on, jak i jego synowie wyglądają egzotycznie. Ich głęboko osadzone melancholijne oczy, które tak bardzo podobały się kobietom, oraz pięknie rzeźbione twarze z kwadratowymi podbródkami przywodziły na myśl francuskich kochanków. Jedyną niedoskonałością urody, która jednocześnie przydawała mu tajemniczości i napawała dumą, był odrobinę za wąski nos, który, jak to określiła jedna z jego wielbicielek, czynił jego twarz "cudownie okrutną". Brutalność, mylona z siłą, często pociąga kobiety.

Wiedział, że jego rozpuszczone czarne loki, misternie przystrzyżona broda oraz smukłe, wyrzeźbione ćwiczeniami ciało stanowiły nie lada pokusę dla Marie-Claire. Już od ich pierwszego spotkania w przedszkolu, do którego posyłali swoje dzieci, czuł zew płynącej w jej żyłach krwi, chociaż jej czarodziejskie moce pozostawały wówczas w uśpieniu. Instynktownie wiedział, że za tą piękną twarzą kryje się coś więcej. Oczarowały go jej francuskie imię oraz emanująca z niej tajemnicza egoistyczna siła.

Tuż po pierwszym spotkaniu Michael pospiesznie wrócił do siebie i udał się do Komnaty Zaklęć - sześciokątnego pokoju, pieczołowicie ukrytego w samym sercu nowoczesnego budynku. W pośpiechu narzucił na siebie czerwono-zielony strój czarnoksiężnika i zabrał się do przywoływania swego patrona. Z mieszanki dymu i krwi wydobyła się szczypiąca w oczy woń siarki, która po krótkiej chwili przeszła w nieznośny odór przypominający zapach unoszący się w kostnicach. Następnie zasłony lekko się rozchyliły, a w komnacie zapanował przejmujący chłód przywodzący na myśl łódź Charona. Oddech Michaela stopniowo mieszał się z mgłą, która niespodziewanie rozprzestrzeniła się w wyziębionym pomieszczeniu. Czarnoksiężnik miał wrażenie, że jego serce bije w rytmie uderzeń wioseł o taflę wody.

Raptem z ciemności wyłonił się bliżej nieokreślony kształt, który zstąpił niczym duch z niewidzialnej łodzi. W pierwszym momencie widać było jedynie czaszkę i szkielet, po chwili zaś powleczone rozkładającym się ciałem i łykowatymi mięśniami, przyprószone prochem kości. Patrząc na blade oblicze księcia, można było stwierdzić, że za życia był on nawet przystojniejszy od Michaela. Laurent oznajmił po starofrancusku - w języku, którego Michael nauczył się z wielką pieczołowitością, aby móc rozmawiać ze swym krewnym - że kiedy tylko ród Deveraux obejmie panowanie, stanie się on ponownie człowiekiem z krwi i kości. W przeciwieństwie do ojca, Jer i Eli nie znali języka swoich przodków, podobnie jak nie wiedzieli o istnieniu Laurenta...

Laurent, Duc de Deveraux, również interesował się Marie-Claire Cathers-Anderson. Razem z Michaelem zasięgali porad licznych duchów i wyroczni, chcąc się o niej czegoś więcej dowiedzieć. Michael poprosił Jera o znalezienie w internecie informacji na temat genealogii i heraldyki rodu Cathersów oraz przeszukanie francuskich ksiąg parów, ponieważ miał przeczucie, że jej rodzina ma korzenie szlacheckie. Zachowanie Marie-Claire, jej sposób wyrażania się, a nawet to, jak pachniała, zdradzały jej pochodzenie.

Michael podszedł do sofy i spojrzał w dół na nieprzytomną kochankę, po czym pochylił się i przeciągnął palcem wzdłuż jej szyi. Czując, jak pod cienką powłoką jej alabastrowej skóry pulsuje gorąca krew, uśmiechnął się złowieszczo.

Przez ponad rok Michael śledził tę tajemniczą kobietę, której wygląd był niemal tak samo intrygujący, jak jego własny - czarne jak heban włosy, ciemnobrązowe oczy, prawie perfekcyjny owal twarzy, cera gładka i perłowa niczym muszla. Ponadto Marie-Claire była smukła i pełna gracji. Posturą przypominała członków rodu Deveraux do tego stopnia, iż Michaelowi niejednokrotnie przeszło przez myśl, że mogą być spokrewnieni, zaś ich nazwisko rodowe zostało zatracone w przeszłości wskutek zawierania kolejnych związków.

Przez cały rok - trzynaście miesięcy według kalendarza z Coventry - Michael śledził Marie-Claire, nawet wtedy, kiedy spędzała czas z córkami i mężem. Wysyłane przez niego sokoły krążyły nad jej domem, dzięki czemu Michael, używając szklanej kuli, mógł widzieć ją ich oczami. Co więcej, podczas wizyt w domu Cathersów ukrył w różnych miejscach szklanki z zaklętą wodą, które umożliwiały mu podsłuchiwanie rozmów domowników. Im bliżej ich poznawał, tym bardziej pragnął zbliżyć się do Marie-Claire. A kiedy Michael Deveraux pragnął jakiejś kobiety, nic nie mogło mu stanąć na przeszkodzie.

W końcu nadszedł moment objawienia. Po roku Laurent opowiedział Michaelowi historię rodów Cahors i Deveraux, informując go tym samym, że wiedział, zanim jeszcze Michael spotkał Marie-Claire, iż jej panieńskie nazwisko Cathers pochodzi od starofrancuskiego Cahors. Upływ czasu i zapomniana historia rodziny sprawiły, iż Cathersowie nie mieli pojęcia, że wywodzą się z rodu Cahors, jednej z najszlachetniejszych rodzin czarnoksięskich w średniowiecznej Francji, i są zarazem jednym z najzacieklejszych wrogów rodu Deveraux.

Roczne dochodzenie i śledzenie Marie-Claire było jedynie testem, który miał sprawdzić, czy Michael zdoła samodzielnie odkryć prawdę. Z jednej strony czarnoksiężnik czuł się zażenowany swoją porażką, z drugiej był niezmiernie zadowolony, że Marie-Claire okazała się prawdziwą czarownicą. Było oczywiste, że nie jest świadoma swych mocy, jednakże wielokrotnie dawała świadectwo ich posiadania. Wiedziała na przykład, kto za chwilę zadzwoni, oraz pojawiała się we właściwym miejscu i o właściwym czasie, nie umiejąc podać konkretnego powodu swej obecności. Ponadto miała dar znajdowania przedmiotów, które zgubili inni, nigdy nie opuszczało jej szczęście i pieniądze, a i starzała się z niesamowitym wdziękiem.

Według starych wierzeń, kiedy czarnoksiężnik połączy swe siły z czarownicą, mogą dokonać niebywale silnych czarów, dlatego też Laurent ostrzegł Michaela, aby nie zbliżał się do Marie-Claire, przyrzekając sobie również, że kiedy nadejdzie właściwy moment, posiądzie ją sam.

- Nie podejrzewałem wówczas, że Duc będzie śledził moje ruchy. Myślałem, że nigdy się o tym nie dowie - pomyślał Michael.

Czarnoksiężnik czekał na właściwy moment trzynaście długich lat. W tym czasie próbował różnych sposobów - na przykład zachęcał swoich synów, aby zbliżyli się do córek Andersonów, bliźniaczek Amandy i Nicole. Podobnie jak matka, Nicole miała wewnętrzne, prawdopodobnie nieuświadomione magiczne zdolności, natomiast Amanda wydawała się płochliwa i bierna jak jej ojciec, Richard Anderson.

Eli niemalże natychmiast zainteresował się zaledwie czternastoletnią Nicole, która zapewne z racji młodego wieku nie była w stanie oprzeć się jego urokowi. Był od niej cztery lata starszy i kiedy Marie-Claire zażądała, aby córka przestała się z nim spotykać, Nicole postanowiła utrzymywać znajomość w tajemnicy. Możliwe, że wyczuwała moce emanujące z Eliasa Alaina Deveraux; możliwe też, że owo wykluczenie i ukrywanie ich związku czyniło Eliego jeszcze bardziej atrakcyjnym. Dawniej wszystkie jego występki uznano by za skutek jego gorącego temperamentu, czym w istocie były. Jednak obecnie, w tych przesadnie ugrzecznionych, niewiarygodnie nudnych czasach, postrzegano Eliego jako młodocianego przestępcę. Ukończywszy siedemnaście lat, Nicole nadal widywała Eliego, kiedy tylko była ku temu okazja.

Michael wiedział, że wątpliwa reputacja syna jego samego czyniła jeszcze bardziej atrakcyjnym. Postrzegano go jako zatroskanego ojca, przystojnego, bogatego mężczyznę, opuszczonego przez żonę, który próbuje połączyć karierę odnoszącego sukcesy architekta z wychowaniem dwóch chłopców. Stanowił wyzwanie dla kobiet, które wyobrażały sobie, że staną się jego dobrymi aniołami i przejmą opiekę nad osieroconymi dziećmi oraz fortuną...

Podczas gdy Michael uwodził zamężne kobiety z Seattle i pragnął zdobyć Marie-Claire, mała, nieśmiała Amanda pałała uczuciem do Jerauda. Michael wiedział o wszystkim, ponieważ nieustannie obserwował młodych. Nie było dla niego tajemnicą również to, że Jer nie zwracał najmniejszej uwagi na zaloty Amandy. On durzył się w kimś innym... Obiektem jego zainteresowań była wścibska doktorantka Kari Hardwicke, której obecność w życiu syna Michael z trudnością tolerował. Uważał, że chce ona jedynie posiąść ich magiczną wiedzę, jest żądna władzy, a poza tym to dziwka.

Jednak Jerowi nie można było mówić, co powinien robić, nawet jeśli leżało to w jego interesie. Spotykał się z Kari, podczas gdy jego brat Eli, zgodnie z nakazem ojca, widywał się z Nicole. I chociaż Eli był bardziej dziki niż jego młodszy brat, widział pewne korzyści w byciu posłusznym woli rodzica. Również Michael pilnował, aby Eli zawsze postępował zgodnie z jego wskazówkami i nieustannie kontrolował syna. Ale Jer...

- Et bien*, jak mawiał Laurent. Wszystko się skończy, kiedy tylko się zorientuje, że posiadłem tajemnicę Ognia Ciemności. Później nie będzie już żadnych ograniczeń dla rodu Deveraux.

* No cóż.

Czarownica z domu Cathersów miała dziś umrzeć, a wkrótce po niej jej córki. Eksperyment Michaela ze zjednoczeniem dwóch rodów dobiegał końca i wiedźmy Cathers miały okazać się niebawem bardziej przydatne jako ofiary poświęcone Siłom Ciemności niż towarzyszki życia i czarów.

- Zatem nadszedł czas - wyszeptał Michael. Po czym pochylił się, aby przywdziać aksamitną ciemnozieloną, zdobioną półksiężycami i ciemnoczerwonymi szponami sokołów szatę.

Miała ona niezwykłą moc. Kiedy nakładał na głowę kaptur, poczuł, jak przechodzą go ciarki. Wstrząsy przypominające porażenie prądem przebiegły po całym jego ciele, od czoła po czubki palców i z powrotem. Pstryknął, wysyłając w górę snop jaskrawozielonych iskier, a niemalże ponaddźwiękowy szum, współgrający z dudniącym na zewnątrz deszczem, otoczył go ze wszystkich stron. Michael zwrócił się w kierunku Marie-Claire.

Ona i on, dwoje kochanków, planowali ten wieczór od miesiąca. Jej nudny, słaby mąż wyjechał z miasta, a córki nocowały poza domem. Brak przeszkód potwierdzał jedynie, że tegoroczne Lammas zapowiada się wyjątkowo.

Jednakże Marie-Claire nie miała pojęcia o obchodzonym święcie. Michael nigdy nie mówił o magicznych korzyściach, jakie czerpał z ich schadzek. Poza tym ich kontakty seksualne nie należały do najbardziej udanych. Był tym zaskoczony i rozczarowany... Mówiono, że w każdym kolejnym pokoleniu wiedźm i czarnoksiężników jeden osobnik w każdej rodzinie jest tym najsilniejszym. Żadna z kombinacji, ani ta, o którą zabiegał, ani te, do których nakłaniał - on i Marie-Claire, Eli i Nicole, Jer i ktokolwiek - nie dały plonów wartych uprawy. Michael zastanawiał się nawet, czy Cathersowie, zapominając swoje rodowe dziedzictwo i pozostawiając nazbyt długo swe moce w uśpieniu, nie sprawili, że uległy one znacznemu osłabieniu.

Jednak tej nocy wszystko wskazywało na to, że jeśli tylko Michael złoży odpowiednie ofiary, posiądzie Ogień Ciemności... Wiedźma, choćby miała najmniejszą moc, zawsze stanowiła łakomy kąsek, a jej dusza z pewnością nie była bez wartości w zaświatach...

Zmieniając kurs swojego porsche boxera, aby nikt nie widział, że jedzie do domu Marie-Claire, słuchając Grateful Dead i postukując rytmicznie palcami o deskę rozdzielczą, nucąc przy tym z wielkim upodobaniem fragment Dead ­Man's Party - "walking with a dead man over my shoulder"** - wyobrażał sobie, że towarzyszy mu Laurent.

** Idąc z trupem na ramieniu.

Gdy tylko przekroczył próg domu Andersonów, porwał Marie-Claire do sypialni. Ku jego zdziwieniu nie miała oporów, aby pójść z nim do małżeńskiego łoża, zaskoczyła go natomiast czułość, jaką obdarzył swoją kochankę. Choć wtedy nie była tego świadoma, był to ostatni raz, kiedy się kochali. Miała umrzeć w ciągu następnych kilku godzin i Michael chciał dać jej coś, o czym mogłaby pamiętać, cierpiąc katusze w piekle, miejscu odpowiednim dla nieskruszonych cudzołożników. Zaproponował, aby udali się do salonu, i wiedział, że wtedy poszłaby z nim wszędzie, nawet na zewnątrz, gdzie padał ulewny deszcz.

- Potrafię ją zadowolić - pomyślał.

Marie-Claire kochała czerwone wino i Michael niepostrzeżenie dosypał jej do kieliszka środków nasennych. Jeśli dzisiejszej nocy miało mu się udać, musiał zachować całą magiczną moc, jaką posiadał. Jeszcze nie zdecydował, czy pozwoli Marie-Claire umrzeć, pozostawiwszy ją nieświadomą, czy też ją obudzi, aby mogła poczuć, jak płonie. Laurent chciałby zapewne, by cierpiała, byłaby to zatem świetna okazja, żeby mu się przypodobać.

- Nikt tak nie chowa urazy, jak mój przodek - wyszeptał Michael.

Teraz, kiedy nad domem szalała burza, a anioły płakały nad moralnością, wpatrywał się w nią, poruszony do głębi jej wdziękiem. Następnie otworzył walizkę i wyciągnął z niej sztylet, trzymając go z dużym szacunkiem i ostrożnością. Oba ostrza były wyszczerbione i nierówne, ale mimo to nadzwyczaj ostre. Nosiły znaki wielu ofiar.

- Gdyby ściany mojej komnaty mogły krzyczeć, grzmoty na zewnątrz byłyby przy tym jedynie szeptem...

Jak wszyscy dobrzy - czy też źli - parający się magią, Michael wykuł swój sztylet własnoręcznie i ochrzcił go własną krwią. Gdy Maire-Claire po raz pierwszy zobaczyła blizny na jego torsie i udach, krzyknęła z przerażenia. Zupełnie nie podejrzewała, że nie były one skutkiem wypadnięcia przez okno, kiedy miał siedemnaście lat, ale powstały w wyniku testowania magicznego sztyletu, który miał mu służyć do zadawania tortur i śmierci.

- Otwieram ten Rytuał krwią rodu Deveraux - wyszeptał Michael, posługując się starofrancuskim, po czym naciął lewą dłoń lewym ostrzem sztyletu. Zasyczał, wciągając powietrze. Nie znosił bólu i nigdy nie zdołał się przyzwyczaić do cierpienia, jakie zadawał sobie sztyletem, kiedy go prawidłowo użył.

Na dłoni Michaela wzdłuż linii życia pojawił się szkarłatny zygzak, a po chwili pokój rozświetliła lśniąca błyskawica. Dało się słyszeć donośne uderzenie pioruna, od którego zadrżał cały dom. Światło nocy jasno oświetlało każdy zakamarek gigantycznego pokoju, odsłaniając jednocześnie wspaniałą kolekcję antyków, które lubiła kupować Marie-Claire. Złota poświata padająca na twarz kobiety podkreślała wydatne kości policzkowe. Marie-Claire leżała nieruchomo na kanapie. Kości jej czaszki mieniły się pod skórą niczym prześwietlone promieniami rentgenowskimi, a palce wyglądały tak, jakby składały się jedynie z drobnych kosteczek. Jej do niedawna ponętna szyja stała się pasmem ułożonych na sobie kręgów.

- To zapowiedź jej śmierci, Rogaty Bóg przyjmuje ofiarę - pomyślał Michael. - Czy widzisz to, Laurencie? Za nami stoją potężne moce.

Niezakrwawioną prawą dłonią, wyciągnął z walizki bogato zdobioną drewnianą szkatułkę. Demoniczne twarze z wystawionymi językami spoglądały na niego ze środka pentagramów umieszczonych po jednym z każdej strony. Znak rodu Deveraux - sokół trzymający w dziobie bluszcz - zajmował centralne miejsce rzeźbionego wieka. Ów bluszcz był żywym symbolem Zielonego Człowieka oraz czarowników, którzy czcili wszystkie wcielenia Rogatego Boga. I chociaż czarownice mają swoją Boginię, wiadomo, że męski ród był zawsze silniejszy, zawsze uprzywilejowany przez naturę, bez względu na to, na którym polu walki się znajdował.

Michael podszedł z pudełkiem do pustego paleniska i uklęknął - niezręcznie mu było rozmawiać z Marie-Claire o przygotowaniu rozpałki, kiedy noc zapowiadała się tak wyjątkowo. Pochylił głowę i zamknął oczy, zbierając w ciszy swe magiczne moce przed tym, co miało się za chwilę wydarzyć.

Ciało sokoła, którego czarnoksiężnik zamurował żywcem trzy miesiące wcześniej, zaszeleściło, po czym poruszyło się pod grubą warstwą cegieł i zaprawy. Michael Deveraux słynął z niesłabnącego wysiłku, jaki wkładał w ocalenie starych budynków w Seattle, jak również z przykładania szczególnej uwagi do elementów z epoki. Okazał się nieocenioną pomocą dla rodziny Andersonów, kiedy postanowili odnowić znajdujący się w ich domu kominek, chcąc przywrócić mu dawną świetność lat czterdziestych.

Korzystając z okazji, którą zresztą po części sprowokował, podsuwając kilka wskazówek, jak można by uwydatnić piękno ich zabytkowego domu, Michael zaproponował, że sam zrobi cały remont. W zamian za przysługę Richard Anderson obiecał mu kopię najnowszej wersji oprogramowania, nad którym obecnie pracował. Czarnoksiężnik udawał, że jest bardzo zadowolony z wymiany, choć tak naprawdę była mu ona zupełnie obojętna i nie dbał o to, czy dostanie od męża Marie-Claire program do kompresji danych, czy cokolwiek innego, czym tamten handlował. W rezultacie Michael umieścił wewnątrz kominka taką ilość różnych zaklęć i ofiar, że wprawiłoby to w osłupienie niejednego czarownika.

To zapewne pomysłowość Michaela tak ujęła Laurenta. Od kiedy opowiedział on historię rodów Cahors i Deveraux, Michael próbował posiąść Ogień Ciemności. Mówiono, że sekret Ognia umarł wraz z synem Laurenta, Jeanem, i jeśli kiedykolwiek ktoś z Deveraux go odzyska, ród ten zapanuje w Coventry. Podobnie jak Michael, Laurent chciał wytoczyć tajemną broń; kwestią sporną pozostawał sposób, w jaki mieli tego dokonać. Michael był pewny, że przymierze z rodziną Cathersów raz jeszcze uwolni czary ciemności. Laurent z kolei, nienawidząc w Marie-Claire i jej córkach wszystkiego, co przywodziło na myśl ród Cahors, był temu przeciwny. W rzeczywistości sądził, iż pozostawienie tych trzech czarownic przy życiu może jedynie pokrzyżować plany.

- Wkrótce się przekonamy, czy Laurent miał rację - pomyślał Michael. A po chwili przemówił w języku starofrancuskim, przykrywając jednocześnie usta krwawiącą dłonią:

- Wzywam moich przodków. Wzywam Moce Ciemności. Wzywam Psy Gończe, by pomogły mi w łowach. Avantes, mes chiens***.

*** Naprzód, moje psy.

W pokoju dało się słyszeć rozbrzmiewające echem zawodzenie wiatru, a znajdująca się w palenisku kupka popiołu nieznacznie zmieniła swój kształt. Michael klęczał tak przez chwilę, spijając krew z lewej dłoni, i czekał. Zawodzenie stawało się coraz głośniejsze. Zimny powiew wiatru przeczesał włosy Michaela, na co on odpowiedział lekkim uśmiechem. Czekał. Psy Gończe uwolniły się z uwięzi.

- Mes chiens, mes fr?res du diable!****- zawołał je donośnym głosem. - Aides-moi!*****

**** Moje psy, moi bracia diabła!

***** Pomóżcie mi!

Następnie podniósł dłoń do góry, tak jak się czyni w sądzie, przysięgając mówić prawdę. Lekki świst przerodził się w dziki ryk zwierząt przypominających wyglądem ogromne psy. Stworzenia te były niezwykle przebiegłe i posiadały mroczne zmysły, za pomocą których tropiły dusze i światło, a następnie pożerały je w całości, rozdzierając na strzępy wszystkie amulety i talizmany, które uniemożliwiały Michaelowi odprawienie rytuałów i osiągnięcie celu.

Marie-Claire westchnęła. Ku jego zdziwieniu obróciła się na drugi bok, jakby szukała wygodniejszej pozycji do spania.

- Nie powinna być w stanie się poruszać - pomyślał, po czym wyszeptał z największą ostrożnością:

- Marie-Claire?

Nie odpowiadała. Leżała blada i nieruchoma, sprawiając wrażenie martwej. Zastanawiał się, czy wszystko to nie jest tworem jego wyobraźni.

- Laurent? Czy to ty? - zawołał.

Marie-Claire poruszyła się ponownie. Tym razem był tego pewien.

- Aides-moi - wyszeptał Michael, a w tle dało się słyszeć skowyt, który po chwili przeszedł w przeraźliwe warczenie. Kiedy przypatrywał się nieprzytomnej kochance, niewidzialne psy wyły tryumfująco. Nagle, zwąchawszy coś, co stało Michaelowi na przeszkodzie i osłabiało jego skupienie, zaszczekały z demoniczną radością, jakby przemierzały ukryty las królestwa mroku. Rzecz jasna, przeszkody pojawiły się już wcześniej, szczególnie przy odprawianiu innych czarów. Każdy czarownik miał swoich wrogów, a Michael, będąc ambitnym, miał ich wielu.

- Czyżby sir William dowiedział się o planie obalenia go? Czy któryś z moich sprzymierzeńców uczestniczący w Sabacie Większym zwrócił się przeciwko mnie? - zastanawiał się gorączkowo.

Michael wydał na pastwę psów wszystkich intruzów i najeźdźców, a jeśli coś upolowały, wtedy interweniował. Tymczasem próbował, na ile tylko potrafił, zatrzymać każdego i wszystko, co stało mu na przeszkodzie. Moce mu teraz sprzyjały i nie było możliwe, aby je powstrzymać.

Wyciągając zakrwawioną dłoń w kierunku paleniska, zmarszczył w skupieniu brwi. Gęsta, czerwona krew kapała miarowo na popioły, a serce biło w rytm wyśpiewywanej przez niego starofrancuskiej pieśni.

- Wzywam Ogień Ciemności rodu Deveraux, zaklinam Noc Płomieni. Wybiła nasza Godzina. Niech będzie Wola nasza - czarnoksiężnik tłumaczył w głowie jej słowa.

- To moje przeznaczenie - pomyślał.

Łapy psów zastukały o świeżo nawoskowaną drewnianą podłogę domu Cathersów. Stworzenia zaczęły przybierać formę, a ich niewyraźne cienie padały na lśniące deski, przebiegały przez meble i drapały tapety. Wymyślny kryształowy żyrandol, który wisiał tuż nad kanapą, zaczął kiwać się we wszystkie strony niczym boja w zatoce ­Elliott.

Psy wyraźnie zwąchały trop i zachowywały się niespokojnie. Cokolwiek to było, zbliżało się i w każdej chwili mogło zjawić się w pokoju.

Michael otworzył szeroko oczy, wcisnął w białka palce wskazujące, po czym wpadł w trans. Z oczodołów popłynęła krew i to, co mu się ukazało, było skąpane w różowej kleistej mazi. Ponad narastającą kakofonią usłyszał łopot martwego sokoła, którego zamurował w kominie Andersonów, kiedy szykował się do boju.

Wydawało mu się, że widzi niewyraźny zarys ludzkiej postaci, ale nie był pewny. Michael zmrużył mocno oczy, a wściekłe Psy Gończe zgromadziły się wokół migoczącej formy, osaczając ją i wyjąc niczym wiedźmy. Z jego lewej dłoni miarowo kapała krew, rozbryzgując się na lśniącej drewnianej podłodze.

- Zejdź mi z oczu! - Wykrzyknął, trzymając w górze rękę. - Na Rogatego Łowcę, wyklinam cię! Wypędzam! Wyrzekam się ciebie!

Postać podniosła ręce i zimny podmuch wiatru ponownie przeszył pomieszczenie. Michael instynktownie obrócił się w kierunku paleniska i osłonił popiół dłońmi.

W tej samej chwili u boku czarnoksiężnika pojawił się Laurent, Duc de Deveraux, którego ciało znajdowało się w zaawansowanym stadium rozkładu. Puste oczodoły wwiercały się w niego, a zwiotczałe, skrzywione z wściekłości usta, zwisały wpółotwarte. Zjawa podniosła rękę i uderzyła Michaela w policzek, raniąc go ostro zakończonymi kościstymi palcami. Czarnoksiężnik, bardziej z zaskoczenia niż z bólu, upadł na podłogę i uważnie obserwował Duca, który sięgnął do kominka, by nabrać pełną garść popiołu. Laurent przycisnął pięść do klatki piersiowej, do przypominającego szarą sflaczałą piłkę plażową wysuszonego serca, po czym pogroził drugą ręką Michaelowi.

- Tu est rien! - Głos księcia wydobywał się z kościstych szczęk i rozbrzmiewał echem w salonie. - Jesteś niczym!

Po chwili, gdy Michael rozejrzał się z bezradną wściekłością, psów już nie było, wiatr ustał, a książę wraz z migoczącą postacią zniknęli.

Było po wszystkim. Jego czary nie działały tej nocy.

Michael zdjął ze złością swoją szatę i schował do teczki.

- I tak ją zabiję - pomyślał wściekły. - Będę posłusznym następcą, odpokutuję za moją niesubordynację i nie sprzeciwię się czarom Laurenta. Odnajdę sekret Ognia Ciemności, choćby miało mi to zająć resztę życia. Uduszę Marie-Claire, kiedy będzie spała. Niegdyś czarownice, które się spowiadały, były duszone, a następnie palone. Marie-Claire jest nieświadoma swych mocy i choć czyni ją to po części niewinną, powinna zrównoważyć koło swojego przeznaczenia. Ma taką smukłą szyję... Nie powinno być trudno.

Nagle w ciszy rozległ się dzwonek telefonu przypominający do złudzenia wrzask drapieżnego ptaka. Komórka Marie-Claire w bliżej nieokreślony sposób znalazła się na kanapie. Michael wcześniej tego nie zauważył.

Przebudziwszy się z głębokiego snu, Marie-Claire usiadła i zaczęła szukać jej po omacku.

- Halo? - Zapytała niewyraźnie, po czym spojrzała na Michaela i wyszeptała: - Zasnęłam?

Przytaknął, trzymając za plecami zranioną, zwiniętą w pięść dłoń. Odzyskawszy zimną krew, odwrócił jej uwagę, przypominając o rozmówcy po drugiej stronie słuchawki. Marie-Claire zamrugała, a następnie zmarszczyła brwi. Po czym dodała:

- Co?

Jej głos był ostry i nieprzyjemny. Usta poruszały się bez­dźwięcznie przez parę sekund, twarz zmarszczyła się, nagle kobieta wybuchła płaczem. Trzęsąc się, przycisnęła aparat do piersi.

- Mój brat nie żyje - jęknęła. - Jego żona też. Jezu, Michael...

- O mój Boże - zawtórował.

Pogrążona w rozpaczy, nie widziała, że Michael udaje. Wyciągnął w jej kierunku prawą dłoń i Marie-Claire padła mu w ramiona. Drżąc, przyłożyła ponownie słuchawkę do ucha.

- Holly. Oczywiście - mówiła, potakując co chwila. - Oczywiście że może. Jak tylko złapię samolot. Tak, tak, na pewno.

Po jej policzkach płynęły łzy. Następnie przeczesała dłonią włosy, a Michael objął ją mocno.

- Oddzwonię. Tak. Dziękuję. - Marie-Claire rozłączyła się, po czym przytuliła do niego, szukając ukojenia.

- Daniel... - szlochała, przywołując imię ukochanego brata.

Michael gładził ją delikatnie. Wiedział, jak postępować ze zwierzętami i kobietami. Gładził jej plecy i mokre od łez, zimne policzki, całował zmarszczone czoło. Pozwolił jej szlochać. Wydawało się to wiecznością, ale choć się niecierpliwił, nie dał tego po sobie poznać. Zastanawiał się, czy jego synowie są w domu, zdziwieni, że jeszcze nie wrócił. Ta noc okazała się inna, niż oczekiwał, całkiem inna...

- Powinienem zatem ją zabić? - Rozważał w duchu, patrząc chłodno w dół na wtuloną głowę z mnóstwem bujnych lśniących loków.

Po chwili Marie-Claire podniosła głowę i oznajmiła:

- Chcą, bym zaopiekowała się moją bratanicą. Jest teraz sierotą. Nie ma nikogo innego.

- Masz bratanicę... - powiedział Michael, cedząc każde słowo.

Marie-Claire przytaknęła i dodała:

- To córka mojego brata, Holly.

Michael nie dał po sobie poznać zaskoczenia. Mówił cicho i sprawiał wrażenie przepełnionego współczuciem.

- Nie wiedziałem, że w twojej rodzinie są jakieś inne kobiety.

Słysząc to, Marie-Claire westchnęła głęboko.

- Ona nie jest kobietą. Jest w wieku moich bliźniaczek.

- Zatem jest jeszcze jedna Cathers-Cahors... Możliwe, że to ona posiadła magiczne moce i jeśli połączy się z mężczyzną z rodu Deveraux, zapłonie dla mnie Ogień Ciemności... - pomyślał Michael, po czym zwrócił się do Marie-Claire: - A więc zamieszka teraz z tobą...

Popatrzyła na niego z wielkim smutkiem i powiedziała:

- Chcą, abym po nią przyjechała. Nie ma nikogo innego.

- Więc powinnaś jechać. W końcu to rodzina.

Jej westchnienia były jednocześnie nierówne, stanowcze i pełne rezygnacji.

- Pogrzeb ma się odbyć za dwa dni. Wylecę rano.

Marie-Claire podniosła zalaną łzami twarz i popatrzyła mu w oczy. Miała wilgotne usta i mocno przytulała się do jego torsu.

- Tak się cieszę, że tu jesteś - wyszeptała. - Nie mogłabym być sama dzisiejszej nocy.

- Ma ch?re******, nie martw się, zaopiekuję się tobą - powiedział, odgarniając z jej czoła mokre kosmyki. W tej chwili był naprawdę szczęśliwy, że nie zgładził swej kochanki. Jeszcze...

****** Najdroższa.

III

PORA KRWI

Królów i świętych czcimy z ochotą, Myjąc ich ciała miodu rzeką złotą. Skąpani we krwi ostrzymy kości, Siejąc postrach ku naszej radości.

Światło księżyca w kształcie podkowy, Wkrótce ponownie wezwie na łowy. Zastawmy sidła! Najwyższy już czas! Zanim wyruszy śmiertelny wróg w las.

Szpital Canyon Rock, Arizona

Holly dryfowała po spokojnym morzu gdzieś pomiędzy jawą a snem. I chociaż miała zamknięte oczy, czuła, że promienie słońca oświetlają jej twarz. Doznając przyjemnego ciepła, uśmiechnęła się. Wkrótce mama przypomni jej, aby użyła kremu z filtrem, i Holly zrobi to tylko po to, by ją zadowolić. Skrycie lubiła opaleniznę i kiedy była w stadninie, nigdy nie zawracała sobie głowy kremami ochronnymi. Tłumaczyła sobie, że wystarczy kowbojski kapelusz, choć w rzeczywistości wiedziała, że jest inaczej.

Pomiędzy nią a kojącym ciepłem słońca przemknął cień. Holly początkowo lekko zmarszczyła brwi, ale już po chwili całkowicie się rozluźniła. Znajoma ręka oplotła jej ciało i mocno przytuliła. Chciała powiedzieć: "Cześć, tato", ale w tym cudownym stanie niemocy kosztowałoby ją to zbyt wiele wysiłku. W odpowiedzi tylko się uśmiechnęła. Kiedy unosiła się spokojna w ramionach ojca, wróciły wspomnienia wszystkich tych lat, gdy go podziwiała i wielbiła. Bez wątpienia go kochała. Nawet nie protestowała, kiedy mama nazywała ją córeczką tatusia. Holly wiedziała, że dzieciństwo jej matki było prawdziwym koszmarem, i jak matka kiedyś przyznała, największym darem, jaki mogła dać córce, była dobra, zdrowa miłość i szacunek dla ojca.

- Nie móc go kochać, nie chcieć, aby był blisko - to najgorsza rzecz dla młodej dziewczyny. Cieszę się, że tak kochasz ojca - powiedziała niegdyś Elise Cathers do córki, a następnie dodała, uśmiechając się przy tym nieco smutno: - Jak powiedział pewien pisarz, dziecko stwarza rodzicom drugą szansę na naprawienie błędów.

I chociaż mama powtarzała te słowa bardzo często, nigdy nie pamiętała nazwiska pisarza, który był ich autorem, ani gdzie je przeczytała. Słysząc to zdanie po raz kolejny, Holly z jednej strony nie mogła powstrzymać uśmiechu, z drugiej - doskonale rozumiała matkę i była z niej dumna. Cokolwiek się stało, kiedy była małą dziewczynką, nie powstrzymało jej to od osiągnięcia obranych celów. Była dobrą, pełną współczucia lekarką i wspaniałym rodzicem. Jedyną rzeczą, która jej słabo wychodziła, było bycie żoną.

- A może to tato był winny tej kłótni? - pomyślała Holly.

Będzie jeszcze okazja, aby rozwikłać tę zagadkę. Teraz wraz z ojcem wspólnie delektowali się ciszą i spokojem. Chwila ta była darem. Tak wielu rodziców kolegów i koleżanek Holly nie rozumiało, że wypełnione rozrywkami dni i noce oraz drogie prezenty nie wynagrodzą dzieciom ich nieobecności na pokazie tańca czy braku spędzonego razem czasu. Mama Tiny, jako jedna z niewielu, dobrze o tym wiedziała.

Uścisk ojca stawał się coraz luźniejszy i Holly usłyszała w swojej głowie głos:

- Już czas się obudzić, łobuzie...

Zdając sobie sprawę, że to był tylko sen, wpadła w popłoch. Słowo o c a l a ł a  rozbrzmiewało echem w jej obolałej głowie i Holly wiedziała, że gra na zwłokę. Gdyby się obudziła, powiedzieliby jej o śmierci. Ktoś zginął...

- Nie, chwila, przecież tego nie wiem. Mogliśmy wszyscy ocaleć. Oczywiście, że tak było. Ocaleliśmy, ponieważ to jest moje życie, a w nim takie rzeczy, jak śmierć się nie zdarzają... - pomyślała Holly.

Głos ojca powtarzał uporczywie:

- Zbudź się...

Jednak po chwili uświadomiła sobie, że słowa te pochodzą z zewnątrz. A to oznaczało, że Holly żyje, a głos należy do prawdziwej osoby, która usiłuje wybudzić ją ze snu. Ze wszystkich sił próbowała unieść powieki, a jej serce zabiło jakby odrobinę szybciej. Była niewiarygodnie zmęczona. Kręciło się jej w głowie i odnosiła wrażenie, że spada. Lewa noga Holly drgnęła, tak jak się to niekiedy dzieje, gdy ktoś zapada w sen lub zostaje z niego gwałtownie wyrwany. Sądząc po cieple, jakie odczuwała na twarzy, musiała być zwrócona w kierunku słońca, lecz kiedy próbowała odwrócić głowę, okazało się, że nie jest w stanie tego zrobić.

- Obudź się, Holly...

Poskutkowało, obudziła się - głos z pewnością należał do jej ojca. Holly nie tylko zdołała obrócić głowę, ale także otworzyła oczy i uśmiechnęła się.

Nagle jej wnętrze rozdarł przeraźliwy okrzyk bólu. Widząc leżącego na sobie ojca, nie mogła się uspokoić. Nie wiedziała nawet, jak zdołała go rozpoznać, gdyż twarz miał rozbitą, czarną i spuchniętą. W miejscu oczu widać było tylko zaciśnięte powieki, a na policzkach rozmazane były chrząstki i kości zmiażdżonego w czołowym zderzeniu nosa. Ojciec miał pęknięty podbródek, a wyrwane ze stawów części jego żuchwy zwisały luźno niczym skrzydła kurczaka.

Z rozbitych ust wydobywał się głos, ale Holly krzyczała tak głośno, że nie była w stanie zrozumieć słów. Nie słyszała nawet, czy był to głos jej ojca. Chciała uciekać; wrzeszcząc, wymachując bezładnie rękami i nogami, odsuwała się od przeraźliwego widoku. Zmiażdżona głowa obróciła się w jej kierunku, po czym spojrzała w drugą stronę.

Holly poczuła bolesne ukłucie w ramię, a zdeformowana twarz z wolna się rozpływała. Jej wrzask przeszedł w jęk, a następnie w ciche zawodzenie. Widziała, jak z czoła i policzków ojca schodzi nabrzmiała, fioletowa skóra, a wszystkie wgłębienia wypełniają się krwią, zbierającą się w największej ilości w okolicach podbródka. Wydłużone kości sterczały koszmarnie niczym giętkie woskowe świece i Holly odniosła wrażenie, że poczerniała twarz patrzy na nią. Mroczna maska przyglądała się tak jeszcze przez chwilę, po czym w jednej sekundzie zniknęła.

Zastąpiła ją twarz kobiety, bardzo pięknej i wytwornej, niemal pięćdziesięcioletniej, z oczami czarnymi i bystrymi jak oczy jej ojca, z wydatnymi ustami, okolona burzą czarnych włosów. Holly oniemiała, nie mogąc wydusić z siebie słowa, a kobieta wyciągnęła do niej dłoń.

- Jestem twoją ciotką - powiedziała twarz o lśniąco czerwonych ustach.

W chwilę potem Holly zasnęła.

Dryfowała po spokojnym morzu, trzymając za rękę ojca, i...

Śmierć zagościła w życiu Holly Cathers.

Jako jedyna przeżyła pechowy spływ. Mama, tato, Tina, a nawet ich przewodnik Ryan - wszyscy zginęli. Przewieziono ją do szpitala, który znajdował się w pobliżu Wielkiego Kanionu, gdzie udzielono jej pierwszej pomocy, a następnie podano leki uspokajające.

- Ale ja go widziałam! Widziałam mojego ojca... całego poranionego - powtarzała Holly, która, jak przystało na córkę lekarza pogotowia ratunkowego, nie była przesadnie wrażliwa. - To musiał być tato, mój tato... Chcę do taty...-Zaczęła szlochać, po czym zamknęła oczy i niczym zranione zwierzę padła na kolana, kołysząc się w przód i w tył. Kwas wypełnił jej usta, a ostry ból żołądka sprawił, że zaczęła wymiotować. Pochyliła się mocno do przodu, pochwyciła cienki szpitalny koc i wybuchnęła gwałtownym płaczem. Nie mogła powstrzymać łez.

- W porządku, Holly. Wypłacz się, skarbie - uspokajał ją głos z zewnątrz.

Nie wiedziała, jak długo płakała, aż ktoś powiedział:

- Jezu, dajmy jej coś na uspokojenie.

Poczuła ukłucie i zapadła w głęboki sen. Usłyszała dźwięk podobny do trzepotu skrzydeł drapieżnego ptaka, który spadał, pikował, szybował wraz z nią w głąb ciemnego tunelu. Po chwili zorientowała się, że było to bicie jej serca, które waliło raz szybko, niczym machający skrzydłami koliber, raz powoli. Widziała, jak odziana w rękawicę dłoń zacisnęła się w pięść i ogromny ptak przysiadł na niej.

Kiedy się obudziła, była wykończona, chora i otępiała. Kobieta, która powiedziała, że jest jej krewną, usiłowała przestać płakać. Miała rozmazany makijaż i wycierała nos chusteczką, którą przed sekundą wyciągnęła ze stojącego na stoliku nocnym pudełka.

- Zgodnie z wolą twojego ojca zaopiekuję się tobą - powiedziała ciotka.

Holly nie mogła przypomnieć sobie jej imienia.

- Tato nigdy mi nie mówił, że ma siostrę - pomyślała.

- Jestem pewna, że polubisz szkołę. - Kobieta z trudem przełykała ślinę, cedząc każde słowo, jej oczy błądziły po pokoju, jakby chciała z niego uciec. Miała na sobie dużą ilość biżuterii i kiedy się poruszała, jej kolczyki odbijały światło. - Moje córki ją lubią... - dodała po chwili namysłu.

- Szkołę? - zapytała Holly, mrużąc spuchnięte oczy.

- W tym roku idziesz do ostatniej klasy, prawda? - kobieta próbowała wyjaśnić zaistniałą sytuację.

Lata temu, kiedy umarł brat Janny Perry, dziewczyna zyskała popularność niemalże gwiazdy filmowej. Wszyscy w szkole obchodzili się z nią jak z jajkiem i traktowali nadzwyczaj delikatnie, szepcząc ukradkiem po kątach, jakie nieszczęście ją spotkało i jak bardzo jej współczują. Jedenastoletnia wówczas Janna, która do tej pory nie miała dobrej opinii, z dnia na dzień stała się świętą. Odtąd była dobra i uprzejma, ponieważ była bardzo, bardzo smutna.

- Smutne dzieciaki zawsze mają lepiej - pomyślała Holly.

Rówieśnicy, którzy do tej pory dokuczali Jannie, teraz obsypywali ją drobnymi prezentami; natomiast dzieci, dla których była niedobra, zapraszały ją do swoich domów na obiady i wspólne nocowanie. Janna była zwalniana z mnóstwa zadań domowych i chociaż opuściła wiele zajęć tego roku, po raz pierwszy jej nazwisko znalazło się na tablicy uczniów, którzy zasłużyli na wyróżnienie. Dziewięcioletnia wtedy Holly była trochę zazdrosna o tę całą tragedię, o specjalne traktowanie, o to, że Janna niczym bohaterka greckiego dramatu snuła się po korytarzach z podkrążonymi od płaczu oczami, i o to, że w każdej chwili mogła pójść do gabinetu pielęgniarek. Janna przeszła do historii jako osoba o stoickim spokoju i przez resztę swego życia nosiła w rękawie asa, którego mogła wyciągnąć, kiedy tylko tego potrzebowała.

- Zatem możemy spakować twoje rzeczy i... - ciotka przerwała nieco zakłopotana, a po chwili dodała: - Gdzie ty właściwie mieszkasz?

Holly spojrzała na nią ze zdziwieniem.

- Słucham?

I nim Marie-Claire zdołała wytłumaczyć się ze swojego pytania, rozległo się pukanie do drzwi, a po chwili pojawiła się w nich Barbara Davis-Chin. Matka Tiny, ubrana w sandały i sztruksowe hipisowskie ogrodniczki, z włosami upiętymi w kok i bez makijażu, stała przez moment nieruchomo. Zobaczywszy Holly, pospieszyła w jej kierunku. ­Marie-Claire, nie chcąc przeszkadzać, próbowała usunąć się z drogi. Barbara pochwyciła Holly w ramiona i przytuliła z całych sił, przyciskając swój policzek do policzka dziewczyny. Słodki zapach jej perfum rozczulił Holly i po jej policzkach znowu popłynęły łzy.

- Holly, dziecinko - szeptała mama Tiny, kołysząc ją czule. - Moja droga, Holly...

Drżąc i płacząc, trwały tak przez dłuższą chwilę w mocnym uścisku.

- Tina... - zawodziła Holly, obejmując ze wszystkich sił mamę nieżyjącej przyjaciółki, do głębi poruszona jej obecnością. Stała przed nią z krwi i kości, tak jakby to wszystko się naprawdę nie wydarzyło, tak jakby za chwilę miała jej powiedzieć, że wszystko będzie jak kiedyś.

- Nie dbam o to, czy mama i tato będą się kłócić do końca życia - pomyślała.

- To jakaś pomyłka, prawda? To nie oni... - wymamrotała.

- Widziałam ich, kochanie. Zidentyfikowałam ciała. - Powiedziała stanowczo Barbara, gładząc ją po policzku.

Ponowna fala smutku i rozpaczy zaskoczyła Holly. Kiedyś nie przeszłoby jej przez myśl, że ludzie mogą aż tak cierpieć. Znowu pomyślała o Jannie i odczuła wstyd.

- Może Bóg karze mnie za bycie taką zołzą - pomyślała.

Kiedy się już trochę uspokoiła, Barbara zwróciła się do nieznajomej:

- Nazywam się Barbara Davis-Chin i jestem mamą przyjaciółki Holly.

- Jestem ciotką Holly - odpowiedziała Marie-Claire i uśmiechnęła się smutno. - Jak sądzę, Danny nigdy o mnie nie wspominał... Podobno wpisał mnie jako swoją najbliższą krewną.

Barbara zrobiła przepraszającą minę, po czym ponownie spojrzała na Holly i rzekła:

- Skarbie, twoja mama prosiła mnie, abym się tobą zajęła, na wypadek gdyby jej się coś stało. Wspominała ci o tym?

I choć Holly zaprzeczyła, słowa pani Davis-Chin nie były dla niej zaskoczeniem.

Barbara przytaknęła, po czym wyciągnęła rękę i dotknęła koniuszkami palców spiralnie zwiniętych loków dziewczyny.

- Widziałam, jak dorastasz - powiedziała czule.

Holly zerknęła na nowo poznaną ciotkę i wymamrotała:

- Tato chciał, abym z nią zamieszkała...

- Tak, o tym... - rozpoczęła mama Tiny.

Widząc całą sytuację, Marie-Claire zbliżyła się do łóżka i wtrąciła:

- Holly, jeśli masz kogoś, z kim chciałabyś mieszkać, nie będę się sprzeciwiać. - I uśmiechając się do nich obu, dodała: - Jeśli Holly nie chce przeprowadzić się do Seattle, z pewnością nie będę jej do tego zmuszać.

Słowa ciotki ją zabolały. Było jasne, że nie chce przyjąć bratanicy pod swój dach. W Holly odezwała się bardziej dorosła część jej osobowości.

- Kto chciałby jeszcze jedną uczennicę szkoły średniej w domu? - pomyślała.

Rodzina ciotki prowadzi własne życie i ona jest dla nich zupełnie obca. Poza tym, chciała dokończyć szkołę w San Francisco.

- Oczywiście, jeśli chcesz mieszkać w Seattle, powitamy cię z otwartymi ramionami - kontynuowała Marie-Claire, kładąc dłoń na ramieniu Holly. - Bardzo chciałabym poznać córkę Danny'ego. Przez te wszystkie lata bardzo mi go brakowało... - wyznała, obdarzając bratanicę łagodnym spojrzeniem.

- Możemy wrócić do tego później - zasugerowała Barbara. - Holly potrzebuje sobie to wszystko przemyśleć.

- Nie! - przerwała dziewczyna i zakłopotana swoim panicznym tonem, poczerwieniała. - Zostanę z tobą, Barbaro. Jeśli oczywiście nie masz nic przeciw...

- Ależ skarbie, jasne, że nie mam! Ja również tego bardzo chcę. Bez Tiny w domu będzie teraz bardzo pusto... - mówiąc to, Barbara mocno objęła Holly.

- Zatem, ustalone. - Maire-Claire złożyła ręce i zwróciła się do pani Davis-Chin. - Chciałabym pojechać z wami do domu i pomóc w przygotowaniach...

- Przygotowaniach do pogrzebu - pomyślała Holly, ponownie odczuwając mdłości. - O mój Boże, jestem sierotą. Moi rodzice nie żyją. Nie mam żadnych braci ani sióstr...

- Holly? - głos Marie-Claire wyrwał ją z zamyślenia.

Obie kobiety przypatrywały się jej uważnie.

- Jestem zmęczona. Jestem po prostu zmęczona - powiedziała Holly, potrząsając głową i wzdychając.

- Ona potrzebuje odpoczynku - oznajmiła pielęgniarka, wchodząc z impetem do sali. - Już dosyć wizyt na dziś.

Barbara wstała z łóżka i zwróciła się do Marie-Claire:

- Chodźmy napić się kawy, dobrze?

Obie kobiety w jednej chwili uśmiechnęły się do Holly, a następnie podniosły swoje torebki i wyszły z pokoju. I choć znacznie różniły się co do stylu - Barbara była promującą kontrkulturę mieszkanką San Francisco, natomiast Marie-Claire gustowała w modnych, ekskluzywnych ubraniach - w owym momencie działały jednomyślnie.

- Musi być bogata - pomyślała Holly, zdając sobie sprawę, że majątek rodziców należy teraz do niej.

Nagle usłyszała głos pielęgniarki:

- Jesteś cała poraniona. Poproszę lekarza, aby przepisał ci jakieś środki nasenne.

- Nie trzeba - wyszeptała Holly, wciąż myśląc o swoim straszliwym śnie. Ale kiedy tylko wypowiedziała te słowa, jej oczy zamknęły się i znowu płynęła spokojnie z prądem rzeki, gdzie był jej ojciec i życie, które już nigdy nie będzie takie jak przedtem.

Uniwersytet Waszyngtona w Seattle

Zlane potem, prawie nagie ciała wypełniały saunę. Jer był bardzo cichy - poszukiwał spokoju, którego nie udało mu się zaznać ostatniej nocy. Nie rozumiał, dlaczego ojciec nie pojawił się podczas Lammas, jednego z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu wiccańskim.

On i Eli świętowali razem; bez większego entuzjazmu, ponieważ niezbyt się lubili. Jer, jako młodszy, miał obowiązek pełnić niższe posługi podczas odprawiania rytuałów i gotował się ze złości, kiedy widział, jak jego brat nabija się z obrządków, kończąc modlitwy prześmiewczo-podniosłym "Idź w pokoju, Czarna Msza skończona. Buhaha...".

- Jesteś tylko zmęczony czy chodzi o coś innego? - dopytywała się Kari.

Oczy Jera pozostawały zamknięte. Wiedział, że rozmowy w saunie nie należą do dobrych obyczajów. Kari wciąż była niepocieszona, że Jer nie zaprosił jej ostatniej nocy do swego domu.

- Czy ona sądzi, że wyjawię jej szczegóły obrządków? Ani trochę nie czuję się winny... - pomyślał.

- Kochanie, proszę... Potrzebuję tego do mojego artykułu o tradycji zbierania plonów... - naciskała Kari, wyginając plecy w pałąk, naciągając mięśnie szyi oraz zagarniając rękoma dym i parę w kierunku klatki piersiowej. Sądzono, że to oczyszcza z nieczystości, wewnątrz i na zewnątrz. Jer miał jej za złe, że próbuje nim manipulować, używając swojego ciała; co więcej, czuł się upokorzony, że to działa. Kari doskonale wiedziała, iż mężczyźni zawsze pozostają we władaniu swoich pragnień.

- Hej tam, przestańcie gadać! - zaprotestował Kialish.

Wydawało się, iż z upływem czasu Kari zapomniała, że była tu tylko gościem. Sauna należała do Kialisha, Eddiego i Jera, jeśli w ogóle można powiedzieć, że do kogokolwiek poza uniwersytetem.

- Przepraszam - powiedziała od niechcenia, przykładając jednocześnie rękę do czoła. - Jest mi tu po prostu dzisiaj za gorąco. Nie mogę się skoncentrować.

- Nikt nie może, skoro ciągle gadasz - odpowiedział stanowczo Kialish.

- OK, prze-pra-szam. Patrz, już mnie tu nie ma. - Spojrzała znacząco na Jera, oczekując, że wyjdzie razem z nią.

Jer potrząsnął głową, po czym wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że teraz nie jest w dobrym nastroju, co nie oznacza, że nie mogą spotkać się później. Kari sprawiała wrażenie udobruchanej.

- Wiem, jak postępować z kobietami - pomyślał Jer.

Ojciec uparcie twierdził, że jego matka była wyjątkowo słabą, bierną i pozbawioną pewności siebie osobą. Jak Jer zdążył się nieraz przekonać, rozstanie wymaga bardzo stanowczego aktu woli i bierna, słaba osoba nie byłaby w stanie tego dokonać. On sam bezskutecznie próbował zaniechać myślenia o swojej matce, pozostawiając wspomnienia w przeszłości - właściwym dla nich miejscu. Ponieważ nie wierzył w historię opowiedzianą przez ojca, a nie miał innego źródła informacji, wolał w ogóle jej sobie nie wyobrażać.

- Kiedyś posiądę moc, która umożliwi mi odnalezienie mamy. A kiedy to nastąpi i przekonam się, że nic jej nie jest, zapytam, czy jest jej przykro, że zostawiła mnie z ojcem i Elim...

Kari przewróciła się na brzuch i przykucnęła pod niskim, okrągłym sufitem sauny. Pogłaskała Jera po kolanie i powiedziała czułym głosem:

- Do zobaczenia później, przystojniaku.

Następnie otworzyła klapę i wyczołgała się, ostrożnie zapinając za sobą mocowania.

Teraz, kiedy Kari nie było już w środku, Jer próbował ponownie skupić uwagę na płonących polanach. Patrzył na nie spod półprzymkniętych powiek, starając się uśpić swoje emocje, pozwalając zwiotczeć swoim kończynom, zwalniając stopniowo oddech. Wyobrażał sobie, że ciepło i dym przedostają się do wszystkich zakamarków jego ciała i ogrzewają je. Zapach ziół mieszał się z jego poczuciem jedności - powoli Jer stawał się częścią chwili i miejsca. Sączył ów obraz niczym wodę, stopniowo uwalniając się od innych myśli - o Lammas, o swoim ojcu i bracie, o studiach, o Kari; o tym, jak to będzie, kiedy skończy uczelnię... Wszystkie obawy wydawały mu się teraz dziwne i odległe i Jer usuwał je z wielką stanowczością, pozbywając się ze swojego umysłu zbędnych elementów.

Ogień był coraz większy, skały przypominały małe głazy, palenisko urosło do rozmiarów ogniska, a polana do pni ściętych drzew. W miarę jak Jer wpatrywał się w płomienie, dym kłębił się w powietrzu, przyjmując kształty przypominające totemy i znaki pochodzące z kręgów kulturowych Eddiego i Kialisha - łososie, orki, niedźwiedzie z dziwnymi pazurami. Kruki oraz inne ptaki kłębiły się w pomieszczeniu, krążąc w przepełnionym dymem i ogniem powietrzu. Sokoły i jastrzębie szybowały w kierunku księżyca. Kruki zataczały wielkie koła, a sokoły i jastrzębie przecinały je raz po raz, mijając inne ptaki z zawrotną prędkością, tłumiąc swym krzykiem ich głosy i uderzenia skrzydeł, od których drżało czarne od dymu powietrze. Kiedy Jer uzmysłowił sobie, że jego serce bije w rytmie łopotu ptasich skrzydeł, dźwięk zmienił się i zaczął przypominać walenie w bęben.

Nagle znalazł się w miejscu w niczym nieprzypominającym sauny. I był kimś innym, lecz nie tak bardzo różniącym się od niego samego... Nosił imię Jean i tak jak on pochodził z rodu Deveraux...

Odgłos bębnów rozpoczął Wielkie Łowy. Ich precyzyjne dudnienie przywodziło Jeanowi na myśl warkot werbli, które zwykle poprzedzają ważną egzekucję. Przypominało lament, zdecydowany, nieustający.

- Śmierć dosięgnie nas wszystkich, jednak w tej chwili jesteśmy jej żołnierzami - pomyślał z zadowoleniem.

Dosiadał Cockerela, ulubionego konia, na którym przewodził falandze Myśliwych. Sokół Fantasme, odwieczny kompan Kręgu, siedział na jego ramieniu niczym żądny krwi mniejszy brat, domagając się swojej porcji.

Dobosze szli kilka metrów przed nimi. Widok był wspaniały. Deveraux maszerował przez las Greenwood, dom Rogatego Boga kryjącego się pod postacią Króla Natury i Łowów. Odziany był w zielono-czerwoną szatę, wytworny gronostajowy płaszcz, szkarłatne klejnoty oraz wspaniałą, lśniącą, mieniącą się w jasnym świetle słońca złotą pelerynę z Ziemi Świętej.

Dumny jak paw Jean dał sygnał naganiaczom, aby nie przerywali swojej pracy. Idący gromadnie mężczyźni uderzali długimi drewnianymi laskami w poszycie lasu i wypędzali z kryjówek lisy, gronostaje i niedźwiedzie. Jean i pozostali myśliwi z radością polowali na przepłoszoną zwierzynę. Z odsłoniętymi przyłbicami i wyciągniętymi mieczami, skąpani we krwi, popędzali swe wierzchowce ostrogami.

Wielogodzinne łowy zakończyły się sukcesem. Idący w drugiej linii służący zbierali ubite zwierzęta, a odurzający zapach krwi drażnił zmysły licznej gromady psów gończych, które szarpały się na uwięzi u boku swych panów i jadących tuż za nimi dwukołowych wozów. Ich pobudzenie i żądza krwi odzwierciedlały nastrój polujących.

Ojciec Jeana, Duc Laurent de Deveraux, jechał kłusem obok syna i uśmiechał się do niego szeroko. Obrócił przepasaną aksamitem głowę w kierunku Fantasme'a, a ten zaskrzeczał w odpowiedzi. Laurent odziany był w odświętny, zrobiony ze skóry i podszyty gronostajami strój łowiecki; Jean wyglądał jak młodsza wersja dziedzica - miał błyszczące, ciemne oczy, wyraźny zarost i brwi oraz gęstą czuprynę lśniących, niemal czarnych włosów. Obaj mieli dość proste, kształtne nosy oraz niezbyt wydatne, ale wyraziste usta. Patrząc na surowe, ostre rysy twarzy mężczyzn z rodu Deveraux, nie oczekiwało się łaski, czułości i ciepła. Należały one do wojowników, przywódców czy, jak niektórzy mówili, diabłów...

- Czeka nas wspaniała uczta - powiedział z aprobatą książę, wskazując głową na wiezioną za nimi olbrzymią ilość upolowanej zwierzyny. A po chwili rzucił: - Pokażemy tym zadufanym Cahors, jak urządza się przyjęcia weselne.

Jean uśmiechnął się dumnie w odpowiedzi, po czym dodał:

- ...oraz noce poślubne.

Zarówno syn, jak i ojciec wybuchli gromkim śmiechem. Laurent poklepał Jeana po ramieniu i zapytał:

- W dawnych czasach podczas sabatu mistrz ceremonii wybierał sobie dziewicę. Czy wiadomo ci o tym?

- Oui, mon p?re*, i o ile sobie dobrze przypominam, o sprawowanie władzy nad Kręgiem walczyło się na śmierć i życie - odpowiedział Jean, spoglądając przebiegle na ojca.

* Tak, ojcze.

- Touché**- książę odrzucił głowę i zaśmiał się donośnie, nie okazując strachu, wyraźnie rozbawiony zawoalowanym wyzwaniem syna. Laurent był lwem; Jean wiedział, że miną lata, nim będzie godzien odziedziczyć tytuły, zarówno swego rodu, jak i mistrza ceremonii. Perspektywa ta nie martwiła go jednak - ojciec był dobrym przewodnikiem i Jean wiele się od niego uczył.

** To prawda.

- To dla nas ważny dzień, synu. Wiano, jakie wniesie ród Cahors, uczyni nas najbogatszą rodziną szlachecką w całej Francji. - Na samą myśl o tym oczy Laurenta zalśniły. - Jeśli dzisiejszej nocy posiądziesz Isabeau i spłodzisz syna, uczynię go królem, zanim minie dwanaście wiosen.

- Twoje słowa są dla mnie rozkazem, ojcze. Zrobię, co w mojej mocy - odrzekł Jean i wykonał szeroki gest ręką. Krew w jego żyłach wzburzyła się, kiedy pomyślał o tym, że dzisiejszą noc spędzi z Isabeau.

- Czary, które rzuciliśmy, sprawią, że syn twój narodzi się jeszcze przed Beltane - potwierdził Laurent.

- Certainement***, Zielony Człowiek wynagrodzi nam naszą hojność - Jean wskazał głową w kierunku dopiero co upolowanych zwierząt. - Nakarmimy go sowicie. A wkrótce otrzyma jeszcze więcej.

*** Z pewnością.

Laurent i Jean uśmiechnęli się do siebie. Książę wykonał magiczny ruch dłonią i mrugnął porozumiewawczo do syna. Niemal w tym samym momencie z gęsto obsadzonego kasztanami zagajnika wyszedł noszący barwy rodu Deveraux naganiacz i krzyknął donośnie:

- Oto pierwsza z cennych zdobyczy!

- Słuchajcie! Słuchajcie! Pierwsza z cennych zdobyczy! - wykrzykiwał hrabia Alain DuBruque, Marszałek Łowów. - Nagroda ta jest zarezerwowana, mes seigneurs****, dla pana młodego!

**** Drodzy dostojnicy.

Siedzący na koniach myśliwi wznieśli okrzyki radości, zagrzmiały bębny, a psy gończe jęły ujadać i wyrywać się do przodu. Jean wypuścił wodze i wzniósł obie ręce nad głowę, przyjmując należny mu aplauz. Cockerel bryknął z radości, a żądny krwi Fantasme, pokrzykując, wzbił się w powietrze. Kiedy Jean przyłożył pięty do rozgrzanych, mocnych boków konia, ten przysiadł majestatycznie na zadzie. Fantasme usiadł na głowie wierzchowca.

- Uwolnić psy! - wydał komendę Jean.

Rozległy się trąbki. Para wściekle głodnych, ujadających psów wybiegła z tyłów myśliwskiej gromady. Pędziły przez szeregi łowczych ku młodnikowi, unikając kopyt niespokojnych wierzchowców. Jean przyłączył się do pościgu, potężne kopyta Cockerela ledwo mijały zatracone w gonitwie ogary.

Nagle z zagajnika wyłoniła się wypłoszona przez naganiaczy ofiara. Był to rosły, może szesnastoletni chłopak. Jean nie posiadał się z radości - pisana mu zdobycz była młoda, pełna życia, mająca przed sobą przyszłość. To dobry znak. Zielony Człowiek powinien być szczęśliwy z takiego daru i z pewnością wynagrodzi starania, odpłacając mu męskim potomkiem. Pierworodny zrodzony z potomków Cahors i Deveraux musi być następcą tronu. Książę i jego syn nie wiedzieli, jak długo będzie trwać między nimi przymierze. Możliwe, że skończy się jeszcze przed narodzinami drugiego dziecka poczętego z drugą żoną Jeana.

Galopując przed psami, Jean sięgnął uciekającego w popłochu chłopaka. Lecący nisko, żądny śmierci Fantasme skrzeczał tuż nad jego głową.

- Głupcze... - pomyślał przeszyty dreszczem nienawiści Jean. - Ten koń prześcignął tysiące niewiernych w Jeruzalem... Czy ów niedożywiony chłop myśli, że potrafi dokonać tego, czego nie udało się zahartowanym wojownikom?

Słysząc okrzyki zachęty ze strony swoich sprzymierzeńców, Jean popędził Cockerela naprzód. Następnie zrównując się z uciekającą ofiarą, wydobył miecz, puścił wodze i zamachnął się z impetem. W tej samej chwili przerażony młodzieniec obejrzał się przez ramię i widząc wymierzoną w niego broń, otworzył usta, by krzyknąć. Za późno; miecz Jeana ściął mu głowę. Oprawca wykonał wyrok z niezwykłą precyzją i ścięta głowa odskoczyła na znaczną odległość, następnie spadła i potoczyła się po ziemi.

Jean wyrwał prawy but z ostrogi i zwisając pod niebezpiecznym kątem na lewym boku swojego rumaka, uniósł się w siodle. Niczym nieustraszony arabski jeździec, pochylił się, pochwycił leżącą na ziemi głowę i wyprostował w siodle. Trzymał ją wysoko, aby wszyscy mogli zobaczyć, podczas gdy rozszalałe psy skoczyły w kierunku bezgłowego, ciągle podrygującego ciała. Z szyi trysnęła strumieniem krew, a przerażone oczy patrzyły jeszcze przez chwilę na Jeana. Ktoś powiedział, że ci, którzy umierają poprzez ścięcie głowy, żyją jeszcze parę sekund po wykonaniu wyroku. Przypadek ten pokazywał, że to prawda. Jean zaśmiał się głęboko, patrząc na umierającą twarz, po czym oznajmił:

- Albo twoja śmierć przyniesie mi męskiego potomka, albo przeklinam twoją duszę i oddaję ją w ręce diabła.

Oczy ściętej głowy przekręciły się, a Fantasme odebrał swój łup, podczas gdy zgromadzeni wznosili okrzyki na cześć swego kompana i przyszłego przywódcy Kręgu.

Szczęśliwy Laurent galopował dookoła, wołając:

- Dobra robota, synu!

Następnie złapał głowę, którą ten cisnął w jego kierunku. Wkrótce potem Jean pozdrowił rozradowany tłum i pocwałował do zamku, by przygotować się do ceremonii zaślubin. Pozostali myśliwi wyruszyli na łowy, przeczesując las w poszukiwaniu kolejnych ofiar, specjalnie wyselekcjonowanych na tę okazję...

Światło księżyca i ognia oświetlało dziedziniec Zamku Deveraux. Olbrzymie kamienne gargulce, które w dzieciństwie często nawiedzały sny Jeana, spoglądały teraz z góry na zgromadzonych. Z nozdrzy posągów buchały iskry, a płomienie pochodni wzbijały się wysoko w rozgrzane powietrze. Z przepastnych tuneli, które prowadziły do upiornych lochów, znanych w całej Francji jako bastiony okrucieństwa, dobywał się blask potężnych ognisk. Biada temu, kto przekroczy bramy Zamku - głosiło stare porzekadło, w którego prawdziwość nietrudno było uwierzyć. Członkowie rodu Cahors, dowiedziawszy się, że Deveraux posiedli tajemnicę Ognia Ciemności, wykazali się dużym sprytem i postanowili zawrzeć z nimi przymierze. Wiedzieli, że ród ten nie zawahałby się użyć swych mocy przeciwko nim.

Jak było w zwyczaju, Isabeau dołączyła do Jeana przed zamkniętymi drzwiami kaplicy. Pary zawierały związki, stojąc przed kościołem, czym nie obrażały biskupa. Owej nocy, kiedy nastała Pora Krwi, Isabeau i Jean stanęli naprzeciwko siebie w otoczeniu kwiatów lilii i wijącego się bluszczu. Lilie były symbolem rodu Cahors, bluszcz zaś - Deveraux. Fantasme i Pandion były również obecne. Siedziały na bogato zdobionych stojakach i czyściły sobie pióra. Gdyby je odwiązano, z pewnością zadziobałyby się nawzajem.

Isabeau prezentowała się wspaniale; ubrana wytwornie w przetykaną srebrną nicią hebanową suknię, wyglądała jak dostojna pani. Mimo to drżała jak nieśmiała dziewica i ­Jean dostrzegł, że pod ciemnym welonem skrywała niezwykle bladą twarz.

- Jak długo będziesz moją żoną? - pomyślał Jean. - Ile czasu upłynie, zanim nasze rody odnowią spór i będę zmuszony cię otruć, spalić na stosie lub ściąć twoją piękną głowę?

W tej samej chwili Isabeau spojrzała na niego chłodno. Napotykając wzrok Jeana, nie zadrżała, nie spuściła błyszczących, błękitnych oczu. Napięcie między nimi było tak duże, że powietrze zdawało się pulsować. Jean był zachwycony.

- Bóg mi świadkiem, że ta dama ma charakter! - pomyślał. - Muszę uważać na siebie, bo inaczej o n a doprowadzi do mojej zguby.

Następnie, tłumiąc uśmiech, skierował swoją uwagę na ojca.

Podczas gdy zgromadzony tłum śpiewał po łacinie oraz w innych starożytnych językach, Laurent trzymał w ręce swój magiczny sztylet, gotowy naciąć młodej parze nadgarstki. Kaptur szkarłatnego płaszcza skrywał jego twarz i czynił podobnym do górującego nad ołtarzem ciemnego posągu. Catherine, matka Isabeau, stała tuż obok, odziana w czarno-srebrne szaty w barwach rodu Cahors.

Zebrani mogli cieszyć się wspaniałym widokiem - moc i namiętność opanowały młodą parę i ich dusze połączyły się raz na zawsze. Z przeciętych nadgarstków trysnęła krew i mieszając się, uczyniła ich jednym ciałem. W tej samej chwili Catherine i Laurent przewiązali lewe ręce swych dzieci skąpanym w ziołach i natartym wonnymi maściami sznurem, który miał zapewnić im płodność. Oba rody były silne i chlubiły się licznym potomstwem, jednak ci z Coventry byli rozproszeni po całej okolicy i trudno byłoby znaleźć w całej Francji tylu czarowników i tyle czarownic, by zadowolić obie rodziny.

Isabeau ponownie zadrżała i opuściła wzrok, ale Jean nie dał się temu zwieść. Wiedział, że w jej żyłach płynie przepełniona okrucieństwem krew rodu Cahors. Isabeau była utalentowaną wiedźmą i wiele z jej bezkrwawych, acz niezwykle silnych czarów mogło równoważyć jego własne.

Jean zdawał sobie sprawę, iż zarówno jego wybranka, jak i jej rodzina uważały, że to one, chcąc ostudzić gorącą krew Deveraux, doprowadziły do zawarcia przymierza. Te dwa rody nigdy się nie porozumiały, jak działać, aby osiągnąć cel, który im przyświecał - całkowite panowanie nad ich regionem Francji, a we właściwym czasie uzyskanie korony z rąk chrześcijańskiego biskupa z Reims. Deveraux byli aktywni, bezpośredni i brutalni, a ich wrogów czekała śmierć - byli ścinani, paleni lub truci.

I choć członkowie rodu Cahors z pewnością nie należeli do świętych, ich metody były zgoła inne, a swoje cele osiągali podstępem i wyrafinowaną dyplomacją. Podczas gdy Deveraux posunęliby się do zabicia niewygodnego kardynała we śnie, Cahors przekonaliby go do swoich racji, proponując klejnoty i dziewice, lub też nakłonili do występku, a następnie dopuścili się szantażu. Knując po kątach i wysuwając fałszywe zarzuty, podjudzali przeciwko sobie braci, tak że nikt, kto choć trochę władał magią, nie mógł ufać drugiemu.

Wskutek tego Cahors uchodzili za bardziej stonowanych i miłujących pokój. Przekonywali, że Deveraux używają magii w sposób zbyt jawny i oczywisty dla innych; twierdzili, że jedynymi rzeczami, które pozostawały w ukryciu, będąc dostępne wyłącznie wtajemniczonym, były niechrześcijańskie elementy ich czarów. Uważali, że ich porywczość sprawia, iż zwykli ludzie narzekają na magię i zamierzają zwrócić się do papieża z prośbą o całkowite pozbawienie władzy zarówno Deveraux, jak i Cahors.

Z kolei Deveraux wiedzieli, że Cahors do tego stopnia rozzłościli członków wielu szlacheckich rodów, że ci nie chcieli mieć nic wspólnego z żadną z rodzin. Czym innym było rozgniewać niewolników, czym innym zerwać stosunki z ich właścicielami.

Z tego też powodu Cahors uważali się za sprytniejszych, a ponieważ nie mieli męskich potomków, postanowili wydać dziedziczkę za następcę tronu rodu Deveraux. Natomiast Laurent i jego syn, kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja, kpili z rzucanych przez swych przeciwników czarów, które miały sprawić, że Jean będzie jeszcze bardziej pożądał Isabeau. Cahors nie zdawali sobie sprawy, że przez lata mistrzowie sabatu z rodu Deveraux składali w ofierze dziewice i zjednywali sobie Bóstwo z Greenwood we wszystkich jego wcieleniach, aby wzbudzić w nich chęć zawarcia przymierza. Laurent chciał zwabić Isabeau Cahors do swego zamku bez względu na rolę, jaką miałaby tam pełnić - było mu bez różnicy, czy zostanie jego kochanką, czy też wyjdzie za Jeana. Tak długo, jak mieszkała w domu księcia, pozostawała jego zakładniczką.

Cahors kochali swoją córkę i nie pozwoliliby jej nikomu skrzywdzić. Chcieli mieć pewność, że skoro przechodzi we władanie mężczyzny z rodu Deveraux i wkrótce powije mu syna, dożyje też sędziwego wieku.

Myśli zaprzątały umysł Jeana, lecz gdy tylko krew Isabeau zmieszała się z jego własną, przepełniło go uczucie miłości. Nieznana mu dotąd nagła fala uwielbienia sprawiła, iż ugięły się pod nim nogi. Zawsze chciał ją posiąść; i nie było w tym nic dziwnego - któryż prawdziwy mężczyzna by nie chciał, przecież Isabeau była niezrównaną pięknością. A teraz Jean mógł jedynie zgodzić się na jej miłość.

- Nie tylko jej pożądam, ale także szczerze ją kocham - pomyślał, ledwo trzymając się na nogach. - Kocham ją tak, jak słabi mężczyźni kochają kobiety! Coś lub ktoś mną powoduje! Co oni mi zrobili?

W tej samej chwili Isabeau zrobiła głęboki wdech i popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

- Ona również to czuje. Czyżby ktoś nas zaczarował?

Jean zerknął na ojca, który prosił Boga, by pobłogosławił nowo zawarty związek. Następnie jego wzrok przesunął się w kierunku Catherine, nowej teściowej, która posłała mu równie badawcze spojrzenie i lekko się uśmiechnęła.

- To ona! - pomyślał z wściekłością. - Jak śmiała? Zanim ta noc dobiegnie końca, uduszę ją w jej własnym łóżku. - I nagle ogarnęło go przedziwne, zupełnie obce uczucie. - Isabeau byłaby niepocieszona. Nie mogę skrzywdzić jej matki. - Jean cofnął się na tę myśl. - Podano mi truciznę. Ktoś mną manipuluje.

Po chwili zaś przemówił donośnym głosem:

- To małżeństwo...

Książę przerwał pieśń i spojrzał przeciągle na syna, a zebrany tłum zgodnie zamilkł.

Oczy ojca Jeana wyrażały ostrzeżenie: Od lat ciężko pracowałem, abyś ty mógł dziś poślubić Isabeau. Zatem nie psuj mi szyków, chłopcze. Nie zapominaj, że masz młodszego brata. Jeśli się na tobie zawiodę, on cię z łatwością zastąpi.

Jean wziął głęboki oddech i nieśmiało przytaknął, dając tym samym znak ojcu, że zna jego myśli, po czym oznajmił:

- To małżeństwo łączy dwa wielkie rody. Jestem przepełniony radością, że stoję tu dziś wraz z moją oblubienicą.

Rozległy się okrzyki radości - możliwe, że nie aż tak głośne, jak można by tego oczekiwać, ponieważ Cahors sprawiali wrażenie zaniepokojonych przebywaniem w otoczeniu członków rodu Deveraux, którzy w większości sprzeciwiali się zawarciu tego małżeństwa.

Isabeau milczała, a jej oblicze wydawało się teraz bardziej łagodne. W oku dziewczyny zakręciła się łza, która po chwili spłynęła po jej policzku. Jean uniósł welon i zebrał koniuszkiem palca wskazującego toczącą się w dół kroplę, a następnie przyłożył do swych ust. Był to bardzo osobisty, pełen miłości gest, który nie umknął uwadze zebranych i spotkał się z ogólną aprobatą i zaskoczeniem, gdyż pan młody nie słynął z czułości wobec kobiet.

Ceremonia zaślubin dobiegła końca i Jean, w otoczeniu trąbek i pochodni, poprowadził swoją wybrankę do ogromnej sali w Zamku Deveraux, by rozpocząć przyjęcie weselne. Ledwie słyszalny krzyk cierpienia, rozbrzmiewający w kamiennych korytarzach, zwrócił uwagę Isabeau. Spojrzała na swego oblubieńca.

- Ofiary - wyjaśnił Jean. - Trochę później będziemy obecni przy kilku ostatnich.

Pochyliła głowę na znak zgody. Zauważył, że wciąż nic nie powiedziała.

- Czy odebrali ci głos, abyś nie mogła odmówić mi swej ręki? - zapytał lekko rozdrażnionym tonem.

Isabeau rzuciła mu spojrzenie pełne pożądania i uwielbienia, po czym rzekła:

- Niczego ci nie odmówię, Jeanie de Deveraux.

Jego ciało zapłonęło pragnieniem miłości i uśmiechnął się do niej. Odpowiedziała mu tym samym i poprowadzili gości do stołów.

Kiedy udali się do lochów, to, co jej pokazał; to, co uczynili istotom ludzkim z krwi i kości... ofiarom na ołtarzu ich małżeństwa i spuścizny...

Jer ocknął się i otworzył szeroko oczy. Oddychał ciężko, mamrocząc:

- Nie, nie, nie...

Eddie i Kialish siedzieli obok niego w kucki. Eddie trzymał dłoń na jego ramieniu i potrząsał nim energicznie.

Jer nie czuł się dobrze. Okropności, których był świadkiem podczas swojej wizji, te wszystkie tortury... Czuł głęboką odrazę. Odepchnął na bok Eddiego i najszybciej, jak tylko mógł, opuścił saunę. Szedł, słaniając się na nogach, po czym upadł na kolana. Następnie, czując, że kwas trawi mu gardło, a do oczu napływają łzy, zaczął odkrztuszać kłębiącą się w żołądku żółć. Zrzucił ciężar z ciała, ale psychicznie nadal go odczuwał. Podniósł się i poszedł chwiejnym krokiem w stronę samochodu.

Eddie i Kialish wybiegli za nim, próbując go dogonić.

- Co ci jest, Jer? - zapytał Eddie.

- Jadę do domu - rzucił w odpowiedzi.

- Co zobaczyłeś? Co to było, stary? - dopytywał się Kialish.

Jer potrząsnął głową i odpowiedział:

- Nic, o czym chciałbym rozmawiać.

Jego przyjaciele wymienili znaczące spojrzenia.

- Możemy iść do mojego ojca... On jest szamanem. Dobrze ci zrobi spotkanie z nim - zaproponował Kialish.

- Dzięki - wycedził Jer, nie zatrzymując się, i obdarzył Kialisha ponurym uśmiechem wdzięczności. - To, czego naprawdę potrzebuję, to nowa rodzina.

Jer opowiadał przyjaciołom co nieco o swoim ojcu i bracie. Podejrzewał, że wraz z upływem czasu musieli połączyć pewne fakty i domyślić się tego, czego sam nie wyartykułował. Nie wszystkiego, ale wystarczająco dużo, by mu współczuć. Kari nie wiedziała o nim aż tyle, ponieważ nie miał do niej zaufania. Była spragniona władzy i prawdę powiedziawszy, zaczynała go denerwować. Nie zaprzeczał, że spędzili razem wspaniałe chwile, nie mógł jednak nie zgodzić się z tym, że Kari była arogancka i wścibska; a kiedy byli razem, zawsze musiał się kontrolować.

Koledzy nie przestawali się przyglądać, kiedy Jer ubierał w pośpiechu dżinsy i pośród porozrzucanych na tyle samochodu książek nerwowo szukał swojego szarego podkoszulka z logo uniwersytetu. Trzęsły mu się ręce. Jer oparł się o samochód, by złapać oddech, po czym wyciągnął z kieszeni klucze, mocnym szarpnięciem otworzył przednie drzwi auta i wśliznął się do środka.

- Nie jestem pewny, czy powinieneś prowadzić w tym stanie... - odważył się zasugerować Kialish.

- Nic mi nie jest - odpowiedział, wkładając kluczyki do stacyjki.

Silnik zawył i Kialish się cofnął, aby Jer mógł zamknąć drzwi. Następnie przycisnął gołą stopą pedał gazu i dało się słyszeć pisk hamulców.

- Co się dzieje? - pomyślał ze złością. - Ojciec opuszcza Lammas, a ja trafiam przez moją wizję do piekieł.

Szukał odpowiedzi i lepiej, aby ojciec mógł to jakoś wytłumaczyć...

Michael był wściekły. Co prawda, nie okazywał tego Marie-Claire, kiedy rozmawiali przez telefon, ale jego gniew był tak wielki, że miał ochotę ją udusić i rzucić jej martwe ciało na podłogę.

- Oczywiście, że Holly powinna pozostać w San Francisco, jeśli taka jest jej wola - oznajmił, starając się, aby jego głos brzmiał jak najbardziej swobodnie. Następnie wyjął z pustej torby po chińszczyźnie, pozostawionej zapewne przez jednego z synów, dwie pałeczki i złamał je wpół.

- Nie miała pojęcia o naszym istnieniu. Mój brat Danny nigdy jej o nas nie powiedział - tłumaczyła Marie-Claire.

- A może Daniel Cathers wiedział, że jego córka posiada niezwykłe moce - pomyślał, wpadając w jeszcze większą wściekłość. - A teraz ta mała wiedźma chce zostać w Kalifornii z zaprzyjaźnioną rodziną. Szkoda... jej przyjaciół.

Właśnie wtedy do domu wtargnął Jeraud. Michael spojrzał na syna pytająco i podniósł palec, dając tym samym znak, że Jer powinien chwilę zaczekać. Chłopak skrzyżował ręce, spoglądając gniewnie na ojca.

- Zatem zostanę tu jeszcze aż do pogrzebu - kontynuowała Marie-Claire. - Wydarzenie to obiegło lokalne gazety. Wszyscy są poruszeni - dodała bez powodu.

- I zamieszkasz u tej Barbary Davis... - głos Michaela stawał się coraz słabszy, w miarę jak przyglądał się rosnącej złości syna.

- Chin - dokończyła. - Nazywa się Barbara Davis-Chin. To piękny dom. Jest tam pokój dla gości, w którym zamieszka Holly. Ja będę spać w salonie. Nikt nie chce zająć pokoju Tiny, córki Barbary.

- Podaj mi swój adres - powiedział Michael rozkazującym tonem, lecz po chwili, zdając sobie sprawę, że przeholował, dodał najsłodziej, jak potrafił: - ...abym mógł dowiadywać się, co u ciebie. I bym mógł posłać ci kwiaty...

- Och, Michael, jesteś dla mnie taki dobry. Tak bym chciała, abyś był tu teraz ze mną - wyznała Marie-Claire, wyraźnie poruszona jego słowami.

- Ja również. - Michael wstrzymał oddech, po czym oznajmił. - Muszę kończyć.

- Ktoś przyszedł - domyśliła się Marie-Claire. - Zadzwonisz później? Wieczorem? - zapytała, ściszając głos.

- Tak. Adieu.***** - Marie-Claire uwielbiała, kiedy Michael mówił do niej po francusku.

***** Do widzenia.

- Adieu - odpowiedziała.

Sytuacja, w której się znalazła, jawiła się jej niezwykle dramatycznie i Marie-Claire dobrze się czuła w odgrywanej przez siebie roli. Życie niepracującej zawodowo, zajmującej się domem i dziećmi kobiety z Seattle, choćby nie wiadomo jak zamożnej, było dość nudne.

Michael odłożył słuchawkę i zwrócił się do Jera, przyglądając mu się badawczo:

- O co chodzi?

- Powiedziałeś, że nie wiesz zbyt wiele o historii naszej rodziny. Myślę, że wiesz więcej, niż się do tego przyznajesz.

- Zaskakujesz mnie. Nie wyglądałeś na zainteresowanego naszymi korzeniami. Czy znalazłeś coś ciekawego na ten temat w internecie?

- Jesteśmy oprawcami - oznajmił Jer, stojąc nieruchomo, to zaciskając, to znowu rozprostowując dłonie. - Zabiliśmy setki ludzi.

- Zabiliśmy tysiące, mój chłopcze - pomyślał czarnoksiężnik, a następnie odparł: - Wątpię. Kto ci to powiedział? Ta odurzona własnym ego dziewczyna, z którą się spotykasz?

Michael wyśmiewał Kari przy każdej sposobności. Chętnie zabiłby ją, gdyby tylko nie wzbudziło to podejrzeń.

- Czy to prawda? - Jer żądał odpowiedzi, patrząc na ojca spod półprzymkniętych powiek. - Czego jeszcze mi nie powiedziałeś?

Michael odwrócił się powodowany podjętą przed sekundą decyzją.

- Holly Cathers przyjedzie do Seattle. Jer może być tym, który posiada to, czego nie mam ani ja, ani Eli. Mogę sprawić, aby mu uległa; aby Bogini poddała się Rogatemu Bogu. A potem upewnię się, że Jer pozostanie na zawsze pod moją kontrolą... - pomyślał Michael, po czym oznajmił głośno: - Jadę do San Francisco. Nie będzie mnie przez kilka dni.

- Nie waż się teraz odchodzić! Muszę wiedzieć, kim jesteś­my! - krzyknął do wychodzącego z kuchni ojca.

Michael zaśmiał się w duchu, myśląc:

- Dobrze wiesz, kim jesteśmy. Zawsze wiedziałeś. Jesteś­my czarnoksiężnikami i stoimy po stronie Ciemności. Jesteśmy tym, co powszechnie zwie się złem.

- Ty kłamco! - wrzasnął Jer.

Nagle dało się słyszeć trzask pioruna i zielony snop energii przeleciał tuż obok Michaela, a następnie uderzył w ścianę, paląc tapetę w bluszcze. Czarnoksiężnik był pod wrażeniem, że jego syn okiełznał tak silną magiczną moc. Na szczęście Jer był kiepskim strzelcem.

Michael obrócił się powoli i spojrzał chłodno na syna. Z rysów jego twarzy, z kości, a nawet z koniuszków włosów biła niezwykła siła. Przemiana, jakiej dokonał, skupiając całą moc w jednej części ciała, dała mu dodatkową energię i otoczyła aurą władzy.

- Nie zapominaj, że jestem twoim ojcem - powiedział Michael tubalnym głosem.

Jer wydął wargi ze złością i wybiegł z kuchni. Michael pozostał na miejscu, wsłuchując się w odgłos jego kroków, które rozbrzmiewały na schodach, na korytarzu, aż wreszcie zniknęły w jego pokoju. Zatrzasnął za sobą drzwi tak mocno, że zadrżały okna w kuchni.

Michael ze spokojem otworzył drzwi spiżarni, której ściany były zrobione z cegły, a półki z surowych dębowych desek. Z prawej strony trzeciego rzędu półek wyciągnął cegłę, która była tylko atrapą. Ze schowka wydobył zieloną nefrytową szkatułkę.

Wewnątrz leżało zakonserwowane oko otomańskiego Turka, pamiątka z jednej z wypraw krzyżowych. Ród Deveraux wysłał na nie wielu synów, aby zdobyć jeszcze większą sławę.

Michael przemówił nad nim w języku staroarabskim, następnie podniósł je do góry i wbił wzrok w jego pomarszczoną brązową tęczówkę. W jego tkance ujrzał czysty obraz tego, co działo się w pokoju syna.

Jer chodził tam i z powrotem, mamrocząc do siebie pod nosem. Nagle zatrzymał się, upadł na łóżko, zaczął uderzać pięściami w poduszkę i wzdychać.

Michael patrzył na niego przez minutę, po czym pomyślał:

- Można go jeszcze ukształtować. Dzięki niemu mogę objąć całkowitą kontrolę nad Sabatem Większym. Dlaczego nie widziałem tego wcześniej? Dlaczego myślałem, że to muszę być j a sam czy też mój pierworodny Eli?

Westchnąwszy radośnie, odłożył oko do szkatułki, a następnie wsunął ją z powrotem do schowka w ścianie i odłożył na miejsce wyciągniętą wcześniej cegłę. Po chwili zaś sięgnął po telefon i wybrał prywatny numer agentki biura podróży, z którą miał kiedyś romans. Zerwał z nią, jak to określił, "dla jej własnego dobra". Była jedną z wielu kobiet, których się pozbył i które sądziły, że zrobił to ze szlachetnych pobudek, nie chcąc namieszać im w życiu.

- Cześć, Pat. Tak, to ja... Potrzebuję na już bilet do San Francisco, otwarty, w dwie strony. Pomożesz mi, kochanie?

Tymczasem Jer, który nadal nie opuszczał sypialni, dotknął swojego rozgrzanego czoła. Ponieważ odczuł nagły, przeszywający ból głowy, oddychał teraz głęboko, recytując zaklęcie, które miało zlikwidować dolegliwość. Jednak jego czary nie skutkowały i ból stawał się coraz bardziej dotkliwy.

- W razie wątpliwości, weź paracetamol - pomyślał znużony, obracając się na drugi bok. - Dlaczego w ogóle próbuję rozmawiać z ojcem?

Jer uniósł się na łokciach i zamarł w bezruchu.

W nogach jego łóżka, jakieś dwa metry nad ziemią, wirowała magiczna zielona, lekko spłaszczona kula energii. Miała około metra średnicy i kiedy unosiła się w górę, jej wnętrze przybierało ciemniejszy odcień. Migoczące, skwierczące zielone nitki energii oplatały ją niczym bluszcz, a rozżarzone formy zmieniały się na powierzchni jak szkiełka w kalejdoskopie.

Z kuli wyłaniała się stopniowo ludzka postać; Jer powoli rozróżniał jej głowę, ramiona, ręce i nogi.

Owalny kształt bulgotał i kurczył się. Postać przechyliła głowę, jakby zdziwiona tym, co się dzieje, po czym spojrzała na Jera. Jej rysy były niewyraźne, toteż chłopak raczej wyczuł, niż dostrzegł jej spojrzenie.

Na to, co stało się potem, nie miał już żadnego wpływu. Jer przyczołgał się do nóg łóżka i uniósł lewą dłoń. Otworzył usta i wydał z siebie dźwięki, których nigdy wcześniej nie słyszał.

Skwierczące szkarłatnozielone wstążki energii wyzwoliły się z owalnego kształtu i oplotły rękę Jera.

Gwałtownie odrzuciło go w tył i uderzył obolałą głową w drewnianą ramę łóżka. Miał wrażenie, że jego czaszkę uderza i rozłupuje na pół ciężki młot. Upadł bezwładnie, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Po chwili jęknął i usiadł, czując nudności i zawroty głowy.

Snopy światła uderzyły w niego raz jeszcze. Uderzenie było tak silne, że zwaliło Jera z łóżka, a pulsująca energia przykryła go i przycisnęła do podłogi. Migotała i skwierczała, wysyłając bolesne impulsy, które przeszywały jego ciało. Zacisnął oczy i naprężył ciało w oczekiwaniu na dalszy ból, ale ten nie nadszedł. Zdarzyło się coś innego. Jer miał wrażenie, że jakiś obiekt przemieszcza się w jego wnętrzu, naciskając na jego skórę w poszukiwaniu wyjścia... lub też słabego punktu.

Wypowiedział magiczne słowa o szczególnej mocy, aby unicestwić istotę lub cokolwiek to było, albo przynajmniej sprawić, że przestanie się ruszać. I choć wrażenie osłabło, to jednak nie zaniknęło, więc spróbował innego zaklęcia. Bez skutku.

- Do diabła z tym! - pomyślał i otworzył oczy.

W nogach łóżka, wewnątrz owalnego kształtu, wiła się z bólu ludzka postać. Trawiły ją płomienie. Upadła na kolana, bezwładnie wymachując rękami, próbując się wydostać. Jer patrzył z przerażeniem na istotę, która skręcała się i drgała z odchyloną do tyłu głową i ustami otwartymi w okrzyku, którego nie słyszał.

Nagle owalny kształt skurczył się i gdy Jer wyciągnął dłoń w jego kierunku, energia spłynęła z jego ciała i skoncentrowała się tak, że pozostał po niej tylko jeden mały punkt. Podjął jeszcze jedną próbę, aby przyczołgać się do niej, lecz w tej samej chwili zniknęła bez śladu.

W głowie Jera wciąż rozbrzmiewało skwierczenie płomieni, po czym usłyszał odległy męski głos - słaby, lecz przepełniony nienawiścią:

- Nie zapomnij. To ona mi to zrobiła. Nie ufaj czarownicy. Bądź bez litości, w przeciwnym razie tobie też się to przydarzy.

W tej samej chwili głośne wycie rozbrzmiało w głowie Jera, przyprawiając go o ból tak silny, że krzyknął i skurczył się, przybierając pozycję embrionalną i osłaniając rękoma obolałą głowę.

Nie wiedział, jak długo tak leżał, lecz kiedy się rano obudził, ból go opuścił i chłopak odkrył, że ojciec wyjechał do San Francisco.