Wykład profesora Mmaa - Stefan Themerson

Reflow text when sidebars are open.
Stefan Themerson rozpoczął pracę nad, jak je nazwał, "esejami quasi-filozoficznymi" w czerwcu 1941 roku, nie wiedząc wówczas, czym się na koniec okażą. Eseje te były zapowiedzią Śledztwa i Wykładu profesora Mmaa. Themerson przebywał wtedy we Voiron, w schronisku Polskiego Czerwonego Krzyża w hotelu de la Poste, gdzie spędził prawie dwa lata. Od stycznia 1942 strona po stronie wysyłał rękopis Wykładu... do Londynu, do Franciszki, która zaczęła przygotowywać ilustracje. W sierpniu 1942 Stefan pracował nad książką w Szkocji, całość ukończył w Londynie w roku 1943.
Rękopis składa się z jedenastu zeszytów, kilku teczek oraz luźnych kartek zapisanych ręcznie lub na maszynie, zostawionych przez Stefana w pudle z etykietką "Rękopisy z prośbą o przechowanie".
W 1944 roku Themerson zgłosił tekst do konkursu literackiego zorganizowanego przez wydawnictwo Hutchinson. W konkursie nie przyznano nagród, ale w 1946 roku wydawnictwo podpisało ze Stefanem umowę na publikację. Rękopis został przetłumaczony na angielski, do wydania jednak nie doszło.
W 1953 roku książka, z przedmową Bertranda Russella, ukazała się po angielsku nakładem założonego przez Themersonów wydawnictwa Gaberbocchus Press.1
*
W liście z 20 lutego 1942 Stefan pisze do Franciszki, że ma w planie książki na trzy tematy.
Trzeci wreszcie temat to Wykład Profesora Mmaa, czyli prawdziwy wykład dotyczący gatunku homo, "miany" przez zwykłego termita. Rzecz inspirowana w pewnej mierze przez La vie des termites Maeterlincka. Równolegle do owego systematycznego wykładu biegnie normalne życie osiedla termitów, będącego dość pokrzywionem zwierciadłem naszej rzeczywistości. Moment humoru czy satyry wynikać musi właśnie przez objektywizację i ścisłość naukową opisu.
Ta rzecz najbardziej zaawansowana. Jestem w środku IV rozdziału. Tem sie najbardziej martwię, że nie będę mógł ich pewnie przesłać Tobie. Chyba że może skrót zrobię odpowiedni.
Jasia Reichardt
Szanowni Słuchacze! - rzekł prof. Mmaa i świat wydał mu się nagle prosty i nieskomplikowany.
- Świat wydał mi się nagle prosty i nieskomplikowany - powiedział prof. Mmaa. - Zapewniam jednak Państwa, że to, czy wydało mi się nagle tak, czy inaczej, nie będzie miało wpływu ani na treść, ani na formę mego wykładu, którego przedmiot jest skomplikowany i zagmatwany.
Moje wrażenia osobiste mogłyby się stać obiektem badań psychologicznych, mogłyby stać się tematem poematu albo kamieniem węgielnym jakiejś filozofii. Na tej katedrze jednak stoi przed Państwem nie psycholog, nie poeta, nie filozof, lecz obiektywny naukowiec, który w wywodach swoich opierać się ma nie na swych osobistych wrażeniach, lecz na danych stwierdzonych z całą ścisłością naszych metod naukowych.
Audytorium nie zdawało sobie sprawy, do czego prof. Mmaa zmierza. Młodzież po lewej stronie to szemrała z zadowolenia, to chłodła. Młodzież po prawej zachowywała nieufne milczenie. Młodzież po prawej bowiem nie urobiła sobie jeszcze zdania o osobie prof. Mmaa, skądże więc mogła wiedzieć, czy trzeba mu bić brawo, czy gwizdać.
Bezstronny kronikarz także nie potrafi stwierdzić obiektywnie, jaki był prof. Mmaa. Bezstronny kronikarz może zanotować jedynie, że prof. Mmaa miał opinię mądrego u tych, którzy mieli opinię niegłupich u tych, którzy mieli opinię tępaków u tych, którzy mieli opinię idiotów u prof. Mmaa. Jednocześnie jednak miał opinię fantasty u tych, którzy mieli opinię postrzelonych u tych, którzy mieli opinię dziwaków u tych, o których on sam twierdził, że są prawdziwymi naukowcami.
- Pozwólcie mi Państwo w tym wstępie do mych wykładów - mówił dalej prof. Mmaa - przytoczyć zdanie następujące:
"Ponieważ jestem już mniej młody, łatwiej mi oprzeć się pokusie dorzucenia cudu wyimaginowanego do cudu rzeczywistego. Lata bowiem uczą każdego termita, że jedynie prawda jest cudowna".
Czyż subtelny węch Państwa nie rozpoznaje w tym cytacie nie tylko śladów inteligencji, ale i myśli naukowej? A zmieniłem w nim jeden wyraz tylko. Ten, który zastąpiłem wyrazem: TERMIT.
Szanowni Państwo! Z całą powagą stwierdzam, że zacytowane przeze mnie przed chwilą zdanie nie wyszło spod antenki żadnego z nas. Zdanie to wyszło, proszę Państwa, spod kończyny zwierzęcia, którego gatunek jest właśnie przedmiotem naszych badań. Co więcej: jest ono ugryzkiem o wiele większej pracy, opisującej nas właśnie; nasz gatunek, nasze życie, nasze społeczeństwo!
Prawda, że roi się ona od błędów, fałszów, fantazji nieprawdopodobnych na nasz temat. Czyż jednak nie jest dostatecznie piękne już to samo, że wszystkie te błędy, fałsze i fantazje zostały tak genialnie w czasie ostatniej naszej ekspedycji naukowej pożarte i przetłumaczone przez naszego szanownego kolegę, pana docenta Themerisa Stefensona?! Pożarte, powtarzam. Jak się bowiem Państwo dowiecie, osobniki badane przez nas mają zwyczaj rejestrować swe myśli nie w swej substancji skojarzeniowej, nie WEWNĄTRZ, lecz NA ZEWNĄTRZ swej powłoki cielesnej, mianowicie na celulozie, która, dzięki pierwotniakom hodowanym w abdomenach naszych mamek, jest przez nas, za ich pośrednictwem, doskonale pożeralna. Zasługą pana doc. Stefensona jest, że zastosował metodę horyzontalnego pożerania napotkanych arkuszy celulozy przy równoczesnym notowaniu w pamięci przeszkód smakowych, znajdujących się na obu powierzchniach każdego arkusza.
Lecz czy warto - zapytacie Państwo - czy warto poświęcać tyle trudu i narażać tylu pracowników naukowych na niestrawność po to, żeby odcyfrować szereg "błędów, fałszów i fantazji"? Warto! Jeśli bowiem ktoś wydaje swą opinię o przedmiocie, który znamy lepiej, niż on go zna, nie przedmiot opinii, ale osoba opiniodawcy staje się ośrodkiem naszych zainteresowań. Pożarta przez doc. Stefensona praca opisująca nas staje się niewyczerpanym źródłem informacji nie o nas; lecz o jej autorze, o homo. Taka jest względność rzeczy tego świata.
Słowo "względność" zaniepokoiło audytorium. Było to niebezpieczne słowo. Nikt nie wiedział dokładnie, co ono oznacza, ale każdy czuł doskonale, że podważa ustalone pojęcia i uznane autorytety. Czyżby i poglądy prof. Mmaa przesiąknięte były owym zapachem względności, tak zdradziecko wsączonym w społeczeństwo przez prof. Alberta, pochodzącego, jak wiadomo, z rodu królowej Einfuss-Dreistein, który to ród straciwszy przed milionem lat swoje city, rozproszył się był i zamieszkiwał osiedla obce, celebrując w nich swe własne rytualne królowe produkujące nowe generacje. Tą odwieczną wędrówką, brakiem dostatecznie zafiksowanych psychicznie układów odniesienia tłumaczyli niektórzy ów relatywizm cechujący teorię prof. Alberta.
Nie należy się więc dziwić, że niektórzy ze słuchaczy z niepokojem zwracali antenki w stronę robotnika-konstabla, którego opancerzoną i najeżoną rogami głowę można było wywąchać w głębi korytarza. Konstablowi nie wolno było przekroczyć progu Akademii, cieszącej się autonomią, ale któż mógł wiedzieć, czy nie dostał on już rozkazu zatrzymywania słuchaczy przy wyjściu i rewidowania ich zawartości umysłowej. Rzecz byłaby groźna, ponieważ zakończyć się mogła aresztem fizycznym lub, gorzej: ekonomicznym, przez odebranie robotnic-mamek, zwanych popularnie bursami, czemu towarzyszyła z reguły śmierć głodowa. Toteż płochliwsi słuchacze starali się opuścić z wykładu prof. Mmaa te zdania, które wydały się im ryzykowne, by nie zarejestrowały się w ich pamięci i by nie mogły skompromitować ich przy owej policyjnej rewizji pojęć.
Napęczniały wodą selcerską robotnik-syfon zbliżył się do katedry i prof. Mmaa, nacisnąwszy abdomen robotnika-syfona, odświeżył się paroma haustami orzeźwiającego napoju. A potem ciągnął dalej:
- O autorze celulozy owej, o nas traktującej, a tak znakomicie przez doc. Stefensona rozżartej, nic więcej powiedzieć Państwu nie potrafię, poza tym, że należy on do gatunku homo i że nazywa się albo Maurycy Maeterlinck, jeśli przyjąć tezę doc. Stefensona, dotyczącą horyzontalnego pożerania z lewa w prawo, albo też: kcnilreteam ycyruam, jeśli obstawać będziemy przy tezie doktora Nosnefetsa, który na podstawie innych celuloz, zwanych Tora, Miszna i Gemara, twierdzi, że powinno się pożerać z prawa w lewo. Pomijam tu pogląd broniony przez dra Siremehta, który powołując się na pożarty przez siebie arkusz, pochodzący z wydzielin larw mola bombyx mori, uważa, że właściwy kierunek pożerania prowadzi z góry w dół.
Na szczęście nie musimy rozstrzygać tego skomplikowanego zagadnienia w tej chwili, nazwisko Maeterlinck bowiem nie jest cechą charakterystyczną całego gatunku homo, przeciwnie, nosi je skromna jedynie liczba osobników. Aby rzecz tę lepiej Państwu wypachnić, przypomnę, że w społeczeństwie homo nie tylko król i królowa, ale każdy osobnik, w zasadzie przynajmniej, posiada zdolność i prawo produkowania potomstwa. Stąd niezliczona liczba tzw. rodów, z których każdy posiada swoje nazwisko, przechodzące z tzw. ojca na tzw. syna. Zmieniają się jedynie tzw. imiona, które, za pomocą jednego z trzech sposobów nawilgacania ciała, nadaje się osobnikowi, aby, nasiąknięty w ten sposób, mógł odróżnić się od innych osobników. Ta metoda hygroakustycznej identyfikacji jest jednak zapewne albo bardziej skomplikowana, niż nam się wydaje, albo też bardzo niedoskonała, stwierdzono bowiem niezbicie, że jedno i to samo imię wmaczane jest z reguły nie w jednego, ale w wielu osobników, niebędących ze sobą w stanie pokrewieństwa, lecz posiadających wspólnego tzw. patrona, patrona nienamacalnego, który opiekuje się, nie wiemy dobrze, w jaki sposób, swoimi imiennikami.
Według doc. Stefensona MAURYCY jest imieniem, MAETERLINCK zaś nazwiskiem. Można więc wyobrazić sobie dla przykładu tzw. dziada, nazywającego się ALBERT MAETERLINCK, tzw. ojca, nazywanego MAURYCYM MAETERLINCKIEM, i tzw. syna, zwącego się JAN MAETERLINCK.
Według dra Nosnefetsa jednak, nawet jeżeli przyjmiemy tezę pożerania z lewa w prawo, MAURYCY jest nazwiskiem, MAETERLINCK zaś imieniem. Dr Nosnefets twierdzi zatem, iż tzw. dziad może się nazywać FAJGENDUFT MAURYCY, tzw. ojciec: MAETERLINCK MAURYCY i tzw. syn: ZAMOYSKI HRABIA MAURYCY.
Prof. Mmaa przerwał. Prof. Duch przywołał skinieniem głowy pracownicę kategorii pomocniczej: bibliografię, wypełnioną alfabetycznym spisem pracowników umysłowych, przechowujących w swej pamięci prace wszystkich pracowników naukowych, jacy kiedykolwiek zajmowali się mammiferologią.
Nie tając zdenerwowania, prof. Duch obmacywał ją długo, niecierpliwymi, ruchliwymi czułkami, szukając numeru Egzemplarza, obarczonego pamiętaniem pracy doc. Stefensona.
A potem zwrócił się do swego asystenta i wypachniawszy mu znaleziony numer, kazał go sprowadzić natychmiast z biblioteki.
Zoologowie - rzekł prof. Mmaa - powołując się na geologów oraz na pewne wzmianki, skrzętnie wyszukiwane w blaknącej mimo wszystko z pokolenia na pokolenie pamięci naszych robotników archiwalnych, twierdzą, iż co najmniej sto milionów lat po nas pojawił się na ziemi ów rodzaj homo, którego osobniki zwiemy popularnie bezwłosymi ssakami mammiferes primates, czyli Łysymi Małpami.
Zaliczenie homo do ssaków jest słuszne, mimo że nie posiada on PŁETW, w przeciwieństwie do ssaków pływających (wielorybów i innych cetacea); mimo że nie posiada SKRZYDEŁ, w przeciwieństwie do ssaków fruwających (nietoperzy, wampirów i innych chiroptera); mimo że nie jest CZWORONOŻNY, w przeciwieństwie do większości mammiferów, ani CZWORORĘKI, w przeciwieństwie do reszty primates. Jedyna kwestia nierozstrzygnięta to czy należy on do primates catarrhiniens, zwanych Małpami Starego Świata, czy też do primates platynhiniens, zwanych Małpami Nowego Świata.
Jeśli jednak termin mammiferes primates nie budzi żadnych zastrzeżeń, to zaprotestować należy przeciw przymiotnikowi: "łysy". Stwierdzono bowiem niezbicie, że całe ciało zwierzęcia pokryte jest rodzajem gęstej i wysokiej murawy, w której zaobserwowano istnienie pewnych pediculi hemiptera, karmiących się krwią wyssaną z homo. Nie udało się dotąd zbadać, na czym polega symbioza tych dwóch stworzeń. Homo przemilcza to zagadnienie, pediculi zaś są niestety po prostu głupie i wzięte przez nas na spytki nic ciekawego powiedzieć o homo, poza tym, że się drapie, nie umieją.
Data pojawienia się homo pod powierzchnią ziemi trudna jest do ustalenia przede wszystkim dlatego, iż nie wiemy dobrze, od jakiego punktu rozwoju tego gatunku mamy prawo nadać mu nazwę homo. Podczas gdy jedni uczeni, zaliczając homo do Wielkich Małp, umieszczają go głęboko w epoce trzeciorzędowej, inni nie chcą uznać za próbkę właściwego homo nawet tych resztek, które znajdujemy wysoko w warstwie napowierzchniowej, pod jakimiś trzystu milimetrami piasku, przykrytego prostokątną płytą z kamienia.
Jeśli dodać do tego tezę pana Arczbiszopa Usshera, który powołując się na pożartą z prawa w lewo celulozę, zwaną z lewa w prawo: GENESIS V, twierdzi, że według homo-kalendarza homo pojawił się na ziemi o godzinie 9 rano dnia 28 października 4004 roku A.CH. - to dopiero zarysuje się przed nami rozmaitość ocen dawanych wiekowi tego mammifera.
Jedno jest pewne. To mianowicie, że zgodnie z obliczeniami dra Poudercka wiek homo nie przekracza 10 000 pokoleń, co jest chyba dostatecznie mało, aby móc nazwać całą tę cywilizację nimfio młodą.
Jeśli wolno mi sparafrazować słowa Homo-maeterlincka, to powiem, że jest ona najmłodsza ze wszystkich, jakie znamy. Choć dzika jeszcze, ponura i często odpychająca, z wielu punktów macania jest ona wyższa nie tylko od cywilizacji innych ssaków, ale i od cywilizacji wielu hymenopterów, od skrzydlatych, nad ziemią żyjących apicularum i od naszych odwiecznych wrogów, krwiożerczych i barbarzyńskich formicarum.
Na to nienawistne słowo: formicarum, myślący dotąd o czymś innym Drugi Asystent prof. Ducha otrzeźwiał raptownie i nastawił słuch. Wiadomo było, że Drugi Asystent prof. Ducha nie ma pojęcia o naukach przyrodniczych, ale wiadomo było także, choć nikt nie śmiałby powiedzieć tego otwarcie, że za ten swój słuch właśnie posiada on dwie robotnice-mamki miesięcznie.
Słowo formicae zbudziło jego czujność. Ponieważ jednak przegapił był zdanie, w którym słowo to było zawarte, tym baczniej nastawił teraz swe antenki, aby z nastroju audytorium zorientować się, czy w tym, co mówił prof. Mmaa, nie było rzeczy podejrzanych.
Młodzież na prawicy falowała z zadowoleniem antenkami i to uspokoiło Drugiego asystenta prof. Ducha. Na młodzieży na prawicy można było polegać. Lubiła ona te zwroty o nieprzejednanych, odwiecznych, trójmilionoletnich, barbarzyńskich wrogach. Domagała się nie tylko obrony przed napastliwymi grabieżcami, ale i odwetu. Żądała nie tylko powiększenia polimorficznej hodowli żołnierzy o opancerzonych głowach, obdarzonych przepiękną atrofią instynktu samozachowawczego, co zwało się krótko: poświęceniem i pogardą śmierci; żądała więcej, żądała stworzenia nowej polimorficznej metody hodowania takich osobników, które byłyby zdolne do ataku. Młodzież na prawicy biła brawo.
Młodzież na lewicy natomiast trwała w kłopotliwym milczeniu. Wszyscy chyba, którym romantyzm materializmu nie odebrał poczucia rzeczywistości, wiedzieli doskonale, że produkcja żołnierzy i stymulacyjna wydzielina nienawiści do formicae jest koniecznością, jeżeli nawet jest złem. Młodzież na lewicy zdawała sobie sprawę, że bez żołnierzy nie można obronić cywilizacji wraz z jej złymi i dobrymi stronami. W najgrubiej i najgenialniej skonstruowanym murze obronnym, najmocniej scementowanym za pomocą wydzielin trawiennych, będących krzykiem najnowocześniejszej metabolizy, ukazać się może szczelina, którą, dla obrony przed czyhającymi na tę okazję formicae, trzeba wypełnić opancerzonymi głowami straży, nim robotnicy-murarze, poświęcając życie swych obrońców, nie zamurują (za ich plecami) korytarzy prowadzących do Centrum.
Z tego wszystkiego zdaje sobie dobrze sprawę młodzież skupiona po lewej stronie audytorium i nikt, nawet najzagorzalszy pacyfista, nie zaryzykowałby twierdzenia przeciwnego, nawet gdyby to twierdzenie przeciwne nie groziło smutną konsekwencją odebrania mamki.
A mimo to młodzież na lewicy zachowała milczenie. Z trzech powodów:
Najważniejsze było to, że młodzież na prawicy wyprzedziła ją swymi brawami i oklaskiwanie spóźnione byłoby dołączeniem się do opinii prawicy, byłoby działaniem nie dla dobra sprawy, ale na korzyść przeciwnika.
Po drugie, młodzież na lewicy twierdziła, iż należy umieć zorganizować jak najlepszą obronę, nie podsycając, nie rozpowszechniając wewnętrznych sekrecji, takich jak nienawiść, nietolerancja etc., które, raz wsączone w społeczeństwo, stają się powodem tarć i nierówności w nim samym i doprowadzić mogą do klęski wewnętrznej, tak jak gorączka, która miała bronić organizmu przed barbarzyńskimi hordami mikrobów, niepohamowana w porę pastylką aspiryny, wyprodukowanej w genialnym chemio-abdomenie pana magistra Bayera, sama stać się może mordercą tego, czego miała bronić.
Po trzecie, młodzież po lewej stronie audytorium zdawała sobie sprawę, że powiększenie polimorficznej hodowli halabardników, nieumiejących się samodzielnie odżywiać, doprowadzi do dalszego wyciskania robotnic-mamek, wywołując niezadowolenie w tej warstwie, którą młodzież na lewicy uważa za swoją bazę; że w następstwie trzeba będzie powiększyć liczbę konstabli wewnętrznych, którzy także nie umieją odżywiać się sami, zmuszą więc znowu mamki do zwiększonej pracy, a liczebniejsi niż dotąd, jeszcze baczniejszą będą mogli uwagę zwracać na młodzież skupioną na lewicy, która bardzo tego nie lubi.
I, w konkluzji, młodzież na lewicy dochodziła do wniosku, że chociaż jej przedstawiciele spod Wielkiej Kopuły Centralnej powinni, ze względu na patriotyczną rację stanu, składać swą tkankę wyborczą za najwyższym budżetem Hodowli Halabardniczej, to jednak chwalić się tymi rzeczami teraz i klaskać - wcale nie należy.
Lewa więc strona audytorium pozostawała w spokoju, podczas gdy prawa strona biła prof. Mmaa rzęsiste brawa.
"Cóż za przedziwny, szczególny wypadek teorii prawdopodobieństwa! - zastanowił się prof. Mmaa. - Tych, którzy reagują biciem brawa, od tych, którzy nie reagują, oddzielić można linią prawie że prostą! Zdrowy rozsądek nigdy by mi nie pozwolił w to uwierzyć. Rzeczywistość jest jednak czymś więcej niż zdrowy rozsądek. Rzeczywistość dopuszcza zbiegi okoliczności, które ktoś, kto nie wie, że nie ma rzeczy niemożliwych, że wszystko jest tylko mniej lub bardziej prawdopodobne, uważać może za cuda". Zakończywszy w ten sposób swą refleksję, prof. Mmaa machnięciem antenki uciszył audytorium i ciągnął dalej swój wykład:
- Prace naukowe, jakie posiadamy o homo, nie są, proszę Państwa, niestety, tak bogate jak nasza literatura dotycząca innych ssaków. Choć przecież homo jest dosięgalny łatwo. Żyje on tuż na powierzchni ziemi, a nawet umie zagłębiać się w nią i czyni to przy pewnych okazjach, a z reguły po śmierci. Jak to się stało, że znamy go niedostatecznie? Odpowiedź jest prosta. Mówiłem już Państwu, że homo-cywilizacja jest nimfio młoda. Homo jest najmłodszym ze znanych nam stworzeń i po prostu, proszę Państwa, nie mieliśmy kiedy go zbadać.
A nasze metody naukowe wymagają czasu stosunkowo dość długiego. Na przykład, aby zbadać, w warunkach naturalnych, homo zamieszkującego tzw. Galia Transalpina, musieliśmy, za pomocą specjalnej metody polimorficznej, wyhodować nowy gatunek uczonych, zwany lucifugus, wytrzymałych na klimat północny. Aby uczynić ich samowystarczalnymi, musieliśmy dodać im odpowiednie mamki, halabardników, parę królewską etc. i odtransportować całą tę nową kolonię za pośrednictwem pewnego drewnianego homo-statku fenickiego - za morze, gdzie założyliśmy stacje doświadczalne. W ciągu około 2000 lat pokolenia uczonych lucifugus badały, m.in., szybkość poruszania się homo po powierzchni ziemi. One to właśnie odkryły, iż homo potrafi zmieniać swe położenie geograficzne za pomocą hodowanych przez siebie ssaków, zwanych końmi, które są czymś w rodzaju olbrzymich, ciężkich, niezgrabnych, czworonożnych pcheł.
I oto nagle, ostatnio, okazało się, że uczonych badających owe homo-konie należy przenieść z działu: PORUSZANIE SIĘ HOMO do działu: ODŻYWIANIE SIĘ HOMO, a do działu: PORUSZANIE SIĘ HOMO trzeba wyprodukować polimorficznie nowe pokolenia uczonych, dostosowanych do badania nowych homo-koni, tzw. homo-koni mechanicznych, których ciała składają się całkowicie z tego materiału, jakim homo-konie tzw. Cezara i tzw. Napoleona były jedynie podkute.
Tak, proszę Państwa, cywilizacja homo się zmienia i w ślad za jej zmianami zmieniać się musi technika naszych badań. Na miejsce uczonych badających tzw. HOMONĘKANEGOWKATAKUMBACH produkować musimy nowych uczonych przystosowanych do badania HOMONĘKANEGONAŚWIEŻYMPOWIETRZU. Na miejsce uczonych, badających HOMOWBIJANEGONAPAL, produkować musimy polimorficznie nowe pokolenia uczonych, przystosowanych do badania HOMOWKRĘCANEGOWPASTRANSMISYJNY. Temat badany zmienia się szybciej niż nasze metody badania. Badając homo-cywilizację, musimy być przygotowani na to, że odkryjemy prawa sprzeczne ze sobą i ze zdrowym rozsądkiem, a jednak zgodne z rzeczywistością. Ostatnio okazało się, na przykład, że rację mieli uczeni starej szkoły, gdy twierdzili, że homo zanurzony w wodzie traci na wadze tyle, ile waży woda wypchnięta przez homo; lecz że rację mieli również uczeni szkoły późniejszej, dowodząc, iż woda, w której zanurza się homo, zyskuje na wadze tyle, ile ważą wszystkie grzechy zanurzonego w niej homo.
Najnowsze badania wykazały, że owa rozmaitość opinii, wydawanych w różnych czasach, wynika nie z błędów popełnianych przez naszych uczonych, lecz z faktu, iż temat ich badań, owa homo-cywilizacja, jest czymś niestałym, czymś podlegającym prawom tzw. postępu, czymś zmieniającym się jak najgwałtowniej, nie tylko z pokolenia na pokolenie, ale, co najważniejsze, w tym samym pokoleniu z roku na rok.
Mylą się ci filozofowie, którzy przypuszczają, iż to my tylko dostrzegamy coraz to nowe strony tego samego, od początku skomplikowanego zjawiska. Mamy podstawy do twierdzenia, że zjawisko było proste i że samo komplikuje się coraz bardziej w miarę upływu czasu. Rozprzestrzenienie się pewnego północnego gatunku homo i towarzyszące mu, a po raz pierwszy w naszej stumilionoletniej historii zanotowane fakty, takie jak rozsadzenie przy pomocy wybuchowej siły chemicznej naszych budowli napowierzchniowych, co zmusiło pewne osiedla do porzucenia pięknej architektury wysokich kopców i całkowitego przeniesienia się pod ziemię, jest chyba dostatecznym dowodem, że zaczynają się dziać obok nas rzeczy, o których musimy wiedzieć nie tylko z obowiązku naukowego, ale i z obowiązku obywatelskiego.
Lada pokolenie homo-epidemia stać się może groźna nie tylko dla nas, ale dla wszystkich hexapodes. Nie wiem, co sądzą o tym politycy, nauka jednak uważa, że jeśli, w swej nienawiści jeden do drugiego, rozpętamy nową wojnę, jedynym zwycięzcą, który zostanie na placu, okazać się może: homo. "Być może - jeśli wolno mi zacytować naszego sprężystego Errtranda Bussella - być może, że z kosmicznego punktu obwąchiwania nie ma czego żałować; ja jednak, jako termit, nie mogę powstrzymać westchnienia nad moim własnym gatunkiem".
Ostatnie zdanie prof. Mmaa wyrzekł prawie z emfazą. Pozwolił sobie nawet uczynić po nim krótką, lecz efektowną pauzę. Nim jednak słuchacze zdążyli się zorientować, czy jest on za budżetem halabardniczym, czy przeciw, prof. Mmaa podniósł wyżej swe piękne, wąskie antenki i mówił dalej rzeczowym, spokojnym głosem naukowca:
- Za pierwszego ze współczesnych mammiferologów uważać należy nieodżałowanego Gineoka, który miał sposobność studiowania homo w warunkach naturalnych. Niestety, złożyło się tak nieszczęśliwie, że zwierzę, jakim się zajmował, mianowicie niejaki Koenig, okazało się entomologiem i zainteresowało się naszym uczonym tak samo, jak ten nim. Współpraca, która w zasadzie mogła być korzystna dla stron obu, skończyła się nieszczęśliwie dla naszego mammiferologa, który zginął bohaterską śmiercią uczonego, rozgnieciony - nie udało się nam stwierdzić, w jakim celu - jedną z dwóch stóp entomologa gatunku homo.
Na szczęście praca naszego uczonego nie poszła na marne, ponieważ głowa jego została odszukana i zjedzona wraz z całą zawartą w niej wiedzą przez naszego sławnego Smeethterma, który wraz ze znakomitym Hagentermem jest prawdziwą królową-matką nowoczesnej już nie tylko mammiferologii, ale i antropologii.
Jak trudne jest obserwowanie tych zwierząt w ich warunkach naturalnych, zrozumieją Państwo, gdy powiem, że dokonywać badań trzeba od ZEWNĄTRZ, a nie od WEWNĄTRZ homo, wymiary zaś poszczególnych organów zwierzęcia są tak wielkie, że objąć całości nie sposób.
Gdyby trzydziestu nas stanęło jeden za drugim, antenką w abdomen, otrzymalibyśmy tzw. homo-długość A lub homo-długość B, zależnie od tego, czy stanęlibyśmy równolegle do lewej czy do prawej stopy zwierzęcia. Gdybyśmy natomiast chcieli dorównać homo-osobnikowi w płaszczyźnie pionowej, tysiąc nas musiałoby stanąć, przynajmniej teoretycznie, jeden za drugim. Mówię: teoretycznie, ponieważ w praktyce jest to niemożliwe z dwóch względów. Po pierwsze, ten, który by był na dole, zostałby zgnieciony ciężarem 999 termitów, stojących na jego thoraksie, i w ten sposób ogólna wysokość stale by się zmniejszała; po drugie zaś, najdoskonalsi z naszych gimnastyków nie potrafiliby w takiej figurze podołać prawom równowagi.
Jest dla nas tajemnicą, jak homo rozwiązał zagadnienie pierwsze. Dlaczego dolna, naciskana całym ciężarem osobnika, homo-tkanka nie zostaje rozgnieciona i dlaczego homo nie zapada się, lecz przeciwnie, w pewnym okresie swego życia nawet rośnie. Jest dla nas tajemnicą również, w jaki sposób homo rozwiązuje zagadnienie utrzymywania się wertykalnego, które jest jedną z cech najbardziej dlań charakterystycznych.
Na horyzontalność bowiem homo zdobywa się jedynie w wielkich chwilach swego życia: po tzw. przyjściu na świat, w czasie dziwnego stanu regeneracji organizmu, która odbywa się u niego co dobę, w czasie kopulacji oraz po śmierci. Ów nieprawdopodobny upór, z jakim, poza wymienionymi okresami, homo trzyma się swej pozycji pionowej, ma w sobie coś niepokojącego. Nikomu jednak nie udało się dotąd odkryć mechanizmu utrzymującego homo w jego równowadze chwiejnej, choć homo-anatomia jest nam znana w najdrobniejszych szczegółach dzięki doskonałym pracom naszych prosektorów, którzy zajmowali się tym tematem od samego pojawienia się homo poziomego pod powierzchnią ziemi.
Anatomii tej wszystkie szczegóły znajdą Państwo w setkach Egzemplarzy zamieszkujących naszą Bibliotekę Akademicką. Po pobieżnym nawet z nimi zetknięciu rzuca się w powonienie, iż mało jest stworzeń, które by przyroda pośledniej uzbroiła w ich walce o byt. Od przyrody homo nie tylko nie otrzymał pszczelego żądła ani chitynowego pancerza formicae, lecz i zęby jego zdają się zanikać coraz bardziej.
Od przyrody nie otrzymał homo także i skrzydeł. Pełne wagi są wprawdzie argumenty pewnych uczonych, którzy twierdzą, iż nikt nigdy nie widział homo-osobnika ze skrzydłami właśnie dlatego, że homo-osobniki skrzydlate posiadają skrzydła i żyją w wymiarze nadpowierzchniowym. Rzeczywiście, być może, że osobniki takie istnieją, my jednak nic o nich nie wiemy i nie wiemy także, czy zaliczylibyśmy je do rodzaju homo, gdybyśmy coś o nich wiedzieli.
Już od dłuższego czasu prof. Duch uśmiechał się złośliwie. I gdy prof. Mmaa zatrzymał się na chwilę po kropce, prof. Duch przywołał gestem swego Pierwszego Asystenta i rzekł konfidencjonalnie:
- Czuję w tym jakąś mistyfikację...
- Czyżby? - rzekł z szacunkiem Pierwszy Asystent prof. Ducha. A Drugi Asystent prof. Ducha zwrócił się do Pierwszego Asystenta prof. Ducha i spytał szybko:
- Czy sądzi pan, panie kolego, że ta "mistyfikacja" może mieć jakiś związek z ostatnimi zarządzeniami?
Lecz Pierwszy Asystent prof. Ducha, mając wyrobione zdanie o Drugim Asystencie prof. Ducha, ofuknął go niecierpliwym: "Niech mi pan kolega da spokój!" - i odwrócił się doń abdomenem.
Owe "ostatnie zarządzenia", o których wspomniał Drugi Asystent prof. Ducha, zasługują może na to, by bliżej się z nimi zapoznać.
Na najwyższym piętrze Osiedla; najdalej od bezpiecznej, swobodnej głębi ziemi; pięć tysięcy milimetrów nad powierzchnią; w kazamatach, o których na samą myśl dreszcz wstrząsa thoraksem i abdomen kurczy się boleśnie; tam, gdzie skupia się cała gęstość trująca powietrza i gdzie nie dochodzi już ciepło fermentujących w kotle centralnego ogrzewania źdźbeł trawy; tam, gdzie stare, milionoletnie mury rozpalają się od dnia rozkwitającego w nieznanym i tajemniczym Nazewnątrz i ziębną od nocy pożerającej dzień; w najpotworniejszych korytarzach, przez których ściany omal nie słyszy się nienawistnego brzęczenia apidarum, składających miód w zewnętrznych szczelinach murów; w zakamarkach, których kąt każdy straszy ukazującym się nagle stąd czy stamtąd rozchybotanym powiewem, który nieraz, wydaje się, przynosi ze sobą przeraźliwe, bezkształtne sylwety zapachu formicae; w tej, jednym słowem, Pokrywie Świata, w której ani jedna z sześciu stóp szanującej się istoty, stworzonej na podobieństwo Najgłębsze, nie powinna postać, jeśli nie będzie nią stopa archeologów, historyków czy turystów zwiedzających zabytki mniej lub bardziej sławnej przeszłości; w tej, powtarzam, Pokrywie Pokryw, w tej Kopule Kopuł, w tym Wierzchu Wierzchów, w tym Czubku, będącym zakałą naszych czasów, w Czubku, który w imię termitaryzmu dawno już należało znieść z nadgłębi ziemi - zamkniętych zostało na podstawie ostatniego zarządzenia pięćdziesiąt mamek.
Bezstronny kronikarz przyznać musi, że nie zostały one zamurowane. Zamurowywanie znikło bezpowrotnie od czasu, gdy (przed dziesiątkami pokoleń) zbuntowane pospólstwo siłą wywaliło w zacementowanym korytarzu przejście i uwolniwszy ledwo żyjącego już skazańca, uczyniło zeń bohatera abdomenowego, który po dojściu do władzy zniósł karę zamurowywania z kromką celulozy, a więc karę śmierci przez uduszenie, a ustanowił o wiele mniej brutalną i bardziej termitanitarną karę zamarzania głodem.
Mamki nie zostały zamurowane. W korytarzu jednak ustawiono wartę i nikt z więźniów nie łudził się nadzieją przemknięcia między falującymi bez przerwy antenkami strażników, i nikomu nawet na myśl nie przyszła z góry na klęskę skazana pokusa uderzenia w ich opancerzone łby.
Służba wartownicza na Szczycie była nad wyraz męcząca. Toteż strażnicy zmieniali się dość często. Z chwilą gdy zmiana ukazywała się w korytarzu, ci, którzy swą pracę odrobili już, zbiegali spiesznie w dół, do ciepła termosyfonów i do swej własnej skromnej mamki, która powinna już była mieć przygotowany obiad (albo kolację) z celulozy strawionej na miękko przez protozoony hodowane w jej kuchennym abdomenie.
Strażnicy byli, jak ogół abdomenowców zresztą, ślepi, lecz na dodatek byli jeszcze, jak ogół funkcjonariuszy Departamentu Spraw Ośrodkowych - głupi. Nie znaczy to, iż pozbawieni byli całkowicie inteligencji, jeśli słowo inteligencja obejmuje, jak chcą niektórzy psychotechnicy, tak zwaną zdolność "HMV" (czyli zdolność poznawania Głosu Swego Pana) oraz tak zwaną zdolność TAKJEESTPAANIEPORUCZNIIKU (czyli zdolność reakcji na jego polecenia). Jeżeli użyliśmy słowa "głupi", to chcieliśmy powiedzieć przez to tyle tylko, że zastanawianie się nad tym, co czynią, wydawanie sądów, wyciąganie wniosków i w ogóle pojedynkowanie się z własnymi myślami nie leżało w ich interesie.
Czasem jednak nawet interes własny okazuje się hamulcem za słabym, gdy chodzi o pokusę wypaplania tego, co nazywa się Tajemnicą Służbową. Zwłaszcza gdy główna atrakcja tego "własnego interesu": obiad, na który czekało się w za zimnym czy w za gorącym korytarzu; obiad, do którego spieszyło się tak bardzo - okazuje się kwaśny i pachnący celulozą źle strawioną przez protozoony najnędzniejszego abdomenu najchudszej ze wszystkich mamek. W takiej chwili zrozumiała jest reakcja zirytowanego funkcjonariusza, który, nie mogąc już liczyć ani na kroplę zupy więcej, mamkę swoją w kąt odkopnie ze złością, dodając zgryźliwie: "Taką pierzycę powinno się zamknąć razem z tymi pięćdziesięcioma i zamorzyć!".
Mamka nie odrzekła nic. Nie była pierwszej młodości, przyzwyczaiła się, nie raziło jej już to traktowanie, rozumiała zresztą jego właściwe przyczyny i uznawała ich słuszność: obiad był kwaśny i rzeczywiście pachniał źle strawioną celulozą - lecz cóż na to mogła poradzić?
Zakrzątnęła się szybko i żeby uniknąć dalszych awantur, wybiegła w wąskie, kręte i odrapane korytarze przedmieścia za swymi gospodarskimi sprawami.
Przed kasą, w której wypłacić jej miano następną rację celulozy, czekać musiała długo wraz z innymi mamkami, które nie mając nic lepszego do roboty, zajmowały się plotkami. Nic dziwnego więc, że kiedy mamka funkcjonariusza bąknęła o zamknięciu pięćdziesięciu mamek, wiadomość ta rozniosła się szeroko jak nie pohamowana w porę pleśń.
Właściwie władze nie powinny były z wiadomości tej czynić tajemnicy. Jeśli nie wytoczono mamkom normalnego procesu (nie mając, być może, dostatecznych podstaw prawnych), to jakiż inny charakter mogło mieć owo skazanie, jeśli nie charakter represji i ostrzeżenia? A cóż warte jest ostrzeżenie, jeśli trzyma się je w tajemnicy? W tajemnicy, która nie ma na celu działania na wyobraźnię, która nie ma na celu stworzenia legendy okrutniejszej jeszcze od rzeczywistości, więc nie w tajemnicy obliczonej jako narzędzie postrachu, lecz w tej zwykłej tajemnicy, o której wszyscy wiedzą, że pochodzi z obawy przed reakcją pospólstwa. Owo wykonanie represji, ale trzymanie ich w tajemnicy, wydawało się jeszcze jednym z wielu dowodów słabości Macek Rządzących.
Tak, wszędzie, we wszystkich korytarzach, na wszystkich piętrach dawało się słyszeć wzbierającą tęsknotę za rządem Silnych Anten. Wszystko już jedno za jakim. Jakikolwiek, lecz obdarzony siłą, byłby lepszy od tej chwiejności dzisiejszej, od tej niezdecydowanej gadulskiej słabości, będącej źródłem wszelkich nieszczęść. I nie tylko wyżsi funkcjonariusze, i nie tylko większość audytoriów, ale i owo tzw. pospólstwo - znające dobrze wartość dyny, czyli tej siły, którą trzeba zużyć dla nadania masie o wielkości jednego grama przyspieszenia jednego centymetra na sekundę w każdej sekundzie; czyli tej siły, która wymaga pracy jednego erga na każdy centymetr - ono także wolałoby Siłę, jakąkolwiek, lecz Siłę, w którą potrafiłoby wierzyć i za którą umiałoby oddać życie.
Uwaga Drugiego Asystenta prof. Ducha o "ostatnich zarządzeniach" zaprowadziła nas na manowce, w które wleźć łatwo, ale z których wydostać się tym trudniej, im bliżej jesteśmy prawdy. Nie dlatego, by prawda była non imprimatur, lecz dlatego, iż prawdy nie ma, ponieważ, jak to odkrył przed paru pokoleniami niejaki Chegel, prawdą jest, że prawdy nie ma, ale się staje. Kto przypomina sobie bliżej stosunki panujące w Osiedlu w owych czasach, zorientuje się od razu, jakie skutki pociągnąć za sobą musiało takie twierdzenie. Wynikało z niego przecież niedwuznacznie, że jeśli prawda, to i rzeczywistość, i wiara, i ideały, administracja i wszelkie instytucje nie są absolutne, nie są ostateczne, a jedynie stają się. Nie ma królowej, składającej jaja, królowa staje się. Nie ma abdomenowców, mamek, halabardników - wszyscy oni stają się. Nie ma obiadów ze strawionej celulozy, obiady ze strawionej celulozy stają się. Stają się dzięki tym, którzy je tworzą, a więc mogą być zmienione przez tych, którzy je tworzą. I nagle antenki głowy społeczeństwa zatrzepotały niespokojnie, thorax zadrżał na swych nogach thoraksycznych i, w owym rozbiciu absolutu, jedynie abdomen poczuł pod stopami rodzaj absolutnego oparcia.
Komuś z innego świata wydać się może dziwne, że pewna spekulacja metafizyczna, że pewna kombinacja słów nieoznaczających niczego konkretnego, a wymyślonych, mogła mieć wpływ na materialne zachowanie się owych hexapoda. Ktoś z innego świata powinien dowiedzieć się zatem, że mieszkańcy Osiedla hodowali w swych głowach, thoraksach i abdomenach pewne kolonie bakterii zwanych - słusznie czy nie - bakteriami sumienia, które kazały im racjonalizować ich czyny, czyli wymyślać przyczyny po dokonaniu faktów. Gdzie zaś lepiej znaleźć można wytłumaczenie swych czynów, jeśli nie w kombinacjach słów, tworzących takie czy inne rozgrzeszające filozofie.
Żadne cyfry fizyki poradzić nic nie mogły na owe bakterie, wiecznie głodne absolutu słów metafizycznych. Skoro jednak metafizyk sam podważy absolutność absolutów, metaforyczna głowa i thorax społeczeństwa, którym to się wyda niewygodne, będą w niepokoju odrzucać jego teorię, abdomen zaś, który zobaczy w niej korzyści dla siebie, uczyni sobie Absolut ze Względności.
Tak, mieszkańcom Osiedla trudno jest się pozbyć swych pasożytów wewnętrznych i po prostu tylko żyć i walczyć o byt. Jeśli ktoś z innego świata zechce nazwać owe wewnętrzne bakterie bakteriami nie sumienia, lecz hipokryzji, bezstronny kronikarz nic na to poradzić nie potrafi.
Dla osobników dobrej woli, rozważających wszystkie te zagadnienia, jedna rzecz nie ulegała wątpliwości od dawna. Ta mianowicie, iż coś szwankuje w produkcji nowych pokoleń. Jedni zwalali winę na niedoskonałość spermy królewskiej, inni oskarżali królową o "nonszalancję", jedni obwiniali ginekologów, inni nauczycieli karmiących larwy, lecz po czyjejkolwiek stronie leżałaby racja, fakt pozostawał faktem i odsetek odchyleń od typu standardowego był w każdej serii pokaźny. Nie tak rzadkim zjawiskiem okazywał się rycerz z resztkami instynktu ucieczki, mąż stanu opatrzony strzykawką ginekologa, nie było godziny, w której nie wydarzyłby się wypadek przyjęcia na świat nauczyciela o specjalnie ograniczonym horyzoncie umysłowym niższego konstabla, nie było kwadransa, by nie zjawił się abdomenowiec czy mamka o wielopłaszczyznowych oczkach, niebędących w zupełnym zaniku.
Jedni twierdzili, że to te osobniki niestuprocentowe winne są wszystkich nieszczęść cywilizacji, inni jednak, nie bez pewnej dozy słuszności, obstawali przy paradoksie, że postęp cywilizacji ich właśnie jest dziełem.
Wytworzył się nawet pewien rodzaj snobizmu, ba! - pewien kult osobników nie-"ef-ef"; kadzono im ziołami pochlebstw, otwierano przed nimi salony o wylustrowanych posadzkach i zdarzało się, że to oni właśnie osiągali najdostojniejsze zaszczyty, urzędy, apartamenta, nie wyłączając tych, które sąsiadowały z sypialnią królowej. Cóż, można było słyszeć głosy, że to oni właśnie są najdoskonalszymi istotami, że to oni jedynie umieją kosztować smak prawdziwego życia, jak gdyby w ogóle wiadomo było, co to jest takiego ów smak prawdziwego życia.
Sławni byli i modni i cieszyli się powodzeniem historycy, którzy twierdzili, iż w czasach przedmilionoletnich nie istniała standaryzacja typów i choć znane nam dzisiaj cechy były wówczas mniej doskonałe, mniej specyficzne, to jednak posiadał je na ogół wszystkie, choć w różnych proporcjach, każdy osobnik, co czyniło go wszechstronniejszym, bogatszym w przeżycia wewnętrzne, bardziej samowystarczalnym i - co za tym idzie - szczęśliwszym. Doszło do tego, iż zagadnienie tak nieważne i wulgarne, jak zagadnienie szczęścia, zostało postawione prawie oficjalnie i kiedy pewna akademia prowincjonalna ogłosiła konkurs na pracę pt. Czy rozwój cywilizacji czyni jednostkę szczęśliwszą, niejaki Jan Jakub Rudzielec odpowiedział po prostu: NIE! - i został przyjęty brawami. Ośmielony tym powodzeniem zaczął głosić ni mniej, ni więcej tylko powrót do natury, czyli - przyjmując jego własną definicję "natury" - powrót do fikcji, która, być może, w ogóle nie istniała i prawdopodobnie nie będzie istniała nigdy. On to także, zdając sobie sprawę, iż idealną podstawą prawa politycznego może być jedynie fikcja, głosił jedynie zasadę przymusowego zawierania dobrowolnych umów pomiędzy osobnikami i Osiedlem. Co najdziwniejsze, nie został za to wszystko ani zamurowany, ani zamorzony głodem. Przeciwnie, najlepsze towarzystwa biły się ze sobą o to, by przyjmować go w swoich salonach, walczyły o honor częstowania go nektarem wyciśniętym z własnego abdomenu, jednym słowem - przyjmowano go jak króla. Nic więc dziwnego, że musiały wybuchnąć rozruchy, których ofiarą stał się król prawdziwy.
Zieleniarze i doktorzy żądali kontraktów Rudzielcowych, abdomenowcy żądali prawa lizania dóbr przetrawionych w ich własnych abdomenach, a wszyscy żądali zrównania w świetle.
Przy czym, podczas gdy jedni domagali się zrównania in plus, czyli jednolitej metody polimorficznej, zapewniającej wszystkim larwom ukształtowanie się owych wyrostków robaczkowych, zwanych oczkami - inni obstawali przy zrównaniu in minus i byli za oślepieniem osobników noszących oczka, nie bez słuszności dowodząc przy tym, jakie niebezpieczeństwo pociągnąć może za sobą powszechne i dobrowolne narażanie się demonowi i rozpuście heliotropizmu.
Skończyło się to wszystko w ten sposób, że ustalono w obecności i pod auspicjami Istoty Najgłębszej, iż nierówności nie wynikają z prawdy absolutnej i że równość, jaka teraz nastanie, także nie z prawdy absolutnej wynikać musi, lecz z prawdy obywatelskiej, potwierdzonej kontraktem Rudzielcowym.
Jeśli zaś ktoś był ciekaw, jaka jest ta prawda obywatelska, mógł się dowiedzieć, iż nie może ona dopuścić do zrównania polimorficznego wszystkich osobników, ponieważ gdyby abdomenowcy opatrzeni zostali oczkami helio-osobników, ci zaś abdomenem zawierającym kolonie protozoonów trawiących celulozę, nie wiadomo byłoby w końcu, kto kogo właściwie ma karmić, a kto kogo oświecać - i sytuacja taka doprowadziłaby do starć wewnętrznych i ostatecznego upadku cywilizacji. Postanowiono więc utrzymać w praktyce zróżnicowaną metodę rodzenia i hodowli, dowodząc, że stwierdzone (mimo owych odchyleń od reguł) doskonalenie się metod polimorficznych jest samo w sobie dowodem rozwoju cywilizacji i że rozwój cywilizacji nie może być powodem jej upadku. Wystarczy więc, jeśli w prawach zrówna się wszystkich, w praktyce zaś tylko tych, którzy nabyli oczka wbrew zamiarom ginekologów i nauczycieli, i uwolni się ich od obowiązku karmienia dobrze urodzonych helio-osobników oraz upoważni do posiadania własnych mamek. Takie termitanitarne postawienie sprawy rozwiąże skomplikowane zagadnienie i będzie koroną postępu cywilizacji. Zwłaszcza że i tak, oczka czy nie oczka, żadne tego rodzaju promieniowanie z zewnątrz dostać się do środka przez grube mury Osiedla nie mogło.
To właśnie mniej więcej wtedy powstała nowa teoria. Niestety, autor jej pochodził z rodu tej samej królowej Dreistein-Einfuss, co cytowany już przez nas prof. Albert, więc i jego naukę próbowano tłumaczyć wywołanym wędrówką brakiem dostatecznie zafiksowanych układów tradycyjnych i w następstwie uznano ją za burzącą i niezgodną z duchem będącej w obiegu cywilizacji. Autor oparł się był na dwóch tezach: pierwsza była syntezą tezy i antytezy wymienionego już przez nas metafizyka i stwierdzała, że prawdą jest, iż prawda nie jest, lecz się staje. I rzeczywistość tak samo. Druga brzmiała, iż to stawanie się bierze się nie z jąder króla, a z abdomenów abdomenowców.
Z pierwszej tezy wynikało, iż to, co jest dzisiaj, niekoniecznie musi być jutro. Z drugiej, że tej zmiany dzisiaj na jutro dokonają abdomenowcy, i to nie wbrew cywilizacji, ale przeciwnie, w zgodzie z nowoczesną cywilizacją, mianowicie pozbywając się hodowli protozoonów z abdomenu i uprawiając je na zewnątrz, jako dobro wspólne.
Pomysł ten został uznany za piękną utopię i za potworne i groźne wstrząśnięcie fundamentami rzeczywistości, zabroniono poświęcać mu więcej niż historyczną wzmiankę w Akademii i nic tu nie zmienił fakt, że w olbrzymich ogrodach piwnicznych jednego z okolicznych osiedli udało się wyhodować na zewnątrz abdomenu doskonale strawialne okazy grzybków volvaria eurhiza i xylaria nigripes. Wieści o tym właśnie fakcie, mimo jak najściślejszej kontroli, nie potrafiono utrzymać w tajemnicy i kiedy pewnego razu funkcjonariusze administracji dokonali rewizji pojęć wśród pewnych osobników z pospólstwa, odkryli z przerażeniem aż pięćdziesiąt mamek, jak to się nazywało: uświadomionych. Może więc i najracjonalniejsze było nie wytaczać im sprawy, która by rzecz całą rozdmuchać tylko mogła, lecz po prostu potraktować je jako roznosicielki zarazy i sanitacyjnie, cicho zlikwidować w najdalszym zakątku Osiedla, w już to zimnych, już to rozżarzonych korytarzach Szczytu Szczytów, Kopuły Kopuł, Pokrywy Pokryw.
*
Korzystając z przerwy obiadowej, jaką prof. Mmaa uczynił był w swym wykładzie, staraliśmy się opowiedzieć tu pokrótce i spiesznie bardzo dzieje pięćdziesięciu mamek i zdaliśmy sprawę z owych "ostatnich zarządzeń", wspomnianych przez Drugiego Asystenta prof. Ducha. Jednak głęboka sympatia, jaką żywimy dla prof. Mmaa, nie pozwoliła nam opuścić go ani na chwilę i wszystkie poprzednie notatki sporządzaliśmy, podążając wiernie za nim, do jego apartamentów, gdzie długi szereg mamek, znających dobrze punktualność profesora, czekał z przygotowanym obiadem.
Po hors-d'oeuvre'ach, wśród których królował wspaniały, z sąsiedniego osiedla sprowadzony, strawialny bezpośrednio, jak to się mówiło: na surowo, prasowany grzyb xylaria nigripes, po hors-d'oeuvre'ach, jakeśmy rzekli, jedna po drugiej zbliżały się mamki, podsuwając profesorowi swe abdomeny, pełne najbardziej wyszukanych potraw.
Nie można było zaprzeczyć, iż prof. Mmaa był smakoszem i znał się na abdomenie, choć przyznać trzeba zarazem, że ssanie nie było bynajmniej celem jego godnego szacunku życia. Profesor miał do spełnienia zadania o wiele ważniejsze, lubił jednak, żeby źdźbła trawy przyrządzone były przez kucharkę-mamkę posiadającą w swym abdomenie protozoony leidyopsis sphaerica z małą domieszką streblomastix strix, zwykła zaś celuloza drzewna musiała być przygotowana nie inaczej, jak za pomocą protozoonów leidyopsis sphaerica. Drobne korzonki pewnych drzew mogły być przyrządzane w abdomenie, w którym buszowały trichomones, ale cierni, nawet najtwardszych, prof. Mmaa nie dotknąłby inaczej, jak po dokładnym ich strawieniu przez trichonymphae campanulae, co było specjalnością najstarszej kucharki profesora, tej, którą nazywał Moja Stara i która pamiętała jeszcze czasy jego twardej i ciernistej młodości. Prof. Mmaa mógłby jeść codziennie tę potrawę, będącą jego ulubionym specjałem, wieńczącym cały obiad, i zdawało się, że wszystkie dania poprzednie spożywał jedynie po to, by jej się doczekać. Jakież więc było jego zdziwienie, gdy po ostatnim abdomenie, zawierającym źdźbła trawy przetrawione przez protozoa infusoria z małą domieszką streblomastix strix, podano mu od razu deser, składający się z humusów złożonych ze sfermentowanych liści dzikiej akacji, słomy i kory drzewnej.
Prof. Mmaa wyciągnął antenkę i dotknął nią pytająco Majordomusa.
Majordomus cofnął się zakłopotany i milczał.
- Co to ma znaczyć? - spytał prof. Mmaa. - Gdzie jest Moja Stara?
Majordomus wciąż milczał.
- Mam nadzieję, że nie stało się nic złego?!
- Nie... - odpowiedział, ociągając się, Majordomus.
- Zachorowała?
- Nie... - odpowiedział Majordomus.
- Więc dlaczego, u licha, nie ma jej tutaj? Dlaczego nie przygotowała moich ulubionych cierni, strawionych przez trichonymphae campanulae? Wiecie przecież wszyscy, że chcę je mieć do każdego obiadu i że po to trzymam Moją Starą!
To nie było prawdą, że po to tylko trzymał Swoją Starą. Prof. Mmaa trzymał ją i dlatego jeszcze, że miał do niej dużo sentymentu, tyle prawie, co do swej własnej młodości. Antenki profesora falowały niecierpliwie.
Majordomus stał wciąż niezdecydowany.
- Co się stało?! Czy nie mam prawa dowiedzieć się, co się dzieje w moim własnym domu? - krzyknął prof. Mmaa i odwracając się od Majordomusa, wyciągnął antenkę w stronę mamki z leidyopsis sphaerica.
Mamka z leidyopsis sphaerica zatrzepotała niespokojnie swymi dużymi i średnimi antenkami wokoło, a potem nieśmiało i jakby przepraszając, rzekła:
- Stara... Stara została aresztowana.
Tego profesor się nie spodziewał. Moja Stara? Za co? Będąc jeszcze myślami przy swoim odczycie o cywilizacji homo, prof. Mmaa spytał dość bezsensownie:
- Ukradła coś?
Nieoczekiwanie Majordomus, który chciał stopniowo przygotować profesora na najgorsze, potwierdził skinieniem głowy.
- Ale co?
Majordomus zdobył się na odwagę i rzekł:
- A bo to było tak, że Stara poszła na bazar po nowy zapas trychonymfów kampanulów i była obława, i zrobiono rewizję pojęć wszystkich mamek, i u Starej znaleziono zdanie skradzione z biblioteki pana profesora, i Starą zamknięto razem z czterdziestoma dziewięcioma innymi, i podobno morzą ją głodem bez sprawy sądowej.
- Stara skradła zdanie z biblioteki?! - wykrzyknął prof. Mmaa. - Jakie?!
Lecz Majordomus stracił był już całą swą odwagę i wycofując się, odrzekł:
- Tego to już tam nie wiem...
Prof. Mmaa przerwał obiad i wszedł szybkim krokiem do biblioteki. Wokoło stały dziesiątki dziesiątków pracowników umysłowych wypełnionych od czubka nosa po zwieracz odbytnicowy cenną pamięcią najdonioślejszych prac naukowych (nie licząc paru zbiorków poezji, żyjących skromnie, lecz na miejscu honorowym, na wprost wejścia). Profesor pociągnął nosem uważnie. Egzemplarze prężyły swe grzbiety złocone, wyciskane, bigowane, gotowe na najlżejsze skinienie profesora przekazać mu myśl najcięższych filarów wiedzy.
- Czy któremu z panów brak czegoś? - spytał.
Milczenie.
- Czy nikomu z panów nic nie ukradziono?
Milczenie.
- Najmniejszego zdania, najmniejszej kropki, najmniejszego średnika, najmniejszego przecinka?
Milczenie.
Profesor powiódł nosem po prężących się przed nim grzbietach i spytał:
- Czy nikomu z panów nic nie jest wiadomo o sprawie Mojej Starej?
Milczenie.
Nagle nad jednym z grzbietów para antenek zadrżała niespokojnie.
Prof. Mmaa zbliżył się. Para antenek należała do Egzemplarza noszącego w swej pamięci jedną z tych prac tak niechętnie tolerowanych w Bibliotece Akademickiej.
- Czy nic mi pan nie ma do powiedzenia?
Egzemplarz podrapał się antenką po grzbiecie i rzekł:
- "...rzeczy rozwijają się same w sobie jak dyskusja i dlatego dyskusja jest prawdziwym obrazem świata realnego..."
Prof. Mmaa przerwał mu niecierpliwie:
- Nie udawaj pan durnia - powiedział.
Egzemplarz zaczął z innego miejsca:
- "...prywatne abdomeny nie istnieją ani jako narzędzia produkcji, ani jako dobra spożywcze: one stają się..."
- Dość! - powiedział prof. Mmaa, machnąwszy antenką. - Dosyć! - powtórzył. - Niech mi pan tylko powie, co pana łączy z Moją Starą?
Egzemplarz umilkł zakłopotany. I w tej chwili prof. Mmaa zauważył, że Egzemplarz nie jest tak zupełnie pozbawiony cech płciowych, że nie są one bynajmniej w całkowitym zaniku. I profesor zrozumiał od razu wszystko.
"Ale że też wybrał sobie właśnie Moją Starą, najstarszą z moich mamek!" - pomyślał i rozbawiło go to bardzo.
- No, dobrze już, dobrze... - powtórzył dobrodusznie i wyszedł z biblioteki.
Prof. Mmaa był termitem nauki, ale uważał się także za termita czynu i nie myślał pozwolić komukolwiek dmuchać sobie w humus. Toteż natychmiast porozumiał się z kim trzeba. Aby być ścisłym: porozumiał się z samym Wackiem, który zresztą, nawiasem mówiąc, nieraz bywał na obiedzie u prof. Mmaa i nieraz rozpływał się u niego nad cierniami, przygotowanymi właśnie przez Moją Starą. Prof. Mmaa nie omieszkał wygarnąć bez żenady, co myśli o tego rodzaju antytermitarnych postępowaniach; nie zapomniał dodać, że to on sam podarował był Swojej Starej zdanie, znalezione u niej przy rewizji pojęć, nie może więc być mowy o jakiejś kradzieży; i że on sam, on, prof. Mmaa, bierze na siebie całkowitą odpowiedzialność; wreszcie - podkreślił z naciskiem - przez tę całą historię nie tylko nie jadł na obiad potrawy z cierni - tej samej potrawy, o której z takim zachwytem był łaskaw wyrażać się niedawno jego obecny rozmówca i której już nigdy spożywać nie będą mogli, jeśli ten niesłychany postępek nie zostanie naprawiony przez natychmiastowe uwolnienie Mojej Starej - lecz na dodatek spóźni się na wykład, który ma właśnie w Akademii.
Przyjąwszy w odpowiedzi zapewnienie, że ten sposób przedstawienia sprawy zupełnie ją likwiduje i błahostka zostanie natychmiast naprawiona, prof. Mmaa w jak najlepszym humorze zabrał się do czekającego nań humusu.
Szybkość, z jaką interwencja profesora odniosła skutek, miała w sobie coś zastanawiającego. Nim smak ostatniego kęsa deseru zdążył rozpłynąć się w jamie gębowej profesora, Majordomus oznajmił, że zjawiła się Moja Stara.
- Dwa konstable ją odprowadziły - mówił - aż do kuchennego wejścia i żegnały ją z szacunkiem, i życzyły wszystkiego najlepszego.
Prof. Mmaa uważał to jednak za zupełnie naturalne. Kazał sprowadzić Moją Starą, przywitał ją z radością i polecił innym mamkom nakarmić ją ze swych abdomenów resztkami profesorskiego obiadu.
W ten sposób, po raz pierwszy w swym długim życiu, Stara spożyła obiad sporządzony przez kogoś innego. Była to najpiękniejsza chwila i Stara obiecywała sobie nie zapomnieć jej nigdy.
*
Aby sprawę Pięćdziesięciu Mamek i "ostatnich zarządzeń", o których wspominał Drugi Asystent prof. Ducha, wyczerpać do reszty, skrupulatny kronikarz czuje się w obowiązku wykorzystać czas, w którym prof. Mmaa udaje się do Akademii - i zajrzeć pod Wielką Kopułę Centralną, gdzie właśnie odbywało się Zgromadzenie Delegatów.
Nie trzeba było specjalnie czułego powonienia, by zauważyć, że sala pod Wielką Kopułą Centralną dzieliła się na dwie półkule, które, podobnie jak audytorium Akademii, nazwać możemy: Lewą i Prawą. Reprezentowały one lewą i prawą stronę abdomenu i thoraksu społeczeństwa. Głowa społeczeństwa, reprezentowana przez jedną z prawych kończyn czynnika decydującego, tkwiła w głębi, na podium.
Z chwilą gdy Głowa skończyła swoje exposé, jak to nazywano pod Wielką Kopułą Centralną, jeden z delegatów odkucnął i rzekł dobitnie:
- Zgłaszam interpelację.
Głowa skłoniła się i odrzekła:
- Słucham interpelacji.
Delegat wyciągnął groźnie swe antenki:
- Zgłaszam interpelację w sprawie uwięzionych mamek.
Głowa skłoniła się raz jeszcze i odpowiedziała:
- Słucham interpelacji w sprawie uwięzionych mamek.
Wtedy Delegat rozwarł z rozmachem szczękę i zawibrował czułkami:
- Czy prawdą jest, że nie wytoczono im sprawy sądowej i że nie zapadł wyrok?
Głowa, nie drgnąwszy, odrzekła:
- Nieprawdą jest, że toczono rozprawę i że zapadł wyrok; natomiast prawdą jest, że nie toczono rozprawy i że nie zapadł wyrok.
Delegat nie dał się zbić z tropu:
- Czy prawdą jest - spytał - że bez wyroku sądowego zamurowano względnie morzy się głodem, względnie już zamorzono mamki głodem?
Głowa odpowiedziała spokojnie:
- Nieprawdą jest, że bez wyroku sądowego zamurowano względnie zamorzono głodem na śmierć mamki; natomiast prawdą jest, że na podstawie wyroku sądowego nie morzy się głodem mamek.
Delegat nie dał za wygraną.
- Czy prawdą jest - rzekł - że pięćdziesiąt mamek zamkniętych jest w Pokrywie Pokryw pod strażą i bez racji celulozy?
Głowa zastanowiła się chwilę. Lecz w tym momencie sekretarz Głowy podsunął jej pod nos notatkę o wypuszczeniu jednej z mamek, mianowicie Starej prof. Mmaa.
I Głowa, odchrząknąwszy, odrzekła:
- Nieprawdą jest, że Pięćdziesiąt Mamek zamkniętych jest w Pokrywie Pokryw pod strażą i bez racji celulozy; natomiast prawdą jest, że nie Pięćdziesiąt Mamek zamkniętych jest w Pokrywie Pokryw pod strażą i bez racji celulozy.
- Czy prawdą jest, że Czterdzieści Dziewięć Mamek zamkniętych jest w Pokrywie Pokryw pod strażą i bez racji celulozy? - wychrypiał Delegat.
Głowa zastanowiła się chwilę. Lecz w tym momencie drugi sekretarz Głowy podszedł do niej i oznajmił lekkim swędem, że jedna z uwięzionych mamek umarła z głodu i że zostało ich już tylko czterdzieści osiem.
I Głowa z całą kurtuazją odrzekła:
- Nieprawdą jest, że Czterdzieści Dziewięć Mamek zamkniętych jest w Pokrywie Pokryw pod strażą i bez racji celulozy, natomiast prawdą jest, że nie Czterdzieści Dziewięć Mamek zamkniętych jest w Pokrywie Pokryw pod strażą i bez racji celulozy.
Wieść o dzielnym czynie prof. Mmaa, o uwolnieniu jednej z pięćdziesięciu mamek, dostała się już do audytorium i z chwilą ukazania się profesora na katedrze cała młodzież zgromadzona po lewej stronie sali powitała go brawami. Prof. Mmaa zdziwił się. Zdziwił go ten zbieg okoliczności, iż linią, zbliżoną do prostej, można było oddzielić młodzież bijącą brawo od niebijącej. Nagle jednak rzecz cała rozsupłała się w substancji skojarzeniowej profesora: jeśli bowiem w czasie pierwszego wykładu wydarzył się ów szczególny wypadek teorii prawdopodobieństwa, że biła brawo prawa połowa sali, to nie ma w tym nic dziwnego, że w czasie drugiego wykładu zdarza się przeciwny szczególny wypadek teorii prawdopodobieństwa i że bije brawo lewa połowa sali. Podczas gdy jeden z tych wypadków mógłby teorię prawdopodobieństwa podważyć, oba, znosząc się wzajemnie, tylko ją ugruntowują.
"Nie rośćmy sobie praw do zmieniania natury rzeczy - prof. Mmaa zacytował sam sobie starożytnego abdomenowca Epikteta - ani to możliwe, ani pożyteczne; ale przyjmując rzeczy takie, jakimi są, starajmy się uzgodnić z nimi nasze myśli".
Uspokojony tą refleksją, podniósł w górę swe piękne wąskie czułki i odpachniwszy w ten sposób audytorium, rozpoczął dalszy ciąg wykładu o mammiferze zwanym homo.
Polecam wszystkim tę książkę, bo jest zwarta, sugestywna, pełna polotu i przewrotnie zabawna. Nie mogę czytelnikowi obiecać, że cały czas będzie pękał ze śmiechu, ale przyrzekam mu złośliwą przyjemność, jaką daje przenikliwa analiza absurdu.
Wykład profesora Mmaa należy do cenionego gatunku, który rozsławiły Podróże Guliwera. Pozwalając sobie na zuchwałość, powiedziałbym, że ten rodzaj literatury wywodzi się od Germanii Tacyta. Pozwalał on autorom stwarzać mądre i dzielne istoty, żyjące w jakimś odległym w czasie i przestrzeni miejscu, jak Micromégas Woltera czy Utopia Moore'a. My jednak, w naszym pozbawionym iluzji świecie, nie wierzymy już w wizje utopistów, a społeczności, zrodzone z wyobraźni pisarzy, reprezentują w przejaskrawionej formie zło, które znamy z codziennego życia.
Stefan Themerson w swojej książce przedstawia społeczność termitów i w błyskotliwy sposób usiłuje pokazać, jak odmienny musiałby wydawać się świat stworzeniom ich wielkości, dysponującym ich zmysłami, gdyby były obdarzone choćby niewielką dozą inteligencji, której posiadanie przypisujemy wyłącznie gatunkowi ludzkiemu. Jego termity mają zaledwie zaczątki zmysłu wzroku i w sferze duchowej kierują się głównie węchem. Gdy dzieje się coś niespodziewanego, nazywają to "niewywęszalnym". I oto stworzenia te zabierają się do badania przedstawiciela gatunku homo, którego znajdują na ziemi z kawałkiem ołowiu w sercu. Nad pochodzeniem tego ołowiu debatują naukowcy reprezentujący różne szkoły. Po długich badaniach dochodzą do wniosku, że homo wiedzie krótką część swej egzystencji w pozycji wyprostowanej i żyje w świetle - światło dla termitów jest czymś obrzydliwym - a po okresie spędzonym w pozycji wyprostowanej i w świetle przyjmuje pozycję leżącą w ciemności. Dla nich jest to najwspanialszy etap jego egzystencji, bo jednostkowy, przyciężki byt przechodzi w tętniący życiem świat miriadów istnień. Naukowcy w świecie termitów są bardzo naukowi, mistycy - bardzo mistyczni, faszyści - bardzo faszystowscy, a proletariusze - bardzo proletariaccy.
Pan Themerson ma okazję zakpić ze wszystkich razem i każdego osobno. Termity, charakteryzujące się naukowym podejściem do świata, znajdują okaz gatunku ludzkiego, który leży w rowie pijany w trupa, a żeby zbadać go dokładniej, pożerają jego ubranie. Gdy jest już kompletnie nagi, odzyskuje przytomność i ich badania zostają przerwane.
Książka parodiuje tak wiele różnych punktów widzenia, że czytelnik nie może się zorientować, który - jeśli w ogóle - cieszy się aprobatą autora. I może tak właśnie ma być.
Na świecie jest bowiem zbyt wielu ludzi, wyznających zbyt wiele poglądów, a być może prawdziwa mądrość zawiera się w tym, że im mniej żarliwie w coś wierzymy, tym mniej krzywdy wyrządzamy innym. Dla tych, którym bliski jest ten pogląd, Wykład profesora Mmaa będzie pożyteczną ewangelią.2
Bertrand Russell