Wykład profesora Mmaa - Stefan Themerson

-
Proszę czekać

O WYKŁADZIE PROFESORA MMAA

Ste­fan The­mer­son roz­po­czął pra­cę nad, jak je na­zwał, "ese­ja­mi qu­asi-fi­lo­zo­ficz­ny­mi" w czerw­cu 1941 roku, nie wie­dząc wów­czas, czym się na ko­niec oka­żą. Ese­je te były za­po­wie­dzią Śledz­twa i Wy­kła­du pro­fe­so­ra Mmaa. The­mer­son prze­by­wał wte­dy we Vo­iron, w schro­ni­sku Pol­skie­go Czer­wo­ne­go Krzy­ża w ho­te­lu de la Po­ste, gdzie spę­dził pra­wie dwa lata. Od stycz­nia 1942 stro­na po stro­nie wy­sy­łał rę­ko­pis Wy­kła­du... do Lon­dy­nu, do Fran­cisz­ki, któ­ra za­czę­ła przy­go­to­wy­wać ilu­stra­cje. W sierp­niu 1942 Ste­fan pra­co­wał nad książ­ką w Szko­cji, ca­łość ukoń­czył w Lon­dy­nie w roku 1943.

Rę­ko­pis skła­da się z je­de­na­stu ze­szy­tów, kil­ku te­czek oraz luź­nych kar­tek za­pi­sa­nych ręcz­nie lub na ma­szy­nie, zo­sta­wio­nych przez Ste­fa­na w pu­dle z ety­kiet­ką "Rę­ko­pi­sy z proś­bą o prze­cho­wa­nie".

W 1944 roku The­mer­son zgło­sił tekst do kon­kur­su li­te­rac­kie­go zor­ga­ni­zo­wa­ne­go przez wy­daw­nic­two Hut­chin­son. W kon­kur­sie nie przy­zna­no na­gród, ale w 1946 roku wy­daw­nic­two pod­pi­sa­ło ze Ste­fa­nem umo­wę na pu­bli­ka­cję. Rę­ko­pis zo­stał prze­tłu­ma­czo­ny na an­giel­ski, do wy­da­nia jed­nak nie do­szło.

W 1953 roku książ­ka, z przed­mo­wą Ber­tran­da Rus­sel­la, uka­za­ła się po an­giel­sku na­kła­dem za­ło­żo­ne­go przez The­mer­so­nów wy­daw­nic­twa Ga­ber­boc­chus Press.1

*

W li­ście z 20 lu­te­go 1942 Ste­fan pi­sze do Fran­cisz­ki, że ma w pla­nie książ­ki na trzy te­ma­ty.

 Trze­ci wresz­cie te­mat to Wy­kład Pro­fe­so­ra Mmaa, czy­li praw­dzi­wy wy­kład do­ty­czą­cy ga­tun­ku homo, "mia­ny" przez zwy­kłe­go ter­mi­ta. Rzecz in­spi­ro­wa­na w pew­nej mie­rze przez La vie des ter­mi­tes Ma­eter­linc­ka. Rów­no­le­gle do owe­go sys­te­ma­tycz­ne­go wy­kła­du bie­gnie nor­mal­ne ży­cie osie­dla ter­mi­tów, bę­dą­ce­go dość po­krzy­wio­nem zwier­cia­dłem na­szej rze­czy­wi­sto­ści. Mo­ment hu­mo­ru czy sa­ty­ry wy­ni­kać musi wła­śnie przez ob­jek­ty­wi­za­cję i ści­słość na­uko­wą opi­su.

Ta rzecz naj­bar­dziej za­awan­so­wa­na. Je­stem w  środ­ku IV roz­dzia­łu. Tem sie naj­bar­dziej mar­twię, że nie będę mógł ich pew­nie prze­słać To­bie. Chy­ba że może skrót zro­bię od­po­wied­ni.

 

Ja­sia Re­ichardt

ROZDZIAŁ PIERWSZYw którym prof. Mmaa rozpoczyna wykład

Sza­now­ni Słu­cha­cze! - rzekł prof. Mmaa i świat wy­dał mu się na­gle pro­sty i nie­skom­pli­ko­wa­ny.

- Świat wy­dał mi się na­gle pro­sty i nie­skom­pli­ko­wa­ny - po­wie­dział prof. Mmaa. - Za­pew­niam jed­nak Pań­stwa, że to, czy wy­da­ło mi się na­gle tak, czy in­a­czej, nie bę­dzie mia­ło wpły­wu ani na treść, ani na for­mę mego wy­kła­du, któ­re­go przed­miot jest skom­pli­ko­wa­ny i za­gma­twa­ny.

Moje wra­że­nia oso­bi­ste mo­gły­by się stać obiek­tem ba­dań psy­cho­lo­gicz­nych, mo­gły­by stać się te­ma­tem po­ema­tu albo ka­mie­niem wę­giel­nym ja­kiejś fi­lo­zo­fii. Na tej ka­te­drze jed­nak stoi przed Pań­stwem nie psy­cho­log, nie po­eta, nie fi­lo­zof, lecz obiek­tyw­ny na­uko­wiec, któ­ry w wy­wo­dach swo­ich opie­rać się ma nie na swych oso­bi­stych wra­że­niach, lecz na da­nych stwier­dzo­nych z całą ści­sło­ścią na­szych me­tod na­uko­wych.

Au­dy­to­rium nie zda­wa­ło so­bie spra­wy, do cze­go prof. Mmaa zmie­rza. Mło­dzież po le­wej stro­nie to szem­ra­ła z za­do­wo­le­nia, to chło­dła. Mło­dzież po pra­wej za­cho­wy­wa­ła nie­uf­ne mil­cze­nie. Mło­dzież po pra­wej bo­wiem nie uro­bi­ła so­bie jesz­cze zda­nia o oso­bie prof. Mmaa, skąd­że więc mo­gła wie­dzieć, czy trze­ba mu bić bra­wo, czy gwiz­dać.

Bez­stron­ny kro­ni­karz tak­że nie po­tra­fi stwier­dzić obiek­tyw­nie, jaki był prof. Mmaa. Bez­stron­ny kro­ni­karz może za­no­to­wać je­dy­nie, że prof. Mmaa miał opi­nię mą­dre­go u tych, któ­rzy mie­li opi­nię nie­głu­pich u tych, któ­rzy mie­li opi­nię tę­pa­ków u tych, któ­rzy mie­li opi­nię idio­tów u prof. Mmaa. Jed­no­cze­śnie jed­nak miał opi­nię fan­ta­sty u tych, któ­rzy mie­li opi­nię po­strze­lo­nych u tych, któ­rzy mie­li opi­nię dzi­wa­ków u tych, o któ­rych on sam twier­dził, że są praw­dzi­wy­mi na­ukow­ca­mi.

- Po­zwól­cie mi Pań­stwo w tym wstę­pie do mych wy­kła­dów - mó­wił da­lej prof. Mmaa - przy­to­czyć zda­nie na­stę­pu­ją­ce:

"Po­nie­waż je­stem już mniej mło­dy, ła­twiej mi oprzeć się po­ku­sie do­rzu­ce­nia cudu wy­ima­gi­no­wa­ne­go do cudu rze­czy­wi­ste­go. Lata bo­wiem uczą każ­de­go ter­mi­ta, że je­dy­nie praw­da jest cu­dow­na".

Czyż sub­tel­ny węch Pań­stwa nie roz­po­zna­je w tym cy­ta­cie nie tyl­ko śla­dów in­te­li­gen­cji, ale i my­śli na­uko­wej? A zmie­ni­łem w nim je­den wy­raz tyl­ko. Ten, któ­ry za­stą­pi­łem wy­ra­zem: TER­MIT.

Sza­now­ni Pań­stwo! Z całą po­wa­gą stwier­dzam, że za­cy­to­wa­ne prze­ze mnie przed chwi­lą zda­nie nie wy­szło spod an­ten­ki żad­ne­go z nas. Zda­nie to wy­szło, pro­szę Pań­stwa, spod koń­czy­ny zwie­rzę­cia, któ­re­go ga­tu­nek jest wła­śnie przed­mio­tem na­szych ba­dań. Co wię­cej: jest ono ugryz­kiem o wie­le więk­szej pra­cy, opi­su­ją­cej nas wła­śnie; nasz ga­tu­nek, na­sze ży­cie, na­sze spo­łe­czeń­stwo!

Praw­da, że roi się ona od błę­dów, fał­szów, fan­ta­zji nie­praw­do­po­dob­nych na nasz te­mat. Czyż jed­nak nie jest do­sta­tecz­nie pięk­ne już to samo, że wszyst­kie te błę­dy, fał­sze i fan­ta­zje zo­sta­ły tak ge­nial­nie w cza­sie ostat­niej na­szej eks­pe­dy­cji na­uko­wej po­żar­te i prze­tłu­ma­czo­ne przez na­sze­go sza­now­ne­go ko­le­gę, pana do­cen­ta The­me­ri­sa Ste­fen­so­na?! Po­żar­te, po­wta­rzam. Jak się bo­wiem Pań­stwo do­wie­cie, osob­ni­ki ba­da­ne przez nas mają zwy­czaj re­je­stro­wać swe my­śli nie w swej sub­stan­cji sko­ja­rze­nio­wej, nie WE­WNĄTRZ, lecz NA ZE­WNĄTRZ swej po­wło­ki cie­le­snej, mia­no­wi­cie na ce­lu­lo­zie, któ­ra, dzię­ki pier­wot­nia­kom ho­do­wa­nym w ab­do­me­nach na­szych ma­mek, jest przez nas, za ich po­śred­nic­twem, do­sko­na­le po­że­ral­na. Za­słu­gą pana doc. Ste­fen­so­na jest, że za­sto­so­wał me­to­dę ho­ry­zon­tal­ne­go po­że­ra­nia na­po­tka­nych ar­ku­szy ce­lu­lo­zy przy rów­no­cze­snym no­to­wa­niu w pa­mię­ci prze­szkód sma­ko­wych, znaj­du­ją­cych się na obu po­wierzch­niach każ­de­go ar­ku­sza.

Lecz czy war­to - za­py­ta­cie Pań­stwo - czy war­to po­świę­cać tyle tru­du i na­ra­żać tylu pra­cow­ni­ków na­uko­wych na nie­straw­ność po to, żeby od­cy­fro­wać sze­reg "błę­dów, fał­szów i fan­ta­zji"? War­to! Je­śli bo­wiem ktoś wy­da­je swą opi­nię o przed­mio­cie, któ­ry zna­my le­piej, niż on go zna, nie przed­miot opi­nii, ale oso­ba opi­nio­daw­cy sta­je się ośrod­kiem na­szych za­in­te­re­so­wań. Po­żar­ta przez doc. Ste­fen­so­na pra­ca opi­su­ją­ca nas sta­je się nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem in­for­ma­cji nie o nas; lecz o jej au­to­rze, o homo. Taka jest względ­ność rze­czy tego świa­ta.

Sło­wo "względ­ność" za­nie­po­ko­iło au­dy­to­rium. Było to nie­bez­piecz­ne sło­wo. Nikt nie wie­dział do­kład­nie, co ono ozna­cza, ale każ­dy czuł do­sko­na­le, że pod­wa­ża usta­lo­ne po­ję­cia i uzna­ne au­to­ry­te­ty. Czyż­by i po­glą­dy prof. Mmaa prze­siąk­nię­te były owym za­pa­chem względ­no­ści, tak zdra­dziec­ko wsą­czo­nym w spo­łe­czeń­stwo przez prof. Al­ber­ta, po­cho­dzą­ce­go, jak wia­do­mo, z rodu kró­lo­wej Ein­fuss-Dre­iste­in, któ­ry to ród stra­ciw­szy przed mi­lio­nem lat swo­je city, roz­pro­szył się był i za­miesz­ki­wał osie­dla obce, ce­le­bru­jąc w nich swe wła­sne ry­tu­al­ne kró­lo­we pro­du­ku­ją­ce nowe ge­ne­ra­cje. Tą od­wiecz­ną wę­drów­ką, bra­kiem do­sta­tecz­nie za­fik­so­wa­nych psy­chicz­nie ukła­dów od­nie­sie­nia tłu­ma­czy­li nie­któ­rzy ów re­la­ty­wizm ce­chu­ją­cy teo­rię prof. Al­ber­ta.

Nie na­le­ży się więc dzi­wić, że nie­któ­rzy ze słu­cha­czy z nie­po­ko­jem zwra­ca­li an­ten­ki w stro­nę ro­bot­ni­ka-kon­sta­bla, któ­re­go opan­ce­rzo­ną i na­je­żo­ną ro­ga­mi gło­wę moż­na było wy­wą­chać w głę­bi ko­ry­ta­rza. Kon­sta­blo­wi nie wol­no było prze­kro­czyć pro­gu Aka­de­mii, cie­szą­cej się au­to­no­mią, ale któż mógł wie­dzieć, czy nie do­stał on już roz­ka­zu za­trzy­my­wa­nia słu­cha­czy przy wyj­ściu i re­wi­do­wa­nia ich za­war­to­ści umy­sło­wej. Rzecz by­ła­by groź­na, po­nie­waż za­koń­czyć się mo­gła aresz­tem fi­zycz­nym lub, go­rzej: eko­no­micz­nym, przez ode­bra­nie ro­bot­nic-ma­mek, zwa­nych po­pu­lar­nie bur­sa­mi, cze­mu to­wa­rzy­szy­ła z re­gu­ły śmierć gło­do­wa. To­też pło­chliw­si słu­cha­cze sta­ra­li się opu­ścić z wy­kła­du prof. Mmaa te zda­nia, któ­re wy­da­ły się im ry­zy­kow­ne, by nie za­re­je­stro­wa­ły się w ich pa­mię­ci i by nie mo­gły skom­pro­mi­to­wać ich przy owej po­li­cyj­nej re­wi­zji po­jęć.

Na­pęcz­nia­ły wodą sel­cer­ską ro­bot­nik-sy­fon zbli­żył się do ka­te­dry i prof. Mmaa, na­ci­snąw­szy ab­do­men ro­bot­ni­ka-sy­fo­na, od­świe­żył się pa­ro­ma hau­sta­mi orzeź­wia­ją­ce­go na­po­ju. A po­tem cią­gnął da­lej:

- O au­to­rze ce­lu­lo­zy owej, o nas trak­tu­ją­cej, a tak zna­ko­mi­cie przez doc. Ste­fen­so­na roz­żar­tej, nic wię­cej po­wie­dzieć Pań­stwu nie po­tra­fię, poza tym, że na­le­ży on do ga­tun­ku homo i że na­zy­wa się albo Mau­ry­cy Ma­eter­linck, je­śli przy­jąć tezę doc. Ste­fen­so­na, do­ty­czą­cą ho­ry­zon­tal­ne­go po­że­ra­nia z lewa w pra­wo, albo też: kcnil­re­te­am ycy­ru­am, je­śli ob­sta­wać bę­dzie­my przy te­zie dok­to­ra No­sne­fet­sa, któ­ry na pod­sta­wie in­nych ce­lu­loz, zwa­nych Tora, Misz­na i Ge­ma­ra, twier­dzi, że po­win­no się po­że­rać z pra­wa w lewo. Po­mi­jam tu po­gląd bro­nio­ny przez dra Si­re­meh­ta, któ­ry po­wo­łu­jąc się na po­żar­ty przez sie­bie ar­kusz, po­cho­dzą­cy z wy­dzie­lin larw mola bom­byx mori, uwa­ża, że wła­ści­wy kie­ru­nek po­że­ra­nia pro­wa­dzi z góry w dół.

Na szczę­ście nie mu­si­my roz­strzy­gać tego skom­pli­ko­wa­ne­go za­gad­nie­nia w tej chwi­li, na­zwi­sko Ma­eter­linck bo­wiem nie jest ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną ca­łe­go ga­tun­ku homo, prze­ciw­nie, nosi je skrom­na je­dy­nie licz­ba osob­ni­ków. Aby rzecz tę le­piej Pań­stwu wy­pach­nić, przy­po­mnę, że w spo­łe­czeń­stwie homo nie tyl­ko król i kró­lo­wa, ale każ­dy osob­nik, w za­sa­dzie przy­najm­niej, po­sia­da zdol­ność i pra­wo pro­du­ko­wa­nia po­tom­stwa. Stąd nie­zli­czo­na licz­ba tzw. ro­dów, z któ­rych każ­dy po­sia­da swo­je na­zwi­sko, prze­cho­dzą­ce z tzw. ojca na tzw. syna. Zmie­nia­ją się je­dy­nie tzw. imio­na, któ­re, za po­mo­cą jed­ne­go z trzech spo­so­bów na­wil­ga­ca­nia cia­ła, na­da­je się osob­ni­ko­wi, aby, na­siąk­nię­ty w ten spo­sób, mógł od­róż­nić się od in­nych osob­ni­ków. Ta me­to­da hy­gro­aku­stycz­nej iden­ty­fi­ka­cji jest jed­nak za­pew­ne albo bar­dziej skom­pli­ko­wa­na, niż nam się wy­da­je, albo też bar­dzo nie­do­sko­na­ła, stwier­dzo­no bo­wiem nie­zbi­cie, że jed­no i to samo imię wma­cza­ne jest z re­gu­ły nie w jed­ne­go, ale w wie­lu osob­ni­ków, nie­bę­dą­cych ze sobą w sta­nie po­kre­wień­stwa, lecz po­sia­da­ją­cych wspól­ne­go tzw. pa­tro­na, pa­tro­na nie­na­ma­cal­ne­go, któ­ry opie­ku­je się, nie wie­my do­brze, w jaki spo­sób, swo­imi imien­ni­ka­mi.

We­dług doc. Ste­fen­so­na MAU­RY­CY jest imie­niem, MA­ETER­LINCK zaś na­zwi­skiem. Moż­na więc wy­obra­zić so­bie dla przy­kła­du tzw. dziada, na­zy­wa­ją­ce­go się AL­BERT MA­ETER­LINCK, tzw. ojca, na­zy­wa­ne­go MAU­RY­CYM MA­ETER­LINC­KIEM, i tzw. syna, zwą­ce­go się JAN MA­ETER­LINCK.

We­dług dra No­sne­fet­sa jed­nak, na­wet je­że­li przyj­mie­my tezę po­że­ra­nia z lewa w pra­wo, MAU­RY­CY jest na­zwi­skiem, MA­ETER­LINCK zaś imie­niem. Dr No­sne­fets twier­dzi za­tem, iż tzw. dziad może się na­zy­wać FAJ­GEN­DUFT MAU­RY­CY, tzw. oj­ciec: MA­ETER­LINCK MAU­RY­CY i tzw. syn: ZA­MOY­SKI HRA­BIA MAU­RY­CY.

Prof. Mmaa prze­rwał. Prof. Duch przy­wo­łał ski­nie­niem gło­wy pra­cow­ni­cę ka­te­go­rii po­moc­ni­czej: bi­blio­gra­fię, wy­peł­nio­ną al­fa­be­tycz­nym spi­sem pra­cow­ni­ków umy­sło­wych, prze­cho­wu­ją­cych w swej pa­mię­ci pra­ce wszyst­kich pra­cow­ni­ków na­uko­wych, jacy kie­dy­kol­wiek zaj­mo­wa­li się mam­mi­fe­ro­lo­gią.

Nie ta­jąc zde­ner­wo­wa­nia, prof. Duch ob­ma­cy­wał ją dłu­go, nie­cier­pli­wy­mi, ru­chli­wy­mi czuł­ka­mi, szu­ka­jąc nu­me­ru Eg­zem­pla­rza, obar­czo­ne­go pa­mię­ta­niem pra­cy doc. Ste­fen­so­na.

A po­tem zwró­cił się do swe­go asy­sten­ta i wy­pach­niaw­szy mu zna­le­zio­ny nu­mer, ka­zał go spro­wa­dzić na­tych­miast z bi­blio­te­ki.

ROZDZIAŁ DRUGIw którym zawarty jest dalszy ciąg wykładu prof. Mmaa o rodzaju homo

Zoo­lo­go­wie - rzekł prof. Mmaa - po­wo­łu­jąc się na geo­lo­gów oraz na pew­ne wzmian­ki, skrzęt­nie wy­szu­ki­wa­ne w blak­ną­cej mimo wszyst­ko z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie pa­mię­ci na­szych ro­bot­ni­ków ar­chi­wal­nych, twier­dzą, iż co naj­mniej sto mi­lio­nów lat po nas po­ja­wił się na zie­mi ów ro­dzaj homo, któ­re­go osob­ni­ki zwie­my po­pu­lar­nie bez­wło­sy­mi ssa­ka­mi mam­mi­fe­res pri­ma­tes, czy­li Ły­sy­mi Mał­pa­mi.

Za­li­cze­nie homo do ssa­ków jest słusz­ne, mimo że nie po­sia­da on PŁETW, w prze­ci­wień­stwie do ssa­ków pły­wa­ją­cych (wie­lo­ry­bów i in­nych ce­ta­cea); mimo że nie po­sia­da SKRZY­DEŁ, w prze­ci­wień­stwie do ssa­ków fru­wa­ją­cych (nie­to­pe­rzy, wam­pi­rów i in­nych chi­rop­te­ra); mimo że nie jest CZWO­RO­NOŻ­NY, w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści mam­mi­fe­rów, ani CZWO­RO­RĘ­KI, w prze­ci­wień­stwie do resz­ty pri­ma­tes. Je­dy­na kwe­stia nie­roz­strzy­gnię­ta to czy na­le­ży on do pri­ma­tes ca­tar­r­hi­niens, zwa­nych Mał­pa­mi Sta­re­go Świa­ta, czy też do pri­ma­tes pla­tyn­hi­niens, zwa­nych Mał­pa­mi No­we­go Świa­ta.

Je­śli jed­nak ter­min mam­mi­fe­res pri­ma­tes nie bu­dzi żad­nych za­strze­żeń, to za­pro­te­sto­wać na­le­ży prze­ciw przy­miot­ni­ko­wi: "łysy". Stwier­dzo­no bo­wiem nie­zbi­cie, że całe cia­ło zwie­rzę­cia po­kry­te jest ro­dza­jem gę­stej i wy­so­kiej mu­ra­wy, w któ­rej za­ob­ser­wo­wa­no ist­nie­nie pew­nych pe­di­cu­li he­mip­te­ra, kar­mią­cych się krwią wy­ssa­ną z homo. Nie uda­ło się do­tąd zba­dać, na czym po­le­ga sym­bio­za tych dwóch stwo­rzeń. Homo prze­mil­cza to za­gad­nie­nie, pe­di­cu­li zaś są nie­ste­ty po pro­stu głu­pie i wzię­te przez nas na spyt­ki nic cie­ka­we­go po­wie­dzieć o homo, poza tym, że się dra­pie, nie umie­ją.

Data po­ja­wie­nia się homo pod po­wierzch­nią zie­mi trud­na jest do usta­le­nia przede wszyst­kim dla­te­go, iż nie wie­my do­brze, od ja­kie­go punk­tu roz­wo­ju tego ga­tun­ku mamy pra­wo nadać mu na­zwę homo. Pod­czas gdy jed­ni ucze­ni, za­li­cza­jąc homo do Wiel­kich Małp, umiesz­cza­ją go głę­bo­ko w epo­ce trze­cio­rzę­do­wej, inni nie chcą uznać za prób­kę wła­ści­we­go homo na­wet tych resz­tek, któ­re znaj­du­je­my wy­so­ko w war­stwie na­po­wierzch­nio­wej, pod ja­ki­miś trzy­stu mi­li­me­tra­mi pia­sku, przy­kry­te­go pro­sto­kąt­ną pły­tą z ka­mie­nia.

Je­śli do­dać do tego tezę pana Arcz­bi­szo­pa Usshe­ra, któ­ry po­wo­łu­jąc się na po­żar­tą z pra­wa w lewo ce­lu­lo­zę, zwa­ną z lewa w pra­wo: GE­NE­SIS V, twier­dzi, że we­dług homo-ka­len­da­rza homo po­ja­wił się na zie­mi o go­dzi­nie 9 rano dnia 28 paź­dzier­ni­ka 4004 roku A.CH. - to do­pie­ro za­ry­su­je się przed nami roz­ma­itość ocen da­wa­nych wie­ko­wi tego mam­mi­fe­ra.

Jed­no jest pew­ne. To mia­no­wi­cie, że zgod­nie z ob­li­cze­nia­mi dra Po­uderc­ka wiek homo nie prze­kra­cza 10 000 po­ko­leń, co jest chy­ba do­sta­tecz­nie mało, aby móc na­zwać całą tę cy­wi­li­za­cję nim­fio mło­dą.

Je­śli wol­no mi spa­ra­fra­zo­wać sło­wa Homo-ma­eter­linc­ka, to po­wiem, że jest ona naj­młod­sza ze wszyst­kich, ja­kie zna­my. Choć dzi­ka jesz­cze, po­nu­ra i czę­sto od­py­cha­ją­ca, z wie­lu punk­tów ma­ca­nia jest ona wyż­sza nie tyl­ko od cy­wi­li­za­cji in­nych ssa­ków, ale i od cy­wi­li­za­cji wie­lu hy­me­nop­te­rów, od skrzy­dla­tych, nad zie­mią ży­ją­cych api­cu­la­rum i od na­szych od­wiecz­nych wro­gów, krwio­żer­czych i bar­ba­rzyń­skich for­mi­ca­rum.

Na to nie­na­wist­ne sło­wo: for­mi­ca­rum, my­ślą­cy do­tąd o czymś in­nym Dru­gi Asy­stent prof. Du­cha otrzeź­wiał rap­tow­nie i na­sta­wił słuch. Wia­do­mo było, że Dru­gi Asy­stent prof. Du­cha nie ma po­ję­cia o na­ukach przy­rod­ni­czych, ale wia­do­mo było tak­że, choć nikt nie śmiał­by po­wie­dzieć tego otwar­cie, że za ten swój słuch wła­śnie po­sia­da on dwie ro­bot­ni­ce-mam­ki mie­sięcz­nie.

Sło­wo for­mi­cae zbu­dzi­ło jego czuj­ność. Po­nie­waż jed­nak prze­ga­pił był zda­nie, w któ­rym sło­wo to było za­war­te, tym bacz­niej na­sta­wił te­raz swe an­ten­ki, aby z na­stro­ju au­dy­to­rium zo­rien­to­wać się, czy w tym, co mó­wił prof. Mmaa, nie było rze­czy po­dej­rza­nych.

Mło­dzież na pra­wi­cy fa­lo­wa­ła z za­do­wo­le­niem an­ten­ka­mi i to uspo­ko­iło Dru­gie­go asy­sten­ta prof. Du­cha. Na mło­dzie­ży na pra­wi­cy moż­na było po­le­gać. Lu­bi­ła ona te zwro­ty o nie­prze­jed­na­nych, od­wiecz­nych, trój­mi­lio­no­let­nich, bar­ba­rzyń­skich wro­gach. Do­ma­ga­ła się nie tyl­ko obro­ny przed na­pa­stli­wy­mi gra­bież­ca­mi, ale i od­we­tu. Żą­da­ła nie tyl­ko po­więk­sze­nia po­li­mor­ficz­nej ho­dow­li żoł­nie­rzy o opan­ce­rzo­nych gło­wach, ob­da­rzo­nych prze­pięk­ną atro­fią in­stynk­tu sa­mo­za­cho­waw­cze­go, co zwa­ło się krót­ko: po­świę­ce­niem i po­gar­dą śmier­ci; żą­da­ła wię­cej, żą­da­ła stwo­rze­nia no­wej po­li­mor­ficz­nej me­to­dy ho­do­wa­nia ta­kich osob­ni­ków, któ­re by­ły­by zdol­ne do ata­ku. Mło­dzież na pra­wi­cy biła bra­wo.

Mło­dzież na le­wi­cy na­to­miast trwa­ła w kło­po­tli­wym mil­cze­niu. Wszy­scy chy­ba, któ­rym ro­man­tyzm ma­te­ria­li­zmu nie ode­brał po­czu­cia rze­czy­wi­sto­ści, wie­dzie­li do­sko­na­le, że pro­duk­cja żoł­nie­rzy i sty­mu­la­cyj­na wy­dzie­li­na nie­na­wi­ści do for­mi­cae jest ko­niecz­no­ścią, je­że­li na­wet jest złem. Mło­dzież na le­wi­cy zda­wa­ła so­bie spra­wę, że bez żoł­nie­rzy nie moż­na obro­nić cy­wi­li­za­cji wraz z jej zły­mi i do­bry­mi stro­na­mi. W naj­gru­biej i naj­ge­nial­niej skon­stru­owa­nym mu­rze obron­nym, naj­moc­niej sce­men­to­wa­nym za po­mo­cą wy­dzie­lin tra­wien­nych, bę­dą­cych krzy­kiem naj­no­wo­cze­śniej­szej me­ta­bo­li­zy, uka­zać się może szcze­li­na, któ­rą, dla obro­ny przed czy­ha­ją­cy­mi na tę oka­zję for­mi­cae, trze­ba wy­peł­nić opan­ce­rzo­ny­mi gło­wa­mi stra­ży, nim ro­bot­ni­cy-mu­ra­rze, po­świę­ca­jąc ży­cie swych obroń­ców, nie za­mu­ru­ją (za ich ple­ca­mi) ko­ry­ta­rzy pro­wa­dzą­cych do Cen­trum.

Z tego wszyst­kie­go zda­je so­bie do­brze spra­wę mło­dzież sku­pio­na po le­wej stro­nie au­dy­to­rium i nikt, na­wet naj­za­go­rzal­szy pa­cy­fi­sta, nie za­ry­zy­ko­wał­by twier­dze­nia prze­ciw­ne­go, na­wet gdy­by to twier­dze­nie prze­ciw­ne nie gro­zi­ło smut­ną kon­se­kwen­cją ode­bra­nia mam­ki.

A mimo to mło­dzież na le­wi­cy za­cho­wa­ła mil­cze­nie. Z trzech po­wo­dów:

Naj­waż­niej­sze było to, że mło­dzież na pra­wi­cy wy­prze­dzi­ła ją swy­mi bra­wa­mi i okla­ski­wa­nie spóź­nio­ne by­ło­by do­łą­cze­niem się do opi­nii pra­wi­cy, by­ło­by dzia­ła­niem nie dla do­bra spra­wy, ale na ko­rzyść prze­ciw­ni­ka.

Po dru­gie, mło­dzież na le­wi­cy twier­dzi­ła, iż na­le­ży umieć zor­ga­ni­zo­wać jak naj­lep­szą obro­nę, nie pod­sy­ca­jąc, nie roz­po­wszech­nia­jąc we­wnętrz­nych se­kre­cji, ta­kich jak nie­na­wiść, nie­to­le­ran­cja etc., któ­re, raz wsą­czo­ne w spo­łe­czeń­stwo, sta­ją się po­wo­dem tarć i nie­rów­no­ści w nim sa­mym i do­pro­wa­dzić mogą do klę­ski we­wnętrz­nej, tak jak go­rącz­ka, któ­ra mia­ła bro­nić or­ga­ni­zmu przed bar­ba­rzyń­ski­mi hor­da­mi mi­kro­bów, nie­po­ha­mo­wa­na w porę pa­styl­ką aspi­ry­ny, wy­pro­du­ko­wa­nej w ge­nial­nym che­mio-ab­do­me­nie pana ma­gi­stra Bay­era, sama stać się może mor­der­cą tego, cze­go mia­ła bro­nić.

Po trze­cie, mło­dzież po le­wej stro­nie au­dy­to­rium zda­wa­ła so­bie spra­wę, że po­więk­sze­nie po­li­mor­ficz­nej ho­dow­li ha­la­bard­ni­ków, nie­umie­ją­cych się sa­mo­dziel­nie od­ży­wiać, do­pro­wa­dzi do dal­sze­go wy­ci­ska­nia ro­bot­nic-ma­mek, wy­wo­łu­jąc nie­za­do­wo­le­nie w tej war­stwie, któ­rą mło­dzież na le­wi­cy uwa­ża za swo­ją bazę; że w na­stęp­stwie trze­ba bę­dzie po­więk­szyć licz­bę kon­sta­bli we­wnętrz­nych, któ­rzy tak­że nie umie­ją od­ży­wiać się sami, zmu­szą więc zno­wu mam­ki do zwięk­szo­nej pra­cy, a li­czeb­niej­si niż do­tąd, jesz­cze bacz­niej­szą będą mo­gli uwa­gę zwra­cać na mło­dzież sku­pio­ną na le­wi­cy, któ­ra bar­dzo tego nie lubi.

I, w kon­klu­zji, mło­dzież na le­wi­cy do­cho­dzi­ła do wnio­sku, że cho­ciaż jej przed­sta­wi­cie­le spod Wiel­kiej Ko­pu­ły Cen­tral­nej po­win­ni, ze wzglę­du na pa­trio­tycz­ną ra­cję sta­nu, skła­dać swą tkan­kę wy­bor­czą za naj­wyż­szym bu­dże­tem Ho­dow­li Ha­la­bard­ni­czej, to jed­nak chwa­lić się tymi rze­cza­mi te­raz i kla­skać - wca­le nie na­le­ży.

Lewa więc stro­na au­dy­to­rium po­zo­sta­wa­ła w spo­ko­ju, pod­czas gdy pra­wa stro­na biła prof. Mmaa rzę­si­ste bra­wa.

"Cóż za prze­dziw­ny, szcze­gól­ny wy­pa­dek teo­rii praw­do­po­do­bień­stwa! - za­sta­no­wił się prof. Mmaa. - Tych, któ­rzy re­agu­ją bi­ciem bra­wa, od tych, któ­rzy nie re­agu­ją, od­dzie­lić moż­na li­nią pra­wie że pro­stą! Zdro­wy roz­są­dek nig­dy by mi nie po­zwo­lił w to uwie­rzyć. Rze­czy­wi­stość jest jed­nak czymś wię­cej niż zdro­wy roz­są­dek. Rze­czy­wi­stość do­pusz­cza zbie­gi oko­licz­no­ści, któ­re ktoś, kto nie wie, że nie ma rze­czy nie­moż­li­wych, że wszyst­ko jest tyl­ko mniej lub bar­dziej praw­do­po­dob­ne, uwa­żać może za cuda". Za­koń­czyw­szy w ten spo­sób swą re­flek­sję, prof. Mmaa mach­nię­ciem an­ten­ki uci­szył au­dy­to­rium i cią­gnął da­lej swój wy­kład:

- Pra­ce na­uko­we, ja­kie po­sia­da­my o homo, nie są, pro­szę Pań­stwa, nie­ste­ty, tak bo­ga­te jak na­sza li­te­ra­tu­ra do­ty­czą­ca in­nych ssa­ków. Choć prze­cież homo jest do­się­gal­ny ła­two. Żyje on tuż na po­wierzch­ni zie­mi, a na­wet umie za­głę­biać się w nią i czy­ni to przy pew­nych oka­zjach, a z re­gu­ły po śmier­ci. Jak to się sta­ło, że zna­my go nie­do­sta­tecz­nie? Od­po­wiedź jest pro­sta. Mó­wi­łem już Pań­stwu, że homo-cy­wi­li­za­cja jest nim­fio mło­da. Homo jest naj­młod­szym ze zna­nych nam stwo­rzeń i po pro­stu, pro­szę Pań­stwa, nie mie­li­śmy kie­dy go zba­dać.

A na­sze me­to­dy na­uko­we wy­ma­ga­ją cza­su sto­sun­ko­wo dość dłu­gie­go. Na przy­kład, aby zba­dać, w wa­run­kach na­tu­ral­nych, homo za­miesz­ku­ją­ce­go tzw. Ga­lia Trans­al­pi­na, mu­sie­li­śmy, za po­mo­cą spe­cjal­nej me­to­dy po­li­mor­ficz­nej, wy­ho­do­wać nowy ga­tu­nek uczo­nych, zwa­ny lu­ci­fu­gus, wy­trzy­ma­łych na kli­mat pół­noc­ny. Aby uczy­nić ich sa­mo­wy­star­czal­ny­mi, mu­sie­li­śmy do­dać im od­po­wied­nie mam­ki, ha­la­bard­ni­ków, parę kró­lew­ską etc. i od­tran­spor­to­wać całą tę nową ko­lo­nię za po­śred­nic­twem pew­ne­go drew­nia­ne­go homo-stat­ku fe­nic­kie­go - za mo­rze, gdzie za­ło­ży­li­śmy sta­cje do­świad­czal­ne. W cią­gu oko­ło 2000 lat po­ko­le­nia uczo­nych lu­ci­fu­gus ba­da­ły, m.in., szyb­kość po­ru­sza­nia się homo po po­wierzch­ni zie­mi. One to wła­śnie od­kry­ły, iż homo po­tra­fi zmie­niać swe po­ło­że­nie geo­gra­ficz­ne za po­mo­cą ho­do­wa­nych przez sie­bie ssa­ków, zwa­nych koń­mi, któ­re są czymś w ro­dza­ju ol­brzy­mich, cięż­kich, nie­zgrab­nych, czwo­ro­noż­nych pcheł.

I oto na­gle, ostat­nio, oka­za­ło się, że uczo­nych ba­da­ją­cych owe homo-ko­nie na­le­ży prze­nieść z dzia­łu: PO­RU­SZA­NIE SIĘ HOMO do dzia­łu: OD­ŻY­WIA­NIE SIĘ HOMO, a do dzia­łu: PO­RU­SZA­NIE SIĘ HOMO trze­ba wy­pro­du­ko­wać po­li­mor­ficz­nie nowe po­ko­le­nia uczo­nych, do­sto­so­wa­nych do ba­da­nia no­wych homo-koni, tzw. homo-koni me­cha­nicz­nych, któ­rych cia­ła skła­da­ją się cał­ko­wi­cie z tego ma­te­ria­łu, ja­kim homo-ko­nie tzw. Ce­za­ra i tzw. Na­po­le­ona były je­dy­nie pod­ku­te.

Tak, pro­szę Pań­stwa, cy­wi­li­za­cja homo się zmie­nia i w ślad za jej zmia­na­mi zmie­niać się musi tech­ni­ka na­szych ba­dań. Na miej­sce uczo­nych ba­da­ją­cych tzw. HO­MO­NĘ­KA­NE­GOW­KA­TA­KUM­BACH pro­du­ko­wać mu­si­my no­wych uczo­nych przy­sto­so­wa­nych do ba­da­nia HO­MO­NĘ­KA­NE­GO­NA­ŚWIE­ŻYM­PO­WIE­TRZU. Na miej­sce uczo­nych, ba­da­ją­cych HO­MOW­BI­JA­NE­GO­NA­PAL, pro­du­ko­wać mu­si­my po­li­mor­ficz­nie nowe po­ko­le­nia uczo­nych, przy­sto­so­wa­nych do ba­da­nia HO­MOW­KRĘ­CA­NE­GOW­PA­STRAN­SMI­SYJ­NY. Te­mat ba­da­ny zmie­nia się szyb­ciej niż na­sze me­to­dy ba­da­nia. Ba­da­jąc homo-cy­wi­li­za­cję, mu­si­my być przy­go­to­wa­ni na to, że od­kry­je­my pra­wa sprzecz­ne ze sobą i ze zdro­wym roz­sąd­kiem, a jed­nak zgod­ne z rze­czy­wi­sto­ścią. Ostat­nio oka­za­ło się, na przy­kład, że ra­cję mie­li ucze­ni sta­rej szko­ły, gdy twier­dzi­li, że homo za­nu­rzo­ny w wo­dzie tra­ci na wa­dze tyle, ile waży woda wy­pchnię­ta przez homo; lecz że ra­cję mie­li rów­nież ucze­ni szko­ły póź­niej­szej, do­wo­dząc, iż woda, w któ­rej za­nu­rza się homo, zy­sku­je na wa­dze tyle, ile ważą wszyst­kie grze­chy za­nu­rzo­ne­go w niej homo.

Naj­now­sze ba­da­nia wy­ka­za­ły, że owa roz­ma­itość opi­nii, wy­da­wa­nych w róż­nych cza­sach, wy­ni­ka nie z błę­dów po­peł­nia­nych przez na­szych uczo­nych, lecz z fak­tu, iż te­mat ich ba­dań, owa homo-cy­wi­li­za­cja, jest czymś nie­sta­łym, czymś pod­le­ga­ją­cym pra­wom tzw. po­stę­pu, czymś zmie­nia­ją­cym się jak naj­gwał­tow­niej, nie tyl­ko z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie, ale, co naj­waż­niej­sze, w tym sa­mym po­ko­le­niu z roku na rok.

Mylą się ci fi­lo­zo­fo­wie, któ­rzy przy­pusz­cza­ją, iż to my tyl­ko do­strze­ga­my co­raz to nowe stro­ny tego sa­me­go, od po­cząt­ku skom­pli­ko­wa­ne­go zja­wi­ska. Mamy pod­sta­wy do twier­dze­nia, że zja­wi­sko było pro­ste i że samo kom­pli­ku­je się co­raz bar­dziej w mia­rę upły­wu cza­su. Roz­prze­strze­nie­nie się pew­ne­go pół­noc­ne­go ga­tun­ku homo i to­wa­rzy­szą­ce mu, a po raz pierw­szy w na­szej stu­mi­lio­no­let­niej hi­sto­rii za­no­to­wa­ne fak­ty, ta­kie jak roz­sa­dze­nie przy po­mo­cy wy­bu­cho­wej siły che­micz­nej na­szych bu­dow­li na­po­wierzch­nio­wych, co zmu­si­ło pew­ne osie­dla do po­rzu­ce­nia pięk­nej ar­chi­tek­tu­ry wy­so­kich kop­ców i cał­ko­wi­te­go prze­nie­sie­nia się pod zie­mię, jest chy­ba do­sta­tecz­nym do­wo­dem, że za­czy­na­ją się dziać obok nas rze­czy, o któ­rych mu­si­my wie­dzieć nie tyl­ko z obo­wiąz­ku na­uko­we­go, ale i z obo­wiąz­ku oby­wa­tel­skie­go.

Lada po­ko­le­nie homo-epi­de­mia stać się może groź­na nie tyl­ko dla nas, ale dla wszyst­kich he­xa­po­des. Nie wiem, co są­dzą o tym po­li­ty­cy, na­uka jed­nak uwa­ża, że je­śli, w swej nie­na­wi­ści je­den do dru­gie­go, roz­pę­ta­my nową woj­nę, je­dy­nym zwy­cięz­cą, któ­ry zo­sta­nie na pla­cu, oka­zać się może: homo. "Być może - je­śli wol­no mi za­cy­to­wać na­sze­go sprę­ży­ste­go Er­r­tran­da Bus­sel­la - być może, że z ko­smicz­ne­go punk­tu ob­wą­chi­wa­nia nie ma cze­go ża­ło­wać; ja jed­nak, jako ter­mit, nie mogę po­wstrzy­mać wes­tchnie­nia nad moim wła­snym ga­tun­kiem".

Ostat­nie zda­nie prof. Mmaa wy­rzekł pra­wie z em­fa­zą. Po­zwo­lił so­bie na­wet uczy­nić po nim krót­ką, lecz efek­tow­ną pau­zę. Nim jed­nak słu­cha­cze zdą­ży­li się zo­rien­to­wać, czy jest on za bu­dże­tem ha­la­bard­ni­czym, czy prze­ciw, prof. Mmaa pod­niósł wy­żej swe pięk­ne, wą­skie an­ten­ki i mó­wił da­lej rze­czo­wym, spo­koj­nym gło­sem na­ukow­ca:

- Za pierw­sze­go ze współ­cze­snych mam­mi­fe­ro­lo­gów uwa­żać na­le­ży nie­od­ża­ło­wa­ne­go Gi­ne­oka, któ­ry miał spo­sob­ność stu­dio­wa­nia homo w wa­run­kach na­tu­ral­nych. Nie­ste­ty, zło­ży­ło się tak nie­szczę­śli­wie, że zwie­rzę, ja­kim się zaj­mo­wał, mia­no­wi­cie nie­ja­ki Ko­enig, oka­za­ło się en­to­mo­lo­giem i za­in­te­re­so­wa­ło się na­szym uczo­nym tak samo, jak ten nim. Współ­pra­ca, któ­ra w za­sa­dzie mo­gła być ko­rzyst­na dla stron obu, skoń­czy­ła się nie­szczę­śli­wie dla na­sze­go mam­mi­fe­ro­lo­ga, któ­ry zgi­nął bo­ha­ter­ską śmier­cią uczo­ne­go, roz­gnie­cio­ny - nie uda­ło się nam stwier­dzić, w ja­kim celu - jed­ną z dwóch stóp en­to­mo­lo­ga ga­tun­ku homo.

Na szczę­ście pra­ca na­sze­go uczo­ne­go nie po­szła na mar­ne, po­nie­waż gło­wa jego zo­sta­ła od­szu­ka­na i zje­dzo­na wraz z całą za­war­tą w niej wie­dzą przez na­sze­go sław­ne­go Sme­eth­ter­ma, któ­ry wraz ze zna­ko­mi­tym Ha­gen­ter­mem jest praw­dzi­wą kró­lo­wą-mat­ką no­wo­cze­snej już nie tyl­ko mam­mi­fe­ro­lo­gii, ale i an­tro­po­lo­gii.

Jak trud­ne jest ob­ser­wo­wa­nie tych zwie­rząt w ich wa­run­kach na­tu­ral­nych, zro­zu­mie­ją Pań­stwo, gdy po­wiem, że do­ko­ny­wać ba­dań trze­ba od ZE­WNĄTRZ, a nie od WE­WNĄTRZ homo, wy­mia­ry zaś po­szcze­gól­nych or­ga­nów zwie­rzę­cia są tak wiel­kie, że ob­jąć ca­ło­ści nie spo­sób.

Gdy­by trzy­dzie­stu nas sta­nę­ło je­den za dru­gim, an­ten­ką w ab­do­men, otrzy­ma­li­by­śmy tzw. homo-dłu­gość A lub homo-dłu­gość B, za­leż­nie od tego, czy sta­nę­li­by­śmy rów­no­le­gle do le­wej czy do pra­wej sto­py zwie­rzę­cia. Gdy­by­śmy na­to­miast chcie­li do­rów­nać homo-osob­ni­ko­wi w płasz­czyź­nie pio­no­wej, ty­siąc nas mu­sia­ło­by sta­nąć, przy­najm­niej teo­re­tycz­nie, je­den za dru­gim. Mó­wię: teo­re­tycz­nie, po­nie­waż w prak­ty­ce jest to nie­moż­li­we z dwóch wzglę­dów. Po pierw­sze, ten, któ­ry by był na dole, zo­stał­by zgnie­cio­ny cię­ża­rem 999 ter­mi­tów, sto­ją­cych na jego tho­rak­sie, i w ten spo­sób ogól­na wy­so­kość sta­le by się zmniej­sza­ła; po dru­gie zaś, naj­do­sko­nal­si z na­szych gim­na­sty­ków nie po­tra­fi­li­by w ta­kiej fi­gu­rze po­do­łać pra­wom rów­no­wa­gi.

Jest dla nas ta­jem­ni­cą, jak homo roz­wią­zał za­gad­nie­nie pierw­sze. Dla­cze­go dol­na, na­ci­ska­na ca­łym cię­ża­rem osob­ni­ka, homo-tkan­ka nie zo­sta­je roz­gnie­cio­na i dla­cze­go homo nie za­pa­da się, lecz prze­ciw­nie, w pew­nym okre­sie swe­go ży­cia na­wet ro­śnie. Jest dla nas ta­jem­ni­cą rów­nież, w jaki spo­sób homo roz­wią­zu­je za­gad­nie­nie utrzy­my­wa­nia się wer­ty­kal­ne­go, któ­re jest jed­ną z cech naj­bar­dziej dlań cha­rak­te­ry­stycz­nych.

Na ho­ry­zon­tal­ność bo­wiem homo zdo­by­wa się je­dy­nie w wiel­kich chwi­lach swe­go ży­cia: po tzw. przyj­ściu na świat, w cza­sie dziw­ne­go sta­nu re­ge­ne­ra­cji or­ga­ni­zmu, któ­ra od­by­wa się u nie­go co dobę, w cza­sie ko­pu­la­cji oraz po śmier­ci. Ów nie­praw­do­po­dob­ny upór, z ja­kim, poza wy­mie­nio­ny­mi okre­sa­mi, homo trzy­ma się swej po­zy­cji pio­no­wej, ma w so­bie coś nie­po­ko­ją­ce­go. Ni­ko­mu jed­nak nie uda­ło się do­tąd od­kryć me­cha­ni­zmu utrzy­mu­ją­ce­go homo w jego rów­no­wa­dze chwiej­nej, choć homo-ana­to­mia jest nam zna­na w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach dzię­ki do­sko­na­łym pra­com na­szych pro­sek­to­rów, któ­rzy zaj­mo­wa­li się tym te­ma­tem od sa­me­go po­ja­wie­nia się homo po­zio­me­go pod po­wierzch­nią zie­mi.

Ana­to­mii tej wszyst­kie szcze­gó­ły znaj­dą Pań­stwo w set­kach Eg­zem­pla­rzy za­miesz­ku­ją­cych na­szą Bi­blio­te­kę Aka­de­mic­ką. Po po­bież­nym na­wet z nimi ze­tknię­ciu rzu­ca się w po­wo­nie­nie, iż mało jest stwo­rzeń, któ­re by przy­ro­da po­śled­niej uzbro­iła w ich wal­ce o byt. Od przy­ro­dy homo nie tyl­ko nie otrzy­mał psz­cze­le­go żą­dła ani chi­ty­no­we­go pan­ce­rza for­mi­cae, lecz i zęby jego zda­ją się za­ni­kać co­raz bar­dziej.

Od przy­ro­dy nie otrzy­mał homo tak­że i skrzy­deł. Peł­ne wagi są wpraw­dzie ar­gu­men­ty pew­nych uczo­nych, któ­rzy twier­dzą, iż nikt nig­dy nie wi­dział homo-osob­ni­ka ze skrzy­dła­mi wła­śnie dla­te­go, że homo-osob­ni­ki skrzy­dla­te po­sia­da­ją skrzy­dła i żyją w wy­mia­rze nad­po­wierzch­nio­wym. Rze­czy­wi­ście, być może, że osob­ni­ki ta­kie ist­nie­ją, my jed­nak nic o nich nie wie­my i nie wie­my tak­że, czy za­li­czy­li­by­śmy je do ro­dza­ju homo, gdy­by­śmy coś o nich wie­dzie­li.

Już od dłuż­sze­go cza­su prof. Duch uśmie­chał się zło­śli­wie. I gdy prof. Mmaa za­trzy­mał się na chwi­lę po krop­ce, prof. Duch przy­wo­łał ge­stem swe­go Pierw­sze­go Asy­sten­ta i rzekł kon­fi­den­cjo­nal­nie:

- Czu­ję w tym ja­kąś mi­sty­fi­ka­cję...

- Czyż­by? - rzekł z sza­cun­kiem Pierw­szy Asy­stent prof. Du­cha. A Dru­gi Asy­stent prof. Du­cha zwró­cił się do Pierw­sze­go Asy­sten­ta prof. Du­cha i spy­tał szyb­ko:

- Czy są­dzi pan, pa­nie ko­le­go, że ta "mi­sty­fi­ka­cja" może mieć ja­kiś zwią­zek z ostat­ni­mi za­rzą­dze­nia­mi?

Lecz Pierw­szy Asy­stent prof. Du­cha, ma­jąc wy­ro­bio­ne zda­nie o Dru­gim Asy­sten­cie prof. Du­cha, ofuk­nął go nie­cier­pli­wym: "Niech mi pan ko­le­ga da spo­kój!" - i od­wró­cił się doń ab­do­me­nem.

ROZDZIAŁ TRZECIw którym porzucamy na chwilę prof. Mmaa i jego wywody, aby zająć się pewnymi sprawami dnia powszedniego

Owe "ostat­nie za­rzą­dze­nia", o któ­rych wspo­mniał Dru­gi Asy­stent prof. Du­cha, za­słu­gu­ją może na to, by bli­żej się z nimi za­po­znać.

Na naj­wyż­szym pię­trze Osie­dla; naj­da­lej od bez­piecz­nej, swo­bod­nej głę­bi zie­mi; pięć ty­się­cy mi­li­me­trów nad po­wierzch­nią; w ka­za­ma­tach, o któ­rych na samą myśl dreszcz wstrzą­sa tho­rak­sem i ab­do­men kur­czy się bo­le­śnie; tam, gdzie sku­pia się cała gę­stość tru­ją­ca po­wie­trza i gdzie nie do­cho­dzi już cie­pło fer­men­tu­ją­cych w ko­tle cen­tral­ne­go ogrze­wa­nia źdźbeł tra­wy; tam, gdzie sta­re, mi­lio­no­let­nie mury roz­pa­la­ją się od dnia roz­kwi­ta­ją­ce­go w nie­zna­nym i ta­jem­ni­czym Na­zew­nątrz i zięb­ną od nocy po­że­ra­ją­cej dzień; w naj­po­twor­niej­szych ko­ry­ta­rzach, przez któ­rych ścia­ny omal nie sły­szy się nie­na­wist­ne­go brzę­cze­nia api­da­rum, skła­da­ją­cych miód w ze­wnętrz­nych szcze­li­nach mu­rów; w za­ka­mar­kach, któ­rych kąt każ­dy stra­szy uka­zu­ją­cym się na­gle stąd czy stam­tąd roz­chy­bo­ta­nym po­wie­wem, któ­ry nie­raz, wy­da­je się, przy­no­si ze sobą prze­raź­li­we, bez­kształt­ne syl­we­ty za­pa­chu for­mi­cae; w tej, jed­nym sło­wem, Po­kry­wie Świa­ta, w któ­rej ani jed­na z sze­ściu stóp sza­nu­ją­cej się isto­ty, stwo­rzo­nej na po­do­bień­stwo Naj­głęb­sze, nie po­win­na po­stać, je­śli nie bę­dzie nią sto­pa ar­che­olo­gów, hi­sto­ry­ków czy tu­ry­stów zwie­dza­ją­cych za­byt­ki mniej lub bar­dziej sław­nej prze­szło­ści; w tej, po­wta­rzam, Po­kry­wie Po­kryw, w tej Ko­pu­le Ko­puł, w tym Wierz­chu Wierz­chów, w tym Czub­ku, bę­dą­cym za­ka­łą na­szych cza­sów, w Czub­ku, któ­ry w imię ter­mi­ta­ry­zmu daw­no już na­le­ża­ło znieść z nad­głę­bi zie­mi - za­mknię­tych zo­sta­ło na pod­sta­wie ostat­nie­go za­rzą­dze­nia pięć­dzie­siąt ma­mek.

Bez­stron­ny kro­ni­karz przy­znać musi, że nie zo­sta­ły one za­mu­ro­wa­ne. Za­mu­ro­wy­wa­nie zni­kło bez­pow­rot­nie od cza­su, gdy (przed dzie­siąt­ka­mi po­ko­leń) zbun­to­wa­ne po­spól­stwo siłą wy­wa­li­ło w za­ce­men­to­wa­nym ko­ry­ta­rzu przej­ście i uwol­niw­szy le­d­wo ży­ją­ce­go już ska­zań­ca, uczy­ni­ło zeń bo­ha­te­ra ab­do­me­no­we­go, któ­ry po doj­ściu do wła­dzy zniósł karę za­mu­ro­wy­wa­nia z krom­ką ce­lu­lo­zy, a więc karę śmier­ci przez udu­sze­nie, a usta­no­wił o wie­le mniej bru­tal­ną i bar­dziej ter­mi­ta­ni­tar­ną karę za­ma­rza­nia gło­dem.

Mam­ki nie zo­sta­ły za­mu­ro­wa­ne. W ko­ry­ta­rzu jed­nak usta­wio­no war­tę i nikt z więź­niów nie łu­dził się na­dzie­ją prze­mknię­cia mię­dzy fa­lu­ją­cy­mi bez prze­rwy an­ten­ka­mi straż­ni­ków, i ni­ko­mu na­wet na myśl nie przy­szła z góry na klę­skę ska­za­na po­ku­sa ude­rze­nia w ich opan­ce­rzo­ne łby.

Służ­ba war­tow­ni­cza na Szczy­cie była nad wy­raz mę­czą­ca. To­też straż­ni­cy zmie­nia­li się dość czę­sto. Z chwi­lą gdy zmia­na uka­zy­wa­ła się w ko­ry­ta­rzu, ci, któ­rzy swą pra­cę od­ro­bi­li już, zbie­ga­li spiesz­nie w dół, do cie­pła ter­mo­sy­fo­nów i do swej wła­snej skrom­nej mam­ki, któ­ra po­win­na już była mieć przy­go­to­wa­ny obiad (albo ko­la­cję) z ce­lu­lo­zy stra­wio­nej na mięk­ko przez pro­to­zo­ony ho­do­wa­ne w jej ku­chen­nym ab­do­me­nie.

Straż­ni­cy byli, jak ogół ab­do­me­now­ców zresz­tą, śle­pi, lecz na do­da­tek byli jesz­cze, jak ogół funk­cjo­na­riu­szy De­par­ta­men­tu Spraw Ośrod­ko­wych - głu­pi. Nie zna­czy to, iż po­zba­wie­ni byli cał­ko­wi­cie in­te­li­gen­cji, je­śli sło­wo in­te­li­gen­cja obej­mu­je, jak chcą nie­któ­rzy psy­cho­tech­ni­cy, tak zwa­ną zdol­ność "HMV" (czy­li zdol­ność po­zna­wa­nia Gło­su Swe­go Pana) oraz tak zwa­ną zdol­ność TA­KJE­EST­PA­ANIE­PO­RUCZ­NII­KU (czy­li zdol­ność re­ak­cji na jego po­le­ce­nia). Je­że­li uży­li­śmy sło­wa "głu­pi", to chcie­li­śmy po­wie­dzieć przez to tyle tyl­ko, że za­sta­na­wia­nie się nad tym, co czy­nią, wy­da­wa­nie są­dów, wy­cią­ga­nie wnio­sków i w ogó­le po­je­dyn­ko­wa­nie się z wła­sny­mi my­śla­mi nie le­ża­ło w ich in­te­re­sie.

Cza­sem jed­nak na­wet in­te­res wła­sny oka­zu­je się ha­mul­cem za sła­bym, gdy cho­dzi o po­ku­sę wy­pa­pla­nia tego, co na­zy­wa się Ta­jem­ni­cą Służ­bo­wą. Zwłasz­cza gdy głów­na atrak­cja tego "wła­sne­go in­te­re­su": obiad, na któ­ry cze­ka­ło się w za zim­nym czy w za go­rą­cym ko­ry­ta­rzu; obiad, do któ­re­go spie­szy­ło się tak bar­dzo - oka­zu­je się kwa­śny i pach­ną­cy ce­lu­lo­zą źle stra­wio­ną przez pro­to­zo­ony naj­nędz­niej­sze­go ab­do­me­nu naj­chud­szej ze wszyst­kich ma­mek. W ta­kiej chwi­li zro­zu­mia­ła jest re­ak­cja zi­ry­to­wa­ne­go funk­cjo­na­riu­sza, któ­ry, nie mo­gąc już li­czyć ani na kro­plę zupy wię­cej, mam­kę swo­ją w kąt od­kop­nie ze zło­ścią, do­da­jąc zgryź­li­wie: "Taką pie­rzy­cę po­win­no się za­mknąć ra­zem z tymi pięć­dzie­się­cio­ma i za­mo­rzyć!".

Mam­ka nie od­rze­kła nic. Nie była pierw­szej mło­do­ści, przy­zwy­cza­iła się, nie ra­zi­ło jej już to trak­to­wa­nie, ro­zu­mia­ła zresz­tą jego wła­ści­we przy­czy­ny i uzna­wa­ła ich słusz­ność: obiad był kwa­śny i rze­czy­wi­ście pach­niał źle stra­wio­ną ce­lu­lo­zą - lecz cóż na to mo­gła po­ra­dzić?

Za­krząt­nę­ła się szyb­ko i żeby unik­nąć dal­szych awan­tur, wy­bie­gła w wą­skie, krę­te i odra­pa­ne ko­ry­ta­rze przed­mie­ścia za swy­mi go­spo­dar­ski­mi spra­wa­mi.

Przed kasą, w któ­rej wy­pła­cić jej mia­no na­stęp­ną ra­cję ce­lu­lo­zy, cze­kać mu­sia­ła dłu­go wraz z in­ny­mi mam­ka­mi, któ­re nie ma­jąc nic lep­sze­go do ro­bo­ty, zaj­mo­wa­ły się plot­ka­mi. Nic dziw­ne­go więc, że kie­dy mam­ka funk­cjo­na­riu­sza bąk­nę­ła o za­mknię­ciu pięć­dzie­się­ciu ma­mek, wia­do­mość ta roz­nio­sła się sze­ro­ko jak nie po­ha­mo­wa­na w porę pleśń.

Wła­ści­wie wła­dze nie po­win­ny były z wia­do­mo­ści tej czy­nić ta­jem­ni­cy. Je­śli nie wy­to­czo­no mam­kom nor­mal­ne­go pro­ce­su (nie ma­jąc, być może, do­sta­tecz­nych pod­staw praw­nych), to ja­kiż inny cha­rak­ter mo­gło mieć owo ska­za­nie, je­śli nie cha­rak­ter re­pre­sji i ostrze­że­nia? A cóż war­te jest ostrze­że­nie, je­śli trzy­ma się je w ta­jem­ni­cy? W ta­jem­ni­cy, któ­ra nie ma na celu dzia­ła­nia na wy­obraź­nię, któ­ra nie ma na celu stwo­rze­nia le­gen­dy okrut­niej­szej jesz­cze od rze­czy­wi­sto­ści, więc nie w ta­jem­ni­cy ob­li­czo­nej jako na­rzę­dzie po­stra­chu, lecz w tej zwy­kłej ta­jem­ni­cy, o któ­rej wszy­scy wie­dzą, że po­cho­dzi z oba­wy przed re­ak­cją po­spól­stwa. Owo wy­ko­na­nie re­pre­sji, ale trzy­ma­nie ich w ta­jem­ni­cy, wy­da­wa­ło się jesz­cze jed­nym z wie­lu do­wo­dów sła­bo­ści Ma­cek Rzą­dzą­cych.

Tak, wszę­dzie, we wszyst­kich ko­ry­ta­rzach, na wszyst­kich pię­trach da­wa­ło się sły­szeć wzbie­ra­ją­cą tę­sk­no­tę za rzą­dem Sil­nych An­ten. Wszyst­ko już jed­no za ja­kim. Ja­ki­kol­wiek, lecz ob­da­rzo­ny siłą, był­by lep­szy od tej chwiej­no­ści dzi­siej­szej, od tej nie­zde­cy­do­wa­nej ga­dul­skiej sła­bo­ści, bę­dą­cej źró­dłem wszel­kich nie­szczęść. I nie tyl­ko wy­żsi funk­cjo­na­riu­sze, i nie tyl­ko więk­szość au­dy­to­riów, ale i owo tzw. po­spól­stwo - zna­ją­ce do­brze war­tość dyny, czy­li tej siły, któ­rą trze­ba zu­żyć dla nada­nia ma­sie o wiel­ko­ści jed­ne­go gra­ma przy­spie­sze­nia jed­ne­go cen­ty­me­tra na se­kun­dę w każ­dej se­kun­dzie; czy­li tej siły, któ­ra wy­ma­ga pra­cy jed­ne­go erga na każ­dy cen­ty­metr - ono tak­że wo­la­ło­by Siłę, ja­ką­kol­wiek, lecz Siłę, w któ­rą po­tra­fi­ło­by wie­rzyć i za któ­rą umia­ło­by od­dać ży­cie.

Uwa­ga Dru­gie­go Asy­sten­ta prof. Du­cha o "ostat­nich za­rzą­dze­niach" za­pro­wa­dzi­ła nas na ma­now­ce, w któ­re wleźć ła­two, ale z któ­rych wy­do­stać się tym trud­niej, im bli­żej je­ste­śmy praw­dy. Nie dla­te­go, by praw­da była non im­pri­ma­tur, lecz dla­te­go, iż praw­dy nie ma, po­nie­waż, jak to od­krył przed paru po­ko­le­nia­mi nie­ja­ki Che­gel, praw­dą jest, że praw­dy nie ma, ale się sta­je. Kto przy­po­mi­na so­bie bli­żej sto­sun­ki pa­nu­ją­ce w Osie­dlu w owych cza­sach, zo­rien­tu­je się od razu, ja­kie skut­ki po­cią­gnąć za sobą mu­sia­ło ta­kie twier­dze­nie. Wy­ni­ka­ło z nie­go prze­cież nie­dwu­znacz­nie, że je­śli praw­da, to i rze­czy­wi­stość, i wia­ra, i ide­ały, ad­mi­ni­stra­cja i wszel­kie in­sty­tu­cje nie są ab­so­lut­ne, nie są osta­tecz­ne, a je­dy­nie sta­ją się. Nie ma kró­lo­wej, skła­da­ją­cej jaja, kró­lo­wa sta­je się. Nie ma ab­do­me­now­ców, ma­mek, ha­la­bard­ni­ków - wszy­scy oni sta­ją się. Nie ma obia­dów ze stra­wio­nej ce­lu­lo­zy, obia­dy ze stra­wio­nej ce­lu­lo­zy sta­ją się. Sta­ją się dzię­ki tym, któ­rzy je two­rzą, a więc mogą być zmie­nio­ne przez tych, któ­rzy je two­rzą. I na­gle an­ten­ki gło­wy spo­łe­czeń­stwa za­trze­po­ta­ły nie­spo­koj­nie, tho­rax za­drżał na swych no­gach tho­rak­sycz­nych i, w owym roz­bi­ciu ab­so­lu­tu, je­dy­nie ab­do­men po­czuł pod sto­pa­mi ro­dzaj ab­so­lut­ne­go opar­cia.

Ko­muś z in­ne­go świa­ta wy­dać się może dziw­ne, że pew­na spe­ku­la­cja me­ta­fi­zycz­na, że pew­na kom­bi­na­cja słów nie­ozna­cza­ją­cych ni­cze­go kon­kret­ne­go, a wy­my­ślo­nych, mo­gła mieć wpływ na ma­te­rial­ne za­cho­wa­nie się owych he­xa­po­da. Ktoś z in­ne­go świa­ta po­wi­nien do­wie­dzieć się za­tem, że miesz­kań­cy Osie­dla ho­do­wa­li w swych gło­wach, tho­rak­sach i ab­do­me­nach pew­ne ko­lo­nie bak­te­rii zwa­nych - słusz­nie czy nie - bak­te­ria­mi su­mie­nia, któ­re ka­za­ły im ra­cjo­na­li­zo­wać ich czy­ny, czy­li wy­my­ślać przy­czy­ny po do­ko­na­niu fak­tów. Gdzie zaś le­piej zna­leźć moż­na wy­tłu­ma­cze­nie swych czy­nów, je­śli nie w kom­bi­na­cjach słów, two­rzą­cych ta­kie czy inne roz­grze­sza­ją­ce fi­lo­zo­fie.

Żad­ne cy­fry fi­zy­ki po­ra­dzić nic nie mo­gły na owe bak­te­rie, wiecz­nie głod­ne ab­so­lu­tu słów me­ta­fi­zycz­nych. Sko­ro jed­nak me­ta­fi­zyk sam pod­wa­ży ab­so­lut­ność ab­so­lu­tów, me­ta­fo­rycz­na gło­wa i tho­rax spo­łe­czeń­stwa, któ­rym to się wyda nie­wy­god­ne, będą w nie­po­ko­ju od­rzu­cać jego teo­rię, ab­do­men zaś, któ­ry zo­ba­czy w niej ko­rzy­ści dla sie­bie, uczy­ni so­bie Ab­so­lut ze Względ­no­ści.

Tak, miesz­kań­com Osie­dla trud­no jest się po­zbyć swych pa­so­ży­tów we­wnętrz­nych i po pro­stu tyl­ko żyć i wal­czyć o byt. Je­śli ktoś z in­ne­go świa­ta ze­chce na­zwać owe we­wnętrz­ne bak­te­rie bak­te­ria­mi nie su­mie­nia, lecz hi­po­kry­zji, bez­stron­ny kro­ni­karz nic na to po­ra­dzić nie po­tra­fi.

Dla osob­ni­ków do­brej woli, roz­wa­ża­ją­cych wszyst­kie te za­gad­nie­nia, jed­na rzecz nie ule­ga­ła wąt­pli­wo­ści od daw­na. Ta mia­no­wi­cie, iż coś szwan­ku­je w pro­duk­cji no­wych po­ko­leń. Jed­ni zwa­la­li winę na nie­do­sko­na­łość sper­my kró­lew­skiej, inni oskar­ża­li kró­lo­wą o "non­sza­lan­cję", jed­ni ob­wi­nia­li gi­ne­ko­lo­gów, inni na­uczy­cie­li kar­mią­cych lar­wy, lecz po czy­jej­kol­wiek stro­nie le­ża­ła­by ra­cja, fakt po­zo­sta­wał fak­tem i od­se­tek od­chy­leń od typu stan­dar­do­we­go był w każ­dej se­rii po­kaź­ny. Nie tak rzad­kim zja­wi­skiem oka­zy­wał się ry­cerz z reszt­ka­mi in­stynk­tu uciecz­ki, mąż sta­nu opa­trzo­ny strzy­kaw­ką gi­ne­ko­lo­ga, nie było go­dzi­ny, w któ­rej nie wy­da­rzył­by się wy­pa­dek przy­ję­cia na świat na­uczy­cie­la o spe­cjal­nie ogra­ni­czo­nym ho­ry­zon­cie umy­sło­wym niż­sze­go kon­sta­bla, nie było kwa­dran­sa, by nie zja­wił się ab­do­me­no­wiec czy mam­ka o wie­lo­płasz­czy­zno­wych oczkach, nie­bę­dą­cych w zu­peł­nym za­ni­ku.

Jed­ni twier­dzi­li, że to te osob­ni­ki nie­stu­pro­cen­to­we win­ne są wszyst­kich nie­szczęść cy­wi­li­za­cji, inni jed­nak, nie bez pew­nej dozy słusz­no­ści, ob­sta­wa­li przy pa­ra­dok­sie, że po­stęp cy­wi­li­za­cji ich wła­śnie jest dzie­łem.

Wy­two­rzył się na­wet pe­wien ro­dzaj sno­bi­zmu, ba! - pe­wien kult osob­ni­ków nie-"ef-ef"; ka­dzo­no im zio­ła­mi po­chlebstw, otwie­ra­no przed nimi sa­lo­ny o wy­lu­stro­wa­nych po­sadz­kach i zda­rza­ło się, że to oni wła­śnie osią­ga­li naj­do­stoj­niej­sze za­szczy­ty, urzę­dy, apar­ta­men­ta, nie wy­łą­cza­jąc tych, któ­re są­sia­do­wa­ły z sy­pial­nią kró­lo­wej. Cóż, moż­na było sły­szeć gło­sy, że to oni wła­śnie są naj­do­sko­nal­szy­mi isto­ta­mi, że to oni je­dy­nie umie­ją kosz­to­wać smak praw­dzi­we­go ży­cia, jak gdy­by w ogó­le wia­do­mo było, co to jest ta­kie­go ów smak praw­dzi­we­go ży­cia.

Sław­ni byli i mod­ni i cie­szy­li się po­wo­dze­niem hi­sto­ry­cy, któ­rzy twier­dzi­li, iż w cza­sach przed­mi­lio­no­let­nich nie ist­nia­ła stan­da­ry­za­cja ty­pów i choć zna­ne nam dzi­siaj ce­chy były wów­czas mniej do­sko­na­łe, mniej spe­cy­ficz­ne, to jed­nak po­sia­dał je na ogół wszyst­kie, choć w róż­nych pro­por­cjach, każ­dy osob­nik, co czy­ni­ło go wszech­stron­niej­szym, bo­gat­szym w prze­ży­cia we­wnętrz­ne, bar­dziej sa­mo­wy­star­czal­nym i - co za tym idzie - szczę­śliw­szym. Do­szło do tego, iż za­gad­nie­nie tak nie­waż­ne i wul­gar­ne, jak za­gad­nie­nie szczę­ścia, zo­sta­ło po­sta­wio­ne pra­wie ofi­cjal­nie i kie­dy pew­na aka­de­mia pro­win­cjo­nal­na ogło­si­ła kon­kurs na pra­cę pt. Czy roz­wój cy­wi­li­za­cji czy­ni jed­nost­kę szczę­śliw­szą, nie­ja­ki Jan Ja­kub Ru­dzie­lec od­po­wie­dział po pro­stu: NIE! - i zo­stał przy­ję­ty bra­wa­mi. Ośmie­lo­ny tym po­wo­dze­niem za­czął gło­sić ni mniej, ni wię­cej tyl­ko po­wrót do na­tu­ry, czy­li - przyj­mu­jąc jego wła­sną de­fi­ni­cję "na­tu­ry" - po­wrót do fik­cji, któ­ra, być może, w ogó­le nie ist­nia­ła i praw­do­po­dob­nie nie bę­dzie ist­nia­ła nig­dy. On to tak­że, zda­jąc so­bie spra­wę, iż ide­al­ną pod­sta­wą pra­wa po­li­tycz­ne­go może być je­dy­nie fik­cja, gło­sił je­dy­nie za­sa­dę przy­mu­so­we­go za­wie­ra­nia do­bro­wol­nych umów po­mię­dzy osob­ni­ka­mi i Osie­dlem. Co naj­dziw­niej­sze, nie zo­stał za to wszyst­ko ani za­mu­ro­wa­ny, ani za­mo­rzo­ny gło­dem. Prze­ciw­nie, naj­lep­sze to­wa­rzy­stwa biły się ze sobą o to, by przyj­mo­wać go w swo­ich sa­lo­nach, wal­czy­ły o ho­nor czę­sto­wa­nia go nek­ta­rem wy­ci­śnię­tym z wła­sne­go ab­do­me­nu, jed­nym sło­wem - przyj­mo­wa­no go jak kró­la. Nic więc dziw­ne­go, że mu­sia­ły wy­buch­nąć roz­ru­chy, któ­rych ofia­rą stał się król praw­dzi­wy.

Zie­le­nia­rze i dok­to­rzy żą­da­li kon­trak­tów Ru­dziel­co­wych, ab­do­me­now­cy żą­da­li pra­wa li­za­nia dóbr prze­tra­wio­nych w ich wła­snych ab­do­me­nach, a wszy­scy żą­da­li zrów­na­nia w świe­tle.

Przy czym, pod­czas gdy jed­ni do­ma­ga­li się zrów­na­nia in plus, czy­li jed­no­li­tej me­to­dy po­li­mor­ficz­nej, za­pew­nia­ją­cej wszyst­kim lar­wom ukształ­to­wa­nie się owych wy­rost­ków ro­bacz­ko­wych, zwa­nych oczka­mi - inni ob­sta­wa­li przy zrów­na­niu in mi­nus i byli za ośle­pie­niem osob­ni­ków no­szą­cych oczka, nie bez słusz­no­ści do­wo­dząc przy tym, ja­kie nie­bez­pie­czeń­stwo po­cią­gnąć może za sobą po­wszech­ne i do­bro­wol­ne na­ra­ża­nie się de­mo­no­wi i roz­pu­ście he­lio­tro­pi­zmu.

Skoń­czy­ło się to wszyst­ko w ten spo­sób, że usta­lo­no w obec­no­ści i pod au­spi­cja­mi Isto­ty Naj­głęb­szej, iż nie­rów­no­ści nie wy­ni­ka­ją z praw­dy ab­so­lut­nej i że rów­ność, jaka te­raz na­sta­nie, tak­że nie z praw­dy ab­so­lut­nej wy­ni­kać musi, lecz z praw­dy oby­wa­tel­skiej, po­twier­dzo­nej kon­trak­tem Ru­dziel­co­wym.

Je­śli zaś ktoś był cie­kaw, jaka jest ta praw­da oby­wa­tel­ska, mógł się do­wie­dzieć, iż nie może ona do­pu­ścić do zrów­na­nia po­li­mor­ficz­ne­go wszyst­kich osob­ni­ków, po­nie­waż gdy­by ab­do­me­now­cy opa­trze­ni zo­sta­li oczka­mi he­lio-osob­ni­ków, ci zaś ab­do­me­nem za­wie­ra­ją­cym ko­lo­nie pro­to­zo­onów tra­wią­cych ce­lu­lo­zę, nie wia­do­mo by­ło­by w koń­cu, kto kogo wła­ści­wie ma kar­mić, a kto kogo oświe­cać - i sy­tu­acja taka do­pro­wa­dzi­ła­by do starć we­wnętrz­nych i osta­tecz­ne­go upad­ku cy­wi­li­za­cji. Po­sta­no­wio­no więc utrzy­mać w prak­ty­ce zróż­ni­co­wa­ną me­to­dę ro­dze­nia i ho­dow­li, do­wo­dząc, że stwier­dzo­ne (mimo owych od­chy­leń od re­guł) do­sko­na­le­nie się me­tod po­li­mor­ficz­nych jest samo w so­bie do­wo­dem roz­wo­ju cy­wi­li­za­cji i że roz­wój cy­wi­li­za­cji nie może być po­wo­dem jej upad­ku. Wy­star­czy więc, je­śli w pra­wach zrów­na się wszyst­kich, w prak­ty­ce zaś tyl­ko tych, któ­rzy na­by­li oczka wbrew za­mia­rom gi­ne­ko­lo­gów i na­uczy­cie­li, i uwol­ni się ich od obo­wiąz­ku kar­mie­nia do­brze uro­dzo­nych he­lio-osob­ni­ków oraz upo­waż­ni do po­sia­da­nia wła­snych ma­mek. Ta­kie ter­mi­ta­ni­tar­ne po­sta­wie­nie spra­wy roz­wią­że skom­pli­ko­wa­ne za­gad­nie­nie i bę­dzie ko­ro­ną po­stę­pu cy­wi­li­za­cji. Zwłasz­cza że i tak, oczka czy nie oczka, żad­ne tego ro­dza­ju pro­mie­nio­wa­nie z ze­wnątrz do­stać się do środ­ka przez gru­be mury Osie­dla nie mo­gło.

To wła­śnie mniej wię­cej wte­dy po­wsta­ła nowa teo­ria. Nie­ste­ty, au­tor jej po­cho­dził z rodu tej sa­mej kró­lo­wej Dre­iste­in-Ein­fuss, co cy­to­wa­ny już przez nas prof. Al­bert, więc i jego na­ukę pró­bo­wa­no tłu­ma­czyć wy­wo­ła­nym wę­drów­ką bra­kiem do­sta­tecz­nie za­fik­so­wa­nych ukła­dów tra­dy­cyj­nych i w na­stęp­stwie uzna­no ją za bu­rzą­cą i nie­zgod­ną z du­chem bę­dą­cej w obie­gu cy­wi­li­za­cji. Au­tor oparł się był na dwóch te­zach: pierw­sza była syn­te­zą tezy i an­ty­te­zy wy­mie­nio­ne­go już przez nas me­ta­fi­zy­ka i stwier­dza­ła, że praw­dą jest, iż praw­da nie jest, lecz się sta­je. I rze­czy­wi­stość tak samo. Dru­ga brzmia­ła, iż to sta­wa­nie się bie­rze się nie z ją­der kró­la, a z ab­do­me­nów ab­do­me­now­ców.

Z pierw­szej tezy wy­ni­ka­ło, iż to, co jest dzi­siaj, nie­ko­niecz­nie musi być ju­tro. Z dru­giej, że tej zmia­ny dzi­siaj na ju­tro do­ko­na­ją ab­do­me­now­cy, i to nie wbrew cy­wi­li­za­cji, ale prze­ciw­nie, w zgo­dzie z no­wo­cze­sną cy­wi­li­za­cją, mia­no­wi­cie po­zby­wa­jąc się ho­dow­li pro­to­zo­onów z ab­do­me­nu i upra­wia­jąc je na ze­wnątrz, jako do­bro wspól­ne.

Po­mysł ten zo­stał uzna­ny za pięk­ną uto­pię i za po­twor­ne i groź­ne wstrzą­śnię­cie fun­da­men­ta­mi rze­czy­wi­sto­ści, za­bro­nio­no po­świę­cać mu wię­cej niż hi­sto­rycz­ną wzmian­kę w Aka­de­mii i nic tu nie zmie­nił fakt, że w ol­brzy­mich ogro­dach piw­nicz­nych jed­ne­go z oko­licz­nych osie­dli uda­ło się wy­ho­do­wać na ze­wnątrz ab­do­me­nu do­sko­na­le stra­wial­ne oka­zy grzyb­ków vo­lva­ria eur­hi­za i xy­la­ria ni­gri­pes. Wie­ści o tym wła­śnie fak­cie, mimo jak naj­ści­ślej­szej kon­tro­li, nie po­tra­fio­no utrzy­mać w ta­jem­ni­cy i kie­dy pew­ne­go razu funk­cjo­na­riu­sze ad­mi­ni­stra­cji do­ko­na­li re­wi­zji po­jęć wśród pew­nych osob­ni­ków z po­spól­stwa, od­kry­li z prze­ra­że­niem aż pięć­dzie­siąt ma­mek, jak to się na­zy­wa­ło: uświa­do­mio­nych. Może więc i naj­ra­cjo­nal­niej­sze było nie wy­ta­czać im spra­wy, któ­ra by rzecz całą roz­dmu­chać tyl­ko mo­gła, lecz po pro­stu po­trak­to­wać je jako roz­no­si­ciel­ki za­ra­zy i sa­ni­ta­cyj­nie, ci­cho zli­kwi­do­wać w naj­dal­szym za­kąt­ku Osie­dla, w już to zim­nych, już to roz­ża­rzo­nych ko­ry­ta­rzach Szczy­tu Szczy­tów, Ko­pu­ły Ko­puł, Po­kry­wy Po­kryw.

*

Ko­rzy­sta­jąc z prze­rwy obia­do­wej, jaką prof. Mmaa uczy­nił był w swym wy­kła­dzie, sta­ra­li­śmy się opo­wie­dzieć tu po­krót­ce i spiesz­nie bar­dzo dzie­je pięć­dzie­się­ciu ma­mek i zda­li­śmy spra­wę z owych "ostat­nich za­rzą­dzeń", wspo­mnia­nych przez Dru­gie­go Asy­sten­ta prof. Du­cha. Jed­nak głę­bo­ka sym­pa­tia, jaką ży­wi­my dla prof. Mmaa, nie po­zwo­li­ła nam opu­ścić go ani na chwi­lę i wszyst­kie po­przed­nie no­tat­ki spo­rzą­dza­li­śmy, po­dą­ża­jąc wier­nie za nim, do jego apar­ta­men­tów, gdzie dłu­gi sze­reg ma­mek, zna­ją­cych do­brze punk­tu­al­ność pro­fe­so­ra, cze­kał z przy­go­to­wa­nym obia­dem.

Po hors-d'oeu­vre'ach, wśród któ­rych kró­lo­wał wspa­nia­ły, z są­sied­nie­go osie­dla spro­wa­dzo­ny, stra­wial­ny bez­po­śred­nio, jak to się mó­wi­ło: na su­ro­wo, pra­so­wa­ny grzyb xy­la­ria ni­gri­pes, po hors-d'oeu­vre'ach, ja­ke­śmy rze­kli, jed­na po dru­giej zbli­ża­ły się mam­ki, pod­su­wa­jąc pro­fe­so­ro­wi swe ab­do­me­ny, peł­ne naj­bar­dziej wy­szu­ka­nych po­traw.

Nie moż­na było za­prze­czyć, iż prof. Mmaa był sma­ko­szem i znał się na ab­do­me­nie, choć przy­znać trze­ba za­ra­zem, że ssa­nie nie było by­najm­niej ce­lem jego god­ne­go sza­cun­ku ży­cia. Pro­fe­sor miał do speł­nie­nia za­da­nia o wie­le waż­niej­sze, lu­bił jed­nak, żeby źdźbła tra­wy przy­rzą­dzo­ne były przez ku­char­kę-mam­kę po­sia­da­ją­cą w swym ab­do­me­nie pro­to­zo­ony le­idy­op­sis spha­eri­ca z małą do­miesz­ką stre­blo­ma­stix strix, zwy­kła zaś ce­lu­lo­za drzew­na mu­sia­ła być przy­go­to­wa­na nie in­a­czej, jak za po­mo­cą pro­to­zo­onów le­idy­op­sis spha­eri­ca. Drob­ne ko­rzon­ki pew­nych drzew mo­gły być przy­rzą­dza­ne w ab­do­me­nie, w któ­rym bu­szo­wa­ły tri­cho­mo­nes, ale cier­ni, na­wet naj­tward­szych, prof. Mmaa nie do­tknął­by in­a­czej, jak po do­kład­nym ich stra­wie­niu przez tri­cho­nym­phae cam­pa­nu­lae, co było spe­cjal­no­ścią naj­star­szej ku­char­ki pro­fe­so­ra, tej, któ­rą na­zy­wał Moja Sta­ra i któ­ra pa­mię­ta­ła jesz­cze cza­sy jego twar­dej i cier­ni­stej mło­do­ści. Prof. Mmaa mógł­by jeść co­dzien­nie tę po­tra­wę, bę­dą­cą jego ulu­bio­nym spe­cja­łem, wień­czą­cym cały obiad, i zda­wa­ło się, że wszyst­kie da­nia po­przed­nie spo­ży­wał je­dy­nie po to, by jej się do­cze­kać. Ja­kież więc było jego zdzi­wie­nie, gdy po ostat­nim ab­do­me­nie, za­wie­ra­ją­cym źdźbła tra­wy prze­tra­wio­ne przez pro­to­zoa in­fu­so­ria z małą do­miesz­ką stre­blo­ma­stix strix, po­da­no mu od razu de­ser, skła­da­ją­cy się z hu­mu­sów zło­żo­nych ze sfer­men­to­wa­nych li­ści dzi­kiej aka­cji, sło­my i kory drzew­nej.

Prof. Mmaa wy­cią­gnął an­ten­kę i do­tknął nią py­ta­ją­co Ma­jor­do­mu­sa.

Ma­jor­do­mus cof­nął się za­kło­po­ta­ny i mil­czał.

- Co to ma zna­czyć? - spy­tał prof. Mmaa. - Gdzie jest Moja Sta­ra?

Ma­jor­do­mus wciąż mil­czał.

- Mam na­dzie­ję, że nie sta­ło się nic złe­go?!

- Nie... - od­po­wie­dział, ocią­ga­jąc się, Ma­jor­do­mus.

- Za­cho­ro­wa­ła?

- Nie... - od­po­wie­dział Ma­jor­do­mus.

- Więc dla­cze­go, u li­cha, nie ma jej tu­taj? Dla­cze­go nie przy­go­to­wa­ła mo­ich ulu­bio­nych cier­ni, stra­wio­nych przez tri­cho­nym­phae cam­pa­nu­lae? Wie­cie prze­cież wszy­scy, że chcę je mieć do każ­de­go obia­du i że po to trzy­mam Moją Sta­rą!

To nie było praw­dą, że po to tyl­ko trzy­mał Swo­ją Sta­rą. Prof. Mmaa trzy­mał ją i dla­te­go jesz­cze, że miał do niej dużo sen­ty­men­tu, tyle pra­wie, co do swej wła­snej mło­do­ści. An­ten­ki pro­fe­so­ra fa­lo­wa­ły nie­cier­pli­wie.

Ma­jor­do­mus stał wciąż nie­zde­cy­do­wa­ny.

- Co się sta­ło?! Czy nie mam pra­wa do­wie­dzieć się, co się dzie­je w moim wła­snym domu? - krzyk­nął prof. Mmaa i od­wra­ca­jąc się od Ma­jor­do­mu­sa, wy­cią­gnął an­ten­kę w stro­nę mam­ki z le­idy­op­sis spha­eri­ca.

Mam­ka z le­idy­op­sis spha­eri­ca za­trze­po­ta­ła nie­spo­koj­nie swy­mi du­ży­mi i śred­ni­mi an­ten­ka­mi wo­ko­ło, a po­tem nie­śmia­ło i jak­by prze­pra­sza­jąc, rze­kła:

- Sta­ra... Sta­ra zo­sta­ła aresz­to­wa­na.

Tego pro­fe­sor się nie spo­dzie­wał. Moja Sta­ra? Za co? Bę­dąc jesz­cze my­śla­mi przy swo­im od­czy­cie o cy­wi­li­za­cji homo, prof. Mmaa spy­tał dość bez­sen­sow­nie:

- Ukra­dła coś?

Nie­ocze­ki­wa­nie Ma­jor­do­mus, któ­ry chciał stop­nio­wo przy­go­to­wać pro­fe­so­ra na naj­gor­sze, po­twier­dził ski­nie­niem gło­wy.

- Ale co?

Ma­jor­do­mus zdo­był się na od­wa­gę i rzekł:

- A bo to było tak, że Sta­ra po­szła na ba­zar po nowy za­pas try­cho­nym­fów kam­pa­nu­lów i była ob­ła­wa, i zro­bio­no re­wi­zję po­jęć wszyst­kich ma­mek, i u Sta­rej zna­le­zio­no zda­nie skra­dzio­ne z bi­blio­te­ki pana pro­fe­so­ra, i Sta­rą za­mknię­to ra­zem z czter­dzie­sto­ma dzie­wię­cio­ma in­ny­mi, i po­dob­no mo­rzą ją gło­dem bez spra­wy są­do­wej.

- Sta­ra skra­dła zda­nie z bi­blio­te­ki?! - wy­krzyk­nął prof. Mmaa. - Ja­kie?!

Lecz Ma­jor­do­mus stra­cił był już całą swą od­wa­gę i wy­co­fu­jąc się, od­rzekł:

- Tego to już tam nie wiem...

Prof. Mmaa prze­rwał obiad i wszedł szyb­kim kro­kiem do bi­blio­te­ki. Wo­ko­ło sta­ły dzie­siąt­ki dzie­siąt­ków pra­cow­ni­ków umy­sło­wych wy­peł­nio­nych od czub­ka nosa po zwie­racz od­byt­ni­co­wy cen­ną pa­mię­cią naj­do­nio­ślej­szych prac na­uko­wych (nie li­cząc paru zbior­ków po­ezji, ży­ją­cych skrom­nie, lecz na miej­scu ho­no­ro­wym, na wprost wej­ścia). Pro­fe­sor po­cią­gnął no­sem uważ­nie. Eg­zem­pla­rze prę­ży­ły swe grzbie­ty zło­co­ne, wy­ci­ska­ne, bi­go­wa­ne, go­to­we na naj­lżej­sze ski­nie­nie pro­fe­so­ra prze­ka­zać mu myśl naj­cięż­szych fi­la­rów wie­dzy.

- Czy któ­re­mu z pa­nów brak cze­goś? - spy­tał.

Mil­cze­nie.

- Czy ni­ko­mu z pa­nów nic nie ukra­dzio­no?

Mil­cze­nie.

- Naj­mniej­sze­go zda­nia, naj­mniej­szej krop­ki, naj­mniej­sze­go śred­ni­ka, naj­mniej­sze­go prze­cin­ka?

Mil­cze­nie.

Pro­fe­sor po­wiódł no­sem po prę­żą­cych się przed nim grzbie­tach i spy­tał:

- Czy ni­ko­mu z pa­nów nic nie jest wia­do­mo o spra­wie Mo­jej Sta­rej?

Mil­cze­nie.

Na­gle nad jed­nym z grzbie­tów para an­te­nek za­drża­ła nie­spo­koj­nie.

Prof. Mmaa zbli­żył się. Para an­te­nek na­le­ża­ła do Eg­zem­pla­rza no­szą­ce­go w swej pa­mię­ci jed­ną z tych prac tak nie­chęt­nie to­le­ro­wa­nych w Bi­blio­te­ce Aka­de­mic­kiej.

- Czy nic mi pan nie ma do po­wie­dze­nia?

Eg­zem­plarz po­dra­pał się an­ten­ką po grzbie­cie i rzekł:

- "...rze­czy roz­wi­ja­ją się same w so­bie jak dys­ku­sja i dla­te­go dys­ku­sja jest praw­dzi­wym ob­ra­zem świa­ta re­al­ne­go..."

Prof. Mmaa prze­rwał mu nie­cier­pli­wie:

- Nie uda­waj pan dur­nia - po­wie­dział.

Eg­zem­plarz za­czął z in­ne­go miej­sca:

- "...pry­wat­ne ab­do­me­ny nie ist­nie­ją ani jako na­rzę­dzia pro­duk­cji, ani jako do­bra spo­żyw­cze: one sta­ją się..."

- Dość! - po­wie­dział prof. Mmaa, mach­nąw­szy an­ten­ką. - Do­syć! - po­wtó­rzył. - Niech mi pan tyl­ko po­wie, co pana łą­czy z Moją Sta­rą?

Eg­zem­plarz umilkł za­kło­po­ta­ny. I w tej chwi­li prof. Mmaa za­uwa­żył, że Eg­zem­plarz nie jest tak zu­peł­nie po­zba­wio­ny cech płcio­wych, że nie są one by­najm­niej w cał­ko­wi­tym za­ni­ku. I pro­fe­sor zro­zu­miał od razu wszyst­ko.

"Ale że też wy­brał so­bie wła­śnie Moją Sta­rą, naj­star­szą z mo­ich ma­mek!" - po­my­ślał i roz­ba­wi­ło go to bar­dzo.

- No, do­brze już, do­brze... - po­wtó­rzył do­bro­dusz­nie i wy­szedł z bi­blio­te­ki.

Prof. Mmaa był ter­mi­tem na­uki, ale uwa­żał się tak­że za ter­mi­ta czy­nu i nie my­ślał po­zwo­lić ko­mu­kol­wiek dmu­chać so­bie w hu­mus. To­też na­tych­miast po­ro­zu­miał się z kim trze­ba. Aby być ści­słym: po­ro­zu­miał się z sa­mym Wac­kiem, któ­ry zresz­tą, na­wia­sem mó­wiąc, nie­raz by­wał na obie­dzie u prof. Mmaa i nie­raz roz­pły­wał się u nie­go nad cier­nia­mi, przy­go­to­wa­ny­mi wła­śnie przez Moją Sta­rą. Prof. Mmaa nie omiesz­kał wy­gar­nąć bez że­na­dy, co my­śli o tego ro­dza­ju an­ty­ter­mi­tar­nych po­stę­po­wa­niach; nie za­po­mniał do­dać, że to on sam po­da­ro­wał był Swo­jej Sta­rej zda­nie, zna­le­zio­ne u niej przy re­wi­zji po­jęć, nie może więc być mowy o ja­kiejś kra­dzie­ży; i że on sam, on, prof. Mmaa, bie­rze na sie­bie cał­ko­wi­tą od­po­wie­dzial­ność; wresz­cie - pod­kre­ślił z na­ci­skiem - przez tę całą hi­sto­rię nie tyl­ko nie jadł na obiad po­tra­wy z cier­ni - tej sa­mej po­tra­wy, o któ­rej z ta­kim za­chwy­tem był ła­skaw wy­ra­żać się nie­daw­no jego obec­ny roz­mów­ca i któ­rej już nig­dy spo­ży­wać nie będą mo­gli, je­śli ten nie­sły­cha­ny po­stę­pek nie zo­sta­nie na­pra­wio­ny przez na­tych­mia­sto­we uwol­nie­nie Mo­jej Sta­rej - lecz na do­da­tek spóź­ni się na wy­kład, któ­ry ma wła­śnie w Aka­de­mii.

Przy­jąw­szy w od­po­wie­dzi za­pew­nie­nie, że ten spo­sób przed­sta­wie­nia spra­wy zu­peł­nie ją li­kwi­du­je i bła­host­ka zo­sta­nie na­tych­miast na­pra­wio­na, prof. Mmaa w jak naj­lep­szym hu­mo­rze za­brał się do cze­ka­ją­ce­go nań hu­mu­su.

Szyb­kość, z jaką in­ter­wen­cja pro­fe­so­ra od­nio­sła sku­tek, mia­ła w so­bie coś za­sta­na­wia­ją­ce­go. Nim smak ostat­nie­go kęsa de­se­ru zdą­żył roz­pły­nąć się w ja­mie gę­bo­wej pro­fe­so­ra, Ma­jor­do­mus oznaj­mił, że zja­wi­ła się Moja Sta­ra.

- Dwa kon­sta­ble ją od­pro­wa­dzi­ły - mó­wił - aż do ku­chen­ne­go wej­ścia i że­gna­ły ją z sza­cun­kiem, i ży­czy­ły wszyst­kie­go naj­lep­sze­go.

Prof. Mmaa uwa­żał to jed­nak za zu­peł­nie na­tu­ral­ne. Ka­zał spro­wa­dzić Moją Sta­rą, przy­wi­tał ją z ra­do­ścią i po­le­cił in­nym mam­kom na­kar­mić ją ze swych ab­do­me­nów reszt­ka­mi pro­fe­sor­skie­go obia­du.

W ten spo­sób, po raz pierw­szy w swym dłu­gim ży­ciu, Sta­ra spo­ży­ła obiad spo­rzą­dzo­ny przez ko­goś in­ne­go. Była to naj­pięk­niej­sza chwi­la i Sta­ra obie­cy­wa­ła so­bie nie za­po­mnieć jej nig­dy.

*

Aby spra­wę Pięć­dzie­się­ciu Ma­mek i "ostat­nich za­rzą­dzeń", o któ­rych wspo­mi­nał Dru­gi Asy­stent prof. Du­cha, wy­czer­pać do resz­ty, skru­pu­lat­ny kro­ni­karz czu­je się w obo­wiąz­ku wy­ko­rzy­stać czas, w któ­rym prof. Mmaa uda­je się do Aka­de­mii - i zaj­rzeć pod Wiel­ką Ko­pu­łę Cen­tral­ną, gdzie wła­śnie od­by­wa­ło się Zgro­ma­dze­nie De­le­ga­tów.

Nie trze­ba było spe­cjal­nie czu­łe­go po­wo­nie­nia, by za­uwa­żyć, że sala pod Wiel­ką Ko­pu­łą Cen­tral­ną dzie­li­ła się na dwie pół­ku­le, któ­re, po­dob­nie jak au­dy­to­rium Aka­de­mii, na­zwać mo­że­my: Lewą i Pra­wą. Re­pre­zen­to­wa­ły one lewą i pra­wą stro­nę ab­do­me­nu i tho­rak­su spo­łe­czeń­stwa. Gło­wa spo­łe­czeń­stwa, re­pre­zen­to­wa­na przez jed­ną z pra­wych koń­czyn czyn­ni­ka de­cy­du­ją­ce­go, tkwi­ła w głę­bi, na po­dium.

Z chwi­lą gdy Gło­wa skoń­czy­ła swo­je expo­sé, jak to na­zy­wa­no pod Wiel­ką Ko­pu­łą Cen­tral­ną, je­den z de­le­ga­tów od­kuc­nął i rzekł do­bit­nie:

- Zgła­szam in­ter­pe­la­cję.

Gło­wa skło­ni­ła się i od­rze­kła:

- Słu­cham in­ter­pe­la­cji.

De­le­gat wy­cią­gnął groź­nie swe an­ten­ki:

- Zgła­szam in­ter­pe­la­cję w spra­wie uwię­zio­nych ma­mek.

Gło­wa skło­ni­ła się raz jesz­cze i od­po­wie­dzia­ła:

- Słu­cham in­ter­pe­la­cji w spra­wie uwię­zio­nych ma­mek.

Wte­dy De­le­gat roz­warł z roz­ma­chem szczę­kę i za­wi­bro­wał czuł­ka­mi:

- Czy praw­dą jest, że nie wy­to­czo­no im spra­wy są­do­wej i że nie za­padł wy­rok?

Gło­wa, nie drgnąw­szy, od­rze­kła:

- Nie­praw­dą jest, że to­czo­no roz­pra­wę i że za­padł wy­rok; na­to­miast praw­dą jest, że nie to­czo­no roz­pra­wy i że nie za­padł wy­rok.

De­le­gat nie dał się zbić z tro­pu:

- Czy praw­dą jest - spy­tał - że bez wy­ro­ku są­do­we­go za­mu­ro­wa­no względ­nie mo­rzy się gło­dem, względ­nie już za­mo­rzo­no mam­ki gło­dem?

Gło­wa od­po­wie­dzia­ła spo­koj­nie:

- Nie­praw­dą jest, że bez wy­ro­ku są­do­we­go za­mu­ro­wa­no względ­nie za­mo­rzo­no gło­dem na śmierć mam­ki; na­to­miast praw­dą jest, że na pod­sta­wie wy­ro­ku są­do­we­go nie mo­rzy się gło­dem ma­mek.

De­le­gat nie dał za wy­gra­ną.

- Czy praw­dą jest - rzekł - że pięć­dzie­siąt ma­mek za­mknię­tych jest w Po­kry­wie Po­kryw pod stra­żą i bez ra­cji ce­lu­lo­zy?

Gło­wa za­sta­no­wi­ła się chwi­lę. Lecz w tym mo­men­cie se­kre­tarz Gło­wy pod­su­nął jej pod nos no­tat­kę o wy­pusz­cze­niu jed­nej z ma­mek, mia­no­wi­cie Sta­rej prof. Mmaa.

I Gło­wa, od­chrząk­nąw­szy, od­rze­kła:

- Nie­praw­dą jest, że Pięć­dzie­siąt Ma­mek za­mknię­tych jest w Po­kry­wie Po­kryw pod stra­żą i bez ra­cji ce­lu­lo­zy; na­to­miast praw­dą jest, że nie Pięć­dzie­siąt Ma­mek za­mknię­tych jest w Po­kry­wie Po­kryw pod stra­żą i bez ra­cji ce­lu­lo­zy.

- Czy praw­dą jest, że Czter­dzie­ści Dzie­więć Ma­mek za­mknię­tych jest w Po­kry­wie Po­kryw pod stra­żą i bez ra­cji ce­lu­lo­zy? - wy­chry­piał De­le­gat.

Gło­wa za­sta­no­wi­ła się chwi­lę. Lecz w tym mo­men­cie dru­gi se­kre­tarz Gło­wy pod­szedł do niej i oznaj­mił lek­kim swę­dem, że jed­na z uwię­zio­nych ma­mek umar­ła z gło­du i że zo­sta­ło ich już tyl­ko czter­dzie­ści osiem.

I Gło­wa z całą kur­tu­azją od­rze­kła:

- Nie­praw­dą jest, że Czter­dzie­ści Dzie­więć Ma­mek za­mknię­tych jest w Po­kry­wie Po­kryw pod stra­żą i bez ra­cji ce­lu­lo­zy, na­to­miast praw­dą jest, że nie Czter­dzie­ści Dzie­więć Ma­mek za­mknię­tych jest w Po­kry­wie Po­kryw pod stra­żą i bez ra­cji ce­lu­lo­zy.

Wieść o dziel­nym czy­nie prof. Mmaa, o uwol­nie­niu jed­nej z pięć­dzie­się­ciu ma­mek, do­sta­ła się już do au­dy­to­rium i z chwi­lą uka­za­nia się pro­fe­so­ra na ka­te­drze cała mło­dzież zgro­ma­dzo­na po le­wej stro­nie sali po­wi­ta­ła go bra­wa­mi. Prof. Mmaa zdzi­wił się. Zdzi­wił go ten zbieg oko­licz­no­ści, iż li­nią, zbli­żo­ną do pro­stej, moż­na było od­dzie­lić mło­dzież bi­ją­cą bra­wo od nie­bi­ją­cej. Na­gle jed­nak rzecz cała roz­su­pła­ła się w sub­stan­cji sko­ja­rze­nio­wej pro­fe­so­ra: je­śli bo­wiem w cza­sie pierw­sze­go wy­kła­du wy­da­rzył się ów szcze­gól­ny wy­pa­dek teo­rii praw­do­po­do­bień­stwa, że biła bra­wo pra­wa po­ło­wa sali, to nie ma w tym nic dziw­ne­go, że w cza­sie dru­gie­go wy­kła­du zda­rza się prze­ciw­ny szcze­gól­ny wy­pa­dek teo­rii praw­do­po­do­bień­stwa i że bije bra­wo lewa po­ło­wa sali. Pod­czas gdy je­den z tych wy­pad­ków mógł­by teo­rię praw­do­po­do­bień­stwa pod­wa­żyć, oba, zno­sząc się wza­jem­nie, tyl­ko ją ugrun­to­wu­ją.

"Nie ro­ść­my so­bie praw do zmie­nia­nia na­tu­ry rze­czy - prof. Mmaa za­cy­to­wał sam so­bie sta­ro­żyt­ne­go ab­do­me­now­ca Epik­te­ta - ani to moż­li­we, ani po­ży­tecz­ne; ale przyj­mu­jąc rze­czy ta­kie, ja­ki­mi są, sta­raj­my się uzgod­nić z nimi na­sze my­śli".

Uspo­ko­jo­ny tą re­flek­sją, pod­niósł w górę swe pięk­ne wą­skie czuł­ki i od­pach­niw­szy w ten spo­sób au­dy­to­rium, roz­po­czął dal­szy ciąg wy­kła­du o mam­mi­fe­rze zwa­nym homo.

PRZEDMOWA

Po­le­cam wszyst­kim tę książ­kę, bo jest zwar­ta, su­ge­styw­na, peł­na po­lo­tu i prze­wrot­nie za­baw­na. Nie mogę czy­tel­ni­ko­wi obie­cać, że cały czas bę­dzie pę­kał ze śmie­chu, ale przy­rze­kam mu zło­śli­wą przy­jem­ność, jaką daje prze­ni­kli­wa ana­li­za ab­sur­du.

Wy­kład pro­fe­so­ra Mmaa na­le­ży do ce­nio­ne­go ga­tun­ku, któ­ry roz­sła­wi­ły Po­dró­że Gu­li­we­ra. Po­zwa­la­jąc so­bie na zu­chwa­łość, po­wie­dział­bym, że ten ro­dzaj li­te­ra­tu­ry wy­wo­dzi się od Ger­ma­nii Ta­cy­ta. Po­zwa­lał on au­to­rom stwa­rzać mą­dre i dziel­ne isto­ty, ży­ją­ce w ja­kimś od­le­głym w cza­sie i prze­strze­ni miej­scu, jak Mi­cro­mégas Wol­te­ra czy Uto­pia Mo­ore'a. My jed­nak, w na­szym po­zba­wio­nym ilu­zji świe­cie, nie wie­rzy­my już w wi­zje uto­pi­stów, a spo­łecz­no­ści, zro­dzo­ne z wy­obraź­ni pi­sa­rzy, re­pre­zen­tu­ją w prze­ja­skra­wio­nej for­mie zło, któ­re zna­my z co­dzien­ne­go ży­cia.

Ste­fan The­mer­son w swo­jej książ­ce przed­sta­wia spo­łecz­ność ter­mi­tów i w bły­sko­tli­wy spo­sób usi­łu­je po­ka­zać, jak od­mien­ny mu­siał­by wy­da­wać się świat stwo­rze­niom ich wiel­ko­ści, dys­po­nu­ją­cym ich zmy­sła­mi, gdy­by były ob­da­rzo­ne choć­by nie­wiel­ką dozą in­te­li­gen­cji, któ­rej po­sia­da­nie przy­pi­su­je­my wy­łącz­nie ga­tun­ko­wi ludz­kie­mu. Jego ter­mi­ty mają za­le­d­wie za­cząt­ki zmy­słu wzro­ku i w sfe­rze du­cho­wej kie­ru­ją się głów­nie wę­chem. Gdy dzie­je się coś nie­spo­dzie­wa­ne­go, na­zy­wa­ją to "nie­wy­wę­szal­nym". I oto stwo­rze­nia te za­bie­ra­ją się do ba­da­nia przed­sta­wi­cie­la ga­tun­ku homo, któ­re­go znaj­du­ją na zie­mi z ka­wał­kiem oło­wiu w ser­cu. Nad po­cho­dze­niem tego oło­wiu de­ba­tu­ją na­ukow­cy re­pre­zen­tu­ją­cy róż­ne szko­ły. Po dłu­gich ba­da­niach do­cho­dzą do wnio­sku, że homo wie­dzie krót­ką część swej eg­zy­sten­cji w po­zy­cji wy­pro­sto­wa­nej i żyje w świe­tle - świa­tło dla ter­mi­tów jest czymś obrzy­dli­wym - a po okre­sie spę­dzo­nym w po­zy­cji wy­pro­sto­wa­nej i w świe­tle przyj­mu­je po­zy­cję le­żą­cą w ciem­no­ści. Dla nich jest to naj­wspa­nial­szy etap jego eg­zy­sten­cji, bo jed­nost­ko­wy, przy­cięż­ki byt prze­cho­dzi w tęt­nią­cy ży­ciem świat mi­ria­dów ist­nień. Na­ukow­cy w świe­cie ter­mi­tów są bar­dzo na­uko­wi, mi­sty­cy - bar­dzo mi­stycz­ni, fa­szy­ści - bar­dzo fa­szy­stow­scy, a pro­le­ta­riu­sze - bar­dzo pro­le­ta­riac­cy.

Pan The­mer­son ma oka­zję za­kpić ze wszyst­kich ra­zem i każ­de­go osob­no. Ter­mi­ty, cha­rak­te­ry­zu­ją­ce się na­uko­wym po­dej­ściem do świa­ta, znaj­du­ją okaz ga­tun­ku ludz­kie­go, któ­ry leży w ro­wie pi­ja­ny w tru­pa, a żeby zba­dać go do­kład­niej, po­że­ra­ją jego ubra­nie. Gdy jest już kom­plet­nie nagi, od­zy­sku­je przy­tom­ność i ich ba­da­nia zo­sta­ją prze­rwa­ne.

Książ­ka pa­ro­diu­je tak wie­le róż­nych punk­tów wi­dze­nia, że czy­tel­nik nie może się zo­rien­to­wać, któ­ry - je­śli w ogó­le - cie­szy się apro­ba­tą au­to­ra. I może tak wła­śnie ma być.

Na świe­cie jest bo­wiem zbyt wie­lu lu­dzi, wy­zna­ją­cych zbyt wie­le po­glą­dów, a być może praw­dzi­wa mą­drość za­wie­ra się w tym, że im mniej żar­li­wie w coś wie­rzy­my, tym mniej krzyw­dy wy­rzą­dza­my in­nym. Dla tych, któ­rym bli­ski jest ten po­gląd, Wy­kład pro­fe­so­ra Mmaa bę­dzie po­ży­tecz­ną ewan­ge­lią.2

 

Ber­trand Rus­sell