Rozdział 1
Dziesięć rupii za palec
Nie mogłem iść tak szybko jak koń. Nie miałem skrzydeł. A kiedy byłem chory, nie pozwalali mi jechać. Traktowali mnie jak psa, a sami uznawali się za bardzo przyzwoitych ludzi.
GHULAM RASSUL GALWAN, Servant of Sahibs
Abdul Bhatt wpatrywał się gniewnie w grupę posługaczy, kucharzy i konnych, których miał nadzorować. Bhatt, kaszmirski myśliwy o twarzy wysmaganej wiatrem, mrużył oczy w słońcu. Musiał użyć wszystkich swoich cech przywódczych i całego autorytetu, by nie stracić panowania nad sytuacją. Ci ludzie dowiedzieli się właśnie, że oprócz posługiwania, gotowania posiłków i dbania o kucyki niosące na grzbietach prowiant i ekwipunek pod Nanga Parbat - czym zajmowali się przez osiem poprzednich dni - sami będą musieli zarzucić ciężary na plecy. Ścieżki stały się zbyt strome i skaliste dla końskich kopyt.
Bhatt dobrze rozumiał ich oburzenie. Ci dumni mężczyźni nie byli tragarzami. Nie zamierzali nosić na swoich plecach ładunków dla zagranicznych wspinaczy. Uciszywszy otaczających go ludzi, wygłosił stanowczą przemowę, popierając każdego Kaszmirczyka, który postanowi wypowiedzieć posłuszeństwo białemu przybyszowi. Zaczął się strajk.
Tym białym przybyszem był Willy Merkl. Był rok 1932, trzydziestodwuletni Merkl został kierownikiem niemieckiej wyprawy na Nanga Parbat. Dosłownie przetłumaczona nazwa tego himalajskiego szczytu brzmi Naga Góra, jednak trwale przylgnęło do niej określenie Góra Morderca, z uwagi na ponurą historię jej zdobywania.
Merkl zwolnił zbuntowanych Kaszmirczyków i zaczął poszukiwania pracowników w rejonach, które dzisiaj stanowią północno-zachodnie terytoria Pakistanu. Udało mu się znaleźć stu dwudziestu Astorów, czterdziestu Baltów i trzydziestu Hunzów. Żaden z nich nie przejawiał jednak entuzjazmu do tego rodzaju pracy, za to wszystkich łączył strach przed wejściem na zbocza góry. Astorowie, pochodzący z regionów przyległych do Nanga Parbat, doskonale pamiętali losy brytyjskiego wspinacza Alberta Mummery'ego, który z towarzyszącymi mu Gurkhami, Ragobirem Thapą i Gomanem Singhiem, zaginął na tej górze w 1895 roku.
Ta zbieranina ludzi dotarła w końcu do Fairy Meadow (Bajkowej Łąki), adekwatnie nazwanej hali o iście baśniowym wyglądzie, otoczonej wysokimi sosnami i obsypanej niezapominajkami. Ponad nimi wznosiła się potężna, oblodzona północna ściana Nanga Parbat. Ten mierzący 8126 metrów masyw leży na zachodnim krańcu pasma Himalajów, długiego na 2500 kilometrów, w którym wznosi się dziesięć spośród czternastu ośmiotysięcznych szczytów oraz niezliczona ilość innych, mieszczących się w przedziale 6000-8000 metrów.
Willy Merkl miał jasną cerę i brodę, prezentował bawarski typ męskiej urody. Był wspinaczem z dużym doświadczeniem w Alpach, jednak w Himalaje wybrał się po raz pierwszy. Jego największym problemem był brak pieniędzy. By zwiększyć fundusze wyprawy, zaprosił do udziału w niej kilku zamożnych Amerykanów, zignorował jednak rady brytyjskich kolegów, którzy sugerowali mu, by zatrudnił jako tragarzy Bhotiów i Szerpów z Dardżylingu, i wybrał tańsze rozwiązanie.
*
Brytyjczycy jeździli w Himalaje od lat i chociaż w centrum ich uwagi znajdował się Everest, z biegiem czasu dopracowali taktykę zatrudniania do pracy miejscowych w Dardżylingu. Szerpowie z doliny Khumbu w Nepalu migrowali do Dardżylingu od połowy XIX wieku, uciekając od trudnego losu hodowców jaków i prób uprawy jakichkolwiek zbóż w tamtejszym trudnym klimacie. Młodzi mężczyźni opuszczający Khumbu zwykle nie mieli grosza przy duszy. Sami nie posiadając ani ziemi, ani jaków, zwykle pracowali dla tych, którzy mieli jedno i drugie. Na ogół tonęli w długach. Uznawani byli za "małych ludzi", podczas gdy ci, którzy dawali im pracę, nosili miano "dużych ludzi".
Coraz lepiej prosperujące miasto Dardżyling było górskim kurortem dla zamożnych Brytyjczyków oraz Hindusów, którzy przyjeżdżali tam latem, by uciec od przypominającej saunę pogody nizin. Miasto tętniło życiem: rozgrywano mecze polo, spotykano się na popołudniowych herbatkach, kolacjach i wytwornych balach. Przybywało tu żądnych przygód obcokrajowców biorących na cel góry. Dardżyling oferował Szerpom z Khumbu bardziej lukratywne zajęcia - takie jak ciągnięcie ryksz czy pracę w charakterze tragarza - lepiej płatne niż praca na roli w rodzinnych stronach. Zaczęli mieć nadzieję, że porzucą biedę i bycie "małymi". Pojawiła się szansa na wyzwolenie.
Mimo iż Dardżyling był zdominowany przez przybyszów z Wielkiej Brytanii, w 1907 roku jako pierwsi na wartość górskich pracowników rekrutowanych w tym mieście zwrócili uwagę dwaj Norwegowie. Carl Wilhelm Rubenson i Ingvald Monrad-Aas otarli się o sukces na Kabru, jednym ze szczytów w otoczeniu mającej 8586 metrów Kanczendzongi, gdzie działali z pomocą Szerpów z Dardżylingu. Rubenson pisał: "Uważam, że jeśli nauczymy ich poprawnego posługiwania się czekanem i liną, mogą się okazać tutaj bardziej użyteczni niż przewodnicy europejscy, ponieważ są zarazem przewodnikami i kulisami"[1].
Norwedzy nie byli jedynymi, którzy dostrzegli potencjał Szerpów. Szkot Alexander Mitchell Kellas, z wyglądu przypominający bardziej roztargnionego profesora niż wspinacza, podczas prób na kilku szczytach w rejonie Kanczendzongi w 1909 roku działał razem z Szerpami. Gdy wrócił w góry w 1911[2], miał doskonałą passę i dokonał dziesięciu pierwszych wejść. Podczas większości z nich towarzyszyło mu dwóch Szerpów o imionach Sona i Tuny. Podobnie jak Norwegowie Kellas był pod wrażeniem ich umiejętności oraz wielkiego wspinaczkowego potencjału.
Z początkiem lat 30. XX wieku Szerpowie mieszkający w Dardżylingu w biednej dzielnicy o nazwie Toong Soong Busti wiedzieli już, że noszenie ekwipunku dla zagranicznych wypraw jest znacznie lepiej płatne niż praca rykszarza. Zdali sobie również sprawę, że tragarze także dzielą się na "dużych" i "małych". Jeśli jesteś gotowy iść wysoko w góry, twój ładunek będzie lżejszy. A im lżejszy ładunek niesiesz, tym jesteś "większy". Do tego dochodziły jeszcze robiące wrażenie wspinaczkowy sprzęt i odzież. Ten styl życia w niczym nie przypominał przygnębiającej egzystencji w Khumbu.
*
Z Dardżylingu pod Nanga Parbat jechało się pociągiem, po czym szło się kilka dobrych dni piechotą, Merkl porzucił więc pomysł zatrudniania Szerpów z Dardżylingu i postanowił polegać na znacznie tańszej miejscowej sile roboczej. Hunzowie współpracowali z kartografami i odkrywcami działającymi w Karakorum i Hindukuszu już od XIX wieku i wiedzieli, jak poruszać się w górskim terenie. W tamtym czasie Wielka Brytania i Rosja podjęły pojedynek zwany wielką grą, usiłując opanować politycznie Azję Środkową - również poprzez wyszukiwanie dogodnych przejść przez wysokogórskie pasma, dlatego mieszkańcy gór stali się nieodzownymi, chociaż niedostrzeganymi uczestnikami pojedynku imperiów.
Problemy pojawiły się już na początku wyprawy Merkla. By ratować budżet wyprawy, postanowił ograniczyć kalorie: wspinaczom z Zachodu przysługiwały 3000 kalorii dziennie, miejscowym zaledwie 1800 - bez mięsa, mleka, sera, owoców i cukru. Jeśli uwzględnić obciążenie pracą, była to dieta gwarantująca zagłodzenie. Nawet zachodni wspinacze ze swoimi 3000 kalorii ledwo dawali radę i w ciągu wyprawy stracili od 10 do 20 kilogramów masy ciała.
Uczestnicy innych wypraw ostrzegali Merkla, że lokalni tragarze lubią ponarzekać, mają skłonność do kłótni i nie sposób na nich polegać. Powiedziano mu, że w porównaniu z Szerpami z Dardżylingu często zachowują się nieracjonalnie, strajkują przy każdej okazji, kradną i nieustannie się na coś skarżą. Istniała jednak fundamentalna różnica w sposobie rozliczania się z nimi, która miała wpływ na ich nastawienie. Szerpowie z Dardżylingu pracowali za wynagrodzenie, które, choć marne, mogli zachować dla siebie oraz swoich rodzin, Hunzowie natomiast odpracowywali dług zaciągnięty u lokalnego władcy, mira Hunzy, dlatego większość wypracowanych przez nich dochodów trafiała do jego skarbca. Co gorsza, mieli zakaz opuszczania wyprawy, chyba że zezwoli im na to kierownik. Nie było więc niczym dziwnym, że swoim pracodawcom wydawali się ponurzy, niezadowoleni i niezbyt godni zaufania.
Gdy na Fairy Meadow tragarze odmówili ruszenia w dalszą drogę, negocjacji z nimi podjął się jeden z uczestników niemieckiej wyprawy Fritz Wiessner. Zaoferował im nieco soli i oleju, obiecał też podwojenie przydziału mąki. Tragarze zorientowali się jednak, że nie ma wystarczającej ilości sprzętu i będą musieli dzielić nie tylko namioty, lecz także śpiwory i kuchenki, a co najistotniejsze, po zakończeniu ekspedycji rozdzielić to wszystko między siebie, a ekwipunek miał dla nich o wiele większą wartość niż nędzne uposażenie. Targi trwały długo, ostatecznie jednak Wiessner zdołał przekonać kilku Hunzów do kontynuowania wspinaczki.
Po trzech miesiącach zmagań, podczas których założono siedem obozów, po licznych lawinach niszczących namioty i wściekłych burzach śnieżnych, po mękach choroby wysokościowej, torowania w sięgającym do piersi śniegu i przerażających wypadkach wyprawa osiągnęła wysokość 7000 metrów na północno-wschodniej grani Nanga Parbat. Większość Hunzów zdążyła się do tego czasu rozchorować. I chociaż udało im się odnaleźć rozsądną drogę na szczyt, szła jesień i było zbyt późno, by kontynuować działania. Merkl i jego zespół uznali porażkę wyprawy, całą odpowiedzialność za jej niepowodzenie zrzucając na Hunzów. Elizabeth Knowlton, majętna Amerykanka zaproszona do udziału w ekspedycji, by przede wszystkim pełniła funkcję jej kronikarki (miała zakaz wspinania się wyżej niż 6100 metrów), zanotowała, że Hunzowie "są kapryśni i humorzaści, męczą się równie łatwo, jak Europejczycy, w noszeniu ciężarów wcale nie są mocniejsi niż sahibowie i o wiele łatwiej zapadają na choroby. Reasumując, jako górscy tragarze okazali się (...) zdecydowanie niezadowalający"[3].
Ta ocena nie była sprawiedliwa. Zachodni wspinacze, dobrze zbudowani mężczyźni z bogatych krajów, przywykli do obfitej i bogatej w białko diety, byli dobrze wytrenowanymi sportowcami, nosili najlepszą odzież i mieli najlepszy sprzęt swojej epoki. O wiele drobniejsi Hunzowie byli ubogimi rolnikami wiodącymi plemienne życie. Mimo ich niezwykłej wytrzymałości nie było zaskoczeniem to, że szybko się męczyli i zapadali na różne choroby, zwłaszcza że spożywali dziennie zaledwie 1800 kalorii, głównie węglowodanów. Ponadto sprzęt, którego używali, był o wiele gorszej klasy niż ten, którym dysponowali wspinacze z Zachodu. Zamiast śpiworów mieli koce, ich buty były mniej trwałe, a ubranie podszyte wiatrem. Nic dziwnego, że trudne warunki pogodowe dawały się we znaki Hunzom znacznie dotkliwiej niż wspinaczom z zagranicy. Hunzowie nie do końca też pojmowali cel wyprawy i nie podzielali obsesji Niemców na punkcie Nanga Parbat.
Okazali się jednak doskonałymi kozłami ofiarnymi - Merkl mógł zrzucić na nich winę za "niepowodzenie" ekspedycji. Po tym doświadczeniu wiedział, że nie może drugi raz popełnić tego samego błędu, i postanowił, że następnym razem, jeśli tylko będzie go stać, zatrudni Szerpów.
*
Kiedy w 1933 roku Adolf Hitler został kanclerzem Niemiec, wyznaczył komisarza do spraw sportu, który miał za zadanie krzewić w narodzie niemieckim kult siły fizycznej. Jedną z dopuszczonych metod był alpinizm. Wspinaczka w Himalajach stanowiła doskonałą oprawę dla nazistowskiej obsesji na punkcie "triumfu woli", dlatego Merkl bez problemu otrzymał pełne wsparcie finansowe nazistowskiego państwa na swoją drugą wyprawę na Nanga Parbat w 1934 roku. Jak każdy sponsorowany sportowiec wiedział jednak, że takie wsparcie wiąże się z oczekiwaniem sukcesu, i doskonale to rozumiał.
Już na samym początku wyprawy zatrudnił trzydziestu pięciu Szerpów i Bhotiów z Dardżylingu. Praca rykszarza w tym mieście dawała im mniej więcej 15 rupii miesięcznie, udział w ekspedycji Merkla pozwalał zarobić ponad dwa razy tyle, zainteresowanie pracą było więc duże.
Jednym z tych, którzy ją dostali, był Ang Tsering, urodzony w 1904 roku w Thame w nepalskim regionie Khumbu. Miał już spore doświadczenie górskie, ponieważ w 1924 roku razem z Brytyjczykami wspinał się na Everest, a w 1929, 1930 i 1931 na Kanczendzongę. Jego spokojne usposobienie nie zdradzało, w jak dramatycznych wydarzeniach brał udział.
W charakterze szefa tragarzy Merkl zatrudnił Lewa Sherpę, wspinacza z Dardżylingu, który już w 1930 roku był sirdarem, kierownikiem tragarzy, na Kanczendzondze i który rok później doznał ciężkich odmrożeń na Kamecie - został wysłany z obozu piątego na dół, w pojedynkę, i odmroził się na tyle poważnie, że gdy dotarł do bazy, z trudem się poruszał. W doliny zwieziono go na grzbiecie kucyka, a on płakał na myśl, że straci odmrożone stopy.
Kierujący wyprawą na Kamet angielski alpinista i botanik Frank Smythe tak opisał smutny odjazd Szerpy:
"Po jego policzkach płynęły łzy i gorzko szlochał. Jak sądzę, nie z bólu, a raczej z powodu utraconej godności i myśli o swej przyszłości. Był ledwie cieniem dawnego siebie i na przykładzie jego załamania i zgryzoty obserwowaliśmy zasadniczą różnicę pomiędzy Europejczykiem a miejscowym. Jeśli któryś z nas doznałby poważnych odmrożeń, starałby się znosić swoje nieszczęście ze stoickim spokojem i siłą ducha. Miejscowy nie jest jednak w stanie opanować swoich uczuć, jest jak dziecko"[4].
Być może Europejczyk spróbowałby ukryć emocje, lecz ryzyko odmrożenia nóg podczas walki o szczyt byłoby tylko jego wyborem, a w przypadku Szerpy nie. Co więcej, wspinacz z Europy miałby lepsze zaplecze finansowe, by wspomóc swoją rehabilitację i powrót do zdrowia, i byłby mniej przerażony perspektywą utraty możliwości zarabiania na byt swojej rodziny.
Lewa ostatecznie stracił na Kamecie palce u nóg, mógł jednak wrócić do pracy w górach jako sirdar. To zajęcie pozwalało mu spędzać większość czasu w pobliżu bazy i stamtąd koordynować pracę zespołu tragarzy.
Szerpowie i Bhotiowie szczycili się tym, że znakomicie funkcjonują na dużej wysokości. W 1934 roku nikt nie rozumiał, skąd się ta cecha bierze. Dopiero później medycyna wyjaśniła, iż stulecia funkcjonowania w wysokogórskim, ubogim w tlen środowisku spowodowały przystosowanie genetyczne. Ich ciała mogły przyjąć więcej tlenu i dostarczyć go do mięśni, co dawało im metaboliczną przewagę, na jaką ludzie z nizin musieli długo pracować.
Szerpowie przyjechali pociągiem z Kalkuty (dziś Kolkata), a następnie do Kaszmiru, gdzie w drodze do bazy dołączyli do sześciuset miejscowych tragarzy. Pierwszą poważniejszą przeszkodą na ich drodze była przełęcz Burzil na wysokości 4100 metrów, znajdująca się pomiędzy miastami Śrinagar i Gilgit. Po szesnastu godzinach brnięcia w głębokim śniegu z dwudziestokilogramowymi ładunkami na plecach wielu tragarzy zapadło na ślepotę śnieżną. Tę niezwykle bolesną dolegliwość wywołuje długotrwała ekspozycja na promieniowanie ultrafioletowe. Na domiar złego Europejczycy zjechali z przełęczy na nartach, podczas gdy tragarze nadal brnęli w śniegu, na nogach mając sandały ze słomy i materiału. U stóp góry znaleźli się niemal po miesiącu podróży, a tam ich problemy stały się jeszcze poważniejsze.
Alfred Drexel, jeden z niemieckich wspinaczy, 7 czerwca na wysokości 5800 metrów zachorował i zaczął majaczyć. Nikt z jego towarzyszy nie rozumiał, że zapadł na chorobę wysokościową. Ta ignorancja doprowadziła do tragedii.
Drexel zdołał zejść do obozu drugiego, gdzie zaczął czekać na Szerpów, którzy mieli mu przynieść tlen. Nikt jednak nie znał miejsca, w którym zdeponowano butle. Pasang Norbu, jeden z najmocniejszych Szerpów z Dardżylingu (nazywany Pasangiem Picture z uwagi na to, że pełnił funkcję asystenta fotografa), ruszył na poszukiwania. Chodził w górę i w dół między obozami, podczas gdy stan Drexela się pogarszał. Wieczorem udało mu się odnaleźć butle z tlenem... w bazie. Z dwoma Szerpami, Gaylayem i Dakshim, wyszedł z bazy tuż po zachodzie słońca. Przy świetle lamp naftowych pokonali lodospad i o 22.25 dotarli do jedynki. Merkl przywitał ich herbatą i papierosami i kazał przygotować się do dalszej drogi. Szerpowie wyruszyli o północy zdeterminowani, by dostarczyć tlen Drexelowi, kiedy jednak doszli do obozu drugiego, ten już nie żył. Znieśli jego ciało do bazy, gdzie Niemcy pochowali go owiniętego we flagę Trzeciej Rzeszy.
Jedenaście dni później Merkl rozpoczął próbę zdobycia szczytu. Postępy wyprawy były wyraźnie opóźnione w stosunku do planów, co przekładało się na presję wywieraną na kierownika. Na drodze, którą wybrał Merkl, bardzo wysoko należało pokonać długi trawers, następnie wchodziło się na przedwierzchołek, potem w dół, na przełęcz, i znów w górę do obozu siódmego na wysokości 7185 metrów. Wspinacze musieli bardzo długo przebywać na dużej wysokości.
Wysoko na górze działało dziewiętnastu wspinaczy, w tym Szerpowie: Nima Dorje, Ang Tsering, Kitar, Dakshi, Nima Norbu, Da Thundu, Pinzo Norbu, Nima Tashi, Gaylay, Pasang Kikuli, Thundu oraz Norbu. Poniżej założono szereg obozów, które - jeśli tylko byłyby zaopatrzone w prowiant, śpiwory i gdyby znajdowali się w nich wspinacze gotowi udzielić wsparcia - mogłyby stanowić dla nich doskonałe zaplecze. Tak jednak nie było. Obozy były puste. Wszystko i wszyscy znajdowali się wysoko na Nanga Parbat, gotowi do ataku szczytowego.
Następnego ranka Thundu i Norbu poczuli się tak źle, że postanowili schodzić. Przed odcinkiem prowadzącym w dół musieli jednak najpierw wspiąć się 120 metrów w górę, przejść przez przedwierzchołek, a następnie przetrawersować stromą lodową ścianę. Razem z Fritzem Bechtoldem, jednym z Niemców, udało im się w końcu dotrzeć do obozu czwartego.
Następnego dnia nadeszła burza, zasypując Nanga Parbat śniegiem i odcinając resztę ekipy, która znajdowała się w obozie ósmym. Osamotnieni w swoich namiotach na wysokości 7480 metrów wspinacze z grupy szczytowej, trzymając się resztek nadziei, czekali, aż zamieć ucichnie. Pasang Picture usiłował stopić nieco wody na herbatę, wiatr był jednak tak porywisty, że z trudem udawało się utrzymać płomień kuchenki. Od czasu do czasu wychodził z namiotu i podczołgiwał się do namiotu sahibów z odrobiną cennego płynu.
Burza trwała całą noc i rano stało się jasne, że w takich warunkach o ataku szczytowym nie ma mowy. Musieli uciekać, najlepiej aż do obozu czwartego. Chociaż podejście z czwórki do ósemki zajęło im sześć dni, teraz zamierzali pokonać tę samą drogę w jeden dzień, znów jednak musieli najpierw przejść przez przedwierzchołek. Zapewne z tego powodu Pasang Picture i Pinzo Norbu wyszli bez śpiworów, a lżejsze plecaki pozwalały im poruszać się szybciej. Natomiast Nima Dorje uznał zapewne, że dodatkowe obciążenie jest do przyjęcia, ponieważ zwinął swój śpiwór i przytroczył do plecaka.
Wiatr był tak silny, że w pewnej chwili uniósł Nimę Dorje i porwał do góry. Na szczęście był związany liną z pięcioosobowym zespołem, zawisł więc w zamieci nad granią, a jego towarzysze rozpaczliwie chwytali się, czego tylko mogli. Kiedy kolejny podmuch pociągnął go jeszcze mocniej, jego partnerzy zaczęli się ześlizgiwać w stronę krawędzi flanki Rupal, za którą ziała przepaść. Rzucili się w stronę Nimy Dorje, chwycili go za nogi i przycisnęli do śniegu. Udało im się go ocalić, lecz siła wiatru oderwała od plecaka śpiwór, który odleciał w dal. Teraz Szerpowie nie mieli ani jednego śpiwora.
Po zejściu z eksponowanej grani Erwin Schneider i Peter Aschenbrenner rozwiązali się i odpięli od plecaków narty[5]. Śnieg w tym miejscu był znacznie głębszy, a wiatr słabszy. Można sobie tylko wyobrazić ich ulgę, gdy przypięli narty, wiedząc, że mogą szybko poszusować w dół. Narty były ich biletem do obozu czwartego. Nim ruszył, Aschenbrenner polecił Pasangowi Picture, by on i pozostali Szerpowie szli po śladach nart. Tylko jak? Szerpowie nie mieli nart. Późnym popołudniem Schneider i Aschenbrenner byli bezpieczni w obozie czwartym. W tym samym czasie Szerpowie grzęźli i zapadali się po kolana w śnieg.
*
Odwrót rozpoczął też Merkl, który ruszył z Niemcami, Ulim Wielandem i Willo Welzenbachem, oraz z Szerpami: Angiem Tseringiem, Kitarem, Dakshim, Gaylayem, Da Thundu, Nimą Tashim, Pasangiem Kikulim i Nimą Norbu. Gdzieś pomiędzy obozem ósmym a siódmym wszyscy utknęli w szalejącej burzy i byli zmuszeni biwakować bez namiotów, mając do dyspozycji tylko trzy śpiwory. Tej nocy Nima Norbu umarł w śniegu.
Rankiem zarówno Merkl, jak i Wieland mieli odmrożone ręce, ale, co gorsza, Dakshi, Gaylay i Ang Tsering byli zbyt słabi, by schodzić. Towarzysze zostawili ich, myśląc przede wszystkim o tym, żeby przetrwać.
Kitar, Da Thundu, Nima Tashi i Pasang Kikuli poruszali się szybciej niż Niemcy i udało im się dotrzeć do obozu siódmego przed nimi. Okazało się jednak, że obóz nie ma zbyt wiele do zaoferowania: został z niego tylko jeden namiot, i to zasypany wewnątrz śniegiem. Nie było jedzenia, paliwa ani śpiworów. Merkl i Welzenbach doszli mniej więcej godzinę później i polecili Szerpom, by kontynuowali schodzenie, ponieważ namiot jest im potrzebny. Wieland nigdy do nich nie dołączył, zmarł 30 metrów od obozu siódmego.
Kitar, Da Thundu, Nima Tashi i Pasang Kikuli ruszyli w dół do szóstki, lecz szybko stracili orientację. Musieli spędzić noc wysoko na Nanga Parbat w jamie śnieżnej. Była to ich ósma noc z rzędu powyżej 6700 metrów i czwarta w szalejącej burzy. Szerpowie z Dardżylingu nie jedli od trzech dni, a przez dwa nie wypili nawet łyka wody. Rano okazało się, że wciąż żyją. Graniczyło to z cudem.
Tuż przed dotarciem do stromego trawersu poniżej przedwierzchołka dostrzegli kogoś brnącego w śniegu. Był to brat Da Thundu - Pinzo. Nieopodal znajdowali się Pasang Picture i Nima Dorje. Wszyscy oni zostali z tyłu, gdy Schneider i Aschenbrenner zjechali na nartach do obozu czwartego. Szerpowie, stanowiąc teraz siedmioosobowy zespół, zdołali ostrożnie pokonać eksponowany trawers i dotrzeć do lin poręczowych prowadzących przez niemal pionową, pokrytą lodem ścianę. To powinna być chwila radości, ponieważ poręczówki zwykle oznaczają bezpieczeństwo. Szerpowie nie mieli jednak raków, by poruszać się po lodzie, ani przyrządów, którymi mogliby wpiąć się do lin. Mogli się jedynie trzymać poręczówek tak mocno, jak byli w stanie odmrożonymi rękami. Palce Nimy Dorje były do tego stopnia pozbawione czucia, że musiał owinąć rękę wokół liny, by jej nie wypuścić. Kiedy w pewnej chwili przystanął, Da Thundu potrząsnął nim i ponaglił, by szedł dalej, nie usłyszał jednak odpowiedzi - Nima Dorje zmarł z liną owiniętą wokół ręki. Da Thundu ominął go i niemal tuż za nim natrafił na Nimę Tashiego - on również nie żył. Ruszył więc w stronę namiotu w obozie piątym. Tam znalazł swojego brata Pinzo Norbu leżącego bez życia w śniegu.
Czterech mających groźne odmrożenia Szerpów wciąż pozostających przy życiu - Da Thundu, Pasang Picture, Pasang Kikuli oraz Kitar - dobrnęło do czwórki 10 lipca.
*
Wysoko ponad nimi rozgrywał się kolejny dramat. Ang Tsering, Dakshi i Gaylay, pozostawieni w miejscu biwaku gdzieś pomiędzy obozami ósmym a siódmym, wciąż żyli.
- Powinniśmy ruszać - powiedział Gaylay, otrzepując się ze śniegu.
- Nie. Nic nie widzę - odrzekł Ang Tsering. - Mam ślepotę śnieżną. Potrzebuję jeszcze jednego dnia. Musimy tu poczekać, bo to ja znam drogę.
- Nie dam rady się ruszyć - włączył się Dakshi. - Jestem zbyt słaby. Potrzebny mi jeszcze jeden dzień odpoczynku.
Gaylay, będący na swojej pierwszej himalajskiej wyprawie, nie sprzeciwił się i trwał przy towarzyszach. Nie sposób teraz ocenić, czy kierowała nim lojalność, czy strach przed samotnym zejściem z góry. Spędzili drugą noc pod gołym niebem. Rano Ang Tsering nadal nic nie widział, a Dakshi wciąż nie miał sił. Czekali więc dalej, spędzając kolejną noc bez schronienia. Rankiem Dakshi był bliski śmierci, więc Gaylay i Ang Tsering zaczęli schodzić bez niego.
Nie był to jednak koniec strasznych chwil. W obozie siódmym znaleźli ciało Wielanda leżące w śniegu. W namiocie znajdowali się Merkl i Welzenbach, żywi. Welzenbach wydawał się bliski śmierci, mimo to Ang Tsering zaproponował, by spróbować przetransportować wszystkich do obozu czwartego. Merkl odmówił, twierdząc, że jest wyczerpany, i wyraził pewność, iż niebawem z odsieczą przybędą wspinacze z czwórki.
Merkl i Welzenbach spędzili kolejną noc w namiocie w obozie siódmym, podczas gdy Gaylay i Ang Tsering spali na zewnątrz, w śniegu. Była to ich czwarta noc pod gołym niebem. Welzenbach nie doczekał poranka. W obozie siódmym spędzili jeszcze jeden dzień, w oczekiwaniu na pomoc. Merkl siedział w namiocie z nieżyjącym partnerem, Gaylay i Ang Tsering na zewnątrz, w śniegu.
Następnego ranka Merkl, Gaylay i Ang Tsering zeszli na przełęcz i ruszyli stamtąd do obozu szóstego. Zarówno Merkl, jak i Ang Tsering z powodu odmrożeń stóp szli z ogromnym trudem. Potykając się i zataczając, znaleźli się wreszcie w pobliżu szóstki, do samego obozu jednak nie dotarli. Trzech wyczerpanych mężczyzn położyło się na śniegu, by przeczekać noc pod gołym niebem - dla Gaylaya i Anga Tseringa była to szósta taka noc. Głodni, spragnieni i niedotlenieni, przywierając do siebie, by zyskać choć odrobinę ciepła, popadali w odrętwienie. Przez całą noc zasypywał ich śnieg. Ranek zastał na bezkresnym białym zboczu trzy zaspy. Nie jedli nic od siedmiu dni, nie pili od sześciu.
Ze swoich śnieżnych trumien wychynęli z zesztywniałymi od zimna kończynami i obolałymi z głodu żołądkami.
- Gaylay, idź na dół, wezwij pomoc - polecił Ang Tsering. - Zejdź do obozu czwartego i poproś o pomoc dla nas.
- Nie. Lepiej, żebyś ty poszedł. Jesteś silniejszy, szybciej się poruszasz. Ja zostanę tutaj z sahibem.
Ang Tsering wyruszył więc sam do obozu czwartego - w stronę życia.
Idąc, mijał ciało za ciałem. Przypominało to znieruchomiały taniec śmierci. Schodził coraz niżej na odmrożonych stopach, z całej siły trzymając się lin. Jak najdalej od obozu piątego, w ciemność. W pewnej chwili zgubił się i upadł, cudem zatrzymując się nad krawędzią lodowej szczeliny. Zaczął wzywać pomocy. Ktoś w obozie czwartym usłyszał go i wyszedł, by przywlec go do namiotu. Dostał kubek gorącej herbaty, chwycił go sztywnymi z zimna rękami i zaczął powoli pić. Powiedział, że Merkl i Gaylay wciąż żyją, że potrzebują pomocy. Ang Tsering wspominał potem, że jeden z Niemców i dwaj tragarze podjęli niezbyt śmiałą próbę ratowania Merkla i Gaylaya. W rzeczywistości jednak nikt nie miał siły, by znów iść w górę.
W 1938 roku Paul Bauer, uczestnik niemieckiej wyprawy, odnalazł ciało Gaylaya leżące w śniegu wysoko na Nanga Parbat. Obok niego siedział Willy Merkl.
Zachodni himalaiści obraz ten chętnie uznaliby za dowód na to, że Gaylay był tak oddany Merklowi, iż oddał życie, by z nim pozostać. Prawda jest jednak taka, że nie znamy prawdziwych powodów, dla których Gaylay do końca towarzyszył Niemcowi. Być może była to lojalność, być może jego decyzja wynikała z buddyjskiego współczucia. Może jednak odpowiedź jest prostsza: biorąc pod uwagę, jak bardzo wyczerpani byli wszyscy członkowie zespołu, Gaylay mógł po prostu nie myśleć trzeźwo. To wyczerpanie mogło spowodować, że nie chciał nigdzie iść. Zapewne rzeczywiście z nich trzech to Ang Tsering był w najlepszej formie i miał szansę zejść do obozu czwartego, by zorganizować pomoc. Wiele lat później wyznał Tenzingowi Norgayowi[6], że jego zdaniem Gaylay byłby w stanie bezpiecznie zejść na dół tak jak on.
*
Chociaż nigdy nie poznamy całej prawdy na temat decyzji i działań na Nanga Parbat, pozostałe po wyprawie zdjęcia obnażają z brutalną ostrością skutki owych zdarzeń. Na jednym z nich Schneider, Aschenbrenner, Fritz Bechtold i Peter Müllritter znajdują się w bazie. Siedzą na ziemi, obejmując się, by podnieść się nawzajem na duchu. O czym myślą? Czy Schneider i Aschenbrenner wspominają chwilę, gdy przypięli narty i poszusowali w dół, zostawiając Pinzo Norbu, Pasanga Picture i Nimę Dorje? Czy żałują, że nie mogli ocalić swoich towarzyszy? Czy trawi ich poczucie winy? A może czują ulgę, ponieważ im się udało przeżyć?
Druga fotografia przedstawia czterech Szerpów, którzy przetrwali koszmarne zejście po linach poręczowych. Są na niej: Pasang Kikuli, Kitar, Pasang Picture i Da Thundu. Ich odmrożone dłonie i stopy owinięte są bandażami, mają na sobie tylko wełnianą bieliznę. Nie ma uścisków. Nie dotykają się, nawet na siebie nie patrzą. Sprawiają wrażenie ludzi cierpiących, pogrążonych w szoku. Da Thundu spuścił głowę, wygląda jak strzęp człowieka. Pozostali nie patrzą ani w obiektyw, ani na kolegów. Spoglądają w dal, jakby w pustkę. O czym myślą? O tym, jak zarobić na byt swoich rodzin po utracie palców u rąk i nóg? O swoich towarzyszach, którzy zamarzli na poręczówkach? O grozie nocy spędzonych w śniegu pod gołym niebem?
A może są zbyt wyczerpani, by myśleć?
*
Zgodnie z oczekiwaniami reakcja niemieckiej opinii publicznej była skrajnie krytyczna, zarówno jeśli chodzi o porażkę wyprawy, jak i o jej fatalny przebieg. Wiele oskarżeń padło pod adresem himalaistów, którzy przeżyli, oraz ich nieżyjącego lidera Merkla. Co zakrawa na ironię, przytłaczający dramat tej wyprawy jedynie wzmocnił więź między Niemcami a Nanga Parbat. Rząd tego kraju stał się jeszcze bardziej zdeterminowany, by wysłać na tę górę wyprawę, która wreszcie odniesie sukces. Planowanie kolejnej ekspedycji zaczęło się niemal natychmiast.
W Toong Soong Busti, gdzie mieszkała większość Szerpów, reakcje na śmierć ich braci były mieszane. Wyjaśnił to Tenzing Norgay: "W wielu domach w Toong Soong Busti zapanowała żałoba i smutek, pojawiła się też jednak swoista głęboka duma z tego, co nasi rodacy znieśli i co osiągnęli"[7].
Pozostali przy życiu Szerpowie musieli się borykać z problemami, których nastręczały im odmrożenia. Ang Tsering po amputacji stracił wszystkie palce u nóg. Kiedy dotarł do Szpitala Wiktorii w Dardżylingu, w miejscach, gdzie wcześniej znajdowały się palce, pielęgniarki znalazły larwy owadów. Po sześciu miesiącach spędzonych w szpitalu Ang powrócił do życia, lecz ból nie odstępował go na krok. W późniejszych latach Szerpowie otrzymywali rekompensatę za amputowane w rezultacie odmrożeń części ciała: 10 rupii za palec, 20 za palec wskazujący, kciuk albo duży palec u nogi. W 1934 roku ta zasada jeszcze nie obowiązywała.
Mimo amputacji Da Thundu i Pasang Picture wrócili na Nanga Parbat z kolejną niemiecką wyprawą. 15 czerwca 1937 roku w obozie czwartym znajdowało się szesnaście osób: dziewięciu Szerpów, w tym Pasang Picture, oraz siedmiu obcokrajowców. Dziesięć minut po północy na obóz spadła potężna lawina, całkowicie go zasypując. Nikt nie przeżył. Łut szczęścia sprawił, że Da Thundu znajdował się wtedy w jednym z niższych obozów.
Wiele dekad później Jonathan Neale, autor książki Tigers of the Snow, zapytał wdowę po Da Thundu, Lhamoo Iti:
- Co jest najważniejszym czynnikiem, który sprawia, że himalaista zachowuje życie: siła, inteligencja czy szczęście?
- Szczęście - odparła.
W 1937 na Nanga Parbat to szczęście sprawiło, że Da Thundu przeżył.
Kiedy w 1938 roku zaproszono go na kolejną wyprawę na tę górę, odmówił.
*
Ang Tsering ożenił się z wdową po Nimie Dorje, Pasang Diki. Stworzył z nią i jej synem, Dawą Tembą, dom. W ciągu dwudziestu pięciu lat małżeństwa urodziło im się jeszcze siedmioro dzieci. Przez większość czasu Pasang zajmowała się domem sama, ponieważ Ang Tsering pracował w górach. Wiele lat później indyjska historyczka Nandini Purandare zapytała żony Szerpów w Dardżylingu o stres, którego doświadczały w latach 30. XX wieku, kiedy ich mężowie pracowali na wyprawach. Odpowiedź wprawiła ją w zdumienie. "Te kobiety nie wiedziały, co odpowiedzieć. Miały zbyt dużo na głowie, by się martwić", relacjonowała.
W 2001 roku Tashi Tenzing, wnuk Tenzinga Norgaya, spacerował główną ulicą Toong Soong Busti. W pewnej chwili dostrzegł drobnego mężczyznę, który wyszedł właśnie z jednego ze skromnych domostw. Z powodu wieloletniego dźwigania ciężarów był przygięty do ziemi, od niezliczonych nocy przespanych na śniegu bolały go stawy, jego twarz była pomarszczona niczym poziomice na mapie górskiego pasma. Do tego burza siwych włosów. Był to mający wtedy dziewięćdziesiąt trzy lata Ang Tsering. Ten sam Ang Tsering, który przeżył wyprawy na Everest, Kanczendzongę, Kamet, Nanga Parbat i wiele innych. Pracował dla Brytyjczyków, Hindusów, Niemców i Szwajcarów. Wspinał się na dużych wysokościach, nosił ciężkie ładunki, a później kierował dziesiątkami szerpijskich tragarzy jako sirdar. Ten sam Ang Tsering, który po odmrożeniach stracił wszystkie palce u nóg. Jeden z pierwszych Szerpów, który z wypraw w góry wysokie uczynił swój zawód i który po tych wszystkich chwilach grozy, cierpienia i licznych odniesionych obrażeniach wreszcie żył spokojnie. Był seniorem społeczności, która szanowała go i o niego dbała. Zmarł rok później, w 2002.
[...]